fbpx

Joanna Trzepiecińska: Najpierw obowiązki, potem przyjemności

Po rozwodzie była zmęczoną, przerażoną matką siłaczką. dziś jest w zupełnie innym miejscu. uczy synów odpowiedzialności. „Chcę być zadowoloną mamą i spokojnie uprawiać swój zawód” – przyznaje aktorka Joanna Trzepiecińska, mama Wiktora (dziesięć lat) i Karola (osiem lat).
„Jesteś najgorszą matką na świecie” – usłyszałam. Takie zdanie boli. Zwłaszcza jeśli sama starasz się wykonać pracę rozłożoną zwykle w rodzinie na dwoje rodziców. I nie poddajesz się, nie użalasz. Wszak matce Polce słabości się nie wybacza. Sama sobie nie wybaczasz. Ta postawa bohaterskiej kobiety, która potrafi udźwignąć każdy ciężar i dumnie znieść wszystkie przeciwności losu, tak mocno jest wyryta w naszej świadomości, że nie sposób się od niej uwolnić.

Coraz więcej matek samotnie wychowuje dzieci. I to nie z powodów, do których odwołuje się postawa matki Polki. Świat zasad karleje, więc coraz więcej dzieci płaci za niedojrzałość rodziców. Jestem staromodna w swoich oczekiwaniach wobec mężczyzny. Chcę, żeby rozumiał, że nie ma nic ważniejszego niż rodzina. Że jeśli powoła się na świat dzieci, to trzeba wziąć za nie odpowiedzialność, aż staną się samodzielne. To jest zadanie wymagające wielu wyrzeczeń. Okazuje się to zbyt trudne. Nasze drogi się rozchodzą.

Drażnią mnie feministki walczące o powszechne prawo do aborcji. Pytam: gdzie są, kiedy trzeba walczyć o godne macierzyństwo? Dlaczego nikogo nie bulwersuje fakt, że obowiązki ojca po rozwodzie mogą sprowadzać się wyłącznie do płacenia alimentów? Dlaczego nikogo nie oburza, że wielu mężczyzn przy pomocy świetnie opłacanych adwokatów wykazuje w sądzie brak dochodów? Dlaczego nie mają obowiązków wobec własnych dzieci? Te parę godzin w niedzielne popołudnie i parę groszy wpłacanych co miesiąc jest powszechnie akceptowanym wkładem w ojcostwo. Wkład matki? 24 godziny, siedem dni w tygodniu.

„Jestem matką dwóch synów. Pięknych, inteligentnych i bardzo poranionych. Okradzionych z miłości i marzeń o szczęśliwym domu. Jestem matką dwóch chłopców, którym życie zgotowało niemiłą niespodziankę, i muszą uporać się z sytuacją, która potrafi przerosnąć dorosłych, a co dopiero dzieci. Jestem matką zmęczoną, niecierpliwą, zawiedzioną, rozczarowaną, przerażoną, smutną, zdenerwowaną, agresywną, słabą. Jestem matką, która uprawia czasochłonny zawód i nie może tego zmienić. Czuję się winna. Z dziecięcych ust dociera do mnie, że jestem najgorszą matką na świecie. To koniec. Muszę zacząć wszystko od początku”. Tak wyglądałby wpis do pamiętnika dwa lata temu, gdybym pisała pamiętnik… Dziś jestem w zupełnie innym miejscu tej matczynej podróży przez życie z dwoma mężczyznami u boku.

Poznać system wartości

Moi synowie są uczniami szkoły katolickiej. Ważne dla mnie było, żeby w ten pośredni sposób pokazać im model rodziny, w jakiej się wychowałam. W tradycji jest siła. Chcę, żeby w panującym dookoła chaosie poznali świat wartości, przykazanie miłości. Czy będą chcieli w tym świecie żyć, kiedy dorosną, nie wiem. Poznają duchową przestrzeń, która wzbogaci ich życie lub… będzie dla nich problemem. Ale już zawsze będą wiedzieli, że istnieje. Będą bogatsi, dowiadując się o świecie często trudnych do realizacji w dzisiejszych czasach zasad.

Szkoła synów bardzo intensywnie współpracuje z rodzicami. To cenne, bo ani rodzice, ani dzieci nie czują się osamotnieni w swoich problemach. Z drugiej strony, mnie wciąż dźwięczy w pamięci: „Oj, Kowalski, bo wezwę twoją matkę do szkoły”. Dawniej obowiązki wychowawczo-pedagogiczne w większym stopniu należały do nauczycieli. Dziś dzieci nie biorą odpowiedzialności za swoje relacje ze szkołą. Rodzice na każde zawołanie odkładają na bok swoje sprawy i są dla nich. W momentach kryzysowych przecież mama porozmawia z panią i jakoś sprawę załatwi. Chronimy w ten sposób dzieci przed konsekwencjami ich błędów. Dziś nikt nie powtarza klasy. Wielkie było zdziwienie moich chłopaków, kiedy dowiedzieli się, że Adam Mickiewicz dwa lata siedział w trzeciej i piątej klasie. Czyżby nie miał mamy?

Moi synowie żyją w świecie dominacji kobiet – mama, babcia, nauczycielki. Kobiety im przewodzą, wspomagają ich, wyręczają. Są dawcami, z których te „małe męskie pijawki” uczą się wysysać ostatnie siły. Uznałam, że należy to zmienić i wprowadzić ich też w świat mężczyzn. Pomógł mi w tym przypadek.

Najpierw musiałam uporać się z syndromem siłaczki. Nie do końca mi się to udało, ale jest to decyzja dla wszystkich pożyteczna. Chłopcy zaczęli mieć obowiązki, ja jestem mniej zmęczona, częściej zadowolona i mogę spokojniej uprawiać swój zawód. Zawód, który wykonuję, nie jest łatwy do pogodzenia z życiem rodzinnym ze względu na brak ciągłości pracy i jej nienormowane godziny. To nie jest praca, którą wykonuje się przez pięć dni w tygodniu, po osiem godzin, a weekend ma się wolny. Wręcz przeciwnie, weekend jest zwykle zajęty, często jest się w podróży, praca na planie trwa kilkanaście godzin, wieczorem, gdy inne mamy czytają dzieciom do snu, ja bawię publiczność w teatrze. Potem miewam okresy przerwy i nerwowo staram się nadrobić domowe zaległości. Toteż musiałam się przyznać przed samą sobą, że potrzebuję pomocy innych, bo sama nie jestem w stanie sobie poradzić, na przykład przypilnować, by chłopcy odrobili lekcje. Kochająca i rozpieszczająca babcia okazała się siłą niewystarczającą, by ujarzmić tych dwóch urwisów. Do zmiany sytuacji natchnęła mnie książka, w której pani profesor Barbara Skarga opowiada o swoim dzieciństwie. Rodzice pani profesor postanowili wychowanie swoich dzieci w dużym stopniu powierzyć specjaliście. Wynajęli od Stefana Żeromskiego parter domu w Konstancinie i tam umieścili trójkę swych dzieci wraz z boną, która fachowo zajmowała się ich edukacją przez cały tydzień. Natomiast na sobotę i niedzielę zabierali dzieci do stolicy, chodzili razem z nimi do muzeów, na koncerty, do teatru, do kawiarni, do restauracji. I byli cudownymi rodzicami. Z punktu widzenia dzisiejszej wiedzy psychologicznej bycie rodzicem od czasu do czasu jest sytuacją nie do zaakceptowania, bowiem psychologowie twierdzą, że pozbawia to dzieci prawidłowej umiejętności budowania więzi rodzinnych. Jak widać, nie ma jednak jednej recepty dla wszystkich na szczęśliwe dzieciństwo i prawidłowy rozwój. Śledząc dalsze losy pani profesor, myślę, że jej świat wartości i relacji z ludźmi ukształtowany był ponadprzeciętnie. Ta opowieść o jej pięknym dzieciństwie stała się dla mnie drogowskazem. Nie jestem zwolenniczką zimnego chowu. Ale pomyślałam, że to nieprawda, że jeśli nie jesteśmy z dzieckiem na okrągło, to nie wykształci się relacja bliskości i miłości. Przecież moi chłopcy swojego tatę widują rzadko, a kochają go ogromnie. Uznałam, że nie mogę mieć wyrzutów sumienia, że nie jestem w stanie być jednocześnie w pracy i przy dzieciach. Ale muszę nadać ich życiu ład, na przykład zapewnić stałe godziny odrabiania lekcji. I wdrożyć w życie starą jak świat zasadę stosowaną przez moich rodziców: najpierw obowiązki, potem przyjemności. Bycie cerberem postanowiłam powierzyć mężczyźnie. Daje to bowiem moim synom szansę odnalezienia swego miejsca w świecie męskich spraw. Podziwiają nauczyciela – który z nimi codziennie pracuje przez dwie godziny w domu – za wiedzę, konsekwencję, umiejętności. Jest dla nich wzorem. To on poprzez codzienne wspólne odrabianie lekcji wnosi ład w nasze zwariowane życie. A ja znacznie spokojniejsza i mniej zmęczona siadam z młodszym do fortepianu, pozwalam starszemu odkryć przede mną świat komputerowych zawiłości lub zapewniam im życiowe atrakcje.

Pokazać różnorodność świata

Chciałabym, żeby odkryli w sobie talenty, mieli pasje. Na tym etapie trudno im o konsekwencję. Chcieliby spróbować wszystkiego. I ja im na to pozwalam. Zaliczyli już krótsze lub trwalsze fascynacje piłką nożną, pływaniem, narciarstwem, zajęciami plastycznymi, kółkiem komputerowym, językiem angielskim, kółkiem dziennikarskim, eksperymentami wszelkiej maści w ramach zajęć „mądre dziecko”. Niech szukają. W zgodzie ze sobą.

Cieszę się, kiedy podróżują. Wcześnie zaczęłam wysyłać ich na letnie obozy. Chcę, żeby byli samodzielni, niezależni, żeby umieli radzić sobie w nowych warunkach, wśród nowo poznanych rówieśników. Czasem jest to proces bolesny, ale pamiętam, jak zapłakana prosiłam, by tata zabrał mnie z moich pierwszych kolonii. Nie zrobił tego i jestem mu za to wdzięczna. Gdyby mi wtedy uległ, prawdopodobnie nigdy więcej bym już na kolonie nie chciała jechać. A tak, wróciłam wzmocniona, bo dałam radę. Ich też hartuję. Mogę ich wspomóc radą, podpowiedzieć, kiedy walczyć, a kiedy sytuację zlekceważyć, jak się obronić, ale muszą umieć dać sobie radę beze mnie.

Cieszę się, kiedy możemy gdzieś razem wyjechać. To niekoniecznie musi być dobry hotel w egzotycznym kraju, choć takie podróże też znamy. W zeszłe wakacje zwiedzaliśmy Świętokrzyskie, codziennie nocując w innym miejscu. Wcześniej opracowaliśmy trasę, na której znalazły się atrakcje historyczne, jak zamek Krzyżtopór, przyrodnicze, jak jaskinia Raj, i te nowsze: muzeum porcelany w Ćmielowie, Europejskie Centrum Bajki im. Koziołka Matołka w Pacanowie, park jurajski. Był też czas na rodzinne biesiadowanie przy ognisku. Marzy mi się camper, żeby jechać przed siebie, nie martwiąc się o nocleg.

Mówię twardo: „teraz czas dla mnie”

Moje życie jest wypełnione od rana do wieczora. Zaplanowane z dokładnością do pięciu minut. Nie przepadam za tym rygorem, ale inaczej nie dałabym rady. Wstaję codziennie o 6.30, przygotowuję śniadanie, odwożę dzieci do szkoły. Muszę zaplanować codzienne obowiązki tak, żeby z wszystkim zdążyć, muszę wiedzieć, co wykonam sama, a gdzie o pomoc poprosić. Odpoczywam w pracy. Jest prostsza niż pełna niespodzianek codzienność. Kiedy wybija 22.00, mówię twardo: „dobranoc, teraz ja”. Chcę poczytać, spotkać się ze znajomymi, obejrzeć coś w teatrze lub pobyć sama. Poskładać myśli i uczucia. Muszę przygotować się do pracy na następny dzień. O dziwo, to zorganizowanie mi służy. W ostatnich dwóch latach zagrałam więcej w teatrze, jeżdżę z recitalem, nagrałam płytę. Kiedy młodsze koleżanki pytają mnie, kiedy jest najlepszy czas dla aktorki na urodzenie dziecka, odpowiadam: „zawsze”. Jeśli chcesz przeżyć coś naprawdę niezwykłego. Bo żadna inna rola nie jest tak trudna, wymagająca, ale i satysfakcjonująca jak rola matki. Żadna nie stwarza tak długotrwałych szans na doskonalenie, na przemyślenia. I tylko ta tworzy świat prawdziwy. No i wciągające jest to, że nie wiemy, jak i kiedy się skończy.

 

Joanna Trzepiecińska, aktorka, wokalistka. Absolwentka Państwowej Szkoły Muzycznej (pierwszego stopnia – w klasie fortepianu i drugiego stopnia – w klasie fletu) oraz PWST w Warszawie. Związana z teatrem Studio w Warszawie (gra m.in. w sztuce Tracy’ego Lettsa „Sierpień” w reżyserii Grzegorza Brala). Właśnie wydała nową płytę „Żarcik à propos”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze