Czy warto czytać poradniki? Rozmowa z dziennikarką Marianne Power

Jeśli decydujesz się na pomoc z poradnika, wybierz jeden, nie kilka jednocześnie, przeczytaj go uważnie, a potem zastosuj się do jednej, lub dwóch rad, jeśli uznasz je za sensowne. (Fot. iStock)

Dziennikarka Marianne Power postanowiła przeprowadzić eksperyment. Przez rok przetestowała 12 poradników, by sprawdzić, czy to naprawi jej życie.

Skąd pomysł, by spróbować zacząć żyć zgodnie z radami popularnych poradników?
Pewnego październikowego ranka obudziłam się skacowana i poczułam, że muszę coś zmienić w życiu. Pomyślałam, że skoro cały czas czytam poradniki, to może dla odmiany zacznę realizować to, co proponują. Zwłaszcza że naprawdę w nie wierzyłam, naprawdę! Myślałam, że problem polega na tym, że nigdy nie stosowałam się do wskazówek i dlatego mi nie wychodziło.

Zwykle gdy ludzie chcą głębokiej zmiany w życiu, jadą medytować do aśramy, chodzą do terapeuty lub pracują z coachem. Mało kto sięga po tuzin poradników.
Wybrałam poradniki, bo tę formę pomocy dobrze znałam. Wydawało mi się, że chodzenie do terapeuty jest zarezerwowane dla tych, którzy mają się już naprawdę źle. No i myślałam, że mogę pomóc sobie sama. Ostatecznie okazało się, że rzeczywiście potrzebuję profesjonalnej pomocy. Na początku jednak mój pomysł wydawał się dobry, wręcz genialny. Byłam przekonana, że jeśli tylko będę stosować się do wskazówek z poradników, odmienię swoje życie. Stanę się tym szczupłym ideałem, o którym zawsze czytałam w gazetach. Poza tym poradniki mają ogromną siłę, mówią ci: „Zrób to, a staniesz się taką i taką”. To działało na moją wyobraźnię.

Chciałaś być szczuplejsza, bogatsza i najlepiej w związku.
Po prostu chciałam być szczęśliwa, bo nie byłam, i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Codziennie rano budziłam się z ponurymi myślami. Uważałam się za nie dość dobrą, nie dość fajną, nie dość ciekawą i nie dość szczupłą. Martwiłam się o pracę, o pieniądze, o to, że jestem sama.

Testujesz różnorodne poradniki, od „Sekretu” Rhondy Byrne czy „Aniołów” Doreen Virtue, po „Siedem nawyków skutecznego działania” Stephena R. Coveya czy „Potęgę teraźniejszości” Eckharta Tolle. Zaczęłaś od „Nie bój się bać” Susan Jeffers. Skąd taki wybór na początek?
Bo to była pierwsza tego typu książka, którą przeczytałam jeszcze w młodym wieku. Miała na mnie ogromny wpływ, bardzo mi pomogła. W tym czasie pracowałam w miejscu, którego nie cierpiałam. Po jej przeczytaniu rzuciłam papierami i zostałam dziennikarką. Chciałam zacząć od niej projekt, bo jej rady są praktyczne i proste, typu: zrób codziennie jedną rzecz, której się boisz. Dzięki temu musiałam wyjść do świata, żeby zacząć cały proces, puścić maszynę w ruch. Nie spodziewałam się, że w ciągu roku z jej powodu wystąpię jako stand-uperka, będę pozować nago czy wskoczę do zimnego jeziora.

Który z poradników okazał się dla ciebie najważniejszy, z jakich rad nadal korzystasz?
Tak jak powiedziałam, „Nie bój się bać” była świetną książką na początek, bo zmusiła mnie do działania. Uwielbiam też „Filozofię F**k it, czyli jak osiągnąć spokój ducha”, bo to miła odmiana od tego, co się ciągle słyszy dookoła: „Rób więcej, staraj się bardziej”. Jej autor, John C. Parkin, mówi: „Daj spokój, wyluzuj, co najgorszego może się stać?”.
Raz na jakiś czas wracam do niej, bo z natury jestem osobą, która ciągle robi więcej niż musi – ta książka pomaga mi trochę przystopować.
Ważna dla mnie jest także „Potęga teraźniejszości”. Zobacz, jak wygląda mój egzemplarz tej książki (Marianne pokazuje mi przez kamerkę internetową – red.), podkreślałam w niej całe strony! Autor mówi, że jesteśmy więźniami własnych myśli, uzależnionymi od naszych problemów. Wspaniała jest też książka „Z wielką odwagą” Brené Brown, która tłumaczy, że żyjemy w czasach, gdy nikt nie czuje się wystarczająco szczęśliwy, bogaty czy spełniony, a zapominamy, że nie istnieje coś takiego jak doskonałość. Jesteśmy jak chomik w kołowrotku, próbujemy dokądś dobiec, ale zamiast tego wciąż kręcimy się w kółko. Tymczasem jedyne, czego naprawdę potrzebujemy, to szczera rozmowa z innymi, pomaganie sobie nawzajem.

Gdybyś miała podsumować ten rok – co się w tobie zmieniło?
Od razu powiem, że nie zmieniłam się na tych polach, na których chciałam się zmienić. Nie stałam się osobą, która wstaje o piątej, medytuje, potem idzie na jogę i pije na śniadanie zdrowy koktajl, no i nie zarabiam milionów (śmiech). Za to bardzo dobrze poznałam siebie. Wcześniej nie miałam pojęcia, kim tak naprawdę jestem, co jest dla mnie ważne, czego potrzebuję, wydawało mi się, że muszę po prostu robić pewne rzeczy, bo ktoś mówi, że dzięki temu będę szczęśliwa. Ten rok z poradnikami był dla mnie tak naprawdę trudną nauką, jak być człowiekiem. Zobaczyłam w sobie rzeczy, które nie są fajne, jak mój zgubny stosunek do pieniędzy. Z drugiej strony zaczęłam akceptować siebie w całości, ze wszystkimi wzlotami i upadkami. Kiedyś wydawało mi się, że wszyscy są ode mnie lepsi.

Piszesz o tym lekko i zabawnie, aż do momentu, gdy pojawia się depresja…
To był bardzo ciężki czas, miałam problemy finansowe, wszyscy przyjaciele mówili mi, żebym znalazła sobie normalną pracę i ogarnęła swoje życie – nikt nie rozumiał, co właściwie robię. W końcu poszłam do terapeuty i usłyszałam, że nic dziwnego, że czuję się zagubiona, bo sama na sobie eksperymentuję. Nie zdawałam sobie sprawy, że narażając się na bardzo niekomfortowe doznania, wystawiając się na ciągłe próby – pozbawiam się poczucia bezpieczeństwa. Wszystko, co robiłam, zostawiało we mnie ślad. W drodze do domu zapytałam taksówkarza, czy każdemu zdarza się, że nie może się pozbierać. Powiedział, że większość ludzi to przeżywa lub wkrótce przeżyje, zwykle po czyjejś śmierci, utracie pracy czy chorobie. Bo wtedy dokonuje się w nas głęboka zmiana. A ja to sobie zrobiłam sama za pomocą poradników.

Rodzina i przyjaciele różnie reagowali na twój eksperyment, z jedną przyjaciółką się pokłóciłaś. Jak teraz wyglądają wasze relacje?
To było dla nas wszystkich trudne. Wiele osób wyznało mi, że nie wiedziało, że czułam się taka samotna, bo zwykle takich rzeczy nie mówię wprost. Dla mnie to wskazówka na przyszłość, żeby jaśniej komunikować swoje potrzeby, mówić na głos o swoich niepokojach i smutkach. Za to bardzo zbliżyłam się do mojej mamy, chodzimy teraz razem na wywiady do radia. Wielu czytelników mówi, że jest ich ulubioną bohaterka w książce. Martwiłam się, że będzie mną zawstydzona, a ona jest ze mnie dumna.

Gdybyś miała wskazać, jakich błędów warto unikać podczas własnych przygód z poradnikami…
Jeśli decydujesz się na pomoc z poradnika, to wybierz jeden, nie kilka jednocześnie. Przeczytaj go powoli i uważnie, a potem przeczytaj jeszcze raz – zanim podejmiesz jakiekolwiek działania. Wreszcie – zastosuj się do jednej albo dwóch rad, jeśli uznasz je za sensowne. Nie musisz robić wszystkiego. Ja zawsze popełniałam ten błąd, że dużo czytałam, bo wydawało mi się, że już od samej lektury poradnika moje życie stanie się lepsze. Dobrą radą jest też, by wprowadzać drobne zmiany do swojego życia, małe, ale zauważalne. Wiele wskazówek znalazłam w „Potędze teraźniejszości” – na przykład taką, żeby po prostu być, oddychać, patrzeć w niebo, cieszyć się sobą i życiem, być wdzięcznym.

Wciąż czytasz poradniki?
Owszem, nie tak dużo jak kiedyś, za to słucham podcastów terapeutów. Bardzo mnie uspokajają i czasem też rozśmieszają. Czytam własnie książkę o domowych finansach, o tym, dlaczego jesteśmy tak beznadziejni w pilnowaniu naszych budżetów. Staram się wdrażać rady do własnego życia, ale na razie temat wciąż napawa mnie przerażeniem. Zauważyłam, że teraz czytam poradniki inaczej niż kiedyś. Nie połykam ich naraz – desperacko, tylko czytam w małych porcjach, przez kilka minut dziennie, i potem zastanawiam się nad tym, co przeczytałam.

Jak to jest z osoby, która szukała rad, stać się tą, która ich udziela?
Mogę opowiadać jedynie o tym, co mi się przydarzyło i czego się nauczyłam. Nie lubię, gdy ludzie proszą o radę albo coś mi radzą, bo przecież chodzi o to, żeby samemu rozpracować swoją sytuację, znaleźć dla siebie drogę. Myślę, że bycie życzliwą, szczęśliwą, spokojną i spełnioną to najlepsza wskazówka, jaką można dać innym, w nadziei, że kogoś to zainspiruje do zmian.