1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Miłość nastolatków

Miłość nastolatków

123rf.com
123rf.com
Zakochani są tacy podobni do siebie. Warto wiedzieć, jakimi prawami rządzi się uczucie. 

„Czy on mnie kocha?”. Zakochani często stawiają podobne pytania. Bardzo chcą wiedzieć na sto procent, czy ich uczucie jest odwzajemnione, czy nie. Stają się wtedy szczególnie wrażliwi na sygnały, które wysyła ukochana osoba. Analizują każde jej zachowanie, spojrzenie, gest, słowo. Zdarzyło Ci się może doszukać w postępowaniu wybranki/wybranka dodatkowych znaczeń? To takie łatwe interpretować wszystko na swoją korzyść, lecz stąd już tylko krok do rozczarowania. Zakochani przeważnie są niecierpliwi. Gdy i Ty spotkasz swoją miłość poczekaj, aż będziesz już gotowy/-a, aby ujawnić swoje uczucie. Ciesz się niepewnością, niedopowiedzeniami, tajemniczością. To czas, gdy dopiero kiełkuje uczucie. Lepiej na siłę nic nie przyspieszać, tylko z zachwytem obserwować, jak niespodziewanie w Waszych sercach „coś” zaczyna wzrastać. Czasem pojawia się pokusa, by jakoś sprawdzić osobę, w której się podkochujesz. Robi się wtedy różne głupie rzeczy. Na przykład wysyła się anonimowe esemesy, zasypuje mailami, podpuszcza się znajomych, by przetestowali dziewczynę/chłopaka, czy rzeczywiście jest zakochana/-y. Wystrzegaj się takich zachowañ, bo niechcący możesz sobie narobić niezłego bigosu i całkowicie stracić zaufanie osoby, którą obdarzasz uczuciem. Tak więc nie kombinuj, jak przetestować delikwentkę czy delikwenta, ale postaw na szczerość! Perypetie zakochanych, choć podobne do tych z komedii romantycznych, w życiu nie zawsze kończą się happy endem.

1. Zakochani uzależniają się od siebie. Wydaje im się, że nie potrafią bez siebie żyć, pragną jak najczęściej ze sobą przebywać i spełniać swoje zachcianki. A dla osób przyglądających im się z boku wydają się ludźmi zniewolonymi. Chociażby dlatego, że gotowi są na największe wzajemne poświęcenia i wyrzeczenia. Ważniejsze dla nich jest to, co czuje ukochana osoba, niż to, co sami odczuwają 2. Zakochani wariują z radości. Błysk w oku zakochanej osoby jest tak charakterystyczny, że trudno go pomylić z czymkolwiek innym. Do tego ta rozpierająca energia, gotowość do skakania i tańczenia na ulicy. To jedne z pozytywnych objawów zakochania. 3. Zakochani są delikatni i czuli, gotowi dla siebie na wszystko. Osoba, którą się kocha, staje się centrum wszechświata, skupia się na niej cała uwagę. 4. Zakochani często cierpią na zaburzenia apetytu, snu, zmagają się z natrętnymi myślami o tej jednej jedynej lub o tym jednym jedynym. 5. Zakochani idealizują się wzajemnie. Ukochana osoba ma same zalety, olśniewa, zachwyca, urzeka, jest naj…

6. Zakochani zmieniają się zewnętrznie lub wewnętrznie pod wpływem uczucia. Starają się być lepsi, piękniejsi, modniejsi, grzeczniejsi. By zaimponować ukochanej osobie, potrafią zrezygnować ze swoich przyzwyczajeń i całkowicie wymienić zawartość swojej szafy, zmieniając swój styl ubierania. Dziewczyny mogą zrezygnować z czarnych dżinsów i T-shirtów na rzecz kolorowych sukienek, a chłopaki mogą nagle dbać o to, by mieć wyprasowane koszulki. Zmianie ulegają także priorytety i system wartości zakochanych. Nieraz jest to z korzyścią, choć zdarzają się też „metamorfozy niewypały” 7. Zakochani lubią tajemniczość. To, co jest zagadkowe, nieoczywiste, wzbudza zainteresowanie. Zarówno chłopaków, jak i dziewczyny pociąga to, co nowe, nieznane. Osoba, którą obdarza się uczuciem, wydaje się wyjątkowym skarbem, nieuchwytnym i bezcennym. Trzeba go zdobyć, strzec, chronić. Nie wiadomo jednak do końca, jak to jest naprawdę z tym skarbem, jaki on jest w w rzeczywistości.

Fragment pochodzi z książki „ Nastoletnie miłości. Jak rozpoznać emocje swoje i innych”, Renata Kreczman - Madej, Wydawnictwo Sensus 2016, s.272

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

10 sposobów, aby wyrazić miłość

Walentynki można celebrować na co dzień. (Fot. iStock)
Walentynki można celebrować na co dzień. (Fot. iStock)
Jak wyrazić miłość? Oto 10 sposobów, dzięki którym najbliższe ci osoby poczują się kochane. Walentynki można celebrować na co dzień.

1. Okaż wdzięczność.
Powiedz wprost, jak bardzo doceniasz obecność tej osoby w swoim życiu.

2. Zaoferuj pomoc.
Zapytaj: „Co mogę dla ciebie zrobić, żeby uczynić twoje życie lepszym, radośniejszym, mniej stresującym?”

3. Zamień się w słuch.
Znajdź czas i kilka chwil spokoju, aby wysłuchać drugiej osoby całą sobą. Nie komentuj, nie doradzaj. Słuchaj.

4. Bądź wielkoduszna.
Wszyscy mamy swoje dziwactwa, nikt z nas nie jest idealny. Doceniaj pozytywne cechy, nie skupiaj się na tym, co niedoskonałe - w ten sposób pokażesz, że naprawdę kochasz.

5. Znajdź czas na chwile beztroski.
Kolacja z ukochanym, zabawa z dzieckiem, wypad na zakupy z przyjaciółką... a może po prostu ulubiony serial pod kocem na kanapie? Życie składa się z drobnych przyjemności. Jeśli będziemy stwarzać sobie ku nim okazję, będziemy mieli więcej powodów do wspólnej radości.

6. Podaruj coś bez okazji.
To może być drobiazg, ale zrobiony albo kupiony z myślą o tej osobie. Coś, co sprawi że poczuje, że o nim myślisz i jest dla ciebie ważna.

7. Upiecz ciasto lub ugotuj coś pysznego.
Przez żołądek do serca - nakarm ukochaną osobę czymś, co lubi najbardziej.

8. Ofiaruj kwiaty bez powodu.
Kwiaty to jeden z piękniejszych sposobów na podziękowanie za czyjąś obecność - dzięki nim „Dziękuję za to, że jesteś” brzmi piękniej.

9. Napisz krótki liścik.
Mała karteczka zostawiona w kuchni przy ulubionym kubku z ciepłą kawą, liścik miłosny pod poduszką, kartka z pozdrowieniami z wakacji... małe, codzienne wyznanie miłości.

10. Nie bój się słowa "kocham"
- słowa mają moc, a to chyba szczególną. Jednak nie wtedy, gdy wypowiadamy je od niechcenia. Wyznanie miłości potrzebuje dotyku, spojrzenia w oczy, intymnej chwili.

 

  1. Seks

Świętowanie miłości nie tylko od święta

Chcemy mieć w łóżku i życiu lepiej? Zacznijmy od nauki świętowania naszego związku. (Fot. iStock)
Chcemy mieć w łóżku i życiu lepiej? Zacznijmy od nauki świętowania naszego związku. (Fot. iStock)
Kamery przy łóżku nie ma, możemy więc czarować, jaki to jest wspaniały ten nasz seks. A że wszyscy tak robią, to potem, czytając wyniki ankiet, czujemy się nieswojo. Co z nami nie tak, skoro innym tak dobrze!? – To, że z badań wynika, że Polacy są zadowoleni z seksu, to dowód naszych ambicji – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka. A jak jest naprawdę?

Mężczyźni codziennie przynoszą kwiaty i w łóżku od razu są podnieceni. Kobiety? Mają orgazm, i to wielokrotny. Ziemia drży, a gwiazdy spadają z nieba… „Tak jest u innych”, myślimy i smutno nam, że u nas nie bardzo…
U nas nie bardzo, bo taki seks zdarza się czasem tylko raz na całe życie. Albo wcale. I wyłącznie wtedy, kiedy sobie na takie kochanie pozwolimy, czyli kiedy kobieta – jak ja to często mówię – się puści! Czyli przestanie się trzymać tego, co mamusia mówiła, że wypada robić. I przestanie się trzymać kurczowo kompleksów – że jest nie taka jak trzeba! Mężczyzna też ma się puścić, puścić się tego lęku, co mu tatuś kładł do serca, że kobieta jest jak modliszka. I dlatego on się jej seksualności boi. A ona się go wstydzi, bo piersi ma nie takie albo pupę! No, ale jeśli oboje się swoich hamulców przestaną trzymać, to ta ziemia i te gwiazdy będą z nimi rezonować. I bywa, że dziewczyna mówi: „On mnie tylko dotknie i cała drżę. Ale tak na co dzień to seks jest u nas taki jak u innych…”.

Czyli jaki? Słyszę często od kobiet, że seksu mają tyle co i gry wstępnej. A patrzę w tabelki i widzę, że mają go tyle, ile potrzebują. Kto tu kogo buja?
Kobiety mówią, że chcą seksu, jak tylko mężczyźni przestają ich pragnąć. A przestają nie dlatego, że one się im opatrzyły czy spowszedniały! One ich zniechęciły swoim marudzeniem. Bo kobiety wciąż marudzą. Że teraz to nie. Albo: „Tak to nie”. Albo: „Coś boli”. Albo są zmęczone. A jak pojawi się dziecko, to są złe, że po nocach same muszą do niego wstawać. Wciąż więc utyskują, aż się mężczyznom odechciewa je chcieć.

A jak mężczyzna przestanie kobiety chcieć, to ona zaczyna się źle czuć – bo na początku to on zawsze chciał! I ona była z tego jego chcenia bardzo zadowolona, że jest taka pożądana i taka upragniona, i taka godna tego zachwytu. To ona teraz chce! Czasem seksu, ale zasadniczo chce tego jego chcenia. To chcenie dawało jej poczucie wartości. Ba, władzy nad nim. Ona wtedy decydowała, kiedy da, a kiedy nie.

Zniechęcamy mężczyzn, a potem przy winie skarżymy się przyjaciółkom: „Ten mój to tylko w sobotę, i to w co drugą”?
Bardzo często słyszę od mężczyzn, że ich kobiety są męczące. Że w ich oczach oni już nie są tacy fajni, jak byli, że przestali się podobać. Do seksu zniechęcić mogą całkiem pozaseksualne sprawy, zwłaszcza to, czy się czujemy lubiani i akceptowani. Bo jak spotykamy się tylko na randkach, to oboje jesteśmy dla siebie mili i się cieszymy, że się widzimy. A jak się pokłócimy, to strasznie przeżywamy, więc się szybko godzimy. Mamy wtedy to, co najważniejsze, czyli poczucie odświętności bycia razem. No i, niestety, gubimy tę odświętność, kiedy zaczynamy mieszkać razem.

To jak jej nie zgubić?
Jak to jak? Świętować każdy dzień: dzisiaj jest poniedziałek, więc świętujemy poniedziałek! A jak? A w poniedziałki mówimy sobie o tym, jak się sobie podobamy fizycznie. We wtorki? Jak się sobie podobamy mentalnie. W środy: jaki mamy cudny dom. W czwartek – jak tęskniliśmy za sobą, bo każde dziś oddało się swojej pasji. W piątek opowiadamy o tym, jak wspaniale być razem. A w sobotę – jak cudownie się kochać… W niedzielę…

Dla mężczyzny to też dobry program – takie świętowanie każdego dnia?
Im dłużej żyję, tym wyraźniej widzę, że mężczyźni są dość prości w obsłudze. A to dlatego, że kiedy byli chłopcami, wolno im było być sobą. Oczywiście, jak chuliganili, to słyszeli: „Nie rób tego czy tamtego”. Ale jak nie przestawali, rodzice i tak machali ręką i kwitowali: „To przecież chłopcy”. Dlatego mężczyźni są mniej więcej sobą. Częściej dostawali akceptację od matek, mieli prawo do egoizmu, stąd są bardziej zdroworozsądkowi. Mówią więc do żon: „No co się stanie, jak nie będzie wysprzątane albo jak dziś nie będzie obiadu? Zamówimy pizzę!”. Na co żony się irytują, że obiad musi być! I że to straszne, że oni się tak nie przejmują! I same łapią za gary i mopa! No a wtedy mężczyźni wychodzą, żeby nie patrzeć, jak te ich żony się mordują. I po świętowaniu miłości.

Mamy przestać stawiać na swoim?
Jak my zawsze stawiamy na swoim, to im nawet viagra nie postawi. Od tego naszego uporu i chęci rządzenia zaczynają się często kłopoty ze wzwodem. No, ale tak nas wychowano i trzeba nam wiele pracy nad sobą, żeby sobie odpuścić. Jednak warto, bo jak mężczyzna ma tej swojej kobiety chcieć, to musi ją widzieć zadowoloną, a nie umordowaną. Pucowanie i pichcenie nie ma takiego znaczenia jak jej uśmiech i czułość. Bo jeśli ona jest zadowolona, to jemu się podoba. Taką ją miał na początku i o takiej marzy – żeby była ciepła, akceptowała go i była zadowolona.

Pozornie to takie proste…
Proste, ale o tym nie wiemy. Narzekać na swojego męża to lubimy, ale nie rozmawiamy z przyjaciółkami szczerze, jak jest, bo nie mamy takiego obyczaju. I się tylko frustrujemy, myśląc, że innym lepiej. Bujamy, kiedy mamy wypełnić ankietę, żeby poczuć się lepiej. Tak jesteśmy tym sfrustrowane, że mamy jeszcze więcej pretensji do swojego mężczyzny o to, czego nam nie daje! A ma dać! No, ale w życiu jest tak, że jak o coś się wykłócamy, to mamy jak w banku, że tego nie dostaniemy.

Nikt nie lubi być przymuszany, bo już w dzieciństwie nasi rodzice wciąż coś na nas wymuszali marudzeniem i pretensjami: „A tego nie zrobiłaś, a o tym zapomniałaś! A to nie tak zrobione jak trzeba!” itd. Zamiast więc narzekać, że seks nie taki, lepiej położyć się koło niego i powiedzieć: „Ja teraz sobie zrobię dobrze, a ty, jak chcesz, to też sobie zrób”. Mało który facet wytrzyma i nie zachce mu się seksu. Ale kobiety są przekonane, że to brzydko. Guzik prawda! To ich podnieca, bo wtedy robimy się takie mięciutkie, rozedrgane, czyli takie, jak oni marzą. Roznamiętnione, słodkie, spragnione.

Wiele kłamstw opowiadamy o tym naszym seksie?
Największe kłamstwo to to, że inni mają go więcej niż ja. Kolejne: Dlaczego mężczyźni zdradzają? Nie dlatego, że uroda przemija, choć też jest ważna. Ale ważniejsze jest to, że ta druga akceptuje, że patrzy jak na bóstwo, a nie jak na stary dziurawy kapeć! On się czuje przez nią słuchany, ceniony i szanowany, bo ona się śmieje z jego dowcipów, pamięta, co on mówi. A kiedy on kupi żółte róże, bo ona lubi, to usłyszy, jakie to miłe, że pamiętał. Więc pomyśli o sobie: „Jaki ja jestem wspaniały”, i postara się jeszcze coś z tego, co ona lubi, zrobić…

Chcemy mieć w łóżku i życiu lepiej? Zacznijmy od nauki świętowania naszego związku. Już słyszę, jak kobiety mówią: „Ja taka umęczona domem, pracą, dziećmi mam świętować?!”. Właśnie dlatego, żeś umęczona, to masz. Lecisz z tej pracy do domu, ale raz w tygodniu – na randkę ze swoim mężem do kawiarni. Odrobinkę się spóźnij, ale nie za dużo. Przyjdź cała w skowronkach. I udawaj, że to pierwsza randka! A potem idźcie potańczyć!

Mamy się bawić w takich trudnych czasach?
Bawić się mamy zawsze. Tylko od nas zależy, jakie to życie będzie. Czy znój, czy szczęście. A my wciąż tylko: „On mnie nie kocha, on mnie nie pieści jak trzeba, on za mało zarabia…”. Dajmy tym naszym mężczyznom trochę wsparcia z okazji świąt i karnawału i zobaczmy, co się stanie. Warto spróbować, bo oni są bardziej zakompleksieni niż my. Polscy mężczyźni uważają, że gdyby mieli większego, to wszystko by się zmieniło. Ale nie mają. Nigdy nie mają dość dużego! Choćby mieli. Myślą też, że kobiety wolą giganta, i nie słuchają, że nie. Udają więc, że mają większego, niż mają, co widać w ankietach. Linijką nie weryfikuje się odpowiedzi i można napisać 18 cm, choć średnia u nas to 14 cm.

Dlaczego zawyżają parametry?
Polacy nie uważają siebie za kochanków. Francuzi i Włosi tak, Polacy nie. A to dlatego, że u nas jest zimno! Im dłużej z ludźmi pracuję, tym bardziej dociera do mnie realność życia… Polacy wciąż się zajmują martyrologią albo czynnie, albo biernie. Albo walczą o wolność, albo wspominają tych, którzy walczyli. I gdzie tu miejsce na radość z seksu?

To co zrobić? Wynieść się na Majorkę i tam swoją martyrologię i kompleksy roztopić w słońcu?
Ocieplić związek! Klimatu nie zmienimy. Historii też. Ale możemy zmienić nasz stosunek do życia, dając sobie dużo radości, zabawy, wyrozumiałości. Mówimy: „Ludzie w Polsce nie uprawiają seksu”. A ja powiem, że my nie uprawiamy życia. Praca – smutek rzewny. Dom – obowiązek. Dzieci – katorga. Mąż – nieudacznik. Żona – zrzęda… Tak nie musi być.

Wystarczy smarować się balsamem do ciała tak, żeby on widział – jak moja koleżanka, której mąż to lubi, więc ona nie zamyka drzwi do łazienki, żeby popatrzył…
Właśnie. Od razu ma być wzwód. A jak nie, to: „Ja na niego nie działam”, i rozpacz. To najgorsze, co można sobie zrobić. Lepiej wziąć balsam albo piórko i go pogilgać. Umówić się, że się tylko gilgamy, żeby nabrać apetytu. Pobawić się w łóżku. Troszeczkę go popieścić, ale nie po penisie. Przytulić. To najważniejsze. Dużo czułości. Wtulić ciało w ciało. Nacieszyć się sobą. Położyć się razem pod kocykiem, pora roku akurat na ciepełko we dwoje… Znam parę: on na wózku i są razem szczęśliwi, kochają swój seks – muszą wymyślić sposoby, żeby mieć satysfakcję, i dlatego nigdy się nie nudzą. Znam inną parę: on ma teoretycznie przedwczesny wytrysk. Ale go ma. A potem ją dopieści i ona jest cała zadowolona. Więc się nie przejmują, bo niby dla kogo on jest przedwczesny? Dla gazety? Dla statystyk? Dla seksuologów? Seks to subiektywna sprawa i świętować go trzeba we dwoje tak, jak chcemy. Wtedy świętujemy naszą miłość i nasze życie tak, jak trzeba.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie boj się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty”, i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Jak być w pełni sobą? 12 praktyk, które pomogą uwolnić się od ograniczeń

Codzienna praca z ograniczającymi przekonaniami pozwala się od nich uwolnić. (Fot. iStock)
Codzienna praca z ograniczającymi przekonaniami pozwala się od nich uwolnić. (Fot. iStock)
Każdy pragnie żyć pełnią życia w zgodzie ze sobą. Blokują nas ograniczenia, które często tkwią w nas samych. Oto 12 kroków, dzięki którym droga ku wewnętrznej wolności stanie się prostsza.

1. Praktykuj akceptację

Pogódź się z tym, jak jest. Całościowo. Nie staraj się niczego zmienić, zrozumieć, uniknąć. Przyjmij każdą swoją myśl, emocję i okoliczności, w których się znajdujesz. Stań przed lustrem i powiedz do siebie: „Akceptuję siebie dokładnie taką, jaką jestem”. Powtarzaj kilka razy dziennie.

2. Ćwicz zaufanie

Nawiąż kontakt ze sobą -  jeśli masz poczucie swojej jaźni, duszy, jestestwa, jesteś bezpieczna.

3. Wzmacniaj poczucie bezpieczeństwa

Znajdź sobie miejsce, które jest dla ciebie schronieniem. Może to być twój pokój, sypialnia a tam półka z ulubionymi przedmiotami. Albo wizualizacja, która przenosi się w bezpieczne miejsce. Chodzi o azyl, w którym możesz się w każdej chwili schronić.

4. Rób rachunek sumienia

Zamiast kłócić się bezproduktywnie z krytykiem wewnętrznym, naucz się obiektywnie określać swoje mocne i słabe strony. Zrób listę trzech swoich cech, nad którymi chcesz popracować. Bądź jednak dla siebie łagodna, postępuj ze sobą życzliwie.

5. Słuchaj mądrych ludzi

Wybierz sobie kogoś w rodzaju mistrza. Osobę, która poprowadzi cię przez zwątpienia i zakręty mądrą wskazówką. Może to być ktoś znany ci z kart książki albo osoba z całkiem bliskiego otoczenia.

6. Bądź gotowa przejść własne ograniczenia Sporządź listę tego, co chcesz osiągnąć w życiu. Zastanów się, co cię ogranicza i co możesz zrobić, żeby przestało cię blokować.

7. Pielęgnuj poczucie pokory

Poznanie prawdy o sobie to ciężka praca. Poproś siłę wyższą, żeby pomogła ci na tej drodze samowiedzy. Licz się z tym, że zaliczysz upadki w poznawaniu siebie. Ale za każdym razem się podnoś.

8. Ucz się przebaczać

Trzeba mieć odwagę, żeby umieć przebaczyć. Jeśli tego nie zrobimy, głęboka uraza wnika w głąb naszej istoty. W naszym ciele powstają napięcia, które powodują zmęczenie i choroby. Wówczas nie ma możliwości, żeby żyć pełnią siebie.

9. Pomagaj, rób coś dla innych

Zastanów się, co możesz zrobić dla świata. Pomagaj, zajmij się wolontariatem lub rób to na własną rękę w najbliższym otoczeniu.

10. Myśl o sobie dobrze

Możesz powtarzać mantrę: „Jestem w porządku. Jestem w porządku. Jestem w porządku.” Te słowa uwalniają od strachu, który pochodzi z ego i otwierają na nowe możliwości. Jeśli jesteś w porządku, należy ci się wszystko, co do ciebie pasuje.

11. Dbaj o życie duchowe

Medytuj, uczęszczaj na warsztaty rozwojowe, czytaj lektury o tematyce duchowej, ćwicz jogę. Dbaj o swego ducha tak, jak pamiętasz o swoim ciele – które karmisz, myjesz, robisz mu badania. Sfera duchowa również wymaga starania.

12. Praktykuj bezwarunkową miłość

Do najbliższych, do przyjaciół, do świata. W słowach i myślach posyłaj im współczucie. Myśl również o tych osobach podczas medytacji, wysyłając w ich kierunku światło.

  1. Psychologia

Brak miłości, nieudane związki - jakie korzyści może dać psychoterapia?

Wiele
Wiele "miłosnych" schematów trudno jest przepracować bez pomocy terapeuty, co pokazują zresztą poniższe historie. Nieraz wystarczy kilka spotkań, żeby "coś" w sobie otworzyć. Często jednak trzeba przygotować się na dłuższą pracę. (fot. iStock)
Dlaczego nikt mnie nie kocha? Dlaczego wciąż spotykam egoistów i maminsynków? Dwa lata temu takie pytania zadawali sobie Monika, Tomek i Ada. Dzisiaj kochają i są kochani. Cud? Szczęśliwy traf? Nie. Praca nad sobą pod okiem terapeuty. To dzięki temu otworzyli się na miłość.

Trzy lata temu Monika, 37-letnia wykładowczyni socjologii o urodzie Moniki Bellucci, wpatrywała się w telefon, czekając na wiadomość. Umówiła się z Markiem, że przyjedzie po nią i pojadą do kina. Nie odbierał telefonu. Po godzinie przysłał wiadomość, że jest u kolegi i da znać, jak wyjdzie. Odezwał się po dwóch dniach, jak gdyby nigdy nic. Była do tego przyzwyczajona. W końcu Marek nie po raz pierwszy wystawił ją do wiatru w ciągu ostatniego roku, czyli od momentu, w którym poznali się na portalu randkowym.

– Zawsze to ja rzucałam faceta, gdy czułam, że to nie jest związek dla mnie – opowiada Monika. – Marka nie udawało mi się zostawić, choć mówił mi wprost, że nic z tego nie będzie. Nawet jak zorientowałam się, że takich adoratorek jak ja ma kilka, też nie potrafiłam wybić go sobie z głowy. Jak ulał pasował do mnie żart z filmu braci Marx: „Ta kobieta zachowuje się jak idiotka i wygląda jak idiotka, ale niech to nikogo nie zmyli: ona jest idiotką!”.

Monika znała rozmaite teorie psychologiczne, miała świadomość, że całe jej życie miłosne przebiega pod znakiem lęku przed bliskością. Ba, wiedziała nawet, że źródło tkwi w relacji z ojcem.

– Od dziecka bałam się go i walczyłam z nim, prowokowałam i nienawidziłam, gdy mnie karał – opowiada. – Ojciec był też kochający i uroczy, więc nic dziwnego, że w dorosłym życiu tworzyłam związki typu „dwoje na huśtawce”. I wybierałam facetów, z którymi mogłam mieć na zmianę przyciąganie i odpychanie. A jak któryś chciał stabilizacji, to nieświadomie prowokowałam go, żeby mieć pretekst do odejścia.

Dlaczego więc Monika, mimo wiedzy na temat swoich miłosnych mechanizmów, nie potrafiła się od nich wyzwolić? Bo zmiana czegoś, co zapisało się w naszym umyśle w pierwszych latach życia i utrwalało przez kolejne kilkanaście lub kilkadziesiąt, wymaga nie lada wysiłku. To tak, jakbyśmy chcieli, by na ścieżce, którą przez 30 lat chodzili ludzie, nagle wyrosły stokrotki. Musimy się napracować, żeby to osiągnąć. Często pierwszym krokiem jest zasięgniecie rady kogoś, kto zna się na trawnikach i hodowli kwiatów.

Czas pozwolić sobie na wszystkie odczucia

Monika trafiła do psychoanalityka poleconego przez koleżankę. – Przez pierwszy rok chodziłam na analizę pięć razy w tygodniu – opowiada. – Czasami jechałam przez całe miasto tylko po to, żeby opowiedzieć sen o wampirach i usłyszeć: „dziękuję” w momencie, gdy mówiłam, że jeden z nich miał twarz ojca z fotografii z młodości. Wychodziłam i przez resztę dnia zastanawiałam się, co to znaczy. Z boku wyglądało to na szaleństwo, ale ja byłam pewna: to musi zadziałać. Niezwykłe, choć może lepiej powiedzieć: niezwykle bolesne, było też to, jak przeżywałam historie, które opowiadałam wcześniej wiele razy i wydawało się, że nie robią już na mnie wrażenia. Na przykład o tym, że ojciec mnie uderzył, gdy nie posłuchałam go i nie zwolniłam rowerem na zakręcie i prawie wpadłam pod autobus. Miałam wtedy sześć lat. Na analizie wróciły do mnie wszystkie uczucia, które tłumiłam przez lata. Ryczałam jak bóbr, choć do tej pory płakałam tylko w samotności. Pozwalałam sobie na odczuwanie bezradności, strachu, przerażenia, nienawiści. Ale też czułości, zrozumienia, otwartości na ludzi, akceptacji siebie i innych, cierpliwości.

Na tym polega siła psychoanalizy: ponownie przeżywając traumy, pod okiem doświadczonego analityka i jako dorośli ludzie, mamy szansę się od nich uwolnić. Oczyścić naszą nieświadomość z tego, co nas unieszczęśliwia. Stworzyć przestrzeń do działań, które dają spełnienie i satysfakcję. U Moniki oznaką zmiany było to, że po pół roku analizy przestał ją obchodzić Marek.

– Wtedy zobaczyłam, że wokół mnie są fajni faceci – opowiada Monika. – Jednym z nich był mój przyjaciel. Nagle zaiskrzyło między nami i od dwóch lat jesteśmy razem. Za trzy miesiące bierzemy ślub. Owszem, to nie bułka z masłem, bo ja wciąż walczę ze swoimi lękami i chęcią prowokowania napięć. Ale to mężczyzna, którego naprawdę kocham. Jestem pewna: nie byłoby to możliwe bez psychoanalizy.

Złamanie schematów i zasad

Ada, 34-letnia montażystka, dwa lata temu miała krótką fryzurkę w stylu lat 20., pracę przy serialu, ambitne plany zawodowe i przekonanie, że najpierw musi wzmocnić swoją pozycję zawodową, a dopiero potem myśleć o związku. Bo tak się działo w jej życiu, że zakochiwała się wtedy, gdy odnosiła sukcesy. Jej mantrą było: „Najpierw stanąć na nogi, potem chodzić na randki”.

Rok później Ada wciąż miała krótkie czarne włosy, choć na fryzjera wydała ostatnie pieniądze. Nie miała już pracy w telewizji ani mieszkania w centrum. W ramach oszczędności wynajęła pokój na obrzeżach miasta. Miała kredyt do spłacenia i coraz większy lęk, że życie ją przerasta. Zazdrościła koleżankom w związkach, że nie muszą same zmagać się z rzeczywistością. Ona mogła liczyć tylko na siebie. W dobrych czasach, gdy było ją stać na taksówki, restauracje i wakacje w Maroku, samotność jej nie doskwierała. Teraz, wracając nocnym autobusem z imprezy, z zazdrością patrzyła na pary trzymające się za ręce.

Do terapeutki trafiła bynajmniej nie z powodu tęsknoty za męskim ramieniem. Wysiadło jej kolano. Nie był to żaden uraz ani choroba. Wiedziała, że to z napięcia, bo za kilka dni miała mieć poważną rozmowę o pracę i strasznie się bała, że się nie uda.

– Pomyślałam: to znak, że jest ze mną źle – tłumaczy Ada. – W desperacji pożyczyłam pieniądze od współlokatorki i poszłam do terapeutki, która bardzo pomogła mojej koleżance. Wiedziałam, czego chcę: wzmocnienia i tego, by życie ruszyło z miejsca.

Dwie sesje po trzy godziny zrobiły swoje. – Czułam się tak, jakbym przestawiła sobie zwrotnice w mózgu – śmieje się Ada. – Tak, by uwagę kierować na to, co pozytywne, wzmacniające i twórcze. Miałam jasność: to, jak się czuję, zależy ode mnie. Mogę sobie pozwolić na przygnębienie, biczowanie się, że jestem beznadziejna i wszyscy inni mają lepiej. A mogę też cieszyć się tym, co jest. Skoro i tak mam długi i nie stać mnie na fryzjera, to po co się dodatkowo tym zadręczać? Czy nie lepiej pójść na spacer i radować się widokiem zieleni? Lepiej. No to szłam na spacer.

Szła tym chętniej, że na przechadzki wyciągał ją Jacek, przystojny i uznany w środowisku reżyser. Kręcił się koło niej od dwóch miesięcy. Wcześniej ani myślała zajmować sobie głowę amorami. Przecież musiała skupiać się na szukaniu pracy. – A teraz pomyślałam: co mi szkodzi spotykać się z ciekawym facetem? – opowiada Ada. – Przecież nie muszę ani iść z nim do łóżka, ani do ołtarza. Trochę było w tym też przekory, bo nie dość, że koleżanki ostrzegały mnie przed nim: „to narcyz, który wyniszcza kobiety”, to jeszcze randkowanie w sytuacji, gdy nie mam pracy i pieniędzy, było wbrew moim zasadom.

Jak się okazało, w miłości dobrze jest wyjść poza schematy. Zwłaszcza te, które usztywniają nasze myślenie (jak: „najpierw muszę znaleźć pracę, a potem chodzić na randki”) i zakładają klapki na oczy. Wizyta u coacha pomogła Adzie popatrzeć na siebie i swoją sytuację świeżym okiem. Dostrzec nowe możliwości i zastosować inne metody działania. – Jestem pewna, że bez tego nie zdecydowałabym się na randki z trudnym facetem, jakim bez wątpienia jest Jacek – mówi Ada. – No i nie byłabym od sześciu miesięcy w fajnym związku. Bo wbrew ostrzeżeniom życzliwych, okazał się delikatnym i wrażliwym facetem. Nie wiem, czy to facet na całe życie, ale bycie z nim daje mi radość i siłę. A tego potrzebuję, zwłaszcza teraz, gdy moja sytuacja zawodowa wciąż jest chwiejna. Choć powoli się poprawia. Nie wiem, czy więcej zleceń to efekt sesji, czy tego, że jestem bardziej pewna siebie i zadowolona z życia. Jest jeszcze jeden plus sytuacji: Jackowi podoba się, że zapuszczam włosy i uwielbia mnie w kucyku. Więc przy okazji oszczędzam na fryzjerze.

Warto zawalczyć o siebie

– Nic nie mogę znaleźć, bo Mikołaj robił wczoraj porządki w kuchni – gdera Tomasz, 30-letni scenarzysta, szukając zielonej herbaty. Z 28-letnim anglistą, którego poznał 10 miesięcy wcześniej, miesiąc temu wynajęli mieszkanie i wciąż je urządzają. Tomasz narzeka, ale jest szczęśliwy. – Czasami trudno mi uwierzyć, że mam swój dom – mówi Tomasz. – A tak naprawdę kogoś, z kim tworzę ten dom. Bo choć to brzmi trochę pompatycznie, to ja traktuję Mikołaja jak najbliższą rodzinę.

Swoistym przygotowaniem do życia w tej rodzinie była dla Tomasza psychoterapia. Poszedł na nią dwa lata temu, bynajmniej nie z powodu miłosnych zawodów czy samotności. Odpowiadały mu przygody i romanse, które szybko się kończyły. Bez darcia szat i ran. – Uważałem, że nie nadaję się do związku i tak naprawdę go nie potrzebuję – mówi. – Nie lubiłem, jak ktoś mi się kręcił po mieszkaniu.

Poszedł do psychoterapeuty analitycznego, poleconego przez przyjaciółkę, bo czuł się zablokowany twórczo. – Rozmawialiśmy o moim pisaniu i apatii, ale „ojciec prowadzący” z uporem maniaka powtarzał: „Panie Tomaszu, panu przydałby się jakiś facet na żonę. Pan by pisał, a on by robił panu herbatę i podawał ciasteczka” – opowiada Tomasz. – Myślałem: „facet, co ty gadasz?!”, ale gdy poznałem Mikołaja, nie miałem oporów, żeby zaprosić go do siebie. Na moje wątpliwości, że to pewnie nie wyjdzie, psychoterapeuta odpowiadał: „Co panu szkodzi, najwyżej go pan rzuci”. To brzmiało cynicznie, ale może dlatego przekonująco dla takiego neurotyka jak ja. Mój psychoterapeuta zachęcał mnie też do tego, żebym powiedział matce, że jestem gejem i że związałem się z Mikołajem. Wcześniej myślałem: „to nie jej sprawa, z kim sypiam”. Ale jak w końcu jej powiedziałem, poczułem się tak, jakby odpadł mi obowiązek udawania kogoś, kim nie jestem. Także udawania przed sobą, że fajnie jest być samemu.

– Dla mnie pójście na psychoterapię oznaczało, że się nie poddaję, że walczę o siebie – dodaje Tomasz. – Teraz nie tylko jestem bardziej pewny swoich możliwości, odblokowany twórczo i szczęśliwie zakochany, ale też mam świadomość, że jak się pracuje nad sobą, to ma się efekty. Czasami takie, których się nie spodziewasz, a które są tym, czego naprawdę pragniesz.

  1. Psychologia

Jak w korcu maku, czyli jak dobieramy się w pary okiem psychoanalityka

Szwajcarski psychiatra Jürg Willi opracował cztery typy związków opartych na komplementarności nerwic, które to są przyczyną dopierania się w pary. Termin „nerwica” oznacza tutaj nie chorobę, lecz nieświadome pragnienia i frustracje. (Fot. iStock)
Szwajcarski psychiatra Jürg Willi opracował cztery typy związków opartych na komplementarności nerwic, które to są przyczyną dopierania się w pary. Termin „nerwica” oznacza tutaj nie chorobę, lecz nieświadome pragnienia i frustracje. (Fot. iStock)
Co sprawia, że atrakcyjną kobietę pociąga niezaradny mężczyzna, a inna pozwala mężowi sobą manipulować? Odpowiedzi na te pytania psychoanalitycy poszukują w dzieciństwie par, a konkretnie w komplementarności nerwic.

Cztery koleżanki siedzą w kawiarni i rozmawiają. Najwięcej mówi Andżelika. Jej mąż Konrad właśnie wydał książkę i Andżelika opowiada o niej z taką dumą, jakby sama była jej autorką. „Już zaprosili go na dwa wywiady” – krzyczy, żeby wszyscy przy sąsiednich stolikach ją słyszeli. Iwona w kusej spódniczce spogląda kokieteryjnie na wszystkich mężczyzn w lokalu i z zazdrością myśli, że jej własny mąż nie umiałby napisać nawet białego wiersza, co dopiero powieść. Beata czasem wtrąca słówko do rozmowy, jednak myślami jest gdzie indziej. Następnego dnia jej partner, Piotr, idzie na rozmowę kwalifikacyjną. Rano będzie musiała wyprasować mu koszulę i odebrać garnitur z pralni. Urszula prawie nic nie mówi. Od czasu do czasu sprawdza w telefonie, czy Darek jeszcze nie dzwonił. Może powinna już wrócić do domu? Jako jedyna z tej czwórki nie ma makijażu, bo jej mąż jest piekielnie zazdrosny. I tak dziwne, że zgodził się, aby wyszła sama na wieczór...

Wszystko za sprawą nerwic

Szwajcarski psychiatra Jürg Willi w swojej książce „Związek dwojga – psychoanaliza pary” opisuje cztery typy związków opartych na komplementarności nerwic. Termin „nerwica” oznacza tutaj nie chorobę, lecz nieświadome pragnienia i frustracje.

– Do nerwicy dochodzi, gdy ważne potrzeby dziecka nie są zaspokajane – tłumaczy psycholog Monika Brzezińska-Okoń. – Pojawia się wówczas lęk, a próby jego stłumienia wywołują kolejne obawy. Role, jakie odgrywamy w związkach, wynikają często nie z tego, jacy naprawdę jesteśmy, a z naszych relacji z ważnymi obiektami w dzieciństwie i z tego, w jaki sposób zaspokajano nasze potrzeby.

Zdaniem psychoanalityków, ludzie dobierają się w pary, szukając kogoś, kto ma taki sam typ nerwicy, lecz w przeciwstawny sposób próbuje sobie z nią radzić. W takim związku dwoje ludzi najlepiej zaspokaja swoje nieuświadomione potrzeby. I tak Narcyz szuka Narcyza Komplementarnego (nazwijmy go Echo), Przybrane Dziecko – Opiekuńczego Rodzica, Dominujący – Uległego, a Histeryczka – Współhisteryka. Nasze bohaterki funkcjonują właśnie w takich związkach.

Narcyz i Echo, czyli blask jest najważniejszy

Sześć lat temu, rok po ślubie z Andżeliką, Konrad zrezygnował z pracy, by zająć się tylko pisaniem książek. Od tej pory jest na utrzymaniu żony. Uwielbia drogie gadżety. Ostatnio sprawił sobie nowiutkiego iPhona, nie przejmuje się, że pralka się zepsuła i trzeba ją wymienić. Andżelika zastanawia się po nocach, skąd wziąć na tę pralkę i kolejny czynsz, ale nie chce obarczać męża przyziemnymi sprawami, by nie przeszkadzać mu w pisaniu. Może jej sytuacja nie wydaje się godna pozazdroszczenia, ale wszystko wynagradza jej myśl, że gdy Konrad napisze bestseller, jego chwała spadnie i na nią. W tej relacji Konrad jest Narcyzem, a Andżelika – Narcyzem Komplementarnym, czyli Echo.

– Narcyz to osoba, która w dzieciństwie była niezwykle ważna dla swoich rodziców, ale nie przez sam fakt swojego istnienia, lecz ze względu na funkcję, jaką spełniała, np. genialnego muzyka, sportowca. Rodzice mogli się nią pochwalić – mówi Monika Brzezińska-Okoń. – Dziecko bało się, iż zostanie odrzucone, jeśli nie spełni oczekiwań rodziców.

Dorosły Narcyz żyje pełnią życia, gdy otoczenie go podziwia, słucha, uważa za autorytet. Dlatego tak wielu Narcyzów można spotkać wśród artystów, naukowców i polityków. Na życiowego partnera zwykle wybierają sobie osobę, która będzie ich chwaliła i pomagała w ich dziele. Idealnie spełnia tę rolę partner Echo, który tak samo pragnie prestiżu, ale zapewnia go sobie nie własną pracą, talentem czy urodą, lecz znajomościami z wybitnymi ludźmi. Kto nie zna osób, które z rozkoszą mówią: „Mój mąż profesor...”, „Moja żona rzeźbiarka...”? Motto życiowe Narcyza brzmi „Błyszczę, więc jestem”, a motto Echa: „Błyszczysz, więc jestem”.

Rodzic i Dziecko, czyli zaopiekuj się mną

Relacja Beaty i Piotra przypomina raczej związek matki z synem niż układ partnerski. Ona pracuje jako psycholog i przez pięć lat pomagała mu wyjść z alkoholizmu. Teraz próbuje znaleźć mu pracę. Przegląda ogłoszenia, napisała za niego CV i list motywacyjny. Dba, aby się dobrze odżywiał, porządnie wyglądał, pielęgnuje, gdy Piotr ma katar. W zamian Beata może mówić z dumą: „Gdyby nie ja, stoczyłby się na dno”. W terminologii Jürga Williego jego powinniśmy nazwać Przybranym Dzieckiem, ją – Opiekuńczą Matką.

– Takie osoby w dzieciństwie nie były otaczane wystarczającą opieką. W dorosłym życiu albo wikłają się w różne zależności, by ktoś zaspokoił ich pragnienie bycia zaopiekowanym, albo też projektują tę potrzebę na partnera i przeobrażają się w nazbyt opiekuńcze – twierdzi Monika Brzezińska-Okoń.

Opiekuńczy Rodzic szuka na męża lub żonę kogoś, kto potrzebuje pomocy, a Dziecko – kogoś, kto będzie w stanie zająć się jego sprawami. Kobiety będące Przybranymi Dziećmi zwykle wiążą się z dużo starszymi, ustawionymi życiowo mężczyznami, którzy je utrzymują i służą im swą mądrością i doświadczeniem. Opiekuńcza Matka często odsuwa na drugi plan własną pracę, poświęcając się dbaniu o karierę zawodową męża, ale – inaczej niż Echo – nie pragnie pławić się w jego blasku, pozostaje w cieniu.

Dominujący i Uległa, czyli rządzić ktoś musi

Urszula na drugim roku studiów zaszła w ciążę z Darkiem i po urodzeniu dziecka przerwała naukę. Zakładała, że gdy syn podrośnie, ona wróci na uczelnię, jednak dziś Michałek chodzi już do szkoły, a Ula ani nie studiuje, ani nie pracuje. Darek późno wraca z firmy, a synka trzeba odebrać ze szkoły, ugotować mu obiad, pomóc w odrabianiu lekcji, zaprowadzić go na dodatkowe zajęcia, do tego Darek lubi, jak dom lśni... Za dużo, by jeszcze jeździć na wykłady. Jest całkowicie uzależniona od męża. To typowe dla Dominującego i Uległej. Dominujący w głębi duszy czuje się słaby, buntuje się przeciw temu i bardzo się boi, że ktoś „wejdzie mu na głowę”. Aby temu zapobiec, dąży do zdobycia władzy. Chce uzależnić partnera od siebie. Jeśli trafi na Uległego, jest znakomicie. Bo taki partner też czuje się słaby i godzi się z tym. Boi się nie tylko władzy, ale nawet odrobiny samodzielności. Chętnie ceduje wszystkie decyzje na Dominującego.

– W rodzinach osób tak Dominujących, jak i Uległych to nie miłość i wsparcie były nadrzędnymi wartościami, lecz władza i wpływ – uważa Monika Brzezińska-Okoń. – Dziecko z takiej rodziny identyfikuje się z obiektem słabszym i staje się uległe, lub z silniejszym i samo zaczyna dominować.

Histeryczka i Współhisteryk, czyli księżniczka i rycerz

Ulubionym zajęciem Iwony jest narzekanie na męża. Flirtuje na boku i ma pretensje, że Tomek o nią nie walczy. Skarży się, że musi pracować, bo on nie potrafi jej utrzymać. Zatrudnia sprzątaczkę, a gotowaniem zajmuje się mąż, bo ona po pracy jest zmęczona. Wprawdzie on też pracuje, no ale w końcu jest silniejszy. Gdy kupowali zmywarkę, było oczywiste, że Tomek musi ją wybrać, bo Iwona się na tym nie zna. Potem wytknęła mu, że sprzęt jest zbyt trudny w obsłudze. Iwona to przykład Histeryczki, jej pojęcie męskości i kobiecości wywodzi się z bajek o uwięzionych księżniczkach i rycerzach zbawcach.

– Taka kobieta w dzieciństwie była faworyzowana (głównie przez ojca) i czuła się wyjątkowa ze względu na swoją urodę czy łagodność – komentuje Monika Brzezińska-Okoń. – W okresie dojrzewania doświadczyła nagłego odsunięcia się ojca, zakłopotanego jej rozkwitem. Odebrała to jako odrzucenie jej dojrzałości, zapragnęła więc na zawsze pozostać małą, rozpieszczaną dziewczynką. Współhisteryk z kolei to mężczyzna, który doświadczył podobnej relacji z matką. Chciałby wciąż być ukochanym synkiem, ale wstydzi się tego i projektuje tę potrzebę na partnerkę.

W oczach Histeryczki kobieta ma być boginią, o którą mężczyzna walczy i za którą wszystko robi. Ma wygórowane wymagania w stosunku do partnera, a zarazem czeka na jego potknięcia, by mu je wytknąć. Współhisteryk natomiast w głębi serca czuje się niemęski i chce udowodnić wszystkim, a najbardziej sobie i swojej żonie, że – przeciwnie – jest silny i zaradny. Czytając opis Iwony, pewnie wiele osób się dziwi, że ktoś może z nią wytrzymać. A jednak dla takich właśnie kobiet stoczono najwięcej pojedynków.

Dwa scenariusze

Wiele związków opartych na komplementarności nerwic znakomicie funkcjonuje przez długie lata, niekiedy do końca życia. Fakt, że ich fundamentem nie jest prawdziwa miłość, lecz wzajemne uzależnienie, w niczym im nie przeszkadza (zwykle zresztą partnerzy nie zdają sobie z tego sprawy i są przekonani, że naprawdę się kochają). Problem pojawia się dopiero, gdy jedno z nich zaczyna się rozwijać emocjonalnie i dostrzega, że związek nie jest wcale taki idealny. Jeśli od razu się nie rozstaną, możliwe są dwa scenariusze. W pierwszym jedno z partnerów dąży do wyrwania się z zaklętego kręgu, lecz robi to w sposób nieudolny, ponieważ w głębi duszy boi się, że... mogłoby się mu udać, a to zmusiłoby go do opuszczenia bezpiecznej klatki. Robi zatem różne nierozsądne rzeczy i wplątuje się w kłopoty, by udowodnić sobie i partnerowi, że jednak bez siebie nawzajem skazani są na porażki. W końcu wracają na swoje stare pozycje i koło się zamyka.

Drugi scenariusz jest bardziej optymistyczny. Zakłada, że przynajmniej jedno z partnerów naprawdę dojrzało do autonomii i udaje mu się przekonać drugą stronę do wypracowania nowych zasad związku. Nigdy nie jest to łatwe, niekiedy konieczna jest terapia dla par. Bywa, że jej skutkiem jest rozwód. Ale niezależnie od tego, czy partnerzy się rozstaną, czy zdecydują się pozostać razem, mają szansę na doświadczenie prawdziwie głębokiego uczucia łączącego dwoje dojrzałych, autonomicznych ludzi, którzy nie MUSZĄ, lecz CHCĄ być ze sobą.

Monika Brzezińska-Okoń psychoterapeutka Gestalt, pracuje w Specjalistycznej Poradni MOP w Warszawie, prowadzi też własną praktykę terapeutyczną

Test pochodzi z archiwalnego numeru “Sens o miłośći”