1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Nieodkryty Dolny Śląsk. Niezwykłe miejsca na weekendowy wypad, niezapomniane wakacje

Nieodkryty Dolny Śląsk. Niezwykłe miejsca na weekendowy wypad, niezapomniane wakacje

(Fot. Paweł Zasada)
(Fot. Paweł Zasada)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Jeśli zastanawiacie się, dokąd wyruszyć tej wiosny, by na szlakach nie spotykać uciążliwych tłumów, uciec od miejskiego zgiełku i poznać wciąż nieodkryty na masową skalę region Polski, podpowiadamy – jedźcie na Dolny Śląsk.

Średniowieczne zamki, pałace jak z bajki, tajemnicze sztolnie, dawne kopalnie, jaskinie, ruiny, wygasłe wulkany i góry jak z opowieści fantasy. Rozległe wrzosowiska,  malownicze wodospady i setki kilometrów szlaków – narciarskich, rowerowych i pieszych. Dolny Śląsk to miejsce niezwykłe. Wszystko tutaj jest trochę inne. Architektura, jedzenie, ludzie, przyroda. Nie opuszczając granic kraju, można poczuć się jak na zagranicznej wycieczce.

Dla miłośników gór nie lada gratka, to właśnie tutaj, w województwie dolnośląskim, znajduje się aż 15 z 28 szczytów Korony Gór Polskich. To także w tych okolicach – w Kotlinie Kłodzkiej i położonych wokół niej górach – poprowadzono najbardziej rozbudowaną w Polsce sieć rowerowych tras typu singletrack, prowadzących pętlami różnej długości i pozwalających na zwiedzanie regionu z perspektywy dwóch kółek. Ale na tym oczywiście atrakcje tych okolic się nie kończą.

 

Pałac w Gorzanowie. (Fot. Paweł Zasada) Pałac w Gorzanowie. (Fot. Paweł Zasada)

Zainteresowanych odkrywaniem Dolnego Ślaska i poszukujących nieoczywistych i wyjątkowych noclegów w tej okolicy powinna zainteresować najnowsza książka z serii „Odetchnij od miasta”. Jej autorka, Sylwia Kawalerowicz, rozmawia z gospodarzami domów gościnnych, poznaje lokalne targi, słucha miejscowych opowieści i odkrywa niesamowite miejsca. Każdy znaleźć tu może miejsce dla siebie. Nic, tylko ruszać w drogę.

Chociaż na Dolnym Śląsku nie brakuje typowo turystycznych miejscówek chętnie odwiedzanych przez grupowe wycieczki, znaleźć tu można miejsca odludne, niezadeptane, a przy tym piękne, ciekawe i co ważne – gościnne. Prężnie rozwija się tutaj coś, co można określić mianem turystyki w stylu „slow”, w której liczy się doświadczenie, przeżycie, dobre jedzenie, spotkanie z wyjątkowymi ludźmi, nocleg w miejscu z historią, nieoczywistym, ciekawym. Zanocować można tu m.in. w salach wyremontowanego XVI-wiecznego pałacu, przytulnych pokojach stuletniego poniemieckiego domostwa z widokiem na wygasły przed kilku milionami lat wulkan, w nowoczesnej jurcie, prawdziwym ekologicznym gospodarstwie rolnym, starej kaszarni albo designerskim bungalowie pośrodku dzikiej łąki.

Casa Mila (Fot. Paweł Zasada) Casa Mila (Fot. Paweł Zasada)

Casa Mila (Fot. Paweł Zasada) Casa Mila (Fot. Paweł Zasada)

Tartak w Dolinie Bobru (Fot. Paweł Zasada) Tartak w Dolinie Bobru (Fot. Paweł Zasada)

Vegan House (Fot. Paweł Zasada) Vegan House (Fot. Paweł Zasada)

Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada) Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada)

Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada) Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada)

Oprócz propozycji noclegowych w książce czytelnik znajdzie też informacje o tym, gdzie dobrze zjeść, dokąd wybrać się po lokalne specjały, jakie serowarnie, winiarnie czy gospodarstwa odwiedzić. Wyprawy na Dolny Śląsk były dla mnie wielką przygodą. Odkryłam świat fascynujący, nieoczywisty, czasami intrygująco szkaradny, a czasami obłędnie piękny. Pisząc tę książkę, poznałam ludzi, którzy pozwolili mi zrozumieć, czym są te krainy, odkryć ich trudną historię – często zapisaną w rodzinnych opowieściach, zaszytą w ścianach tutejszych domostw” pisze we wstępie autorka.

„Odetchnij od miasta” to bogaty w zdjęcia poradnik, w którym praktyczne wskazówki dotyczące podróżowania po Polsce przeplatają się z opisami niezwykłych domów gościnnych oraz inspirującymi opowieściami ich gospodarzy. Każde z polecanych noclegów został przez autorkę sprawdzony. Każde miejsce jest nietuzinkowe i przepełnione duchem regionu.

Sylwia Kawalerowicz „Odetchnij od miasta. Dolny Śląsk”, Wydawnictwo Buchmann

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Życie w Wiedniu - jak się mieszka w Austrii?

Marta Guzowska jest autorem książki
Marta Guzowska jest autorem książki "Wiedeń. Miasto najlepsze do życia" (Fot. Getty Images; Milan Pinter/Wydawnictwo Wielka Litera)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Kiedy już będę podróżowała za granicę, wiem, dokąd najpierw się wybiorę. A może nawet trochę tam pomieszkam... Przekonała mnie do tego Marta Guzowska, która w Wiedniu mieszka od 13 lat.

Wiedeń zawsze mi się kojarzył z bombonierką... Bardzo trafne porównanie!

Jest tak szykowny, smakowity i zaskakujący. Nigdy nie myślałam jednak, że równie przyjemnie jest w nim mieszkać. Dzięki pani książce zapragnęłam się wręcz do niego przeprowadzić. Podaje pani wiele obiektywnych argumentów za taką decyzją, wspominając chociażby Global Liveability Index, czyli – w pani wolnym tłumaczeniu – Globalny Wskaźnik Życiowości, który obejmuje takie kategorie, jak: stabilność, infrastruktura, edukacja, opieka zdrowotna, kultura i środowisko (w każdej z nich Wiedeń przoduje), ale ja chciałabym spytać o pani subiektywne „za”. Po pierwsze, woda. Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale w Wiedniu jest fenomenalna woda, sprowadzana akweduktem prosto z gór. Ja naprawdę w źródlanej wodzie myję włosy i taką też spuszczam w toalecie. Do tego jest wprost idealna do picia i smaczna. Drugi argument to komunikacja miejska. Jestem słabym kierowcą, ale nawet gdybym była świetnym, to nie chciałabym się poruszać po mieście samochodem. Korki, remonty i w dodatku nigdy nie ma wolnego miejsca do parkowania. Ale w Wiedniu nie ma w ogóle takiej potrzeby. Choć mieszkamy na dalekich przedmieściach, nigdy nie jeździmy do centrum autem. Bardzo ważnym powodem są też ludzie. Wiedeńczycy to oczywiście specyficzna mieszanka fajnych i niefajnych cech, co zresztą można powiedzieć o mieszkańcach prawie każdego dużego miasta, ale ich najlepszą cechą jest ta, że są szalenie uprzejmi w przestrzeni miejskiej, zwłaszcza wobec obcych. Kiedy miałam małe dzieci i chodziłam wszędzie z wózkiem – musiałam go wręcz wyrywać z rąk zupełnie przypadkowych przechodniów, którzy co chwila chcieli mi pomóc go przenieść, wnieść czy przestawić. I to się udziela. Ja też się rzucam od razu, żeby komuś pomóc, właśnie dlatego, że taka jest ogólnie panująca atmosfera w mieście.

Pisze pani, że Wiedeń jako jedno z niewielu europejskich miast zachował urocze kameralne zwyczaje, jak małe kina, które grają ciągle ten sam film. Wychowałam się w małym miasteczku pod Warszawą i jako dziecko latałam właśnie do takich kin, bo wtedy one jeszcze istniały. A w Wiedniu to nadal trwa. Jest tu wiele takich miejsc i nie mają one wcale najnowocześniejszego systemu nagłośnienia, a często nawet nachylenia podłogi. Ale za to mają mały bar i można wejść na salę z kieliszkiem prosecco! Kolejna sprawa to wiedeńskie kawiarnie, do których nie idzie się po to, by załatwić jakieś interesy czy pracować, ale po prostu po to, by posiedzieć. To oczywiście nie dotyczy już młodego pokolenia, bo ono rzadko bywa w takich miejscach, natomiast pokolenia średnie i starsze przychodzą do kawiarni właśnie po to, by się odciąć od rzeczywistości, zasłonić się gazetą na specjalnym drewnianym uchwycie, wypić w spokoju kawę; albo żeby się spotkać ze znajomymi i poplotkować. Bardzo rzadko zdarzało mi się widzieć tu – mówimy o czasach sprzed pandemii – kogoś z komórką przy uchu.

Kultowe miejsce: budka z kiełbaskami Bitzinger między Albertiną a operą. (Fot. Getty Images) Kultowe miejsce: budka z kiełbaskami Bitzinger między Albertiną a operą. (Fot. Getty Images)

Nie przypuszczałam, że w historii wiedeńskiej gastronomii jest tylu Polaków. Jerzy Franciszek Kulczycki, założyciel jednej z pierwszych kawiarni w Wiedniu. Franciszek Trześniewski, który w 1902 roku zaczął serwować „otwarte” kanapki (nieprzykryte drugim kawałkiem chleba). Oba nazwiska są tu tak zniekształcane, że długo nie mogłam się domyślić, iż Kulczycki był Polakiem; dopiero kiedy przeczytałam o nim na tabliczce na ulicy jego imienia, gdzie znajduje się też jego urocza statuetka.

Wiedeń jest oczywiście miastem wielu znanych kompozytorów i malarzy, ale po lekturze pani przewodnika zapamiętałam głównie nazwiska kobiece. Przede wszystkim cesarzowa Sisi, ale też Alma Mahler, o której, przyznaję, niewiele wiedziałam, poza tym, że była żoną Gustava Mahlera. Miałam dokładnie tak samo. Anegdota, którą opisuję w książce, jest w stu procentach prawdziwa. Otóż kiedy rodziłam córkę, anestezjolog przed cesarką zapytał mnie, jak będzie miała na imię. Powiedziałam: „Alma”, bo bardzo nam się zawsze podobało to imię. Na co on odparł: „Znaczy po Almie Mahler”. Wiedziałam, że był ktoś taki jak pani Mahler, ale niewiele więcej. Zaczęłam drążyć temat i przekonałam się, że Alma była muzą nie tylko Gustava, ale całego Wiednia, moim zdaniem bardzo nieszczęśliwą kobietą i ofiarą swoich czasów, ale też fascynującą osobą. Urodziła się w świecie mężczyzn i przeżyła w nim całe życie. A w takim świecie kobieta musi być jedynie piękna, aby kogoś skusić. Alma miała wielki talent muzyczny, którego nigdy nie wykorzystała. Mąż po ślubie zakomunikował jej wyraźnie, że od muzyki w rodzinie to jest on. Wiedeń długo był bardzo patriarchalnym miastem, ale powoli to się zmienia. Niedawno mieliśmy wybory samorządowe i było w nich bardzo dużo startujących kobiet.

A w jednej z podmiejskich dzielnic, Aspern Seestadt, wszystkie ulice nazywa się na cześć sławnych wiedenek. To moja ukochana dzielnica Wiednia. Leży nad jeziorem – stąd jej nazwa. Gdyby moje dzieci nie chodziły już do szkoły w innej, daleko położonej części miasta, to chętnie bym się tu przeprowadziła. Cudownie zaprojektowana przestrzeń miejska, a w dodatku, tak jak pani mówi, wszystkie ulice i place, oprócz jednego, mają nazwy na cześć kobiet. Niby drobiazg, ale dla mnie wiele znaczy. Wiedeń zaczyna się robić kobietą. Fajnie jest to obserwować trochę z zewnątrz, bo cudzoziemiec nigdy nie stanie się częścią tego miasta, choćby żył tu długo i miał wielu przyjaciół. Chociaż muszę pani powiedzieć, że moje dzieci czują się wiedeńczykami. Nie czują się Austriakami, którymi zresztą nie są, bo mój mąż jest Węgrem, ale wiedeńczykami – tak.

Wiedeń jest chyba jakimś ewenementem na tle całej Austrii. Zdecydowanie. Wiedeń to nie jest Austria, tak jak Berlin to nie są Niemcy, Paryż to nie jest Francja, ale też Warszawa to nie jest Polska. Wielkie miasta mają jednak swoją specyfikę, a ta Wiednia jest już przecudowna. Od lat 30. XX wieku jest „czerwony”, czyli zawsze wybory wygrywają tu socjaldemokraci, podczas gdy cała reszta kraju jest mniej lub bardziej prawicowa. Przez wieki był stolicą wielkiego imperium i to poczucie wielonarodowości i wielokulturowości pozostało. Tu każdy jest u siebie i na miejscu. Ale też pozostała po tamtych czasach potworna biurokracja. To bardzo otwarte, nowoczesne miasto, także bardzo proekologiczne.

To chyba znak naszych czasów, że bardziej utożsamiamy się z miastami niż z krajami. Też to obserwuję. Zwłaszcza w takim kosmopolitycznym mieście, jakim jest Wiedeń, gdzie naprawdę trzeba się namęczyć, by mieć samych znajomych Austriaków, a wręcz jest to niemożliwe. Kocham to. Już się nie dziwię, gdy słyszę, że ciemny jak heban sprzedawca mówi z rozkosznym austriackim akcentem, którego ja nie jestem w stanie się nauczyć, mimo starań. Jak wiadomo, austriacki to nie niemiecki i Niemcy często się śmieją z Austriaków. Powiedziałabym, że niemiecki tu jest bardziej miękki.

Można go wręcz polubić… No, a poza tym nikt nie zwraca uwagi na błędy. Kiedy tu przyjechałam, mówiłam bardzo słabo po niemiecku i okropnie mnie to stresowało. Jak się okazało, tylko mnie. Do dziś pamiętam, jak nauczycielka moich dzieci mówiła: „Przecież mówisz bardzo dobrze po niemiecku. Rozmawiamy? Rozmawiamy!”.

Stajnia obok budynku Hiszpańskiej Szkoły Jazdy, w samym centrum miasta. Stajnia obok budynku Hiszpańskiej Szkoły Jazdy, w samym centrum miasta.

Chyba najbardziej lubi pani wiedeńczyków za ich dziwactwa. Oj tak! Nie wiem, jak mogłam kiedyś myśleć, że to jest nudne miejsce; sądziłam, że ciekawy to może być Londyn albo Berlin. No, może poza wystawami, bo mają tu naprawdę przednie muzea. Jakże się pomyliłam! Wiedeńczycy są cudownie pokręceni. Trzeba tylko zlizać ten lukier z zewnątrz i przyjrzeć się temu, co pod powierzchnią. Oczywiście na to trzeba trochę czasu. Na przykład mają wielkie upodobanie do makabresek, uwielbiają czarny humor i plotki. Jak twierdzi mój znajomy Radek Knapp, który też jest pisarzem i mieszka tu od 40 lat, wiedeńczyk, jak ma problem, to najpierw idzie do kawiarni, czyta gazetę, pije kawę i liczy na to, że problem się sam rozwiąże.

To prawda, że Wiedeń jest najpiękniejszy w grudniu i styczniu? Zdecydowanie tak. Tutejsze jarmarki bożonarodzeniowe to bombonierka do potęgi entej. Robione z ogromnym przepychem. Co prawda kończą się tuż przed świętami, ale umilają ponury adwentowy czas. Niektóre są turystyczne i tandetne, ale wiele jest naprawdę przepięknych. Naszym ukochanym jest jarmark bożonarodzeniowy przy placu Freyung, niedaleko dawnej dzielnicy żydowskiej, obecnie bardzo ekskluzywnej. Druga rzecz to muzyka – przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą dają tu fantastyczne koncerty w kościołach, dostępne dla wszystkich. A w styczniu przed ratuszem rozkłada się wielkie otwarte lodowisko.

To za rok koniecznie przyjadę. Jak tylko pandemia zluzuje. Właśnie, jak wiedeńczycy sobie z nią radzą? W historii mają doświadczenie hiszpanki, na którą zmarł choćby genialny Egon Schiele, ale też cholery i dżumy, na świadectwo której postawili słynną morową kolumnę. Oni rzeczywiście są w pewnym stopniu zahartowani. Krąży tu obecnie wiele dowcipów na temat pandemii. Bo jak nikomu nie jest do śmiechu, to wiedeńczyk uważa, że właśnie wtedy trzeba opowiedzieć dowcip. Był taki moment, na samym początku, gdy wykupiono wszystko, łącznie z papierem toaletowym, ale to była chwila. Obecnie wszyscy podchodzą do kwestii pandemii ze spokojem. Nosimy maseczki i stajemy w kolejce do piekarni w niedzielę rano w dwumetrowych odstępach – tak, mamy tu piekarnie otwarte w niedzielę, chociaż wszystkie inne sklepy są zamknięte. Nie do końca wiem, czy ten spokój bierze się z pogodzenia z sytuacją, na zasadzie „nie takie rzeczy już przechodziliśmy”, czy z przekonania, że i tak kiedyś wszyscy umrzemy.

Melancholijnie zamyślona śmierć na jednym z największych cmentarzy Europy – Zentralfriedhof w Wiedniu.(Fot. Getty Images) Melancholijnie zamyślona śmierć na jednym z największych cmentarzy Europy – Zentralfriedhof w Wiedniu.(Fot. Getty Images)

A może wiedeńczycy wiedzą, że jak już przyjdzie się im pożegnać z życiem, to spoczną na jednym z tutejszych wspaniałych cmentarzy, pod fantazyjnym nagrobkiem? I będą mieli wyprawiony wystawny pogrzeb. W książce piszę, że wiedeńczycy lubują się w pompie, a trudno o coś bardziej pompatycznego niż wystawny pogrzeb. W tym mieście memento mori trzeba rozumieć raczej jako: „Pamiętaj, że umrzesz, a twoje zwłoki podczas wspaniałego pogrzebu będzie podziwiać pół miasta”. Tak więc to, co pani mówi, wcale nie jest wykluczone. 

Marta Guzowska, pisarka, dziennikarka, archeolożka. Laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru za debiut literacki, kryminał „Ofiara Polikseny”. W Wiedniu mieszka z mężem, dwójką dzieci i psem.

Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Wielka Litera Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Wielka Litera

  1. Styl Życia

Slow travel - sposób na odpoczynek od życia w biegu

Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Choć dziś lokomotywy wyglądają inaczej niż w wierszu Juliana Tuwima, to wagony nadal pełne są interesujących podróżnych. Pociągi dają poczucie wolności, a poza tym są bardziej eko niż samoloty czy samochody – mówi Torbjørn Færøvik, norweski pisarz i propagator slow travel – powolnej podróży koleją. 

Choć dziś lokomotywy wyglądają inaczej niż w wierszu Juliana Tuwima, to wagony nadal pełne są interesujących podróżnych. Pociągi dają poczucie wolności, a poza tym są bardziej eko niż samoloty czy samochody – mówi Torbjørn Færøvik, norweski pisarz i propagator slow travel – powolnej podróży koleją. 

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne) Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne)

Dlaczego wybiera pan slow travel, czyli powolną podróż koleją, skoro samolotem można dolecieć szybciej i więcej zobaczyć w tym samym czasie? Dziś wiele osób lata na przykład na 10 dni do Chin. Nasze życie zmieniło się dramatycznie w przeciągu ostatnich 20–30 lat. Jesteśmy coraz bardziej zagonieni i slow travel jest moim sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. Wyjeżdżam na dwa, trzy miesiące albo nawet na pół roku. Rzeczywiście wielu ludzie podróżuje do Chin na tydzień–dwa, ale jeśli ten czas spędzą głównie w Pekinie, który jest obecnie nowoczesnym, wspaniałym miastem, to tak naprawdę nie poznają Chin. Centrum Pekinu można dziś równie dobrze pomylić z Londynem czy Nowym Jorkiem. W porównaniu ze starym Pekinem (z jego niskimi i szarymi budynkami), który istniał jeszcze, gdy byłem tam w 1974 roku, takie zwiedzanie jest zwyczajnie nudne.

Aby poznać Chiny trzeba podróżować po wsiach. Pojechać pod Wielki Mur, ale zobaczyć też, jak rolnicy pielęgnują stare śliwy. To olbrzymi kraj, prawie kontynent. I jest zróżnicowany jak cała Europa, w której mamy tak odmienne kulturowo państwa, jak Albanię, Polskę czy Francję. Ale rozumiem, że ktoś ma tylko tydzień urlopu i brakuje mu czasu na jeżdżenie do małych wiosek. Może jednak to, co zobaczy, spodoba mu się na tyle, żeby poprosić pracodawcę o dłuższy urlop?

Powolna podróż przygotowuje nas do poznania nowego miejsca? Latanie powoduje, że podróżuje się zbyt szybko: wsiadasz do samolotu w Warszawie i kilka godzin później jesteś w Pekinie. Kiedy przemieszczasz się wolno, widzisz, jak zmienia się nie tylko krajobraz, ale też kultura, ludzie, systemy polityczne. Takie powolne zmiany otaczającego świata są jak aklimatyzacja dla himalaistów – stopniowym przyzwyczajaniem się do warunków.

Poza tym jazda pociągiem to najbardziej socjalizujący sposób podróżowania – poznaje się wiele osób, można z nimi swobodnie porozmawiać, zjeść w wagonie restauracyjnym, tym samym próbując lokalnej kuchni. Jest też bardzo elastyczna – jeśli po drodze spodoba ci się jakieś mijane miejsce, możesz wysiąść na dowolnej stacji. To daje poczucie wolności. W pociągach nie kontrolują bagaży jak na lotniskach, nie trzeba stać aż w takich kolejkach: wystarczy kupić bilet i wsiąść. Znacznie łatwiej czytać w nich książki czy pracować na komputerze. W autobusie lub samolocie jest to trudniejsze. No i jest to również środek lokomocji bardziej ekologiczny niż samochody, autobusy czy samoloty.

W mojej ostatniej książce „Orient Express” opisałem swoją podróż koleją z Londynu aż do Samarkandy. W Europie system kolei jest bardzo rozbudowany, więc można udać się prawie w każdym kierunku. Jest wiele rodzajów wagonów: mniej lub bardziej luksusowe, sypialne – łatwo dobrać właściwy do swoich potrzeb i możliwości.

Czy czasem lata pan jeszcze samolotami? Tak. Nie mogę za każdym razem jechać pociągiem – to zajęłoby mi zbyt wiele czasu. Ale byłem już w Chinach kilka razy koleją: jechałem pociągiem z Oslo, przez Finlandię, Moskwę i Koleją Transsyberyjską. A kiedyś nawet pojechałem śladami Marca Pola: z Wenecji przez Turcję, Iran, Afganistan, Pakistan, Tybet i prowincje tzw. Mongolii Wewnętrznej.

Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock) Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock)

Obecnie fascynująca jest jazda z Wielkiej Brytanii pod kanałem La Manche – podróż z Londynu do Paryża zajmuje dwie i pół godziny. Generalnie uważam, że w Europie podróże koleją są lepsze niż samolotami. Szybkie (na przykład z Paryża aż do Wiednia pociąg jedzie z prędkością 300 km na godzinę, zatrzymując się w głównych miastach) i  nie aż tak drogie. Ale jeśli chce się zakosztować egzotyki, koniecznie trzeba pojeździć po Indiach.

