fbpx

Czy prywatność w sieci istnieje?

Czy prywatność w sieci istnieje?
fot. iStock

Przyklejeni do smartfonów i laptopów, prawie zawsze jesteśmy online. W sieci kreujemy swój wizerunek, a także mówimy rzeczy, których nigdy nie powiedzielibyśmy sąsiadom ani znajomym. Rzeczywistość cyfrowa, w której nigdy nie jesteśmy sami, wywróciła do góry nogami nasze myślenie o prywatności.

Siedząc przy kawiarnianym stoliku, Miłosz gładzi dawno niestrzyżoną brodę. Bierze do ręki telefon i wpisuje hasło odblokowujące ekran. – Mam tu wszystko. Całe życie zapisane w zdjęciach i rozmowach z przyjaciółmi, kontakty do ważnych dla mnie ludzi, kalendarz i kopie niektórych dokumentów. Dlatego mam smartfona zawsze na oku i zabezpieczam go hasłem. Gdyby ktoś go ukradł, miałbym spory problem.

Telefonu nie daje do ręki nawet żonie. – Nie chodzi o to, że mam tam jakieś tajemnice. Po prostu chcę mieć przestrzeń, której z nią nie dzielę. Azyl, do którego nikt nie ma dostępu.

Miłosz to wychowany w analogowej rzeczywistości, pamiętający podwórkowe trzepaki PRL-u 35-latek. Azyl, który tworzy od kilku lat, to cyfrowy świat, skomponowany z profilu na Facebooku i Instagramie, zamieszczanych w sieci zdjęć, ściąganej muzyki, komentarzy na forach, zakupów online i przeglądanych blogów. Jego komórka jest non stop podłączona do sieci.

Kiedy Miłosz usłyszał o tzw. ustawie inwigilacyjnej, po raz pierwszy poczuł, że jego azyl może być zagrożony. O co w niej chodzi? – Ustawa daje służbom państwowym, takim jak np. policja czy straż graniczna, łatwiejszy dostęp do naszych danych internetowych. Wcześniej służby, które chciały uzyskać informacje na temat czyjejś aktywności w sieci, zobowiązane były listownie poprosić o to firmy prowadzące strony internetowe. Teraz mogą zdalnie uzyskiwać dane o dowolnych użytkownikach, pod warunkiem podpisania jednorazowej umowy z daną firmą – tłumaczy Wojciech Klicki, prawnik z Fundacji Panoptykon zajmującej się kontrolą nad współczesnymi praktykami nadzoru (czyli tym, kto w dzisiejszym świecie zbiera o nas informacje i po co to robi). W praktyce oznacza to, że jeżeli np. policja podpisze umowę z właścicielem portalu społecznościowego, każdy jej pracownik – jeżeli uzna to za zasadne – uzyska dostęp do naszych danych.

O ile ustawa ta pozwala na uzyskiwanie tylko metadanych (czyli np. informacji o tym, jak często wchodzimy na jakiś portal i do kogo piszemy mejle), o tyle jej młodsza siostra, czyli przyjęta w czerwcu ustawa antyterrorystyczna, pozwala także na czytanie treści korespondencji lub podsłuchiwanie rozmów. Wprawdzie tu warunki są bardziej restrykcyjne (ABW musi mieć podejrzenia, że mejle pisane są przez cudzoziemca i że może być on terrorystą), ale – co podkreśla Wojciech Klicki – daje pole do nadużyć. – Co jeżeli mamy ciemny kolor skóry albo nietypowe nazwisko? Nawet to może posłużyć jako pretekst do sprawdzenia naszej korespondencji mejlowej. Poza tym nie mamy gwarancji, że nasze dane nie wyciekną i nie zostaną użyte przeciwko nam, np. w prywatnym procesie rozwodowym.

Obie ustawy narobiły dużo hałasu. Problem w tym, że ujawniają zaledwie wierzchołek góry lodowej: inwigilacja w sieci trwa od dawna, a to, co robią służby, to zaledwie jej margines. Im więcej czasu spędzamy online, tym bardziej powinniśmy się bać.

Prywatność za zniżkę

Kto nas śledzi i po co? Żeby to sprawdzić, Julia – gimnazjalistka, która z portali społecznościowych nie wylogowuje się, nawet kiedy śpi – godzi się przeprowadzić ze mną eksperyment. Krok po kroku wypisujemy informacje, jakie udostępniła na swój temat przez smartfona w ostatnim czasie. Sieć wie, z kim spotyka się wieczorami i o której wstała wczoraj rano (od razu po przebudzeniu pisze wiadomość do chłopaka). Zna jej numer i kontakty do znajomych (o ich udostępnienie prosiła gra, którą ściągnęła), wie, gdzie znajduje się w każdej chwili (włączona opcja lokalizacji). Kiedy po wyświetlanych reklamach zgaduję, czego ostatnio szukała w internetowych sklepach, na jej twarzy widzę coraz większe przerażenie. Lista informacji, które udało nam się wypisać, zajmuje kilka stron notatnika (papierowego). A to jeszcze nie wszystko: wiedza o tym, co robi Julka, automatycznie wędruje do dostarczyciela Internetu, administratorów stron czy operatora sieci komórkowej. Potencjalnie zainteresowane służby wydają się tylko wisienką na torcie.

Ale praktyka pokazuje, że nawet jeśli zdajemy sobie sprawę z tego, że jesteśmy śledzeni, specjalnie się tym nie przejmujemy. Choć w badaniach deklarujemy, że Internet rozumiemy jako miejsce publiczne (jedynie 2 proc. Polaków przebadanych przez IAB Polska uważa, że to przestrzeń wyłącznie prywatna), na forach zamieszczamy najskrytsze tajemnice. Cyfrowy świat traktujemy jak wielkie miasto, w którym możemy wykrzyczeć, cokolwiek przyjdzie nam do głowy. Jednocześnie nie mamy świadomości, że nasze rozmowy – jak to w wielkim mieście bywa – mogą usłyszeć obcy ludzie, także tacy, którzy wykorzystają je do swoich celów. Wielu Polaków dbanie o prywatność ogranicza do tego, by nikt nie zaglądał im przez ramię, kiedy przeglądają na Facebooku profile nieznajomych. Albo – podobnie jak Miłosz – do zabezpieczania telefonu hasłem.

Tymczasem na bazie tego, co robimy w Internecie, bez trudu można odtworzyć nasz styl życia, dowiedzieć się o codziennej rutynie, poznać światopogląd, poglądy polityczne (tym dzielimy się z ogromną przyjemnością), a nawet stworzyć profil psychologiczny. Nie musimy zamieszczać dużo: już na podstawie analizy odwiedzanych stron, dawanych na Facebooku polubień czy historii zakupów, budowany jest nasz profil. Po co ktoś miałby to robić? Po to, by przewidzieć nasze przyszłe zachowania, w szczególności te konsumpcyjne.

Zebrane informacje przetwarzane są m.in. po to, by lepiej dopasować wyświetlane na stronach reklamy. Dostęp do internetowej skrzynki, czytanie artykułów na ulubionym portalu lub rozmowa przez komunikator są tylko pozornie darmowe: nie płacimy za nie pieniędzmi, ale właśnie danymi. Na krótką metę ten system jest wygodny i opłacalny. Ale są też negatywne skutki profilowania. – Pamiętam, jak koleżanka wszystkim w biurze opowiadała, że Face­book proponuje jej zniżkę na operację plastyczną. Nie miała świadomości, że była to propozycja zbudowana na jej wcześniejszych poszukiwaniach – wspomina z uśmiechem Miłosz.

Nie rozmawiaj z nieznajomym

Ale czy ryzykujemy coś więcej poza tym, że reklamy wyświetlane na ekranie laptopa zdradzą, czego naprawdę szukamy? Zdecydowanie tak, choć efekty naszych działań możemy zobaczyć dopiero za kilka lub kilkanaście lat.

– Często nie zdajemy sobie sprawy, że zdjęcie czy komentarz wrzucone do sieci mogą tam zostać na zawsze. Nawet jeśli je usuniemy, ktoś mógł je wcześniej skopiować, by wykorzystać w najmniej spodziewanym przez nas momencie – ostrzega Małgorzata Szumańska z Fundacji Panoptykon. Jednocześnie przypomina, że prawo do prywatności jest jednym z praw człowieka i jako takie stanowi integralną część kultury europejskiej. – Nigdy w historii nie mieliśmy takiej możliwości ochrony naszej prywatności, jak mamy dzisiaj. Dzieląc się bezrefleksyjnie swoimi danymi, sami sobie to prawo odbieramy. Tymczasem autonomia informacyjna jednostki i możliwość świadomego decydowania o sferze prywatnej są podstawą nie tylko osobistej wolności, lecz także dojrzałego demokratycznego społeczeństwa.

W całej debacie o prywatności w sieci nie chodzi jednak o strach przed służbami ani tym bardziej o konsumpcję. Chodzi właśnie o wartości.

– A prywatność w polskiej kulturze jest ważną wartością – podkreśla Paweł Maranowski, socjolog badający zachowania Polaków w sieci. – Widać to w codziennym życiu, gdzie staramy się oddzielić przestrzeń domową od publicznej i niechętnie ujawniamy nieznajomym szczegóły życia rodzinnego.

