1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kobiety: W domu nadal drugi etat

Kobiety: W domu nadal drugi etat

123rf.com
123rf.com
Jak pisze The Guardian, mimo 40 lat istnienia feminizmu, kobiety nadal wykonują gros domowych obowiązków.

Brytyjski Instytut Polityki Społecznej zbadał, że 8 na 10 kobiet pozostających w związkach małżeńskich wykonuje większość obowiązków domowych. Dla porównania: zaledwie 1 żonaty mężczyzna na 10 pracuje w domu na równi z małżonką. Jedynie 13 proc. kobiet przyznaje, że na jej mężu spoczywa więcej obowiązków domowych niż na niej, a tylko 3 proc. mężatek poświęca pracom domowym mniej niż 3 godziny tygodniowo. Ponad połowie zamężnych Brytyjek obowiązki związane z prowadzeniem domu zajmują więcej niż 13 godzin tygodniowo.

Te badania pokazują, że mimo walki o równe prawa wyborcze czy zawodowe po przekroczeniu progu domu domów kobiety stają się przede wszystkim pomocami kuchennymi, sprzątaczkami i pokojówkami. Dla porównania: 8 na 10 kobiet urodzonych w 1958 roku mówiło, że pracują więcej w domu niż ich mężowie, podczas gdy to samo potwierdziło 7 na 10 kobiet urodzonych w 1970 roku. Duży skok cywilizacyjny, ale prawie żaden w polityce równościowej.

Ta nierówność w podchodzeniu do domowych obowiązków jest zdecydowanie mniejsza z związkach, w których kobiety zarabiają więcej niż ich mężowie, ale zdecydowanie wzrasta na niekorzyść kobiet po pojawieniu się dzieci.

Dlatego, jak podają naukowcy, rozwiązanie tego problemu jest możliwe dzięki dwóm typom działań. Z jednej strony państwo zadba o sensowną opiekę nad dziećmi (będzie dopłacało do korzystania z pomocy niań, zwiększona zostanie liczba bezpłatnych żłobków i przedszkoli), a z drugiej zmieni się podejście wychowawcze. To ojcowie zaczną pomagać regularnie w domu i uczyć swoich synów, że taka pomoc jest naturalna.

Jak podaje Instytut Polityki Społecznej, kobiety zapytane, jakie czynności generują u nich największy stres, nadmierne obowiązki domowe wymieniają na pierwszym miejscu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kobieta na trudne czasy

Kobiety nadal często mają problem z oddelegowywaniem domowników do domowych obowiązków. (Fot. Getty Images)
Kobiety nadal często mają problem z oddelegowywaniem domowników do domowych obowiązków. (Fot. Getty Images)
Wydawać by się mogło, że nadszedł nasz czas. Znajdujemy się wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ważnego – w szpitalach, domach opieki, usługach, także w polityce. Jednak w Polsce kobiety wysuwa się jako frontmenki przede wszystkim dla ocieplenia wizerunku, poprawy sondaży. A potem najczęściej usuwa w cień. Wykorzystują nas czy dajemy się wykorzystywać? – zastanawia się Ewa Woydyłło-Osiatyńska.

Znowu to samo: przychodzi kryzys, coś się wali, kimś się trzeba zaopiekować i wtedy sięga się po kobiety. Zawsze byłyśmy wystawiane do czarnej roboty, a teraz to się jeszcze nasiliło. Dlaczego dajemy się tak traktować?
Dlatego że kobiety ciągle jeszcze podlegają kulturowej prawidłowości, która polega na tym, że kobieta jest posłuszna. To właśnie posłuszeństwo sprawia, że łatwo się nią posłużyć. Jej to pochlebia, bo zajmuje wysoką pozycję, może w swoim subiektywnym odbiorze pomyśleć, że przejmuje pałeczkę w sztafecie. Ale na ogół w tej sztafecie jest od robienia brudnej roboty. Bo jak przyjdzie do rozdzielania laurów, to bardzo wątpliwe, że będzie mogła liczyć na równą konkurencję. W polityce, prawdę mówiąc, nagradza się wierne służki, ciocie na zawołanie.

Kobiety nie mają czujności?
To strasznie trudne, bo jak się wejdzie do polityki, to się przestaje być indywidualnością, a zaczyna – trybem w systemie. Nie mam o to pretensji do kobiet, bo za nimi nie stoją wieki doświadczeń, tylko kilkadziesiąt lat zaledwie.

Na świecie dochodzą do głosu prawdziwe, nie malowane liderki, jak premierki Norwegii, Islandii czy była premierka Danii. Dlaczego im się udaje, a nam nie?
Jak tak głębiej się nad tym zastanowić, to można zauważyć, że one są w większości ze starej demokracji. Nie w sensie wieku tych krajów, ale w takim znaczeniu, że stare demokracje przeszły proces głębokiego uczłowieczenia. Daję więc sobie pewną nadzieję, że choć nam do tego etapu jeszcze daleko, to prawdopodobnie osiągniemy go za 20 lat, czyli za mniej więcej tyle czasu, ile zajęło to dojrzałym demokracjom. Na razie mamy ewidentne dowody na to, jak nie tyle ułomna, ile karkołomna jest nasza polityka i z całą pewnością jest to wynik nawet nie działalności tych kobiet i tych mężczyzn, tylko faktu, że znajdujemy się na bardzo niskim poziomie rozwoju politycznego, społecznego, kulturowego. Andrzej Leder bardzo trafnie to wyłożył w książce „Prześniona rewolucja”, w dyskursie z nim brał też udział mój mąż Wiktor Osiatyński. Leder zauważył, że jesteśmy dopiero na etapie poszukiwania sposobu poszerzania zakresu zbiorowej dojrzałości. Dlaczego kobiety miałyby być bardziej dojrzałe?

Ale mogłyby wreszcie nie dawać się wykorzystywać. W Polsce cały czas jedną nogą tkwimy w patriarchacie?
Oczywiście, patriarchat u nas nadal ma się dobrze.

Bo?
Bo nie było u nas rewolucji feministycznej, bo nie udało się przewalczyć rzetelnego parytetu. My się ciągle dobijamy, nam jeszcze nawet drzwi nie otworzono, więc ile się da wycisnąć, wyciskamy, ale ta droga dla polskich kobiet jest bardzo wyboista. Oddaje się głos tym, które są podległe, posłuszne, i tym sposobem zamyka się usta wszystkim, mówiąc, że kobiet w życiu publicznym jest dużo. Ale tak jak jakość debaty sejmowej i w ogóle rządzenia jest niska, tak jakość wkładu kobiet też jest niska, nie z ich winy. No bo one na ogół nie przychodzą w tym celu, żeby pomnażać zbiorowe dobro, tylko żeby pomnażać dobro władcy, który pozwolił im usiąść na tym wysokim stołku. Niektóre, jak w syndromie sztokholmskim, bronią oprawcy. Zrobiono z kobiet roboty, które śpiewają melodie, jakie im się gra. I dopóki innej drogi nie ma, dopóty trudno liczyć na wysyp mądrych liderek.

Może zabrakło nam samym przepracowania kobiecej solidarności?
Solidarność to nie jest kwestia przepracowania, tylko kwestia kulturowa. Działają u nas różne mechanizmy, nie tylko antykobiece. Jeden z nich, opisany szeroko przez socjologów, polega na tym, że jak tylko mamy możliwość mieć do kogoś pretensje, to szybko z tej okazji korzystamy. My, Polacy, lubimy mieć pretensje. Oczywiście indywidualnie się różnimy, ale w Polsce bardzo łatwo paść ofiarą złego interpretowania postaw. Bardzo lubimy dowodzić, że ktoś jest głupszy, gorszy, popełnia nadużycia. Lubimy mieć przewagę.

Co nam to daje?
W ten sposób budujemy swoje poczucie wartości. Mówiąc, że ktoś jest zły, manifestujemy, że niby my jesteśmy lepsi. U nas jest dobry do tego klimat. Poza tym na kobiety bardzo łatwo rzucać potwarz, bo one nie są skuteczne w obronie, nie mają autorytetu. Kobieta coś mówi? Toż to nieprawda! Kobietę szalenie łatwo ranić, bo jest niegroźna. A przy okazji bezkosztowo można podbudować sobie poczucie własnej wartości.

Czy jesteśmy na to skazane?
Skazana to może być konkretna osoba, na przykład pielęgniarka, lekarka, której nie da się pomóc, bo ją skrzywdzono, pomawiając o bezduszność, a nie brak możliwości. Widzę, że pani przejęła się takim traktowaniem kobiet, i prawdopodobnie dużo ludzi podobnie reaguje jak pani. To pokazuje, że wykorzystywanie kobiet nie dzieje się całkowicie w próżni, tylko że reakcje na tego typu sytuacje muszą osiągnąć masę krytyczną. To się zbiera, zbiera, pani napisze o tym artykuł, ktoś doktorat i powstanie z tego jakaś świadomość. A jak powstanie świadomość, to coraz więcej osób przyłączy się do takiego myślenia, co może doprowadzić do zmian, podobnych do tych, które spowodowały, że dziewczynki chodzą do szkoły, co jest względnie nowym zjawiskiem. Zaledwie 130 lat temu Maria Skłodowska-Curie, nie dostawszy się na Jagiellonkę, pojechała studiować na Sorbonę. To się wtedy nie mieściło w głowie, a jednak nastąpiło. Kobiety nie potrafią same zadbać o swoje miejsce w świecie.

Jak mają to robić? 

Zacząć trzeba od zmiany prawa. Czy pani wie, że w naszym prawie funkcjonuje taki przepis, że jeżeli dziewczyna poniżej 16. roku życia urodzi dziecko, to nie może być jego prawną matką, no, chyba że chłopak, który zrobił jej to dziecko, się z nią ożeni! Ona może być matką tylko jako czyjaś żona!

Najczęściej prawną matką zostaje jej matka. I takich absurdów jest u nas dużo.
Więc jak zaczniemy zmieniać prawo zgodnie z ideą praw człowieka, to wtedy pozmieniają się też reguły, a ludzie będą musieli zmienić sposób myślenia.

Prawa trzeba jeszcze przestrzegać, a z tym jest u nas różnie.
U nas akurat prawem nikt się nie przejmuje, więc mamy dodatkowy kłopot. Nauczyłam się od Wiktora, że nie ma tak, że kogoś do czegoś przekonam. Przekonać może prawo. Mój mąż przestał pić w Ameryce, bo wiedział, że tam nikt nie przymknie oczu na to, że wykładowca na zajęcia ze studentami przychodzi na rauszu. Pijesz? To nie pracujesz. Proste.

Prawo prawem, ale jest jeszcze to niepisane. Na przykład takie, że ciężar prowadzenia domu cały czas spoczywa na barkach kobiet.
Powiem coś niepopularnego – nie współczuję tym, co ten ciężar dźwigają. Już pora, żeby zaczęły delegować zadania na innych domowników. Jeżeli tego nie robią, to znaczy, że decydują się, że tak ma być, i w głębi duszy prawdopodobnie czerpią z tego korzyści.

Jakie?
Czują się lepsze i tego im nie zabierzemy. Jeżeli kobieta nie potrafi czuć się lepszą inaczej niż tylko wtedy, gdy haruje za kogoś, uważając go za gorszego, to jej wybór. Bo wie pani, wiedza psychologiczna o tym, jak układać relacje, jak dbać o siebie – jest ogromna i łatwo dostępna. Wystarczy wejść do Internetu i wpisać „współpraca w małżeństwie”, i dostaje się tysiące artykułów, książek z całego świata. Jak tej wiedzy kobiety nie biorą, to niech nie narzekają. Nigdy nikogo nie uczyłam na siłę, bo wiem bardzo dobrze – uświadomili mi to mama i nauczyciele – że w uczeniu czy życia, czy dobrych relacji, czy wiersza największą rolę odgrywa udział własny. Myśmy nawet z Wiktorem wymyślili pewne równanie, ono odnosi się do wszystkiego, czego chcemy się nauczyć: liczba punktów za wiedzę pomnożona przez wkład własny.

Załóżmy, że chcemy nauczyć się asertywności, bo to akurat jest potrzebne wielu kobietom. Pomocny jest tu nauczyciel, czy to w formie książki, artykułu, czy terapeuty. Kobieta czyta na przykład, że trzeba dbać o swoje potrzeby, myśli nawet: „Świetny artykuł!”, czyli dajemy 10 punktów za źródło wiedzy. Odkłada artykuł i słyszy, jak mąż znad gazety pyta: „A obiad?”. Zamiast powiedzieć: „Dzisiaj, mój kochany misiu, zjemy kanapki, bo nie miałam siły na robienie obiadu” (albo „czytałam książkę”), biegnie gotować. Czyli wnosi zero wkładu własnego, żeby coś zmienić. Ile jest 10 razy zero?

Zero.
No właśnie. A inna kobieta przeczytała, dajmy na to, w „Płomyczku Katolickim” jedno zdanie, że musi szanować siebie, i pomyślała: „Dzisiaj mam zły dzień, więc powiem domownikom: »Kochani, zróbcie na obiad co chcecie, chętnie dam się zaprosić«”. I jak myśli, tak robi. Czyli choć ten „Płomyczek” dał jej tylko 3 punkty w skali jakości wiedzy, to ona wniosła 10, a 3 razy 10 równa się 30. Czyli nastąpiła u niej zmiana 30-procentowa! Kobiety są przeciążone, zgoda. Czyżby jednak nie wiedziały, co robić? Nie! Im się po prostu nie opłaca czegoś robić.

