1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kiedy mężczyzna nie jest tobą zainteresowany? Co zrobić, gdy facet nie pisze?

Kiedy mężczyzna nie jest tobą zainteresowany? Co zrobić, gdy facet nie pisze?

Kobiety ślepo zakochane i spragnione miłości często w naiwny sposób tłumaczą brak zainteresowania mężczyzny (fot. iStock)
Kobiety ślepo zakochane i spragnione miłości często w naiwny sposób tłumaczą brak zainteresowania mężczyzny (fot. iStock)
Otwórz oczy i w końcu przyznaj, że mężczyzna, w którym się zakochałaś, wcale nie jest tobą zainteresowany. Oczywiście ta świadomość jest bardzo przykra, ale najlepsze, co możesz zrobić w takiej sytuacji, to iść do przodu i znaleźć kogoś, kto naprawdę cię polubi.

Zazwyczaj, kiedy facet pisze codziennie, oznacza to, że chce czegoś więcej. Co jednak w sytuacji, gdy w ogóle się nie odzywa i nie pali się do rozmowy? Jak interpretować brak zainteresowania ze strony faceta? Jak rozpoznać, kiedy facet nie chce kontaktu?

Nigdy nie dzwoni pierwszy

Pewnie nieraz zadawałaś sobie pytanie: po czym poznać, że mu się podobam? To jest takie proste: jeśli mężczyzna cię lubi i jest zainteresowany, to chce z tobą rozmawiać, a jeśli chce z tobą rozmawiać, to pisze do ciebie maile, smsy lub dzwoni. Oczywiście, czasami ktoś musi zrobić ten ruch, ale jeżeli tylko ty stale inicjujesz kontakt, to znaczy, że mężczyzna nie chce bliższej znajomości. I nie próbuj go usprawiedliwiać zbyt dużą ilością pracy czy częstymi wizytami u babci. Zamiast zastanawiać się, dlaczego on nie pisze, pamiętaj, że gdybyś była w kręgu jego zainteresowań, to znalazłby choćby 5 minut na napisanie krótkiego smsa. Kiedy facet nie chce kontaktu, to po prostu unika go ze wszystkich sił.

Nie chce rozmawiać albo słuchać

Gdy mężczyzna nie ma czasu, łatwo to zauważysz – przerwa w interesującej rozmowie będzie tylko chwilowa. Jednak jeżeli odpowiada jednym słowem na długi sms, to chce ci dać do zrozumienia, że nie ma ochoty na dłuższą pogawędkę. Odpisał, ponieważ chce być grzeczny, ale nie przyjął zaproszenia do konwersacji. Jeżeli nigdy nie pyta, jak ci minął dzień czy generalnie co u ciebie słychać, to oznacza, że facet specjalnie się nie odzywa, bo to go po prostu nie interesuje. A jeśli ty nic prawie o nim nie wiesz, ponieważ nic ci o sobie nie mówi, to znaczy, że nie ma zamiaru się przed tobą otwierać.

 Myśli tylko, jak zaciągnąć cię do łóżka

Kiedy mężczyzna lubi cię, to chciałby ci zapewne zaimponować – a zwabienie cię do niewysprzątanego mieszkania po to tylko, aby zaciągnąć do łóżka nie powinno zrobić na tobie dużego wrażenia.

Jeśli mężczyzna odwzajemnia twoje uczucia, to chciałaby wiedzieć o tobie coś więcej niż tylko jak wyglądasz nago. Weźmie cię wtedy na prawdziwą randkę, która będzie doskonałą okazją, aby cię lepiej poznać.

Odmawia spotkania i nie proponuje innej daty

Jeżeli zaproponowałaś mu wyjście do kina czy spotkanie w pubie, a on ci odmówił, to zwróć uwagę jakich słów użył. Gdy facet nie pisze nic poza lakonicznym: „Przykro mi, ale nie mogę się z tobą spotkać”, to wygląda na to, że nie za bardzo mu zależy na bliskim kontakcie. Gdy natomiast dodał: „Może jutro jesteś wolna?”, to znaczy, że źle się czuje z tym, iż musiał ci odmówić, ale nadal chciałby cię widywać – gdy facet nie ma czasu, jednak zależy mu na tobie, zaproponuje po prostu inny termin.

Zawsze ma wymówkę

Jeśli proponujesz mu spotkania, a on cały czas ma jakieś wymówki, to kolejny znak, że nie odwzajemnia twojego uczucia. Ma nadzieję, że po kliku odmowach w końcu przestaniesz proponować mu wyjścia i dzięki temu nie będzie musiał być „tym złym”. Jedna wymówka od czasu do czasu jest oczywiście do przyjęcia, ale ciągłe „NIE”, oznacza „NIE”, a co za tym idzie: brak zainteresowania ze strony faceta. Jeśli chciałby się z tobą zobaczyć, to na pewno znalazłby czas. Zaufaj mi.

Inaczej się zachowuje, gdy nie jesteście sami

Jeśli przytula cię w sytuacji, kiedy jesteście sami, a potem – wśród ludzi – nawet nie weźmie cię za rękę i będzie trzymał dystans, to weź to za zły znak – kiedy facet nie chce kontaktu fizycznego, nawet najdrobniejszego, przy innych, nie świadczy to dobrze o waszej relacji. Powinno do ciebie dotrzeć, że mężczyzna, na którym ci zależy, nie chce pokazać światu, że coś was łączy. Jeżeli byłby tobą naprawdę zainteresowany, to nie widziałby nic złego we flirtowaniu z tobą na oczach znajomych.

Flirtuje z innymi kobietami na twoich oczach

Jeśli mężczyzna flirtuje na twoich oczach z innymi kobietami, to chce ci pokazać, że nie jesteś w kręgu jego zainteresowań. Gdyby było inaczej, nawet nie przyszło by mu do głowy, aby tak się zachowywać – pamiętaj, że zakochany facet unika dawania powodów do zazdrości.

Rozmawia z tobą jak z kumplem

Nawet kiedy facet pisze codziennie, ale nie widzi problemu w tym, aby zwierzyć ci, że jakaś kobieta naprawdę mu się podoba, to może to oznaczać, iż traktuje cię bardziej jak kumpla niż „obiekt” swoich zainteresowań.

Panikuje, kiedy próbujesz się do niego zbliżyć

Gdy mężczyzna panikuje kiedy nazywasz waszą relację – związkiem albo pytasz, co będziecie robić w przyszłym tygodniu, to mogłoby to oznaczać, że on boi się zaangażowania ale jest też duże prawdopodobieństwo, że nie chce się angażować właśnie w związek z tobą. Myślenie o tym, że prawdziwie zakochany facet unika snucia wspólnych planów, stanowi duży błąd – jemu prawdopodobnie po prostu nie zależy na kontynuowaniu waszej relacji.

Kiedyś kolega – podczas jednej z naszych dyskusji – spytał mnie: „Wiesz, co mężczyzna ma na myśli, gdy mówi ci, że nie chce się teraz wiązać? To znaczy, że nie chce się wiązać z tobą. A kiedy znajdzie tą właściwą, zapomni o swoim strachu i będzie gotowy na ten krok.”

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jakie czułości lubią mężczyźni? Jak okazywać uczucia swojemu partnerowi?

Jak okazywać uczucia mężczyźnie? Czy potrzeba bliskości u mężczyzn jest taka sama jak u kobiet? (fot. iStock)
Jak okazywać uczucia mężczyźnie? Czy potrzeba bliskości u mężczyzn jest taka sama jak u kobiet? (fot. iStock)
Potrzeba czułości u mężczyzn, także w seksie, jest tym, co pozwala kobiecie zbudować bliskość z mężczyzną. A seksuolodzy biją na alarm, że zbyt mało okazujemy jej swoim partnerom. Jak to możliwe? Bujają? Przecież kobiety mają czułości aż nadto. Skąd więc ten deficyt? Może kobieca i męska czułość nie są tym samym? Jak być czułą dla mężczyzny? – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Potrzeba czułości u mężczyzn, także w seksie, jest tym, co pozwala kobiecie zbudować bliskość z mężczyzną. A seksuolodzy biją na alarm, że zbyt mało okazujemy jej swoim partnerom, co może przełożyć się później na ograniczone okazywanie uczuć przez mężczyzn. Jak to możliwe? Bujają? Przecież kobiety mają czułości aż nadto. Skąd więc ten deficyt? Może kobieca i męska czułość nie są tym samym? Jak okazywać uczucia mężczyźnie? – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