Od małego uczymy dzieci, że nie można podglądać innych i wynosić na zewnątrz rodzinnych tajemnic. Psychologowie zresztą od lat powtarzają, że ma to związek z naszym brakiem zaufania do innych, niezależnie, czy są nimi sąsiedzi, czy ludzie spotykani na ulicy. O nieufności do obcych zapominamy jednak w Internecie. Tam osobom nieznajomym zwierzamy się z kłopotów małżeńskich, wstydliwych problemów ze zdrowiem lub publikujemy zdjęcia prosto z sali porodowej. Wielu rodziców się nie zastanawia, jak będą czuły się ich dzieci, które za kilkanaście lat w czeluściach Internetu odnajdą kompromitujące zdjęcia w rajstopkach z okresu niemowlęctwa. A co powiedzą o tym ich przyszli pracodawcy? Ulegamy złudzeniu, że Internet to worek bez dna, który pomieści wszystkie nasze sekrety, na dodatek nie zdradzając, kto jest ich autorem.

– W Internecie nie kontaktujemy się z innymi twarzą w twarz i to daje poczucie pozornej anonimowości. Dodatkowo wielu z nas ma przekonanie, że w sieci nie ponosimy żadnej odpowiedzialności za działania – tłumaczy Barbara Krywoszejew z Fundacji Nowoczesna Polska, zajmującej się edukacją w zakresie cyfrowych umiejętności.

Dopóki za nasze wypowiedzi i zdjęcia zbieramy lajki i przychylne komentarze, nie zaprzątamy sobie głowy anonimowością. Schody zaczynają się, kiedy rzeczywistość cyfrowa wkracza w analogowe życie. Przekonała się o tym Dagmara, trenerka zatrudniona w dużej firmie szkoleniowej, którą troska o prywatność dopadła nagle, na żaglówce na Mazurach. – Właśnie wtedy postanowiłam wejść na Facebooka. Zobaczyłam tam zdjęcie naszej relaksującej się przy winie paczki. Koleżanka wrzuciła miłe wspomnienie z poprzedniego dnia, nie pytając mnie o zdanie. Jej post polubiło kilkadziesiąt osób, w tym także mój szef. Dopóki go nie zobaczył, myślał, że jestem chora. Długo zajęło mi odkręcenie tej sprawy.

Problem pojawia się także, kiedy spotykamy się z internetowym hejtem. Choć szukanie sprawiedliwości w rzeczywistości cyfrowej bywa możliwe (zachęcają do tego m.in. twórcy serwisu Hejtstop.pl,
na którym można zgłaszać potencjalnie bezprawne treści), w praktyce jest trudne. Żyjemy w świecie wielkiej cyfrowej zmiany i prawo – stworzone jeszcze przed nią – nie nadąża za regułami świata online. Przekonał się o tym każdy, kogo zdjęcie stało się pożywką dla prześmiewczego mema lub zostało ściągnięte z sieci bez jego zgody.

Zacieranie śladów

Być może jest więc tak, że choć cenimy prywatność, nie bardzo wiemy, jak ją chronić w sieci. Socjolog Paweł Maranowski podkreśla, że nasza wiedza na ten temat – odwrotnie niż ta o zasadach panujących w realu – kończy się na ogólnych prawidłach. Badania, które przeprowadził dla Collegium Civitas i Fundacji Nowoczesna Polska, wskazują, że wielu nauczycieli informatyki nie zna konkretnych narzędzi, które chronią nas online (choć większość z nich dobrze oceniała swoją wiedzę w tym zakresie). Mimo że potrafimy zatroszczyć się o swój wizerunek na portalach społecznościowych, wiele obszarów wciąż zaniedbujemy. Nie wnikamy w to, czym są ciasteczka, denerwuje nas obowiązek akceptowania regulaminów przy robieniu zakupów (połowa Polaków ich nie czyta). Zdarza się też, że korzystamy z jednego hasła do logowania się na różnych portalach. Wnioski Maranowskiego potwierdza raport Polityki Insight: jeżeli chodzi o kompetencje cyfrowe, jesteśmy w ogonie Unii Europejskiej. Na 30 przebadanych pod tym kątem państw plasujemy się na 28. miejscu.

– Dlatego jesienią ruszamy z warsztatami dla nauczycieli, dzieci i rodziców, na których będziemy rozmawiać o tym, jak dbać o bezpieczeństwo w sieci. Mogą się do niego zgłaszać szkoły z całego kraju – mówi Barbara Krywoszejew z Fundacji Nowoczesna Polska.

Dbania o prywatność można się nauczyć. Przynajmniej niektóre ślady można zatrzeć, np. używając programu szyfrującego mejle lub instalując odpowiednie wtyczki w przeglądarce internetowej. Żeby to zrobić, wystarczy kilka kliknięć. Możemy się w ten sposób pozbyć niepotrzebnych ciasteczek, zablokować reklamy lub… samemu obserwować, kto nas śledzi. Co jeszcze możemy zrobić? Przede wszystkim porządnie się zastanowić, czy chcemy coś opublikować i jakie osoby będą miały do tego dostęp (warto np. zaostrzyć ustawienia prywatności na portalach społecznościowych).

Życie pod nadzorem

Jedno jest pewne: choćbyśmy nie wiem, jak się starali, od inwigilacji nie uda nam się uciec. Zarówno państwo, jak i prywatne firmy mają co obserwować, bo coraz więcej z nas nigdy się nie wylogowuje. Co za tym idzie – zostawiamy w sieci coraz więcej śladów.

– Kluczowe wydaje się to, że żyjemy w świecie, który nie daje wyboru. Dla wielu bycie online to nie możliwość, ale przymus. Działają zgodnie z zasadą, że jeżeli jakiejś osoby nie ma na Facebooku, to znaczy, że ona nie istnieje. Szczególnie młodym ludziom, będącym pod presją rówieśników, trudno jest wyjść z tego schematu – mówi Małgorzata Szumańska.

Miłosz: – Nie wyobrażam sobie ograniczenia Internetu. Wreszcie mam świat, który tworzę według własnych zasad. Może i podglądają mnie służby, ale za to potrafię się dobrze kamuflować przed żoną, która nieustannie mnie kontroluje.

Julia: – Pstrykam selfie dotąd, aż na którymś wyjdę perfekcyjnie, a potem robię korektę w programie graficznym. Wie pani, jakie to uczucie, kiedy ktoś napisze, że bosko wyglądam? Chodzę wtedy uśmiechnięta cały dzień. Jak dostanę kilkadziesiąt lajków, czuję się naprawdę ważna.

Kusi nas perspektywa, by pokazać się całemu światu, unikając oceniających spojrzeń sąsiadów i znajomych (ci, którzy chcą nas skrytykować, zrobią to zapewne nie pod swoim nazwiskiem, a my – także nie pod swoim – będziemy mogli im nawrzucać). Jednocześnie Internet daje nam coś, czego wielu z nas brakuje w codziennym życiu: dzięki facebookowym lajkom zyskujemy poczucie wartości, a przynajmniej jego pozory. Nasze narcystyczne tendencje są stymulowane, a potem bez skrupułów wykorzystywane przez wielkie firmy. – Żyjemy w poczuciu, że dzięki sieci możemy wyrażać naszą indywidualność. Ale jednocześnie ujawniane przez nas informacje są wykorzystywane do profilowania nas, podsuwania konkretnych treści w oparciu o rozstrzygnięcie algorytmu. Na razie najefektywniej korzystają z tego komercyjne podmioty, ale mają licznych naśladowców, również wśród instytucji publicznych, które także gromadzą coraz więcej informacji o naszym życiu. Jeżeli pójdziemy tą drogą, może się okazać, że na co dzień będziemy szufladkowani w wielu innych dziedzinach życia, zupełnie nie mając na tym kontroli. Decyzje za nas będą podejmowały komputerowe systemy – mówi Szumańska.
I choć to na razie futurystyczna wizja, groźba utraty kontroli nad tym, w jaki sposób wykorzystywane są informacje o naszym życiu, jest jak najbardziej realna. Szumańska: – Wiele działań inwigilacyjnych służb jest poza jakąkolwiek realną kontrolą. Większość osób, która jest przez nie śledzona, prawdopodobnie nigdy się o tym nie dowie, bo służby nie mają obowiązku o tym informować.

Czy te groźby są w stanie zmniejszyć liczbę robionych przez nas selfie? Raczej nie, bo pragnienie kreowania się przed innymi jest równie stare jak istnienie społeczeństwa. – Tyle że – dodaje Szumańska – kiedyś mieliśmy więcej przestrzeni, w której można było schować się od wzroku innych. Wszechobecny Internet i przyspawany do dłoni smartfon sprawiły, że cały świat stał się sceną, a kulisy, gdzie można zdjąć lub chociaż poluzować maskę, drastycznie się zawęziły.

Jednak im szersze koło zatacza cyfrowa rewolucja, tym więcej pojawia się osób, dla których nieustanna presja kreowania siebie staje się nie do zniesienia. Oni chcą czegoś więcej: autentycznego kontaktu z drugim człowiekiem twarzą w twarz. Ale o to muszą już
zadbać poza siecią.

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze