fbpx

Praca: 8 godzin z dręczycielem

Praca: 8 godzin z dręczycielem
123rf.com

O mobbingu mówi się mniej niż kiedyś. A właśnie teraz robi zawrotną karierę. W kryzysie, gdy utrata pracy wywołuje kilkakrotnie silniejszy strach, przypadki dręczenia pracowników są na porządku dziennym. Ciche, nieujawniane, odzierające z godności, niezadośćuczynione…
Stawiam się w sytuacji osoby szykanowanej w pracy, na skraju załamania. Mam etat w piekle. Wchodzę do Internetu i wstukuję „mobbing, pomoc, telefon”. Wyskakują nazwy różnych organizacji. Dzwonię po kolei. Ale nie mam szczęścia. Telefony milczą. Za siódmym razem trafiam. To Centrum Antymobbingowe. „Słucham?! Nie słyszę, jadę autobusem!… a nieee! Już od trzech lat nie działamy. Dotacji nie dostaliśmy”. W warszawskim Stowarzyszeniu Antymobbingowym nikt nie odbiera, ale jest e-mail. Piszę. Wieczorem dostaję odpowiedź: „Ponieważ nie jestem w stanie odpowiadać bezzwłocznie, czasem robię to po dość długim czasie. Dzwonić należy w różnych godzinach, bo nie zawsze jestem w domu”. Pisemnie pytam, czy mogę jutro o 12. I już odpowiedzi nie dostaję.

Wygląda na to, że profesjonalne punkty pomocy dręczonym w pracy znikają z mapy Polski. Źle się czuję. Może lepiej pójdę do psychiatry? Obdzwaniam państwowe placówki. Na wizytę poczekam trzy miesiące. Chyba, że wolę prywatnie.

Co dziesiąte samobójstwo w Europie jest wynikiem prześladowania w miejscu pracy – wynika z ubiegłorocznych statystyk. W Polsce nikt nie oszacował skali problemu. Sam mobbing CBOS przebadał, ale dziesięć lat temu, kiedy jeszcze był nowym, „gorącym” zjawiskiem. Ofiarą szykan przełożonego padała wtedy blisko jedna piąta polskich pracowników, a co 15. był dręczony przez współpracowników. Odkąd w 2004 roku mobbingu zakazano prawem, mówi się o nim coraz mniej. W wielu firmach przeprowadzono szkolenia i wdrożono procedury, które mają zabezpieczać przed dyskryminacją. Uznano, że problem został rozwiązany. Czy rzeczywiście? Im większy lęk przed kryzysem, tym większe milczenie na temat przypadków szykanowania. Zasada jest też taka, że im większe milczenie, tym większy mobbing.

Straciła pozytywny obraz siebie samej, zwątpiła w swoje najmocniejsze strony, schudła siedem kilo w miesiąc i wylądowała u psychiatry. Czyli skończyło się klasycznie. A zaczęło od tego, że odmówiła delegacji służbowej do Sopotu na tydzień.

– Mam dwójkę małych dzieci i nie jestem w stanie opuścić miasta na tak długo. To się nie spodobało – mówi 40-letnia Magdalena, która przeżyła półroczne nękanie w jednym z urzędów w Warszawie. – Po wielu miesiącach zachwytu nad moimi osiągnięciami szef przestał mi odpowiadać „dzień dobry”. Traktował mnie jak powietrze. Wszyscy byli w szoku, ale nikt słowem się nie odezwał. I zamiast zareagować, przestraszyłam się. Byłam rzecznikiem, ciężko było spełniać obowiązki, gdy przełożony się do mnie nie odzywał. Oficjalnie nie zgłaszał zastrzeżeń do mojej pracy. Komunikaty prasowe, wywiady, konferencje, naprawdę zasuwałam. Ale on chciał mieć świtę na wyjazdach, a nie obsługę medialną. Pewnego dnia przyszłam do pracy i zobaczyłam, że nie ma mojego biurka. Znalazłam swoje stanowisko pracy na zapleczu, w pomieszczeniu bez okien i wentylacji, ukryte za szafą. A telefony od dziennikarzy przyjmowałam już nie ja, tylko jego sekretarka – wspomina. – Dostałam stertę dokumentów z poleceniem znalezienia… literówek!
Na końcu języka miałam: „dość”, ale… za drzwiami urzędu kryzys… pomyślałam.

Zdaniem socjologa i mediator Joanny Telus ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, by utrzymać pracę, ludzie godzą się dziś na wszystko w milczeniu. Są zatrudniani na krótko i za mniejsze pieniądze. Tak szerokiej płaszczyzny dla mobbingu jeszcze nie mieliśmy:

– Nieuzasadniona krytyka, nieprzydzielanie żadnych lub odbieranie już zleconych prac albo zmuszanie do wykonywania zadań poniżej umiejętności… To popularne formy dręczenia, które często mają nakłonić kogoś do odejścia – wyjaśnia. – Mobber często też w taki sposób dystansuje potencjalną konkurencję. Jego działanie może przyjąć formę upokarzającego kontrolowania podwładnego albo izolowania go od reszty zespołu. Najgorszy jest brak reakcji. Decyzja „przeczekam” jest równoznaczna z wejściem w rolę ofiary.

Obrażanie i plotki to według danych Polskiej Inspekcji Pracy najczęstsza forma mobbingu. Zauważa ją wokół siebie 21 proc. Polaków. Kary i represje dostrzega 20 proc. pracowników, a zastraszanie zwolnieniem – 19 proc. pytanych.

Kozioł ofiarny w pracy

Mobbing historię ma niewiele krótszą niż praca, ale zdefiniował go dopiero na początku lat 80. ubiegłego wieku niemiecki doktor psychologii pracy Heinz Leymann. Jego nazwa pochodzi od angielskiego słowa mob, czyli „tłum osaczający kogoś”. Bo trzeba wiedzieć, że dręczenie podwładnego jedynie przez przełożonego to 58 proc. wszystkich przypadków mobbingu – wynika z danych Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 29 proc. przełożeni gnębią pracownika wspólnie z jego kolegami, a w 12 proc. – ofiara nękana jest przez grupę współpracowników.

– Zdarza się, że prześladowca publicznie ośmiesza współpracownika albo umniejsza jego wartość. Krzyczy na niego lub używa wobec niego wulgaryzmów. Z mobbingiem mamy do czynienia, kiedy takie zachowania są uporczywe, trwają minimum pół roku – mówi Anna Pierzchała, psychoterapeutka z gabinetu Tamka w Warszawie. – W takich sytuacjach najbardziej prawdopodobnym, prymitywnym powodem szykan bywa chęć wyładowania frustracji. Firmy w czasie recesji, kiedy kroi się koszty i zatrudnienie, to często wielki festiwal stresu. A badania pokazują, że kozioł ofiarny w grupie obniża poziom napięcia. I… daje złudne poczucie większej wspólnoty i bezpieczeństwa.

„Zamknij się, stara krowo, bo będziesz za nas robić” – usłyszała 58-letnia Teresa, księgowa w prywatnej firmie, na kilka lat przed emeryturą. W pokoju miała trzy młodsze o 30 lat koleżanki. Od początku czuła, że jej obecność im nie odpowiada. Inne problemy, tematy do rozmowy. Kiedy rozeszła się wieść o zbliżających się zwolnieniach, zawiązały sojusz. Kiedy wchodziła do pokoju, milkły albo zaczynały rozmawiać o randkach, bikini, młodej skórze w taki sposób, żeby Teresę skrępować: – Nic sobie z tego nie robiłam, dopóki nie ubzdurały sobie, że na nie donoszę. I że siedzę tu „pomarszczona i niewydajna”. Twierdziły, że pracują dwa razy szybciej – opowiada. Kiedy szef był na urlopie, zamykały się w pokoju, utrudniając mi wejście do biura. Potrafiłam sterczeć przed drzwiami do dwunastej. Narobiłam zaległości. Powiedziały, że jeśli coś pisnę, ogłoszą, że przychodziłam do pracy pijana. Po roku miałam już tak dość, że byłam szczęśliwa, gdy mnie zwolnił.

W szpitalu mniej bezpiecznie niż w korporacji

Jeszcze pod koniec lat 90. ryzyko mobbingu było tym większe, im bardziej firma koncentrowała się na zysku. Sprawa była oczywista. W budżetówce pracowało się najprzyjemniej. A w wielkich korporacjach byliśmy narażeni na szykany.

– Być może to zaskakujące, ale dziś jest odwrotnie – mówi psycholog dr Piotr Chomczyński z Uniwersytetu Łódzkiego. – Bo to w instytucjach państwowych trudniej się pozbyć pracownika, który pracuje od lat z nadania. Korporacje zaś bronią się przed przypadkami dyskryminacji, bo dbają o PR. Prowadzą monitoring, szkolenia. Nie mogą sobie pozwolić na zepsucie wizerunku.

Okazuje się, że im większa korporacja, tym lepiej opracowane procedury antymobbingowe. A wszystko, odkąd do kodeksu pracy wprowadzono przepis o możliwości dochodzenia zadośćuczynienia w związku z szykanowaniem.

– W ciągu ostatnich pięciu lat dokonał się skok. W wielkich firmach kadra menedżerska jest wysoko wyszkolona. Każdy zna ścieżkę reagowania, kiedy dostrzeże mobbing lub padnie jego ofiarą – mówi Małgorzata Zachorowska, były dyrektor personalny m.in. takich firm, jak: Levi Strauss, PepsiCo, Tesco, Shell i Kompanii Piwowarskiej. – Jeśli pracownik uważa, że przełożony nie potraktuje go poważnie, może zgłosić przypadek szykanowania bezpośrednio do działu HR. Dyrektor personalny ma obowiązek przyjąć postawę neutralną i zbadać sprawę. Nawet jeśli mobbing z racji kryzysu jest częstszy, to świadomość pracowników jest dziś nieporównywalnie większa. Sama brałam udział w zwolnieniu menedżera, który dręczył członka zespołu, uważając, że jest jego własnością. W korporacjach nie ma już miejsca na takie numery.

Co innego w szkołach, szpitalach, urzędach, tu na szkolenia nie ma funduszy, a wizerunek instytucji nie jest ważny. W Szwecji ofiarą mobbingu pada dwa proc. pracowników budżetówki. Z kolei na Wyspach Brytyjskich dyskryminacja w państwowych placówkach dotyka 8 proc. zatrudnionych. W Polsce przeprowadzono ankietę wśród nauczycieli. Dręczonych w pracy czuje się aż 60 proc. spośród nich! I nie chodzi o pojedyncze konflikty, ale długie, trwające wiele miesięcy nękanie.

„Jak ty wyglądasz! Znosisz ubrania ze śmietnika?” – usłyszała na swój temat w pokoju nauczycielskim 40-letnia Ewa. Innym razem dyrektor szkoły wyśmiewał publicznie jej wodę toaletową. Że śmierdzi jak psu spod ogona. I że może lepiej by sobie faceta znalazła, a nie psa. I słyszały to dzieci z klasy, której była wychowawczynią. Od pięciu miesięcy jest na zwolnieniu. Nie chce wrócić do zawodu. Nie znosi impertynencji, publicznego wyśmiewania… Nie potrafi się odgryźć ani postawić, czuje się sparaliżowana.

Godnie zrozumieć, pójść do sądu

Jak pisał prozaik Kazimierz Brandys, „godność polega na odwadze zrozumienia własnej sytuacji”. A gros dręczonych w pracy nie ma pojęcia, że ulega krzywdzącym manipulacjom szefów. Uważają, że to oni są do niczego. Że zawinili. Skutki mobbingu bywają bardziej poniżające i zostawiają trwalsze ślady niż przemoc fizyczna. Utrata poczucia własnej wartości i godności to nie wszystko. Często kończy się zwątpieniem we własne siły i zasoby, depresją, nerwicą, alergią, problemami z trawieniem, astmą, czasem jeszcze poważniejszymi schorzeniami. Zaledwie trzy proc. pacjentów, którzy zgłaszają się do stołecznego Instytutu Psychosomatycznego, a są ofiarami dyskryminowania, zdaje sobie sprawę, co jest przyczyną ich złego stanu zdrowia. Od 70 do 85 proc. nie ma pojęcia, że powód ich dolegliwości to utrzymujący się stres w pracy.

– Wiele osób zdaje sobie sprawę z przemocy, jakiej zaznaje, ale nie decydują się bronić ani dochodzić swego – mówi psychoterapeutka Anna Pierzchała. – Organizacji antymobbingowych nie jest wiele i nie każda firma ma doświadczony dział HR. Z kolei zakładając sprawę w sądzie, trzeba wiedzieć, że szansa na wygraną jest jak jeden do pięciu. Potrzebne są świetne dowody, odważni świadkowie, dużo siły psychicznej i czas. A udręczona kobieta na ogół ma z tym problem. Na 647 spraw o odszkodowanie w związku z mobbingiem, które wpłynęły w ubiegłym roku do polskich sądów, zaledwie 23 zakończyły się ugodą i kolejne 23 wyrokiem – wynika ze statystyk resortu sprawiedliwości. Odkąd wprowadzono do kodeksu przepis umożliwiający pracownikowi zadośćuczynienie, pozwy złożyło dwa i pół tysiąca ofiar uporczywego dręczenia w pracy. I mimo że do walki w sądzie zagrzewają polskie seriale, jak np. jeden z odcinków „Prawa Agaty”, gdzie mecenas Przybysz doprowadziła szykanowaną w pracy bohaterkę do happy endu, to w rzeczywistości tylko namiastka odważnych wygrywa. Dlaczego?

– Cały ciężar dowodowy spoczywa na ofierze – wyjaśnia Joanna Telus. – Musi ona zgromadzić świadków, a w kryzysie to trudne. Bo mało kto zezna przeciwko pracodawcy. Ludzie boją się wylądować na bruku.

Czego nam trzeba?

„Wyglądasz jak lesbijka” – powiedział burmistrz Golubia-Dobrzynia podwładnej. Sąd toruński zobowiązał go do wypłaty poszkodowanej ponad 42 tys. złotych. Z kolei burmistrz Pasymia, która po przegranych wyborach wróciła na stanowisko kierowniczki urzędu stanu cywilnego i którą upokarzano, odeszła z pracy. W sądzie wygrała 30 tys. zł. Odszkodowanie udało się wywalczyć nawet pracownicy Biedronki w Olsztynie, której w ramach dręczenia kazano kartony, zamiast ciąć, rozrywać rękoma. Jak już ktoś w Polsce wygra sprawę o mobbing, jest o tym głośno.

– Warto. I nie chodzi o pieniądze, ale o odzyskanie spokoju – mówi Marek Szczygieł, adwokat, wspólnik w kancelarii Przybora Szczygieł Adwokaci w Warszawie. – Trzeba reagować, gdy ktoś próbuje nas poniżać i odbierać nam godność, nie wyłączając sprawy w sądzie. Jakiś czas temu wywalczyliśmy odszkodowanie dla dręczonej przez szefa pracowniczki jednego z wydawnictw prasowych. Zasądzono na jej rzecz 12 tys. zł, ale nie to jest najważniejsze. Dzięki wygraniu sprawy odzyskała poczucie własnej wartości i dzięki temu dziś wciąż pracuje w zawodzie. Jak powiedział francuski pisarz i dyplomata François-René de Chateaubriand, „zraniona godność ludzka kryje w sobie zarodek śmierci”. Nie umierajmy za młodu. Jak ktoś sprowadzi nas do parteru, niech nam to zadośćuczyni. Ale Joanna Telus nie jest taka pewna, czy sąd zawsze jest najwłaściwszym kluczem: – Wymaga od ofiar mobbingu np. systematycznego prowadzenia szczegółowego dzienniczka, gdzie przez wiele miesięcy mają opisywać wszystkie zaznawane udręki i szykany – tłumaczy. – To dużo pracy, a w zamian zero pewności, czy wygramy sprawę. Ale nie to jest najgorsze. Największym niedopatrzeniem jest brak formalnego zabezpieczenia osób, którym nie uda się dojść przed sądem swoich praw, przed konsekwencjami tej przegranej w przyszłości, np. utratą etatu. No bo który szef będzie chciał trzymać pracownika, który się z nim sądził.

Psychoterapeutka Anna Pierzchała poleca rozwiązywanie konfliktów na wcześniejszym etapie: – W pierwszej kolejności idziesz do szefa i próbujesz rozmawiać z nim grzecznie wprost. W drugiej kolejności – odwiedzasz dział HR. Jeśli nie ufasz, że ci tam pomogą, szukaj wsparcia na zewnątrz – doradza. – Przyjaciel albo psycholog pomoże odbudować ci twój pozytywny obraz siebie. Możesz zgłosić się do mediatora lub prawnika, który w twoim imieniu wystąpi do pracodawcy, przedstawi twoje prawa i zaproponuje konkretny program zachowań naprawczych. Takie rozwiązania częściej zdają egzamin niż sąd. Zanim wytoczysz przeciw swojemu mobberowi ciężką artylerię, weź go „na miękko”. Nawet jeśli się nie uda, będziesz wiedzieć, że przynajmniej próbowałaś.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze