Współczesne zmęczenie nie zawsze wynika z liczby przepracowanych godzin. Czasem bardziej wyczerpuje nas nieustanna gotowość: do odpowiadania na wiadomości, przyswajania informacji, reagowania na kolejne bodźce i pozostawania w kontakcie ze światem, który nie zna przycisku pauzy. Nawet wolna chwila szybko wypełnia się ekranem telefonu, a cisza zaczyna przypominać przestrzeń, którą trzeba czymś zagospodarować.
Filip Cembala zna ten mechanizm z własnego doświadczenia. Jak przyznaje w rozmowie z Joanną Brodzik, od lat zmaga się z deprecjuszką, a obniżone nastroje przychodzą do niego falami. W dodatku, jak opowiada, często bywa zmęczony bardziej, niż sam chciałby przed sobą przyznać. Nie pomaga mu przywiązanie do telefonu i internetu, które określa wprost jako uzależnienie.
Aktor mówi również o ADHD i związanych z nim trudnościach z funkcjonowaniem w chwilach, kiedy nic się nie dzieje. Zamiast poczucia ulgi pojawia się niepokój, jakby bezczynność była czymś, co trzeba przetrwać. „Osobom z ADHD, do których należę, trudno funkcjonować, gdy nic się nie dzieje, po prostu odpoczywać, traktuję takie momenty jak więzienie” – wyznaje.
To ważny paradoks: można marzyć o odpoczynku, a jednocześnie nie umieć z niego korzystać. Można być tak przyzwyczajonym do działania, że zatrzymanie wywołuje napięcie zamiast ulgi. Kiedy każda chwila musi mieć swój cel, nawet regeneracja zaczyna przypominać kolejne zadanie na liście obowiązków.
Mamy dziś dostęp do niezliczonych porad dotyczących dobrostanu. Możemy planować poranki, optymalizować sen, ćwiczyć uważność, mierzyć aktywność i szukać coraz skuteczniejszych sposobów na regenerację. Problem w tym, że łatwo zamienić dbanie o siebie w kolejny projekt, w którym trzeba osiągać wyniki. Nawet relaks może stać się źródłem frustracji, jeśli nie przynosi oczekiwanych rezultatów.
Cembala zauważa, że odpoczynek coraz częściej traktujemy jak zadanie do odhaczenia. Sam nie uważa się za człowieka, który posiadł umiejętność spokojnego przeżywania wolnego czasu. Przeciwnie, otwarcie przyznaje, że dopiero się tego uczy. I nie mówi tego z pozycji kogoś, kto nie zna ciężaru obowiązków. Przypomina, że jego rodzice pracowali bardzo ciężko: mama była nauczycielką, tata wykonywał pracę fizyczną.
W tym wyznaniu pobrzmiewa coś więcej niż osobisty kłopot z organizacją czasu. Odpoczywanie bywa trudne również dlatego, że wynosimy z domu określone przekonania o pracy, obowiązku i wartości człowieka. Jeśli przez lata uczymy się, że należy być zajętym, pożytecznym i wytrwałym, chwila bezczynności może budzić poczucie winy. Jakbyśmy musieli zasłużyć na prawo do odpoczynku.
Tymczasem regeneracja nie musi być nagrodą za dobrze wykonaną pracę. Nie wymaga też idealnych warunków ani rozbudowanych rytuałów. Czasem zaczyna się od zauważenia, że jesteśmy zmęczeni, zanim organizm sam upomni się o przerwę. Innym razem oznacza odłożenie telefonu, wypicie kawy bez sprawdzania powiadomień albo zgodę na kilka minut, które nie prowadzą do żadnego konkretnego celu.
Właśnie w tym miejscu pojawia się temat mikromomentów regeneracji. Nie chodzi o to, by z pięciu wolnych minut zrobić nową metodę na produktywność, ale by przestać odbierać sobie prawo do małych przerw tylko dlatego, że nie wyglądają spektakularnie.
Filip Cembala potrafi opowiadać o sprawach trudnych z autoironią, która rozbraja, ale nie unieważnia emocji. Swoje poszukiwania równowagi opisuje za pomocą charakterystycznej gry słów: „Szukam cembalansu, bywam w cembalansie, a czasem w cembalaście”. W tym językowym żarcie kryje się całkiem poważna obserwacja. Równowaga nie jest stanem, który raz osiągamy i możemy już spokojnie uznać za załatwiony. Czasem jesteśmy bliżej siebie, czasem znów gubimy grunt pod nogami.
W rozmowie z Joanną Brodzik pojawia się również wątek wysokiej wrażliwości i ADHD. To doświadczenia, które mogą wpływać na sposób przeżywania codzienności, reagowania na bodźce czy radzenia sobie z napięciem. Nie muszą jednak definiować całej tożsamości człowieka ani oznaczać, że istnieje jeden właściwy sposób na funkcjonowanie.
Być może dlatego tak ważne jest szukanie rozwiązań dopasowanych do siebie, zamiast bezrefleksyjnego powielania cudzych recept. Dla jednej osoby odpoczynkiem będzie spotkanie z przyjaciółmi, dla innej samotność. Jedna potrzebuje ruchu, druga ciszy. Nie ma powodu, by każdą z tych potrzeb oceniać według uniwersalnej miary.
Istotne jest także to, by nie robić z równowagi kolejnego egzaminu. Nie musimy każdego dnia osiągać idealnego stanu psychicznego ani być najlepszą wersją siebie. Czasami wystarczy zauważyć, że właśnie znaleźliśmy się w gorszym momencie, i nie dokładać do niego jeszcze pretensji o to, że nie radzimy sobie lepiej.
Autoironia może być świetnym narzędziem. Pozwala rozładować napięcie, nabrać dystansu do własnych potknięć i nie traktować siebie z przesadną powagą. Ale może też stać się zbroją, którą zakładamy, zanim ktoś zdąży nas zranić.
Cembala wraca pamięcią do czasów szkolnych, kiedy czuł się inny. Inaczej się ubierał, odstawał od otoczenia i doświadczał tego, jak łatwo grupa potrafi napiętnować kogoś, kto nie mieści się w jej oczekiwaniach. Z czasem nauczył się uprzedzać cudzy śmiech własnym żartem. „Poszedłem w ośmieszanie, żeby się obronić w szkole, bo jestem dziwny i inaczej się ubieram” – opowiada.
Dziś nazywa ten mechanizm samozdradą. Zamiast stanąć po swojej stronie, zaczął powtarzać o sobie to, co słyszał od innych, i sam wydeptywał sobie drogę do ośmieszenia. To wyznanie dotyka doświadczenia, które może być bliskie wielu osobom: zanim ktoś odrzuci nas za to, jacy jesteśmy, próbujemy sami odebrać sobie powagę. Jeśli zażartujemy z siebie pierwsi, może zaboli trochę mniej.
Tyle że strategia, która kiedyś pomagała przetrwać, nie zawsze służy nam w dorosłości. Z czasem warto sprawdzić, czy nasz dystans do siebie rzeczywiście daje nam wolność, czy raczej nie pozwala pokazać się bez ochronnej warstwy żartu.
Cembala mówi o sobie również jako o nostalgiku, człowieku utkanym z nostalgii. Nie próbuje więc opowiadać o sobie jako o kimś, kto raz na zawsze rozprawił się z własnymi trudnościami. Raczej przygląda się temu, jak dawne doświadczenia kształtują teraźniejszość i jak można odzyskiwać kontakt z samym sobą bez nieustannej potrzeby poprawiania własnego charakteru.
W kulturze, która uwielbia historie o nieustannym rozwoju, przekraczaniu granic i kolejnych życiowych rekordach, dojrzałość często przedstawia się jako projekt wymagający intensywnego zarządzania. Mamy rozwijać się zawodowo, dbać o formę, inwestować w relacje i nieustannie udowadniać, że najlepsze dopiero przed nami. Jakby każdy kolejny rok wymagał nowego uzasadnienia.
Cembala podchodzi do tego inaczej. „Mam teraz 40 lat i kocham ten wiek” – mówi, przywołując słowa Marysi Czubaszek, że „kobieta powinna się umówić ze sobą na wiek i tego się trzymać”. W tym zdaniu jest przewrotność, ale również zgoda na własny etap życia. Bez konieczności udawania, że czas nie płynie, i bez przekonania, że wraz z upływem lat trzeba bez końca coś nadrabiać.
Nie oznacza to rezygnacji z ambicji. Chodzi raczej o zmianę relacji z nimi. Przez długi czas Cembala chciał zdobywać życiowe świadectwo z paskiem, jakby każda dziedzina wymagała najwyższej oceny. Teraz, jak przyznaje, przechodzi przez okres pożegnań i zaczyna inaczej patrzeć na to, co naprawdę ma znaczenie.
Czasem dojrzewanie polega właśnie na tym, że przestajemy mierzyć własną wartość liczbą osiągnięć. Nie każda decyzja musi być przełomem, nie każdy dzień musi nas rozwijać, a nie każda chwila ma prowadzić do czegoś większego. Można mieć ambicje i jednocześnie nie chcieć już nieustannie ścigać samego siebie.
Jeszcze dwa lata temu spacer po lesie wydawał się Cembali jedną z najbardziej nudnych rzeczy, jakie można sobie wyobrazić. Dziś, jak mówi, codziennie chodzi do lasu i właśnie temu doświadczeniu przypisuje ważną rolę w swoim życiu. „Las mnie uratował” – wyznaje.
Ta zmiana jest znacząca. Nie towarzyszy jej opowieść o spektakularnej rewolucji, która w jednej chwili rozwiązuje wszystkie problemy. Jest raczej odkrycie, że coś, co wcześniej wydawało się nieatrakcyjne, może stać się źródłem ulgi. Że zwyczajna czynność, pozbawiona rankingu, celu i mierzalnego rezultatu, potrafi dać nam coś, czego nie zapewniają kolejne osiągnięcia.
Spacer nie wymaga ciągłego odpowiadania na bodźce. Nie trzeba podczas niego niczego kupować, oglądać ani publikować. Można iść, patrzeć na drzewa, słuchać odgłosów otoczenia i pozwolić myślom płynąć bez konieczności natychmiastowego wyciągania z nich wniosków. Dla osoby przyzwyczajonej do intensywności taki rodzaj obecności może być wyzwaniem, ale również szansą na zmianę rytmu.
Nie każdy musi oczywiście szukać ukojenia w lesie. Sedno tkwi w znalezieniu własnej przestrzeni, w której nie trzeba odgrywać żadnej roli. Może to być krótki spacer, chwila na balkonie, kilka minut z książką albo kawa wypita bez towarzystwa ekranu. Ważne, by nie zamieniać tych czynności w kolejne zadania, które trzeba wykonać idealnie.
Właśnie tak można rozumieć mikromomenty regeneracji: nie jako metodę na to, by jeszcze skuteczniej działać, lecz jako okazję, by przez chwilę nie musieć działać wcale.
O małych rzeczach, które pomagają odzyskać kontakt z codziennością, Filip Cembala opowiada również w swojej nowej książce „Troszki”. Tytuł narodził się podczas spaceru do lasu z przyjaciółką. Autor miał ze sobą kanapkę, w której znalazło się trochę sera, trochę wędliny, trochę pomidora i trochę soli. Zwyczajna sytuacja nagle stała się inspiracją do uchwycenia pewnej życiowej prawdy.
„Życie też składa się z takich troszków: troszkę mroku, ale już mniej, troszkę sukcesu, troszkę radości” – mówi. Nie obiecuje, że od teraz wszystko będzie dobrze. Nie proponuje recepty na nieustanne szczęście ani sposobu na wyeliminowanie trudnych emocji. Zamiast tego zachęca, by zauważać niewielkie przesunięcia: dzień, który okazał się odrobinę łatwiejszy, spotkanie, po którym zrobiło się lżej, chwilę spokoju pomiędzy kolejnymi obowiązkami.
W porównaniu z „Lowizmem” pisanie „Troszek” miało dla niego zupełnie inny charakter. „W przeciwieństwie do «Lowizmu» to pisanie tej książki była terapią” – przyznaje. Literatura stała się więc nie tylko sposobem opowiadania o świecie, lecz także przestrzenią, w której można przyjrzeć się własnym doświadczeniom i spróbować je uporządkować.
Wartość takich drobiazgów łatwo przeoczyć, zwłaszcza kiedy jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia w kategoriach wielkich zmian. Czekamy na urlop, przełom w pracy, nowy początek albo moment, w którym wreszcie będziemy mogli odetchnąć. Tymczasem życie toczy się również pomiędzy tymi wydarzeniami. Jeśli wszystkie dobre chwile odkładamy na później, możemy nie zauważyć, ile małych powodów do ulgi już mamy.
„Nie chcę nic pokazywać światu, chcę tylko przeżyć i żeby jutro było troszkę lepiej” – mówi Cembala. To zdanie brzmi jak sprzeciw wobec kultury nieustannej autoprezentacji, w której nawet prywatne doświadczenia łatwo stają się materiałem do pokazania innym. Nie wszystko musi być sukcesem, inspiracją ani dowodem na to, że dobrze zarządzamy własnym życiem. Niektóre rzeczy mogą po prostu należeć do nas.
W świecie, w którym nawet odpoczynek próbujemy optymalizować, szczególnego znaczenia nabierają proste czynności. Jedną z nich może być przygotowanie kawy i wypicie jej bez pośpiechu. Nie jako kolejnego zastrzyku energii przed następnym zadaniem, lecz jako krótkiego momentu, w którym uwaga wraca do tego, co dzieje się tu i teraz.
Właśnie wokół takiej codziennej przyjemności można zbudować własny mikrorytuał. Nie musi trwać godzinę ani wymagać idealnego otoczenia. Wystarczy kilka minut, podczas których nie sprawdzamy wiadomości, nie odpowiadamy na maile i nie próbujemy jednocześnie załatwić kilku spraw. Liczy się nie tyle sama kawa, ile sposób, w jaki przeżywamy tę chwilę.
To również kontekst rozmowy Joanny Brodzik i Filipa Cembali w podcaście „Słowo do słowa”, którego sponsorem jest Nivona. Marka pojawia się tu przy temacie codziennego rytuału, ale jego sens wykracza poza samą czynność przygotowania napoju. Chodzi o możliwość stworzenia w zabieganym dniu niewielkiej przestrzeni tylko dla siebie, bez presji, że trzeba ją jeszcze wykorzystać do czegoś pożytecznego.
Bo może nie potrzebujemy kolejnej aplikacji do zarządzania dobrostanem ani listy dziesięciu sposobów na idealny poranek. Może czasem wystarczy zauważyć, że kawa stygnie, telefon leży obok, a my przez kilka minut nie musimy być dostępni dla całego świata.
Historia Filipa Cembali nie jest opowieścią o człowieku, który znalazł uniwersalną metodę na szczęście. To raczej zapis poszukiwań: próby zrozumienia własnej wrażliwości, pogodzenia się z ograniczeniami, uczenia się odpoczynku i rezygnowania z przekonania, że każdą wolną chwilę trzeba jakoś zagospodarować.
W tym sensie „Troszki” stają się czymś więcej niż tytułem książki. To także sposób patrzenia na codzienność, w której nie wszystko musi wydarzać się naraz, a poprawa nie zawsze oznacza radykalną zmianę. Czasami wystarczy odrobinę mniej się krytykować. Czasami wyjść na spacer. Czasami odłożyć telefon i pozwolić sobie na nudę.
Nie chodzi o to, by przestać pracować, rozwijać się czy realizować ambicje. Chodzi o to, by nie uzależniać poczucia własnej wartości od nieustannego postępu. Żeby wolny czas nie musiał być produktywny, a odpoczynek nie wymagał kolejnego planu.
W rozmowie z Joanną Filip przypomina, że równowaga nie zawsze przychodzi w wielkich gestach. Niekiedy kryje się w niewielkich zmianach, których nikt poza nami nie zauważy. W zgodzie na własne tempo, w chwili ciszy, w rezygnacji z kolejnego obowiązku, który sami sobie narzuciliśmy.
Może właśnie tego najbardziej potrzebujemy w świecie, który nieustannie domaga się naszej uwagi: nie kolejnego sposobu na to, by robić więcej, ale odwagi, by czasem zrobić mniej. I pozwolić sobie na życie, które nie musi codziennie zasługiwać na świadectwo z paskiem.
Sponsorem odcinka jest NIVONA, producent automatycznych ekspresów do kawy.