1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Ośrodek Jelonki - czym zajmuje się ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt?

Ośrodek Jelonki - czym zajmuje się ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt?

Ania Kamińska z Manią. Lisiczka, wyciągnięta ze studni przez strażaków, jest chora, ma małoocze, zostanie więc już w ośrodku. (Fot. Błażej Badowski)
Ania Kamińska z Manią. Lisiczka, wyciągnięta ze studni przez strażaków, jest chora, ma małoocze, zostanie więc już w ośrodku. (Fot. Błażej Badowski)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Trafiają tu chore, potrącone przez samochód. Maluchy zostawione przez rodziców albo niepotrzebnie od nich zabrane. Anna Kamińska leczy je, karmi, a potem wypuszcza. Bo taki jest cel: przywrócenie ich naturalnemu środowisku. Praca w Ośrodku Jelonki nigdy się nie kończy.

Do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt trafiają chore, potrącone przez samochód. maluchy zostawione przez rodziców albo niepotrzebnie od nich zabrane. Anna Kamińska leczy je, karmi, a potem wypuszcza. Bo taki jest cel: przywrócenie ich naturalnemu środowisku. Praca w Ośrodku Jelonki nigdy się nie kończy.

Najmłodszym mieszkańcem Ośrodka Jelonki jest wyderka. To chłopak. Ma kilka tygodni. I na razie jest bezimienny – Anna nadaje zwierzętom imiona dopiero, kiedy jest już pewna, że będzie dobrze, że wyjdą na prostą. Wyderkę znalazła pewna pani na swoim podwórku. Czekała do rana, miała nadzieję, że matka wróci po dziecko, nie złamała się nawet, kiedy wyderka głośno płakała. Niestety, mama się nie pojawiła, maleństwo wylądowało więc w Ośrodku Jelonki. – To prawidłowa reakcja – mówi Anna Kamińska, która ośrodek prowadzi. – Mniej więcej połowa zwierząt, które trafiają do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt w ciągu roku, zabrana jest z naturalnego środowiska zupełnie niepotrzebnie. Głównie to pisklaki. Młode ptaki, kiedy uczą się latać, muszą przecież opuścić gniazdo. Nauczyć się zbierać pokarm. A nie wiedzą jeszcze, że przed człowiekiem trzeba się chować czy uciekać. Ludzie, zwłaszcza w dużych miastach, widzą te nieporadne maluchy i zabierają, „żeby pomóc”. Uczulamy, żeby tego nie robić, prosimy – ale bezskutecznie. Słyszymy potem tłumaczenia, że w mieście niebezpiecznie, że koty czy samochody, że zwierzęta na pewno by zginęły. A wystarczyłoby przecież przenieść ptaszka kawałek dalej, w krzaki czy na trawnik. Jeszcze gorzej, gdy ludzie biorą zwierzęta do domu i sami próbują karmić, podając nieodpowiednie rzeczy. Ptak, zajączek czy mała sarna dostaje potem biegunki albo przestaje jeść. Dopiero wtedy zaczyna się szukanie miejsca w ośrodku, a my mamy dodatkowy problem.

Sarna Jaśmina została przywieziona w maju jako osesek. W tym roku zostanie wypuszczona. Sarna Jaśmina została przywieziona w maju jako osesek. W tym roku zostanie wypuszczona.

Anna kiedyś pracowała w schronisku w Elblągu. Trafiały tam czasem dzikie zwierzęta. – Zaczęłam je brać do domu, leczyć, pomagać. A w końcu zrodził się pomysł ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt. Dostaliśmy zgodę i tak się zaczęło. Wydaje się, że trzeba mieć do tego solidną wiedzę – przecież inaczej leczy się ptaka ze złamanym skrzydłem, inaczej zajmuje się sarną czy lisem… – Tak, choć kiedy obserwuje się zwierzęta, to dochodzi się do wniosku, że wiedza wiedzą, ale najwięcej daje doświadczenie – mówi Anna. – Zwierzęta dużo nam pokazują, komunikują, czasem jest to cenniejsze niż wiedza z książek czy nawet przekazana nam przez ludzi wykształconych, ale bez doświadczeń w pracy z dzikimi zwierzętami. Z czasem okazuje się, że po prostu już wiemy, co robić.

