1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jedzenie mięsa w dzisiejszych czasach – co mówi bioetyka?

Jedzenie mięsa w dzisiejszych czasach – co mówi bioetyka?

Czy jedzenie mięsa jest w pełni etyczne? (fot. iStock)
Czy jedzenie mięsa jest w pełni etyczne? (fot. iStock)
Jak zachować w diecie mięso i czyste sumienie? – na to pytanie daje odpowiedź filozof i bioetyk Jan Hartman.

Niektórzy z nas nie lubią smaku mięsa. Są tacy, który lubią, ale uznali że mięso im „nie służy” i wyeliminowali je ze swojej diety. Jeszcze inni wyrzekli się mięsa w imię zasad – nie chcą nawet pośrednio przykładać ręki do zabijania zwierząt. To jak z rzucaniem papierka na ulicy – jeśli nikt nie rzuci, ulice będą czyste. Jeśli wszyscy przestaniemy jeść mięso, nikt nie będzie hodował świń w ciasnych chlewach, nie będzie ubojni ani krwawych jatek, zniknie zawód rzeźnika itd. By wytrwać tej mięsnej abstynencji, wegetarianie głoszą teorię, że jedzenie mięsa nie jest człowiekowi wcale potrzebne do życia i rozwoju. Doskonale można ten produkt zastąpić jakimś innym. No i zachować poczucie pewnej moralnej wyższości nad tymi, którzy folgując swoim apetytom, przykładają rękę do zabijania zwierząt. O ile zdania na temat tego, czy mięso da się w diecie człowieka zastąpić bez szkody dla zdrowia, są mocno podzielone wśród naukowców i lekarzy, o tyle aspekt moralny jedzenia mięsa wydaje się jednoznaczny. Kiedy do dyskusji przystąpią wegetarianie i mięsożercy, ci drudzy od razu są na przegranej pozycji. Wegetarianie występują jako obrońcy zwierząt, mięsożercy – jako krzywdziciele. Jak się przed tą etykietką bronić? Czy jest to w ogóle możliwe?

Profesor Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska proponuje, żeby zostać tak zwanym semiwegetarianinem. Tymczasem filozof-etyk, prof. Jan Hartman, daje zwolennikom mięsnej diety argumenty. Próbuje uwolnić ich od poczucia winy i redukuje poczucie wyższości u wegetarian. Człowiek, mówi prof. Hartman, należy do świata zwierzęcego, w którym wzajemne zabijanie się jest rzeczą zwyczajną. Przestańmy udawać, że nie jesteśmy zwierzętami mięsożernymi. Nie wolno stawiać ludziom wymagań, których nie są w stanie spełnić. Pojedyncze osoby mogą się wyrzec mięsa, ale jako ludzie, jako gatunek, niekoniecznie muszą dążyć do takiego ideału.

Domaganie się od mięsożerców, by zrezygnowali z mięsa w imię humanitaryzmu, to forma moralnego szantażu, a więc działanie nieetyczne. Etyczne działanie jest zawsze łagodne i dobre.

Jedząc mięso, przyczyniamy się do krzywdzenia zwierząt. Czy musimy stać się wegetarianami, jeśli chcemy być naprawdę ludzcy?

Prof. Jan Hartman: Nie można stawiać ludziom wymagań, których nie są w stanie spełnić. Zabijanie się w świecie zwierzęcym, do którego sami należymy, jest czymś zwykłym i nie ma co udawać, że nie jesteśmy zwierzętami mięsożernymi. Człowiek, który je mięso, nie musi czuć się winny z tego powodu. Jednak powinniśmy dążyć do tego, aby – jeśli to tylko możliwe – jeść mięso pochodzące od zwierzęcia, które miało akceptowalne życie, a śmierć nie była dla niego cierpieniem. Możemy zrobić wysiłek, by życie tych miliardów zwierząt, które powołujemy do istnienia, karmimy, by je potem zabić i skonsumować, nie było tragiczne. Możemy też postarać się o to, by ich śmierć była natychmiastowa i nie poprzedzała jej trauma. Być może to wszystko kosztuje, ale mamy moralny obowiązek te koszty ponosić.

Ale czy to jest w ogóle etyczne, że powołujemy zwierzę do istnienia, by je zabić i zjeść? To jest pytanie ryzykowne, bo jeśli powiem, że nie, to co z tego wynika? Nie można w dyskursie etycznym jedynie stawiać sobie przed oczy ideałów i odwracać się od rzeczywistości. Mogę przyznać: tak, ludzkość niejedząca mięsa i nieprodukująca broni byłaby lepsza. Ale jest, jaka jest.

W takim razie przyznaje pan, że wegetarianin ma nade mną moralną wyższość, bo ja jem mięso. Wegetarianin jest idealistą. Kimś, kto robi coś więcej, niż nakazuje obowiązek. Robi coś na rzecz świata bez zabijania.

Powinien być dla nas wzorem? Nie mamy obowiązku naśladowania osób heroicznych, lecz powinniśmy je doceniać i szanować. Niejedzenie mięsa z powodów etycznych jest takim małym heroizmem. Obowiązek, jaki spoczywa na każdym z nas, to dokładanie starań, by nie wspierać nieetycznej hodowli. A więc nie kupować najtańszego mięsa, z intensywnej hodowli, gdyż wiadomo, że tam zwierzęta miały bardzo złe życie. Już to jest trudne do spełnienia, tym bardziej że wciąż brakuje oznaczeń etycznej hodowli na produktach mięsnych. Ja na przykład, choć bardzo lubię kurczaki i ryby, często wybieram wołowinę. Uważam, że etyczniej jest jeść mięso pochodzące od dużego zwierzęcia. To oznacza bowiem, że jedna śmierć wystarczy do wykarmienia wielu osób. Wyobrażam też sobie, może naiwnie, że ta krowa chodziła po łąkach, a nie stała w oborze, miała więc lepsze życie niż kurczaki stłoczone w kurniku.

Starajmy się jeść mniej mięsa. Jedzmy mniejsze porcje, rezygnujmy z tego produktu w niektóre dni. Ograniczenie spożywania mięsa to znacznie mniej niż wegetarianizm, ale zawsze coś, i korzyść dla zdrowia. Jemy przecież za dużo. Zwierzętom należy się sprawiedliwe traktowanie.

Nie ma sprzeczności między sprawiedliwym traktowaniem a wykorzystywaniem? Nie. Inne stosunki moralne wiążą ludzi między sobą, a inne wiążą ludzi z otoczeniem przyrodniczym. Jestem przeciwny myśleniu o przyrodzie jako o zasobach, które są człowiekowi dane i które może sobie wykorzystywać zgodnie z religijnym przekonaniem, że ziemia została oddana nam we władanie. Uważam, że to jest fałszywe i nieetyczne przekonanie, z którym trzeba zerwać. To nie jest tak, że ktoś dał nam ziemię i zwierzęta, a my mamy sobie z tego korzystać. Jesteśmy częścią przyrody. Sami jesteśmy zwierzętami, zwierzęta się wzajemnie zabijają i my też jako zwierzęta zabijamy. Czas, by wreszcie na powrót odkryć własną zrepresjonowaną przez kulturę zwierzęcość. Jako zwierzęta zabijamy inne zwierzęta, ale jako istoty zdolne do empatii i delikatności powinniśmy wyrzec się okrucieństwa wobec innych istot, liczyć się z ich dobrostanem. Relacje moralne, jakie mamy ze zwierzętami, są uboższe niż te, które łączą nas z innymi ludźmi, dlatego że ludzie są wzajemnie dla siebie nie tylko źródłem obowiązków moralnych, ale też wyświadczają sobie świadomie dobro lub zło i wywołują w sobie wzajemnie obowiązek etycznego poszanowania wolności. W relacjach ze zwierzętami tej wzajemności brakuje. Mimo to zwierzę ma uprawnienia moralne jako istota czująca, autonomicznie żyjąca i dzieląca z nami przestrzeń w przyrodzie. Zwierzę, podobnie jak małe dziecko, nie uczestniczy autonomicznie w budowaniu relacji moralnej. Musimy wziąć to na siebie.

Szanujemy zwierzę, ale mamy prawo je zabić? Tak, ale nie prawo bezwzględne. Tak jak to zwierzę ma „prawo” zabić inne zwierzę, tak i my mamy „prawo” zabijać. Nie to nas czyni złymi, że zabijamy, lecz niewrażliwość, okrucieństwo, bezmyślność. Każdy żyje wedle tego, kim jest i jaki jest. Nie potępiamy lwa za to, że zabija antylopę, bo uznajemy porządek świata, w którym są lwy i antylopy. Nie wtrącamy się w te relacje. My też jesteśmy w tych relacjach, choć one się zmieniły – kiedyś ludzie zabijali i byli zabijani przez zwierzęta, dziś rzadko jesteśmy zabijani.

A czy etyczne jest przeprowadzanie na nich eksperymentów medycznych, testowanie na nich kosmetyków? Jeśli chodzi o doświadczenia, to z pewnością rozwój medycyny tego wymaga. Ale można te testy przeprowadzać w sposób sprawiający zwierzętom mniejsze lub większe cierpienie. Mówię oczywiście tylko o medycznych testach, bo to ratuje ludzkie życie i zdrowie, nie zaś o kosmetykach. Ważne, by przeprowadzać doświadczenia tylko wtedy, kiedy jest realna potrzeba poznawcza, a nie dla kariery. W Polsce istnieje ponad pięćdziesiąt ośrodków naukowych mających uprawnienia do prowadzenia doświadczeń na zwierzętach. Giną przy tym dziesiątki tysięcy stworzeń i jestem głęboko przekonany, że w bardzo wielu przypadkach doświadczenia te są zupełnie zbędne i przeprowadzane z innych powodów niż realna potrzeba poznawcza.

Jeśli stawia pan tak duży znak zapytania przy moralności naukowców, to czy możemy wymagać od rolnika, by zapewnił humanitarne warunki swojej świni? Na pewno nie można rolników zostawić samych sobie. Upowszechnianie etycznej hodowli jest długim procesem. To również kosztuje. Nie wystarczą przepisy europejskie i krajowe, bo muszą być również dotacje, szkolenia, ośrodki referencyjne.

Czyli... To jest taka instytucja, wzorcowa w danym kraju, w danej dziedzinie, która dostarcza wiedzy i pomocy organizacyjnej. W tym wypadku to powinno być gospodarstwo hodowlane połączone z instytutem badawczym, które będzie kształtować w warunkach naszego kraju wzorce jakości hodowli zwierząt, ich transportu i uboju.

Na razie humanitarna hodowla to u nas raczej fikcja, choć w kwestii transportu i uboju jest pewien postęp. Owszem, ale jest coraz lepiej. Prawo europejskie dopiero się porządkuje, nie ma jednolitego kodeksu, brakuje całościowej wizji gospodarki etycznej, ona powstaje. Polska odstaje od państw Europy Północno-Zachodniej, bo jesteśmy krajem biedniejszym i mamy niższą kulturę rolną. Ale postęp jest. Jeszcze niedawno transport i ubój wolały o pomstę do nieba, dziś mamy coraz więcej specjalistycznych samochodów do transportu żywych zwierząt. Problemem jest masowa, przemysłowa hodowla nastawiona na minimalizację kosztów. Tam zwierzę jako jednostka się nie liczy w ogóle. Można to nazwać, przez analogię do dehumanizacji, „dezanimalizacją”. Właśnie do tych przedsiębiorców trzeba skierować ofertę – dotacje do inwestycji poprawiających warunki hodowli, certyfikaty etycznej hodowli pozwalające trochę podnieść ceny. Społeczeństwo zapewne to zaakceptuje.

Z tym społeczeństwem to jest tak, że pytane przez ankieterów deklaruje, że zapłaci więcej, a potem szuka w supermarkecie najtańszych produktów, najlepiej w promocji. Na jakiej właściwie podstawie twierdzi pan, że ludzie zmieniają swój stosunek do zwierząt? Widzę, że społeczeństwo jest nieporównanie mniej przepojone agresją niż dawniej.

Dawniej, czyli kiedy? Nawet w porównaniu z połową XX wieku. A już w stosunku do XIX wieku jest horrendalna różnica w zachowaniach ludzi. Brzydzimy się okrucieństwem i agresją. W połowie XX wieku mieliśmy obozy koncentracyjne, Holocaust, niewiarygodne okrucieństwo. Mówię o codziennych zachowaniach ludzi w czasie pokoju. Nie urządzamy publicznych egzekucji, nie zabawiamy się paleniem kotów.

Może to tylko strach przed prawem? Nie tylko. Dawniej przemoc była o wiele bardziej akceptowalna społecznie, a ta wobec zwierząt w ogóle nie podlegała refleksji. Ta nasza delikatność, obrzydzenie do przemocy to zdobycz ostatnich dwustu lat.