Byłem. Ciekawa przygoda! Czy nadal wywieszają przy wejściach do wagonów listę imienną pasażerów? Tak! Można powiedzieć wiele złego o kolonializmie, ale Brytyjczycy zrobili sporo dobrego dla rozbudowy infrastruktury kolejowej w swoich koloniach. Zwłaszcza w Indiach mają silnie rozbudowaną sieć. I chyba najbardziej staromodną, dużo więcej pasażerów bywa na dachu pociągu niż w jego środku. Wagony są w kiepskim stanie, słabo utrzymywane, więc wypadki zdarzają się często. Jednak mnie nigdy się nie przydarzył, choć jeździłem tam dużo.

Już kilkadziesiąt lat jeździ pan głównie pociągami. Czy ta forma podróżowania jakoś pana zmieniła? W trasie generalnie dużo czytam o przeszłości każdego państwa, przez które jadę. Sądzę, że to jeżdżeniu koleją zawdzięczam lepsze poznanie powiązań między krajami, ich kulturami, wynikające często z przeszłości. To dzięki powolnemu podróżowaniu wciągnęła mnie historia Azji, zwłaszcza Chin. Dziś dostrzegam szerszą perspektywę, bo historia Chin musi być postrzegana przez wpływy Mongolii, Indii czy Japonii.

Lubi pan cytować amerykańskiego powieściopisarza Henry'ego Millera „Celem podróży nie jest określone miejsce, ale nowy sposób postrzegania rzeczy”. Co pan spostrzegł inaczej po dwóch miesiącach spędzonych w Orient Expressie? Mimo że we wszystkich krajach, przez które jedzie pociąg, byłem już wcześniej, w niektórych nawet kilka razy, to przed tą wyprawą musiałem je poznać na nowo. Przeczytałem wiele książek i dzięki tej nowo zdobytej wiedzy obejrzałem muzea, miejsca, zabytki, których wcześniej nie widziałem.

Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne) Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne)

Na przykład Bułgaria, która należy do biedniejszych państw Unii Europejskiej – ma tak bogate zabytki, bo była miejscem, w którym Wschód spotykał się z Zachodem. Podobnie rzecz się ma z Turkmenistanem, o którym wiele osób nawet nie słyszało. A to kiedyś było ważne miejsce na Szlaku Jedwabnym. Wszędzie pozostały zabytki, ruiny, dawne miasta, resztki murów obronnych.

Dzięki slow travel człowiek nie tylko zdobywa wiedzę o nowych kulturach, ale także zyskuje szacunek dla mieszkańców, którzy są przecież częścią historii danego kraju.

Czy zawsze podróżowanie było dla pana takie ważne? Tak, przez całe życie. Pochodzę z małej miejscowości w środkowej Norwegii, zaściankowej i mało otwartej na świat. Moi rodzice przenieśli się do okręgu Oslo, gdy miałem dziewięć lat. Wtedy trafiłem do zupełnie nowego świata... Zacząłem czytać książki o podróżach na Jawę, do Chin, Indii, Afryki. Zafascynowały mnie. Kiedy studiowałem historię w Oslo, zacząłem pracować w agencji informacyjnej, miałem więc okazję jeździć do Azji zawodowo. Później zawsze szukałem pracy, w której mogę łączyć przyjemne z pożytecznym. Teraz mam 72 lata, ale podróżowanie nadal sprawia mi tyle przyjemności, że pracuję dla biura podróży „Escape travel”. Zabieram pojedyncze osoby nad wielkie rzeki: Mekong, Ganges, Jangcy. To jest niezwykle interesujące, bo wszędzie tam, gdzie jest woda, powstały duże cywilizacje: Chiny, Indie, kultura Angkor... Moja matka niedawno zmarła w wieku 104 lat. Żartuję więc, że będę podróżował, aż osiągnę ten sam wiek.

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. Jest autorem 11 książek, po Polsku ostatnio ukazał się reportaż „Orient Express”.

'Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu' Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie \"Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu\" Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie

  1. Styl Życia

Sposób na odpoczynek - 15 ćwiczeń relaksacyjnych

Regularny odpoczynek jest niezbędny do sprawnego funkcjonowania całego organizmu. (Fot. iStock)
Regularny odpoczynek jest niezbędny do sprawnego funkcjonowania całego organizmu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Czy każdy potrzebuje odprężenia? Tak. Nie tylko do walki ze zmorą stresu, ale by pogodnie i zdrowo funkcjonować. 

Spokój jest czymś naturalnym i wszyscy powinniśmy wiedzieć, jak go osiągnąć. Kot po polowaniu nie stosuje żadnych ćwiczeń oddechowych, zwija się w kłębek i śpi. Ptak pewnie nie ma pojęcia o wizualizacji, siada sobie na drucie telefonicznym. A człowiek? No cóż, nie zawsze potrafi się odprężyć. Gdyby umiał, pewnie nie czytałbyś teraz tego artykułu.

Oczywiście, relaks to najlepszy sposób na odstresowanie. Z powodu stałego napięcia psychicznego w naszym organizmie wzrasta między innymi poziom adrenaliny i kortyzolu. Jeśli na krótko – super, bo te hormony dodają nam energii, uodporniają na ból, łagodzą poczucie głodu. Jeśli na długo – gorzej, bo układ immunologiczny zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Zapadamy na infekcje, mamy kłopoty z ciśnieniem krwi, zaburzenia apetytu, problemy ze snem... – można by długo wymieniać. Nic przyjemnego. A relaksacja owszem. Dr Charly Cungi i Serge Limousin, autorzy książki „Jak się relaksować, stosując odpowiednią metodę”, podkreślają, że potrzebują jej nie tylko osoby, które przeżywają trudne chwile. Relaksację powinniśmy stosować niejako prewencyjnie.

„Badania procesów neuronowych wykazały, że nasze szare komórki potrzebują regularnego odpoczynku po to, by wyeliminować niepotrzebne informacje oraz stabilnie i precyzyjnie działać” – tłumaczą.

Człowiek zrelaksowany to człowiek pogodny, dociera do swojej istoty życia i duchowości.
Regularny odpoczynek jest więc niezbędny do sprawnego funkcjonowania całego organizmu. Nie ma jednej metody, która podoba się wszystkim. Taniec, jogging, chi kung, a może któryś z niżej wymienionych sposobów? Najlepiej przetestować wszystkie. A potem te, które najbardziej przypadły nam do gustu i najskuteczniej odprężyły, stosować regularnie, pojedynczo lub w dowolnych kombinacjach. Tak więc do dzieła!

Ćwiczenia relaksacyjne - oddechowe

Gdy jesteśmy zdenerwowani, oddychamy szybko, płytko i na ogół tylko górną częścią płuc. Żeby się zrelaksować, trzeba zrobić dokładnie odwrotnie. Spokojny oddech przeponą wpływa na nerw błędny, który z kolei zwalnia pracę serca, tętno i przynosi ukojenie skołatanym nerwom. Większość ćwiczeń można wykonywać z otwartymi lub zamkniętymi oczami, leżąc, siedząc, spacerując, stojąc w poczekalni u lekarza czy przed wejściem na egzamin – wszędzie tam, gdzie jest nam to potrzebne. Uwaga: oddychamy przez nos!

Uspokajanie oddechu

Wyrównujemy wdech i wydech. Przy wdechu liczymy w myślach do czterech, przy wydechu – również. Po kilku–kilkunastu powtórzeniach powoli wydłużamy wydech: przy wdechu nadal liczymy do czterech, podczas wydechu – do sześciu. Staramy się wydłużyć wydech do ośmiu, ale nie na siłę. Tyle, ile jesteśmy w stanie. Po kilku minutach wracamy do naturalnego rytmu.

Oddech brzuszny

Kładziemy rękę na brzuchu i pilnujemy, by podczas wdechu dłoń się unosiła, a podczas wydechu – opadała. Drugi sposób: siadamy lekko zgarbieni na krześle, chwytając dłońmi siedzisko lub kładąc je pod pośladkami po to, żeby podczas oddechu uniemożliwić ramionom wznoszenie się i opadanie. I również staramy się oddychać przeponą.

Wypuszczanie stresu

Podczas wdechu wyobrażamy sobie, że wdychamy energię, siłę, radość. Wydychając, pozbywamy się toksyn, lęku, zmęczenia, napięcia.

Ogrzewanie powietrza

Wdech: czujemy, jak chłodne powietrze przepływa przez nos i gardło do płuc i brzucha. Wydech:  przez nozdrza wypływa ogrzane powietrze.

Ćwiczenia relaksacyjne - rozluźniające mięśnie

W stresie mimowolnie je napinamy. Dlatego relaks polega na ich rozluźnieniu – wszystkich albo chociaż tych najbardziej napiętych.

– Trzeba zaobserwować, w której części ciała zbiera się stres. Niektórzy marszczą czoło, inni napinają ramiona, jeszcze inni czują napięcie na czubku głowy. Tam właśnie kierujemy oddech – radzi Marta Haskins, która prowadzi specjalne sesje relaksacyjnej jogi w swoim warszawskim studiu Samadhi Joga.

To najprostsza metoda, której możemy poświęcić kilka sekund w stresowej sytuacji. Gdy mamy więcej czasu, warto zafundować sobie dłuższą sesję.

Napinanie i rozluźnianie

Koncentrujemy się na kolejnych partiach mięśni i stopniowo je napinamy (niezbyt mocno), a potem rozluźniamy. Obserwujemy w myślach różnice między tymi stanami. Każdą grupę mięśni napinamy i rozluźniamy tylko jeden raz podczas jednej sesji relaksacji. Początkujący mogą robić powtórki.

Istnieją różne teorie dotyczące tego, które mięśnie napinamy i w jakiej kolejności. Można to robić od największych (mięśnie ud, pośladków, brzucha, ramion) do najmniejszych (twarzy, palców rąk), od góry do dołu, czyli od głowy po stopy, lub w odwrotnym kierunku. Albo skupiać się najpierw na tych częściach, w których czujemy wyraźne napięcie (ramiona, nogi) i przechodzić do tych bardziej rozluźnionych. Z czasem nauczymy się to robić bez napinania mięśni – podczas jednego oddechu.

Pełna koncentracja

Jon Kabat Zinn nazywa ją „skanowaniem ciała”. Skupiamy się po kolei na wszystkich jego częściach, przenosząc naszą uwagę z jednej na kolejną i dokładnie obserwując nasze doznania: chłód i ciepło, ciężar, miejsca, gdzie skóra dotyka tkaniny ubrań lub włosy łaskoczą ucho.

Pogłębienie relaksacji

Można to robić na zakończenie sesji relaksacyjnej albo jako samodzielne ćwiczenie: skupiamy się na splocie słonecznym – miejscu na środku klatki piersiowej, poniżej mostka. Czujemy, jak emanuje z niego ciepło.

Ćwiczenia relaksacyjne - uspokajanie myśli 

Obsesyjne myślenie o tym, co nas martwi, to często jeden z najbardziej uciążliwych objawów stresu. Na szczęście można zapanować nad umysłem.

Liczenie

Na przykład: wdech – 1, wydech – 2, wdech – 3. Albo: wdech, wydech – 1, wdech, wydech – 2... i tak dalej. Gdy dojdziemy do dziesięciu, zaczynamy od początku.

Kontemplacja

Uczymy się na pamięć fragmentu wiersza czy tekstu. Przykład? „Silnik czterosuwowy to silnik spalinowy, którego tłok wykonuje cztery ruchy posuwiste w jednym cyklu roboczym”. Ale mogą być też pierwsze wersy „Lokomotywy” czy „Pana Tadeusza”. Powtarzamy je, wsłuchując się w rytm.

Wizualizacja

Wyobrażamy sobie miejsce, w którym chcielibyśmy się znaleźć: plaża, szum fal, promienie słońca ogrzewające skórę... Albo łąka, pachnące kwiaty, śpiewające ptaki... Im więcej szczegółów dodamy do naszej wizji, tym lepiej. Dobrze, jeśli to miejsce jest nam już znane, ale i tu spróbujmy puścić wodze wyobraźni.

Ćwiczenia relaksacyjne - koncentrowanie się na doznaniach zmysłowych

W stresie często odbieramy tylko kilka bodźców. Zamartwiając się kłopotami w pracy, nie dostrzegamy wielu zapachów, dźwięków i obrazów. Te ćwiczenia pomogą nam znów otworzyć się na doznania zmysłowe.

Piękne widoki, miłe dźwięki

Wybieramy ładny przedmiot lub fotografię. Patrzymy… Po jakimś czasie obraz stanie się niewyraźny. W oczach mogą pojawić się łzy. Nie szkodzi. Po kilku minutach można zamknąć oczy i wyobrazić sobie ten przedmiot. Nie będzie już potrzebny, gdy powtórzymy to ćwiczenie kilkakrotnie, bo przywołamy go z pamięci i poczujemy spokój. Podobnie robimy z ulubioną muzyką, płytami relaksacyjnymi: słuchamy, a potem sobie wyobrażamy.

Wahadełko

To metoda często stosowana w hipnozie. Patrzymy na coś, co rytmicznie się porusza. Wahadło zegara, huśtawka, fale. Możemy po prostu patrzeć albo skupić się na ruchu gałek ocznych lub po jakimś czasie zamknąć oczy. I znowu – po kilku treningach samo wspomnienie wprowadzi nas w stan relaksu.

Przyjemne wibracje

Naśladujemy mruczenie kota albo wybieramy mantrę. Można ją mówić na głos lub w myślach. – Najprostsza to „relaks”. Wdech to „re”, wydech po „laks” – podpowiada Marta Haskins. – Albo słowa z sanskrytu: „soham” – wdech „so”, wydech „ham”. Oznaczają „Ja jestem” i można je interpretować na wiele sposobów lub po prostu poddać się wibracjom.

Zoomowanie

Zaczynamy od nasłuchiwania dźwięków najdalszych, potem coraz bliższych: szum samochodów, kroki na korytarzu, szelest tkaniny, bicie własnego serca. Potem znów przechodzimy do coraz dalszych. Inny sposób: oddzielić dźwięki i wsłuchiwać w nie po kolei, a następnie wybrać jeden, niski, jednostajny i na nim się skupić.

Cudowna kąpiel

Wzmacniamy jej relaksujące działanie, zamykając oczy, koncentrując się na dotyku wody na skórze, odczuwaniu ciepła, zapachu olejku do kąpieli.

  1. Styl Życia

Relaks przed snem - jak się wyciszyć i co robić wieczorem?

Przygotowaliśmy garść przyjemności, które pozwolą wam się w pełni zrelaksować przed snem. (Ilustracja: iStock)
Przygotowaliśmy garść przyjemności, które pozwolą wam się w pełni zrelaksować przed snem. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Co robić przed snem? Jak skutecznie wyciszyć się i zrelaksować? Oto kilka sprawdzonych przez naszą redakcję sposobów: gwiazdy świecące przy twoim łóżku, obłędnie pachnące kosmetyki, odrobina magii i medytacja. Postaw na to, co daje ci radość! 

Co robić przed snem? Jak skutecznie wyciszyć się i zrelaksować? Oto kilka sprawdzonych przez naszą redakcję sposobów: gwiazdy świecące przy twoim łóżku, obłędnie pachnące kosmetyki, odrobina magii i medytacja. Postaw na to, co daje ci radość! 

Magia wokół nas

Trylogia "Odcienie magii" to  seria fantasy, która zachwyci nastolatków i dorosłych. Akcja dzieje się w czterech alternatywnych rzeczywistościach: czterech Londynach. W Białym Londynie ludność stoczyła krwawą walkę o magię. W Czerwonym szanuje się umiejętności magiczne i ludzkie życie. W Szarym Londynie - najbliższym naszej rzeczywistości - magii nie ma wcale, a o Czarnym ludzie boją się nawet mówić. A gdyby tak teraz pomyśleć o swoim mieście w czterech kolorach...?

Trylogia 'Odcienie magii': 'Mroczniejszy odcień magii', 'Zgromadzenie cieni' i 'Wyczarowanie światła', Victoria Schwab, wyd. Zysk i S-ka  Trylogia \"Odcienie magii\": \"Mroczniejszy odcień magii\", \"Zgromadzenie cieni\" i \"Wyczarowanie światła\", Victoria Schwab, wyd. Zysk i S-ka 

Na dobry sen

Motyw rozgwieżdżonego nieba to symbol spokojnej nocy. Nie bez powodu znalazł się na serii produktów marki Tchibo, które mają sprzyjać dobremu odpoczynkowi (uważny obserwator może dostrzec w tym wzorze także konstelacje odpowiadające znakom zodiaku). Nam najbardziej do gustu przypadł dyfuzor, który po wlaniu wody i dodaniu kilku kropli olejku eterycznego, rozpyla zapach w postaci mgły, a do tego mieni się w kilku kolorach. Dzięki niemu poczujesz się zrelaksowana jak nigdy wcześniej.

Dyfuzor zapachowy (139,99 zł) i pościel ze wzmocnionej bawełny 155/220 cm (39,99 zł) - do kupienia na www.tchibo.pl.  Dyfuzor zapachowy (139,99 zł) i pościel ze wzmocnionej bawełny 155/220 cm (39,99 zł) - do kupienia na www.tchibo.pl. 

BIO krem

Inspiracją do stworzenia nowej linii biokosmetyków marki Armona były regiony świata stawiające na czyste środowisko i rozwój zielonych technologii. Stąd w składzie ekstrakty z kory czerwonego klonu, mchu islandzkiego, alg błękitnych i grzybów shiitake. Do tego ciekawie pachną i są przyjazne dla ludzi oraz dla środowiska - ich skład jest w 100 proc. wegański.

Kanadyjski biolifting, biokrem wygładzająco-odżywczy na noc, czarny świerk (50 ml/15,62zł). Kanadyjski biolifting, biokrem wygładzająco-odżywczy na noc, czarny świerk (50 ml/15,62zł).

Medytacja na ekranie

Jeśli postanowiłeś sobie, że w 2021 roku nauczysz się medytować, mamy dla ciebie świetny animowany przewodnik. Narratorem jest Andy Puddicombe - były buddyjski mnich i współtwórca aplikacji do medytacji Headspace. Każdy z ośmiu 20-minutowych odcinków przedstawia jedną technikę mindfulness i kończy się wspólną medytacją prowadzoną przez Andy'ego. Relaksacji i skupieniu sprzyjają dodatkowo barwne rysunki.

Animowany przewodnik o medytacji 'Headspace: medytacja' dostępny jest na platformie Netflix.  Animowany przewodnik o medytacji \"Headspace: medytacja\" dostępny jest na platformie Netflix. 

SPA w domu

Aromat kokosa, migdała, kawy lub gorzkiej czekolady, pozostające długo na skórze, ale też unoszące się w domu - to tylko jeden z efektów stosowania kosmetyków z serii Baltic Home SPA Wellness marki Ziaja. Emolienty w połączeniu z olejem migdałowym i płynnym masłem shea tworzą idealną pielęgnacyjną kompozycję, a wegański skład i wyjątkowo przyjemna konsystencja wprawiają w doskonały nastrój.

Ziaja Baltic Home SPA Wellness: żel pod prysznic (500 ml/12,30 zł), dwufazowy płyn myjący do kąpieli (500 ml/15,30 zł), odżywczo-nawilżający krem do ciała (300 ml/19,90 zł). Ziaja Baltic Home SPA Wellness: żel pod prysznic (500 ml/12,30 zł), dwufazowy płyn myjący do kąpieli (500 ml/15,30 zł), odżywczo-nawilżający krem do ciała (300 ml/19,90 zł).

  1. Styl Życia

Jak uzdrawia spacerowanie?

Chodzenie to lek na wiele dolegliwości. (Fot. iStock)
Chodzenie to lek na wiele dolegliwości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Niby nic. Stawiasz krok za krokiem, a korzyści są nieocenione. Nie tylko dla zdrowia. Podczas spaceru możesz medytować, praktykować uważność, otworzyć się na inspirację.

Dla zdrowia

Spacerowanie sprzyja sprawnemu działaniu układu sercowo-naczyniowego, zapobiega chorobom cywilizacyjnym, wzmacnia stawy, mięśnie i system odpornościowy, poprawia jakość snu, przyspiesza metabolizm i usuwanie toksyn, pomaga dotlenić organizm, zachować mobilność, no i prawidłową wagę.

Są też korzyści dla psychiki. Obniża się poziom stresu, uwalniają hormony szczęścia. Poprawia się koncentracja i myślenie. Następuje odświeżenie umysłu, swoisty reset, a to sprzyja stanom spokoju, otwartości, nowym rozwiązaniom.

By spacerować, nie potrzebujesz sprzętu, trenerów, sali czy specjalnych warunków atmosferycznych. Z nikim nie rywalizujesz. Nie grożą ci kontuzje. Podążasz za ciałem, z łatwością dopasowujesz „trening” do własnego harmonogramu. Warto zadbać o regularność (niektórzy mówią o co najmniej trzech godzinnych spacerach w tygodniu, inni o pięciu półgodzinnych). I o to, by poruszać się dość dynamicznie. Sprawdź – to nic nie kosztuje, a zmiana w samopoczuciu może być znaczna.

Lekarze z Szetlandów w Szkocji mogą (w ramach brytyjskiego programu prozdrowotnego) przepisywać spacery na receptę.

Forma medytacji

Spacery to też znakomity sposób na ćwiczenie uważności. Polecają je nauczyciele mindfulness. „Medytacja w marszu służy odczuwaniu przyjemności chodzenia. Nie dojścia, lecz właśnie chodzenia. Celem jej jest bycie w chwili, świadomość oddechu i marszu, satysfakcja płynąca z każdego postawionego kroku” – tłumaczy Thich Nhat Hanh w książce „Każdy krok niesie pokój”.

Mnich zaleca, by podczas spacerów medytacyjnych odstawić na bok przeszłość i przyszłość. Poruszać się nieco wolniej niż zwykle i koordynować oddech ze stawianymi krokami (jak w ćwiczeniu obok). „Jeśli idąc, czujesz się szczęśliwy, spokojny i wesoły, to znaczy, że praktykujesz właściwie” – zapewnia.

„Bądź świadom kontaktu stóp z ziemią. Chodź tak, jakbyś stopami składał na niej pocałunki” – prosi nauczyciel. Twierdzi, że w ten sposób zasiewamy ziarna radości i pokoju.

Rytuał geniuszy

Aktywności, podczas których poruszamy się w określonym, monotonnym rytmie, takie jak jazda na rowerze czy właśnie chodzenie, sprzyjają kreatywności.

Wiedzieli o tym wybitni pisarze, dla których przemierzanie przestrzeni wiązało się z wytchnieniem i inspiracją. Weźmy Charlesa Dickensa – chodził nie tylko dużo, ale też bardzo szybko. Wiele wskazuje na to, że dziennie pokonywał około 20 kilometrów w dwie i pół godziny! Podczas przechadzek gromadził pomysły do swoich powieści. Virginia Woolf uwielbiała spacerować po Londynie, układając w głowie zdania i historie, a w trudnych chwilach potrafiła stwierdzić: „Muszę pozbyć się tego nastroju za pomocą spaceru po wzgórzach”.

Zwykliśmy mówić, że z problemami trzeba się przespać. Ale możemy je też rozchodzić.