1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Misy z misją. O terapii dźwiękiem opowiada dźwiękoterapeutka

Monika Doroszkiewicz, dźwiękoterapeutka, prowadzi sesje masażu dźwiękiem w Gabinecie Masuje Misami. Poza tym pracuje z podopiecznymi Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko”, w Polskim Stowarzyszeniu na rzecz Osób z Niepełnosprawnościami Intelektualnymi, w domach spokojnej starości, DPS-ach oraz w szkołach i przedszkolach. (Fot. archiwum prywatne)
To, co nieznane, a dla wielu taka jest jeszcze dźwiękoterapia, zwykle budzi niepokój, więc byłam nazywana szamanką albo panią od misek – mówi Monika Doroszkiewicz. Dzięki jej staraniom praca dźwiękoterapeuty zyskała status zawodu.

Muzykę chyba masz w genach. Zanim zostałaś dźwiękoterapeutką, prowadziłaś rodzinną szkołę tańca.
Muzyka towarzyszyła mi od dziecka, bo moja mama była nauczycielką tego przedmiotu. Nie poszłam w jej ślady, chociaż ona bardzo się starała, żeby tak się stało. Muzyka, ale już zupełnie inna, wróciła do mnie, kiedy mama zmarła. Byłam w takim momencie życia, że nie wiedziałam, co robić. Straciłam pracę, cierpiałam na bezsenność… I wtedy przyszła do mnie dziewczyna z misami, ubrana w jakąś biznesową garsonkę, w sposób zupełnie niepasujący do tego, czego się spodziewałam. Okazało się, że jest dyrektorem w korporacji, a misami zajmuje się hobbistycznie. Gdyby miała na sobie ezoteryczne fatałaszki, tobym nie dała się przekonać, bo wtedy docierały do mnie rzeczy ze sfery duchowej.

Kiedy zrobiła mi pierwszy raz masaż dźwiękiem, przeżyłam mistyczne doświadczenie. Zrobiło mi się tak lekko, tak dobrze, chciałam tak się czuć przez cały czas. Po długich miesiącach ścisku w ciele, ogromnego napięcia, ciągłego gadania w głowie: „Co to będzie? Co to będzie?”, nagle pojawił się stan ulgi, wyzwolenie od cierpienia. Przedziwne wyzwalające przeżycie.

Na czym to polegało?
Kiedy ta dziewczyna uderzyła misę pałeczką, poczułam, jak przechodzi przeze mnie prąd, który wychodzi mi palcem stopy i włosami. To było niesamowite, jak to przeze mnie przeleciało! Pytałam, co to jest, ale ona nie potrafiła tego racjonalnie wytłumaczyć. Zaczęła opowiadać o czakrach, a ja kompletnie nie wiedziałam, o czym mówimy, i tym bardziej mnie to zaciekawiło. Postanowiłam dociec, co się ze mną stało w tamtym momencie. Zapisałam się na wszystkie kursy, jakie były dostępne w Polsce 12 lat temu, ale ciągle mi było mało, chciałam się dowiadywać o tych dźwiękach więcej i więcej.

Zaczęłam interesować się fizyką kwantową, szukałam różnych źródeł wiedzy. I okazało się, że na świecie jest mnóstwo ludzi, zarówno zachodnich lekarzy czy wschodnich uzdrowicieli, którzy badają wpływ dźwięków na ludzki organizm. Wiedza o świecie wibracji i dźwięków mis czy gongów pochodzi przede wszystkim z takich krajów, jak Nepal, Indie, Japonia, Chiny. Tam się je produkuje, często w małych rodzinnych manufakturach wystukuje młoteczkami podczas pełni Księżyca. O misach mówi się, że są tybetańskie, a one z Tybetem nie mają nic wspólnego. To był chwyt marketingowy z lat 60., kiedy hipisi podróżujący po tamtejszych klasztorach, odkryli misy, ale zupełnie inne niż te do masażu dźwiękiem.

W rezultacie swoich poszukiwań przeprowadziłaś się z Katowic do Krakowa i razem z gabinetem otworzyłaś nowy rozdział życia.
Tak, i szybko zbankrutowałam. Nikt mnie tu nie znał i chociaż wydawało mi się, że ludzie przyjdą do mnie z ulicy, trudno mi było zarobić na czynsz. I wtedy na mojej drodze pojawiła się osoba, która zaproponowała mi, żebym robiła sesje dźwiękami w Fundacji Anny Dymnej. Przez półtora roku byłam tam wolontariuszką i mimo kryzysu finansowego był to dla mnie cudowny czas. Miałam możliwość obserwować oddziaływanie dźwięków na innej grupie społecznej, na osobach, które intelektualnie są niepełnosprawne. Zafascynowało mnie, jak one na to reagują, jak to lubią, jak po każdej sesji pytają, czy ja na pewno przyjdę za tydzień. To mi dodawało otuchy i sprawiało, że funkcjonowałam na dość wysokich wibracjach. Teraz już wiem, że kiedy dajemy komuś coś bezinteresownie, czujemy więcej miłości do siebie, i to nas wznosi.

Cieszę się, że wtedy rozpoczęłam tę przygodę i ona nadal trwa, z tym że pałeczkę przejęło dwoje moich pracowników. Zatrudniam obecnie cztery osoby, troje z niepełnosprawnościami. Wyszkoliłam niewidomą dziewczynę, która robi grupowe sesje dźwiękowe z seniorami, i świetnie sobie radzi. Teraz widzę sens w tym, że mój pierwszy gabinet upadł, bo pewnie siedziałabym w nim i nie miałabym możliwości jeździć po tych wszystkich miejscach: domach opieki społecznej, żłobkach, przedszkolach czy fundacjach i budować doświadczenie. Teraz gdy jakieś drzwi się zamykają, wiem, że trzeba przygotować się na coś nowego, coś większego, coś lepszego. Nasi podopieczni często do mnie dzwonią i dziękują, bo dźwięki odmieniły ich życie.

Inne trudne doświadczenie, czyli lockdown podczas pandemii, zaprowadziło Cię do kolejnego etapu?
W czasie pandemii z dnia na dzień zostałam odcięta od swoich wszystkich źródeł przychodów, ponieważ placówki, do których jeździłam, zostały zamknięte. Poczułam lekką panikę, z czego wypłacę pensje pracownikom. Żeby nie wpaść w destrukcyjne myśli, postanowiłam ten czas wykorzystać kreatywnie i zawalczyć o nową kwalifikację zawodową, dzięki której dźwiękoterapeuci będą mogli mieć swój numer, zdawać egzamin ministerialny i otrzymywać zaświadczenie, że wykonują taki zawód.

Wiem, jakie to ważne, sama byłam nazywana szamanką lub panią od misek, bo to, co nieznane, a taka jest jeszcze dla wielu osób dźwiękoterapia, zwykle budzi niepokój. Teraz sprawa jest już na ostatniej prostej, czekamy na wpis do Monitora Rządowego. Nie było jednak łatwo, bo najpierw musiałam powołać zespół ekspercki, żeby merytorycznie w ministerialnych papierach przedstawić wiedzę z zakresu fizyki kwantowej i duchowości. Ciężko nad tym pracowaliśmy z panią doktor Nelly Radwańską, fizykiem Rafałem Cichy-Choroniewskim, a także przy wsparciu zespołów z Instytutu Badań Edukacyjnych i Zintegrowanego Systemu Kwalifikacji, ale się udało.

Moją nową drogą jest promowanie tej formy terapii, włączanie jej w inne różne terapie, w tym m.in. szkolenie personelu medycznego, pracowników z ośrodków dla dzieci z niepełnosprawnościami, psychologów. Moja firma jako pierwsza w Polsce będzie wydawać certyfikaty ministerialne, będziemy też pomagać ludziom otrzymywać dotacje.

Czujesz, że to jest Twoja misja?
Jeśli nie widziałabym w tym misji, toby mnie to tak nie kręciło. Nie lubię rutyny, u mnie musi być coś, co mogę jeszcze odkryć. Chciałabym jak najwięcej eksplorować i dzielić się z tymi, którzy nie doszli jeszcze do tego momentu, ale poszukują, chcą coś zmienić w życiu. Jeśli dzięki mojej działalności ktoś może stać się szczęśliwszym człowiekiem, bardziej polubić siebie, to jest to dla mnie największa radość. Jestem z siebie dumna, że się nie poddałam i że byłam tak bardzo zdeterminowana. Dzisiaj wiem, że przeciwności losu wcale nie były przeciwnościami. One po prostu odpowiadały mojemu poziomowi świadomości, kiedy działałam z poziomu lęku.

Zauważyłam, że na jakość sesji dźwiękoterapii wpływa też to, jak czuje się prowadzący. Zasada jest taka, że jak czuje się źle, to nie może prowadzić takiej sesji. Musi siebie najpierw „dowibrować”, sprawić, że poczuje się dobrze, szczęśliwie i dopiero może zagrać ludziom. Wtedy gra z inną energią, i to czuć. Wiem, że muszę się czuć pełna miłości i radości, bo żeby dać coś komuś, sama muszę tym dysponować. Mam swoje codzienne rytuały, które wykonuję obowiązkowo, tak jak prysznic. Każdego dnia na przykład medytuję z dźwiękiem, stawiając sobie misę na splot słoneczny. Cudownie byłoby, gdyby każdy miał taką misę w domu i mógł samodzielnie pracować z dźwiękiem. Jest dużo różnych trików, dzięki którym można poprawić jakość życia.

Czy dźwiękoterapia jest tym samym co muzykoterapia?
Dużo wiemy na temat muzykoterapii, na przykład o tym, że utwory barokowe powodują szybsze przyswajanie wiedzy przez mózg. Dźwiękoterapia to jednak coś zupełnie innego. Polega na dekonstrukcji muzyki i oddziaływaniu czystym żywym dźwiękiem. Fale dźwiękowe są emitowane przez instrumenty wibroakustyczne, a następnie przenoszone przez powietrze docierają do naszego ciała. Można powiedzieć, że ciało człowieka samo jest instrumentem, a nawet całą orkiestrą, dlatego że każdy organ ma inną częstotliwość: serce, wątroba, krew, kości. Kiedy cierpimy, stresujemy się, mamy traumatyczne przeżycia – wibracje w ciele się zmieniają. Terapeutyczne dźwięki dostrajają nasz organizm do optymalnego stanu, a mózg pod ich wpływem odpoczywa, ponieważ fale mózgowe wydłużają się, spowalniają, wchodzimy w stan alfa i theta, w stan pół jawy, pół snu.

Dźwiękoterapia może odbywać się w różnych formach. Jedną z nich jest masaż dźwiękiem, a dokładniej masaż misami. Ustawia się je w odpowiednich miejscach na ciele i uderza się pałeczką, przez co wprowadza się misy w drgania, które „wykonują” nam dogłębny komórkowy masaż.

Druga forma to sesja relaksacyjna, która może być indywidualna lub grupowa. Oprócz mis używa się na niej gongów, dzwonów rurowych, mis, trójkątów i harf kryształowych, kamertonów, dzwonków koshi, didgeridoo. To wszystko są wibroakustyczne instrumenty, które wytwarzają wibracje i działają terapeutyczne. Ludzkość od dawna wykorzystuje je w swoich uzdrawiających rytuałach. Najdłuższą historię terapeutyczną ma didgeridoo. Jeszcze jako lud wędrowny Aborygeni zauważyli gałęzie i konary wydrążone przez termity, do których wpływa, a następnie z których wypływa wiatr, wydając dźwięki. I odkryli, że to ich uspokaja.

Fenomen dźwięków polega na ich prostocie. Nie trzeba uczyć się melodii, grać z nut. To granie intuicyjne, tworzenie muzyki na żywo, improwizacja muzyczna. Za każdym razem koncert jest inny.

Przeszłaś długą drogę od osoby, która miesiącami cierpi na bezsenność, do kobiety, która codziennie wprawia się w stan radości i szczęścia, żeby dawać je innym.
To się nie stało za pstryknięciem palca. I ten proces doskonalenia wciąż trwa. Przede wszystkim dbam o higienę umysłu – medytuję i stosuję techniki uważności, czyli patrzę, co się pojawia w mojej głowie. Jeśli są to destrukcyjne myśli, wspomnienia, które nie są dla mnie korzystne, mówię im: „Aha, widzę was” i w tamtą stronę już nie idę, tylko przekierowuję uwagę. Podejmuję decyzję, że to ja rządzę.
Zmieniłam się nie tylko ja, ale i ludzie wokół. Starzy znajomi odeszli, zrobili miejsce dla nowych, z którymi rozmawiamy tym samym językiem, językiem miłości.
Jeśli wibrujemy wysoko, spotykają nas dobre rzeczy. To jest najpiękniejsze doświadczenie, jakie może człowieka spotkać. Nawet te trudności, które czasem się jeszcze pojawiają, nie mają takiego znaczenia; nie dotykają mojego wnętrza.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze