fbpx

Z miłości do gór i schroniska Pięć Stawów

Beata Sabała-Zielińska o swojej miłości do gór i schroniska Pięć Stawów
Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. (Fot. Jan Wierzejski/Fotonova)

Choć Nowy Targ dzieli od Zakopanego zaledwie 25 kilometrów, to tak naprawdę wiele je różni. Może dlatego, że Gorce są bardziej łagodne, a Tatry bywają groźne i zmienne. Ich dzikość uczy pokory i determinuje życie mieszkańców. O narastającym zachwycie Zakopanem, w którym po przeprowadzce z Krakowa czuła się jak banitka – opowiada dziennikarka i autorka książek o tematyce górskiej Beata Sabała-Zielińska.

Beata Sabała-Zielińska o swojej miłości do gór i schroniska Pięć Stawów
Beata Sabała-Zielińska, rodowita góralka, jest publicystką i dziennikarką radioąa, a także autorką i współautorką książek o Zakopanem i Tatrach. (Fot. materiały prasowe)

Pamięta pani pierwsze doświadczenia związane z Tatrami?
Urodziłam się w Nowym Targu, więc pozornie miałam Tatry na wyciągnięcie ręki, ale jednocześnie na tyle daleko, że patrzyłam na nie trochę jak niskopienna turystka. Postrzegałam je jako góry trudne i niebezpieczne, do których trzeba się przygotować. Dużo częściej chodziłam w łagodne Gorce, które miałam pod nosem. Dopiero jako licealistka zaczęłam chodzić po Tatrach razem z przyjaciółmi mojej siostry ciotecznej, studentami, którzy byli wędrowcami zapalonymi. Wtedy też po raz pierwszy zawędrowałam do schroniska Pięciu Stawów.

I jakie zrobiło to na pani wrażenie?
Pamiętam, że ciągle było pod górę i czułam się bardzo zmęczona (śmiech). I chyba to zmęczenie przyćmiło urok miejsca. Świadomość gór przyszła dopiero, kiedy zamieszkałam w Zakopanem, gdy ich bliskość zaczęła ingerować w moje życie codzienne.

Co ma pani na myśli?
Na przykład to, że przez osiem miesięcy mamy zimę z pełną gamą „atrakcji” typu śnieg, mróz, roztopy, ślizgawice, gołoledzie. Kidanie, czyli odśnieżanie – palenie w piecu, palenie w piecu – kidanie. I tak w kółko. I wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że 25 kilometrów różnicy między Nowym Targiem a Zakopanem to niemal Rów Mariański, bo pod Tatrami wszystko jest inne: bardziej intensywne, bardziej dzikie, bardziej wymagające… Na początku widziałam tylko tę jedną stronę medalu. To się zmieniło, gdy zostałam dziennikarką. Wtedy poznałam ludzi, który pokazali mi inne oblicze Tatr, bardziej fascynujące, związane z wieloma górskimi pasjami. Wtedy też sama zaczęłam chodzić po Tatrach, a raczej po nich dreptać. Nie jestem fanką sportów ekstremalnych, moje obcowanie z górami ma zdecydowanie łagodniejszą formę, która sprowadza się do zasady: nie bardzo wnikam w Tatry, dzięki temu one mnie nie zamęczają (śmiech). Mieszkam przy wejściu do Doliny Małej Łąki i bardzo często robię spacery właśnie po dolinkach. Pewnie nie poznam tych gór tak jak ludzie, którzy poświęcają im dużo czasu, ale to nie znaczy, że mniej je kocham albo mniej rozumiem.

Czy rozumienie gór przychodzi z czasem, kiedy ma się z nimi taki nieustający kontakt? A może wraz ze zrozumieniem ludzi, którzy w tych górach żyją?
Jedno i drugie. Jeśli chcemy tu żyć, musimy się gór nauczyć, nie ma innego wyjścia. Poza tym wchodzimy z tymi górami w różne interakcje, także turystyczne. Pewnie dlatego dobrze rozumiemy tych, którzy chodzą po Tatrach, ale też – widząc je na co dzień – wiemy, jakie są groźne i zmienne.

Beata Sabała-Zielińska o swojej miłości do gór i schroniska Pięć Stawów
Zakopane zimą. (Fot. Jan Wierzejski/Fotonova)

A jak to się stało, że zamieszkała pani jeszcze bliżej Tatr, a nie w innej części kraju?
Przypadek. A może zrządzenie losu? Przez kilka lat mieszkałam w Krakowie. Tam poznałam mojego męża, warszawiaka, który po jakimś czasie dostał propozycję pracy w Zakopanem. I jak typowy ceper, natychmiast się tym zachwycił. Bo przecież w każdej wolnej chwili będzie chodził po górach i wiadomo, codziennie będzie jeździł na nartach. W Zakopanem mieszkamy już 30 lat i na nartach był co najwyżej kilkanaście razy (śmiech). Z tymi wycieczkami też nie jest najlepiej. Ale wtedy zachwytom nie było końca. Ja tymczasem nie skakałam z radości, perspektywa powrotu na Podhale była dla mnie równoznaczna ze zrobieniem kroku w tył. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Zakopane nie ma nic wspólnego z wiejskością. Dopiero kiedy zaczęłam poznawać miasto, ludzi i Tatry, zrozumiałam, że to – jak pisał Malczewski – pępek świata. Zachwyciłam się i w tym zachwycie trwam do dziś, dziękując losowi za taki obrót spraw.

Wyobraża sobie pani, że radykalnie zmienia pani otoczenie i wyprowadza się na przykład nad morze?
(śmiech) Nie. Chociaż miewam takie myśli, że byłoby super wyjeżdżać na pół roku w czasie zimy w ciepłe kraje i wracać do Zakopanego wiosną. Z drugiej strony kiedy zima jest już tu ogarnięta, wszystko jest odśnieżone i jeszcze zaświeci słońce, to nie ma piękniejszego miejsca na ziemi.

Ja znam Zakopane tylko z perspektywy turystki, i to w takim najgorszym, letnim sezonie. Zawsze mnie ciekawiło, jak wygląda to miejsce poza sezonem.
Rok temu powiedziałabym, że zachwycająco. Mniej oblegane miesiące pozwalały nam, tubylcom, złapać oddech, przejechać przez miasto w 15 minut i spotkać na ulicach nigdzie niespieszących się znajomych. Na początku pandemii rozkoszowałam się wszechobecną pustką. Miałam poczucie, jakbym pojawiła się tu dzień po stworzeniu świata, ale jeszcze przed jego zaludnieniem. Po tygodniu jednak zachwyt znikł. Obraz stał się apokaliptyczny, bo zrozumiałam, że Zakopane bez turystów traci urok, charakter, energię i poniekąd sens istnienia. Teraz więc wszyscy tęsknimy do czasów, gdy znów będą u nas tłumy, i marzymy o listopadach, marcach i kwietniach, w których będziemy mieli od czego i kogo odpoczywać.

Beata Sabała-Zielińska o swojej miłości do gór i schroniska Pięć Stawów
(Fot. Jan Wierzejski/Fotonova)

Jak bardzo ta nieustająca i widoczna obecność gór wpływa na mentalność, na myślenie o przyrodzie czy o innych ludziach, w ogóle o świecie?
Bardzo, góry wręcz determinują nasze życie. Tu przyroda narzuca tempo i sposób życia. Myślę, że w związku z tym żyjemy tu trochę wolniej, ale za to zdecydowanie ciężej pracujemy, bo musimy się z tą naturą mocować. Bliskość gór uczy wytrwałości i pokory. Na pewno łatwo się nie poddajemy, ale też wiemy, kiedy odpuścić. Kiedy nie warto kopać się z koniem. Poza tym przyroda nas do siebie zbliża, uczy solidarności. Jeśli wpadnę samochodem w zaspę, „nasi” natychmiast się zatrzymają, żeby mnie z tej zaspy wyciągnąć. Jeden sąsiad przybiegnie ze żwirem, żeby podsypać pod koła, a drugi wyjdzie z kurtką zarzuconą na piżamę, żeby pomóc mnie wypchnąć. Bo tak się tu robi. Bez zbędnych słów, bez specjalnych próśb. Góry pokazują, że w jedności siła.

Właśnie ukazała się pani książka o schronisku Pięć Stawów w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Czytając ją, ma się wrażenie, jakby doświadczyła pani w tym domu wszystkich pór roku.
Wszystkich nie doświadczyłam. Do samego schroniska wchodzę tak często, jak daję radę, czyli coraz rzadziej. Śmieję się, że chyba w ostatniej chwili zabrałam się do tego tematu, bo kondycja już nie ta. Ale pisząc książkę, miałam poczucie, jakbym była tam przez półtora roku. I byłam, myślami, nieustannie. Najpierw przez rok zbierałam materiał, a potem pisałam po 12–14 godzin dziennie. W pewnym momencie nawet śniłam o Stawach! I ani przez moment się nie nudziłam. Pisałam książkę podczas pierwszej fali pandemii, za oknem rozkwitała wiosna, ludzie chodzili na spacery, a ja nie żałowałam, że nie mogę wyjść, bo cały czas byłam w cudownym miejscu.

Opowieść o schronisku Pięć Stawów to poniekąd opowieść o nas samych, o naszych marzeniach, oczekiwaniach, troskach. To także opowieść o ludziach, którzy gdzieś na końcu świata zbudowali dla nas ten dom i robią wszystko, byśmy czuli się tam bezpieczni i zaopiekowani. Myślę, że fascynacja tym miejscem wynika z tego, że tam bardzo wyraźnie czuje się dzikość natury. To schronisko wciąż opiera się cywilizacji. Kiedy porządnie sypnie – nikt tam nie wejdzie i nikt stamtąd nie zejdzie. Kiedy wiatr powali drzewa albo wyleją potoki – to samo. Tam pierwsze skrzypce gra matka natura i nic nie wskazuje na to, że to się zmieni. Dlatego ciągnie tam tych, którzy chcą doświadczyć tej dzikości. I dobrze, tyle że do natury trzeba mieć respekt.

Teraz głównie kobiety prowadzą schronisko. Pani pokazuje, że góry to jest także kobiecy świat. Góry dają równouprawnienie?
Oczywiście. Pani Maria Krzeptowska, która stworzyła schronisko w Dolinie Pięciu Stawów, była legendą za życia. Robiła niezwykłe wrażenie, także na mężczyznach, choć tym twardym, zahartowanym chłopom trudno było zaimponować. A jednak pani Maria imponowała, bo radziła sobie fenomenalnie. Równie dobrze radzą sobie jej wnuczki. To także bardzo mocne kobiety. Ale góralki takie są. Na żadnym polu nie ustępują facetom. Potrafią ciężko pracować, są charakterne, zdecydowane i bardzo silne, także fizycznie. A jeśli chodzi o góry, chodzą i wspinają się po nich nie gorzej od chłopów. I tak samo tracą w nich życie, więc owszem, w górach jest równouprawnienie, które sprowadza się do tego, że Tatry nie wybaczają błędów ani kobietom, ani mężczyznom.

Jakie doświadczenie albo wspomnienie związane z górami najmocniej na panią wpłynęło?
Takim bardzo przykrym doświadczeniem była śmierć ratowników TOPR-u w 2001 roku. Znałam tych chłopaków, zwłaszcza Marka Łabunowicza „Maję”. W lawinie było też kilku innych kolegów, którzy cudem ocaleli. To był moment, w którym zrozumieliśmy, chyba my wszyscy, że nawet najlepsi z najlepszych nie są nieśmiertelni i że te nasze kochane Tatry są nieobliczalne i bezlitosne. Nikt nie ma w nich taryfy ulgowej.

Moim zdaniem jako ludzie mamy tendencję do zagłaskiwania przyrody. Robimy sobie ładne zdjęcia w lesie, na plaży, wydaje nam się, że to wszystko jest piękne, przyjemne i łagodne, stworzone do naszej przyjemności i do naszych usług.
Myślę, że zatraciliśmy instynkt samozachowawczy, że rozwój cywilizacji zagłuszył w ludziach tę atawistyczną intuicję. Zamiast patrzeć w niebo i rozglądać się wokół, patrzymy w telefon. Bardziej wierzymy pseudonaukowcom i pseudospecjalistom niż temu, co widzimy. Być może dlatego, że nie umiemy tej przyrody interpretować. A nie umiemy, bo się od niej oddalamy. Wydaje nam się, że markowy sprzęt zastąpi umiejętności i wiedzę. Patrzymy na góry z pozycji zwycięzców, tymczasem są one żywiołem. Jest takie stare powiedzenie ratowników TOPR-u: „Szanuj góry, to i one cię będą”. Nic dodać, nic ująć.

Beata Sabała-Zielińska, rodowita góralka, publicystka i dziennikarka radiowa. Pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie prowadzi studencką rozgłośnię UJOT FM. Jest autorką i współautorką książek o Zakopanem i Tatrach.

Beata Sabała-Zielińska o swojej miłości do gór i schroniska Pięć Stawów
Polecamy książkę: „Pięć Stawów. Dom bez adresu”, Beata Sabała-Zielińska, wyd. Pruszyński i S-ka

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze