1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kobiety i mężczyźni za kierownicą. W czym się różnimy?

Kobiety i mężczyźni za kierownicą. W czym się różnimy?

Różnice między płciami ujawniają się już podczas kursu na prawo jazdy. Kobiety przystępują do niego, mając zwykle przeświadczenie, że będą dobrymi kierowcami, ale muszą się wiele nauczyć. A mężczyźni często już po kilku godzinach jazdy myślą o sobie „jestem świetny”. (Fot. iStock)
Różnice między płciami ujawniają się już podczas kursu na prawo jazdy. Kobiety przystępują do niego, mając zwykle przeświadczenie, że będą dobrymi kierowcami, ale muszą się wiele nauczyć. A mężczyźni często już po kilku godzinach jazdy myślą o sobie „jestem świetny”. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Kobiety prowadzą spokojniej i mniej twórczo. Mężczyźni bardziej wierzą w swoje siły i pewniej czują się na drodze. Ale niezależnie od płci budzi się w nas czasem agresywny władca szos. Jak go wygonić zza kółka?

Równouprawnienie na drodze? Jak najbardziej. Zwłaszcza jeśli oznacza odrzucenie stereotypów w stylu: „baba za kierownicą równa się nieszczęście”. Dziś już nikogo nie dziwi widok kobiety wiozącej swojego męża i dwójkę dzieci na wakacje czy drobnej brunetki za kierownicą ciężarówki. Co nie oznacza, że kobiety w niczym nie różnią się w tej dziedzinie od mężczyzn. Wprost przeciwnie. Według policyjnych statystyk, nadal jeżdżą bardziej asekuracyjnie niż mężczyźni, ale bezpieczniej. Bo czy tego chcemy, czy nie, na ulicach rządzi nami bardziej biologia niż rozum.

Ryzykanci kontra grzeczne dziewczynki

Różnice między płciami ujawniają się już podczas kursu na prawo jazdy. Kobiety przystępują do niego, mając zwykle przeświadczenie, że będą dobrymi kierowcami, ale muszą się wiele nauczyć. A mężczyźni?

– Często już po kilku godzinach jazdy myślą o sobie „jestem świetny”, bo im samochód nie gaśnie – śmieje się Jolanta Szulecka, instruktorka nauki jazdy, właścicielka Ośrodka Szkolenia Kierowców „Mustang” w Warszawie. – Najzabawniejsze, że auto nie gaśnie, bo ja im pomagam. Ale oni w to nie wierzą. Miałam kiedyś ucznia, który był tak przeświadczony o swoich umiejętnościach, że po szóstej godzinie jazdy poprosił mnie o egzamin. To niebezpieczne, gdy samoocena i samopoczucie nie przekładają się na rzeczywistą sprawność – komentuje.

Mężczyźni mają też o sobie jako o kierowcach zwykle lepsze zdanie niż kobiety. Panie są bardziej pokorne. Po zdanym egzaminie jeżdżą przez jakiś czas z duszą na ramieniu, czują się dość niepewnie, nie lubią zostawać same w samochodzie. Mężczyźni zaś cieszą się, że pozbyli się instruktora, nikt i nic ich nareszcie nie ogranicza. Mogą na przykład puścić sobie muzykę, którą lubią, i w drogę...

– Różnimy się przede wszystkim pod względem stosunku do ryzyka – mówi Szulecka. – Mężczyzna podejmie je od razu, zaryzykuje. Kobieta nie. On pójdzie na żywioł, ona się dwa razy zastanowi, zanim się na coś porwie. On będzie dumny, że w trzy godziny dojechał z Warszawy do Gdańska, choć wielokrotnie był na granicy ryzyka. Ona wybierze jazdę bezpieczną, choć o godzinę dłuższą.

Jednego panie mogłyby panom pozazdrościć: radości za kółkiem. Mężczyźni na ogół jeżdżą swobodniej, żywiołowo, spontanicznie, czyli bardziej twórczo. Kobiety też lubią prowadzić auto, ale robią to bardziej schematyczne i zachowawczo. Jeżdżą tak, jak je nauczono na kursie. Rzadko interpretują przepisy, raczej się do nich stosują. Nie kombinują, jak wykonać „bandycki”, lecz skuteczny manewr na drodze, żeby na przykład ominąć długi korek. A nawet jeśli wymyślą jakiś sposób, rzadko zdobywają się na jego realizację.

Jeśli ktoś jedzie pod prąd i jeszcze na nas trąbi, to na sto procent za kierownicą samochodu nie siedzi kobieta. Tylko mężczyzna może wpaść na taki pomysł i mieć odwagę wykonać manewr w stylu: przejedzie kawałek po chodniku, kawałek pod prąd, potem wymusi pierwszeństwo i… ominie korek. Kobieta będzie grzecznie stała. I to wcale nie dlatego, że jest bardziej praworządna, raczej dlatego, że jest mniej pewna siebie. Czegoś się przecież trzeba trzymać...

– Kulturowo kobiety nie były wyznaczone do podejmowania decyzji, tylko do poddawania się decyzjom mężczyzn – tłumaczy Małgorzata Zaryczna, psycholożka i terapeutka. – Dziś wciąż jeszcze wiele pań robi prawo jazdy „do szuflady” albo jeździ tylko po zakupy, ewentualnie zawozi dzieci do szkoły. I tyle. Nadal uważamy, że droga to domena mężczyzn. Nic dziwnego, że kobiety czują się za kierownicą mniej pewnie. Więc kiedy zdarzy się w drodze sytuacja stresowa, myślą gorączkowo: „O Boże, co ja mam robić?!”. Po czym postanawiają: „Zrobię, jak każą przepisy”.

– Na łamanie przepisów pozwalają sobie czasem kobiety, które się bardzo dobrze czują za kierownicą – przyznaje Jolanta Szulecka. – Ale i tak robią to z ogromnym poczuciem winy.

Mężczyzna jest przewodnikiem stada, samcem, więc w trudnej sytuacji od razu włącza mu się myślenie: „nieważne przepisy, ja muszę to jakoś rozwiązać”. Jedno trzeba przyznać: rzeczywiście w sytuacjach stresujących mężczyźni statystycznie mają lepszą orientację w terenie niż kobiety. Jest to związane z różnicami w organizacji mózgu. Są też bardziej zdecydowani, szybciej potrafią oszacować sytuację i podjąć błyskawiczną decyzję.

– Powtarzam moim uczennicom, że w samochodzie nie możemy być stuprocentowymi kobietami – przyznaje Szulecka. – Musimy wykrzesać z siebie parę męskich cech: nauczyć się szybkiego podejmowania decyzji, zaplanować trasę i strategię jazdy, a nie w ostatniej chwili zastanawiać się: „co ja robię na tym skrzyżowaniu?!”. Kobieca tendencja do zastanawiania się nad posunięciami uniemożliwia szybką reakcję. Trzymanie się przepisów zwalnia z kolei z obowiązku szukania wyjścia i dokonywania natychmiastowych wyborów. Łatwiej jest zadziałać według reguł, niż je na szybko ustalić. Bo wtedy nie trzeba samej oceniać sytuacji, kalkulować ryzyka, po prostu twórczo rozwiązywać problemu…

Prawdą jest jednak, że choć mężczyzna szybko decyduje, to nie zawsze dobrze. Gdyby się pokusić o zajrzenie w statystyki, więcej wypadków powodują mężczyźni niż kobiety. Panie są wprawdzie mniej twórcze za kierownicą, ale bardziej odpowiedzialne, a to przekłada się na bezpieczeństwo. Być może jeżdżą z mniejszą swadą, bo na tylnym siedzeniu wiozą dzieci?

 

Anonimowi, wściekli i źli

Jest jednak coś, co łączy obie płcie: skłonność do agresji. Teoretycznie agresja jest domeną mężczyzn, ale na drodze panie wcale im nie ustępują. Różnią się tylko sposobem jej okazywania. Ta męska jest bardziej raptowna. Mężczyzna opuści szybę i zwymyśla drugiego kierowcę. Pokaże parę obraźliwych gestów, ciskając przy tym przekleństwa. Czasem wjedzie komuś przed nos i gwałtownie zahamuje, a nawet zatrzyma samochód i pójdzie się kłócić. Może też uciec się do przemocy fizycznej. Kobieta z kolei unika bezpośredniej konfrontacji. Raczej błyśnie światłami, użyje klaksonu, zajedzie drogę, a jeśli jest bardzo zdenerwowana – pokaże trzeci palec. Jednak nie zrobi nic, co by zahaczało o bezpośrednią przemoc.

Dlaczego na drodze zachowujemy się agresywnie? Bo jesteśmy anonimowi, choć niekoniecznie za zaciemnionymi szybami. W samochodzie jesteśmy odcięci od tego, co na zewnątrz, dlatego nasze frustracje mają większe pole do popisu. Im mniej nas widać, tym czujemy się bardziej anonimowi i mamy mniejszą kontrolę nad swoimi zachowaniami.

– Możemy mignąć światłami, oślepić innego kierowcę, zatrąbić, najechać na tylny zderzak, zahamować przed maską i… bezkarnie pojechać dalej – uważa Zaryczna. – Nikt przecież nic z tym nie zrobi, nie będzie nas gonić, nie zapisze naszych numerów. Najwyżej będzie klął pod nosem. Ta anonimowość napędza nas i nakręca. Podobnie jest w Internecie: tu też rodzi bezkarność i sprawia, że pozwalamy sobie na pisanie o innych krytycznie, a nawet bezlitośnie.

Coś w tym jest. Kiedy jedziemy komunikacją miejską, gdzie mamy bezpośredni kontakt z otaczającymi ludźmi, zachowujemy się bardziej „cywilizowanie”. Bo tu ktoś może odpowiedzieć, oddać zniewagę, popchnąć, ale przede wszystkim tu stoi się z innymi twarzą w twarz, patrzy komuś w oczy, a to poskramia reakcje. Natomiast karoseria jak rycerska zbroja oddziela kierowcę od innych, skrywa, chroni, pozbawia cech charakterystycznych. Dzierżąc kierownicę, dzierży władzę, a więc rośnie w siłę i znaczenie.

Gdy inni kierowcy działają na nerwy…

Ale to nie prowadzenie samochodem przemienia kierowcę z doktora Jekylla w Mr Hyde’a. Agresja i frustracja są już w nim zanim zatrzaśnie drzwi auta. Bo a to szef go zdenerwował, a to żona zrzędziła, koleżanka w pracy rozczarowała – wtedy nie wybuchnął, stłumił odruch, a złość… wsiadła z nim do samochodu.

– Z władzą i anonimowością nie trzeba mieć cech psychopaty, żeby pozwolić sobie na niepokojące zachowania czy dojście do głosu zduszonym emocjom, których normalnie człowiek do siebie nie dopuszcza– tłumaczy psycholożka.

Wzbieranie i uzewnętrznianie trudnych emocji wzmagają trudne warunki na drodze. Mniej prawdopodobne, że uczestnicy ruchu będą się agresywnie zachowywać, gdy nawierzchnia jest gładka, pogoda sprzyjająca i wszystko idzie sprawnie. Taka jazda może wręcz relaksować. Ale na polskich drogach to raczej rzadkość. Prędzej spotkamy się z korkami w godzinach szczytu, dziurami w asfalcie, fatalnie zorganizowanymi objazdami, bezmyślnie postawionymi tablicami informacyjnymi i pieszymi przemykającymi na czerwonym świetle lub w miejscach niedozwolonych.

– Nawet największa wściekłość przechodzi, jeśli są ku temu warunki – mówi Zaryczna. – Ale gdy do już kiepskiego nastroju dodamy jazdę w korku, gdzie wszyscy trąbią i zajeżdżają drogę, to nie ma co liczyć na poprawę humoru. Czujemy się bezsilni, a to jeden z najtrudniej tolerowanych stanów emocjonalnych. I przepis na wybuch agresji gotowy.

Jak nie dać się emocjom?

  • Nie oceniaj. Na drodze o wiele częściej czyha pokusa wcielenia się w surowego sędziego. Momentalnie ocenić przytomność umysłu, a czasem nawet poziom inteligencji innych uczestników ruchu, a może nawet dać im nauczkę. Zwłaszcza drogowym ślamazarom. W ten prosty sposób można podreperować swoją samoocenę. Tylko skąd pomysł, że mam prawo oceniać, a potem karać lub nagradzać innych?– Trochę winne są media lansujące pogląd, że za kierownicę powinni wsiadać najlepsi – mówi Szulecka. – Kierowcy chcą, by wszyscy włączyli się w ten nurt sprawnej, szybkiej, agresywnej jazdy. Nie wolno hamować biegu, spowalniać; każde wyłamanie się budzi sprzeciw. A przecież trzeba tolerować słabszych. Człowiek, który jedzie wolniej, nie musi być zaraz idiotą, może: mieć zwyczajnie gorszy dzień, być zmęczony, nie znać okolicy i szukać ulicy, w którą ma skręcić. A może nie spojrzał na znak i nie jest pewien pierwszeństwa, a nie chce ryzykować. Bądźmy raczej wdzięczni za to, że zachowuje się ostrożnie, bo jeśli spowoduje wypadek, my także na tym możemy ucierpieć. A więc dbając o swoje, dba także o nasze bezpieczeństwo.
  • Nawiąż bezpośredni kontakt. Jolanta Szulecka mówi swoim uczniom, że jeśli chcą się z kimś identyfikować, niech omijają grupę agresorów. Lepiej się utożsamiać z tymi, którzy nawiązują przyjazny kontakt, uśmiechają się, wpuszczają na pas lub dziękują za wpuszczenie. – Na szczęście od lat obserwuję, że uprzejmość polskich kierowców rośnie, a grupa tych agresywnych zmniejsza się – twierdzi instruktorka. – Częściej myślimy: dziś ja kogoś wpuszczę, jutro ktoś wpuści mnie. Sama, gdy chce wjechać przed innego uczestnika ruchu, nawiązuje z nim kontakt wzrokowy, podnosi dłoń i prosi o wpuszczenie na pas. „Przysuwa się” odrobinę do drugiego samochodu, z włączonym kierunkowskazem, by kierowca wiedział, o co jej chodzi, ale nie zajeżdża mu drogi. I dziękuje z góry. – Niezwykle rzadko spotykam się z negatywną reakcją – komentuje.
  • Bądź życzliwy. Jeśli potraktujesz drugiego kierowcę „z góry” i krzykniesz np.: „baranie, jak jedziesz?!”, to wcale nie znaczy, że tamten dojdzie do wniosku, że chyba rzeczywiście powinien się poduczyć, lecz zareaguje podobnie i odkrzyknie: „sam jesteś baran, zapisz się na kurs!”. Zaciśnięcie pięści, inwektywy, agresja sprawiają, że w odpowiedzi dostajesz dokładnie to samo. Podobnie jest z uśmiechem. Życzliwość wybija agresji broń z ręki.
  • Nie pozwól, by udzieliły ci się negatywne emocje. – Zdarzyło mi się kilka razy, że ktoś wyskoczył z samochodu, pieklił się, pokazywał trzeci palec – wspomina instruktorka. – W takiej sytuacji nie należy się podłączać do jego wściekłości i nakręcać samemu. Lepiej po prostu poczekać, aż uzna, że pora zakończyć występ.
A gdy spotkamy pirata drogowego? Wtedy nie ma czasu na perswazje. Co zrobić?
  • Zejdź agresorowi z drogi. Nie wiadomo, czy pirat drogowy jest pijany, wściekły czy zwyczajnie agresywny – zresztą to bez znaczenia. Trzeba zadbać o bezpieczeństwo swoje, pasażerów i auta. Może ta osoba ma powody, żeby się tak zachowywać? – Może to ktoś, kto ma obok siebie rodzącą kobietę i pędzi do szpitala? Nie wiesz przecież, czemu się tak spieszy – mówi Małgorzata Zaryczna. – Spróbuj sobie wyobrazić trzy powody, dla których tak pędzi. Im śmieszniej, tym lepiej, bo to rozładuje napięcie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Rodzaje i skutki stresu - co dzieje się z ciałem?

Stres mobilizuje nas do działania, podnosi poziom energii, stymuluje rozwój. Niestety, w dzisiejszych czasach nadmiar stresu, a może raczej nieumiejętność jego rozładowania, obraca się przeciwko nam. (fot. iStock)
Stres mobilizuje nas do działania, podnosi poziom energii, stymuluje rozwój. Niestety, w dzisiejszych czasach nadmiar stresu, a może raczej nieumiejętność jego rozładowania, obraca się przeciwko nam. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Najbardziej typową i odczuwalną reakcją ciała na stres jest silne spięcie mięśni, gotowych do wysiłku. W poszczególnych organach zachodzą błyskawicznie reakcje: serce i oddech przyspieszają, ciśnienie rośnie, wyostrzają się zmysły, obniża się odporność i maleje wrażliwość na ból. Ciało jest w pełnej gotowości, aby „się ratować”. 

Jednak pamiętajmy, że stres niejedno ma imię. Sprawdź, którego najczęściej doświadczasz!

Eustress – towarzyszy ekscytującym wydarzeniom, jest pozytywny, a nawet niezbędny.

Under-stress – stres spowodowany niedociążeniem, bezruchem, znudzeniem, poczuciem beznadziei; przeciwieństwo eustresu.

Over-stress – nadmierny stres, kiedy przekraczamy swoje możliwości; przeciążenie spowodowane zbyt dużym obciążeniem fizycznym, emocjonalnym, czy mechanicznym (towarzyszy biznesmenom, ale też maratończykom).

Dystres – czyli najbardziej typowy, długotrwały, objawiający się różnego rodzaju cierpieniem: frustracją, obawą, złością, zamartwianiem się, rozpaczą. Częste są też objawy fizyczne (psychosomatyczne).

Co długotrwałe napięcie powoduje w organizmie

Serce i układ krwionośny – stres wywołuje przyspieszone bicie serca, wzrost ciśnienia krwi i jej odpływ do mięśni z organów, co powoduje ich niedokrwienie;

Mózg – osłabia pamięć i koncentrację, zdolność do uczenia się, ponadto pod wpływem stresu zwiększa się poziom beta-amyloidu peptydu, którego złogi uszkadzają tkankę mózgu i są przyczyną choroby Alzheimera;

Płuca i oskrzela – nasila objawy astmy, przewlekłe zapalenie oskrzeli oraz kaszel;

Układ trawienny – kortyzol pobudza komórki tłuszczowe do gromadzenia zapasów oraz zwiększa wydzielanie insuliny, co sprawia, że szybciej robimy się głodni;

Żołądek – następuje silne zwężenie naczyń krwionośnych, stąd wrażenie skurczu. Częsty stres powoduje uszkodzenia błon śluzowych żołądka;

Trzustka – wyrzut kortyzolu powoduje podwyższenie poziomu cukru we krwi, a to prowadzi do rozwoju cukrzycy;

Układ odpornościowy – stres hamuje aktywność limfocytów T, dlatego łatwiej wtedy o infekcje;

Włosy – zarówno stres fizyczny, jak i psychiczny mogą doprowadzić do nadmiernego wypadania włosów, a nawet łysienia plackowatego;

Mięśnie – kumulują napięcie, usztywniają się, a to z kolei może osłabiać kręgosłup.

Czytaj więcej na temat stresu i skutków dla ciała w artykule:

  1. Psychologia

Jestem swoim wrogiem, czyli o przemocy wobec siebie

Wstręt, agresja i złość wobec siebie dają poczucie siły i kontroli. Znika napięcie, złe samopoczucie, wewnętrzna pustka i depresja. Niestety tylko na chwilę. (Fot. Getty Images)
Wstręt, agresja i złość wobec siebie dają poczucie siły i kontroli. Znika napięcie, złe samopoczucie, wewnętrzna pustka i depresja. Niestety tylko na chwilę. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Rzadko myślimy o tym, że źródłem przemocy w świecie jest przemoc wobec siebie. Kiedy się zaczyna? Jak ją zamienić w samoakceptację?

To zdarza się wiele razy dziennie. Stosuję przemoc wobec siebie za każdym razem, gdy mówię sobie: musisz to zrobić, po prostu musisz! Gdy uśmiecham się do kogoś, kto nie budzi mojej sympatii. Gdy piję trzecią kawę, żeby się ożywić, mimo że wiem, że kawa mi szkodzi. Gdy umawiam się na kolejne spotkanie, choć ciało od dawna daje mi znać, że czas na odpoczynek. Gdy jem za dużo, a potem nie mogę się ruszyć i dopiąć. Gdy pracuję w chaosie i bałaganie, bo znów nie miałam czasu posprzątać. Gdy wypijam o jeden kieliszek wina za dużo. Gdy…

Pamiętam ten wywiad. Mądra, niezwykła kobieta powiedziała mi, że każdego dnia (każdego!) odnawia dane sobie wiele lat temu przyrzeczenie: że nie będzie stosowała przemocy wobec siebie.

Szalony głos nadaje

Moje rozmówczynie to inteligentne, wykształcone kobiety między trzydziestką a czterdziestką, osoby zaufania publicznego – Agata, redaktor naczelna poczytnego tygodnika, Aneta, lekarka specjalizująca się w akupunkturze, i Wiola, aktorka. Jedna przez blisko 20 lat znosiła zdrady męża, druga dźwigała męża alkoholika, a trzecia kaleczy swoje ciało. Urszula Nowakowska, szefowa Centrum Praw Kobiet, mówiła mi, że ulegamy mitowi, jakoby przemoc wobec kobiet dotyczyła jedynie kobiet mało wykształconych, z patologicznych rodzin. Przemoc wobec siebie również nijak się ma do wykształcenia i pozycji zawodowej. Przemoc wobec kobiet i przemoc kobiet wobec siebie są jak siostry bliźniaczki.

– Jak bardzo trzeba siebie nie lubić, żeby godzić się na tyle lat krętactw i zdrad mężczyzny? – mówi Agata, od trzech lat po rozwodzie. Aneta nie może wybaczyć sobie lat zmarnowanych na dźwiganie pijanego męża. Wiola ciągle stosuje jedyny znany sobie sposób na uspokojenie: grubą igłę wbija w wewnętrzną stronę ud i kręci nią, aż z rany popłynie krew. Ale już wie: „To nie z miłości do siebie”.

Gdzieś w nas odzywa się szalony głos, któremu dajemy wiarę, i podążamy za nim. Nazywamy siebie różnie, tu inwencja nie zna granic: zimna ryba, leniwa krowa, gruba świnia, wół roboczy, którego trzeba poganiać batem. Hal i Sidra Stone’owie w książce „Wewnętrzny krytyk” dają przykłady innych częstych głosów w nas: Jesteś z natury brzydka i nic z tym nie zrobisz. Ciebie nie da się kochać. Jesteś egoistką. Jesteś podła. Jesteś z gruntu zepsuta. Jesteś spasiona. Starzejesz się. Nie masz polotu. Nikt cię nie zechce. Nie powinnaś tego mówić. Jeśli nie będziesz pracować dwa razy tyle co inni, niczego nie osiągniesz. Jednak najtrudniejsze w moim odczuciu jest ciche, z pozoru niewinne „mnie nie ma”. Jak kochać i szanować kogoś, kogo nie ma?

Czy już jestem superkobietą?

Agata czyta mi fragmenty pamiętnika. „12 czerwca. Adam wrócił z Tajlandii, zdenerwowany pobiegł na badania na HIV”. Sucha relacja, jakby sprawa mnie nie dotyczyła, dziwi się. O, tutaj już trochę emocji. „18 sierpnia. Wróciłam wcześniej od mamy, a w naszym łóżku on i trzy młode blondynki, duże, jędrne piersi, jak z okładek męskich magazynów, nawet się nie speszyły. Wyszłam do łazienki, odkręciłam kran z wodą, zdjęłam spódnicę, bluzkę, weszłam do wanny i zaczęłam szlochać, ale jakoś tak dziwnie, jak dziecko, bez łez”. „5 grudnia. Znalazłam mejl od kochanki. Grozi, że jeśli on nie przyjedzie do niej na święta do Hanoweru (do Hanoweru?!), ona zrobi sobie coś złego. Boże, jaka ja biedna, jaka nieszczęśliwa”. I najgorsze. Agata czyta fragment z 12 kwietnia: „Odkryłam, że Adam spotyka się z 17-letnią córką naszych przyjaciół. Co ja mam robić?”.
 
– Co ja mam, biedna, robić? – przedrzeźnia tamtą siebie sprzed lat. – Nie przyszło mi do głowy, że mogłabym na przykład zacząć krzyczeć, powiedzieć komuś, odejść, wystąpić o rozwód. Dlaczego nie przyszło mi to do głowy? Bo czułam się winna. Że to przeze mnie. Czy mężczyzna zdradza atrakcyjną kobietę? Im on miał więcej kobiet, tym ja czułam się gorzej, coraz bardziej martwa. Tłumaczyłam sobie, że on taki jest, takie ma potrzeby seksualne. A moje uczucia? W ogóle nie wiedziałam, co czuję. Nic nie czułam! Dopiero później odkryłam ten okropny wstyd we mnie.

– Byłam dobrą żoną i byłam chora – mówi Aneta. Mąż chirurg pił coraz więcej. Wiadomo, ma ciężką pracę, potrzebuje rozluźnienia, relaksu, tak myślała. Synom tłumaczyła, że tatuś jest chory. Tłumaczyła męża przed przyjaciółmi: „Nie przyjedziemy, bo Irek pojechał na pogrzeb kolegi”, „Musiał wyjechać do ojca”. Żeby tylko pracował, żeby nie stracił dobrego imienia. Śniadania do łóżka, piwo w lodówce. Sprawy domowe, urzędowe, bankowe, naprawy przejęli synowie.

– Ale w środku czułam coraz więcej napięcia i złości. W ataku furii wylewałam alkohol do zlewu i tłukłam butelki, aby za chwilę biec do monopolowego, żeby on tylko nie wychodził z domu.

Czuła wstręt, gdy chciał się z nią kochać. Zaczęła brać proszki na sen. Furia przerodziła się w depresję. – Oddałam mu swoje życie – mówi Aneta. – Wierzyłam, że go uratuję. Ale było coraz gorzej, nie lepiej, więc popadałam w rozpacz. Zanegowałam siebie, całkowicie.

Takich kobiet holujących partnerów alkoholików jest w naszym kraju prawie trzy miliony, jak wynika z danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA). Kilka kolejnych milionów to kobiety, które same piją. Możemy dokonywać na sobie gwałtu na wiele sposobów. Uzależnić się od lekarstw, narkotyków, jedzenia, seksu. Także od kaleczenia ciała. „Autoagresja skoncentrowana na ciele nie jest zjawiskiem marginesowym, jakby mogło się zdawać na pierwszy rzut oka” – zapewnia Annegret Eckhardt w książce „Autoagresja”. Dotyczy i będzie dotyczyła coraz większej liczby kobiet. W krajach, w których dominuje kultura konsumpcyjna, mówi się o tym od lat 70. XX wieku, w Polsce samookaleczenie stało się tematem po roku 1989. Nie wyrabiamy się w standardach piękna i sukcesu. Coraz trudniej sprostać oczekiwaniom, być superkobietą. Zamiast spokoju, bezpieczeństwa i troski doświadczamy frustracji i zawodu, stresu i napięcia. Autoagresywne zachowania biorą się z lęku i osamotnienia, z braku zaufania do siebie, świata i ludzi.

Krew pulsuje i żyje

– Zaczęło się od włosów – mówi Wiola. Włos, który „nie był w porządku”, zostawał wyrwany i zjedzony. Potem padło na paznokcie i opuszki palców – tak je gryzła, że aż krwawiły, wdawały się zakażenia. A jakiś czas temu odkryła żyletkę, agrafkę i igły.

– Mam opowiedzieć, jak to robię? – pyta. Różnie. Czasem wystarczy kilka dziur agrafką na łydce, a czasem, jak ostatnio, gdy nie dostała obiecanej roli w serialu, przecina żyletką podbrzusze albo skórę na przedramieniu. – Nacinam skórę i widzę spływającą krew – opowiada – czerwoną i ciepłą, wtedy się odprężam, czuję się wreszcie bezpiecznie. Mieszka sama. W swoim środowisku uchodzi za dziwaczkę, ale raczej spokojną, wyluzowaną. – Nikogo nie obchodzi, co się ze mną dzieje – mówi Wiola. – Niech was nie zwiedzie luz artystów.

Przemoc wobec siebie jest pochodną przemocy, jakiej doświadczyłyśmy jako dzieci. Nie ma takich statystyk, ale specjaliści – pedagodzy, psycholodzy i terapeuci – mówią o ogromnej skali zjawiska. Szacuje się na przykład, że jedna trzecia kobiet doświadczyła w dzieciństwie przemocy seksualnej. Moim zdaniem jest jeszcze gorzej: od lat pytam o to kobiety – niemal wszystkie opowiadają o wujkach, ojczymach, kuzynach i księżach, którzy naruszali, w mniejszym lub w większym stopniu, granice ich ciała. Wiele z nas było zaniedbywanych emocjonalnie. Odebrałyśmy ze świata stanowczo za dużo chłodu i obojętności, a za mało troski i czułości. Wobec wielu z nas stosowano przemoc fizyczną; dorastałyśmy w atmosferze winy i wstydu. „Zachowania autoagresywne wiążą się prawie zawsze z silnym poczuciem winy i wstydu oraz z nieświadomym oczekiwaniem kary” – pisze Eckhardt w „Autoagresji”.

Dziecko, aby przeżyć to, co jest nie do zniesienia, zamraża siebie, nie może czuć, boby umarło. Samookaleczenia pozwalają czuć, czerwona, gorąca krew uspokaja, jest dowodem na to, że ciało żyje. Na chwilę znika napięcie, złe samopoczucie, wewnętrzna pustka i depresja. Wstręt, agresja i złość, niewyrażone wobec prześladowców w dzieciństwie, zostają wreszcie wyrażone – w stosunku do siebie, co daje poczucie siły i kontroli. – Przez jakiś czas po tym, jak się skaleczę, czuję ulgę, no, nie czuję się już taka bezradna i zagrożona – tłumaczy Wiola.

Eckhardt pisze o wielu jawnych i niejawnych formach przemocy wobec siebie. Oto niektóre z nich: szczypanie i drapanie skóry, rozdrapywanie zabliźnionych ran, lanie na siebie wrzątku z prysznica, wywoływanie gorączki, wywoływanie wymiotów, kaleczenie waginy i szyjki macicy, upiększające operacje plastyczne. Obciążenia z dzieciństwa plus zagubienie we wzorcach kobiecości oferowanych przez kulturę, w której żyjemy, to już mieszanka wybuchowa.

  1. Psychologia

Gdy stres przekracza granicę naszych możliwości...

Jak radzić sobie z nadmiarem stresu? Czy na stresogenne sytuacje możemy przygotować się już wcześniej? (fot. iStock)
Jak radzić sobie z nadmiarem stresu? Czy na stresogenne sytuacje możemy przygotować się już wcześniej? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Codzienne bodźce są nam potrzebne, żeby wstać z łóżka, wyjść do pracy, ale i spełniać marzenia… chyba że przekroczą granicę naszych możliwości. Jak do tego nie dopuścić – radzi psycholog Dorota Szczygieł.

Stres ma ostatnimi laty bardzo czarny PR. Aż strach zadać pytanie, czy może być też pozytywnym doświadczeniem… Ale stres jako taki jest naszym przyjacielem. Stres, czyli nacisk, jest niezbędny, żebyśmy mogli funkcjonować. Gdybyśmy nie mieli żadnych wyzwań zewnętrznych, toby nam się nie chciało nawet wstać z łóżka, to kwestia dopływu bodźców, stymulacji. Problem zaczyna się wtedy, kiedy obciążenie bodźcami jest zbyt duże. To, kiedy pojawia się ten moment krytyczny, zależy oczywiście od osoby, od tego, jak postrzega daną sytuację: jako wyzwanie czy obciążenie. Duże znaczenie ma także to, jakie mamy zasoby fizyczne, psychiczne oraz wartości, a w związku z tym, czy jesteśmy bardziej pesymistyczni, czy optymistyczni.

Zasadniczo stres to coś w rodzaju psychicznego nacisku, np. myśl: „o 10.00 muszę zadzwonić do klienta”. Stresem są też święta Bożego Narodzenia, nasz ślub czy narodziny dziecka. Wszystkie one są jak najbardziej pozytywnymi zdarzeniami, ale wymagają od nas mobilizacji, gotowości do działania. Są też takie zdarzenia jak choroba, nasza czy partnera, wyjazd dzieci na studia – trudno jednoznacznie powiedzieć, jak dana sytuacja wpłynie na człowieka. Jeśli siła bodźców zewnętrznych przekroczy próg jego wytrzymałości, okaże się destrukcyjna i będziemy ją postrzegali oraz doświadczali jako dystres.

Czyli stres wywołują w nas sytuacje obciążające emocjonalnie, niezależnie od tego, czy dane emocje są pozytywne, czy nie? Tak, ale w zależności od tego, jak sobie z tymi emocjami radzimy, stres może być większy lub mniejszy. Dla jednych publiczne wystąpienie jest tylko mobilizacją, innym na wieść o tym, że mają przemówić do większego grona, miękną kolana. Różnie reagujemy na sytuację krytyki czy kłótni, jedni długo nie mogą się uspokoić, z innych napięcie schodzi od razu. Radzenia sobie ze stresem uczymy się już w dzieciństwie, obserwując bliskich nam dorosłych. Czy wpadają w histerię, czy potrafią przewidzieć pewne sytuacje i zaplanować swoje przyszłe zachowanie. Przecież skoro wiemy, że boimy się wystąpień publicznych, a właśnie takie nas czeka, możemy je sobie „na sucho” przećwiczyć. Powinno uczyć się tego już małe dzieci.

Polacy są zestresowanym narodem? Badania wskazują, że Polacy są mocno obciążeni stresem i jest to związane głównie z ich życiem zawodowym. Organizacja Eurofunds, czyli Europejska Fundacja na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy, przeprowadziła w 2012 roku w 13 krajach europejskich (dodam, że z krajów Europy Centralnej były tylko Polska i Czechy) zakrojone na szeroką skalę badania, z których wynika, że w Polsce warunki pracy są uznawana za najcięższe – chodzi tu głównie o obciążenie godzinowe. Jesteśmy w czołówce w kwestii liczby przepracowanych godzin w tygodniu. Powszechnie występuje u nas zjawisko tzw. wielopracy, czyli pracowania jednocześnie w kilku miejscach, co dla wielu jest koniecznością, ale jednocześnie – zbyt wielkim wyzwaniem. I gdzie tu znaleźć czas na życie prywatne, rodzinę, znajomych?! Do tego dochodzi niepewność pracy i zatrudnienia, którą nie do końca wynagradza nam gratyfikacja finansowa, w związku z tym jeździmy na krótkie, około tygodniowe urlopy, a to zbyt krótki czas, by w pełni odpocząć i naładować uszczuplone całoroczną pracą zasoby. W konsekwencji pojawia się wypalenie zawodowe, depresja, przewlekłe zmęczenie. Zapominamy o aktywności fizycznej i kontakcie z naturą – a one bardzo pomagają w niwelowaniu skutków oddziaływania zbyt dużego stresu. Dopiero tworzy się w Polsce kultura regularnego uprawiania sportu i spędzania czasu na świeżym powietrzu, ideałem by było, gdyby weszło nam to w krew.

Na razie działamy głównie doraźnie? Tak i bierze się to głównie z braku umiejętności przewidywania trudnych sytuacji. Zwykle nie jesteśmy przygotowani na stres i kiedy nadchodzi, spada na nas jak grom z jasnego nieba i wtedy skupiamy się na zapanowaniu nad emocjami, co zabiera całą naszą uwagę i energię. Dlatego stres tak nas wypompowuje. Winne jest tu także wychowanie. Wpaja się nam, że niepokazywanie po sobie, co czujemy, jest dla nas korzystne. I owszem, zwykle warto nie okazywać publicznie wściekłości, niezadowolenia czy dezaprobaty, tyle tylko, że tłumienie wcale nie zmienia tego, co czujemy. Co więcej, wiąże się z większą aktywnością fizjologiczną (przyspieszone bicie serca czy drżenie rąk mogą nas zdradzić, więc wkładamy jeszcze więcej energii w powstrzymanie tych odruchów) i koniecznością ciągłego monitorowania swojego zachowania. A to potworny wysiłek.

Chcemy działać doraźnie? Proszę bardzo! Ale zamiast tłumienia emocji skupmy się na takim przeformułowaniu znaczenia trudnej sytuacji, aby wywoływała w nas jak najmniej niepożądanych emocji. Warto traktować trudne sytuacje jak wyzwania, zdarzenia, dzięki którym mogę się czegoś o sobie dowiedzieć. Zamiast zaciskać zęby podczas rozmowy ze sfrustrowanym klientem, mogę pomyśleć, że jest on po prostu zagubiony, że nie chce mnie obrazić, tylko załatwić swoją sprawę. Jednak podchodzenie z dystansem do trudnych sytuacji nie jest łatwe, ponieważ wymaga dość dobrze rozwiniętych kompetencji emocjonalnych i… wysiłku. I tu czasami koło się zamyka. Skąd czerpać siłę, skoro jesteśmy zmęczeni? Nie obejdzie się bez długofalowych działań. O każdą rzecz, którą posiadamy i którą chcemy się dłużej cieszyć, powinniśmy dbać. I zwykle dbamy. Jeździmy do warsztatu z samochodem, sprzątamy dom. Dlaczego więc nie dbamy o siebie? Ktoś, kto pali papierosy, nie wysypia się, na dodatek jeszcze niewłaściwie odżywia, będzie łakomym kąskiem dla stresu.

Po czym poznać, że stres już nas „napoczął”? Pierwsze negatywne skutki długotrwałego oddziaływania stresu odzwierciedlają się w ciele. Chyba, że odpowiednio je do tego przygotujemy, na przykład aktywnością fizyczną – to doskonały sposób na to, by nauczyć nasze ciało radzić sobie ze zwiększoną presją. Bardzo dobrze działa też relaksacja, możemy wykorzystać do niej różne techniki, od masażu po ćwiczenia oddechowe czy medytację, a na słuchaniu spokojnej muzyki kończąc. Jednak najważniejsze jest rozpoznawanie siebie: co mnie denerwuje, co pobudza, co uspokaja, co relaksuje. Korzystajmy z tego: przewidujmy sytuacje, które mogą być dla nas zbyt stresujące, i stosujmy działające na nas „środki uspokajające”. I uczmy tego swoje dzieci, od najwcześniejszych lat.

Dr Dorota Szczygieł psycholog specjalizująca się w temacie inteligencji emocjonalnej, SWPS Sopot

  1. Psychologia

Nie musisz być zawsze miła. Pozwól sobie na bunt!

Złość, wściekłość często świadczą o tym, że chcemy bronić siebie i swoich granic, ale nie wiemy jak... (fot. iStock)
Złość, wściekłość często świadczą o tym, że chcemy bronić siebie i swoich granic, ale nie wiemy jak... (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Kobiety często przełykają gorzką pigułkę i powstrzymują chęć wykrzyczenia, co naprawdę myślą, bo nie chcą robić zamieszania, kłopotu. OK, bądźmy miłe. Ale nie bójmy się też uderzyć pięścią w stół, kiedy ktoś nas lekceważy czy oszukuje. Nie rób afery? A może właśnie zrób!

Pamiętam dzień, kiedy kupowałam swój pierwszy samochód. Weszłam do salonu używanych aut i… zakochałam się w cudownym czerwonym cacku. Sprzedawca natychmiast zauważył mój babski zachwyt i zginając się w ukłonach, rozpływał się nad moim doskonałym gustem. Nie zapomniał dodać, że tapicerka jest w kolorze mojej torebki, a owal samochodu doskonale współgra z moim temperamentem (ciekawe, skąd on to wiedział). Kiedy wróciłam do domu, szybko okazało się, że cena wozu była znacznie wygórowana. Mąż namawiał mnie, żebym wróciła i próbowała ją negocjować. Podpisałam już umowę, ale nie to było najważniejsze. Zrozumiałam, że sprzedawca bez skrupułów wykorzystał mój zachwyt, moje babskie zauroczenie, które niewiele miało wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, i poczułam, że mam ochotę go zabić: zastrzelić, udusić albo przynajmniej na niego nawrzeszczeć. Oczywiście nic nie zrobiłam, po kilku dniach stałam się właścicielką czerwonego samochodu, ale ilekroć do niego wsiadałam, niewyrażona, stłumiona złość zaciskała mi przeponę, wywoływała gulę w gardle i przyprawiała o zawroty głowy, a mordercze instynkty ożywały.

Chów grzecznych dziewczynek

Ile razy czułaś podobnie: miałaś ochotę walnąć pięścią w stół albo kopnąć w kostkę kogoś, kto bez skrupułów nabił cię w butelkę, mamił, wykorzystując twoją łatwowierność, kolejny raz nie dotrzymywał danej obietnicy, naruszył twoje granice, manipulował tobą dla własnych interesów, wykorzystał, zlekceważył, kusił, wzbudził twoją litość? Chciałaś krzyknąć, zaprotestować, ale nie byłaś w stanie wydobyć głosu z zaciśniętego gardła. Miałaś ochotę tupnąć, trzasnąć drzwiami, przekląć jak szewc, ale tego nie zrobiłaś. Dlaczego? Agresywne sceny są przecież w złym guście, nie przystoją kobiecie, są ordynarne i nie na miejscu. A w każdym razie taki jest przekaz społeczny. Takie nauki pobierają dziewczynki w domu i w szkole. W konsekwencji są wychowywane do uległości. Powtarza się im, że powinny być delikatne, subtelne, ugodowe. Nie wchodzić w otwartą konfrontację, bo mężczyźni nie lubią agresywnych kobiet.

„Nikt cię nie zechce, jeśli nie przestaniesz być taką jędzą”, „Złość piękności szkodzi”, „Nie marszcz tak gniewnie czoła, bo ci zmarszczki wyjdą” – ile razy częstowano cię tego typu pogróżkami? Zgadzałaś się, by świat traktował cię pobłażliwie: „Wiadomo, baba”, drwił z twojej kobiecości: „Co ty taka wściekła, okres ci się zbliża?”. Byłaś ,,grzeczna”, choć złość zaciskała ci szczęki. Nie robiłaś awantury – dla świętego spokoju, z lęku, że ludzie przestaną cię lubić. Brałaś odpowiedzialność za uczucia innych, bo dobrze pamiętałaś słowa matki: „Mamusi jest przykro, kiedy tak się zachowujesz”. Bo w naszej kulturze kobieta ma być ugodowa, a mężczyzna ma prawo walczyć o swoje. To fakt, ale nie tylko o to chodzi…

Pewnego dnia byłam z wnukiem na placu zabaw i zaobserwowałam taką oto sytuację. Mali chłopcy biegali po całym placu z plastikowymi pistoletami, szabelkami i inną bronią. Byli głośni i rozbrykani. Na środku placu, na trawniku siedziały dwie około pięcioletnie dziewczynki i grzecznie bawiły się lalkami. Mali panowie poczuli zew natury i zaczęli zaczepiać spokojne koleżanki; a to poszturchali szabelką, a to pociągnęli za włosy, sypnęli piaskiem, rzucili kamyk na kocyk. Dziewczynki długo nie reagowały. Jednak w pewnym momencie jedna z nich wolno podniosła się z ziemi, spokojnym gestem otrzepała spódniczkę, potem stanęła na szeroko rozstawionych nóżkach, wyprostowała się, wypięła brzuszek, uniosła głowę, chwyciła się pod boczki i wrzasnęła jak dzika. Chłopcy wymiękli. I ja też, bo była w tej małej kobietce prawdziwa moc. Wtedy zrozumiałam, że kobieca agresja jest tak potężna, że przeraża nas same. Przez lata ją tłumimy z lęku, że kiedy damy jej upust, świat może tego nie wytrzymać.

Nie gódź się na rolę ofiary

Marta przychodziła do mnie na sesje już od kilku tygodni. Zawsze siadała na brzegu fotela: pochylona, z zamkniętą klatką piersiową i nieruchomym brzuchem, zaciśniętymi kolanami, włosami opadającymi na smutną twarz, prawie nie oddychała. Smętnym głosem relacjonowała, co on, czyli jej partner, znowu jej zrobił. Coraz mniej uważnie słuchałam, bo od tygodni „robił jej” to samo: lekceważył, pojawiał się i znikał, kłamał, nie dotrzymywał obietnic, raczył niewybrednymi żartami. Jednym słowem – typ bierno-agresywny. Patrzyłam na jej bezradność i sama robiłam się coraz bardziej bezradna.

Na jednej z sesji poczułam w sobie narastającą złość: gorącą kulę w środku brzucha, która wolno przemieszczała się do góry. Czułam, że moja złość jest nie do zatrzymania, postanowiłam za nią pójść. Wstałam z fotela, wyprostowałam się, zacisnęłam pięści i podniesionym głosem powiedziałam: „Albo coś z tym zrobisz, albo pogódź się z rolą ofiary”. Marta popatrzyła na mnie przerażonym wzrokiem, potem powiedziała nieśmiało:

– Masz rację, nie chcę dłużej tak żyć. – Co chcesz zrobić? Powiesz mu, żeby tak cię nie traktował, odejdziesz od niego? – zapytałam. – Mam ochotę dać mu w twarz.

Na pustym fotelu położyłam poduszkę i powiedziałam: – To twój facet. Odpłać mu pięknym za nadobne. Pokaż, na co cię stać.

Agresja to sposób chronienia naszego życia. Jeśli ją bezustannie tłumisz, to tak, jakbyś odbierała sobie prawo do życia. Doświadczasz jej każdego dnia: kiedy ktoś bezczelnie wepchnie się przed tobą do kolejki, szef pominie cię przy awansie, kolega z pracy opowie ordynarny kawał, robotnik na ulicy zagwiżdże na twój widok… Nierozładowana, a jeszcze wcześniej – nieprzeżyta agresja zamraża się w ciele w postaci napięć, które zamieniają się w symptomy: bóle kręgosłupa, dolegliwości barku czy bioder, depresję lub stany lękowe.

Masz dwa wyjścia: możesz być grzeczną dziewczynką, która wędruje od lekarza do lekarza, kiedy ból lub cierpienie stają się zbyt silne, albo… od czasu do czasu być kobietą „bez klasy”.

Irena pojawiła się u mnie, kiedy odkryła, że mąż ją zdradza. Przyznał się, a ona zachowała się „z klasą”: nie krzyczała, nie wystawiła mu walizek za drzwi, nie zagroziła rozwodem, nawet nie płakała (wiadomo, mężczyźni nie lubią płaczących kobiet). Przyszła z krwawiącym sercem. Utulałyśmy je tygodniami. Czekałam, kiedy pojawi się złość. – On mnie nawet nie przeprosił, nie okazał skruchy, nie zapewnił, że kocha – powiedziała na jednej z sesji.

Milczałam, bo po raz pierwszy poczułam w niej moc, wiedziałam, że poprowadzi ją jej złość. Miałam rację. Pewnego dnia Irena postanowiła przestać być kobietą z klasą.

– Jesteś złamanym k…em! – wykrzyczała mężowi prosto w twarz. – Kiedy ja zajmowałam się twoją chorą matką, ty zabawiałeś się z jakąś zdzirą. Chcę, żebyś mi za to zapłacił – i wręczyła zdumionemu mężowi listę żądań: złoty zegarek, sfinansowanie zabiegu wybielania zębów w najdroższej klinice, wyjazd na Bali, o którym zawsze marzyła, ale nigdy nie doszedł do skutku. Łaskawie zgodziła się, by wybrał jedno z nich. Bolesne zranienie zawsze wymaga zadośćuczynienia sprawcy. Kobiety „bez klasy” doskonale o tym wiedzą.

Poczuj złość, a potem zdecyduj co z nią zrobić

Latami przyuczana do nieujawniania agresji, w końcu przestajesz ją czuć. Można cię ranić do woli, a ty jesteś niczym zamrożona, wchodzisz w rolę ofiary („jak on mógł mi to zrobić?”) albo reagujesz z opóźnieniem. Jeśli chcesz wyjść z tego schematu, najpierw musisz nauczyć się czuć swoją złość. Oto ćwiczenie, które może ci w tym pomóc:

Usiądź i spróbuj się odprężyć. Potem przypomnij sobie sytuację, która cię zezłościła. Wyświetl sobie ją przed oczami, z najdrobniejszymi szczegółami, tak jak film na ekranie. Teraz skoncentruj się na doznaniach w ciele: co czujesz w klatce piersiowej, co dzieje się w twoim brzuchu, czy zęby masz zaciśnięte, czy rozluźnione? Wybierz najsilniejsze doznanie. To właśnie w ten sposób twoje ciało odczuwa złość. Kiedy następnym razem je poczujesz, będziesz wiedziała, że to złość.

Kolejny krok to sporządzenie listy sytuacji, słów, zachowań, które najbardziej cię złoszczą. To może być niewybredny żart, pominięcie, zlekceważenie.

Kiedy już wiesz, co cię najbardziej złości, jak i gdzie w ciele czujesz złość, decyzja, co z tym zrobić, należy do ciebie. Jeśli postanowisz nie reagować, bo uznasz, że to ci się bardziej opłaca albo chcesz mieć święty spokój – masz do tego prawo. Kiedy zaś twoje ciało poczuje smak walki: huknij, tupnij, przeklnij i… przekonaj się, że świat z tego powodu nie przestanie istnieć. No i bądź z siebie dumna!

  1. Psychologia

Rehabilitacja złośnicy, czyli jak wykorzystać energię gniewu w dobrym celu

Codziennie otrzymujemy mnóstwo „zaproszeń do złoszczenia się”. Wielu nawet nie otwieramy, na inne chętnie odpowiadamy. (Fot. Getty Images)
Codziennie otrzymujemy mnóstwo „zaproszeń do złoszczenia się”. Wielu nawet nie otwieramy, na inne chętnie odpowiadamy. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Nie znosimy jej – u innych i u siebie. Nie pozwalamy sobie na nią, w obawie przed osądem, utratą sympatii. A ona i tak przychodzi, zakrada się tylnymi drzwiami. Niektórych odwiedza nawet znacznie częściej niż innych… Pora zobaczyć w złości nie tyle niechcianego gościa, co ważnego sojusznika.

Tak naprawdę trudno przeżyć choćby jeden dzień, żeby się z nią nie spotkać. Przyjmuje różne formy: szału, furii, wściekłości. Gniewu, obrazy. Złośliwości, ironii, sarkazmu. Rozdrażnienia, irytacji. Czasem nazywamy ją stresem. I złościmy się – że w ogóle istnieje. Bo właściwie po co nam ona? Zwłaszcza że – wiadomo – jest zagrożeniem dla zdrowia. No dobrze, nie zawsze, nie każda. Nie chodzi o krótkie napady gniewu, które nawiedzają nas od czasu do czasu... Raczej o częste ataki wściekłości. Ale też o utrzymujący się przez dłuższy czas stan intensywnego rozdrażnienia – twierdzi w książce „Życie bez złości” Ron Potter-Efron. Amerykanin stawia sprawę jasno: codziennie otrzymujemy mnóstwo „zaproszeń do złoszczenia się”. Wielu nawet nie otwieramy, na inne chętnie odpowiadamy. Są też tacy, którzy przyjmują tego rodzaju zaproszeń zdecydowanie za wiele, wciąż się za nimi rozglądają. To złościoholicy. Mają lepki umysł – taki, do którego wszystko się przykleja. Który szuka wrogów, tworzy problemy – byle tylko mieć o co walczyć. Jeśli znasz jakiegoś złościoholika, wiesz, o czym mowa. Taka osoba – jeśli nie znajdzie zaproszenia do złoszczenia się – spreparuje je sama. A potem podpisze jakimkolwiek nazwiskiem i wyśle do siebie.

Skutki tłumienia złości

Zwykle jednak nie lubimy złości. Szczególnie kobiety chciałyby trzymać się od niej z daleka. Bo walący pięścią w stół mężczyzna to wojownik – na taką postawę jest przyzwolenie społeczne. A kobieta? Unosząc się gniewem, może zyskać etykietkę „zołzy”,  „jędzy”, „histeryczki” albo „sfrustrowanej starej panny”. Może się okazać, że jest mało wiarygodna (bo niezrównoważona). Mało kobieca („herod-baba”). Że straci czyjeś wsparcie (i będzie przykro). Albo że się myli (i będzie wstyd).

Czasem po prostu nie rozumiemy złości, nie umiemy jej obsługiwać. Wolimy nie dopuszczać jej do głosu, żeby nie stracić panowania nad sobą. A potem tracimy je w najmniej spodziewanym momencie... Utrata panowania to już niekoniecznie złość w czystej postaci. To wściekłość – jej „brzydka kuzynka”, dzika i destrukcyjna – twierdzi William Gray DeFoore w książce „Złość. Opanuj ją, uzdrawiaj nią, powstrzymaj ją, zanim cię zadręczy na śmierć”. Składnikami wściekłości są – poza złością – zadawniony, stłamszony ból i strach. Prawdziwa mieszanka wybuchowa... DeFoore porównuje uczucia do warzyw – są dobre (a nawet zdrowe, odżywcze), dopóki pozostają świeże. Ale jeśli przeleżą zbyt długo w zapomnieniu, psują się i stają się szkodliwe, wręcz trujące.

Tymczasem od najmłodszych lat uczymy się tłumić uczucia, ze złością na czele. Rodzice (którzy zwykle sami sobie z nią nie radzą) karzą nas za jej okazywanie. Rezultat? Napady wściekłości. Przeróżne zachowania kompulsywne i nałogowe. Dolegliwości. DeFoore nie pozostawia złudzeń: „Eksplozja może wydarzyć się wewnątrz was, a to zwykle oznacza depresję, nienawiść do samego siebie, poważną chorobę serca albo wszystko razem”. Jak walczyć ze złością? No właśnie nie walczyć! Dziś wiemy już, że to podejście się nie sprawdza. Bo na czym właściwie polega walka? Na tym, że zaprzeczasz, wypierasz. Wzmacniasz, wynaturzasz... Może więc czas spojrzeć na złość nieco życzliwiej? Zrozumieć ją i uznać?

Zrozumieć złość

Złość pełni w naszym życiu niesłychanie istotną funkcję – służy naszej ochronie. To dzięki niej poznajemy, że coś jest nie tak: nasze bezpieczeństwo zostało zachwiane, granice naruszone... Coś nam zagraża. Drugim ważnym sygnalizatorem jest strach. Nie przypadkiem często zjawiają się w duecie: strach ostrzega, złość pobudza do działania. Uwalnia w naszym ciele adrenalinę, mobilizuje do obrony lub ucieczki. Dzięki niej mamy siłę, by chronić siebie i bliskich. Również kiedy już dotknie nas coś trudnego – strata czy krzywda – złość jest zdrowa, wskazana. Potrzebna. To ważne, żeby w takich sytuacjach poczuć ją i wyrazić.

Rzecz w tym, że nierzadko dajemy się porwać złości, kiedy ryzyko zagrożenia fizycznego jest minimalne. Albo żadne. Jak zauważa Potter-Efron, czasem przypomina ona zepsuty znak ostrzegawczy na przejeździe kolejowym – dzwoni i świeci cały czas, nawet gdy nie przejeżdża żaden pociąg: „Złość jest sygnałem, nie rozwiązaniem. Zapamiętaj: złość nie pomoże ci pozbyć się problemów. Ona tylko informuje cię o tym, że problem istnieje”.

Jeśli często ją odczuwasz, do czegoś ci służy. Sprawdź, czego tak zażarcie bronisz, o co walczysz? A może chodzi tu o poczucie władzy i kontroli? O odrzucanie odpowiedzialności? Unikanie innych uczuć? Zdaniem Pottera-Efrona dla niektórych osób złość jest jedynym bezpiecznym uczuciem, ukrywającym inne. Może też przysłaniać pragnienie bliskości. Taka osoba zabezpiecza się, stwarzając dystans. Niby odpycha innych, a tak naprawdę szuka z nimi kontaktu – zastępuje intymność intensywnością. Pewnie zauważyłaś też, że złość potrafi być przyjemna... Ten nagły skok adrenaliny, fala energii, która zalewa ciało. Siła uczuć. Siła fizyczna. Czujesz, że żyjesz! Autor „Życia bez złości” mówi wręcz: „Gniew jest sprawdzonym uczuciem. Jeśli chcesz odlecieć, zawsze możesz na niego liczyć”.

Każdy ma jakąś ulubioną strategię, jeśli chodzi o zarządzanie złością – mniej lub bardziej skuteczną. Jedni są bardziej agresywni, inni pasywni. Pierwsi nie przebierają w słowach, drudzy raczej dąsają się, obrażają. Karzą innych swoim milczeniem, niedostępnością. „Złość jest najczęściej gorąca” – przyznaje Potter-Efron – „Ale nie w tym przypadku. Cisza to złość zimna, lodowata. Z łatwością może się przerodzić w urazę lub nienawiść”. Na szczęście są jeszcze inne sposoby. Możesz się złościć i być (w miarę) uprzejma. Czyż nie tak działa asertywność?