Meryl Streep: Myślę pozytywnie

Jak przystało na wielką aktorkę, jest świadoma swojej wartości. A jak przystało na wielkiego człowieka – pogodzona ze swoimi ograniczeniami. Tytan pracy, ale i fanka leniuchowania. Wciąż z ciekawością patrzy w przyszłość i dystansuje się od przeszłości. Mariola Wiktor pyta Meryl Streep o to, w czym tkwi sekret życiowej równowagi.

 

W sequelu „Mamma Mia: Here We Go Again!”, który niedawno miał w Polsce premierę, pojawia się pani pod koniec filmu jako wspomnienie. Pani bohaterka, Donna z pierwszej części, nie żyje, ale jej bliscy z miłością o niej myślą. Nie było pani żal, że tak wyszło?

(Śmiech!) Nie, choć faktycznie moja bohaterka umiera na rok przed wydarzeniami pokazywanymi w sequelu. Właściwie to powinnam powiedzieć: prequelu, bo scenarzysta Richard Curtis cofnął się w czasie i pokazał historie burzliwej młodości Donny i jej równoczesne relacje z trzema młodymi mężczyznami, z których każdy mógł być ojcem Sophie. Nie mam jednak o to pretensji do Richarda. Trudno, bym w moim wieku zagrała wersję 20-letniej Donny. Uznałam, że lepiej będzie powierzyć tę rolę młodej aktorce, a poza tym ja żyję teraźniejszością i nie wracam do tego, co było. Dlatego nawet gdyby Richard zaproponował mi udział w większym zakresie w „Mamma Mia 2”, to odmówiłabym. To film bardzo wymagający wokalnie, ale przede wszystkim fizycznie. Trzeba nie tylko śpiewać, lecz także tańczyć z dużymi grupami tancerzy, a ja jestem już 10 lat starsza. Poza tym z zasady nie gram tej samej roli dwukrotnie. Lubię nowe wyzwania. A ponieważ przez ostatnie dwa i pół roku bardzo intensywnie pracowałam, poczułam, że muszę zwolnić, odpocząć.

Jakoś trudno mi uwierzyć, że pani zwolni tempo. Zastanawia mnie, skąd czerpie pani tyle energii i pozostaje wciąż aktywna w zawodzie, który – szczególnie za oceanem – nie jest łaskawy dla kobiet dojrzałych.

To kwestia podejścia, psychiki. Myślę pozytywnie i dlatego wiele rzeczy przychodzi mi łatwiej. Co więcej, dzięki temu nadal nie czuję upływu czasu, pozostaję zdrowa i sprawna Kiedy skończyłam 40 lat, myślałam, że to już koniec. Bałam się, że mój telefon zamilknie na wieki. A jednak zadzwonił, tyle tylko że niekoniecznie taki, jakiego oczekiwałam. Złożono mi nie jedną, ale aż trzy propozycje zagrania… czarownic (śmiech!). Tylko w ciągu jednego roku. I żadnej innej roli, a ja marzyłam o czymś romantycznym albo chociaż, by zagrać kobietę, która ma jakąś pasję lub misję, która jest naukowcem, odkrywcą… a tu nic.

(…)

Więcej w październikowym numerze magazynu SENS.

Wydanie 10/2018 dostępne jest także w wersji elektroniczne