1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Zagrożenia raf koralowych - co im zagraża i dlaczego tak ważna jest ich ochrona?

Zagrożenia raf koralowych - co im zagraża i dlaczego tak ważna jest ich ochrona?

Marta Pietrzak: Woda uświadamia ci, że jesteś tylko częścią większej całości. (Fot. Philippe Lahousse/archiwum domowe Marty Pietrzak)
Marta Pietrzak: Woda uświadamia ci, że jesteś tylko częścią większej całości. (Fot. Philippe Lahousse/archiwum domowe Marty Pietrzak)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Pandemia to wyjątkowy czas dla rafy koralowej. Marta Pietrzak, instruktorka przewodząca grupie nurków w egipskiej Hurghadzie, obserwuje to każdego dnia, z bliska. Mówi, że schodząc pod wodę, czuje się, jakby wchodziła do własnego ogródka. O który trzeba się troszczyć, do czego przekonuje i miejscowych, i turystów.

Pandemia to wyjątkowy czas dla rafy koralowej. Marta Pietrzak, instruktorka przewodząca grupie nurków w egipskiej Hurghadzie, obserwuje to każdego dnia, z bliska. Mówi, że schodząc pod wodę, czuje się, jakby wchodziła do własnego ogródka. O który trzeba się troszczyć, do czego przekonuje i miejscowych, i turystów.

Dlaczego ochrona raf koralowych jest w naszym interesie, a nie tylko takich krajów jak Egipt? Bo rafy odpowiadają za oczyszczanie powietrza całej planety. Dużo mówi się o lasach tropikalnych, ale zapominamy, że nie tylko one są płucami Ziemi. Są nimi też morza i oceany, które pochłaniają dwutlenek węgla z atmosfery. Mówię tu między innymi o procesie wbudowywania tego gazu w strukturę pancerzyków zooplanktonu. Ten po śmierci opada na dno i z biegiem lat tworzy grube warstwy wapieni. A wapienie porastają rafy koralowe, które magazynują węgiel w bezpiecznej dla atmosfery postaci. Kolejna sprawa to łańcuch pokarmowy zaczynający się właśnie w rafach. Żyją tam małe rybki, czyli pokarm dla dużych ryb, które z kolei stają się pożywieniem dla ptaków i ssaków, w tym także dla człowieka. I jeśli pada rafa koralowa, automatycznie zaburza się ekosystem.

Rybek nie można dokarmiać? Nie, bo przestaną czyścić rafę. Zabrudzona obumiera, a one nie mają gdzie płynąć na tarło, bo właśnie wśród korali mają swój dom. Tam znajdują pokarm i mogą się swobodnie rozmnażać.

Podobno podczas pandemii oceany i morza odżyły. Jeśli mówimy konkretnie o Hurghadzie, tu co innego wpłynęło na polepszenie kondycji rafy: ocieplenie klimatu. Woda w ciągu ostatniej dekady ociepliła się z 29 do 32 stopni. W rezultacie pojawiło się u nas mnóstwo miękkich korali. Takich, które nie mają szkieletu wapiennego, widać, jak się ruszają, one bardzo lubią ciepłą wodę. Natomiast twarde, czyli LPS – wielkopolipowe – i SPS – małopolipowe – to takie, które przypominają kamień. Aż trudno uwierzyć, że są klasyfikowane jako zwierzęta. Zresztą wśród wielu osób nadal pokutuje przekonanie, że to po prostu kolorowe rośliny, które rosną sobie na dnie. Trzeba pamiętać, że korale, które nie przeprowadzają fotosyntezy, nie wyrosną na piasku. Porastają swoich poprzedników, po których został wapienny szkielet. To dlatego mówi się, że rafy „rosną”, bo faktycznie przez miliony lat młode wyrastały na szkieletach starych. A wracając do twojego pytania – w pandemii obserwuję, że dzikie delfiny, jak tylko wyruszamy na morze, natychmiast zaczynają przypływać do naszych łodzi. Najwyraźniej zaakceptowały nas jako część ekosystemu. Problem w tym, że kryzys wywołany koronawirusem spowodował, że młodzi bezrobotni Egipcjanie wypływają w morze wpław, z harpunem w ręku. Płyną kilka kilometrów, co zajmuje im parę godzin, polują na ryby i po zmroku próbują je dostarczyć na ląd, płynąc wpław. Wiele razy zdarzyło mi się wyławiać takiego 20-letniego kłusownika, który resztką sił wdrapywał się na pokład.

W Hurghadzie woda w oceanie w ciągu ostatniej dekady ociepliła się z 29 do 32 stopni. W rezultacie pojawiło się tu mnóstwo miękkich korali. (Fot. Getty Images) W Hurghadzie woda w oceanie w ciągu ostatniej dekady ociepliła się z 29 do 32 stopni. W rezultacie pojawiło się tu mnóstwo miękkich korali. (Fot. Getty Images)

W Egipcie program ochrony rafy działa skutecznie? W Hurghadzie działa HEPCA, organizacja, która zajmuje się ochroną Morza Czerwonego mającego status parku narodowego. Wydają pozwolenia dla załóg: każda osoba musi przejść testy, żeby pracować jako przewodnik nurków i organizator snurkowania [tj. pływania pod wodą na niewielkiej głębokości lub tuż pod taflą wody, bez butli – przyp. red.]. To oni decydują, gdzie i kiedy można wypływać tak, żeby nie zaburzać życia rafy. Nie ma mowy, że jakaś łódź popłynie sobie w miejsce, gdzie na przykład śpią delfiny. HEPCA organizuje też regularne sprzątania plaż. To krok we właściwym kierunku, ale wiedza na temat ekologii wśród Egipcjan jest nadal niewielka. Oni nie doceniają tego, co mają.

Jak myślisz, dlaczego tak jest? Egipska rafa jest wyjątkowa, podobna jedynie do tej w Australii. Egipcjanie mają cud natury, ale że mało podróżują, są przekonani, że wszystkie morza na świecie wyglądają tak samo. Jak im pokazałam podwodne zdjęcia z Bałtyku, gdzie dno wygląda, jak wygląda, byli przekonani, że robię sobie z nich żarty.

Co poczułaś, kiedy pierwszy raz zeszłaś tutaj pod wodę? Wszystkie problemy – opłaty, rachunki, katar dziecka – znikają pod wodą. Jakbym była w stanie nieważkości. Z kolejnymi nurkowaniami miałam coraz więcej przemyśleń. Zastanawiałam się, dlaczego dziki delfin chce do mnie podpłynąć. A może to ten sam, z którym już kiedyś pływałam? Widziałam kiedyś na YouTubie filmik, na którym facet miał swojego błazenka, czyli amphipriona. Pomyślałam sobie: „Kurde, też chcę takiego mieć!”.

I masz? Mam! Na jednej rafie spędziłam mnóstwo czasu, aż w końcu mieszkający tam błazenek zaczął wychodzić do mnie z korala. Przyzwyczaiłam go do gestu rozkładania rąk. Kiedy podpływałam, on się o mnie ocierał. Mam zdjęcia, na których siedzi mi na palcu jak motyl. Poczułam niesamowite zespolenie ze światem przyrody. Woda uświadamia ci, że jesteś tylko częścią większej całości.

Po tylu latach nie znudziło ci się schodzenie do tego świata? Nie ma dwóch takich samych nurkowań. Zdarza mi się krzyczeć pod wodą jak dziecko i płakać ze szczęścia. Jak wtedy, kiedy odprowadziłam grupę na łódź i zgłosiłam załodze, że chcę zostać solo pod wodą. Podpłynął do mnie delfin. Był tuż obok mnie, jak nurek koło nurka. Pływaliśmy tak z 15 minut, sięgał tylko po powietrze. Mogłam spojrzeć temu zwierzakowi w oczy, mówiłam: „Jezu, jak fajnie, że jesteś! Ciekawe, o czym myślisz? Aaaa, ty jesteś dziewczynką!”. Wiedziałam, że delfin ma przyjemność z płynięcia obok mnie i wie, że ja mam przyjemność z płynięcia obok niego. Nie dotknęłam go, chociaż mogłam, był tak blisko.

Wiele osób pewnie by dotknęło. Dlatego nurkowanie budzi tak duże kontrowersje. Przeciwnicy uważają, że nurkowie niszczą rafy i zaburzają świat natury. Rafy zmieniają się w szybkim tempie. Marzę o tym, żeby zobaczyć, jak wyglądały 20 lat temu. A te, które ja oglądam teraz, chcę pokazać moim dzieciom, jak będą większe. Nurkowie mają świadomość postępującej degradacji, dlatego chcemy swoją wiedzę zdobytą pod wodą wykorzystać do ocalenia tego świata. Stąd mój pomysł na szkółkę, w której hodujemy korale. Angażujemy w nią dzieci, którym przekazuję wiedzę na temat tego, jak można korale łączyć, które wymagają opieki, a które należy zostawić samopas. Dziecko hoduje swój koral, a potem co roku dostaje zdjęcie, na którym może zobaczyć, jak on się rozwija. Wierzę, że w ten sposób ocalimy rafy, ale przede wszystkim zwiększymy świadomość ekologiczną.

A twoi pracownicy i klienci, z którymi nurkujesz? Oni też schodzą pod wodę z taką świadomością? Oczywiście wypadki są nieuniknione, czasem zdarza mi się w coś uderzyć, ale jeżeli nurek płynąłby przy rafie i jej dotykał, natychmiast zostałby odsunięty. Ja czuję się pod wodą tak, jakbym wchodziła do własnego ogródka. Wiem, gdzie mieszka ośmiornica, która nie ma trzech nóg, a gdzie ślepa murena. Pomyśl, co twoja mama zrobiłaby ci, gdybyś wszedł jej do ogródka i nie umiał się w nim zachować.

Twoja załoga składa się wyłącznie z Egipcjan, mężczyzn. Trudno jest być ich szefową? Na szacunek pracowników musiałam zapracować. Teraz wiedzą, że ze mną nie ma dyskusji. Ale tylko raz zdarzyło mi się nakrzyczeć na pracownika. Był wkurzony, że nie może nic zrobić z tym, że kobieta na niego krzyczy. Kobiecie tutaj nie wypada podnosić głosu na mężczyznę w miejscu publicznym. W domu może. Ba! W domu to norma, ale na ulicy czy w pracy – już nie.

Kiedy zaczęli się z tobą liczyć? Zaakceptowali moją obecność szybko, ale musiałam sobie wyrobić taką renomę, żeby szanowali też to, co mówię. Nawet kiedy zdałam egzamin na instruktorkę nurkowania i wszyscy na łodzi byli niżsi stopniem ode mnie, nadal pozostawałam kobietą, postrzeganą jako turystka: biała, blondynka. Musiałam pokazać, że faktycznie mam coś w głowie. Pomógł mi Ahmed, szef zespołu, który dzielił się ze mną wiedzą, zabierał na nurkowania. Pokazywał, na co zwracać uwagę, jak i gdzie szukać, żeby były one bardziej interesujące, bezpieczniejsze. Przy nim poczułam komfort bycia w wodzie bez strachu. Teraz czuję się w niej tak, jakbym otwierała drzwi i wchodziła do kolejnego pokoju. Kiedy załoga zobaczyła, że pod wodą jesteśmy na równych prawach, zaczęła szanować moje zdanie.

Egipt poznałaś w dzieciństwie czy dopiero w dorosłości? Ojca straciłam, kiedy miałam cztery miesiące, a mamę – jak miałam 16 lat. Już jako nastolatka zaczęłam mieszkać sama, z Polski wyleciałam w klasie maturalnej. Pracowałam najpierw między innymi na parkingu jako ticket lady, sprzątałam toalety w centrum handlowym, segregowałam ulotki. Aż w końcu trafiłam do firmy, w której dostrzeżono, że jestem pracowita. No i spędziłam w niej dziesięć lat. Do tego zapisałam się eksternistycznie na biomedycynę. Skończyłam studia, w międzyczasie urodził się mój syn. A potem miałam wypadek. Niefortunnie się przewróciłam na rolkach, naciągnęłam mięśnie od opuszków palców po piąty i szósty krąg szyjny. Nie nadawałam się do pracy. Zaczęłam fizykoterapię, dostawałam chorobowe, ale do firmy nie mogłam już wrócić, woleli wypłacać mi ubezpieczenie. Założyłam własną firmę budowlaną. Przynosiła dobre pieniądze, ale praktycznie nie było mnie w domu. W pewnym momencie zrozumiałam, że pieniądze nie dadzą mi szczęścia. Spakowałam, co miałam pod ręką, i poleciałam na Cypr. Sama. Musiałam odreagować trudny czas, rozchodziłam się wtedy z ojcem Tomka. I ten pobyt był czymś, co zmieniło całe moje życie. Wspaniałe plaże, woda, ciepło po angielskiej depresji. Postanowiłam zostać dłużej, a któregoś dnia zaczęłam nurkować. Poczułam, że to jest to, zrobiłam kurs. Zadzwoniłam do centrum, które akurat potrzebowało pracownika. Moje jedenaste nurkowanie było już nurkowaniem w pracy. A kiedy na Cyprze przyszła zima, poleciałam do Egiptu.

Dlaczego zdecydowałaś się tam zostać? Pomyślałam sobie: „Boże, po co ja mam wracać na ten Cypr, przecież tam pod wodą nic nie ma!”. Załatwiłam paszport dla syna i przeprowadziłam się z jednym plecakiem.

Nie było problemu z tym, że jesteś singielką z dzieckiem? Przy najmie mieszkania powiedzieli mi, że żaden mężczyzna nie może mnie odwiedzać. Tu jest tak, że jeżeli przychodzi do mnie pan, żeby naprawić Internet, muszę mieć otwarte drzwi, żeby wszyscy wiedzieli, co się dzieje.

Nie czułaś się z tym źle? Szczerze mówiąc, to czułam się bezpieczna. A to było dla mnie w nowym kraju bardzo ważne. Jedyny problem, jaki napotkałam, to rasizm w przedszkolu mojego dziecka. Jedno z arabskich dzieci wybrało sobie mojego synka na ofiarę, mówiło, że ma „brudną skórę”.

Musieliśmy zmienić przedszkole. Po kilku miesiącach zrobiłam kurs na instruktora nurkowania. Poszłam na egzamin, w sali siedziało trzech Egipcjan: dwóch z nich było właścicielami centrów nurkowych, jeden instruktorem, który po wieloletniej przerwie musiał odnowić licencję. No i ja. „Dzień dobry, nazywam się Marta, mam za sobą 200 nurkowań”. Spojrzeli po sobie. Wtedy nie wiedziałam, co mówili, uśmiechałam się ładnie. Teraz wiem, że pytali dyrektora: „Ona naprawdę będzie tu z nami?!” [śmiech]. Jednym z tych mężczyzn, których spotkałam na egzaminie, był Ahmed. Z tych czterech osób tylko ja i on zdaliśmy kurs. Wtedy każde z nas poszło w swoją stronę, ale po jakimś czasie zadzwoniłam do niego, zaczęliśmy współpracę. Weszłam na jego łódź i tak już zostałam. Przeżyliśmy pod wodą kilka takich sytuacji, w których faktycznie musieliśmy sobie bardzo zaufać. Prowadziliśmy na przykład grupę, byliśmy na 30 metrach i nagle odcięło się powietrze. Musieliśmy wyciągać całą ekipę, podawać sobie sprzęt, ja sama go z tych 30 metrów wyciągałam. Zdarzyło się też, że musieliśmy ściągać cały sprzęt pod wodą, bo komputery zostały źle skorygowane. Pokazywał mi wyjście, mówił, że zostanie sam, ale nie zgodziłam się. Kiedy wyszliśmy z wody – ja trzęsąca się, cała sina – ktoś powiedział: „Musicie się bardzo kochać”. Odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą: „Ale my nie jesteśmy razem”.

Pod wodą płeć, pochodzenie, seksualność, kolor skóry ani religia nie mają najmniejszego znaczenia. (Fot. Philippe Lahousse/archiwum domowe Marty Pietrzak) Pod wodą płeć, pochodzenie, seksualność, kolor skóry ani religia nie mają najmniejszego znaczenia. (Fot. Philippe Lahousse/archiwum domowe Marty Pietrzak)

Kiedy to się zmieniło? Kiedy Ahmed zachorował na wirusa dengi, którego roznoszą komary. Pojechałam do niego, na miejscu był jego brat, więc nie byłam sama. Niedługo potem zarządziłam: „Przywieźcie mi mojego syna i poinformujcie doormana na dole (tu w każdej klatce jest taki pilnujący, który ma między innymi zapobiegać nieobyczajnym zachowaniom mieszkańców), że ja z nim zostaję”. Żeby było śmieszniej, kiedy Ahmed wyzdrowiał, ja się rozchorowałam. Zajął się mną tak samo, jak ja nim. Już wtedy wiedzieliśmy, że łączy nas coś więcej. Natomiast ze ślubem było tak, że zdecydowaliśmy, iż nie chcemy się już z naszym związkiem chować, bo ile można, przecież jesteśmy dorośli, stwierdziliśmy więc, że podpiszemy papiery. Nie było białych sukienek ani kwiatków.

Czujesz się zasymilowana? Przywykłaś do różnic kulturowych? Kobieta może się w Egipcie realizować i prywatnie, i zawodowo. Oczywiście niektóre z nas mogą nie akceptować ceny, jaką się za to płaci. Dla mnie ona jest akceptowalna, bo mój świat i tak jest pod wodą. A tam płeć, pochodzenie, seksualność, kolor skóry ani religia nie mają najmniejszego znaczenia. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Brzoza i jej lecznicze właściwości

Lecznicze właściwości brzozy znane są od wieków. (Fot. iStock)
Lecznicze właściwości brzozy znane są od wieków. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W medycynie ludowej brzoza cieszyła się dużą popularnością. I - jak się okazuje - nasi przodkowie mieli trafną intuicję, bo badania naukowe dowodzą, że pozyskiwane z tego drzewa składniki mają wiele właściwości zdrowotnych. 

Młode liście na choroby układu oddechowego i w przypadku niestrawności, cienkie płatki kory na zaognione rany, nalewka lub płukanka z pączków na porost włosów... - lecznicze przymioty brzozy znane są od wieków.

Jednym z najcenniejszych surowców jest jej kora. Wielokierunkowe badania wykazały wszechstronne działanie pozyskiwanych z niej składników czynnych: betuliny, kwasu betulinowego i lupeolu. Ze względu na brak toksyczności i wszechstronne działanie bez efektów ubocznych, preparaty zawierające wyciąg z kory brzozy można stosować zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie. Substancje aktywne ekstraktu z kory brzozowej pomogą naszym komórkom w walce z wolnymi rodnikami przyczyniającymi się do rozwoju chorób cywilizacyjnych i przedwczesnego starzenia się organizmu. Sprawdzają się szczególnie przy problemach skórnych pochodzenia bakteryjnego, grzybiczego i wirusowego czy w atopowych zapaleniach skóry. Sam ekstrakt z kory brzozy może być doskonałym kosmetykiem ochronnym do stosowania na co dzień, skutecznym także w walce z przebarwieniami czy zmarszczkami. Krem z wyciągiem z kory brzozy działa również nawilżająco i natłuszczająco.

Regularne podawanie wodnej zawiesiny betuliny i kwasu betulinowego w zalecanych dawkach działa korzystnie na układ immunologiczny, zatem dla lepszego efektu warto połączyć pielęgnację kosmetyczną ze stosowaniem takich preparatów... i z kąpielą, która nie dość, że działa oczyszczająco i kojąco na skórę, to ułatwia wydalenie szkodliwych metabolitów, w szczególności kwasu moczowego, mogącego wywołać bóle stawów i ograniczenia sprawności ruchowej. Wystarczy 400–500 g świeżych lub 150–200 g suszonych liści brzozy zalać 3–4 litrami wrzącej wody i gotować pod przykryciem 3–4 minuty, a potem pozostawić na 30 minut do naciągnięcia. W zależności od preferencji napar można przecedzić lub wlać do wanny razem z liśćmi. Najlepiej kąpać się w temperaturze 38–39°C, przez 15–20 minut.

Poszukiwanie wiosny

Na przełomie zimy i wiosny warto wybrać się na zbiór pączków brzozy. Pamiętajmy jedynie, by zrywać je z drzew przeznaczonych do wycięcia lub ze ściętych gałązek, tak aby nie pozbawiać brzóz możliwości wydania listków. Pączki trzeba suszyć w miejscach przewiewnych, a następnie przechowywać w zamkniętych pojemnikach, ponieważ łatwo chłoną inne zapachy. Z pączków można przygotować herbatkę o właściwościach moczopędnych, nalewkę, która polecana jest do przemywania świeżych ran, czy dodać je do kąpieli.

Działanie ekstraktu z kory brzozy

Związki chemiczne występujące w ekstrakcie z kory brzozowej (betulina, kwas betulinowy i lupeol) są cennymi surowcami kosmetycznymi. Oto kilka ich właściwości: chronią komórki i tkanki przed tzw. stresem oksydacyjnym; betulina działa przeciwwirusowo w przypadku m.in. wirusa opryszczki; kwas betulinowy chroni skórę przed utratą sprężystości oraz stymuluje syntezę kolagenu; ekstrakt brzozowy nie ujawnia właściwości immunotoksycznych i wywołujących alergię oraz powoduje znaczną redukcję zmian skórnych i zmniejszenie objawów świądu; przy stosowaniu preparatu zawierającego ekstrakt z kory brzozy w atopowym zapaleniu skóry oraz łuszczycy można zaobserwować zmniejszenie zmian skórnych, obrzęków oraz objawów świądu.

  1. Styl Życia

Jak wciąga las? O idei bushcraftingu rozmawiamy z Sylwią Graban

U korzeni bushcraftu leży  szacunek dla natury oraz wszystkich stworzeń, odpowiedzialność wobec środowiska naturalnego, budowanie emocjonalnych więzi z przyrodą oraz pokonywanie własnych ograniczeń. (Fot. iStock)
U korzeni bushcraftu leży szacunek dla natury oraz wszystkich stworzeń, odpowiedzialność wobec środowiska naturalnego, budowanie emocjonalnych więzi z przyrodą oraz pokonywanie własnych ograniczeń. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Jest organizatorką leśnych wędrówek w Borach Tucholskich. Gdy o sobie opowiada, używa sformułowania “leśna turystka” i podkreśla, że ma zbyt małe doświadczenie, aby nazywać siebie bushcrafterką. Innego zdania są uczestnicy organizowanych przez nią imprez “Pieszo przez Bory”, w ramach których zbierane są środki na działania charytatywne. Sylwia przyznaje, że choć dzieciństwie bała się lasu i pająków, to dziś odważnie przedziera się przez dzikie ostępy, nocuje w hamaku rozwieszonym między drzewami i stara się zachęcać do bushcraftu kolejne osoby.

Jest organizatorką leśnych wędrówek w Borach Tucholskich. Gdy o sobie opowiada, używa sformułowania "leśna turystka” i podkreśla, że ma zbyt małe doświadczenie, aby nazywać siebie bushcrafterką. Innego zdania są uczestnicy organizowanych przez nią imprez "Pieszo przez Bory”, w ramach których zbierane są środki na działania charytatywne. Sylwia przyznaje, że choć dzieciństwie bała się lasu i pająków, to dziś odważnie przedziera się przez dzikie ostępy, nocuje w hamaku rozwieszonym między drzewami i stara się zachęcać do bushcraftu kolejne osoby. 

Czy pamiętasz swoją pierwszą noc w lesie? To było w czerwcu 2019 roku podczas pierwszej edycji naszej imprezy charytatywnej “Pieszo przez Bory”. Pierwotnie planowałam spędzić ją w jednym z udostępnionych domków, ale dzięki uprzejmości uczestników, którzy podzielili się ze mną profesjonalnym sprzętem do spania w lesie, mogłam sprawdzić, jak to jest “bujać się” nocą w hamaku. Pamiętam, że zasnęłam dopiero koło czwartej nad ranem, ale wpływ na to miało wiele czynników - zarówno sam hamak, jak i fakt, że było to pierwsze wydarzenie, którą organizowałam. Po tamtej nocy wiedziałam, że nie będzie ostatnią i że chcę jeszcze więcej czasu spędzać w lesie w bardziej survivalowych warunkach.

Jak wyglądała twoja relacja z przyrodą wcześniej? Miałaś bliski kontakt z naturą czy może ta potrzeba pojawiła się później? Pochodzę z małej wioski w kujawsko-pomorskim, po ślubie przeprowadziłam się w okolice Gdańska. Odkąd pamiętam raczej unikałam lasów. Panicznie boję się pająków, a jak wiadomo w lesie bardzo łatwo można wpaść w pajęczynę. Zawsze broniłam się przed tego typu atrakcjami, na przykład gdy ktoś z rodziny proponował zbieranie grzybów. Bardziej niż na wypatrywaniu kapeluszy prawdziwków czy maślaków, skupiałam się na tym czy w pobliżu nie ma pająka, żaby albo jaszczurki.

Potrzeba obcowania z naturą pojawiała się stopniowo. Rok po narodzinach mojego syna przeżywałam ciężki i trudny etap w życiu. Wtedy mój serdeczny przyjaciel zaczął mi opowiadać o tym, w jaki sposób las i kontakt z przyrodą pomagają mu walczyć z  kiepskim samopoczuciem. Na początku tłumaczyłam się brakiem czasu, umiejętności czy odpowiedniego sprzętu, ale on powtarzał, że wystarczy tylko wstać z fotela. No i pewnego razu wstałam, zapomniałam o tych pająkach i jakoś to ruszyło. Wszystko, co mówił, okazało się prawdą - to były niesamowite godziny, które spędziłam we własnym towarzystwie  i od tamtego czasu zaczęłam stopniowo wciągać się w las. Na początku tylko spacerowałam, ale później chciałam spędzać w nim całe weekendy.

Pamiętasz, kiedy weszłaś do lasu już nie jako “zwykła” spacerowiczka, tylko bushcrafterka? Ja do dzisiejszego dnia nie czuję się bushcrafterką. Owszem spaceruje i nocuje w lesie, ale nazywam siebie “leśną turystką”. O samym bushcrafcie dowiedziałam się po naszym pierwszym marszu charytatywnym. Lubiłam wtedy maszerować po lesie, wiedziałam, że w naszej okolicy jest duża baza harcerska i postanowiłam zorganizować tam trzydniowy pobyt i połączyć go ze zbiórką pieniędzy dla beneficjentów naszej fundacji “Pieszo przez Bory”. Impreza przyciągnęła prawie 400 osób z całej Polski. Przyjechali ludzie ze środowiska bushraftowego i to właśnie od nich dowiedziałam się na czym to polega.

Sylwia Graban (Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory) Sylwia Graban (Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory)

Wielu osobom hasło bushcraft kojarzy się z umiejętnością przetrwania w leśnych ostępach, ale to pewne uproszczenie. Czym dla ciebie jest bushcraft? Według definicji bushcraft jest sztuką przetrwania przy użyciu tego, co oferuje nam las i natura. Dla mnie to po prostu odskocznia, coś co pozwala mi zwolnić, wyrwać się z codziennej rutyny, oderwać od problemów i spędzić czas sam na sam ze sobą i przyrodą. Bushcraft pozwala odpocząć mojej głowie.

Budowa szałasu, rozpoznawanie jadalnych roślin to tylko niektóre z umiejętności, które trzeba opanować. Które z nich uważasz za najbardziej cenne i wartościowe? Jako mama pięciolatka, który uwielbia “Avengersów”, najbardziej cenię sobie umiejętność rozpalania ognia przy użyciu krzemienia lub krzesiwa. Dzięki temu nie jestem już “nudną” mamą, tylko bohaterką dla syna, który gdy widzi jak rozpalam ognisko, wykrzykuje “Mamo, ty jesteś superbohaterką!” Na wiele z tych umiejętności patrzę właśnie przez pryzmat bycia matką - dzieci są żywiołem, który ciężko opanować, szczególnie w lesie. Dzięki umiejętnością, które cały czas zdobywam, mogę również zapobiegać wielu niebezpiecznym sytuacjom, o które nietrudno w trakcie spaceru. Podczas każdej takie wyprawy staram się przekzywać mojemu synowi wiedzę, którą ktoś przekazał mnie i dzięki temu on także coraz bardziej wciąga się w las.

Jesteś mamą dwójki dzieci. Najmłodsze ma dwa miesiące. Jak wygląda bushcraft z takimi maluchami? Jula urodziła się w grudniu, wiec jeszcze nie miałam okazji się o tym przekonać, ograniczamy się jedynie do codziennych spacerów po lesie. Czarek, który ma pięć lat, jest oczarowany lasem, uwielbia zwierzęta, przede wszystkim wilki i zawsze, gdy wybieramy się na wycieczkę, ma nadzieję, że jakiegoś spotkamy. Swoją pierwszą noc spędził w lesie w lutym, gdy miał cztery lata. Wychodzę z założenia, że nasze pasje cieszą najbardziej, kiedy możemy dzielić je z bliskimi. Dlatego mam nadzieję, że uda mi się zarazić moje dzieci miłością do lasu i z czasem będę musiała wymienić hamak czy dwuosobowy namiot na znacznie większy, który umożliwia rodzinne nocowanie. Dla dzieci bushcraft to jest wspaniała przygoda, wystarczy je tylko powoli do tego zachęcać i nie robić niczego na siłę. Dla cztero- czy pięciolatka spędzenie nocy w lesie może wiązać się z ogromnym stresem, dlatego warto w miarę możliwości zacząć od nocowania np. w przydomowym ogródku.

Sylwia Graban (Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory) Sylwia Graban (Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory)

(Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory) (Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory)

Na rynku jest całkiem sporo praktycznych przewodników dla bushrafterów, są blogi i youtube'owe kanały. Wy postanowiliście założyć fundację "Pieszo przez Bory", dzięki której wędrowanie po lesie przynosi wymierne korzyści waszym podopiecznym. Opowiedz proszę czym konkretnie zajmuje się fundacja? Nasze stowarzyszenie łączy miłość do lasu i piesze podróże z pomaganiem innym. Organizujemy kilkudniowe pobyty w lesie, podczas których zbieramy fundusze dla naszych beneficjentów. Zapewniamy uczestnikom nocleg, a dzięki sponsorom i przyjaciołom, także wyżywienie. Organizujemy masę prelekcji związanych ze sztuką bushcraftu, podróżowaniem, robimy szkolenia z rozpoznawania roślin jadalnych, uczymy budować schroniska, pokazujemy jak rozpalić ogień czy pozyskiwać wodę pitną w lesie. W zamian za to uczestnicy opłacają ‘wpisowe’, które w całości przekazujemy podopiecznym fundacji. W trakcie naszych imprez organizujemy również charytatywne licytacje, ale najważniejsze są wielogodzinne marsze, posiedzenia i śpiewanie przy ognisku. Chcemy, żeby ludzie ze środowiska ‘leśnego’ zobaczyli, że czasami wystarczy po prostu robić to, co się kocha i w ten sposób pomagać innym. Pozostałych chcemy przekonać, że las jest otwarty na każdego.

Z powodu pandemii Covid-19 zeszłoroczna edycja imprezy musiała zostać odwołana, ale dzięki naszym darczyńcom udało się przekazać sporo fantów na licytację (plecaki, noże, a nawet smalec), którą prowadziliśmy w grupie na Facebooku. Udało nam się zebrać ponad 80 tys. złotych, które przekazaliśmy dla Hospicjum dla dzieci “Nadzieja” w Toruniu.

Fińscy lekarze przepisują wędrówki po lesie zamiast tabletek, Japończycy mają Shinrin-yoku, czyli leśne kąpiele. Co ty zawdzięczasz lasowi? Przede wszystkim spokój ducha. Czas spędzony w lesie pozwala mi poukładać sobie wiele spraw, pokazuje mi, że nie ma rzeczy niemożliwych, a moje lęki i bariery znajdują się wyłącznie w mojej głowie.

Czy jest jakiś las, który chciałabyś odwiedzić? Marzy mi się rodzinna wyprawa do Norwegii i Danii. Wstyd przyznać, ale mimo trzydziestki na karku, nigdy jeszcze nie byłam w Bieszczadach. Bardzo bym chciała zwiedzić tamtejsze rejony.

Czym jest bushcraft? Nie ma jednej definicji. Z jednej strony bushcraft to filozofia życia związana z dobrowolnym bytowaniem w leśnej dziczy. Z drugiej gotowy zestaw pierwotnych technik, takich jak budowanie schronienia z naturalnych materiałów czy zdolność rozpalenia ognia za pomocą krzesiwa, które pozwalają przetrwać w głuszy. Choć bushcraft stawia duży nacisk na praktyczną wiedzę z zakresu botaniki, ziołolecznictwa, zoologii, myślistwa, meteorologii, podstaw chemii czy fizyki i uczy, jak radzić sobie w warunkach pozbawionych oczywistych wygód, nie zapomina o kwestii najważniejszej, czyli kontakcie z przyrodą. U korzeni bushcraftu leży bowiem szacunek dla natury oraz wszystkich stworzeń, odpowiedzialność wobec środowiska naturalnego, budowanie emocjonalnych więzi z przyrodą oraz pokonywanie własnych ograniczeń.

Najważniejszą postacią świata bushcraftu był Mors Kochanski, kanadyjski instruktor przetrwania, autor bestsellerowej książki „Northern Bushcraft” oraz mentor Reymonda Paula Mearsa, brytyjskiego dziennikarza i leśnego przewodnika, który w dużej części odpowiada za spopularyzowanie idei bushcraftu, także w Polsce. Wbrew pozorom bushcraftem nie zajmują się wyłącznie mężczyźni, choć trzeba przyznać, że panowie bardzo aktywnie zajmują się jego popularyzowaniem.

Bushcraft dla początkujących: wytyczne Leave No Trace

Etyka idei bushcraftowej odnosi się do etycznego obcowania z przyrodą, bez pozostawiania w niej śladów - czy to odpadów czy szkód w środowisku. Leave No Trace to zestaw praktycznych wskazówek, dzięki którym można bezpiecznie biwakować w lesie i zachować przyrodę w jak najmniej naruszonym stanie.

  • Trzymaj się szlaków i biwakuj wyłącznie w miejscach do tego przeznaczonych. W 2019 r. Lasy Państwowe zainicjowały pilotażowy program „Zanocuj w lesie”, w ramach którego udostępniono leśne obszary, na których można biwakować legalnie i bezpłatnie. Od maja 2021 roku takich terenów będzie znacznie więcej - około 1500 ha w każdym z 429 nadleśnictw. Listę leśnych obozowisk można sprawdzić na stronie Lasów Państwowych. Warto pamiętać, że warunki biwakowania również rządzą się swoimi prawami - pobyt dłuższy niż dwie nocy czy w grupie powyżej 9 osób należy zgłosić w nadleśnictwie. Turyści mogą rozbić namiot, rozwiesić hamak albo rozłożyć płachtę, można również korzystać z kuchenek gazowych. Do lasu można wjechać rowerem, ale auto czy kamper musi pozostać poza jego obszarem.
  • Zabierz ze sobą swoje śmieci.
  • Pozostaw miejsce w takim stanie, w jakim je zastałeś. Nie zabieraj niczego do domu. Nie buduj trwałych konstrukcji, nie naruszaj gleby, nie kop rowów czy głębokich dziur.

  1. Styl Życia

W ogrodzie wyobraźni - ilustracje Bożki Rydlewskiej

Bożka Rydlewska przenosi w swojej twórczości świat snu na jawę. (Fot. Helena Majewska)
Bożka Rydlewska przenosi w swojej twórczości świat snu na jawę. (Fot. Helena Majewska)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Są momenty, kiedy bardzo tęsknimy za soczystą zielenią, kwiatami i śpiewem ptaków. To szara późna jesień i blade przedwiośnie. Warto wtedy uruchomić wyobraźnię - zamknąć oczy i zatopić się w wyimaginowanym ogrodzie pełnym barw. Takim, jaki można podziwiać na ilustracjach Bożki Rydlewskiej.

Kwiaty, liście, łodygi, owady i ptaki… ale także dziwne stworzenia i rośliny, których nikt nigdy nie widział – przedziwne hybrydy, lustrzane odbicia, plątanina zieleni. Taki świat tworzy Bożka Rydlewska, absolwentka krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ogrody, które powstają w jej wyobraźni są piękne i jednocześnie tajemnicze. Tak ja te, które inspirowały ją w dzieciństwie w czasie rodzinnych podróży po Europie i dalekiej Kanadzie. Spędzanie wakacji pod namiotem blisko natury zaowocowało miłością do przyrody. Stąd to właśnie ona jest główną bohaterką jej twórczości.

W krainie baśni

Bożka, będąc dzieckiem, zaczytywała się w baśniach. Fascynowały ją szczególnie bogate ilustracje w książeczkach z rozkładanymi kartami  i przestrzennymi ilustracjami w formie pop-upów. Potem odkryła atlasy przyrodnicze. Aż w końcu zaczęła prowadzić dziennik snów. Szkicuje w nim stwory i rośliny, które pojawiają się w jej marzeniach sennych.

Jak sama mówi „świat roślin do niej gada”: „Gdy wyciszymy umysł we wnętrzu zwykłego kwiatka możemy dostrzec mikrokosmos”  - mówi z przekonaniem.

Kwiaty, które od lat ją fascynują to storczyki. Zainteresowała się nimi po pobycie na kursie tworzenia pop-upów w Wielkiej Brytanii. Uczestnicy mieszkali w Pałacu Sir Edwarda Jamesa, angielskiego arystokraty, ekscentrycznego artysty i poety patrona surrealistów, a także obsesyjnego kolekcjonera storczyków. James podróżował po Ameryce Południowej w poszukiwaniu kolejnych niezwykłych okazów. Zgromadził tysiące storczyków, które kochał jak swoje dzieci. W efekcie pobytu w pałacu Sir Jamesa powstała niezwykła praca „Edward”, w której artystka oddała hipnotyzujący aspekt natury.

Bożka Rydlewska 'Edward' Bożka Rydlewska \"Edward\"

Odrobina grozy

Kolorowy świat roślin i zwierząt na ilustracjach Bożki Rydlewskiej nie zawsze jest tak do końca przyjazny. Mroczne, oniryczne wizje widać choćby w pracy „Dżungla”, która powstała po nocy spędzonej w peruwiańskiej dżungli. Uruchomiona nocnymi odgłosami dżungli wyobraźnia artystki podsuwała jej obraz czającej się pantery. Jej pobłyskujące w ciemności oczy widnieją na ilustracji, która powstała pod wpływem tej przygody.

Bożka Rydlewska 'Dżungla' Bożka Rydlewska \"Dżungla\"

 

Podobną tajemniczość można wyczuć na ilustracji „Ogród trucizn” – ta praca jest zainspirowana ogrodem w którym rosną niemal wyłącznie rośliny trujące. Stworzyła je ekscentryczna hrabina angielska jako antidotum dla nudnych ogrodów klasycznych.

Bożka Rydlewska 'Ogród trucizn' Bożka Rydlewska \"Ogród trucizn\"

Jako jedną ze swoich ukochanych prac, Bożka wskazuje ilustrację „Krew, morze”. Inspiracją do jej stworzenia było opowiadanie "Krew, Morze" z książki Italo Calvino "Opowieści Kosmikomiczne", a zwłaszcza jedno zdanie, które artystce szczególnie zapadło w pamięć: "Warunki naturalne z czasów, kiedy życie nie wyszło jeszcze poza ocean nie zmieniły się tak bardzo dla komórek ludzkiego ciała, obmywanych pierwotną falą, która nadal płynie w tętnicach".

Bożka Rydlewska 'Krew, morze' Bożka Rydlewska \"Krew, morze\"

Okno do innego świata

Większość ilustracji powstaje w technice mieszanej - najpierw powstają odręczne rysunki, które następnie artystka przenosi do komputera. Tam kontynuuje pracę nad nimi w programach graficznych, m.in. nakładając faktury i gradienty, dzięki którym obrazy zyskują niepowtarzalną trójwymiarowość. Patrząc na nie przypominamy sobie magię obrazów z kalejdoskopu.

Część prac tworzy kompleksowe projekty graficzne, z której powstają książki artystyczne, tak zwane pop-upy. To wyjątkowe, pracochłonne dzieła sztuki złożone z trójwymiarowych ilustracji – niektóre rozkładane karty buduje się z kilkudziesięciu sklejonych ze sobą elementów. Praca nad takim projektem to mrówcza robota poszczególne strony powstają jak rzeźby, część wycina się i klei ręcznie. Praca nad jedną książką zajmuje artystce cały rok.

Bożka Rydlewska 'Lotos pop-up' (Fot. Michał Kawecki) Bożka Rydlewska \"Lotos pop-up\" (Fot. Michał Kawecki)

W domu i na wystawie

Prace Bożki Rydlewskiej prezentowane były na wielu wystawach w Polsce i zagranicą. Do sierpnia 2021 można je oglądać na wystawie  "Botaniczne poszukiwania. Sztuka Botaniczna w XXI wieku" w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha.

Prace Bożki Rydlewskiej na wystawie 'Botaniczne poszukiwania. Sztuka Botaniczna w XXI wieku' w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. (Fot. archiwum artystki) Prace Bożki Rydlewskiej na wystawie \"Botaniczne poszukiwania. Sztuka Botaniczna w XXI wieku\" w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. (Fot. archiwum artystki)

Wiele prac w postaci sygnowanych limitowanych grafik można kupić w internetowym sklepie na stronie artystki. Znajdują się w nim również tapety ozdobione autorskimi ilustracjami.

Tapety z ilustracjami Bożki Rydlewskiej można kupić na jej stronie internetowej: www.bozka.com. (Fot. materiały prasowe) Tapety z ilustracjami Bożki Rydlewskiej można kupić na jej stronie internetowej: www.bozka.com. (Fot. materiały prasowe)

Ze sztuką Bożki mogą się spotkać nie tylko miłośnicy sztuki. Jej ilustracje zdobiły pudełka słynnej cukierni Lukullus, a także opakowania ekskluzywnych kosmetyków marki Shiseido Cle de Peau Beaute pojawiły się również na porcelanie Kristoff, pościeli marki Echa Leśna oraz kolekcji autorskiej dla Empiku. Tego typu współpraca cieszy Bożkę Rydlewską szczególnie: możliwość połączenia doświadczeń zmysłowych z ilustracją, to właśnie to, co lubi najbardziej.

Kolekcja Bożka dla Empiku. (Fot. Empik) Kolekcja Bożka dla Empiku. (Fot. Empik)

„Moment rozkoszowania się chwilą, taką jak picie porannej kawy z filiżanki ozdobionej pięknym rysunkiem – takie rzeczy sprawiają mi radość” - mówi artystka.

  1. Styl Życia

Ekologiczne ciekawostki miesiąca

Co roku do oceanu wlatuje 8 milionów ton plastikowych odpadów. (Fot. iStock)
Co roku do oceanu wlatuje 8 milionów ton plastikowych odpadów. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Coraz częściej na co dzień dokonujemy wyborów z myślą o środowisku, coraz bardziej zdecydowanie wypowiadamy wojnę plastikowi. Nawet sztuka powoli staje się eko. 

Calineczka w wersji eko

Ekologiczny teatr? Owszem, jest taki. Pierwszy w Polsce i zarazem pierwszy w świecie. Nazywa się Bohema House, założył go prezes firmy Eko Cykl Organizacja Odzysku Opakowań. Ekoteatr będzie wystawiać, rzecz jasna, ekosztuki. Debiutował w sylwestra przedstawieniem „Calineczka. Magia tkwi w naturze”. Bohaterka zmaga się nie tylko z kolejnymi niedopasowanymi pretendentami do jej ręki, lecz także ze zmianami klimatu i zanieczyszczeniem odpadami. „Pandemia z jednej strony pozwoliła zgromadzić wokół ekospektaklu najznamienitszych polskich artystów i akrobatów, którzy wrócili z miejsc, takich jak Las Vegas czy słynne statki wycieczkowe, gdzie występowali dla największych tego świata, z drugiej – zmusiła nas do występów online” – mówi reżyser Michał Derlicki. Jako narrator wystąpił Maciej Orłoś, któremu bliskie są idee ekologii. I edukacji. Bo to główny cel działalności teatru. „Calineczkę” zobaczymy na YouTubie – kanały Eko Cykl Organizacja Odzysku Opakowań S.A. oraz Maciej Orłoś przedstawia... – a także na Facebooku.

materiały prasowe materiały prasowe

Na ratunek

O tym, że Marcin Dorociński to świetny aktor, nikogo przekonywać nie trzeba. Znana jest też jego prozwierzęca pasja. Słyszymy go w spotach kampanii WWF. Mówi o tygrysach z Syberii i o rysiach z Polski. Angażuje się w pomoc schroniskowym psom i kotom. A teraz napisał książkę. To seria rozmów z ludźmi, którzy zwierzętom i przyrodzie poświęcili życie. Jest o ratowaniu małych i większych jeży. O wilku Romeo, który przeszedł przez Alpy, by znaleźć Julię. O tym, co w Ptasim Azylu robią pluszowe misie. O żubrze, królu puszczy. O tym, czym jest rozmiazg kolweński albo ponurek Schneidera. O znikających z mórz i oceanów rybach. O schroniskowych psach i kotach. O nietoperzach. Dla miłośników zwierząt to pozycja obowiązkowa. Rozmowy są prowadzone wnikliwie, bez czułostkowości, i z humorem, i na serio. Ale przede wszystkim dają ogromną pigułę wiedzy. I o zwierzętach samych, i o naszych z nimi relacjach, i o zależnościach w przyrodzie. Warto mieć tę książkę na półce.

Marcin Dorociński „Na ratunek. Rozmowy o zwierzętach, naturze i przyszłościnaszej planety”, Wyd. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 31,49 zł. Marcin Dorociński „Na ratunek. Rozmowy o zwierzętach, naturze i przyszłości
naszej planety”, Wyd. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 31,49 zł.

Pożegnanie z plastikiem

To już koniec. Unia Europejska zakazuje użycia plastikowych sztućców, słomek, mieszadełek, styropianowych kubków i opakowań na żywność. Do 3 lipca te produkty mają zniknąć z magazynów. To pierwszy etap tak zwanej dyrektywy plastikowej (The Single-Use Plastics Directive). Kolejny to rezygnacja – do 2025 roku – z plastikowych zakrętek butelek z napojami, same zaś butelki będą musiały być w 25 proc. wykonane z materiału z recyklingu. Pora na takie kroki, bo pomału świat staje się plastikowy. Co roku do oceanu wlatuje 8 milionów ton takich śmieci. Tak, jakbyśmy co minutę wyrzucali w fale wyładowaną plastikiem śmieciarkę…

Ogrzewanie i schładzanie

Pora roku taka, że człowiek myśli tylko o tym, jak by tu się ogrzać. Sposoby są różne: koc, herbata, może też być termofor. A najlepiej ekologiczny. Bez gumy, bez gorącej wody. Właściwie w ogóle bez wody. Za to z… pestkami wiśni, opakowanymi w płócienny woreczek. Wystarczy podgrzać go w piekarniku albo położyć na kaloryferze. Do tego miękki pokrowiec z bawełny. Termofor nie tylko ogrzeje, ale w razie potrzeby (na przykład przy stłuczeniach) zamieni się w okład chłodzący. Dodatkowy ekoplusik: firma gwarantuje, że w paczce, która do ciebie przyjdzie, nie znajdziesz plastiku. Wypełnienie stanowi ekologiczny skropak, który możesz wyrzucić do bioodpadów lub rozpuścić w wodzie.

materiały prasowe materiały prasowe

Greta na znaczku

W styczniu skończyła 18 lat,z tej okazji szwedzka poczta wypuściła serię znaczków z jej podobizną. Greta Thunberg w sierpniu 2018 roku, zamiast pójść do szkoły, stanęła przed gmachem parlamentu w Sztokholmie z transparentem „Szkolny strajk dla klimatu”, protestując przeciw działaniom człowieka niszczącym środowisko naturalne. W ciągu kilku miesięcy do protestu dołączyły 2 miliony ludzi na świecie. Chciano z niej zrobić „klimatyczną celebrytkę”, nagradzano, ale ona tłumaczy, że ruch klimatyczny nie nagród potrzebuje, ale tego, żeby politycy słuchali naukowców mówiących o konieczności zmian.

materiały prasowe materiały prasowe

Kwitnący karmnik dla pszczół

„Be(e) your friend” to akcja rodzinnej manufaktury Wooden Story - do zabawek oraz mebli dokładane będą nasionka miododajnych roślin: lawendy, chabrów, czarnuszki, orlika, kąkola, dzwonka ogrodowego i onętki. Kupujący będą mogli je zasiać przy domu czy w parku i w ten sposób podarować pszczołom kwitnące łąki, które zapewnią im miododajny nektar.

materiały prasowe materiały prasowe

 

  1. Styl Życia

David Attenborough - pan od ekologicznej (r)ewolucji człowieka

Fot. Alex Board BBC NH
Fot. Alex Board BBC NH
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Cztery lata w drodze. Ponad tysiąc dni zdjęciowych, co daje trzy tysiące godzin zarejestrowanego materiału w towarzystwie ponaddwustuosobowej ekipy w 31 krajach na sześciu kontynentach... Nie, to nie kino science fiction, tylko najnowsza produkcja sir Davida Attenborough „Planeta doskonała”.

Cztery lata w drodze. Ponad tysiąc dni zdjęciowych, co daje trzy tysiące godzin zarejestrowanego materiału w towarzystwie ponaddwustuosobowej ekipy w 31 krajach na sześciu kontynentach... Nie, to nie kino science fiction, tylko najnowsza produkcja sir Davida Attenborough „Planeta doskonała”.

W pierwszej kolejności pytam sir Davida Attenborough, czy wie, że w Wielkiej Brytanii nieoficjalnie ma status... skarbu narodowego. Tak – nie tylko w środowisku naukowym – nazywa się tego 94-letniego dziś biologa, naukowca, pisarza i podróżnika. Śmieje się. Wie. „Ale jeszcze nie wpisali mnie na Listę światowego dziedzictwa UNESCO?” – rzuca z szelmowskim uśmiechem. „Ten żart wymyślili moi koledzy przez zazdrość, że to ja, a nie oni, staję się gwiazdą kina”. Teraz śmiejemy się już oboje. Ale tak naprawdę to coś więcej niż dobry żart, to sama prawda. Fakty. Można być zazdrosnym, a wręcz należy!

Już w 1985 roku David Attenborough otrzymał tytuł szlachecki od królowej Elżbiety II za swoją działalność naukową. Odznaczono go także Orderem Imperium Brytyjskiego i przyjęto do Royal Society. W 2005 roku został odznaczony brytyjskim Orderem Zasługi, ale na tym nie koniec, w 2018 roku otrzymał statuetkę Emmy w kategorii najlepszy narrator za film dokumentalny „Błękitna planeta II”, rok później podobnie, tym razem za sprawą tytułu „Nasza planeta”. Dziś sir David Attenborough to instytucja, ikona, autorytet, guru dla wielu ludzi, którzy pod wpływem jego programów zmienili swoje podejście do życia i ekologii. On sam cieszy się szacunkiem i nienaganną opinią środowiska akademickiego nie tylko na Wyspach. Czy to go satysfakcjonuje? Napawa dumą? Nic nie mówi przez dłuższą chwilę. Mam przywilej rozmowy z kimś, kto pozostaje skromny, a przecież zna wartość prowadzonych przez siebie badań.

Sir David Attenborough nie potrzebuje pochwał ani komplementów, wręcz go zawstydzają. Gdy 24 września 2020 roku założył konto na Instagramie, w niecałe pięć godzin uzyskał pierwszy milion obserwatorów, cztery dni później było ich ponad cztery miliony. Zaproszony do radia, by skomentować ten rekordowy wynik, uciął krótko: „Dobrze wiedzieć, że jeśli któryś z moich programów okaże się niewypałem i przyniesie straty, pozostaje mi kariera influencera!”.

I szybko przeszedł do rozmowy na temat osieroconych słoni w Kenii, co wydało mu się ważniejsze. Bo walka o planetę, uświadamianie i edukowanie o stanie degradacji środowiska, świadectwo unikalności życia na planecie, wreszcie ochrona zagrożonych gatunków, rejestracja ich zwyczajów i rytuałów – to bez wątpienia jego misja i cel egzystencji. Nadrzędna wartość, której podporządkowane było i jest wszystko, w tym także osobiste wybory.

Kronika Ziemi

„Tego nie wymyśliłby żaden scenarzysta. Nie napisałby żaden powieściopisarz – mówi o genezie powstania „Planety doskonałej”. – Od lat nosiłem się z zamiarem zrealizowania takiej serii. Dobiegałem dziewięćdziesiątki, wiedziałem, że młodszy już nie będę, a taka produkcja wymagać będzie ode mnie przestawienia się na tryb życia w drodze przez kilka lat. Chciałem zostawić po sobie zapis piękna i perfekcji tego świata, nie jest to bilans, ale pewien diariusz, kronika, a przy tym ostrzeżenie”. Rzeczywiście cała miniseria robi ogromne wrażenie. To unikalne i niecodzienne połączenie filmu przyrodniczego i programu popularnonaukowego. Ten pięcioodcinkowy serial przedstawia siły natury kształtujące i podtrzymujące ogromne bogactwo dzikiej przyrody na Ziemi. Cztery pierwsze odcinki poświęcone są kolejno: potędze wulkanów, światłu słonecznemu, pogodzie i oceanom. Ostatni odcinek dotyczy zaś dramatycznego wpływu najnowszej siły natury, jaka pojawiła się na świecie – ludzi. Oraz temu, co można zrobić, aby przywrócić planecie idealną równowagę.

Kadr z „Planety doskonałej” w BBC Earth. (Fot.materiały prasowe) Kadr z „Planety doskonałej” w BBC Earth. (Fot.materiały prasowe)

Z wizytą u flamingów

Rozmawiamy właśnie z okazji premiery nowej serii. Siedzi przede mną człowiek hołdujący bardzo prostym, fundamentalnym zasadom: najważniejsze jest dobro świata, empatia i zaangażowanie wobec losów planety. „Wszystko, co dotyczy Ziemi – jej rozmiar, odległość od Słońca, obrót i kąt nachylenia, jej księżyc – jest perfekcyjnie przystosowane do tego, by umożliwić nam życie, zaś naturalne siły naszej planety tworzą idealne do tego warunki – tłumaczy. – Globalny system pogodowy rozdziela słodką wodę pomiędzy wszystkie zakątki globu, prądy morskie przenoszą składniki odżywcze nawet do najgłębszych zakątków oceanu, światło słoneczne ogrzewa i napełnia energią wszystko, czego dotknie, a potężne wulkany budują i użyźniają ziemię. W rezultacie nie ma takiego zakątka naszego świata, gdzie nie istniałoby życie”. To cud. Ale też sprawnie działający mechanizm. Mistrzowska logistyka. Puzzle, w których każdy element ma określone miejsce i spełnia bardzo ważną funkcję. By oddać złożoność, potęgę i perfekcję wszystkich ziemskich zjawisk, sir David zawitał do najdalszych, najbardziej niedostępnych miejsc na kuli ziemskiej. Przykłady? Ekipa Attenborough jako jedna z nielicznych zdobyła szczyt wulkanu na bezludnej wyspie Fernandina w Ekwadorze – dotąd do jego krateru dotarło mniej niż 30 osób (więcej ludzi było w kosmosie). Z kolei podróż przez jezioro Natron w północnej Tanzanii – najbardziej toksyczny zbiornik wodny na świecie i miejsce masowego gnieżdżenia się flamingów – nie była możliwa ani łodzią, ani pieszo, dlatego jedynym sposobem na dotarcie do kolonii lęgowej i jej sfilmowanie okazało się użycie poduszkowca, który został wysłany z Wielkiej Brytanii na kilka miesięcy przed rozpoczęciem zdjęć. Warunki panujące w filmowanych regionach często były ekstremalne: brakowało zdatnej wody pitnej (dla 200 osób!), pożywienia, najprostsze czynności higieniczne okazywały się logistycznym wyzwaniem, z kolei skrajnie wysokie albo przerażająco niskie temperatury często zakłócały pracę zarówno ludzi, jak i sprzętu... Dzięki zaangażowaniu pasjonatów i współpracowników sir Davida Attenborough po raz pierwszy w historii udało się sfilmować polowania arktycznych wilków białych podczas nocy polarnej, nagrano też stado setek zajęcy arktycznych również podczas nocy polarnej. Nieoficjalnie mówi się, że odbyty na Wyspie Ellesmere’a w Kanadzie lot dronem został przeprowadzony po raz pierwszy w tak niskiej temperaturze – nie bez powodu mieszka tu niespełna 160 osób w trzech osadach, zimą termometr pokazuje około -50 stopni.

Kadr z „Planety doskonałej” w BBC Earth. (Fot. materiały prasowe) Kadr z „Planety doskonałej” w BBC Earth. (Fot. materiały prasowe)

Dlaczego masz takie duże zęby?

Sir David Attenborough od wczesnych lat wykazywał zainteresowanie światem przyrody. Urodzony w 1926 roku na przedmieściach Londynu, dorastał w Leicester, gdzie jego ojciec był dyrektorem lokalnego uniwersytetu. Siedmioletni David mógł się pochwalić pokaźną kolekcją ptasich jaj i skamielin – w tym samym mniej więcej czasie jego starszy brat Richard podjął decyzję, by zostać aktorem. Młodszy brat od początku interesuje się motoryzacją, wiele lat później zostanie dyrektorem włoskiej firmy Alfa Romeo. Z kolei marzeniem dziesięcioletniego Davida jest to, by móc dostać się na wykład słynnego wówczas przyrodnika Greya Owla (właściwie Archibalda Stansfelda Belaneya, kanadyjskiego trapera i pisarza angielskiego pochodzenia), co ostatecznie kończy się sukcesem. Chłopiec już wie, że zostanie przyrodnikiem.

Po ukończonej zoologii młody Attenborough zaciąga się do Królewskiej Marynarki Wojennej, przeświadczony, że służba pozwoli mu zwiedzić świat. Zostaje jednak wysłany na statek stacjonujący u wybrzeży Walii i szybko rezygnuje z wojskowej kariery. W 1949 roku wraca do Londynu i rozpoczyna pracę w BBC. Trzy lata później z redaktora awansuje na producenta, co nie znaczy, że dostaje zielone światło dla realizacji swoich prekursorskich wówczas programów. Po pierwsze, stacja sądzi, że cykle popularnonaukowe nie będą się cieszyły dużą popularnością. Po drugie, szef stacji uważa, że David... ma zbyt duże zęby, co uniemożliwia mu pracę na wizji. On się jednak nie zraża. Zaczyna od audycji o mniejszej oglądalności, typu kwiz: „Zwierzę, warzywo, minerał?”. Szybko zostaje współgospodarzem programu „Wzorce zachowań zwierząt”, który ma swoją wierną publikę. I choć zaczyna coraz mocniej spełniać się w swej pracy, rosną jego zastrzeżenia odnośnie do traktowania zwierząt przez świat show-biznesu. Attenborough dość jawnie sprzeciwia się decydentom stacji, którzy zezwalają na wyprowadzanie zwierząt z ich siedlisk i umieszczanie ich w studiu telewizyjnym. W 1954 roku uruchamia serial „Zoo Quest”, w którym po raz pierwszy w historii telewizji brytyjskiej zwierzęta filmowane są w ich naturalnym środowisku. Ta produkcja na lata wyznacza standardy dokumentów przyrodniczych, ekipy telewizyjne zaczynają odbywać prekursorskie wyprawy w najdalsze zakątki świata, by móc filmować naturę w całej jej okazałości. Program zainicjuje także utworzenie w 1957 roku działu historii naturalnej w BBC. W trakcie kariery telewizyjnej Attenborough ma czas na drugie studia – na Wydziale Antropologii Społecznej – a jako pionier edukacyjnych serii na srebrnym ekranie nadzoruje realizację nie tylko takich produkcji, jak „Powstanie człowieka i cywilizacji”, ale też „Latającego Cyrku Monty Pythona”.

Sir David Attenborough podczas świątecznego wykładu w londyńskim zoo, 1961 rok. Zdjęcie dzięki uprzejmości Prószyński i S-ka, wydawcy „Podróży na drugi kraniec świata...”. Sir David Attenborough podczas świątecznego wykładu w londyńskim zoo, 1961 rok. Zdjęcie dzięki uprzejmości Prószyński i S-ka, wydawcy „Podróży na drugi kraniec świata...”.

W 1972 roku rezygnuje z pracy w BBC. Zaczyna pisać i samodzielnie produkować programy, seriale i filmy. Prowadzi badania, między innymi w Indonezji, jednocześnie w 1976 roku telewizja emituje pierwszą odsłonę z 96-odcinkowej serii o roli ewolucji „Życie na Ziemi”. Szacuje się, że zgromadziła ponad 500 milionów widzów. Od tego czasu sir David nie przestaje produkować i podróżować. Publikuje książki, daje wykłady, uprawia ekologiczny aktywizm – bierze udział w protestach i marszach. Nie ma auta i do dziś niechętnie korzysta z e-maila: swoje wiadomości woli wysyłać tradycyjną pocztą bądź faksem. Jednak jedną z największych tajemnic tego świata, jak lubią żartować jego dzieci, pozostaje fakt, jak znalazł czas na założenie rodziny. Sir David ma syna Roberta i córkę Susan z małżeństwa z Jane Elizabeth Ebsworth Oriel, które trwało do 1997 roku, czyli do dnia jej śmierci. Obchodzący srebrne gody małżonkowie, zapytani w jubileuszowym programie BBC o to, w czym tkwi sukces i trwałość ich związku, odpowiedzieli zgodnie: „Rzadko się widujemy, może dzięki temu, gdy już jesteśmy razem, szkoda nam czasu na kłótnie i niesnaski”.

Gorsi niż wulkany

Ale sir David Attenborough nie chce rozmawiać o rodzinie. Wszystkie tematy krążą wokół „Planety doskonałej”. W końcu poruszamy kwestię najtrudniejszą, najbardziej bolesną: ludzie i nasza egzystencja na Ziemi oraz stopień degradacji planety. Współcześnie niemal każdy element nowoczesnego życia jest zależny od energii pochodzącej ze spalania paliw kopalnych, co prowadzi do gigantycznej emisji CO2. To niesie za sobą nieodwracalne zmiany. Już milionowi gatunków grozi wyginięcie, wiele z nich zniknie z ekosystemu nawet w ciągu najbliższych dekad. Według dość zachowawczych szacunków te najbardziej zagrożone gatunki znikają w tempie sto razy szybszym niż do tej pory. W prehistorii Ziemia doświadczyła co najmniej pięciu masowych epizodów wymierania, największe czy też najszybsze z nich spowodowane było ogólnym przegrzaniem świata. Intensywna aktywność wulkaniczna wtłoczyła do atmosfery ogromne ilości dwutlenku węgla, znacznie podnosząc globalną temperaturę, a tym samym niszcząc większość życia na Ziemi. Podobnie jest dzisiaj, z tym że to ludzkość zachowuje się niczym superwulkan, uwalniając dwutlenek węgla w jeszcze większym tempie niż prehistoryczne megaerupcje, które dziesiątkowały organizmy w przeszłości. W skali globalnej ludzie odpowiadają obecnie za uwalnianie do atmosfery sto razy więcej dwutlenku węgla niż wszystkie wulkany na Ziemi łącznie. A najnowsze badania sugerują, że każdy wzrost temperatury na świecie o stopień Celsjusza oznacza, że miliard ludzi zostanie zmuszonych do egzystencji w skrajnie trudnych warunkach. Może to spowodować jedną z największych migracji w historii ludzkości.

Ludzie przekształcają planetę w takim tempie, że odbija się to na systemach podtrzymujących życie: na pogodzie, oceanach i rolnictwie. Może się wydawać, że problem jest odległy, że nas nie dotyczy. Ale naprawdę trudno zachować obojętność, oglądając „Planetę doskonałą” i piąty z odcinków, w którym sir David rozmawia z ofiarami coraz dotkliwszych susz, płynie na akcję z patrolem oceanicznym u wybrzeży Gabonu, walczącym o ocalenie zagrożonych rekinów, czy podąża szlakiem słoniowych sierot w Kenii, których rodzice odeszli właśnie na skutek zmian klimatycznych. A przecież przykładów obumierania naszej planety jest więcej: w Amazonii zespoły obrońców przyrody cały czas ratują zwierzęta w kurczących się lasach, z kolei w San Diego, w kriogenicznych zoo, przechowuje się DNA zagrożonych gatunków, bo lada moment wyginą. Jak do tego doszło, że nasza cywilizacja dokonuje takich spustoszeń i zniszczeń?!

Jak odroczyć koniec świata

Sir David nie pociesza. W odpowiedzi na naiwnie zadane pytanie o datę kresu świata kręci głową. Nie ma na to prostej odpowiedzi. „Nie jest tak, że nagle nastąpi wielkie bum – wyjaśnia. – Chodzi raczej o powolne obumieranie planety, a potem dość bezpardonową, okrutną walkę o przetrwanie najwytrwalszych i najsilniejszych organizmów: walkę o wodę, o pożywienie, o schronienie przed upałami lub potopami powstałymi wskutek wielotygodniowych opadów. Proszę sobie wyobrazić taki świat. On trwa, ale co to za życie?! Kiedy mówi pani o końcu tego świata, ja to rozumiem jako kres pewnej cywilizacji”. Dlatego największą zmianą, jakiej możemy wciąż dokonać, jest sposób produkowania energii. Przecież Ziemia obfituje w energię naturalną, taką jak: wiatr, słońce, fale i energia geotermalna. Te same siły natury, które ukształtowały życie na Ziemi, mogą dziś stanowić klucz do ocalenia jej przyszłości.