Uwolniłam się od Limy. Wywiad z Beatą Szady, autorką książki „Ulica mnie woła”

Mural zatytułowany "The home of sigh" w dzielnicy Barranco (fot. iStock)

Beata Szady w stolicy Peru spędziła półtora roku. Większość tego czasu na ulicy, pomagając tamtejszym dzieciom jako wolontariuszka.

Lima w pani książce to brzydkie, zaniedbane, chaotyczne miasto, pełne brudnych dzielnic biedy, niezbyt sympatyczne jako miejsce do życia. A na zdjęciach wygląda pięknie, nawet domki w dzielnicach biedy prezentują się malowniczo. To jaka jest Lima naprawdę?

Te pocztówkowe zdjęcia pokazują tylko piękne dzielnice, do których trafiają turyści. Jeśli odwiedzimy Limę, to nie dotrzemy do dzielnic biedy, bo tam w ogóle trudno się dostać. I nie chodzi tylko o kwestię bezpieczeństwa. W stolicy Peru transport jest chaotyczny, wszystko jeździ, jak chce, nie ma przystanków, nie wiadomo, jaki autobus wybrać, dlatego w miniprzewodniku dla turysty, piszę, że możemy zobaczyć, czym są te dzielnice biedy, jadąc do centrum. Wokół pięknego placu krążą dzieci ulicy. A same dzielnice biedy widać ze wzgórza San Cristobal. Kolorowe domki wyglądają, jakby ktoś porzucał w nie farbami, ale dla mnie mają kolor kurzu, bo Lima leży na pustyni i kurz jest wszędzie.

Co jeszcze uderza w Limie?

Turystę europejskiego zdziwić mogą tzw. biedaprzedsiębiorstwa na ulicach, gdzie można kupić wszystko, choć głównie nikomu niepotrzebne drobiazgi. Dużo jest ulicznej gastronomii, z której ludzie chętnie korzystają. Peruwiańczycy stosunkowo często – z naszej perspektywy – sprzedają rzeczy niesprzedawalne. To naród bardzo pomysłowy. I tak, jedna osoba pracuje przy wadze, na której każdy może się zważyć za jedynie 20 groszy, przeliczając na naszą walutę. Ale nikt tego nie robi. Dla nas taka praca byłaby bezsensowna, dla nich większe znaczenie ma jednak sama idea pracy. Ktoś inny na przykład sprzedaje owoce kaktusa zapakowane w woreczki, już obrane ze skórki. Czy Europejczyk odważyłby się zjeść tak obrany owoc? A dla nich to bardzo wygodne. Pracują w ogromnym brudzie, popołudniami centrum zamienia się w wysypisko śmieci. Ale oni to akceptują. Zdziwiło mnie, że nie ma osób żebrzących, że każdy stara się coś robić, żeby pozyskać pieniądze. Wyobrażałam sobie takiego Europejczyka, którego zaczepia dziecko ulicy w autobusie i proponuje mu 5 cukierków za złotówkę. Pewnie by nie zapłacił, za to Peruwiańczycy, często sami w trudnej sytuacji materialnej, są bardzo hojni. I ja też się tej hojności od nich nauczyłam.

Jak wylądowała pani w Limie?

Studiowałam geografię krajów rozwijających się na Uniwersytecie Warszawskim i w związku z pracą magisterską postanowiłam pojechać na badania terenowe do Ameryki Południowej. Wcześniej trafiłam przypadkiem na wernisaż Krystiana Bielatowicza, który pokazywał zdjęcia dzieci ulicy z Limy. Od niego dostałam namiar na dom Wasi, jeden z wielu prymitywnych domów, gdzie dzieci ulicy otrzymują opiekę, jedzenie, nocleg i naukę. Napisałam do nich z propozycją wolontariatu, zgodzili się na mój przyjazd. I uznałam, że to będzie temat mojej pracy magisterskiej. Magisterka nigdy nie powstała, ale jest książka reporterska.

Pojechała pani i od razu wpadła na mocny temat.

Jako wolontariuszka jechałam do Limy dwukrotnie, dopiero wtedy pojawił się pomysł na książkę. W sumie spędziłam w Peru półtora roku. Ale musiało minąć dużo czasu, żebym mogła złapać dystans wobec tego, co się działo w domu Wasi, spojrzeć na moje relacje z bohaterami książki w inny sposób, żeby w ogóle móc ją napisać. Jako wolontariuszka w domu Wasi pełniłam zupełnie inną funkcję niż dziennikarka, która przyjeżdża zbierać materiały – pomagałam organizować tam życie, wiedziałam o rzeczach, o których nigdy bym się nie dowiedziała jako dziennikarka.

Zaczęło się od domu Wasi, potem pojawili się inni bohaterowie.

Ważną postacią w książce jest Martin, streetworker i mój przewodnik, z którym zaczęłam wychodzić na ulicę. Martina poznałam przypadkiem, przyszedł odwiedzić dyrektora domu Wasi, ale akurat go nie było. Zapytałam, czy mogłabym mu towarzyszyć na ulicy. Zgodził się i tak naprawdę to on otworzył mi oczy na ten świat. Dzięki niemu poznałam ludzi, którzy potem stali się bohaterami mojej książki. Gdy już poczułam się pewniej, potrafiłam się w tym świecie odnaleźć, sama zaczęłam wychodzić na ulicę. Pamiętam, kiedy pierwszy raz pojechałam zabrać chłopca na zastrzyk. Nie wiedziałam, czy sobie poradzę, ale skoro Martin mnie o to poprosił, to uznał, że dam radę. Zaufał mi.

Dlaczego podjęła się pani tematu wykluczonych?

Bo zauważyłam, że Polacy stereotypowo patrzą na dzieci ulicy. Według nas te dzieci są brudne, zaniedbane, żebrzą, kradną, ale okazuje się, że są różne stadia tej ulicy. W Peru ukuto termin „dzieci w sytuacji ulicy”, co oznacza: dzieci, które mają domy, rodziny, ale tylko na noc do nich wracają A często przychodzi też taki moment, że jednak wybierają ulicę. Wiemy, że na ulicy są alkohol, narkotyki, prostytucja, ale chciałam obalić te stereotypy, pokazać, że świat nie jest taki czarno-biały. Wiedziałam, że mogę swoim pisaniem powielić wizję biednej Ameryki Południowej, ale przyznam, że nigdy nie byłam w tak biednym i tak bogatym domu jak podczas moich pobytów w Limie.

Proszę opowiedzieć o tych dzieciakach.

To nie jest tak, że wszystkie dzieci mieszkające w dzielnicach biedy są dziećmi ulicy. Nie wiemy, ile ich jest, dane różnią się od siebie. Same dzieci starają się dobrze wyglądać, żeby ludzie się ich nie bali, ale z ich twarzy można wyczytać, skąd pochodzą. Ja w każdym razie tę umiejętność posiadłam. Często urodziły się w rodzinach, które od pokoleń żyją na ulicy, co oznacza, że te dzieci nie znają innych warunków, nie wiedzą, że można żyć zupełnie inaczej. A przecież bieda nie jest wystarczającym powodem, żeby żyć na ulicy. Jeśli dziecko czuje oparcie w rodzicach, to bieda niczemu nie przeszkadza. Tu tego często brakuje.

Jaka jest bieda w Peru?

Znam osoby z biednych dzielnic, które pracują, uczą się, chcą wyjść z biedy i to się im udaje. Peruwiańczycy potrafią być radośni i solidarni mimo biedy – i taka postawa bardzo mnie cieszy. Mam wrażenie, że oni nie narzekają. Starają się koncentrować na innych, radośniejszych rzeczach. Więzi sąsiedzkie zmieniają się, nie sa tak silne jak kiedyś, ale zdecydowanie solidarność jest tu większa niż w dzielnicach bogatych. Jednocześnie widziałam, jak trudna jest sytuacja w rodzinach, które mają powiązania z ulicą. Zaobserwowałam tam stagnację, a wręcz czekanie na to, żeby to któryś z członków rodziny zaczął działać, np. poszedł do pracy – wówczas pozostali będą mogli korzystać z jego pieniędzy. W rodzinach ulicy nie ma motywacji do tego, by wszyscy pracowali i się wspierali. Nie ma solidarności wewnątrz rodziny, jest za to duże wykorzystywanie. Relacje rodzinne bywają bardzo trudne, często członkowie rodziny spoza ulicy, żyjący w miarę normalnie (mieszkający w domu, mający pracę), nie chcą pomagać tym, którzy na tej ulicy zostali.

Co w takiej sytuacji robią wolontariusze?

Na przykład uczą ich, że rodzina to fundamentalna rzecz, że trzeba o nią dbać. Ale peruwiańskie rodziny często nie mają więzów formalnych, jak małżeństwo, więc łatwo jest wyjść z rodziny. Brak odpowiedzialności sprawia, że na związek nie patrzy się perspektywistycznie. Nie myśli się o konsekwencjach, których ofiarami będą dzieci. Do tego dochodzi brak edukacji. Rodzice tych dzieci często mają skończone zaledwie kilka klas podstawówki, dzieci zwykle jedynie zaczynają edukację. Szkoła publiczna istnieje, jest darmowa, ale na niskim poziomie. No i nie ma edukacji seksualnej. To streetworkerzy uczą dziewczyny antykoncepcji.

Jak praca wolontariuszki wpłynęła na panią jako dziennikarkę?

Pewnie nie podjęłabym się tego tematu, gdyby nie było mnie na to stać emocjonalnie. W momencie, gdy uznałam, że z tego będzie książka, to wiedziałam, jaka jest moja rola. Nie mam problemu z zakończeniem jakiejś relacji, bo wiem, po co tam byłam i „zdrada bohaterów” jest dla mnie rzeczą naturalną. Pociągają mnie tematy trudne. Nie wiem, na ile te doświadczenia odcisnęły się na mojej psychice, nie jest mi trudniej żyć, jednak mam świadomość wagi problemu. Pewnie też bardziej doceniam to, co mam, cieszą mnie małe rzeczy. Staram się wyciągać pozytywne wnioski z tych spotkań, piszę, że na ulicy jest radość i my też możemy uczyć się tej radości, czerpać z niej.

Co tak przyciąga panią do Limy? W książce pisze pani, że nie może się od niej uwolnić.

Rzeczywiście, nie lubię Limy, ale ciągle do niej wracam, a o Peru mówię, że to moja druga ojczyzna. Jak spotykam gdzieś w świecie Peruwiańczyków, to czuję, że to moi krajanie. Pisząc tę książkę, miałam wrażenie, że Lima cały czas mnie woła. Dziś ten rozdział jest zamknięty. Chcę w przyszłości pisać o innych częściach Ameryki Łacińskiej, więc cieszę się, że już nie muszę wracać do Peru. Uwolniłam się od Limy.

 

Beata Szady – dziennikarka, doktorantka w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego, naukowo zajmuje się reportażem w Ameryce Łacińskiej w XXI wieku. Autorka książki „Ulica mnie woła. Życiorys z Limy”