Bielik Gniewko trafił tu cztery lata temu z połamanym skrzydłem i uszkodzonym barkiem. Dożył swoich dni w Jelonkach. Bielik Gniewko trafił tu cztery lata temu z połamanym skrzydłem i uszkodzonym barkiem. Dożył swoich dni w Jelonkach.

I dodaje: – Nie traktujemy naszych zwierząt jak pupili. Kontakt z człowiekiem to dla dzikiego zwierzęcia na początku wielki stres. Kiedy podajemy leki czy zmieniamy opatrunki, staramy się to robić jak najszybciej, jak najsprawniej, bez zbędnych gestów czy czułego przemawiania. A kiedy widzimy, że mają się lepiej, przestajemy się do nich zbliżać, wchodzić do wolier, przenosimy je na duże wybiegi, gdzie sobie dziczeją. Uczą się chować przed człowiekiem. Ograniczamy do minimum nasz z nimi kontakt. Nie staramy się ich oswajać. Choć oczywiście nie znaczy to, że się do nich nie przywiązujemy. Czasem walka o zwierzę trwa długo, czasem trzeba je odchować od oseska, trudno więc wyłączyć emocje. I zawsze nam ciężko, kiedy przychodzi czas, że je wypuszczamy. Ale jednocześnie są też i radość, i satysfakcja.

Lisiczka Elwira trafiła do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt ze schroniska. Jest w Jelonkach pięć lat. I już zostanie. Zbyt długo była z ludźmi, nie poradzi sobie w środowisku naturalnym. Lisiczka Elwira trafiła do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt ze schroniska. Jest w Jelonkach pięć lat. I już zostanie. Zbyt długo była z ludźmi, nie poradzi sobie w środowisku naturalnym.

Teraz mieszkańców ośrodka jest 156. Z roku na rok ich przybywa. – W 2019 roku przewinęło się około 300 zwierząt – mówi Anna – a w ubiegłym przekroczyliśmy 400. Z tego mniej więcej połowę udaje się przywrócić na łono natury. Jasne, są porażki, czasem trzeba podjąć decyzję o eutanazji, czasem po prostu nic się już nie da zrobić…

Owcę Tosię odkupiła od jej właściciela sąsiadka. Nie mogła się pogodzić z tym, że owieczka skończy jako świąteczny obiad. Przywiozła ją do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt z Podlasia. Owcę Tosię odkupiła od jej właściciela sąsiadka. Nie mogła się pogodzić z tym, że owieczka skończy jako świąteczny obiad. Przywiozła ją do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt z Podlasia.

Jedyne zdrowe osobniki, o których z góry wiadomo, że u nas zostaną, to dziki. Nie możemy ich wypuścić ze względu na ASF (afrykański pomór świń). Reszta wcześniej czy później wraca do środowiska naturalnego – czasem po miesiącu, czasem po roku. A poprzednie wydry – Marcel i Pipa – były z nami dwa lata, niedawno je wypuściliśmy. Wszystko zależy i od gatunku, i od tego, w jakim stanie zwierzę do nas trafi.

Dzik, a właściwie locha, nazywa się Pyza. Przyjechała z Grudziądza dwa lata temu jako maluch. Jelonki będą już zawsze jej domem. Dzik, a właściwie locha, nazywa się Pyza. Przyjechała z Grudziądza dwa lata temu jako maluch. Jelonki będą już zawsze jej domem.

Czy to praca na pełny etat? Ania tylko się śmieje. – Na pełen i jeszcze jeden. 24 godziny na dobę. Choćby karmienie. Różne gatunki jedzą różne pokarmy. Już samo przygotowanie karmy dla całego tego zwierzyńca zajmuje masę czasu.

Chcecie pomóc? Możecie wirtualnie adoptować zwierzaka. A jeśli macie w domu stare koce,poduszki, pościel – wyślijcie do Ośrodka Jelonki. Anna zapewnia, że każda rzecz zostanie wykorzystana.
Skąd bierze na to siłę? – Właściwie nie wiem. Wczoraj źle się czułam, leżałam cały dzień, chłopak pomagał mi w ośrodku. Ale już dziś musiałam wstać, bo tęskno mi było, cały dzień zwierząt nie widziałam. Poszłam je nakarmić. Teraz ledwo żyję, ale było warto.
Zdjęcia: Dorota Leszczyńska, Rafał Kwiatkowski, Błażej Bladowski.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze