1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Najlepsze gry planszowe na długie wieczory

Najlepsze gry planszowe na długie wieczory

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Co robić, co oglądać, co czytać? A może w co grać? Codziennie zadajemy sobie te pytania z nadzieją na odnalezienie kolejnej wciągającej, domowej rozrywki. Tym razem przyglądamy się najciekawszym planszówkom, w które z powodzeniem możecie zagrać w domu. Gry rozwijają wyobraźnię, uczą logicznego myślenia i pomagają wartościowo spędzić czas wolny. 

1. "Patchwork"

Gra przeznaczona jest dla dwójki graczy, więc te opcję mogą wybrać osoby, które spędzają domową kwarantanne przynajmniej w parze. "Patchwork" to gra logiczna (ale spokojnie, nie za trudna!), polegająca na tym, aby... stworzyć największą kołdrę z kawałków materiału. Wygra ten gracz, który zapełni kawałkami materiału największą część swojego pola i zbierze największą liczbę guzików, które są w tej grze walutą. Gracz, który uszyje największą kołderkę, zbierze dużą ilość guzików i odpowiednio dobrze przemyśli taktykę, zostanie zwycięzcą. Twórcą gry jest bardzo znany w planszówkowym świecie Uwe Rosenberg - projektant gier planszowych, autor bardzo popularnych tytułów, takich jak Fasolki, Agricola czy Le Havre.

fot. livro.pl fot. livro.pl

2. "Splendor"

Gra roku 2015, która potrafi niewyobrażalnie wciągnąć. W "Splendorze" podejmujesz strategiczne decyzje dotyczące inwestycji w konkretne surowce, po to, aby zdobywać kolejne karty rozwoju, które jeszcze bardziej pozwolą rozbudować twoje imperium i pozwolą na jeszcze cenniejsze inwestycje. Choć gra na pierwszy rzut oka wygląda i brzmi skomplikowanie - nic bardziej mylnego! Celem gry jest zdobycie 15 punktów wynikających z posiadania kart oraz żetonów arystokratów. Aby to osiągnąć, gracze pozyskują klejnoty, które następnie wymieniają na karty zapewniające dopływ surowców. Zebrane karty umożliwiają następnie zakup coraz lepszych, droższych kart premiowanych wyższymi punktami. W to trzeba zagrać choć raz, żeby nie móc przestać przez najbliższe tygodnie!

fot. rebel.pl fot. rebel.pl

3. "Carcassonne"

Strategiczna gra planszowa, w którą można zagrać już w dwie osoby, choć najciekawiej jest, gdy jest nas nieco więcej (tę opcję zostawiamy na czasy pokwarantannowe). Carcassonne to już gra-legenda. Miliony sprzedanych egzemplarzy na całym świecie to jeden z dowodów na to, że budowanie swojego królestwa za pomocą podwładnych - zbójców, rycerzy, mnichów lub chłopów to rozrywka dla każdego, niezależnie od wieku. W tej grze gracze kolejno losują i wykładają na stół kwadratowe karty-kafelki z fragmentem terenu, dokładając je do już wyłożonych. Karty-kafelki przedstawiają różne elementy geograficzne - fragmenty łąk, dróg, rzek, miast, a w ich ramach także klasztorów. Zwycięzcą gry zostaje posiadacz największej liczby punktów, zdobywanych w chwili ukończenia fragmentów terenu. Do gry można dokupić wiele różnych dodatków, które urozmaicają rozgrywkę!

fot. empik.com fot. empik.com

4. "7 cudów świata. Pojedynek"

Oryginalna wersja gry "7 cudów świata" przeznaczona jest dla większej liczby graczy, natomiast w "Pojedynek" zagramy wyłącznie w parze. Gracze rywalizują ze sobą o karty rozmaitych budowli, próbując blokować ich dostępność przeciwnikowi i dobierając te, które zapewnią im największe korzyści. Gra korzysta z wielu założeń pierwotnej wersji, która uchodzi za jedną z najlepszych gier planszowych wszech czasów. W tym pojedynku ciekawe i rozwijające jest to, że trzeba obserwować drugiego gracza - jego ruchy, decyzje i odpowiednio je kontrować. Absolutny majstersztyk na wieczory długie i monotonne!

fot. rebel.pl fot. rebel.pl

5. "Dixit"

Chyba jedna z najpopularniejszych gier, której nie trzeba nikomu przedstawiać, ale warto przypomnieć. Uchodzi za jedną z lepszych gier karcianych, które rozwijają wyobraźnię i skojarzenia. Każdy gracz w swojej turze staje się osobą wymyślającą historię, i który wybiera spośród swoich 6 obrazków jeden wymyślając do niego skojarzenie. Zdanie może być pojedynczym słowem, dźwiękiem, cytatem - nie ma tu żadnych ograniczeń. W grę należy grać jednak w więcej osób, więc jak na razie mogą po nią sięgnąć tylko ci, którzy spędzają czas w domu w większym gronie.

fot. rebel.pl fot. rebel.pl

6. "Pędzące żółwie"

Może na pierwszy rzut oka wygląda to na grę dla dzieci, ale wcale tak nie jest. Rodzinny bestseller, który rozluźnia nawet najbardziej spiętych graczy. Choć żółwie do najszybszych zwierząt nie należą, w tej grze poznacie zupełnie inne ich wcielenie. W czasie gry żaden z graczy nie wie, jakiego koloru żółwie należą do przeciwników, a zadaniem każdego gracza jest doprowadzenie swojego żółwia jako pierwszego do grządki z sałatą. Gracz decyduje, którą z pięciu trzymanych w ręku kart wyłoży na stół, a następnie wykonuje ruch żółwiem widocznym na karcie zgodnie ze znajdującymi się na niej oznaczeniami. Podczas gry, gracze poruszają się nie tylko swoimi żółwiami, ale także żółwiami w innych kolorach. To naprawdę świetny sposób na szybką, poprawiającą humor rozgrywkę!

fot. rebel.pl fot. rebel.pl

7. "Scrabble", "Monopoly", "Jenga"

Nie zapominajmy o klasykach. Te planszówki na pewno każdy z was zna, ale warto przypomnieć sobie radość z zakupu Nowego Światu i Krakowskiego Przedmieścia albo ułożenia wysoko punktowanego słowa na potrójnej premii słownej. Warto dodać, że zarówno "Scrabble" jak i "Monopoly" doczekały się wielu reedycji, a "Monopoly" to obecnie nie tylko gra polegająca na zakupie największych ulic w Warszawie. Do wyboru mamy chociażby takie opcje jak: "Bing Bang Theory", "Friends", "Rick i Morty", czy ulubiony zespół piłkarski.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Katarzyna Miller: "Odkryj cud czytania"

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nie ma na świecie lepszych psychologów niż świetni pisarze.

François Mauriac, wizytując żeńską szkołę, został zapytany przez jedną z uczennic o najkrótszy przepis na dobrą książkę. Odpowiedział: „Trochę religii, trochę seksu, trochę życia z wyższych sfer, a wszystko podlane smakiem tajemnicy…”. Po chwili uczennica przekazała pisarzowi swoją gotową powieść: „Mój Boże, rzekła hrabina, zaszłam w ciążę i nawet nie wiem z kim!”.

W czwartej klasie mój tata przeniósł mnie do jednej z najlepszych łódzkich szkół, do „trójki”. Znalazłam się w raju. Odżyłam. Szkoła piękna: marmurowe schody, piękne rzeźby, wielka aula z wysokimi oknami, obok park świetny na wagary. Trafił mi się wtedy, niestety, tylko na jeden rok, najcudowniejszy wychowawca pan Jagoda, malarz i plastyk, który zabłądził na chwilę do zwyczajności. Szkoła i moja klasa pełne były inteligentnych dzieciaków. Ja miałam wejście smoka. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy byłam najlepszą uczennicą. Moim chłopakiem został najdowcipniejszy i najbardziej oczytany chłopak w klasie. Czytanie…. Czytaliśmy wszyscy. Ci, którzy się  chcieli liczyć. Kiedy się kogoś poznawało, pierwszym pytaniem było: „co czytasz?”. U mnie w domu było sporo książek i ja byłam już nieźle oczytana w literaturze anglosaskiej. Ale u rodziców mojego chłopaka była cała biblioteka i tam odkryłam Francuzów. Przede wszystkim Mauriaca. Napiszcie, proszę, kochani, czy ktoś dziś jeszcze czyta Mauriaca?

„Teresa Desqueyroux”, „Genitrix”, „Kłębowisko żmij”, „Pustynia miłości”, „Faryzeuszka”… Książki mroczne, głęboko psychologiczne karmiły mój głód i moje przypuszczenie, że ludzie to istoty niezwykle skomplikowane, cierpiące i ułomne. Uczyłam się życia na potęgę – czytając. Albert Camus, André Gide z „Fałszerzami” i „Lochami Watykanu”, Alain Robbe-Grillet z „Gumami”, Roger Martin du Gard z „Rodziną Thibault”, André Malraux z „Drogą do wolności”, Marcel Proust, Honoriusz Balzak, Jean-Paul Sartre, Georges Bernanos, Boris Vian, Colette, Romain Gary, Marguerite Duras, Nathalie Sarraute, Georges Duhamel, Maurice Druon, Henri Barbusse, Françoise Sagan, Simone de Beauvoir, André Maurois.

Nie czytałam tylko, by się ukryć, ale żeby mieć narzędzia i umiejętności w relacjach i odczytywaniu siebie, takiej niewiadomej i tych tajemniczych innych wokół... Nie ma lepszych psychologów niż świetni pisarze. Amerykanie uczyli odwagi, prostoty, otwartości, Anglicy – poczucia dystansu i finezji, Czesi – rozsądku i pogody ducha z przyzwoleniem na cudną zwykłość – niezwykłą. Rosjanie pokazywali duszę pooraną męką i ukochanie tej męki. Potem wybuchła proza iberoamerykańska, pamiętacie? Boże, co to był za szał! Wszyscy we wspólnocie czytających, pożyczających sobie, kupujących i kradnących te książki. Cortázar, Fuentes, Márquez, Vargas Llosa…

Namiętni, kolorowi, napoili nas magią i gorącym oddechem. Książki stoją u mnie według nacji właśnie: Francuzi, Niemcy, Austriacy itd. Osobno poezja i osobno wszystkie kobiety. Gorzej, gdy ktoś jest np. belgijskim Francuzem… Ale Belgów mam mało i stawiam ich przy Francuzach.

Kiedyś czytałam, by żyć. Wydawało mi się też, że żyję po to, by czytać. Że nie ma nic ważniejszego, istotniejszego niż spotykanie się z wytworami ducha i umysłu ludzkiego w tej najszlachetniejszej formie. Dziś im bardziej żyję, tym mniej czytam, ale to (również) dzięki temu Wielkiemu Czytaniu niegdyś umiem teraz żyć.

  1. Psychologia

Pochwała nudy. Nicnierobienie jest ważne w rozwoju dziecka

Stan pozornego nicnierobienia jest ważny na drodze rozwoju dziecka. (Fot. iStock)
Stan pozornego nicnierobienia jest ważny na drodze rozwoju dziecka. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Nuda daje szanse na zdobycie ważnych informacji o sobie samym, dlatego, jak mówi  mówi psycholożka dziecięca z Uniwersytetu SWPS Magdalena Śniegulska -pozwólmy dzieciom się ponudzić.

Nuda daje szanse na zdobycie ważnych informacji o sobie samym, dlatego, jak mówi  mówi psycholożka dziecięca z Uniwersytetu SWPS Magdalena Śniegulska - pozwólmy dzieciom się ponudzić.

Nuda nie ma dobrej sławy, o czym świadczy choćby powiedzenie: umrzeć z nudów. I nic dziwnego, nuda nie jest przyjemna. To prawda. To stan pewnego dyskomfortu związanego z brakiem aktywności czy raczej stymulacji, bo może być tak, że coś robimy, na przykład przekładamy rzeczy z jednego pojemnika do drugiego, ale ta czynność potwornie nas nudzi. Nie jesteśmy w stanie się skupić na danej czynności, bo nas nuży. Dlatego nudę można określić jako stan zapotrzebowania na bodźce, na doznania, na stymulację.

Dzisiaj dzieci mają raczej nadmiar stymulacji i bodźców niż ich brak. W dodatku rodzice są ambitni i chcą dać dzieciom jak najwięcej. No właśnie, bo wielu rodzicom wydaje się, że ich zadanie polega na tym, żeby dzieci dostawały maksimum. Uważają, że prawidłowy rozwój dziecka przebiega w bogatym w możliwości i doznania środowisku.

A tak nie jest? W pewnym sensie jest, więc nie czepiałabym się takiego sposobu myślenia. Tylko że zapotrzebowanie na rozmaite bodźce jest bardzo różne, po pierwsze, w zależności od wieku dziecka, po drugie, od jego układu nerwowego.

Im mniejsze dzieci, tym mniejsze zapotrzebowanie? Tak z grubsza można powiedzieć, ale tylko z grubsza, bo dzieci różnią się pod tym względem między sobą. Maluchy regulują sobie same to zapotrzebowanie na przykład w ten sposób, że po prostu zapadają w sen, odcinając się od źródła stymulacji. Same mają jednak niewielki wpływ na jej natężenie i jakość. Mogą, oczywiście, sygnalizować, że są przestymulowane albo nie, w różny zresztą sposób: pobudzeniem, płaczem, rozdrażnieniem, czasami próbą odseparowania się od źródła tych bodźców.

Rodzice już noworodkowi instalują nad łóżeczkiem świecąco-grające gadżety, włączają muzykę, czasami ambitną, jak sonaty Bacha. Na pewno chcą dobrze, ale czy rze­czywiście robią dobrze? Bardzo trudne pytanie. Bo, oczywiście, ważne jest to, żeby dziecko wychowywało się w takim środowisku, w którym cały czas mierzy się z różnego rodzaju zadaniami, żeby stawiać mu poprzeczkę trochę powyżej jego możliwości rozwojowych, bo w ten sposób zachęca się je do przekraczania kolejnych granic. Ale jeżeli poprzeczka postawiona jest zbyt wysoko, jeśli stymulacja jest ogromna, to dziecko nie rozwija się prawidłowo. Tak jak nie rozwija się dobrze również wtedy, gdy stymulacji mu nie dostarczamy.

Rodzice dzisiaj częściej chyba przesadzają ze stymulacją, niż popełniają grzech zaniechania. Jaki może być tego skutek? Dziecko przyzwyczajone do nieustannego bodźcowania będzie się domagało kolejnego? Nie znam badań, które by potwierdzały, że dzieci mogą uzależnić się od liczby stymulacji i w związku z tym domagać się ich więcej i więcej. Zresztą na szczęście są mechanizmy chroniące – łatwiej radzą sobie z nadmierną stymulacją dzieci o wysokiej samokontroli, elastyczności umysłu i stabilnej samoocenie. Niemniej jednak nadmiarowo stymulując dziecko, nie nauczymy go odpoczynku, wyciszenia pobudzonego układu nerwowego. A to jest równie niebezpieczne dla dziecka, jak i dla opiekuna. Każdy z dorosłych, kto zajmował się takim przestymulowanym dzieckiem, wie, jakie to trudne zadanie i jaki trudny do zniesienia stan dla dziecka, które ma kłopot z odpoczynkiem. Dlatego trzeba regulować liczbę bodźców, uczyć dzieci odpoczywać. Wiadomo, że one potrzebują więcej stymulacji niż dorośli, ale potrzebują różnorodności tej stymulacji.

Stymulować można także do wyciszenia? Oczywiście. Czasem rodzice zapominają, jak ważną funkcję pełni wzmacnianie w dziecku uważności, dostrzegania szczegółów, kontemplowania chwili.

W ten sposób przygotowuje się dziecko do radzenia sobie z nudą? Nudzenie się może być dobrym wstępem do samodzielności, do odpowiedzenia na pytanie: Co zrobić, żeby zapewnić sobie taki rodzaj pobudzenia, którego naprawdę potrzebuję? I to w nudzie jest najfajniejsze.

Czytałam o pewnym badaniu z udziałem studentów, których poproszono o wypełnienie kwestionariusza na temat podatności na nudę. Okazało się, że ci, którzy opisywali siebie jako łatwo ulegających nudzie, byli zarazem bardziej skoncentrowani na świecie zewnętrznym i gorzej radzili sobie z rozpoznawaniem swoich emocji. Nuda uczy być samemu ze sobą, polubić własne towarzystwo, pokazuje, że nie zawsze potrzebuję kogoś ani czegoś na zewnątrz, żeby poczuć się dobrze, bo to, że jestem sam ze sobą, jest OK. Jeśli jednak nie nauczymy się tego w dzieciństwie, możemy stać się dorosłymi narażonymi na chroniczną nudę, a to już stan niebezpieczny dla zdrowia i życia.

Są badania, które pokazują, że osoby dorosłe cierpiące na chroniczną nudę są bardziej skłonne do zachowań ryzykownych, np. do szybkiej jazdy samochodem. Inne pokazują, że takie osoby żyją krócej.
Większość rodziców niepokoi to, że dzieci się nudzą. Proszę zwrócić uwagę, że na ogół mówimy o nudzie w kontekście czasu wolnego, za który rodzice często przyjmują odpowiedzialność. Dlatego chcą zrobić wszystko, żeby dziecko się nie nudziło. Tymczasem dobrze, żeby się ponudziło.

Bo? Bo taki stan pozornego nicnierobienia jest ważny na drodze rozwoju. Motywuje dziecko do poradzenia sobie z tą sytuacją samemu. Ono musi coś z tą nudą zrobić, zapewnić sobie jakieś atrakcje. Oczywiście, ważne, aby nie mylić nudy z samotnością.

Dzieci nudzą się także w szkole, zwłaszcza te zdolne. Szkoła to dobre miejsce na nudę? Niekoniecznie. Ale nudzące się na lekcji dziecko może być ważnym papierkiem lakmusowym dla nauczyciela. Może dać mu dość bolesną, ale istotną informację na temat tego, jak prowadzi zajęcia. Jeżeli dziecko ma się czegoś nauczyć, to osiągnie to efektywniej, jeżeli nie będzie się nudzić. Jeśli się nudzi – traci koncentrację, motywację, uwagę. Tymczasem nie uczymy dzieci, żeby zgłaszały, że zaczynają się nudzić. To źle widziane.

Dlaczego rodzice tak bardzo walczą z nudą pociech? Czasami dlatego, że potrzebują zająć czymś dziecko, żeby mieć czas dla siebie. A najprościej jest je zająć, włączając bajkę, grę. Tymczasem kształcąca byłaby konfrontacja z tym, co innego dziecko mogłoby wtedy zrobić. A mogłoby zainteresować się tym, co wokół, porysować, poczytać, pobawić  się z siostrą, porozmawiać z dziadkiem. Dzieci są różne, ale na ogół chętnie wchodzą w takie aktywności, są zainteresowane relacjami społecznymi. Dla nich obserwowanie dorosłego, śledzenie jego mimiki, słuchanie, co mówi, może okazać się zajmujące.

Uważamy, że dzieci z nudów wpadają na głupie pomysły. I dlatego nie zostawiamy im przestrzeni do samodzielności. Jesteśmy przekonani, że musimy cały czas zapewniać im atrakcje, wypełniać czas, decydować o nich, znać odpowiedzi na tysiące ich pytań. A dzieci mają olbrzymi potencjał, są bardzo kreatywne.

Stan pozornego nicnierobienia jest ważny na drodze rozwoju dziecka.
No właśnie tej wybujałej kreatywności najczęściej się obawiamy. Czasami rzeczywiście dzieciom wpadają do głowy pomysły, od których włosy jeżą się na głowie. Ale ten wolny czas to dla nich ważne doświadczenie. Wtedy uczą się tego, że ich czyny mają swoje konsekwencje, czasami niebezpieczne albo nieprzyjemne dla innych, a to też ważny element socjalizacji. Większość przedszkoli reklamuje się lekcjami języków obcych, tańcem, teatrem, spotkaniami z weterynarzem, fizykiem kwantowym. Tymczasem przedszkole dobre, czyli takie, które stymuluje do rozwoju, przeznacza dużo czasu na swobodną zabawę, pozostawia dziecku przestrzeń do bycia ze sobą samym i ze sobą nawzajem.

Co to dzieciom daje? Na przykład szansę uczenia się od siebie nawzajem, także własnego ciała. Dzieci wtedy eksperymentują, turlają się, podskakują, obserwują, jak ciało reaguje, jak reagują inne dzieci na ich zachowanie. Dorosły na ogół dostosowuje się do dziecka, natomiast rówieśnik powie mu wprost, czy mu się podoba to, co on robi, czy nie. To naprawdę ważny element procesu socjalizacyjnego. Często to powtarzam i mam wrażenie, że mówię w kółko to samo: współczesne badania nad tym, co decyduje o sukcesie życiowym, dowodzą, że coraz bardziej liczą się kompetencje społeczne. Bo kiedy dziecko rozumie innych ludzi, dobrze się z nimi czuje, to sobie w życiu poradzi. W trudnych sytuacjach istnieje większe prawdopodobieństwo, że uzyska od innych wsparcie. Kompetencji społecznych nabywa się wtedy, gdy umie się być ze sobą, gdy się siebie rozumie. A to jest możliwe wtedy, kiedy niczym się nie zajmuję, czyli kiedy się nudzę.

Nudzące się dzieci potrafią same wymyślić zabawę, trzeba tylko przestać je bezustannie czymś zajmować. Badania pokazują, że bycie tzw. helikopterowym rodzicem, który cały czas reaguje i odpowiada na potrzeby dziecka, sprawdza się właściwie tylko do trzeciego roku życia. Jeżeli potem nadal mamy taki wzorzec wychowawczy, to robimy dziecku więcej krzywdy niż pożytku. Okazuje się bowiem, że samoocena takich dzieci jest dużo niższa, one nie wiedzą, co potrafią, nie wierzą w siebie, bo we wszystkim wyręczają je rodzice. Często moje koleżanki terapeutki opowiadają, że przychodzą do nich rodzice zaradni, obrotni, pełni energii, a potem okazuje się, że ich dziecko jest zupełnie bezradne.

Dlaczego? Ponieważ są tak hop do przodu, że wyprzedzają dziecko we wszystkim. Nie pozostawiają mu obszarów, w których może doświadczyć, że sobie poradzi.

To podsumujmy: jakie pożytki przynosi nuda? Dziecko może zastanowić się wtedy, czego potrzebuje. Może zobaczyć, czy potrzebuje innych ludzi, czy poczytania, poskakania, pogrania. I dowie się tego nie od rodziców, którzy powiedzą: „Pobiegaj, porysuj albo zjedz coś”, tylko od siebie. Nuda daje szanse na zdobycie ważnych informacji o sobie samym.

Jak można uczyć dziecko radzenia sobie z nudą? Bardzo ważne jest modelowanie, czyli pokazanie tego w praktyce. Na przykład siedzimy z dzieckiem i obserwujemy świat, nazywamy to, co widzimy, bez konieczności działania. Dobry rodzic – co pokazują badania – to nie taki, który chroni dziecko przed doznawaniem przykrych stanów emocjonalnych, tylko taki, który w tych przykrych stanach mu towarzyszy, co nie znaczy, że wszystko za nie załatwia.

Co odpowiedzieć, gdy słyszymy: „Mamo, nudzę się”? Można zapytać: „Co mógłbyś zrobić, żeby się nie nudzić?”.

Dziecko powtarza: „Pytam ciebie”. Mama odpowiada: „To nie ja się nudzę, tylko ty. Zastanów się, kiedy czujesz się dobrze, co sprawia ci przyjemność”.

Na co dziecko: „Nie nudzę się, jak gram na komputerze”. Zapytajmy: „A jak nie ma komputera? Przypomnij sobie, co robimy, gdy na przykład jedziemy razem autem na wakacje”.

Możemy wykorzystać ten czas, żeby uczyć uważności, na przykład rzucamy hasło: „Wygrywa ten, kto pierwszy zobaczy coś niebieskiego”. Albo: „Znajdźcie coś na literę »a«”. Można liczyć drzewa, samochody. Dobrze zapytać dziecko, jaką zabawę proponuje.

Nastolatki rzadko skarżą się na nudę. Częściej to rodzice mają im za złe, że nic nie robią, że marnują czas. To prawda. Często słyszę: „Drażni mnie to, że on leży na kanapie i nic nie robi”. Pytanie, czy naprawdę nic nie robi, czy raczej odpoczywa. Rodzice nastolatków zupełnie nie biorą pod uwagę tego, że ich dzieci przeżywają zmiany w funkcjonowaniu fizycznym i psychicznym, że naprawdę potrzebują więcej snu i odpoczynku. Jeśli jednak wcześniej nie pokazaliśmy dziecku, jak ważna jest akceptacja takich stanów, nie rozmawialiśmy o tym i jeżeli chcemy zacząć tego uczyć w okresie nastoletnim, to prawdopodobnie poniesiemy porażkę. Myślę nawet, że lepiej się wstrzymać i wrócić do rozmowy na ten temat, jak dziecko będzie dorosłe. A najlepiej, oczywiście, od małego uczyć uważności na siebie samego, nazywania tego, co dziecko czuje, czego pragnie. Czyli pozwalać mu się ponudzić.

  1. Styl Życia

Odchudzanie zastąpiłam akceptacją siebie - 12 rad Karoliny Szaciłło

Zamiast kalorii lepiej liczyć wartości odżywcze. (Fot. iStock)
Zamiast kalorii lepiej liczyć wartości odżywcze. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć

Spójrz w lustro. Co widzisz? Czy podoba ci się ten obraz? Czujesz niechęć i niesmak? Kto wie, być może nawet twój widok cię odrzuca. 

Jak pisze bliski mi mędrzec w "Świętowaniu ciszy": "Akceptacja czegoś, czego nie lubisz, może okazać się trudna. Z pewnością jednak da się zaakceptować odrobinkę tego - maleńki atom. Przekonasz się, że w chwili, kiedy zaakceptujesz jeden atom, zajdzie zmiana. (...) Choć rzeka jest bezmierna, wystarczy jeden łyk, aby ugasić pragnienie. Choć na ziemi jest obfitość pożywienia, wystarczy mały kęs, aby zaspokoić głód. Potrzebujesz zaledwie odrobinki. Przyjmij w życiu odrobineczkę wszystkiego - to właśnie przyniesie ci spełnienie". Tobie też polecam ten zabieg. Zaakceptuj choćby niewielki "atom siebie".

Myśl i mów dobrze o sobie, również o swoim ciele. Spoglądaj w lustro i za każdym razem odnajduj w sobie coś pięknego...
'Większość ścisłych diet w rzeczywistości jest nieskuteczna, ponieważ są one wynikiem postawy nienawiści do siebie, obrzydzenia do tłuszczu lub niechęci wobec siebie i swoich słabości, przez które tłuszcz odłożył się w naszym ciele. Postawa taka wywołuje pragnienie zagłodzenia ciała po to, aby ukarać umysł. Ciało będzie się czuło wygłodzone podczas każdej drastycznej diety, a ponieważ nie lubi takie być, samoistnie będzie się starało uruchomić tkanki, które potrzebują najwięcej energii, spowalniając w nich procesy metaboliczne, co przyczyni się do wolniejszego spalania tłuszczów - tłumaczy Robert Svoboda w "Prakriti - odkryj swoją pierwotną naturę".

W pokonywaniu tej niechęci do siebie pomagało mi m.in. wspomniane spoglądanie z miłością i akceptacją w lustro. Była to jedna z wielu technik, dzięki którym odnalazłam moją drogę do równowagi. W efekcie (ubocznym) schudłam ponad 25 kg. Poniżej cały zestaw zasad, którymi się kierowałam. Już w tym miejscu zaznaczę, że poniższego zestawienia nie powinieneś traktować jeden do jednego. Przede wszystkim wsłuchaj się w siebie. Skorzystaj z tych punktów, które poczujesz całą sobą!

Ustawiłam swój nowy cel. Utratę wagi zastąpiłam akceptacja siebie. Przestałam walczyć ze sobą i swoimi kilogramami!
1. Wyrzuciłam swoje tzw. ubrania motywacyjne, czyli za małe jeansy, które miały mnie mobilizować do schudnięcia. Tak naprawdę działały odwrotnie. Z każdym tygodniem, miesiącem i rokiem wpadałam w coraz większe poczucie winy, że nie udaje mi się wrócić do mojej upragnionej sylwetki.

2. Do codziennej, porannej rutyny włączyłam masaż ciała najlepiej ciepłym (ale nie gorącym) olejem sezamowym (zima i jesień), kokosowym (lato) lub ich mieszanką (wiosna). W trakcie masażu szczególną uwagę zwracałam na to, aby spoglądać i odnosić się do swojego ciała z akceptacją oraz miłością. Masaż olejem trwa około 10-15 minut. Po masażu możesz przepłukać ciało wodą. Olej doskonale nawilża, ale również oczyszcza oraz rozgrzewa (sezamowy) ciało. Z powodzeniem zastępuje balsam.

3. Zmieniłam optykę patrzenia na moje menu. Wyszłam z przestrzeni muszę się zdrowo odżywiać. Zaczęłam robić i jeść tylko te rzeczy, na które mam ochotę.

4. Biorę odpowiedzialność za własne samopoczucie i ciało. Przez lata z łatwością wpadałam w kolejne gotowe diety obiecujące szybką i bezbolesną utratę wagi. Dlaczego? Bo w momencie porażki mogłam łatwo przerzucić odpowiedzialność.

5. Zaczęłam układać mój jadłospis, kierując się smakiem. Smak jest prezentem od natury. Naszym wewnętrznym kompasem, który w pierwotnej postaci wskazuje to, co nam służy. Jeśli spożywane jedzenie, nawet najzdrowsze, nam nie smakuje, nie jesteśmy w stanie dobrze go strawić. Co za tym idzie - nie wchłaniamy składników odżywczych.

6. Obserwuję emocje towarzyszące jedzeniu. Staram się nie siadać do posiłku zła, smutna lub pod wpływem stresu. Emocje również wpływają na nasze trawienie. Przed posiłkiem (np. w pracy) dobrze jest przejść się na krótki spacer, zmienić otoczenie i wyczyścić głowę z myśli.

7. Jem, kiedy rzeczywiście jestem głodna. Nie najadam się na wszelki wypadek. Udało mi się zaobserwować, kiedy głód wynika z rzeczywistej potrzeby organizmu, a kiedy jest tzw. głodem emocjonalnym.

8. Nie chodzę głodna. Nie oszukuję też mojego organizmu wodą, herbatą, czy np. kilogramami spożywanych owoców w zastępstwie głównego posiłku. Ajurweda podkreśla, że głód wywołuje lęki. Te ostatnie, jak już wspominałam, zaburzają trawienie i wchłanianie składników odżywczych.

9. Przestałam odżywiać się intelektualnie. To jeden z 7 sposobów odżywiania, który wyróżnia makrobiotyka. Ten typ odżywiania opiera się wyłącznie na sugestiach innych osób, na tym, co przeczytamy, również na przynależności do określonej grupy (np. osób będących na diecie surowej).

10. Odżywiam się w sposób, który makrobiotyka nazywa wolnym. Słucham się siebie i swojej intuicji. Wybieram to, co rzeczywiście mi służy i czego do zachowania zdrowia potrzebuje moje ciało, dusza oraz umysł.

11. Liczę wartości odżywcze, a nie kalorie. Nadwaga często wiąże się z niedoborami składników odżywczych. W takiej sytuacji organizm domaga się dodatkowej porcji jedzenia. Liczy na to, że w ten sposób uzupełni niedobory. Im więcej wartości odżywczych przyswoisz, tym mniejszy głów będziesz odczuwać.

12. Ajurweda doprecyzowuje godziny jedzenia poszczególnych posiłków. Ustalenie takiego rytmu dnia może być pomocne (ale niekonieczne) w trakcie odchudzania. I tak śniadanie staram się jeść między 7 a 9. Obiad w godzinach popołudniowych (od 12 do 14). Pamiętaj, że jest to najważniejszy posiłek dnia. Kolację w wersji idealnej zjadam przed zachodem słońca. Możemy jednak ogólnie przyjąć, że optymalnie należy ją spożyć między godziną 17 a 19 i najpóźniej 3 godziny przed snem. W kwestii godzin jedzenia poszczególnych posiłków słuchaj się jednak przede wszystkim siebie i własnego zegara biologicznego.

Więcej w książce:

  1. Styl Życia

Inteligentne światło, które nada życiu barw

Zobacz galerię 8 Zdjęć
Chociaż pogoda potrafi być wiosną kapryśna, nie ma wątpliwości, że budząca się do życia natura zachęca do działania. Skoro nie zawsze możemy liczyć na słoneczną aurę na zewnątrz, warto poszukać rozwiązania, które pomoże ją stworzyć w naszych domach. Kolory zamknięte w inteligentnej lampie Philips Hue Iris są na wyciągnięcie ręki – kiedy tylko potrzebujesz pomogą imitować światło słoneczne. Co więcej – oferują całą serię barw i odcieni.

Odkryj swoją przestrzeń na nowo

Szeroka paleta białego światła pozwoli uzyskać właściwy nastrój zarówno do pracy, zabawy jak i relaksu, niezależnie od pory dnia. Decydując się na inteligentne oświetlenie Philips Hue każdy dzień możesz rozpocząć przy chłodnych, rześkich barwach. Imitujące wschód słońca coraz jaśniejsze światło pomoże naładować baterie niczym poranna, mocna kawa i zapewni energię nawet w pochmurne dni. A po pracy? Jednym kliknięciem przemienisz swój salon z domowego biura w prawdziwą oazę relaksu – ulubiona książka, aromatyczna chai tea latte i dopełniająca doznania bursztynowa barwa światła brzmią magicznie, czyż nie? Natomiast przed snem łagodne dla oczu złote odcienie pomogą Ci odprężyć się przed ucieczką w krainę nocnych marzeń. Możesz też z łatwością sprawić by światło samo podążało drogą słońca w trakcie dnia i zmieniało barwę od chłodnego do ciepłego – imitując wędrówkę słońca po niebie.

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw

Jednak dobranie oświetlenia do codziennych zadań to nie wszystkie możliwości stylowej lampy Iris i całego inteligentnego oświetlenia Philips Hue. 16 milionów kolorowego światła pozwoli na stworzenie nastroju niezależnie od okazji. Energetyczna czerwień dodająca sił do porannego treningu? Relaksujące pudrowo różowe tony idealne do medytacji? Czy mieniące się blaskiem świec miodowo-szafranowe barwy, rozgrzewające atmosferę podczas romantycznej kolacji? Wybór należy do Ciebie – w dekorowaniu domu światłem jedyną granicą jest już tylko wyobraźnia. Decydując się na więcej niż jedno źródło światła możesz stworzyć wyjątkowe aranżacje świetlne, zmieniając swój dom w prawdziwą, magiczną krainę.

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw

Możliwość sterowania przez aplikację pozwala nie tylko łatwo włączać i wyłączać lampę z poziomu telefonu, ale również dostosowywać temperaturę barwową czy natężenie. Do dyspozycji użytkownika są też różne sceny oświetleniowe, zaprojektowane z myślą o czynnościach takich jak praca, czytanie czy relaks. Możliwości jest mnóstwo, bo system oferuje 16 milionów kolorów światła i aż 50 tysięcy odcieni światła białego. Każdy znajdzie wśród nich te ulubione. Możliwość sterowania przez aplikację pozwala nie tylko łatwo włączać i wyłączać lampę z poziomu telefonu, ale również dostosowywać temperaturę barwową czy natężenie. Do dyspozycji użytkownika są też różne sceny oświetleniowe, zaprojektowane z myślą o czynnościach takich jak praca, czytanie czy relaks. Możliwości jest mnóstwo, bo system oferuje 16 milionów kolorów światła i aż 50 tysięcy odcieni światła białego. Każdy znajdzie wśród nich te ulubione.

Piękna i inteligentna

Philips Hue to coś więcej niż oświetlenie, to część wystroju domu. Najnowsza lampa Philips Hue Iris o unikalnym designie delikatnie obmywa ściany kolorem, subtelnie podświetlając otoczenie. Miękkie światło wydobywające się z tyłu lampy nadaje jej jeszcze bardziej wyjątkowego wyglądu, a nowoczesny projekt sprawia, że zachwyca nawet, gdy jest wyłączona. Teraz ten kultowy model oferowany jest w czterech metalicznych odcieniach: miedzianym, różowym, srebrnym oraz złotym. Ekskluzywna odsłona lampy stanowi idealne uzupełnienie niemal wszystkich wnętrz, a bogactwo barw pozwoli na nowo zdefiniować nastrój każdego pomieszczenia nawet najbardziej wybrednemu amatorowi aranżacji wnętrz.

Elegancki design sprawia, że lampa Philips Hue Iris w limitowanej edycji to coś więcej niż  inteligentna lampa. To prawdziwe dzieło sztuki wzornictwa. Elegancki design sprawia, że lampa Philips Hue Iris w limitowanej edycji to coś więcej niż  inteligentna lampa. To prawdziwe dzieło sztuki wzornictwa.

  1. Styl Życia

Seks w wielkim lesie. Wywiad z botanikiem Łukaszem Łuczajem

- Uważam, że uprawianie miłości w lesie jest cudowne. Nie definiuję, co to ma być, czy to w ogóle ma być seks. To może być przesiadywanie nago w lesie lub chodzenie boso. I wiosna jest na to bardzo dobra - mówi botanik Łukasz Łuczaj. (Fot. Kim Walker)
- Uważam, że uprawianie miłości w lesie jest cudowne. Nie definiuję, co to ma być, czy to w ogóle ma być seks. To może być przesiadywanie nago w lesie lub chodzenie boso. I wiosna jest na to bardzo dobra - mówi botanik Łukasz Łuczaj. (Fot. Kim Walker)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Pokolenia licealistów wytężają wyobraźnię, by odgadnąć, co właściwie zaszło między Tadeuszem a Telimeną podczas słynnego grzybobrania... Łukasz Łuczaj, botanik i autor książki „Seks w wielkim lesie”, radzi jednak, by na leśne umizgi wybierać miesiące poza sezonem grzybowym. Zatem kiedy i gdzie najlepiej kochać się w plenerze?

Mamy wiosnę. Zdjęliśmy kurtki, odsłaniamy skórę, zrobiło się bardziej zmysłowo? Widzę po sobie, jak bardzo żyję cyklami przyrody. W zimie jestem wyciszony, gdzieś schowany i piszący, a moje potrzeby seksualne redukują się czterokrotnie. Ale to jest fajny moment, żeby gromadzić tę energię. A na wiosnę już włącza mi się taki stan submaniakalny, kiedy zaczynam czuć przyrodę, jak zwierzę, które się budzi, chce żyć.