Nie opłaca?
A tak. Bo jak nic nie zmienią, to będą zawsze mogły powiedzieć: „O jaka ja biedna, jak mi się źle żyje, och, ci mężczyźni, ach, gdyby nie było dzieci” itd.

Trzeba oczywiście podawać kobietom dobre przykłady dbania o siebie, ale czy zastosują je w swoim życiu, zależy tylko od nich. Ta zasada dotyczy także ludzi uzależnionych. Jak kobieta mówi mi, że nie wie, co robić, bo jej mąż pije, to ja odpowiadam: „A czytała pani coś na ten temat, była pani w poradni?”. Ona chce, żebym ja zadbała o to, żeby jej mąż nie pił. A z jakiej racji mam o to dbać? Mogę ją wesprzeć, ale to ona sama musi przekuć to w czyny. Tego nauczyło mnie amerykańskie doświadczenie, tam nikt nie robi za kogoś tego, co ten ktoś może zrobić sam za siebie.

Czasami jedno zdanie może komuś otworzyć oczy.
Zgoda, to zdanie brzmi: „Kobieto, weź odpowiedzialność za swoje życie, powiedz »nie«”. Nadal piszę i pracuję z myślą o kobietach, ale nie ubolewam, że im ciężko. A pani ubolewa. Proszę pojechać do Danii na pół roku, poobserwować Dunki, to pani się z tego wyzwoli. Dunki są z siebie zadowolone, w ogóle nie farbują włosów, ćwiczą, jeżdżą na rowerach, w wieku 60 lat mają kochanków, wiedzą, że ich wartością nie jest to, żeby wyglądać jak modelka. Dunka ma studia albo nie ma, pracuje w sklepie albo na uniwersytecie. Nie robi z siebie cierpiętnicy – nie chce gotować obiadu, to ogłasza to rodzinie i nikt nie ma jej tego za złe. Nie mówię, że wszystko gdzie indziej jest lepsze niż u nas, natomiast są rzeczy, których warto się od innych uczyć.

Czego najbardziej powinna się nauczyć Polka?
Jak czegoś nie chcesz robić, to nie rób, ale wtedy albo będzie niezrobione, albo zorganizujesz zastępstwo. Mam takie powiedzenie, okropnie denerwujące, nawet mnie samą, bo gdy kiedyś ktoś mi je powiedział, to się wściekłam, a brzmi ono: Zawsze znajdujesz się w tym miejscu, w którym chciałaś być.

Kobieta nie chce żyć z przemocowym mężczyzną!
Tak? To dlaczego od niego nie odejdzie? Owszem, jako 11-letnia dziewczynka patrzyła na mamę, ciocię, które nie odchodziły od przemocowych mężczyzn, ale jest już dorosła i może odejść. To się nazywa odpowiedzialność za swoje życie. Koniec z alibi, że ktoś miał złe dzieciństwo. Psychoterapeuci latami trzymają kobiety na terapii, bo miały złe dzieciństwo. A ja mówię: „Proszę wyjąć dowód osobisty i spojrzeć, ile ma pani lat. Więcej niż 13? To co pani dzisiaj zrobi tatuś albo mamusia?”. Za dwa dni dostaję SMS-a: „Eureka, moje życie zależy ode mnie”. Oczywiście, bywają sytuacje patologiczne, gdy potrzebna jest interwencja z zewnątrz, ale w większości przypadków wystarczy własna decyzja, własny wybór.

Trzeba jednak słono za ten wybór zapłacić. Może tej ceny boją się kobiety?
Może, bo za uwolnienie się od roli opiekunki rodu, służącej, wykonawczyni poleceń cena jest taka, że mnie potem za bardzo nie chcą. Wiele kobiet z mojego pokolenia zajmuje się wychowaniem wnuków, a potem narzeka, że są wykończone. Moja mama mawiała: „Gdyby stare kobiety miały zajmować się dziećmi, toby je rodziły”. Koleżanki pytały mamę: „Dlaczego nie pomagasz bardziej Ewuni?”. Mama była ukochaną babcią i mile widzianym gościem, ale żeby wychowywała moje dzieci? W życiu! Tymczasem w Polsce jest dużo niepisanych przepisów na życie kobiet i one bez szemrania je przyjmują, zamiast każdorazowo weryfikować. Mama tak żyła, babcia, ciocia? A ja tak nie chcę. Będę żyć według swojego przepisu.

 

  1. Psychologia

Jak tradycyjny podział prac domowych między kobietami a mężczyznami wpływa na miłość i seks?

"Ludzki umysł zawalony jest starymi, wyświechtanymi stereotypami, trzeba w nim po prostu zrobić porządek. Zanim się zrobi porządek w domu." (fot. iStock)
Skoro w zgranych parach dzielimy się wszystkim, powinno to dotyczyć także tzw. prac domowych. A jednak w XXI wieku nadal to kobieta sprząta, pierze i gotuje, a do tego robi karierę. Czy naprawdę wszyscy jesteśmy zadowoleni z tego tradycyjnego podziału ról? Jak to wpływa na naszą miłość i na seks? Rozmawia Katarzyna Miller z Joanną Olekszyk.

Joasia: Czy mężczyzna z żelazkiem, odkurzaczem albo wilgotną ściereczką do kurzu w dłoni...
Kasia: ...to jeszcze jest facet? Dla mnie tak. Bo najistotniejsze jest, jak on prasuje, odkurza czy sprząta. Jeśli z radością i zadowoleniem, a do tego ma fajne ciałko, które mi się podoba... Dla mnie niebywale sexy jest widok faceta, który gotuje i zmywa. W ogóle facet, który umie coś zrobić, jest niesamowicie męski. Mam na myśli taką inteligencję codzienności: a to zreperuje radio, które się popsuło, a to posprząta, jak coś się stłukło, a to zupkę dosmaczy, jak mu za mdła wyszła... Jest przytomny, obecny, zaangażowany. Pamiętam, jak u mojej koleżanki w Brukseli jej mąż przygotowywał dla gości kolację. Wygonił nas z kuchni i cały dzień tam siedział w jakimś twórczym szale - ogromnie tym urósł w moich oczach. Albo facet, który umie wyczyścić czy wyprać mi plamę z ważnego ciucha. On jest cudotwórcą!

Jak taki czynny udział mężczyzny w pracach domowych przekłada się na zadowolenie ze związku, a może i z pożycia?
Nie na darmo mówią: "Jeśli chcesz zrobić kobiecie dobrze, ogarnij dzieci i posprzątaj mieszkanie". Będzie miała i czas, i ochotę na seks. I jeszcze jej powiedz, jaka jest ważna i jak w domu promieniuje jej obecność. Bo kobiety chcą się czuć ważne i doceniane, a mężczyźni bardzo często dają im to odczuć, kiedy one są wobec nich ciepłe. Ciepła kobieta nie zrzędzi, nie marudzi i nie jest wiecznie zmęczona. Jak to osiągnąć? Nie zwalać jej na głowę całego domu. Proste!

Cieszy mnie, że to mówisz, bo co miesiąc jak bumerang wraca do mnie temat tzw. obowiązków domowych. Badania pokazują, że nic się nie zmieniło.
Kobiety wykonują większość prac domowych, takich jak przygotowywanie posiłków, sprzątanie, pranie czy prasowanie. Cóż, myślę, że kobiety po prostu niechętnie oddają to pole mężczyznom.

Ale oni też się nie kwapią do jego przejęcia. I mają do tego doskonałą wymówkę.
Amerykańskie badanie "Równość, prace domowe i częstotliwość seksualna w małżeństwie", szeroko komentowane w prasie męskiej, dowodziło, że facet w fartuszku jest dla kobiet mniej sexy. Mężczyźni chętnie chwytają się takich wyników badań, bo to ich utwierdza w przekonaniu, że dalej nie muszą poczuwać się do tego, by w domu sprzątać, gotować czy prasować. Najłatwiej jest powtarzać stereotypy, w dodatku takie kołtuńskie jak ten. A przecież kiedy umiesz oporządzić siebie i dom, jesteś bardziej niezależny. Taka sprawność codziennego życia zwiększa zaufanie do siebie i pewność, że zawsze dasz sobie radę, bo zawsze będziesz umiał na siebie zarobić, a to na zmywaku, a to w firmie sprzątającej... I to nie są wcale uwłaczające godności prace, tylko umiejętności potrzebne wszystkim ludziom, kimkolwiek są.

Może sedno tkwi w słowie "uwłaczające"...
Nadal jest społeczne przekonanie, że prace domowe to zajęcia niższego rzędu i dlatego powinny je wykonywać kobiety albo obcokrajowcy. Dlaczego? Bo tam są małe pieniądze. Gdy zaczną być większe, to będą się do nich garnąć także faceci.

Kiedy słyszę, że żona robi w domu wszystko, a mąż nie wie nawet, gdzie są worki na śmieci, to zastanawia mnie, czy ten mężczyzna nie widzi, że staje się życiowym kaleką. Mieszka w domu, o który nie umie zadbać. A skąd, on myśli, że jest baszą, którego trzeba obsługiwać.

Co musiałoby się stać, żeby zmienił swoje podejście?
Paradoksalnie trzeba by zacząć tę zmianę od kobiet, a konkretnie matek, które mają tendencję do wyręczania swoich dzieci, a najczęściej chłopców, oraz partnerów w domowych obowiązkach. Myślę też, że ta zmiana może przyjść dość łagodnie i naturalnie. Młode, wyzwolone kobiety po prostu nie będą już tego robić. Postawią sprawę jasno: "Chcesz mieć czyste majtki, to je sobie wypierz", "Chcesz mieć ładną koszulkę, to sobie ją wyprasuj".

"A może przy okazji też moją...".
Jeśli ci się będzie chciało. Ja też może, jak będzie mi się chciało, coś dla ciebie zrobię, ale niekoniecznie prasowanie. Bo ja pewnych rzeczy w domu nie robię, i już. Poza tym jeśli w pracy gonią mnie terminy i muszę poświęcić więcej czasu jakiemuś projektowi, to chyba jest to ważniejsze niż prasowanie, które może poczekać. I leży sobie niezrobione. Jak mu to przeszkadza, to niech uprasuje. Tylko że w polskich domach to zwykle ona nie wytrzymuje i w końcu robi coś za niego. No bo jak to tak można, żeby było nieposprzątane? Ano można. Kobiety, na swoje nieszczęście, wiecznie widzą skierowane na siebie oko krytyka: mamusi, sąsiadek, Pana Boga czy księdza proboszcza, który łypie groźnie i z wyrzutem: "No jak to tak można?".

Ja sama, kiedy nie mam czasu, to nie sprzątam, i wcale mi to nie przeszkadza. Ale jeśli ktoś ma przyjść, to robi mi się głupio i albo sprzątam jak szalona, albo zaczynam się tłumaczyć. "Przepraszam, ale u mnie taki bałagan". Przestańmy wreszcie mówić ten tekst. Ja wiem, że to szalenie trudna sprawa, bo to zdanie przyswaja się nam osmotycznie już w dzieciństwie. Wchodzi do domu mała Asia, a mamusia u progu krzyczy, żeby zdjęła buty. Ja zawsze wchodzę w butach. Jak się naniesie, to się rozchodzi (śmiech). A potem się to posprząta. U mnie akurat robi to pani, której za to płacimy. Bo sprzątać nie cierpię i powiedziałam sobie i Edkowi, że nie będę. Oczywiście na bieżąco sprzątam coś, co się zabrudziło czy wysypało, natomiast myć podłóg i ścierać kurzów nienawidzę. Za to lubię zmywać naczynia i to co jakiś czas robię. Kiedy mi się zachce.

Przestańmy udręczać się tym, że nie jest posprzątane.
Kobiety mają w sobie strasznego sędziego - Wewnętrzną Perfekcyjną Panią Domu. Swoją drogą przeraża mnie popularność tej postaci. Czy po to pracowałyśmy tyle na rzecz równouprawnienia, by znowu wchodzić w Jej Wysokość Pindzię!? Mówię o pewnym typie kobiety, w którym mieści się też taka Martha Stewart, która w swoich programach pokazuje, jak idealnie ułożyć serwetki, uszyć poszewkę na poduszkę czy zrobić ekstra lambrekin na okno... Wszystko dokładnie według przepisu, a nie "jak mi się chce".

Bo mój dom świadczy o mnie.
Ależ oczywiście - i nic innego o mnie nie świadczy, tylko mój dom. Przy czym mieszka w nim cała rodzina: mąż, dzieci, psy, czasem nawet i dziadkowie. Ale to ja jestem wydelegowana do tego, żeby zajmować się domem, tak było od wieków. Ale dzisiaj? Jeśli kobieta mieszka sama, to rzeczywiście jej dom świadczy o niej, oprócz wielu innych rzeczy, które także o niej świadczą. Natomiast jeśli mieszka z całą rodziną, to ten dom świadczy przecież o nich wszystkich, o czym jakoś lubimy zapominać. Zauważ, że kobiety nie tyle mówią o równym podziale obowiązków, co o pomocy w obowiązkach domowych. "Taki dobry mąż mi się trafił, bo mi dużo pomaga". A on nie powinien pomagać, tylko zwyczajnie robić. Najlepiej by było, żeby wszyscy sobie siedli razem i ustalili, kto czego nienawidzi robić i powiedzieli: "No, dobrze, to nie będziesz tego robić", a jak nikt czegoś nie będzie chciał robić, to trzeba to komuś zlecić za pieniądze.

Cała reszta powinna być podzielona po równo?
To zależy. Jeśli jedna osoba więcej pracuje niż druga, to powinna mniej robić w domu, ale mieć jakiś swój przynależny kawałek zadań. Dzieci również.

Podobno najwięcej kłótni małżeńskich rozgrywa się właśnie o podział obowiązków.
Czyli, wydawałoby się, o pierdołę. Jak tu porównać niezmyte naczynia z nadużytym zaufaniem, zdradą czy sprzeniewierzeniem pieniędzy? A jednak mamy poczucie, że zaangażowanie w dom w jakimś stopniu odzwierciedla zaangażowanie w związek.

 

Więcej w:

  1. Styl Życia

Repair café, adopcja słoni i ekolektury – ekologiczne ciekawostki miesiąca

Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Co słychać na świecie pod kątem ekologii? Oto nasz wybór ekologicznych ciekawostek miesiąca.

E-mail od burmistrza

Jak przekonać ludzi, by zredukowali mięso w diecie? Pomysły są różne. Na przykład burmistrz Nowego Jorku wysłał do mieszkańców miasta e-maile. Można w nich przeczytać, że jedzenie mniejszej ilości mięsa jest lepsze i dla każdego z nas, i dla planety. Są też konkretne wskazówki – opracowane z kampanią World Animal Protection – pokazujące, jak to zrobić w praktyce. Skąd pomysł? To część strategii OneNYC. Chodzi o walkę z kryzysem klimatycznym, a także poprawę zdrowia mieszkańców.

Sąsiedzkie naprawianie

O holenderskich repair café pisałam kilka miesięcy temu. Bo pomysł narodził się w Amsterdamie w 2009 roku. W kawiarenkach naprawczych spotykają się ludzie, którzy mają zepsuty sprzęt gospodarstwa domowego, sportowy czy inny (także ubrania) – z tymi, którzy kochają majsterkować i, po sąsiedzku i z pasji, naprawiają. Pomysł z Holandii rozszerzył się niemal na cały świat. W 2010 roku powstała międzynarodowa fundacja Repair Café, która pomaga tworzyć takie miejsca. W Polsce pierwsze powstały w Pile, Warszawie i Katowicach. Ale teraz jest już cała sieć. Są i „ogólnonaprawcze”, i specjalistyczne. Na przykład Rowerowe Love w Bielsku-Białej czy Szkutnia Veolia w Chorzowie. Jeśli chcecie znaleźć tę najbliższą was, zajrzyjcie na kawiarenkinaprawcze.pl.

Słonie zagrożone

Wyobrażacie sobie, że wasze praprawnuki słonie będą znać tylko z obrazków w książeczkach? To niestety możliwe. Słonie wymierają. Wszystkie gatunki słoni: afrykański sawannowy, afrykański leśny i indyjski, 25 marca zostały wpisane do czerwonej księgi Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), w której wylicza się gatunki zagrożone. Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. W najgorszej sytuacji są afrykańskie słonie leśne – w ciągu ostatnich 90 lat ich populacja zmniejszyła się aż o 80 proc. Afrykańskich sawannowych – o 60 proc.

Słonie zabijane są przez kłusowników dla kłów i dla skóry, która stanowi składnik pseudo-medykamentów. Zmniejsza się też naturalna przestrzeń, w której żyją te zwierzęta – lasy i sawanny. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! – zachęca WWF. „Adopcyjny rodzic” dostaje certyfikat z imieniem własnym i podopiecznego. Drobiazg? Nie. Realna pomoc.

Ekolektury

Jak się kochają

Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)

To jest opowieść o miłości. Wśród ptaków. Napisana przez człowieka, który na ptakach zna się jak w Polsce mało kto – to doktor Andrzej G. Kruszewicz, ornitolog i dyrektor warszawskiego zoo. Zaczyna się od wyjaśnienia, dlaczego samce są piękniejsze od samic, dowiadujemy się też, dlaczego ptaki śpiewają, a kolejne rozdziały to opis obyczajów godowych poszczególnych gatunków. Są swojskie kukułki, wróble i bociany, a także rajskie ptaki czy dzioborożce. „To tylko próba uchylenia zasłony skrywającej naprawdę wielkie tajemnice, które czekają na swoich odkrywców – pisze autor. – Każdy uważny obserwator może we własnym ogrodzie czy pobliskim parku obalić istniejące teorie i sformułować nowe. Wystarczy patrzeć i rozumieć, co się widzi”. W zrozumieniu książka doktora Kruszewicza na pewno nam pomoże.

Korzenie i nasiona

Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)

Joergen posadził kasztanowiec na farmie w Iowa. Każdego 21. dnia miesiąca robił mu zdjęcie. Potem ten dziwny obowiązek przejął jego syn. Potem syn syna. Ma, który do amerykańskiej ziemi obiecanej przyjechał z Szanghaju, na podwórku domu w Wheaton w Illinois zasadził morwę. Leonard każdemu ze swoich dzieci, jeszcze przed ich narodzinami, wybierał drzewo. A te rosły razem z jego synami i córkami. Są Ray i Dorothy, dla których drzewa, przynajmniej na początku, nie znaczą nic. Jest Douglas, któremu figowiec w Tajlandii ratuje życie. A on spłaca dług.

Opowieści jest dziewięć. Każda nieskończona. Niedopowiedziana. Każda z drzewem w tle. A może w roli głównej? Wreszcie wszystkie te historie się splatają. Tworzą opowieść o Ziemi. O nas. O przyszłości i o katastrofie. Poruszające. Świetnie napisane.

Dzikie życie

Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)

Matka Markusa zachorowała. Stwardnienie rozsiane. Patrzył, jak gaśnie. Nie umiał poradzić sobie z własnym cierpieniem – aż odkrył bieganie. To dało mu i zapomnienie, i szczęście. Aż przyszła kontuzja. Żeby poradzić sobie z kolejną klęską i pustką, Markus wyprowadził się do lasu, dzikiego lasu w szwedzkim regionie Jämtland. Spędził tam samotnie cztery lata. Ten czas go uratował. Pozwolił usłyszeć własne myśli. Pogodzić się z tym, co nieuniknione. Teraz ma dwa życia. W jednym jest mężem i ojcem. W gospodarstwie – też na łonie natury, ale z pralką, lodówką i ciepłym prysznicem. Jego drugie życie to nadal las. Do którego ucieka, z którym zapoznaje swoje córki. I nas. Ta książka to prosty przewodnik po „dzikim życiu”. Jak przygotować legowisko z gałęzi świerku, jak się ubrać, żeby zimą nie marzły stopy, jak ugotować na ognisku owsiankę. Piękne zdjęcia do książki zrobiła żona Markusa Frida. Warto.

  1. Styl Życia

Czy zabraknie nam wody?

My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
Odkręcasz kran… i nic. Sucho. To na razie, przynajmniej w Polsce, nam nie grozi, ale istotne jest sformułowanie „na razie”. Bo klimat się ociepla, a ilość słodkiej wody na kuli ziemskiej zmniejsza. Co możemy zrobić, żeby nie dopuścić do katastrofy? Warto o tym pomyśleć. 17 czerwca obchodzimy Światowy Dzień Walki z Pustynnieniem i Suszą. Rozmawiamy z dr Jarosławem Suchożebrskim z Katedry Geografii Fizycznej Uniwersytetu Warszawskiego.

Co jakiś czas namawiają nas, żebyśmy pomagali budować studnie w Sudanie. I wiele osób się w to angażuje, wpłaca jakąś sumę – w poczuciu komfortu. Ratujemy Sudan, ale przecież nasze studnie nigdy nie wyschną, a w kranie zawsze będzie woda. Nawet jeśli jest susza, to przyjdzie deszcz, rzeki wzbiorą i będzie dobrze. Czy rzeczywiście będzie dobrze?
W tym roku mieliśmy sytuację wyjątkową, a właściwie taką, która powinna być normą. Czyli po długim okresie suchych wiosen wreszcie wiosna była mokra, więc na chwilę zażegnało to groźbę suszy. Ale już znowu zaczęło się robić sucho, opada poziom wody, zaraz znowu będzie problem.

Na czym właściwie polega ten problem? Przecież w końcu przyjdzie deszcz, żyjemy w takim klimacie, że deszcze u nas padają, częściej niż w Sudanie.
Problem polega na tym, że w naszym kraju pomimo mniej więcej stałej sumy opadu w ciągu roku, zmienia się ich rozkład w czasie i przestrzeni. Coraz częściej zdarza się tak, że mamy miesiąc czy dwa prawie bez deszczu i pojawia się problem suszy, a potem w ciągu kilku dni spadnie tyle opadu, ile powinno pojawić się w sumie w danym miesiącu. I nagle po suszy pojawiają się powodzie. A jeżeli mamy gwałtowne opady deszczu, to woda – głównie na obszarach miejskich, gdzie jest gęsta zabudowa, a podłoże jest uszczelnione – bardzo szybko spływa. Szybko spływająca woda nie zdąży wsiąknąć i zasilić wód podziemnych, czyli nie podniesie ich poziomu. A głównie właśnie z wód podziemnych korzystamy, by zaspokajać nasze potrzeby komunalne, szczególnie w mniejszych miejscowościach i na wsiach. Czyli nawet jeśli są opady, ale gwałtowne, to poziom wód podziemnych może cały czas opadać. To jedna sprawa. A druga – z roku na rok powtarzają się bezśnieżne zimy. To, co w dużej mierze zasila wody podziemne, to woda z topniejącego śniegu. Roztopy odgrywają bardzo dużą rolę w zapewnieniu odpowiedniej ilości wody w glebie na wiosnę, dla roślinności. Jeśli mamy bezśnieżną i bezdeszczową zimę, to te zasoby ulegają uszczupleniu i pojawia się problem suszy w rolnictwie.

I ma to związek ze zmianami klimatu, o których w ostatnim czasie dużo i głośno mówimy?
Tak, do tego dochodzi coraz wyższa średnia temperatura w ciągu roku. Chłodna wiosna w tym roku może być dla niektórych argumentem, że nic się nie dzieje, że żadnych zmian klimatu nie ma. Tylko pamiętajmy o tym, że mieliśmy bardzo ciepłą zimę. W kolejnych miesiącach średnia temperatura była wyższa niż w ciągu wielu lat. Chłodna i dość mokra wiosna nas uspokoiła, myślimy, że nie ma problemu, ale on jest. Narasta od wielu lat. Nawet jak się zdarzy rok czy dwa lata „normalne”, to nie załatwia sprawy, bo w skali kuli ziemskiej, ale też i naszego kraju, średnia temperatura rośnie.

A gdyby zabawił się pan w proroka: co nas czeka w najbliższym czasie?
Zawsze najtrudniej jest być prorokiem i to jeszcze wieszczącym nie najlepiej. Ale to, co można powiedzieć z dużą pewnością, tu hydrolodzy i klimatolodzy są zgodni: czeka nas nasilenie zjawisk ekstremalnych. Czyli burze z gwałtownymi opadami powodującymi powodzie, a potem długie okresy z suszą. Na to musimy być przygotowani i w miastach, i na wsi.

Ale możemy chyba liczyć na to, że w końcu wielkie mocarstwa się dogadają i wdrożą energiczny program naprawczy, żeby przeciwdziałać ocieplaniu się klimatu skuteczniej niż do tej pory?
Powiem szczerze, że ja tu jestem sceptykiem. Ta kula śnieżna już nabrała tempa, już się toczy i naprawdę trudno będzie ją teraz zatrzymać. Musiałoby to być jakieś rzeczywiście radykalne działanie, żeby zahamować wzrost średniej temperatury na kuli ziemskiej. Spójrzmy na to, co dzieje się z pokrywą lodową na morzach i oceanach. Lody Arktyki czy Grenlandii topią się coraz szybciej. Znikają lodowce górskie. To proces, który nabiera tempa i chyba nie da się go już powstrzymać. Raczej musimy się przyzwyczajać i adaptować do zmian klimatu. Bo ich nie zatrzymamy. Możemy co najwyżej próbować je spowalniać.

A co możemy zrobić my, zwykli ludzie, żeby w codziennym życiu jakoś ratować sytuację? Nauczyliśmy się już, żeby zakręcać kran podczas mycia zębów. Robimy to i często do tego sprowadza się nasza „pro-hydrologiczna” działalność.
To jest najprostsze i bardzo skuteczne! Oszczędzamy w ten sposób wodę słodką, a to z nią jest problem. My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej.

Która jest nam niezbędna do życia.
Tak, to prawda. Oszczędzanie wody to jedno. Drugie to próba magazynowania tej wody, czyli jej retencjonowania. Najprostszy zaś sposób na jej magazynowanie, to pozwolić wodzie swobodnie wsiąkać. Zawsze mówię – ze smutkiem – że Polacy są fanami kostki bauma. Wszystko jest nią wykładane albo zalewane asfaltem. Sami niejako w ten sposób napędzamy problem, bo pozwalamy, żeby woda szybko odpływała z naszego otoczenia. Nie chcemy, żeby nas zalewało. Ale w ten sposób przesuwamy jedynie problem gdzie indziej. Czyli nas nie zaleje, woda odpłynie do kanalizacji i kłopot będzie gdzieś dalej, zaleje sąsiadów.

Z drugiej strony każdy chce dojść do domu suchą nogą, nie po błocie.
Zgadza się, ale są rozwiązania pośrednie. Nie musimy całej działki wykładać kostką bauma. Dla mnie kompletna zgroza to budowane teraz te osiedla, które nazywam kurnikami – betonowa kostka wszędzie i trzy metry kwadratowe wybiegu gdzieś za domami. A potem ludzie na tym betonie ustawiają rośliny w donicach i to ich jedyna zieleń. Woda, która spadnie podczas deszczu, nie ma gdzie wsiąkać, odpływa więc po powierzchni, zalewa garaże, powoduje powstanie powodzi miejskich.
Czyli kolejna rzecz to rozszczelnianie tych zabetonowanych powierzchni – dla miast to najlepszy sposób na radzenie sobie nie tylko z powodziami, ale i z suszami. Bo jeśli uda nam się skierować wodę do gleby, do wód podziemnych, to rośliny będą dłużej miały z czego czerpać i w ten sposób łagodzimy skutki suszy.
No i pieśń przyszłości – recykling wody, czyli wykorzystanie wody zużytej. Przykład: większość wody w naszym gospodarstwie domowym zużywana jest w toalecie, pod prysznicem, do mycia naczyń i prania. Ale woda z pralki czy zmywarki, szczególnie z procesów płukania, mogłaby być wykorzystywana do spłukiwania toalety. Do tego celu nie potrzebujemy przecież wody o jakości wody pitnej. Tak się gdzieniegdzie już dzieje.

Gdzie?
To na razie rozwiązania drogie, więc stosunkowo rzadko stosowane.

Rozumiem, że to jest kierunek, którym będziemy iść w przyszłości?
Tak. Kolejny i dużo łatwiejszy sposób to gromadzenie i wykorzystywanie deszczówki. Ona też może być używana nie tylko do podlewania ogródków, ale też np. do spłukiwania toalet. Powinniśmy dążyć do tego, żeby tego typu rozwiązania stały się powszechne.

Woda jest nam niezbędna do życia. Teoretycznie wszyscy to wiemy. Nikt nie wyobraża sobie, żeby mogło jej zabraknąć – a to przecież całkiem realne. Nie chcę nikogo straszyć, ale warto mieć tego świadomość. Troszczmy się więc o wodę!

  1. Styl Życia

Ewa Pajor – drobna, ale waleczna

Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot. Paula Duda/PZPN)
Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot. Paula Duda/PZPN)
Jest jedną z najbardziej cenionych piłkarek na świecie. Gra w ataku i na boisku potrafi zdziałać cuda. Ale też poza nim, bo historia 24-letniej dziś Ewy Pajor to świetny przykład na to, jak niemożliwe staje się możliwe. 

Artykuł pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika „Zwierciadło” (numer 8/2020).

Pod koniec kwietnia, w czasie izolacji, doszło do historycznego wydarzenia. Media donosiły, że Ewa Pajor, od kilku lat grająca w kobiecej Bundeslidze, przedłuża kontrakt z klubem VfL Wolfsburg na warunkach, których nie zaproponowano dotąd żadnej innej zawodniczce na świecie. W kontrakt wpisano klauzulę odstępnego w wysokości miliona euro. Gdyby Ewę chciał odkupić inny klub, właśnie tyle musiałby za nią zapłacić. To najwyższy transfer w historii kobiecej piłki nożnej. Przed Polką rekordzistką była Francuzka Kadidiatou Diani ze… 150 tys. euro odstępnego. Ktoś mógłby zaoponować, że milion euro to i tak śmieszna kwota w porównaniu z transferami gwiazd męskiego futbolu, gdzie już parę lat temu przekroczono trudną do wyobrażenia granicę 200 mln. Tak, historia sukcesu Ewy to po części opowieść o tym, jak bardzo różni się sytuacja zawodowych piłkarek i piłkarzy, o przepaści trudnej do przeskoczenia. Ale to jednocześnie opowieść dająca sporo nadziei, symbol zmian, których właśnie jesteśmy świadkami. A w oderwaniu od potężnej napędzanej przez astronomiczne zyski machiny, jaką jest dziś piłka nożna, po ludzku dowód na to, ile zdziałać mogą marzenia w połączeniu z talentem i ciężką pracą.

Siła sióstr

Za bramkę służyły im albo kołki wbite w ziemię, albo ramka zbita z deszczułek oparta o ścianę obory u kolegi Patryka, który był szczęśliwym posiadaczem piłki, więc to od niego zależało, kiedy będą grać. Czasu wolnego nie było zresztą bardzo dużo, przy tak dużym gospodarstwie, jakie prowadzili rodzice Ewy. Trzeba było pomagać przy krowach i na polu. Ich rodzinna miejscowość Pęgów, między Łodzią a Koninem, to w sumie kilkanaście gospodarstw. Wokoło łąki, pola: mnóstwo miejsca na uprawianie sportów. Zimą urządzali sobie z dzieciakami mecze hokeja na zamarzniętym stawie (kije wycięli sami z kawałków drewna, do dzisiaj zostały w domu na pamiątkę), ale piłka nożna była szczególnie ważna. W ich rodzinie najbardziej wkręcone były w futbol dziewczyny, ona i trzy siostry, jedynego z piątki rodzeństwa brata bardziej interesowało gospodarstwo. A one nie przepuszczały w telewizji żadnego ważnego meczu. Oglądały wyłącznie męskie drużyny, bo zwyczajnie innych w telewizji nie pokazywano. Grać lubiły wszystkie, ale złożyło się tak, że to Ewa straciła dla piłki głowę. Można jej było powtarzać: „Wracaj ze szkoły pierwszym autobusem do domu!”, a i tak, kiedy biegała po boisku, zapominała o wszystkim innym. O kurtce, czapce. Pamięta, że spodnie praktycznie zawsze miała brudne na kolanach. Już wtedy było widać, jaka jest szybka. Dziś różni ludzie, którzy pamiętają ją z tamtego okresu, wspominają, że niektóre jej akcje na boisku wyglądały wręcz komicznie. Że kiedy dorywała się do piłki, zostawiała wszystkich w tyle.

Ewa jest w trzeciej, może nawet drugiej klasie podstawówki. Grają akurat przeciwko szóstoklasistom, wielu z nich jest od niej – dosłownie – dwa razy większych. W pewnym momencie piłka z całą siłą uderza ją prosto w twarz. Trener zerka z niepokojem, podchodzi: „W porządku? Jesteś cała? Schodzisz?”. Decyzja zajmuje jej tylko chwilę. Ewa wyciera twarz: „Nie, gram dalej”.

– Drobna, ale waleczna – śmieje się dzisiaj. – Nigdy nie odpuszczałam.

I podkreśla, jak wiele zawdzięcza trenerowi Piotrowi Kozłowskiemu. Człowiekowi, dzięki któremu dzieciaki ze szkoły w maleńkim Wieleninie nie tylko lubiły lekcje WF-u, ale i wygrywały – w różnych dziedzinach – w turniejach na poziomie wojewódzkim, a nawet ogólnokrajowym. I który słowem się nie zająknął, kiedy drobna dziewczynka oznajmiła, że chce grać w nogę z samymi chłopakami. Po prostu dał jej szansę, a potem, kiedy dziesięcioletnią Ewą zainteresował się Medyk Konin, jeden z najmocniejszych i najsłynniejszych kobiecych klubów w naszym kraju, woził ją cierpliwie do Konina na treningi, mecze, zgrupowania. Drugą z osób, które miały na Ewę ogromny wpływ, jest Nina Patalon. Znana postać kobiecego futbolu. Trenerka Medyka, selekcjonerka reprezentacji Polski, jedyna kobieta w naszym kraju z licencją UEFA Pro, Koordynatorka Szkolenia Piłki Nożnej Kobiet PZPN. Walcząca o polskie piłkarki jak lwica.

Relacja Ewy z nią jest wyjątkowa, bo też Nina Patalon jest świetna nie tylko w wyłuskiwaniu i szlifowaniu talentów. Wiele z jej podopiecznych, żeby grać w klubie, musi opuścić rodzinne strony, a słynna trenerka je wychowuje i się nimi opiekuje.

Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)

Skok w dorosłość

Przepłakały całą drogę do Konina. 12-letnia Ewa razem ze starszą o rok siostrą Pauliną umówiły się, że przeprowadzają się i zamieszkają w bursie we dwie, tak będzie raźniej. Paulina specjalnie dla Ewy zmieniła szkołę. Kolejne lata spędzone w Medyku Konin to także sporo łez, ale i spektakularne sukcesy. Pajor – znowu rekord – miała 15 lat i 133 dni, kiedy zadebiutowała w ekstralidze. Strzelała bramki, będąc w jednej drużynie z trzydziestoparoletnimi, doświadczonymi zawodniczkami. Po dwóch mistrzostwach i trzech pucharach Polski dostała z Niemiec propozycję, żeby przejść do Bundesligi. Szansa nie tylko na granie z największymi gwiazdami kobiecego futbolu, ale też w warunkach, na jakie piłkarki w Polsce nie mogą liczyć. Kilkukrotnie większy zespół trenerów, fizjoterapeutów, obsługi technicznej, opieka lekarska, cała infrastruktura. Nie mówiąc już o tym, że w naszym kraju zawodniczki w zdecydowanej większości klubów nie mają szans, żeby utrzymać się z grania.

Ewa wiedziała, że takim klubom jak Wolfsburg się nie odmawia, ale też miesiącami zbierała się do decyzji o kolejnej przeprowadzce, jeszcze dalej od bliskich. Wyjechała, mając 18 lat, w środku lata. Z Pauliną. Umówiły się tak samo, jak wtedy, kiedy jechały do bursy. Że się wspierają, razem będzie łatwiej. Ewa mówi, że dzięki Paulinie zdołała w ogóle przetrwać ten początkowy czas.

Poziom był niesamowicie wysoki, na boisku wciąż słyszała, że ma grać mocniej. Tymczasem dopadł ją kryzys zdrowotny. Badania wykazały, że ma poważną anemię. To ten moment, kiedy postanowiła zrewolucjonizować dietę, przekonała się, jaki ma wpływ na formę. I jeszcze oczy – sama się dziwi, najwyraźniej grała „na pamięć”, bo widziała naprawdę słabo, nie pomagały już żadne soczewki. Klub skierował ją do specjalistów, okazało się, że ma poważne problemy ze stożkiem rogówki, do tej pory przeszła dwie operacje. Po drodze, mimo tych przeszkód, z zawodniczki, która adaptowała się do nowych warunków, Pajor wyrosła na bohaterkę. W ubiegłym sezonie zdobyła 24 bramki w 19 meczach. Od pięciu lat mieszka w żyjącym piłką i motoryzacją (ze względu na fabrykę Volkswagena) Wolfsburgu, ale jest też gwiazdą polskiego futbolu. Gra w reprezentacji kraju, ich cel to awansować do najbliższych mistrzostw Europy.

Jak najszybciej

Przyznaje, że kiedy trafiła do Niemiec, marzyła tylko o tym, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Koleżanki w dobrej wierze dopytywały, jak się ma, a ona robiła wszystko, żeby jak najpóźniej wejść do szatni i jak najszybciej się z niej potem ulotnić. Nie miała odwagi się odezwać. Dzisiaj potrafi z tego żartować. Do Pęgowa tęsknić będzie zawsze („Cała nasza rodzina jest bardzo emocjonalna. Do tej pory, jak wyjeżdżam od rodziców, jest płacz, tacie jeszcze trudniej się powstrzymać od łez niż mamie”), ale też życie weszło na odpowiednie tory. Jej siostra w Niemczech ułożyła sobie życie, nadal lubią ze sobą spędzać wolny czas. Ewa podziwia słynne piłkarki, kibicuje im w walce o lepsze warunki w kobiecym futbolu. To wspaniale, że wykrzykują głośno, co myślą. Ona sama, zgodnie ze swoją naturą, mówi niewiele, ale uważa, że walka na boisku robi swoje. Bywało, że jeszcze w Polsce za plecami słyszała: „Babochłopy z Medyka!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. Wierzy, że mentalność da się zmienić nawet z dnia na dzień. Wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się mecze ekstraklasy. Na kobiecym mundialu to, jak Brazylijki grały z reprezentacją Francji w samej Brazylii, oglądało ponad 35 mln kibiców. Ludzie chcą po prostu oglądać dobry sport.

Ewa: – Mężczyźni mają więcej siły, ale tak naprawdę niczym innym się ich piłka nie różni. My też potrafimy świetnie grać technicznie, strzelić piękną bramkę. Trzeba nas tylko zacząć oglądać.

Wie doskonale, jak potężna jest siła przykładu. W pierwszej klasie podstawówki była w szkole jedyną piłkarką. To było ważne doświadczenie, bo w mieszanych składach dziewczynki dobrze się rozwijają, mniej więcej do 15. roku życia mogą konkurować z kolegami. Ale kiedy Pajor podstawówkę kończyła, uzbierała się cała drużyna dziewczyn. Jej szkolny trener Piotr Kozłowski dzisiaj szkoli również piłkarki.

Ostatnio odezwała się do niej na Instagramie pięciolatka. Pytała, co robić, żeby być taka jak Ewa.