Czy polowanie mieści się w etycznym zabijaniu? Jestem wrogiem polowania. Kiedyś to było przedłużenie zwierzęcego sposobu życia. Ludzie polowali tak jak zwierzęta, ponosili przy tym pewne ryzyko, nie uważali się za lepszych, takich, którym wolno zabić, czasem wręcz czcili zwierzęta. Czuli się częścią przyrody. Później wyalienowaliśmy się z przyrody i dziś polowanie jest skrajnie asymetryczne i zbędne – zwierzę nie ma szans. Zabijamy dla przyjemności, a to uważam za kompletną degradację. Nie ma to żadnego związku z potrzebami żywieniowymi. Myśliwi często tłumaczą strzelanie do zwierząt koniecznością utrzymywania równowagi biologicznej w lesie, bo niektóre gatunki nagle ponad miarę się rozmnożyły i zagrażają innym. Owszem, w sytuacji kiedy lasy mają ograniczoną wielkość, pojawiają się zaburzenia równowagi biologicznej, bo np. jest bardzo dużo lisów. Ale to jest z winy człowieka, on tak to urządził. Rozumiem konieczność odstrzału, ale tymi sprawami powinna się zajmować odpowiednia służba publiczna. Nie powinno być tak jak obecnie, że jest sezon polowania na określony gatunek zwierzęcia i praktycznie każdy, kto chce, może sobie całkiem prywatnie polować. Zabijanie dla przyjemności jest w oczywisty sposób nieetyczne. To samo z łowieniem ryb. Ryby nie krzyczą, kiedy wyciągamy je z wody nabite na haczyk. Nie słyszymy ich cierpienia, lecz na to mamy rozum, by o nim wiedzieć. Wędkarz zniża się do poziomu bezmyślnego rekina. Kiedyś, w dawnych wiekach, ludzie nie byli świadomi, że zadają cierpienie zwierzęciu, i to ich usprawiedliwiało. Nie przychodziło im to do głowy, nikt im nie mówił, że to jest jakiś problem. Dziś przychodzi nam to do głowy i od tego momentu tracimy niewinność.

Chce pan pozbawić wędkarzy chwili relaksu nad wodą? Relaks polegający na tym, że wbijam haczyk w przełyk cierpiącego małego zwierzęcia – nie!

A gdyby wędkarz wyłowił rybkę jakąś siatką, a potem ją zabił, to byłoby w porządku? Może nieco lepiej, ale nie róbmy zabawy z zabijania. Ktoś, kto idzie na ryby, zabija dla zabawy. Można siedzieć nad wodą z książką zamiast wędki. Ale na to trzeba być istotą rozumną, a nie rekinem.

Powiedział pan kiedyś, że za 50 lat być może nie będziemy hodować zwierząt, by je potem zjeść, tylko mięso będzie pochodziło z hodowli tkanek. Tak, te tkanki będą zupełnie pozbawione czucia, odrębności. Będziemy je jeść jak jakieś glony. To jest kwestia tylko i wyłącznie bariery kosztowej, bo technologia już jest. Pytanie, czy uda się tak obniżyć koszty, by to się opłacało.

Nie będzie wówczas dylematów moralnych związanych z jedzeniem mięsa? Nie. Jeśli komórka na odpowiedniej pożywce wyrośnie na kotlet, to możemy go sobie zjeść z czystym sumieniem. Krzywdy mu nie zrobimy, bo nie ma komu.

Może dojdziemy – a przynajmniej niektórzy z nas dojdą do wniosku – że krojenie kotleta go boli, może ten kotlet też jest istotą? W jabłku, które spadło z drzewa, też toczą się jakieś procesy życiowe. Nie przekraczajmy granicy szaleństwa, gdzieś trzeba się zatrzymać, bo inaczej niczego nie zjemy.

Prof. dr hab. Jan Hartman jest filozofem i bioetykiem. Kieruje Zakładem Filozofii i Bioetyki w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagielońskiego. Jest redaktorem czasopisma filozoficznego „UJ Principia”, a także sekretarzem Komitetu Nauk Filozoficznych PAN.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Materiał partnera

Pieczone placuszki owsiane w wersji dla najmłodszych – wypróbuj smakowity przepis z wykorzystaniem kaszki!

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Okres urozmaicania diety jest wyjątkowy pod wieloma względami. Poznawanie nieznanych dotąd smaków, zapachów i rozwijanie zmysłu dotyku z miesiąca na miesiąc otwiera malucha na kolejne doświadczenia związane z jedzeniem. Podawanie kaszek zbożowych to świetna okazja do próbowania przez dziecko posiłków w różnorodnych odsłonach. Odkryj smakowity przepis na placuszki owsiane, które z pewnością zainteresują niejednego małego smakosza!

Urozmaicone i wartościowe posiłki to bardzo ważny element prawidłowo zbilansowanego jadłospisu już w okresie niemowlęcym. Różnorodność w miseczce czy na talerzyku zachęca malucha do próbowania nowych smaków, a co za tym idzie – buduje fundament prawidłowych nawyków żywieniowych w przyszłości.

Kaszki to delikatne zbożowe posiłki, które wspierają rodziców podczas wprowadzania nowości do diety dziecka.

Kaszki przeznaczone dla najmłodszych – czyli te ze wskazaniem wieku na opakowaniu – zawierają różnorodne zboża, których każda ich partia przechodzi nawet kilkaset testów jakości i bezpieczeństwa. Ich wartość odżywcza jest zgodna z wymaganiami prawa, dzięki czemu niemowlęta i małe dzieci otrzymują posiłek dostosowany do ich potrzeb na różnych etapach rozwoju.

Przykładem produktów zbożowych odpowiednich dla najmłodszych są kaszki BoboVita Porcja Zbóż. Poza tym, że stanowią dobry wybór, zawierają nawet 7 rodzajów starannie wyselekcjonowanych różnorodnych zbóż. Charakteryzuje je 0 % dodatku cukru*, a także zgodnie z przepisami prawa dla tej kategorii produktów 0 % konserwantów**, 0 % barwników** i 0 % wzmacniaczy smaku**. To wartościowe propozycje, które świetnie urozmaicą jadłospis niemowlęcia – czy wiesz, że sprawdzą się także w nietypowym wydaniu?

Pieczone placuszki owsiane z twarożkiem i bananem dla niemowląt po 8. miesiącu życia

Do przygotowania ok. 10 sztuk placuszków potrzebne będą:

Piekarnik nagrzej do ok. 180 stopni Celsjusza. W misce wymieszaj kaszkę z sodą. W oddzielnym naczyniu połącz za pomocą miksera lub blendera masło, przecier owocowy, jajo oraz twarożek. Masę przełóż do miski z suchymi składnikami i wymieszaj do uzyskania zwartej i jednolitej konsystencji. Z całości uformuj ok. 10 kulek i umieść je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Każdą kulkę delikatnie spłaszcz. Przygotowane placuszki piecz ok. 20 minut, aż do momentu delikatnego zrumienienia. Gotowe!

*Zawierają naturalnie występujące cukry, pochodzące ze zbóż, owoców i mleka.

**Zgodnie z przepisami prawa kaszki dla niemowląt i małych dzieci nie mogą zawierać konserwantów, barwników i wzmacniaczy smaku.

Ważne informacje: Zaleca się kontynuację karmienia piersią podczas wprowadzania pokarmów uzupełniających. Karmienie piersią powinno trwać tak długo, jak jest to pożądane przez matkę i dziecko. Karmienie piersią jest najlepsze dla dziecka.

  1. Styl Życia

Ekowystarczająca. Paulina Górska uwalnia nas z poczucia winy z powodu tego, że robimy za mało dla natury

Paulina Górska zajmuje się promocją ekologicznego stylu życia. Jej profil na Instagramie, na którym pokazuje jak być bardziej eko, obserwuje ponad 50 tysięcy osób. (Fot. Katarzyna Gołąbska/materiały prasowe)
Paulina Górska zajmuje się promocją ekologicznego stylu życia. Jej profil na Instagramie, na którym pokazuje jak być bardziej eko, obserwuje ponad 50 tysięcy osób. (Fot. Katarzyna Gołąbska/materiały prasowe)
Jej profil na Instagramie, na którym pokazuje, jak krok po kroku być bardziej eko, obserwuje ponad 50 tysięcy osób. Dzieli się tam swoimi pomysłami, ale i inicjatywami innych. Misją Pauliny Górskiej jest też uwalniać nas z poczucia winy z powodu tego, że robimy za mało. 

Zacznijmy może prowokacyjnie: czy ekodziałania jednostki w ogóle mają sens? Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Moje przemyślenia też się zmieniały w miarę tego, jak zmieniało się życie. Przechodziłam przez różne etapy. Na początku zachłysnęłam się ideą ruchu zero waste, potem, w miarę zgłębiania tematu kryzysu klimatycznego, zrozumiałam, że potrzeba też odgórnych inicjatyw i regulacji, a nie tylko wysiłku jednostek. Oczywiście po drodze zaliczyłam moment zwątpienia, czy te moje mikrodziałania mają w ogóle sens...

Dziś uważam, że potrzebujemy trzech elementów: jednostek, działań korporacji oraz dobrych polityków i aktywności instytucji mających realny wpływ na zmiany systemowe. Potrzebne są takie urzędowe regulacje, jak np. w Kanadzie, gdzie niedawno wprowadzono zakaz sprzedaży jednorazowych produktów plastikowych, typu sztućce czy opakowania na żywność, które nie nadają się do recyklingu. Wtedy właśnie dokonuje się naprawdę istotna zmiana systemowa. Wiele dobrego robi w tym obszarze Unia Europejska. Dzięki tzw. dyrektywie plastikowej, od 3 lipca tego roku w Polsce zacznie obowiązywać zakaz sprzedaży jednorazowych produktów z plastiku, m.in. patyczków do balonów, opakowań styropianowych na żywność. Jako konsumenci głosujemy też portfelem, kupując określone produkty. Każdy nasz ekologiczny wybór to właśnie taka deklaracja.

To jakie działania możemy podjąć w codziennym życiu? Zacznijmy może od pierwszej potrzeby, czyli jedzenia. Teraz modny jest weganizm, ty i wiele innych osób uczestniczyło w wyzwaniu VEGANUARY, czyli w styczniu przestawiło się na dietę roślinną. To nasza przyszłość? Jedną z rzeczy, które może zrobić jednostka - a ma to duży wpływ na środowisko - jest ograniczenie spożywania mięsa. W Polsce je się go za dużo, według danych GUS na jedną osobę przypada średnio ok. 62 kg rocznie. Przemysłowa hodowla zwierząt szkodzi środowisku. W scenariuszach przyszłości mówi się wiele o tym, że do 2050 roku takie hodowle przestaną istnieć, że zastąpimy mięso zwierzęce mięsem laboratoryjnym, wytwarzanym z komórek. To samo zresztą dotyczy mięsa ryb. A problem przełowienia jest także palący.

Kiedyś też codziennie jadłam mięso, dziś jestem wege i mam za sobą dietę wegańską, która pokazała mi, że mogę żyć bez jajek, masła czy sera. Wiem, że taka zmiana może być dla wielu trudna i dlatego najlepiej przeprowadzić ją powoli. Promuję fleksitarianizm, czyli właśnie zastępowanie posiłków mięsnych roślinnymi.

Niektórzy podkreślają, że ekozakupy są tylko dla wybranych, bo są drogie... Roślina dieta na pewno nie jest droższa od diety uwzględniającej mięso. Na Instagramie jest taki hasztag #weganizmdlabiednychileniwych. Ma to żartobliwy wymiar, ale jednocześnie na poważnie obala mit, że dieta bezmięsna jest droga, czasochłonna i kłopotliwa. Nawet w zimę mamy w Polsce dostępnych ok. 20 warzyw (oczywiście owoców jest mniej), więc naprawdę jest wybór. Tym bardziej że wiele zdrowych zdrowych rzeczy jest dość tanich, jak kapusta, buraki, kasze.

Ale ekologiczne jedzenie to też takie, którego nie marnujemy. Na Polaka średnio rocznie przypada 240 kg wyrzucanej żywności. W ramach ekożycia powinniśmy świadomie podchodzić do tematu żywności i gospodarowania nią. Proponuję przyjrzeć się swoim śmieciom, odpadom bio. Co tam znajdujemy najczęściej? Jeśli to chleb, to może kupujemy go za dużo? Jeśli natomiast wiemy, że po świętach mamy sporo jedzenia i nie damy rady go zjeść, to wtedy warto się nim podzielić. W dużych miastach istnieją jadłodzielnie, gdzie można taką żywność zostawić. Możemy też ją zamrozić. Tak naprawdę prawie wszystko  nadaje się do mrożenia, nawet ser czy makaron.

A jakie napoje są najbardziej eko? Najlepsza, najtańsza i najbardziej ekologiczna będzie woda. Pijmy wodę z kranu, którą można na różne sposoby przefiltrować, rezygnujmy z kupna wody w plastikowych butelkach. To jest nie tylko oszczędność dla planety, ale i dla domowego budżetu.

No właśnie, jeśli mówimy o jedzeniu i piciu, nie możemy pominąć kwestii opakowań. Dla mnie ogromną zmianą była rezygnacja z cateringu w wielu jednorazowych plastikowych pojemnikach. Dziś mamy już wybór i wiele alternatyw dla plastiku, jak catering w zwrotnych słoikach.

Moją największą bolączką jest ilość plastiku, jaką wyrzucam. Ty podkreślasz, że to nie tylko nasz problem jako konsumentów, ale i producentów. 

Też miałam kiedyś poczucie, że to jest tylko moja odpowiedzialność. Sam plastik nie jest zły, ale problemem jest skala jego produkcji. Niestety rozwiązaniem nie zawsze jest recykling, bo wiele opakowań się do tego nie nadaje. I to dotyczy też jednorazowych zabawek, na przykład jajek z niespodzianek czy tych dodawanych do zestawów dziecięcych w restauracjach.

Znam osoby, które starają się całkowicie wyeliminować plastik, też kiedyś próbowałam... Pionierki ruchu zero waste generują jeden słoik odpadów rocznie! Według mnie oznacza to jednak całkowite podporządkowanie naszego życia tej idei. A zwykle nie mamy na to czasu. Pamiętajmy, że duża odpowiedzialność znajduje się też po stronie producentów. Oni muszą myśleć o plastiku i o tym, czy da się go przetworzyć, już na etapie projektowania. Dlatego dużą nadzieję dają innowacje. Jak start-up założony przez Różę Rutkowską, który pracuje nad naturalnymi i rozkładającymi się w 100 procentach opakowaniami z grzybni.

Docieramy do tematu dla mnie najtrudniejszego i najbardziej wstydliwego, czyli ubrań. Moda ma na sumieniu wiele grzechów. Ale jest światełko w tunelu - moda na vintage czy przepisy uniemożliwiające niszczenie niesprzedanego towaru w niektórych krajach. Najbardziej zrównoważona moda to jest oczywiście ta, którą mamy już w szafie. W drugiej kolejności, jeśli czegoś potrzebujemy, to najlepiej kupić to z drugiego obiegu, takie rzeczy skórzane. Warto skupić się też na tym, by nie wyrzucać ubrań, a naprawiać, przerabiać, oddawać. A jeśli już kupujemy coś nowego, to najlepiej w pierwszej kolejności pomyśleć o takiej marce, która ma w swojej strategii działanie zrównoważone.

Lepiej kupować ubrania rzadziej, a porządne i na lata. A jeśli już decydujemy się na sieciówkę, to starajmy się wybierać rzeczy z organicznej bawełny, z certyfikatami. Kiedy wybieramy takie produkty, to dajemy jasny komunikat również i korporacjom, że powinny podążać w tym kierunku. Pamiętajmy też, że większość rzeczy można naprawić lub przerobić. Tu też pomagają nam niektóre firmy, np. VEJA stworzyła centrum, gdzie można przynieść stare buty, oni je odnawiają i sprzedają w niższej cenie, w Polsce mamy WOSH, gdzie można odnowić buty lub je przerobić. Marka Gaberiella wprowadziła do sprzedaży ekorajstopy. Dzieje się!

Dla mojej 12-letniej córki segregacja śmieci, oszczędzanie wody, niejedzenie mięsa to już codzienność. Z jednej strony myślę, że to pokolenie będzie żyło bardziej świadomie, z drugiej strony mamy jednak szalejący konsumpcjonizm i zakupy na Aliexpress... Temat edukacji klimatycznej jest mi bardzo bliski i to jest prawdziwa szansa na zmianę. Kiedyś żyłam zupełnie nieekologicznie, dopiero kiedy urodziłam dziecko, zaczęłam podchodzić bardziej świadomie do tematu. Nasilający się kryzys klimatyczny mnie przeraził i zmusił do działania. Wychodzę z założenia, że musimy edukować nie tylko siebie, ale też nasze dzieci. Segregacja śmieci, naprawianie ubrań, spędzanie czasu w naturze - to nie kosztuje nas dużo, a daje ogromne efekty, bo dzieci nas obserwują.

Mam też nadzieję, że w Polsce rozpoczniemy prawdziwą edukację klimatyczną. Istnieje nawet organ doradczy przy Ministerstwie Klimatu i Środowiska. To Młodzieżowa Rada Klimatyczna, która skupia nastolatków i działa na rzecz obowiązkowych lekcji o klimacie w szkole. Jeśli takie zajęcia się pojawią, będzie to również ogromna.

Wraz ze wzrostem świadomości pojawia się też efekt, który nazywasz ekowstydem. Cierpimy, że znowu do pracy pojechaliśmy samochodem, a nie rowerem... Mam misję, żeby uwalniać od poczucia winy. Uświadamiać, że te dylematy są i trudno czasem znaleźć najlepsze rozwiązanie. Słyszymy: kupuj zrównoważoną modę, ale nie w sieciówkach. A z drugiej strony niewielu stać na ubrania za kilkaset złotych. Słyszymy: kupuj ekożywność - a do najbliższego sklepu z takimi produktami masz 30 minut drogi... Wielu z nas się boryka z takimi ekologicznymi puzzlami, które do siebie nie pasują. A może wcale nie musimy z tego składać nie wiadomo jak skomplikowanej układanki? Każda podjęta próba bycia eko jest ważna, a jeśli nam się trafi gorszy moment, to nie co sobie wyrzucać, że znów coś zrobiliśmy źle, tylko skupić się na pozytywach.

Aktywizm ma różne oblicza. Już samo to, że myślimy o działaniach proekologicznych, że o nich rozmawiamy, że wspieramy te idee,np. uczestnicząc w strajku klimatycznym, jest ważne. Istotne jest też wspieranie ekologicznych organizacji, głosowanie w wyborach na kandydatów, którzy rozumieją kryzys klimatyczny i widzą potrzebę działania tu i teraz.

Podejście zero-jedynkowe nie ma sensu. Może doprowadzić tylko do niepokoju, a nawet depresji klimatycznej, o której słyszymy coraz więcej. "Jestem wystarczająca" - to hasło które sprawdza się w postrzeganiu własnego ciała, w rodzicielstwie, ale i w byciu eko.

Paulina Górska, promotorka ekologicznego stylu życia, ekoaktywistka, pasjonatka społecznej aktywności biznesu. W mediach społecznościowych prowadzi popularny profil @eko.paulinagorska. Autorka bloga paulinagorska.com. Prelegentka na konferencjach dotyczących zrównoważonego stylu życia. Mama Apolonii i Gai. 

  1. Zdrowie

Sen to zdrowie - smacznych snów!

Amerykańska Narodowa Fundacja Snu oraz WHO zalecają, aby dorośli spali średnio osiem godzin na dobę. (Fot. iStock)
Amerykańska Narodowa Fundacja Snu oraz WHO zalecają, aby dorośli spali średnio osiem godzin na dobę. (Fot. iStock)
Jesteśmy chyba jedynym na świecie gatunkiem kwestionującym rolę snu. Pozwalamy sobie na niego coraz rzadziej, czas w łóżku rodzi wyrzuty sumienia, a liczba chorób spowodowanych jego deficytem rośnie.

Najpierw ogień, świeczki, lampy naftowe i pochodnie umożliwiały nam funkcjonowanie po zmierzchu. Kolejnym krokiem była elektryczność i światło, z którego korzystać możemy nieustająco, przez całą dobę. Podświetlane tablety, smartfony i ekrany poszły o krok dalej.

Ogromną popularnością cieszą się kofeina oraz inne używki, dzięki którym zachowujemy jasność umysłu na dłużej, odwlekając moment pójścia spać. Czy też dzięki którym niewyspani możemy funkcjonować dalej. Widział ktoś kota okładającego się łapkami lub dolewającego espresso do swojego mleczka, aby zrezygnować z wylegiwania się, mruczenia i spania?

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła epidemię niedoboru snu. Amerykańska Narodowa Fundacja Snu oraz WHO zalecają, aby dorośli spali średnio osiem godzin na dobę – wam się to udaje?
Niedobory snu między innymi obniżają odporność, zwiększają ryzyko wystąpienia nowotworów aż dwukrotnie, przyczyniają się do rozwoju choroby Alzheimera oraz otyłości, miażdżycy i depresji. Krótszy sen – krótsze życie. Zaburzenia snu w tydzień spowodowały nieprawidłowy poziom glukozy u badanych! Zmiany wywołane niewystarczającym odpoczynkiem mają szkodliwy wpływ na tętnice wieńcowe, nasilają ryzyko wystąpienia stanów zapalnych oraz w dalszej kolejności niewydolności serca. W 2013 roku w magazynie „Science” ukazała się praca dowodząca, że podczas snu przyspiesza oczyszczanie organizmu z toksyn – zamiast męczyć się detoksami, śpijmy! Ma to też wpływ na ochronę przed alzheimerem (bezpośrednio skorelowanym z funkcjonowaniem mózgu).

Zmęczenie nasila głód, obniża poziom hormonów sygnalizujących sytość – więc nawet gdy zjemy, będziemy nadal głodni. Dlatego młode mamy, wycieńczone pobudkami, nie mogą schudnąć. Zamartwiając się nadwagą, budzimy się o świcie na trening, a wciąż nosimy dodatkowy bagaż kilogramów. Pierwszym krokiem powinien więc być zdrowy i spokojny sen! Dzięki spaniu logicznie myślimy, mamy lepszą pamięć i koncentrację. Jesteśmy uważniejsi i popełniamy mniej błędów. Profesor Russell Foster z Instytutu Neurologii Okołodobowej i Snu mówi, że jesteśmy skrajnie aroganckim gatunkiem – myślimy, że możemy przechytrzyć 4 miliardy lat ewolucji. Przestawianie zegara biologicznego może prowadzić do poważnych problemów zdrowotnych. Brak snu zaburza niemal wszystkie procesy fizjologiczne w organizmie. Hormony są zależne od regularności, ale i jakości wypoczynku. Dlatego niewyspanie doprowadza do zaburzeń psychicznych, lęków, obniżenia nastroju, anemii i otyłości. Otyłość jest jednym ze stanów połączonych z zaburzeniami rytmu dobowego, a jedną z metod terapii jest kontakt ze światłem dziennym od samego rana i wyciszanie bodźców świetlnych (szczególnie fal niebieskiego światła) wieczorami. Ostatnie godziny dnia spędzajmy z książką, w delikatnym oświetleniu. A może przy świecach?

Jest także korelacja z dietą – rytm dobowy wyznacza, co i kiedy powinniśmy jeść. Zbyt późny posiłek wieczorem może zaburzyć sen, spowodować rozchwianie funkcjonowania poszczególnych narządów. Wyobraźmy sobie wahadło Newtona, którego kulki bujają się każda w swoją stronę, czasem się zderzą, czasem uda im się odchylić w tym samym kierunku, a niekiedy wypchną którąś z kul na bok. Zdrowy sen, korzystanie ze światła dziennego (lub na przykład silnego światła lamp) powinno się odbywać w pierwszej części dnia. Zadbajmy o ruch na świeżym powietrzu, obniżmy temperaturę w sypialni. I śpijmy smacznie. 

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka kliniczna, psychodietetyczka. Autorka bloga kachblazejewska.pl, współautorka książki „Kobiety bez diety. Rozmowy bez retuszu”, Burda Media Polska.

  1. Kuchnia

Korzenna chai latte - przyjemność dla podniebienia, pożytek dla mózgu

Korzenna chai latte (Fot. Oliver Barth/ Wydawnictwo Zwierciadło)
Korzenna chai latte (Fot. Oliver Barth/ Wydawnictwo Zwierciadło)
Po co komu kawa, jeśli można wypić pyszną, korzenną i lekko pikantną latte, która pobudzi nie tylko kubki smakowe, lecz także umysł? Jeśli masz ochotę na coś łagodniejszego, możesz zmniejszyć ilość czarnego pieprzu i imbiru, ale ich korzystny wpływ na smak (oraz na trawienie) jest niezaprzeczalny, więc może warto spróbować?

Przepis pochodzi z książki „Smart Plants. Jak wykorzystać naturalne nootropiki, by usprawnić myślenie, koncentrację i pamięć.”, Julie Mooris

Mózg to niezwykle złożony organ. Podstawowa wiedza na temat jego funkcji i procesów oraz związków chemicznych, które je wspomagają, może okazać się bardzo przydatna w podjęciu kolejnych kroków na drodze do optymalizacji myślenia i odczuwania. Właśnie tym zagadnieniom poświęcona jest książka.

Znajdziesz w niej  65 przepisów opartych na produktach pochodzenia roślinnego,  oraz praktyczne informacje na temat biologii mózgu i jego funkcji (bez obaw, to nie są żadne zawiłe treści!), a także metody, które mogą skutecznie poprawić jego pracę i wydajność. Lektura tej książki daje narzędzia umożliwiające identyfikację własnych potrzeb, co w dalszym etapie pozwoli Ci zmodyfikować dietę w taki sposób, by jak najskuteczniej wspierała twój umysł.

Składniki na 2 szklanki/2 porcje: 

  • 2 szklanki niesłodzonego mleka migdałowego
  • 2 daktyle medjool, bez pestek
  • 2 łyżeczki soplówki jeżowatej w proszku (do kupienia w sklepach ze zdrową żywnością)
  • niepełna 1/4 łyżeczki cytryńca chińskiego w proszku
  • 1/2 łyżeczki cynamonu, mielonego
  • 1/2 łyżeczki imbiru, mielonego
  • 1/8 łyżeczki kardamonu, mielonego
  • 1/4 łyżeczki czarnego pieprzu, drobno mielonego
  • stewia w płynie, do smaku (opcjonalnie)

Umieść wszystkie składniki oprócz stewii w blenderze i utrzyj na gładko. Przelej płyn do rondla i postaw go na małym ogniu. Podgrzewaj, aż zacznie lekko wrzeć. Zamieszaj przed wypiciem i racz się natychmiast. Dosłodź stewią tylko jeśli to konieczne.

Więcej smacznych i zdrowych roślinnych przepisów znajdziesz w książce: „Smart Plants. Jak wykorzystać naturalne nootropiki, by usprawnić myślenie, koncentrację i pamięć” Julie Morris.

  1. Kuchnia

Wege dania z różnych stron świata

Polenta z kaszy krakowskiej z glazurowanymi młodymi marchewkami (fot. Karolina i Maciej Szaciłło)
Polenta z kaszy krakowskiej z glazurowanymi młodymi marchewkami (fot. Karolina i Maciej Szaciłło)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kuchnia to miejsce, w którym możesz rozwinąć skrzydła. Odblokować kreatywność. Nieważne, czy gotujesz dla siebie, czy dla całej rodziny. Zachęcamy więc do eksperymentów – szczególnie w weekendy – do kierowania się intuicją, zamiast ścisłego trzymania się przepisów. Nasze wskazówki i przepisy potraktuj jak kompas, który pomoże ci nakreślić własną, kulinarną mapę… - piszą Karolina i Maciej Szaciłło w książce „Jedz i pracuj”.

Kuchnia to miejsce, w którym możesz rozwinąć skrzydła. Odblokować kreatywność. Nieważne, czy gotujesz dla siebie, czy dla całej rodziny. Zachęcamy więc do eksperymentów – szczególnie w weekendy – do kierowania się intuicją, zamiast ścisłego trzymania się przepisów. Nasze wskazówki i przepisy potraktuj jak kompas, który pomoże ci nakreślić własną, kulinarną mapę… - piszą Karolina i Maciej Szaciłło w książce „Jedz i pracuj”.

Polenta z kaszy krakowskiej z glazurowanymi młodymi marchewkami

Maciek: „kaszka w kostki krajana” to przepis ze starej książki kulinarnej („Doskonała kuchnia” autorstwa m. Marciszewskiej), który posłużył jako inspiracja do tego dania. „Kaszkę krajaną” przyrumieniłem na oliwie tak jak robią to włosi. Młodą marchewkę, niczym rodowity francuz, glazurowałem na patelni. Do tego puree z soczewicy lub bobu i nasze włosko-francuskie weekendowe fusion gotowe.

Uwaga: kaszka krakowska świetnie sprawdzi się jako baza do różnego rodzaju kotlecików. Jeśli część twojej rodziny lub zaproszonych na sobotni obiad gości je mięso, możesz dodać do tego przepisu pieczony drób.

Polenta z kaszy krakowskiej

  • 1/2 szklanki gryczanej kaszy krakowskiej
  • 1 szklanka wody
  • 1/4 szklanki sosu sojowego (bez glutaminianu sodu; jeśli masz nadciśnienie stosuj tamari, który ma obniżoną zawartość soli)
  • 1 łyżeczka pieprzu ziołowego
  • 1 drobno poszatkowany pęczek koperku
Glazurowane, młode marchewki       
  • 1 pęczek młodych marchewek
  • 2 łyżki wybranej substancji słodzącej (melasy, syropu lub słodu)
  • 1/2 łyżeczki tymianku
  • 1/4 łyżeczki świeżo mielonego pieprzu
  • sok z 1/2 pomarańczy
  • 2 liście laurowe
  • 30 g masła lub 2 łyżki oliwy
  • nierafinowana sól do smaku
Do podania:
  • kiełki rzodkiewki
  • rukola lub listki młodej botwinki (mangold)
Przygotowujemy polentę: kaszę krakowską zagotowujemy z wodą, zmniejszamy ogień do minimum i gotujemy pod pokrywką ok.15–20 minut, aż się rozklei, a wszystkie ziarenka będą miękkie. Pod koniec dodajemy resztę składników polenty. Polentę przekładamy do posmarowanego olejem, prostokątnego, płaskiego naczynia. Masę wyrównujemy i zostawiamy do ostygnięcia. Zimną polentę wyjmujemy z formy, kroimy na plastry o grubości ok. 1-1,5 cm. Smażymy na oliwie z obu stron. Polenta powinna być miękka w środku i chrupiąca na zewnątrz. Polentę podajemy z glazurowanymi, młodymi marchewkami i purée z zielonej soczewicy lub bobu (przepis poniżej).

Przygotowujemy glazurowane marchewki: wszystkie składniki przekładamy na patelnię. Przykrywamy pokrywką i dusimy na małym ogniu, aż marchewki będą miękkie, a sos się lekko skarmelizuje. Jeśli sos za bardzo zgęstnieje i będzie mógł się przypalić, dolewamy trochę wody. Marchewki powinny bez problemu dać się przekroić nożem, ale trzeba uważać, aby ich nie przegotować.

Purée z zielonej soczewicy

  • 1/2 szklanki namoczonej na noc zielonej soczewicy
  • 2 liście laurowe
  • 1/2 łyżeczki tymianku
  • 1 łyżeczka majeranku
  • sos sojowy (bez glutaminianu sodu) do smaku
  • świeżo mielony pieprz do smaku
  • 1 łyżka masła (opcjonalnie)
Odsączamy soczewicę i przepłukujemy świeżą wodą. Zalewamy ją taką ilością wody, aby ziarenka były lekko przykryte. Dodajemy liście laurowe, majeranek i tymianek. Doprowadzamy do wrzenia. Zmniejszamy gaz do minimum. Przykrywamy pokrywką i gotujemy, aż soczewica będzie miękka. Dodajemy pozostałe składniki i miksujemy ręcznym blenderem na jednolite purée.

Purée z bobu

  • 250 g ugotowanego i obranego bobu
  • 2–3 łyżki oliwy
  • 2–3 łyżki przegotowanej wody
  • sok z cytryny do smaku
  • ok. 1/3 łyżeczki nierafinowanej soli
  • świeżo mielony pieprz do smaku
  • garstka poszatkowanych listków mięty (opcjonalnie)
Wszystkie składniki miksujemy ręcznym blenderem na jednolite purée.

Francuska sałatka z zielonej soczewicy

Fot. Karolina i Maciej Szaciłło Fot. Karolina i Maciej Szaciłło

Maciek: pozornie ta sałatka jest bardzo prosta, ale... Zawsze jest jakieś „ale”. Sztuką jest tak ugotować soczewicę, aby była miękka, ale ziarenka pozostały w całości. Francuzi używają do przygotowania tej sałatki specjalnego rodzaju soczewicy (tzw. Dupuy), która gotuje się szybciej i zachowuje swój kształt. Zieloną soczewicę można również zastąpić czarną, zwaną belugą. Jest dostępna w sklepach ze zdrową żywnością, nie trzeba jej namaczać i ma wspaniały, lekko orzechowy smak.

Składniki:

  • 1 szklanka zielonej soczewicy namoczonej na noc
  • 2 liście laurowe
  • 1 łyżeczka nierafinowanej soli
  • 100 g fety lub miękkiego koziego sera pokrojonego w kostkę (opcjonalnie)
  • 50 g poszatkowanych orzechów włoskich
  • poszatkowany pęczek natki pietruszki
  • duża garść poszatkowanych listków mięty
  • 1 i 1/2 marchewki pokrojonej w plasterki
  • 2 dojrzałe pomidory pokrojone w kostkę
Sos winegret:
  • 3 łyżki octu balsamicznego
  • 2 łyżeczki musztardy, np. sarepskiej
  • 1/3 szklanki oliwy
  • do podania: orkiszowy chlebek lub pełnoziarnista bagietka
Namoczoną soczewicę odsączamy i przepłukujemy na sitku. Przesypujemy do garnka i wlewamy taką ilość wody, aby ziarenka były lekko przykryte. Dodajemy liście laurowe i sól. Gotujemy pod przykryciem na małym ogniu, aż soczewica będzie miękka, ale ziarenka nie będą się jeszcze rozpadać. Jeśli wody będzie zbyt mało, dolewamy trochę wrzątku. W tym czasie przygotowujemy sos: ocet balsamiczny mieszamy z musztardą. Kiedy się połączą, wlewamy cienkim strumieniem oliwę, cały czas mieszając do momentu, kiedy utworzy się jednolita emulsja. Ugotowaną soczewicę przesypujemy do miski. Czekamy, aż delikatnie przestygnie. Dodajemy resztę składników i sos. Sałatkę można zjeść samą (jest bardzo sycąca) lub z pełnoziarnistym pieczywem.

Greckie kofty z marchewki z cytrynowym ryżem i sałatką

Fot. Karolina i Maciej Szaciłło Fot. Karolina i Maciej Szaciłło

Niedawno widzieliśmy odcinek programu kulinarnego z Yotamem Ottolenghi (autorem kultowych: „Jerozolimy” i „Obfitości") poświęconego greckim wyspom. Kucharz dociera do korzeni. Gotuje z pasterzami i rybakami. Poznaje od podstaw tamtejszą kuchnię i jej składniki. Później na ich bazie przyrządza własną wersję wyspiarskich dań. Jego motto: „polewaj, wyciskaj, zgniataj’ dotyczące 3 składników (oliwy, cytryny, czosnku) - idealnie pasuje do filozofii tej kuchni. Kochamy tak gotować - czerpać z tradycji, tworząc nowe przepisy. Efektem naszej greckiej inspiracji są marchewkowe kofty z cytrynowym ryżem i prostą sałatką z oregano.

Chcąc zminimalizować czas przygotowania, masę na kofty można przygotować dzień wcześniej.

Kofty:

  • 2 łyżki oliwy
  • 200 g marchewki startej na tarce o grubych oczkach
  • 2 liście laurowe
  • 130 g rozkruszonej fety lub rozkruszonego naturalnego tofu
  • 1/2 szklanki czarnych oliwek
  • 1/2 poszatkowanego pęczka koperku
  • poszatkowana garść listków mięty
  • 1 łyżka oregano
  • 1/2 łyżeczki nierafinowanej soli
  • poszatkowany ząbek czosnku lub 1/3 łyżeczki asafetydy
  • świeżo mielony pieprz do smaku
  • 1 i 1/2 łyżki skrobi kukurydzianej lub mąki ziemniaczanej
Marchewkę i liście laurowe dusimy na oliwie ok. 5-7 min. Mieszamy marchewkę z resztą składników. Masę dzielimy na kulki wielkości małej śliwki. Każdą kulkę spłaszczamy tak, żeby powstały małe placuszki. Wkładamy je na noc do lodówki (chyba, że wszystko przygotowujemy tego samego dnia)

Cytrynowy ryż z groszkiem:

  • 1 łyżka oliwy
  • 150 g krótkoziarnistego ryżu (może być jaśminowy)
  • 1/2 łyżeczki nierafinowanej soli
  • 1/2 szklanki zielonego groszku
  • 1/2 łyżeczki skórki otartej z cytryny
  • 2 łyżki świeżo wyciśniętego soku z cytryny
Sałatka:
  • ogórek pokrojony w kostkę
  • pomidor pokrojony w kostkę
  • 1/3 szklanki czarnych oliwek
  • 1/3 łyżeczki oregano
  • 1/2 poszatkowanego pęczka koperku
  • 2 łyżki oliwy
  • sok z cytryny do smaku
Przygotowujemy cytrynowy ryż: na łyżce oliwy prażymy ryż przez 3–4 minuty, aż część ziarenek będzie lekko brązowa. Cały czas mieszamy i uważamy, aby go nie spalić. Dodajemy plus minus dwukrotną ilość wody w stosunku do objętości ryżu (ok. 300 ml). Dodajemy sól, doprowadzamy do wrzenia. Gaz zmniejszamy do minimum i gotujemy pod przykryciem ok. 10 minut. Dodajemy, nie mieszając, groszek i gotujemy, aż ryż i groszek będą miękkie – ok. 5 do 10 minut. Nie mieszamy ryżu w czasie gotowania. (Przed podaniem dodajemy sok i skórkę z cytryny.) Potem z obu stron smażymy na oliwie kofty. Następnie przygotowujemy sałatkę: wszystkie składniki mieszamy.

Przepisy pochodzą z książki Karoliny i Macieja Szaciłło „Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem”.