I zachęcasz, żeby iść do lasu. Tak, uważam po prostu, że uprawianie miłości w lesie jest cudowne. Nie definiuję, co to ma być, czy to w ogóle ma być seks; to może być zwykłe przebywanie nago w lesie lub chodzenie boso. I wiosna jest na to bardzo dobra.

Nie ma jeszcze tylu owadów. Poza kleszczami właściwie nic nas wtedy nie gryzie. Wiele osób ma cielesny kontakt z naturą dopiero latem, głównie na wakacjach. U nas nie ma tradycji dłuższych wakacji wiosennych i przez to nie mamy kultury cieszenia się wiosną, kiedy robi się naprawdę pięknie, a przyroda jest zupełnie inna niż później. Już w lutym czy w marcu zdarzają się czasem dni, gdy temperatura osiąga 15–17 stopni. A w lasach liściastych, o tej porze jeszcze pozbawionych liści, jest słonecznie, pnie się nagrzewają, ściółka się nagrzewa, wychodzą kwiaty. Można się kochać w lesie wśród zawilców, fiołków, i jest to naprawdę cudowne uczucie.

Mam wrażenie, że dla wielu osób twoja propozycja jest jednak zaskakująca. Nie biorą pod uwagę, że mogłyby iść do lasu i się kochać. Dla wielu jest zaskakująca, ale dla wielu nie jest, bo, uwierz mi, ludzie naprawdę to robią. Rozmawiałem z wieloma osobami, które mają wspomnienia, że podczas ogniska latem ktoś się oddalił albo coś się działo na obozie nad mazurskim jeziorem czy na wycieczce w górach. Czasem jest to wspomnienie utraty dziewictwa właśnie na łonie przyrody.

Może fantazjujemy o seksie na łonie natury, bo dużo filmów erotycznych czy pornograficznych jest kręconych w naturalnej scenerii? No właśnie, przyznam się, że pisząc tę książkę, przejrzałem badawczo wiele takich filmików. Nie jestem fanem pornografii, natomiast bardzo mnie ciekawił schemat, jaki się w nich wykorzystuje. Kręci się je w lasach sosnowych, gdzieś w Rosji albo Skandynawii, pojawiają się jakieś blondyny oparte o drzewo albo kładące się na podłożu boru. Czasami jest to wybrzeże morskie w Chorwacji czy Grecji.

Muszą być piasek i woda. Taki jest już schemat: dziewczyna oparta o drzewo ewentualnie para leżąca na piasku. Ten las jest właściwie niepotrzebny, jest tylko miejscem, gdzie można się schować. Ale zdarzyło mi się obejrzeć ciekawsze filmy, gdzie kochankowie kryli się w lesie tropikalnym, wisieli na lianach albo przyjmowali różne ciekawe pozycje, których nie widziałem w Europie. Przy okazji muszę przyznać, skoro zapytałaś o pornografię, że w książce przeoczyłem ciekawy fenomen, jakim jest ruch Fuck For Forest. To grupa ekologicznych zapaleńców, którzy nagrywają filmy pornograficzne czy bardziej erotyczne. I pieniądze z ich sprzedaży przeznaczają na wykupywanie lasów, ochronę przed wycinką. Nie wiem, czy umiałbym być tak bezkompromisowy, nie wiem, czy chciałbym pokazywać swoje ciało publicznie w takim filmie. Natomiast jakoś mi oni imponują. Widać w ich działaniach radość życia, wibrację wynikającą ze związku z ziemią.

Gdy mówisz o seksie w lesie czy przebywaniu nago w lesie, to we mnie pojawia się obawa. W lesie czuję się bardziej wystawiona na widok publiczny niż na ulicy.  I kiedy słyszę o kobiecie zgwałconej w Lesie Kabackim, to odechciewa mi się igraszek w naturze. Tak, ale masz perspektywę lasu podmiejskiego. Gwałty w lesie w Bieszczadach są rzadkością. Choć na pewno jest to trudny temat dla kobiet. Jeszcze przed publikacją tej książki w wydawnictwie pojawiły się obawy, czy przyjęta w niej perspektywa nie jest mocno heretycko-samcza. Ale ja chciałem po prostu pisać o sobie; może ktoś napisze kiedyś taką książkę z perspektywy kobiecej lub homoseksualnej. Natomiast piszę dużo o dotyku, o odczuciu przyrody, na które jesteśmy wrażliwi niezależne od tego, jakie mamy narządy czy orientację.

Ale powiem tak: do lasu trzeba iść z kimś, to dobre miejsce na randkę. Zwłaszcza że – i to potwierdził sam rzecznik Komendy Głównej Policji – uprawianie seksu w lesie nie jest nielegalne, o ile nie naraża się innych na oglądanie nas.

Kiedy dobrze, a kiedy źle kochać się w lesie? Z perspektywy osoby mieszkającej na Pogórzu Dynowskim, która wchodzi do lasu i ma kilka kilometrów leśnej przestrzeni dla siebie, na pewno unikałbym seksu w okolicach sezonu grzybowego. Dlatego właśnie kwiecień jest super na seks, bo wtedy nie ma grzybów i ludzie nie chodzą po lesie.

Kiedyś próbowałem znaleźć miejsce na schadzkę w okolicach Tarnowa, naprawdę długo to trwało. Te lasy były fatalne, wszędzie jakieś sośniny z podszytem jeżyn i trzeba było przejechać z 50 km, żeby w ogóle wejść w fajne otoczenie. No i rzeczywiście trudno jest znaleźć dobre miejsce wokół aglomeracji miejskich, choć kochałem się  na łonie natury i w Warszawie, i w Krakowie, ale to już wymaga sporego doświadczenia w wyszukiwaniu odosobnionych okolic. Natomiast łatwiej o dobre miejsce na seks w regionach turystycznych, takich jak góry, pojezierza, także parki narodowe.

Parki narodowe? Tak, gdy się zejdzie ze szlaku, co jest oczywiście czasem nielegalne, to ma się park dla siebie. Poza tym w parkach są wykroty – nie prowadzi się wycinki, więc po prostu co rusz leżą zwalone drzewa. I one są jak meble. Tak naprawdę dla mnie las, który nie ma tych wykrotów, jest lasem nieumeblowanym, jest jak wielka hala sportowa. A las pozostawiony sam sobie po kilkudziesięciu latach wygląda trochę jak graciarnia, gdzie można się schować, ukryć pod drzewem, oprzeć o jego pień. Drzewa mają korę chropowatą albo gładką, to budzi różne doznania, są też kłody omszałe. I dlatego takie kłody są dobre na wiosnę, bo, że tak powiem, w dupę nie zmarzniemy. A nawet można się kochać w zimie, dlatego że kłoda nagrzeje się od słońca. Nie mamy kontaktu z ziemią i wilgocią.

Spotkałeś się z zarzutem, że trochę wykorzystujesz przyrodę? Że traktujesz las jak umeblowane miejsce, jak scenerię do uprawiania seksu? Pojawiły się takie głosy, ale uważam to za mocno histeryczno-hipsterskie. Bez przesady, myślę, że drzewa znoszą gorsze rzeczy, ludzie je ścinają, kaleczą. Poza tym myślę, że one chcą tego.

A skąd taka myśl? Żeby to wiedzieć, to trzeba rozmawiać z duchami drzew.

Myślałam o tym chodzeniu nago, przecież w Polsce mamy plaże naturystów. Ale dlaczego nie mamy lasów naturystów? Może dlatego, że ludzie się lubią opalać, że mamy naturalny zwyczaj rozbierania się na plaży. To fajny pomysł. Poza tym wydaje mi się, że ludzie mają coraz większy problem z byciem na plaży naturystów. W latach 70. w Chorwacji wszędzie spotykało się plaże naturystów, to było królestwo naturyzmu europejskiego. A w tej chwili jest tego bardzo mało, na takich plażach leżą głównie emeryci. Myślę, że ludzie też mają dużo nagości i seksu w Internecie albo w sytuacjach prywatnych. No i przez tę wszechobecność smartfonów nikt nie chce być sfilmowany, żeby potem go pokazywano w pracy na przykład.

Trudno się dziwić. Za to jestem za tym, żeby bycie nago było absolutnie legalne właśnie w lasach czy jakichś takich bardziej odsuniętych miejscach. Przecież to jest chore, że myśmy się tak przyzwyczaili do ubrania. Ono służy tak naprawdę tylko do tego, żeby zabezpieczyć się przed chłodem, a kiedyś też zabezpieczało przed atakiem seksualnym, bo trudniej dobrać się do kogoś okutanego w ileś warstw.

Przypomina mi się książka o Australii – „Ja, Aborygen” Douglasa Lockwooda. To jest zapis wspomnień australijskiego przedstawiciela rdzennej ludności, który napisał coś w stylu: „Moja matka urodziła się naga i umarła naga i nigdy nie miała na sobie ubrania, przez całe życie”. Bardzo mnie to zaciekawiło.

A ty chodzisz nago po lesie? Udało mi się kiedyś przez kilka dni i nocy przebywać nago i to było niesamowite uczucie. To oczywiście szybko przestaje być seksualne, ale jest podniecające na zupełnie innym poziomie. Na poziomie skóry, na poziomie tego, że nasze ciało jest wolne. Po pewnym czasie to trochę mija. No i powtarzam, rozdzielmy bycie nago od seksu.

W czym właściwie seks w naturze jest lepszy od seksu w łóżku? Dla mnie ważny jest kontakt ze słońcem, z energią, więc taki seks jest lepszy właśnie w tej łączności z naturą. W tym, że słońce na nas świeci. Ale generalnie nie wiem, czy jest lepszy, jest po prostu inny. Kiedyś zresztą ludzie żyli w wielopokoleniowych domach, w małych izbach i nadal tak żyją na świecie. Czasem też ktoś nie ma kasy, żeby pójść do kawiarni na randkę, albo w okolicy nie ma kawiarni. A w domu są rodzice, dziadkowie, rodzeństwo. Więc zostaje las i jest wtedy miejscem intymnym.

Czyli las był i jest naturalnym miejscem schadzek? Tak. Po lekturze mojej książki wiele osób, pięćdziesięcio-, sześćdziesięcio- czy siedemdziesięcioletnich powiedziało mi, że ma wspomnienia seksu w lesie czy na łonie natury. A teraz młode pokolenie boi się kleszczy, boi się, że ktoś ich zobaczy, sfilmuje… To jest dziwne, że młodzi ludzie w tej chwili są bardzo seksualnie rozbestwieni, a z drugiej strony boją się przyrody.

I wtedy wkraczasz ty ze swoją książką. „Seks w wielkim lesie” jest pierwszą książką tego typu na świecie. Czegoś takiego, co jest połączeniem poradnika i eseju wybiegającego do różnych kultur, z własnymi wątkami autobiograficznymi i wspomnieniami, po prostu nie ma. Ale myślę, że będzie więcej. Ostatnio w Stanach powstał podcast właśnie o uprawianiu seksu na zewnątrz. I prognozując trendy, uważam, że kultura europejska znów zwróci się ku starożytnej Grecji, z jej mitologią, bliskością natury i seksem.

Tak sądzisz? Myślę, że rozwiązaniem dla ludzi, którzy uprawiają seks trochę mechanicznie, jest wsłuchanie się w rytm natury. Ja mam taką refleksję, że gdy widzę nasienie wylane na ciało czy na kłodę drzewa w lecie, a nad nim muchy, które je zjadają, to dla mnie to jest dalej życie, te muchy się najedzą. Gdy myślimy o seksie, to jego najważniejszą funkcją jest dawanie życia, i dla mnie to jest ważne, podniosłe. Choć może nie wszyscy tak mają. Ale przyznam się, że miałem duże wątpliwości przed publikacją tej książki.

Dlaczego? Staram się w niej operować na różnych poziomach: biologicznym, takim przeciętnie erotycznym oraz metafizycznym. Ale samo uprawianie seksu zwykle przyciąga energię z niższych czakramów, a ja jestem bardziej skomplikowany i o seksie aż tak często nie myślę, i traktuję go dosyć poważnie. Dlatego bardzo się obawiałem, że będę przyciągał takie energie bardziej ziemskie. Ale w końcu się zdecydowałem, bo myślę, że naprawdę świat potrzebuje takiej książki.

To na koniec – od czego zacząć przygodę z seksem w lesie? Po pierwsze, od chodzenia boso po lesie. Po drugie, od ocierania się plecami o pień drzewa na przykład. I może od wizyty w jakimś parku narodowym. Polecam jeszcze kochanie się pod kwitnącą czereśnią albo jabłonią.

Łukasz Łuczaj, botanik, doktor habilitowany nauk biologicznych, wykładowca akademicki, autor książek popularnonaukowych i esejów o przyrodzie dziko rosnącej.

Polecamy książkę: „Seks w wielkim lesie”, Łukasz Łuczaj, wyd. Korporacja Ha!art. Polecamy książkę: „Seks w wielkim lesie”, Łukasz Łuczaj, wyd. Korporacja Ha!art.