fbpx

Karolina Hamer: „Niepełnosprawność nie jest najważniejszą cząstką mnie”

Karolina Hamer:"Niepełnosprawność nie jest najważniejszą cząstka mnie"
Karolina Hamer, pływaczka, medalistka mistrzostw świata i Europy. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Człowiek to człowiek. Miłość to miłość. Nie godzę się na żadną dyskryminację – mówi Karolina Hamer, biseksualna paraolimpijka. Uparta, szczera, odważna, walczy o prawa osób z niepełnosprawnościami, o systemowe rozwiązania i tolerancję. 1 lipca, w formie e-booka, ukaże się jej książka „Niezatapialna”.

Sport. Jak pojawił się w pani życiu?
Miałam cztery lata i pierwsze pływackie kroki robiłam przy moim tacie. Często jeździliśmy nad jakieś jeziora, na baseny i od razu było widać, że woda to jest mój żywioł. Dawała mi poczucie wolności, nie czułam w niej ograniczeń! Wychodziłam z wody dopiero, jak robiłam się sina. Pamiętam, jak mama mówiła: „Karolina, tylko nie wypływaj na głębokie”, a ja po dwóch sekundach właśnie tam byłam. W końcu trafiłam do sekcji pływackiej. Miałam wtedy 17 lat.

Późno.
Tak. Ale po trzech miesiącach treningów zostałam medalistką. Wszystko przypadkiem. Ówczesny chłopak mojej siostry powiedział mi, że istnieje sekcja pływacka dla osób z niepełnosprawnościami. Poszłam, popływałam półtorej godziny żabką, trenerzy byli właściwie w szoku. Po trzech miesiącach pojechałam na pierwsze zawody – mistrzostwa Polski juniorów, zdobyłam tam brązowy medal. Potem po trzech latach trenowania dostałam się do kadry. Sport był ze mną od zawsze. Pamiętam, że jako dziewczynka oglądałam igrzyska olimpijskie w Seulu i najważniejsze było dla mnie, czy pan/pani dość dużych gabarytów podniesie ciężar, czy nie.

Z pani książki dowiedziałem się, że pani, osoba z niepełnosprawnością, chodziła do klasy sportowej.
Tak. Teoretycznie zaczynałam od siatkówki. Nie uczestniczyłam jednak aktywnie w lekcjach wychowania fizycznego. Patrzyłam na kolegów i koleżanki. To było prawdziwe przechytrzenie systemu. Moją pierwszą prawdziwą miłością sportową była koszykówka NBA – krańcowe zawodowstwo. Myślę, że z tego się wziął taki mój pęd do progresywnego myślenia, pęd do profesjonalizmu: „Będę zmieniać rzeczywistość” i „teraz będzie po mojemu”. Sport nauczył mnie też techniki „padłaś – powstań”.

I to było najważniejsze?
Zawsze najważniejsze było to poczucie wolności w wodzie, ucieczki od problemów, wolna, spokojna głowa w trakcie treningów. I to poczucie, że każdy sezon jest nową szansą. Czasem się śmieję, że jestem specjalistką od wstawania po upadkach. Kiedy patrzę z perspektywy czasu, kiedy robię podsumowania, to chyba właśnie to jest dla mnie najfajniejsze w sporcie: hartuje, wyrabia charakter i zostawia świadomość, że życie składa się ze wzlotów i upadków, że jak coś jest nie halo, to najważniejsze, żeby się po tym podnieść.

Kiedy pani upadła?
Upadałam i powstawałam wielokrotnie. Moje życie to prawdziwy rollercoaster. To bezpardonowa walka o życie po swojemu – wbrew wszystkiemu. Gdy przegrywałam zawody, a medal był na wyciągnięcie ręki, gdy zmarła moja mama. To dzięki tym upadkom jestem niezatapialna – tak brzmi zresztą tytuł książki.

Rodzice, tata przede wszystkim, wcale zachwyceni tymi sportowymi aspiracjami i planami dotyczącymi sportu nie byli.
Tata jest bardzo pragmatycznym i stąpającym twardo po ziemi człowiekiem. I prawdopodobnie czuł niepokój związany z tym, że sport niesie ze sobą niewiadomą. Bo przecież nie od razu wiadomo, czy się komuś uda, czy nie, czym skończy się ten wielki podejmowany wysiłek.

Martwił się o to, czy zdobędzie pani zawód, o pani przyszłość.
No i ja sobie wybrałam taką, a nie inną. Najważniejsza dla mnie jest własna droga. Rodzice naturalnie się o mnie martwili od samego początku, przecież kiedy się urodziłam, przez komplikacje podczas porodu (lekarz odmówił mamie cesarskiego cięcia) miałam nie chodzić, nie mówić, miałam być roślinką. Ten początkowy etap usprawniania, rehabilitacja i progres to zasługa mojej mamy. Ona była prawdziwą wojowniczką, na takiej wojnie z rzeczywistością. Widziałam i jeszcze bardziej dotarło to do mnie po niedawnej śmierci mamy, ile wysiłku to wszystko kosztowało – żeby doprowadzić do tego, żebym mogła realizować swoje marzenia.

Co oprócz uporu i wojowniczości odziedziczyła pani po mamie?
Ciepło, chęć niesienia pomocy innym, poczucie, że jestem na świecie po coś i że mogę zrobić coś dobrego.

A co dla rodziców było pani zdaniem najtrudniejsze? Oprócz tego lęku o pani przyszłość?
Przemoc systemowa. Tak to nazywam. Rodziny osób z niepełnosprawnościami przez 30 lat odczuwały to, że Polska jest w tyle, jeśli chodzi o systemowe wsparcie takich osób. Cały mechanizm radzenia sobie, wsparcia był na barkach rodziców, rodzin i uznawano to za normę. Taka codzienność osoby z niepełnosprawnością naprawdę bywa niełatwa.

Co to jest „mała solidarność”?
Kiedy system zawodzi, możemy wspierać siebie nawzajem, możemy być otwarci, tolerancyjni, dawać przykład. Mała solidarność zaczyna się wówczas, kiedy przestajemy zajmować się własnym tyłkiem, a widzimy coś szerzej. Dla mnie taka solidarność wiąże się też z pewnego rodzaju wrażliwością. Osoby, które widzą, że świat jest piękny, zróżnicowany, i stają w jego obronie, są jak Avengersi, a nawet Avengerki, bohaterki, które ratują świat.

Karolina Hamer:"Niepełnosprawność nie jest najważniejszą cząstka mnie"
Sport nauczył mnie techniki „padłaś-powstań”. Upadałam i powstawałam wielokrotnie. Moje życie to rollercoaster. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Ale odniosłem wrażenie, czytając książkę pani i Karoliny Domagalskiej, że ta mała solidarność nie jest tylko czymś pozytywnym. Bo to jest taka mała solidarność wykazywana wobec osób z niepełnosprawnościami przez ich znajomych, kolegów, sąsiadów, która niejako w codzienności zastępuje rozwiązania systemowe. Przeciwstawiała pani te dwie sfery.
Oczywiście. To powinno, rzecz jasna, współgrać. Jest wspaniałą rzeczą, że ludzie są dobrzy, że chcą pomagać, potrafią rozumieć innych, nie dyskryminować, czuć się współodpowiedzialnymi, kształtować rzeczywistość. Obok tego, jako część całości, powinny być jednak przyjmowane rozwiązania systemowe, dające osobom z niepełnosprawnościami podmiotowość, decyzyjność i – co za tym idzie – szanse. Szanse na wolność w decydowaniu o własnym życiu. To dlatego tak ważny był dla mnie protest osób z niepełnosprawnościami, bo podczas niego nastąpiła obywatelska pobudka: nie będziemy już spychani butem pod powierzchnię. Ważne też jest, żeby osoby z niepełnosprawnościami zyskały konkretne twarze, bo często dzieje się tak, że pozostają pod jakimś przykryciem statystyk – o, niby jest lepiej, bo więcej środków. A ja pytam: „Gdzie w przestrzeni publicznej osoby z niepełnosprawnościami? Dlaczego jest ich tak mało na ulicach, w polityce, w sztuce? Gdzie są prawnicy czy prawniczki z niepełnosprawnościami? Aktorzy i aktorki? Przecież statystycznie powinni być, prawda?”.

Równe szanse…
To złożona kwestia. W 2012 roku Polska ratyfikowała konwencję ONZ dotyczącą praw osób z niepełnosprawnościami i tam jest wpisane prawo do niezależnego, samodzielnego życia, do edukacji, do rynku pracy, do decydowania o sobie i swoim ciele. W Polsce pracuje tylko jedna czwarta osób z niepełnosprawnościami – osób w tzw. wieku produkcyjnym. Oczywiście, istotne jest również to, by takie osoby uwierzyły, że mogą pracować, by stworzyć im takie warunki – normalne warunki – by bez lęku i jakiegoś rzucania się w przepaść mogły żyć w sposób najbardziej zbliżony do tego, w jaki chcą, i by mogły wykorzystywać swój potencjał, wykonywać jak najwięcej zawodów. To jest podmiotowość.

Może zawsze w jakiejś mierze jako ideał – utopijna.
Nie. To jest kwestia równości obywatelskiej. Chodzi o to, by te prawa były naprawdę równe dla wszystkich niezależnie od tego, czy jestem osobą z niepełnosprawnością, czy nie, czy jestem kobietą, czy mężczyzną. Cała książka opowiada właściwie o dążeniu do spełnienia marzeń z punktem wyjścia w równości: zdaję sobie sprawę, że jestem kobietą z niepełnosprawnością, ale ta niepełnosprawność nie jest najważniejszą cząstką mnie. I dlatego bywa, że się buntuję przeciwko temu, że – trochę tak jak teraz – rozmawiam z kimś sobie godzinę o niepełnosprawności. A są przecież inne tematy.

OK. Tylko że książkę pani napisała o sporcie paraolimpijskim i swojej z nim przygodzie. Napisała pani, że moc jest dawana przez autentyczność. Czym jest ta autentyczność?
To podążanie swoją drogą wbrew wszystkiemu, wbrew ograniczeniom, które są, ale nie muszą człowieka definiować. Coś, co naprawdę mam w sobie, to „prawdziwe ja” zawsze daje moc. Chcę być aktorką – robię wszystko, by nią być. Chcę być prawniczką – zmierzam do tego. Chcę być sportowczynią – będę. Choć, oczywiście, w sporcie paraolimpijskim, bo to kwestia fizyczności. Ale już o prawniku nikt nie powie „niepełnosprawny prawnik”, tylko dobry lub zły.

Równe szanse. Możliwość wyboru.
Tak! Bardzo często osoby z niepełnosprawnościami mają tyle do ogarnięcia we własnym zakresie – chodzi mi o to „łatanie systemu”, że ich potencjał jest hamowany albo nie do końca ujawniany. O to właśnie chodzi, gdy mówię, że osoby z niepełnosprawnościami są definiowane…

…przede wszystkim jako osoby z niepełnosprawnościami.
Dokładnie. Bywa, że ta niepełnosprawność jest pewną nadsprawnością: funkcjonujesz w świecie, w którym nic nie jest do ciebie dostosowane. I musisz się wykazać naprawdę specjalnymi zdolnościami, sprawnością, żeby w tym świecie żyć, działać, rozwijać się. W świecie, w którym większość ludzi byłaby osobami z niepełnosprawnościami, i świat byłby do nich „dostosowany”, osoby sprawne miałyby kłopoty, prawda? Wszystko jest relatywne. Mam wrażenie, że jesteśmy w przededniu rewolucji polegającej na tym, że ludzie to zrozumieją.

Zrozumieli, gdy ogłosiła pani światu, że jest biseksualna? Erotyka, seks osób z niepełnosprawnościami w przestrzeni publicznej stanowią jakieś tabu.
Są dwie płaszczyzny możliwych odpowiedzi. Po pierwsze, jestem zahartowana, mam w sobie dużo akceptacji, osobiście nie dotyka mnie żaden hejt. Skądinąd niemal go nie było, otrzymywałam wiele słów wsparcia. Natomiast druga odpowiedź brzmi następująco: nie godzę się na żadne strefy wolne od LGBT, bo przecież to proste – wykluczanie kogokolwiek ze względu na niezależne od niego rzeczy jest złe. Miłość to miłość. Człowiek to człowiek. Po prostu. Polska jest dla wszystkich. Powiedziałabym, że mam takie cztery dary, które bywają związane z wykluczeniem: jestem sportowczynią, osobą z niepełnosprawnością, jestem kobietą i jestem biseksualna.

Siła złego na jednego.
[Śmiech]. Nie! To naprawdę dary, zalety! Nie obciążenia.

Karolina Hamer:"Niepełnosprawność nie jest najważniejszą cząstka mnie"
Karolina Hamer wspólnie z Karoliną Domagalską napisała książkę „Niezatapialna”, wyd. W.A.B

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze