1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Klimat to my - rozmawiamy z autorem książki "Zjadanie zwierząt"

Klimat to my - rozmawiamy z autorem książki "Zjadanie zwierząt"

Jonathan Safran Foer (Fot. Stefano Guidi/Forum Forum)
Jonathan Safran Foer (Fot. Stefano Guidi/Forum Forum)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kilka lat temu w książce „Zjadanie zwierząt” pisał o problemach związanych z przemysłową hodowlą zwierząt. W najnowszej, „Klimat to my. Ratowanie planety zaczyna się przy śniadaniu”, Jonathan Safran Foer konfrontuje nas z przeszłością i pokazuje potencjalną przyszłość. I rozwiązania. Jedno z nich mówi jasno: żeby uratować planetę, musimy radykalnie ograniczyć ilość zjadanego mięsa. Tu i teraz, od najbliższego posiłku. Ale jak do tego doprowadzić? 

Kilka lat temu w książce „Zjadanie zwierząt” pisał o problemach związanych z przemysłową hodowlą zwierząt. W najnowszej, „Klimat to my. Ratowanie planety zaczyna się przy śniadaniu”, Jonathan Safran Foer konfrontuje nas z przeszłością i pokazuje potencjalną przyszłość. I rozwiązania. Jedno z nich mówi jasno: żeby uratować planetę, musimy radykalnie ograniczyć ilość zjadanego mięsa. Tu i teraz, od najbliższego posiłku. Ale jak do tego doprowadzić? 

To od książki „Zjadanie zwierząt” chciałabym zacząć. Jeden z twoich przyjaciół, piszesz o tym teraz, powiedział ci, że jej nie przeczyta. Dlaczego tak nam trudno skonfrontować się z prawdą na temat produkcji mięsa i jej konsekwencji dla zwierząt, dla nas i całej planety? Nie obchodzi nas, jakim cierpieniem jest okupiona codzienna porcja protein na talerzu?
Istnieje wiele powodów. Pierwszy jest taki, że obrazy związane z tym, jak wygląda przemysłowy chów zwierząt, są od nas odsuwane, zakłóca się je. Ta rzeczywistość toczy się daleko, jest skomplikowana, bywa, że szczegóły są ukryte, niedostępne. Ale też sami się zniechęcamy, unikamy prawdy, bo konfrontacja z nią może czegoś od nas wymagać.

Zaangażowania?
Tak. Dokonania wyboru. Świadomego, celowego działania, które ma przezwyciężyć nasze codzienne przyzwyczajenia. A to bywa trudne, obarczone wstydem i zakłopotaniem. Jest jeszcze coś. Tak naprawdę nie istnieje jedna historia, jedna prawda na temat przemysłowej hodowli zwierząt. A jest ona czymś straszliwym dla zwierząt. Oczywiste jest też to, że produkcja mięsa szkodzi środowisku. Ale to nie wszystko. Prawdą jest również to, że większość przedstawicieli ludzkiego gatunku je mięso przez ostatnich kilkaset tysięcy lat. Wielu ludziom ono dobrze pachnie i smakuje. Tworzy dobre skojarzenia, stanowi element ważnych rytuałów społecznych. Częścią tej opowieści jest również to, że nie wszystkie fermy hodowlane są takie same. A zmiana klimatyczna to wyjątkowo szeroki problem, produkcja mięsa jest tylko jednym z istotnych elementów. Błędem jest upraszczanie tej opowieści. Więc tu nie chodzi tylko o to, że nie chcemy głębiej przyjrzeć się tej sytuacji.

Trudno nie zauważyć również społecznego kontekstu. Nie wszyscy mogą sobie pozwolić na zmianę. W książce porównujesz swoją codzienność na Brooklynie ze skromnym życiem twojej babki, która urodziła się w sztetlu na wschodzie Polski. Skromne życie jest udziałem wielu ludzi w Polsce i nie tylko. Jak włączyć w zmianę tych, którzy z różnych, często istotnych powodów nie mogą zrobić tego sami?
Przede wszystkich trzeba do tego tematu podejść z pokorą. Nie oczekiwać, że wszyscy będą się zmieniać w ten sam sposób. Oczywiście, zmiana łatwiej przychodzi młodym ludziom. Nie stoi za nimi całe życie wypełnione przyzwyczajeniami. Na pewno też łatwiej przychodzi ludziom, którzy żyją w miejscach, w których w ogóle ten wybór jest możliwy. Myślę, że to niesprawiedliwe traktować wszystkich jednakowo. Zamiast wytykać innym: „Powinieneś to zrobić”, raczej przyjrzyjmy się samym sobie, swoim wartościom i zapytajmy: „A co ja mogę zrobić?”. Niektóre z działań dla mnie są proste, innym będą przysparzać problemów. I odwrotnie. Na przykład starsze osoby mieszkające w Polsce, które mogą mieć kłopot z porzuceniem mięsa, prawdopodobnie nie będą mieć problemu z zaprzestaniem podróży samolotami. A to na przykład coś, co mi sprawia kłopot.

Wytykając sobie wzajemnie niekonsekwencję, zaczynamy się obwiniać…
Zamiast jeden drugiego oskarżać, wytykać niedociągnięcia, powinniśmy wszyscy, niezależnie od tego, kim jesteśmy i jakie mamy ograniczenia, pogodzić się z przekazem płynącym od naukowców. Możemy użyć tej wiedzy jako punktu wyjścia i samodzielnie zdecydować, co jesteśmy w stanie zrobić.

Ilustracja Marianna Sztyma Ilustracja Marianna Sztyma

Oddajesz nauce należne miejsce. Ostatni rozdział jest jednym z najmocniejszych punktów książki. Pokazujesz w nim, jak niezgodne ze sobą są statystyki. Czy tak rozbieżny przekaz może nas przekonać?
Liczby mają moc, nawet jeśli nie do końca się co do nich zgadzamy. I faktycznie nie wiemy ostatecznie, jak duży jest udział przemysłowego chowu zwierząt w globalnej puli emisji gazów cieplarnianych, bo w zależności od źródła waha się od 14,5 do 51 proc. Ale mamy za to stuprocentową pewność, potwierdzoną przez ostatni raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), że nie poradzimy sobie ze zmianą klimatyczną bez rozwiązania problemu przemysłowej hodowli zwierząt.

Ale też przyznajesz, że żaden z artykułów naukowych, które czytałeś podczas pracy nad książką „Klimat to my…”, nie sprawił, że sam coś zmieniłeś.
Ale sam proces pisania książki mnie zmienił, nawet jeśli wciąż niedostatecznie. Zresztą myślę, że nie chodzi tu ani o informacje, ani o historie, jakie opowiadamy, tylko o to, jak one na nas wpływają. W Stanach, które są przecież daleko w tyle za częścią świata, 91 proc. obywateli akceptuje stan wiedzy naukowej na temat zmian klimatycznych. Znasz jakiś inny temat, z którym 91 proc. Amerykanów by się w pełni zgadzało? Jeśli tak, to bardzo chciałbym go poznać. Idąc dalej, 71 proc. uważa, że USA powinny pozostać w porozumieniu paryskim. W tej grupie jest też większość osób popierających Partię Republikańską. Więc, oczywiście, informacje są nam niezbędne, ale same nie wystarczają, żeby nas popchnąć do działania. Musi się zadziać coś jeszcze, musimy zostać trafieni. A do każdego z nas przemawia coś innego. Niektórych poruszy Greta Thunberg, innych – raport naukowy, ale nie możemy zakładać, że jedno rozwiązanie będzie tym idealnym.

Wspominasz też o tym, że ogromnie ważna jest struktura, rodzaj tradycyjnego lub systemowego rusztowania, które sprawia, że robimy pewne rzeczy dlatego, że one po prostu muszą być zrobione. Kto mógłby nam tę strukturę zapewnić w kwestiach związanych z redukcją albo rezygnacją z mięsa?
Byłoby cudownie, gdyby na przykład szkoły partycypowały w tej zmianie, i w pewnych miejscach się to dzieje – na przykład w Nowym Jorku. W każdej publicznej szkole w mieście w poniedziałki serwuje się dzieciom wegetariańskie dania. Może się wydawać, że raz w tygodniu to niedużo, jednak jest to całkiem spory krok. Ale też wydaje mi się, że obsesyjne skupianie się na pojedynczych indywidualnych rozwiązaniach to błąd, powinno się to oglądać w szerszej perspektywie. To, czy twoje dzieci zjedzą w szkole mięso, czy nie, ma mniejsze znaczenie dla tematu, niż to, że ty sama, jako dziennikarka, będziesz pisać o tym problemie. Przecenienie własnego wpływu na sytuację bywa narcystyczne. Oczywiście, redukcja osobistych śladów węglowych ma znaczenie, bo te pojedyncze akty zebrane razem mogą przyczynić się do czegoś dużego i ważnego, ale być może ważniejsze jest to, jak nasze indywidualne decyzje wpływają na kulturę, na sposób prowadzenia debaty publicznej, na korporacje, prawo, działania rządów.

Zatrzymajmy się przy wątku politycznym. Polski rząd robi, co może, żeby zachęcić nas do jedzenia mięsa. A Unia Europejska debatuje o podatku mięsnym. Obłożone nim kurczaki mają kosztować dwa razy tyle co teraz.
Nie jestem pewien, czy powinniśmy opodatkowywać mięso, ale z pewnością musimy sprawić, aby kosztowało tyle, ile faktycznie kosztuje. Nie przez sztuczne podwyższanie jego ceny, bo do tego sprowadza się opodatkowanie, ale przez zaprzestanie sztucznego jej obniżania. Jeśli nie finansowalibyśmy branży mięsnej ogromnymi subsydiami i zmusilibyśmy firmy do sprzątania po sobie, do odpowiedzialności za niszczenie środowiska, wtedy cena mięsa odzwierciedlałaby jego faktyczny koszt. To rozwiązanie wolnorynkowe, można powiedzieć. Ale gdyby hamburger kosztował 15 dolarów zamiast trzech, ludzie częściej sięgaliby po inne rodzaje żywności.

A czy faktycznie wierzysz w to, że radykalna zmiana diety może nas jako ludzkość ocalić? Czy nie jest za późno?
Nie, z pewnością jeszcze nie. Zresztą zmiana już nadchodzi, jesteśmy jej świadkami; amerykańska firma Beyond Meat zadebiutowała ostatnio na giełdzie z doskonałym wynikiem otwarcia, najlepszym w ciągu ostatniej dekady albo i dłużej, Tesla jest wielkim graczem na rynku motoryzacyjnym. Rynek już się zmienia – w odpowiedzi na korekty indywidualnych zachowań. Pytanie powinno raczej brzmieć: Czy jesteśmy w stanie zrobić to dostatecznie szybko?

Z najnowszego sondażu Gallupa wynika, że 42 proc. mieszkańców Stanów miało kontakt z roślinnymi alternatywami dla mięsa. Ale czy faktycznie burgery roślinne albo mięso z próbówki to dobre rozwiązania dla ludzkości? Oczywiście, sama zmiana białka zwierzęcego na roślinne przynosi korzyści dla klimatu, ale jeśli są to wysokoprzetworzone produkty, to część tego zysku znika.
Mięso, które jemy teraz, też jest wysokoprzetworzone. Ekstremalnie mocno przetworzone. Ale też nie sądzę, aby wysokoprzetworzone jedzenie w ogóle było rozwiązaniem. Myślę, że dobrze jest zjeść beyond burgera zamiast hamburgera, jeśli idzie się do McDonalda lub Burger Kinga, ale lepiej w ogóle tam nie iść. W przyszłości mięso z próbówki albo roślinne produkty udające mięso niech będą na naszym talerzu od czasu do czasu, ale niech nie stanowią podstawy diety.

A jak ta dieta przyszłości może wyglądać?
Może jak dieta z przeszłości… Nasi rodzice i dziadkowie komponowali swoje jadłospisy z naciskiem na zboża, strączki, warzywa. Przecież dopiero niedawno ludzie doszli do wniosku, że posiłek powinien składać się z kawałka mięsa wielkiego jak talerz.

Dużo się teraz mówi o lęku klimatycznym. Czujesz czasem i ty niepokój, przygnębienie, bezsilność?
Szczerze? Zdarza mi się, choć wolałbym czuć to częściej. Bo, prawdę mówiąc, dużo łatwiej jest zapominać, podążać za codziennością. Myślę, że ludzie raczej doświadczają mocnych emocji, gdy coś się dzieje – huragan, powódź, pożary, jak ostatnio w Australii – a potem odwracają się od tych obrazów i zajmują swoim życiem, zapominając o nich. Powinniśmy przestać polegać na tych uczuciach, bo nie zawsze są wtedy, gdy ich potrzebujemy. Gdy idziesz do sklepu i czegoś bardzo chcesz, co sprawia, że tego nie kradniesz? Pamięć o kontrakcie społecznym? Uczucia do właściciela sklepu? Nie. Nie kradniesz dlatego, że po prostu nie kradniesz. Nie jesteś osobą, która kradnie. I takimi osobami musimy się stać bez polegania na wielkich ideach albo silnych uczuciach.

Jesteś mniej radykalny niż w książce.
Nie sądzę, żeby książka była radykalna.

Twoja szczerość jest radykalna, aż czasem uwiera. Można się poczuć niewygodnie ze swoją hipokryzją. Skonfrontować się ze wszystkimi wymówkami, których używa się na co dzień, by wytłumaczyć sobie własną niekonsekwencję. Nie tylko w temacie niejedzenia mięsa.
Ale pisząc o własnych doświadczeniach, chciałem, żeby czytelnicy poczuli się komfortowo.

Sojusz w niedoskonałości?
Nie ma osób, które są doskonale konsekwentne. Nie na tej Ziemi. I nie powinno to być zresztą naszym celem. Z dwóch powodów: łatwiej wtedy o porażkę, ale też planeta nie wymaga od nas, abyśmy tacy byli. Planeta nie wymaga, abyśmy wszyscy przestali latać albo jeść produkty zwierzęcego pochodzenia. Ona wymaga, żebyśmy się ograniczyli. I jeśli odłożymy na bok kwestie związane z tożsamością, podziałami, wyborami, a skupimy się na życiu z umiarem, w poszanowaniu naszych wartości, to jest coś, co może faktycznie zadziałać.

Nie potrzebujemy garstki perfekcjonistów, tylko milionów, które będą robić to niedoskonale?
Właśnie.

Twoim ważnym wspomnieniem, piszesz o tym w książce, jest kurczak w marchewce, rytualnie szykowany przez babcię, żydowską imigrantkę ze wschodu Polski. Czyli jednak mięso. Sam masz dwóch synów. Jak myślisz, co będzie częścią ich kulinarnej tożsamości?
Mam nadzieję, że… przyjemność. Mam nadzieję, że poznają wiele dań, które uznają za pyszne, że będą mieć mnóstwo jedzeniowych doświadczeń, ale też – że będą czuć przyjemność w jedzeniu zgodnym z ich wartościami. Czasem dobrze móc powiedzieć „nie” czemuś, czego się bardzo chce.

Jonathan Safran Foer „Klimat to my. ratowanie planety zaczyna się przy śniadaniu”,  Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Jonathan Safran Foer „Klimat to my. ratowanie planety zaczyna się przy śniadaniu”,  Wydawnictwo Krytyki Politycznej.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kuchnia

Korzenna chai latte - przyjemność dla podniebienia, pożytek dla mózgu

Korzenna chai latte (Fot. Oliver Barth/ Wydawnictwo Zwierciadło)
Korzenna chai latte (Fot. Oliver Barth/ Wydawnictwo Zwierciadło)
Po co komu kawa, jeśli można wypić pyszną, korzenną i lekko pikantną latte, która pobudzi nie tylko kubki smakowe, lecz także umysł? Jeśli masz ochotę na coś łagodniejszego, możesz zmniejszyć ilość czarnego pieprzu i imbiru, ale ich korzystny wpływ na smak (oraz na trawienie) jest niezaprzeczalny, więc może warto spróbować?

Przepis pochodzi z książki „Smart Plants. Jak wykorzystać naturalne nootropiki, by usprawnić myślenie, koncentrację i pamięć.”, Julie Mooris

Mózg to niezwykle złożony organ. Podstawowa wiedza na temat jego funkcji i procesów oraz związków chemicznych, które je wspomagają, może okazać się bardzo przydatna w podjęciu kolejnych kroków na drodze do optymalizacji myślenia i odczuwania. Właśnie tym zagadnieniom poświęcona jest książka.

Znajdziesz w niej  65 przepisów opartych na produktach pochodzenia roślinnego,  oraz praktyczne informacje na temat biologii mózgu i jego funkcji (bez obaw, to nie są żadne zawiłe treści!), a także metody, które mogą skutecznie poprawić jego pracę i wydajność. Lektura tej książki daje narzędzia umożliwiające identyfikację własnych potrzeb, co w dalszym etapie pozwoli Ci zmodyfikować dietę w taki sposób, by jak najskuteczniej wspierała twój umysł.

Składniki na 2 szklanki/2 porcje: 

  • 2 szklanki niesłodzonego mleka migdałowego
  • 2 daktyle medjool, bez pestek
  • 2 łyżeczki soplówki jeżowatej w proszku (do kupienia w sklepach ze zdrową żywnością)
  • niepełna 1/4 łyżeczki cytryńca chińskiego w proszku
  • 1/2 łyżeczki cynamonu, mielonego
  • 1/2 łyżeczki imbiru, mielonego
  • 1/8 łyżeczki kardamonu, mielonego
  • 1/4 łyżeczki czarnego pieprzu, drobno mielonego
  • stewia w płynie, do smaku (opcjonalnie)

Umieść wszystkie składniki oprócz stewii w blenderze i utrzyj na gładko. Przelej płyn do rondla i postaw go na małym ogniu. Podgrzewaj, aż zacznie lekko wrzeć. Zamieszaj przed wypiciem i racz się natychmiast. Dosłodź stewią tylko jeśli to konieczne.

Więcej smacznych i zdrowych roślinnych przepisów znajdziesz w książce: „Smart Plants. Jak wykorzystać naturalne nootropiki, by usprawnić myślenie, koncentrację i pamięć” Julie Morris.

  1. Styl Życia

Zagrożenia raf koralowych - co im zagraża i dlaczego tak ważna jest ich ochrona?

Marta Pietrzak: Woda uświadamia ci, że jesteś tylko częścią większej całości. (Fot. Philippe Lahousse/archiwum domowe Marty Pietrzak)
Marta Pietrzak: Woda uświadamia ci, że jesteś tylko częścią większej całości. (Fot. Philippe Lahousse/archiwum domowe Marty Pietrzak)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Pandemia to wyjątkowy czas dla rafy koralowej. Marta Pietrzak, instruktorka przewodząca grupie nurków w egipskiej Hurghadzie, obserwuje to każdego dnia, z bliska. Mówi, że schodząc pod wodę, czuje się, jakby wchodziła do własnego ogródka. O który trzeba się troszczyć, do czego przekonuje i miejscowych, i turystów.

Dlaczego ochrona raf koralowych jest w naszym interesie, a nie tylko takich krajów jak Egipt?
Bo rafy odpowiadają za oczyszczanie powietrza całej planety. Dużo mówi się o lasach tropikalnych, ale zapominamy, że nie tylko one są płucami Ziemi. Są nimi też morza i oceany, które pochłaniają dwutlenek węgla z atmosfery. Mówię tu między innymi o procesie wbudowywania tego gazu w strukturę pancerzyków zooplanktonu. Ten po śmierci opada na dno i z biegiem lat tworzy grube warstwy wapieni. A wapienie porastają rafy koralowe, które magazynują węgiel w bezpiecznej dla atmosfery postaci. Kolejna sprawa to łańcuch pokarmowy zaczynający się właśnie w rafach. Żyją tam małe rybki, czyli pokarm dla dużych ryb, które z kolei stają się pożywieniem dla ptaków i ssaków, w tym także dla człowieka. I jeśli pada rafa koralowa, automatycznie zaburza się ekosystem.

Rybek nie można dokarmiać?
Nie, bo przestaną czyścić rafę. Zabrudzona obumiera, a one nie mają gdzie płynąć na tarło, bo właśnie wśród korali mają swój dom. Tam znajdują pokarm i mogą się swobodnie rozmnażać.

Podobno podczas pandemii oceany i morza odżyły.
Jeśli mówimy konkretnie o Hurghadzie, tu co innego wpłynęło na polepszenie kondycji rafy: ocieplenie klimatu. Woda w ciągu ostatniej dekady ociepliła się z 29 do 32 stopni. W rezultacie pojawiło się u nas mnóstwo miękkich korali. Takich, które nie mają szkieletu wapiennego, widać, jak się ruszają, one bardzo lubią ciepłą wodę. Natomiast twarde, czyli LPS – wielkopolipowe – i SPS – małopolipowe – to takie, które przypominają kamień. Aż trudno uwierzyć, że są klasyfikowane jako zwierzęta. Zresztą wśród wielu osób nadal pokutuje przekonanie, że to po prostu kolorowe rośliny, które rosną sobie na dnie. Trzeba pamiętać, że korale, które nie przeprowadzają fotosyntezy, nie wyrosną na piasku. Porastają swoich poprzedników, po których został wapienny szkielet. To dlatego mówi się, że rafy „rosną”, bo faktycznie przez miliony lat młode wyrastały na szkieletach starych. A wracając do twojego pytania – w pandemii obserwuję, że dzikie delfiny, jak tylko wyruszamy na morze, natychmiast zaczynają przypływać do naszych łodzi. Najwyraźniej zaakceptowały nas jako część ekosystemu. Problem w tym, że kryzys wywołany koronawirusem spowodował, że młodzi bezrobotni Egipcjanie wypływają w morze wpław, z harpunem w ręku. Płyną kilka kilometrów, co zajmuje im parę godzin, polują na ryby i po zmroku próbują je dostarczyć na ląd, płynąc wpław. Wiele razy zdarzyło mi się wyławiać takiego 20-letniego kłusownika, który resztką sił wdrapywał się na pokład.

W Hurghadzie woda w oceanie w ciągu ostatniej dekady ociepliła się z 29 do 32 stopni. W rezultacie pojawiło się tu mnóstwo miękkich korali. (Fot. Getty Images) W Hurghadzie woda w oceanie w ciągu ostatniej dekady ociepliła się z 29 do 32 stopni. W rezultacie pojawiło się tu mnóstwo miękkich korali. (Fot. Getty Images)

W Egipcie program ochrony rafy działa skutecznie?
W Hurghadzie działa HEPCA, organizacja, która zajmuje się ochroną Morza Czerwonego mającego status parku narodowego. Wydają pozwolenia dla załóg: każda osoba musi przejść testy, żeby pracować jako przewodnik nurków i organizator snurkowania [tj. pływania pod wodą na niewielkiej głębokości lub tuż pod taflą wody, bez butli – przyp. red.]. To oni decydują, gdzie i kiedy można wypływać tak, żeby nie zaburzać życia rafy. Nie ma mowy, że jakaś łódź popłynie sobie w miejsce, gdzie na przykład śpią delfiny. HEPCA organizuje też regularne sprzątania plaż. To krok we właściwym kierunku, ale wiedza na temat ekologii wśród Egipcjan jest nadal niewielka. Oni nie doceniają tego, co mają.

Jak myślisz, dlaczego tak jest?
Egipska rafa jest wyjątkowa, podobna jedynie do tej w Australii. Egipcjanie mają cud natury, ale że mało podróżują, są przekonani, że wszystkie morza na świecie wyglądają tak samo. Jak im pokazałam podwodne zdjęcia z Bałtyku, gdzie dno wygląda, jak wygląda, byli przekonani, że robię sobie z nich żarty.

Co poczułaś, kiedy pierwszy raz zeszłaś tutaj pod wodę?
Wszystkie problemy – opłaty, rachunki, katar dziecka – znikają pod wodą. Jakbym była w stanie nieważkości. Z kolejnymi nurkowaniami miałam coraz więcej przemyśleń. Zastanawiałam się, dlaczego dziki delfin chce do mnie podpłynąć. A może to ten sam, z którym już kiedyś pływałam? Widziałam kiedyś na YouTubie filmik, na którym facet miał swojego błazenka, czyli amphipriona. Pomyślałam sobie: „Kurde, też chcę takiego mieć!”.

I masz?
Mam! Na jednej rafie spędziłam mnóstwo czasu, aż w końcu mieszkający tam błazenek zaczął wychodzić do mnie z korala. Przyzwyczaiłam go do gestu rozkładania rąk. Kiedy podpływałam, on się o mnie ocierał. Mam zdjęcia, na których siedzi mi na palcu jak motyl. Poczułam niesamowite zespolenie ze światem przyrody. Woda uświadamia ci, że jesteś tylko częścią większej całości.

Po tylu latach nie znudziło ci się schodzenie do tego świata?
Nie ma dwóch takich samych nurkowań. Zdarza mi się krzyczeć pod wodą jak dziecko i płakać ze szczęścia. Jak wtedy, kiedy odprowadziłam grupę na łódź i zgłosiłam załodze, że chcę zostać solo pod wodą. Podpłynął do mnie delfin. Był tuż obok mnie, jak nurek koło nurka. Pływaliśmy tak z 15 minut, sięgał tylko po powietrze. Mogłam spojrzeć temu zwierzakowi w oczy, mówiłam: „Jezu, jak fajnie, że jesteś! Ciekawe, o czym myślisz? Aaaa, ty jesteś dziewczynką!”. Wiedziałam, że delfin ma przyjemność z płynięcia obok mnie i wie, że ja mam przyjemność z płynięcia obok niego. Nie dotknęłam go, chociaż mogłam, był tak blisko.

Wiele osób pewnie by dotknęło. Dlatego nurkowanie budzi tak duże kontrowersje. Przeciwnicy uważają, że nurkowie niszczą rafy i zaburzają świat natury.
Rafy zmieniają się w szybkim tempie. Marzę o tym, żeby zobaczyć, jak wyglądały 20 lat temu. A te, które ja oglądam teraz, chcę pokazać moim dzieciom, jak będą większe. Nurkowie mają świadomość postępującej degradacji, dlatego chcemy swoją wiedzę zdobytą pod wodą wykorzystać do ocalenia tego świata. Stąd mój pomysł na szkółkę, w której hodujemy korale. Angażujemy w nią dzieci, którym przekazuję wiedzę na temat tego, jak można korale łączyć, które wymagają opieki, a które należy zostawić samopas. Dziecko hoduje swój koral, a potem co roku dostaje zdjęcie, na którym może zobaczyć, jak on się rozwija. Wierzę, że w ten sposób ocalimy rafy, ale przede wszystkim zwiększymy świadomość ekologiczną.

A twoi pracownicy i klienci, z którymi nurkujesz? Oni też schodzą pod wodę z taką świadomością?
Oczywiście wypadki są nieuniknione, czasem zdarza mi się w coś uderzyć, ale jeżeli nurek płynąłby przy rafie i jej dotykał, natychmiast zostałby odsunięty. Ja czuję się pod wodą tak, jakbym wchodziła do własnego ogródka. Wiem, gdzie mieszka ośmiornica, która nie ma trzech nóg, a gdzie ślepa murena. Pomyśl, co twoja mama zrobiłaby ci, gdybyś wszedł jej do ogródka i nie umiał się w nim zachować.

Twoja załoga składa się wyłącznie z Egipcjan, mężczyzn. Trudno jest być ich szefową?
Na szacunek pracowników musiałam zapracować. Teraz wiedzą, że ze mną nie ma dyskusji. Ale tylko raz zdarzyło mi się nakrzyczeć na pracownika. Był wkurzony, że nie może nic zrobić z tym, że kobieta na niego krzyczy. Kobiecie tutaj nie wypada podnosić głosu na mężczyznę w miejscu publicznym. W domu może. Ba! W domu to norma, ale na ulicy czy w pracy – już nie.

Kiedy zaczęli się z tobą liczyć?
Zaakceptowali moją obecność szybko, ale musiałam sobie wyrobić taką renomę, żeby szanowali też to, co mówię. Nawet kiedy zdałam egzamin na instruktorkę nurkowania i wszyscy na łodzi byli niżsi stopniem ode mnie, nadal pozostawałam kobietą, postrzeganą jako turystka: biała, blondynka. Musiałam pokazać, że faktycznie mam coś w głowie. Pomógł mi Ahmed, szef zespołu, który dzielił się ze mną wiedzą, zabierał na nurkowania. Pokazywał, na co zwracać uwagę, jak i gdzie szukać, żeby były one bardziej interesujące, bezpieczniejsze. Przy nim poczułam komfort bycia w wodzie bez strachu. Teraz czuję się w niej tak, jakbym otwierała drzwi i wchodziła do kolejnego pokoju. Kiedy załoga zobaczyła, że pod wodą jesteśmy na równych prawach, zaczęła szanować moje zdanie.

Egipt poznałaś w dzieciństwie czy dopiero w dorosłości?
Ojca straciłam, kiedy miałam cztery miesiące, a mamę – jak miałam 16 lat. Już jako nastolatka zaczęłam mieszkać sama, z Polski wyleciałam w klasie maturalnej. Pracowałam najpierw między innymi na parkingu jako ticket lady, sprzątałam toalety w centrum handlowym, segregowałam ulotki. Aż w końcu trafiłam do firmy, w której dostrzeżono, że jestem pracowita. No i spędziłam w niej dziesięć lat. Do tego zapisałam się eksternistycznie na biomedycynę. Skończyłam studia, w międzyczasie urodził się mój syn. A potem miałam wypadek. Niefortunnie się przewróciłam na rolkach, naciągnęłam mięśnie od opuszków palców po piąty i szósty krąg szyjny. Nie nadawałam się do pracy. Zaczęłam fizykoterapię, dostawałam chorobowe, ale do firmy nie mogłam już wrócić, woleli wypłacać mi ubezpieczenie. Założyłam własną firmę budowlaną. Przynosiła dobre pieniądze, ale praktycznie nie było mnie w domu. W pewnym momencie zrozumiałam, że pieniądze nie dadzą mi szczęścia. Spakowałam, co miałam pod ręką, i poleciałam na Cypr. Sama. Musiałam odreagować trudny czas, rozchodziłam się wtedy z ojcem Tomka. I ten pobyt był czymś, co zmieniło całe moje życie. Wspaniałe plaże, woda, ciepło po angielskiej depresji. Postanowiłam zostać dłużej, a któregoś dnia zaczęłam nurkować. Poczułam, że to jest to, zrobiłam kurs. Zadzwoniłam do centrum, które akurat potrzebowało pracownika. Moje jedenaste nurkowanie było już nurkowaniem w pracy. A kiedy na Cyprze przyszła zima, poleciałam do Egiptu.

Dlaczego zdecydowałaś się tam zostać?
Pomyślałam sobie: „Boże, po co ja mam wracać na ten Cypr, przecież tam pod wodą nic nie ma!”. Załatwiłam paszport dla syna i przeprowadziłam się z jednym plecakiem.

Nie było problemu z tym, że jesteś singielką z dzieckiem?
Przy najmie mieszkania powiedzieli mi, że żaden mężczyzna nie może mnie odwiedzać. Tu jest tak, że jeżeli przychodzi do mnie pan, żeby naprawić Internet, muszę mieć otwarte drzwi, żeby wszyscy wiedzieli, co się dzieje.

Nie czułaś się z tym źle?
Szczerze mówiąc, to czułam się bezpieczna. A to było dla mnie w nowym kraju bardzo ważne. Jedyny problem, jaki napotkałam, to rasizm w przedszkolu mojego dziecka. Jedno z arabskich dzieci wybrało sobie mojego synka na ofiarę, mówiło, że ma „brudną skórę”.

Musieliśmy zmienić przedszkole.
Po kilku miesiącach zrobiłam kurs na instruktora nurkowania. Poszłam na egzamin, w sali siedziało trzech Egipcjan: dwóch z nich było właścicielami centrów nurkowych, jeden instruktorem, który po wieloletniej przerwie musiał odnowić licencję. No i ja. „Dzień dobry, nazywam się Marta, mam za sobą 200 nurkowań”. Spojrzeli po sobie. Wtedy nie wiedziałam, co mówili, uśmiechałam się ładnie. Teraz wiem, że pytali dyrektora: „Ona naprawdę będzie tu z nami?!” [śmiech]. Jednym z tych mężczyzn, których spotkałam na egzaminie, był Ahmed. Z tych czterech osób tylko ja i on zdaliśmy kurs. Wtedy każde z nas poszło w swoją stronę, ale po jakimś czasie zadzwoniłam do niego, zaczęliśmy współpracę. Weszłam na jego łódź i tak już zostałam. Przeżyliśmy pod wodą kilka takich sytuacji, w których faktycznie musieliśmy sobie bardzo zaufać. Prowadziliśmy na przykład grupę, byliśmy na 30 metrach i nagle odcięło się powietrze. Musieliśmy wyciągać całą ekipę, podawać sobie sprzęt, ja sama go z tych 30 metrów wyciągałam. Zdarzyło się też, że musieliśmy ściągać cały sprzęt pod wodą, bo komputery zostały źle skorygowane. Pokazywał mi wyjście, mówił, że zostanie sam, ale nie zgodziłam się. Kiedy wyszliśmy z wody – ja trzęsąca się, cała sina – ktoś powiedział: „Musicie się bardzo kochać”. Odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą: „Ale my nie jesteśmy razem”.

Pod wodą płeć, pochodzenie, seksualność, kolor skóry ani religia nie mają najmniejszego znaczenia. (Fot. Philippe Lahousse/archiwum domowe Marty Pietrzak) Pod wodą płeć, pochodzenie, seksualność, kolor skóry ani religia nie mają najmniejszego znaczenia. (Fot. Philippe Lahousse/archiwum domowe Marty Pietrzak)

Kiedy to się zmieniło?
Kiedy Ahmed zachorował na wirusa dengi, którego roznoszą komary. Pojechałam do niego, na miejscu był jego brat, więc nie byłam sama. Niedługo potem zarządziłam: „Przywieźcie mi mojego syna i poinformujcie doormana na dole (tu w każdej klatce jest taki pilnujący, który ma między innymi zapobiegać nieobyczajnym zachowaniom mieszkańców), że ja z nim zostaję”. Żeby było śmieszniej, kiedy Ahmed wyzdrowiał, ja się rozchorowałam. Zajął się mną tak samo, jak ja nim. Już wtedy wiedzieliśmy, że łączy nas coś więcej. Natomiast ze ślubem było tak, że zdecydowaliśmy, iż nie chcemy się już z naszym związkiem chować, bo ile można, przecież jesteśmy dorośli, stwierdziliśmy więc, że podpiszemy papiery. Nie było białych sukienek ani kwiatków.

Czujesz się zasymilowana? Przywykłaś do różnic kulturowych?
Kobieta może się w Egipcie realizować i prywatnie, i zawodowo. Oczywiście niektóre z nas mogą nie akceptować ceny, jaką się za to płaci. Dla mnie ona jest akceptowalna, bo mój świat i tak jest pod wodą. A tam płeć, pochodzenie, seksualność, kolor skóry ani religia nie mają najmniejszego znaczenia. 

  1. Kuchnia

Pomysły na wegetariański obiad

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dieta wegetariańska to odkrywanie: smaków, zapachów, nowych połączeń. Warto wprowadzić do swojego tygodniowego menu potrawy oparte na roślinach nawet wtedy, gdy nie zamierzamy całkowicie rezygnować z mięsa. Proste przepisy i kilka trików pomoże też początkującym wegetarianom rozpocząć podróż po zupełnie nowej, nieznanej kuchni. Chociaż zastąpienie mięsa produktami roślinnymi może wydawać się trudne, tak naprawdę wystarczy odrobina kreatywności i garść pachnących przypraw, aby stworzyć niebanalne, pełne składników odżywczych dania wegetariańskie. Dowiedz się, jak zrobić dania inspirowane kuchnią francuską, włoską, indyjską i polską.

Chcesz przejść na dietę wegetariańską? Poznaj triki i zasady, które ci to ułatwią

Ratatouille – wegetariańskie leczo lub zapiekanka warzywna prosto z Nicei

Rozpływające się w ustach tak, że podczas jedzenia potrafi przywołać wspomnienie lata lub dzieciństwa, o czym mogli przekonać się bohaterowie jednej z kultowych już animacji dla dzieci. Ta wegetariańska potrawa rodem z Nicei przekona do dań jarskich niejednego wielbiciela tradycyjnych, mięsnych obiadów. Łączy w sobie kremowość i łagodność pieczonych bakłażanów i cukinii, intensywny słodko-kwaśny smak pomidorów i aromatyczne papryki.

Potrzebne składniki:

Przyprawy:

  • 2-3 ząbki czosnku;
  • oliwa z oliwek;
  • tymianek (świeży lub suszony);
  • bazylia (świeża lub suszona);
  • posiekana natka pietruszki;
  • sól;
  • pieprz

Dodatki i sposób podania:

Można ją podać na sposób rustykalny w formie duszonej potrawki lub przygotować jako zapiekankę. Jako dodatek sprawdzi się grzanka z bagietki skropionej oliwą lub paluch z ciasta francuskiego. Można go przygotować samodzielnie, wycinając z ciasta paski grubości około 3 cm i piekąc przez ok. 7 minut w piekarniku nagrzanym do 180°C.

Dania podobne do ratatouille znane są w całym rejonie Morza Śródziemnomorskiego w różnych wariantach. Zapiekankę można wzbogacić o dodatek ziemniaków lub sera feta, zamienić tymianek na oregano, podawać jako wegetariański gulasz lub dodatek np. do makaronu czy ryby (pomysł dla wegetarian dopuszczających jedzenie ich mięsa).

Sposób przygotowania:

Bakłażana kroimy w kostkę, przekładamy na sito i mieszamy z solą. Następnie powinien on odpoczywać około pół godziny, aby puścił sok i pozbył się goryczki. Na rozgrzanej oliwie z oliwek podsmażamy mieszankę węgierską Hortex oraz pokrojoną w dużą kostkę paprykę. Dodajemy bakłażana i kolejną porcję oliwy (około 2 łyżek, warzywa mają się w niej dusić, aby powstały sos był kremowy i aksamitny). Całość przekładamy do większego garnka i przyprawiamy: przeciśniętym przez praskę czosnkiem, ziołami, solą i pieprzem do smaku. W tym momencie możemy dodać jeszcze porcję przecieru pomidorowego. Ratatouille dusimy jeszcze przez około 10 minut, aby wszystkie smaki połączyły się oraz utworzyły aromatyczny, gęsty sos warzywny.

Azjatycki makaron stir-fry z warzywami

Stir-fry, czyli dosłownie mieszaj i smaż, to technika wykorzystywana podczas przygotowywania tradycyjnych dań kuchni azjatyckiej, m.in.: koreańskiej, chińskiej, japońskiej. Aby wykonać ją zgodnie ze sztuką, najlepiej użyć woka, w którym temperatura rozkłada się nieco inaczej, niż na klasycznej patelni. Nie oznacza to jednak, że przyrządzenie wegetariańskiego makaronu z warzywami będzie niemożliwe, kiedy go nie wykorzystamy. Należy jedynie pamiętać o dobrym rozgrzaniu tłuszczu, a następnie wymieszaniu składników z marynatą.

Potrzebne składniki:

  • 1 opakowanie mieszanki chińskiej Hortex;
  • 200 g makaronu ryżowego lub soba;
  • opcjonalnie: 1-2 jajka;
  • 150 g tofu
  • olej roślinny do smażenia.

Przyprawy:

  • siekany szczypiorek cebulki dymki;
  • olej sezamowy;
  • 5 łyżek sosu ostrygowego;
  • 1 łyżeczka miodu lub cukru trzcinowego;
  • jasny sos sojowy;
  • imbir;
  • kmin;
  • mielona kolendra;
  • pieprz

Dodatki i sposób podania:

Danie można podawać z dowolnym rodzajem makaronu azjatyckiego. Ryżowy lub sobę można zastąpić np. tym przeznaczonym do ramenu. Jeśli nie możemy go dostać w sklepie, odpowiedni będzie makaron pszenny w postaci nitek średniej grubości. Danie warto posypać nie tylko szczypiorkiem, ale też sezamem oraz orzechami ziemnymi lub nerkowca podprażonymi na suchej, rozgrzanej patelni. Dzięki temu prostemu zabiegowi ich smak nie zginie pod wielością intensywnych przypraw. Nadadzą również przyjemnej chrupkości.

Dla przełamania smaku i nadania daniu innego charakteru można skropić je sokiem z cytryny lub limonki i zamiast dymką, posypać posiekaną świeżą kolendrą. Do takiej wersji pasuje też dodatek trawy cytrynowej.

Sposób przygotowania:

Składniki wymienione przy przyprawach mieszamy, tworząc marynatę. Możemy w niej umieścić pokrojone w średniej wielkości kawałki tofu, aby nabrało intensywnego smaku. Najlepiej umieścić je w mieszance na minimum pół godziny. Warzywa podsmażamy na rozgrzanym oleju roślinnym do miękkości. Makaron przygotowujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Dodajemy go na patelnię lub woka, kiedy warzywa będą miały odpowiednią teksturę. Całość zalewamy marynatą, mieszamy z tofu. Kiedy makaron z warzywami lekko się podsmaży, przesuwamy go lekko na bok, wbijamy roztrzepane jajko i smażymy do momentu ścięcia się białka i żółtka. Całość mieszamy. Na koniec posypujemy wybranymi dodatkami.

Gołąbki wege

Klasyczne danie w oryginalnym wydaniu roślinnym. Pełne składników odżywczych, sycące i niebanalne w smaku. W zależności od doboru kasz i ziaren można z niego tworzyć różne wariacje, urozmaicone jeszcze trzema rodzajami sosów.

Potrzebne składniki:

  • 1 opakowanie włoszczyzna paski Hortex;
  • 1 główka kapusty;
  • mieszanka wybranych kasz, np. jaglana, bulgur, gryczana, perłowa lub 1 opakowanie kaszy na patelnię bulgur z cieciorką Hortex;
  • 1 szklanka ugotowanej soczewicy (czerwonej lub zielonej);
  • 1 cebula;
  • 1 l bulionu warzywnego;
  • 250 g pieczarek;
  • olej roślinny do smażenia.

Przyprawy:

  • kurkuma;
  • czerwona papryka;
  • zioła prowansalskie;
  • pieprz;
  • sól;

Dodatki i sposób podania:

Gołąbki można podać w sosie pomidorowym, który przygotujemy z przecieru, podsmażonej cebuli, czosnku i wybranych ziół. Można również wykorzystać świeże pomidory, jeśli są dojrzałe. Należy jednak pamiętać, aby usunąć z nich gniazda nasienne. Do sosu warto dodać odrobinę cukru i pieprzu, które doskonale zrównoważą kwaśny smak.

Innym wariantem tego dania jest podanie go z sosem grzybowym. Świeże lub mrożone grzyby należy dusić z dodatkiem posiekanej cebuli i śmietany 18%. Wystarczy odrobina pieprzu soli i tymianku, aby sos stał się aromatyczny. Grzyby można też zastąpić sporą ilością koperku, przyrządzając klasyczny biały sos ziołowy.

Sposób przygotowania:

Na początku warto zająć się główką kapusty: należy wyciąć z niej głąb, a pozostałą część gotować ok. 10 minut w dużym garnku. Kiedy nieco przestygnie, można obrać ją z liści, w które zawijać będziemy farsz. Przygotowujemy go z uduszonych na patelni warzyw, podsmażonych pieczarek i cebuli oraz mieszanki kasz. Całość doprawiamy do smaku i zawijamy w liście kapusty. Gotowe gołąbki układamy w garnku i zalewamy bulionem. Powinny gotować się jeszcze około pół godziny. Dodając odpowiednie składniki, można w tym czasie przygotować sos pomidorowy, grzybowy lub koperkowy.

Wegetariański gulasz z dyni

Rozgrzewający i aromatyczny gulasz, który rozpływa się w ustach. Jest nieco słodki, lekko kwaśny i wykończony pełnym różnorodnych smaków sosem. Można go jeść solo lub z dodatkiem zalecanych w odżywianiu kasz, pieczywa lub soczewicy.

Potrzebne składniki:

  • 1 opakowanie dyni w kostce Hortex;
  • 1 cebula;
  • 2 marchewki;
  • 2 średnie bataty
  • 1 puszka ciecierzycy;
  • 150 ml przecieru pomidorowego;
  • olej roślinny do smażenia;
  • opcjonalnie: 100 ml mleka kokosowego lub pasty sezamowej tahini.

Przyprawy:

  • pęczek natki pietruszki;
  • czerwona papryka;
  • wędzona papryka;
  • 1 łyżeczka miodu;
  • cynamon;
  • curry;
  • kurkuma;
  • sól;
  • pieprz

Dodatki i sposób podania:

Gulasz można podawać z różnego rodzaju kaszami lub soczewicą. Będzie także dobrze smakował podany w towarzystwie chrupiącej grzanki lub kromki razowego chleba na miodzie. Można go posypać prażonym sezamem lub orzechami.

Sposób przygotowania:

Świeże warzywa kroimy w kostkę i gotujemy razem z dynią do miękkości. Nie używamy zbyt dużo wody, aby gulasz nie był rzadki. Cebulę podsmażamy na rozgrzanym oleju i dodajemy do garnka. Kiedy warzywa są już miękkie, dolewamy przecier pomidorowy. Można dodać mleko kokosowe lub pastę sezamową. Całość doprawiamy do smaku i podajemy z wybranym dodatkiem.

Wege lazania

Specjał znany z kuchni włoskiej, który zaskakuje odkrywaniem kolejnych kolorowych warstw. Pięknie wygląda na talerzu i smakuje jak ucieleśnienie kulinarnej przyjemności. Wegetariański comfort food w pełnej krasie.

Potrzebne składniki:

  • 1 opakowanie szpinaku w liściach Hortex;
  • 1 szklanka ugotowanej soczewicy czerwonej;
  • 1 cebula;
  • 1 długa łodyga selera naciowego;
  • 1 czerwona cebula;
  • 2-3 ząbki czosnku;
  • 150 ml przecieru pomidorowego;
  • 300 ml mleka;
  • 2 łyżki masła;
  • 1 łyżka mąki pszennej;
  • makaron do lazanii (ok. 8-10 płatów);
  • tarty parmezan;
  • opcjonalnie: 100 ml śmietany 18%.

Przyprawy:

  • gałka muszkatołowa;
  • oregano;
  • bazylia;
  • sól;
  • pieprz

Dodatki i sposób podania:

Zapiekanka tego typu dobrze smakuje bez żadnych dodatków. Ewentualnie można ją podać na sosie pomidorowym przygotowanym z passaty, podsmażonej cebuli, czosnku, oliwy z oliwek i oregano.

Sposób przygotowania:

Szpinak gotujemy do miękkości i doprawiamy śmietaną, czosnkiem, solą i pieprzem. Ugotowaną soczewicę dusimy z dodatkiem posiekanej cebuli i selera oraz pokrojonej w drobną kostkę papryki. Masło rozpuszczamy w rondelku, mąkę mieszamy z mlekiem i dodajemy do garnuszka. Całość mieszamy do uzyskania gęstego sosu beszamelowego. Doprawiamy go gałką muszkatołową.

Na dno prostokątnego naczynia żaroodpornego wylewamy kilka łyżek przecieru pomidorowego, układamy na nim płaty makaronu, a następnie szpinak, znów makaron i farsz z soczewicy. Warstwy układamy do momentu wykończenia składników. Na końcu całość zalewamy przecierem, a następnie beszamelem. Posypujemy startym serem. Pieczemy ok. 30-40 minut w temperaturze 180°C.

  1. Styl Życia

Ekologiczne ciekawostki miesiąca

Co roku do oceanu wlatuje 8 milionów ton plastikowych odpadów. (Fot. iStock)
Co roku do oceanu wlatuje 8 milionów ton plastikowych odpadów. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Coraz częściej na co dzień dokonujemy wyborów z myślą o środowisku, coraz bardziej zdecydowanie wypowiadamy wojnę plastikowi. Nawet sztuka powoli staje się eko. 

Calineczka w wersji eko

Ekologiczny teatr? Owszem, jest taki. Pierwszy w Polsce i zarazem pierwszy w świecie. Nazywa się Bohema House, założył go prezes firmy Eko Cykl Organizacja Odzysku Opakowań. Ekoteatr będzie wystawiać, rzecz jasna, ekosztuki. Debiutował w sylwestra przedstawieniem „Calineczka. Magia tkwi w naturze”. Bohaterka zmaga się nie tylko z kolejnymi niedopasowanymi pretendentami do jej ręki, lecz także ze zmianami klimatu i zanieczyszczeniem odpadami. „Pandemia z jednej strony pozwoliła zgromadzić wokół ekospektaklu najznamienitszych polskich artystów i akrobatów, którzy wrócili z miejsc, takich jak Las Vegas czy słynne statki wycieczkowe, gdzie występowali dla największych tego świata, z drugiej – zmusiła nas do występów online” – mówi reżyser Michał Derlicki. Jako narrator wystąpił Maciej Orłoś, któremu bliskie są idee ekologii. I edukacji. Bo to główny cel działalności teatru. „Calineczkę” zobaczymy na YouTubie – kanały Eko Cykl Organizacja Odzysku Opakowań S.A. oraz Maciej Orłoś przedstawia... – a także na Facebooku.

materiały prasowe materiały prasowe

Na ratunek

O tym, że Marcin Dorociński to świetny aktor, nikogo przekonywać nie trzeba. Znana jest też jego prozwierzęca pasja. Słyszymy go w spotach kampanii WWF. Mówi o tygrysach z Syberii i o rysiach z Polski. Angażuje się w pomoc schroniskowym psom i kotom. A teraz napisał książkę. To seria rozmów z ludźmi, którzy zwierzętom i przyrodzie poświęcili życie. Jest o ratowaniu małych i większych jeży. O wilku Romeo, który przeszedł przez Alpy, by znaleźć Julię. O tym, co w Ptasim Azylu robią pluszowe misie. O żubrze, królu puszczy. O tym, czym jest rozmiazg kolweński albo ponurek Schneidera. O znikających z mórz i oceanów rybach. O schroniskowych psach i kotach. O nietoperzach. Dla miłośników zwierząt to pozycja obowiązkowa. Rozmowy są prowadzone wnikliwie, bez czułostkowości, i z humorem, i na serio. Ale przede wszystkim dają ogromną pigułę wiedzy. I o zwierzętach samych, i o naszych z nimi relacjach, i o zależnościach w przyrodzie. Warto mieć tę książkę na półce.

Marcin Dorociński „Na ratunek. Rozmowy o zwierzętach, naturze i przyszłościnaszej planety”, Wyd. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 31,49 zł. Marcin Dorociński „Na ratunek. Rozmowy o zwierzętach, naturze i przyszłości
naszej planety”, Wyd. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 31,49 zł.

Pożegnanie z plastikiem

To już koniec. Unia Europejska zakazuje użycia plastikowych sztućców, słomek, mieszadełek, styropianowych kubków i opakowań na żywność. Do 3 lipca te produkty mają zniknąć z magazynów. To pierwszy etap tak zwanej dyrektywy plastikowej (The Single-Use Plastics Directive). Kolejny to rezygnacja – do 2025 roku – z plastikowych zakrętek butelek z napojami, same zaś butelki będą musiały być w 25 proc. wykonane z materiału z recyklingu. Pora na takie kroki, bo pomału świat staje się plastikowy. Co roku do oceanu wlatuje 8 milionów ton takich śmieci. Tak, jakbyśmy co minutę wyrzucali w fale wyładowaną plastikiem śmieciarkę…

Ogrzewanie i schładzanie

Pora roku taka, że człowiek myśli tylko o tym, jak by tu się ogrzać. Sposoby są różne: koc, herbata, może też być termofor. A najlepiej ekologiczny. Bez gumy, bez gorącej wody. Właściwie w ogóle bez wody. Za to z… pestkami wiśni, opakowanymi w płócienny woreczek. Wystarczy podgrzać go w piekarniku albo położyć na kaloryferze. Do tego miękki pokrowiec z bawełny. Termofor nie tylko ogrzeje, ale w razie potrzeby (na przykład przy stłuczeniach) zamieni się w okład chłodzący. Dodatkowy ekoplusik: firma gwarantuje, że w paczce, która do ciebie przyjdzie, nie znajdziesz plastiku. Wypełnienie stanowi ekologiczny skropak, który możesz wyrzucić do bioodpadów lub rozpuścić w wodzie.

materiały prasowe materiały prasowe

Greta na znaczku

W styczniu skończyła 18 lat,z tej okazji szwedzka poczta wypuściła serię znaczków z jej podobizną. Greta Thunberg w sierpniu 2018 roku, zamiast pójść do szkoły, stanęła przed gmachem parlamentu w Sztokholmie z transparentem „Szkolny strajk dla klimatu”, protestując przeciw działaniom człowieka niszczącym środowisko naturalne. W ciągu kilku miesięcy do protestu dołączyły 2 miliony ludzi na świecie. Chciano z niej zrobić „klimatyczną celebrytkę”, nagradzano, ale ona tłumaczy, że ruch klimatyczny nie nagród potrzebuje, ale tego, żeby politycy słuchali naukowców mówiących o konieczności zmian.

materiały prasowe materiały prasowe

Kwitnący karmnik dla pszczół

„Be(e) your friend” to akcja rodzinnej manufaktury Wooden Story - do zabawek oraz mebli dokładane będą nasionka miododajnych roślin: lawendy, chabrów, czarnuszki, orlika, kąkola, dzwonka ogrodowego i onętki. Kupujący będą mogli je zasiać przy domu czy w parku i w ten sposób podarować pszczołom kwitnące łąki, które zapewnią im miododajny nektar.

materiały prasowe materiały prasowe

 

  1. Kuchnia

Smart plants - warzywa na stres i mgłę mózgową    

(Fot. Oliver Barth/ Wydawnictwo Zwierciadło)
(Fot. Oliver Barth/ Wydawnictwo Zwierciadło)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Zimą oferta targowisk jest mocno ograniczona, to jednak nie znaczy, że nie ma w czym wybierać, by wymienić tylko różne gatunki dyń, ziemniaków i warzyw korzeniowych. Wciąż do dostania są różne warzywa kapustne, takie jak jarmuż czy brukselka, orzechy, nie brak też owoców. Innymi słowy: nawet zimą świat roślin oferuje wiele produktów zdolnych zapewnić dobry nastrój i satysfakcję dla brzucha oraz pełną sprawność i klarowność myśli dla umysłu.

Pieczone brukselki z orzechami pekan

Nawet ci, którzy głoszą wszem i wobec, że nie znoszą brukselki, będą zmuszeni zmienić zdanie, gdy popróbują ich w tym wydaniu: soczyste i miękkie w smakowicie chrupiącej glazurze. Jeśli musisz wykarmić spore grono (choć wystarczy dwójka wielbicieli brukselki), najlepiej od razu przygotuj podwójną porcję, ponieważ bez wątpienia będą wołać o dokładki. Czasami, gdy mam ochotę na pełniejsze, dobrze zbilansowane danie, dodaję białą fasolę lub farro.

Składniki na 3-4 porcje jako dodatek do dania głównego  

1/3 szklanki surowych orzechów pekan 2 łyżki świeżego soku z cytryny 1 łyżka syropu klonowego 11/2 łyżki oliwy 1 łyżeczka świeżych liści tymianku, lekko posiekanych 450 g brukselek, przekrojonych na pół 1 łyżka oleju z awokado lub innego oleju o bardzo wysokiej temperaturze dymienia, takiego jak olej z alg* sól morska czarny pieprz mielony 1 łyżka wody

* Uwaga: Olej z awokado i olej z alg (który jest coraz częściej dostępny w sklepach ze zdrową żywnością) to najzdrowsze oleje do smażenia w wysokich temperaturach spośród dostępnych na rynku.

(Fot. Oliver Barth/ Wydawnictwo Zwierciadło) (Fot. Oliver Barth/ Wydawnictwo Zwierciadło)

Przygotowanie 

1. Rozgrzej piekarnik do maksymalnej temperatury. Gdy piekarnik będzie się nagrzewał, rozłóż orzechy na blasze do pieczenia i piecz je przez 5 minut lub do czasu, aż lekko zbrązowieją i zrobią się aromatyczne (uważaj, żeby się nie przypaliły). Gdy będą gotowe, odłóż ja na bok.

2. Przygotuj dressing: w dużej misce dokładnie wymieszaj sok z cytryny, syrop klonowy, oliwę i tymianek. Odstaw miskę na bok (potem wsypiesz do niej upieczone brukselki).

3. Na blasze do pieczenia obtocz brukselki w oleju z awokado (lub innym oleju odpowiednim do wysokich temperatur) z 1/4 łyżeczki soli i 1/4 łyżeczki czarnego pieprzu – zwróć uwagę, by zrobić to bardzo dokładnie. Wlej na blachę

1 łyżkę wody i rozprowadź brukselki tak, by tworzyły pojedynczą warstwę płaską stroną do dołu. Przykryj szczelnie blachę folią aluminiową. Piecz najpierw przez 10 minut, następnie usuń folię i piecz jeszcze przez 10–15 minut lub do czasu, aż brukselki ładnie się zarumienią. Przełóż je do miski z dressingiem, dodaj orzechy i wszystko dobrze wymieszaj. Posyp danie dodatkową szczyptą soli i pieprzu, jeśli będzie taka potrzeba. Podawaj na ciepło lub w temperaturze pokojowej.

Zapiekane warzywa korzeniowe z kurkumą

(Fot. Oliver Barth/ Wydawnictwo Zwierciadło) (Fot. Oliver Barth/ Wydawnictwo Zwierciadło)

Cieszące oko kolorami danie na bazie warzyw korzennych to doskonały pomysł na zdrowy posiłek „skrobiowy”, który może być jadany niezobowiązująco (np. palcami), służyć za dodatek do głównego dania lub stanowić punkt centralny posiłku, podawany na wspólnym talerzu. Bez problemu da się też z niego zrobić danie główne: wystarczy te przepyszne warzywa podać na jakiejś kaszy czy ziarnach, takich jaj quinoa, w towarzystwie ciemnych warzyw liściastych, np. jarmużu czy szpinaku. Żeby dodać więcej koloru (i powiększyć pulę przeciwutleniaczy), użyj tęczowych marchwi, jeśli są osiągalne.

Składniki na 4 porcje jako dodatek do dania głównego 

450 g małych marchewek, przyciętych na końcach i obranych 450 g małych pasternaków, przyciętych na końcach i obranych 2 łyżki oliwy 1 łyżka syropu klonowego 1/2 łyżeczki mielonego kuminu 1/2 łyżeczki mielonej kurkumy 1/4 łyżeczki mielonego cynamonu sól morska czarny pieprz mielony 1/2 szklanki niesłodzonego jogurtu z mleka kokosowego (lub innego nienabiałowego jogurtu) starta skórka i sok z 1 limonki 2 łyżki nasion konopi 2 łyżki podartych świeżych liści mięty

Przygotowanie

1. Rozgrzej piekarnik do temperatury 220°C.

2. Marchewki i pasternaki powinny być szerokości ok. 1–1,5 cm i długości 10–15 cm, dlatego w zależności od wielkości warzyw pozostaw je w całości bądź przetnij na pół albo potnij na ćwiartki, by powstały paluszki podobnych rozmiarów.

3. Włóż warzywa do miski, dodaj oliwę, syrop klonowy, kumin, kurkumę, 1/2 łyżeczki soli i 1/4 łyżeczki czarnego pieprzu i wszystko dokładnie wymieszaj. Rozłóż warzywa na blasze do pieczenia tak, by tworzyły równomierną warstwę i piecz przez 25–35 minut lub do czasu, aż zmiękną i lekko zbrązowieją – przemieszaj je raz czy dwa.

4. W tym czasie w małej misce dokładnie wymieszaj jogurt, skórkę i sok z limonki oraz 1/2 łyżeczki soli. Miskę wstaw do lodówki.

5. Gdy warzywa się upieką, nałóż większość sosu jogurtowego na talerz, na którym będziesz podawać danie, rozłóż na nim warzywa i skrop pozostałym sosem (jeśli taka „wyszukana” forma podania Cię nie przekonuje, możesz wszystko wymieszać). Posyp danie nasionami konopi oraz liśćmi mięty i podawaj na ciepło.

Przepis oraz treść pochodzą z książki „Smart Plants. Jak wykorzystać naturalne nootropiki, by usprawnić myślenie, koncentrację i pamięć” Julie Morris. Jeśli zmagasz się z utratą koncentracji i pamięci, mgłą mentalną lub stresem – lub jeśli po prostu chcesz poprawić i usprawnić myślenie  – ta książka jest dla ciebie.