„Wrócił. Nic nie powiedział./ Było jednak jasne, że spotkała go przykrość./ Położył się w ubraniu./ Schował głowę pod kocem./ Podkurczył kolana./ Ma około czterdziestki, ale nie w tej chwili./ Jest – ale tylko tyle ile w brzuchu matki,/ za siedmioma skórami, w obronnej ciemności./ Jutro wygłosi odczyt o homeostazie/ w kosmonautyce metagalaktycznej./  Na razie zwinął się, zasnął” – tak czule pisze o swoim mężczyźnie Wisława Szymborska.
To jest czułość! Wiedzieć, co jest dla niego ważne, i to uszanować. I jeśli on pokaże swoim zachowaniem czy powie: „Teraz nie chcę rozmawiać, chcę pomyśleć”, to zamknąć buzię i iść poczytać. Nie męczyć: „Coś się stało! Ale co?! Tak chciałabym wszystko o nim wiedzieć”. Nie spieszmy się z wiedzeniem wszystkiego. Te, które najbardziej tego chcą, tak naprawdę chcą wiedzieć tylko tyle, żeby móc się wtrącać. A to wielka różnica wiedzieć po to, by uszanować, i po to, by kontrolować. Wtrącać się chcą mamuśki, takie kobiety wypytują: „A co się stało? A co on ci powiedział? A ty co mówiłeś? A kto przyszedł? A kto wyszedł?”. Jak mężczyzna odpowie, to wcale jej nie zaciekawi: „Aaaa... to nudne”, machnie ręką. On się odsłania, a ona go: buch! Ocenia...

Mężczyzna przyjaciółki stracił bliską osobę. Jego kobieta nie wiedziała, jak mu pomóc, jak okazać czułość mężczyźnie w tak trudnej dla niego sytuacji, nie zrobiła więc nic. A on położył głowę na jej kolanach i tak siedzieli godzinę. W ciszy...
Ha! Dostał się wprost do kobiecej świątyni czułości, bo ona zrobiła właśnie to, czego on potrzebował. Poszła za nim, nie narzuciła mu niczego. Żadnych słów, żadnych zbędnych gestów, żadnych pytań. Nic babskiego. Żadnego szukania na siłę tego, czego jej zdaniem on potrzebuje! Tego kobiecego „ja wiem lepiej”. Nie zamatkowała mu, wypytując, jęcząc, jaka to tragedia. Współczując, czyli kastrując i wiercąc dziurę w brzuchu. Nie próbowała też udawać kumpla: żartować, wyjąć wódkę. Zrobiła to, czego chciał, skoro przyszedł do niej. Nie ciągnęła go też do łóżka, bo „wiadomo, mężczyzna...”. Założę się, że będą razem, bo z taką kobietą każdy mężczyzna chce być.

Najlepiej więc, gdy nie wiemy, jakie czułości lubią mężczyźni. Ale to trudne przyznać, że w sprawie uczuć jesteśmy w kropce.
Nie w kropce, tylko w sednie, bo to „nicnierobienie” to ta czułość, której oni potrzebują. Jeśli kobiecie uda się przekroczyć jej przekonanie, że jest mistrzynią w czytaniu i obdarowywaniu czułością, to da radę. Najlepiej patrzeć i słuchać. Nie myśleć: „Co ja mam zrobić?”. A myślimy, i to jeszcze jak! I wymyślamy, i skupiamy się na tym, co nie ma znaczenia. Na przykład: kobiety myślą, że najważniejszy dla mężczyzny jest wygląd wybranki. Owszem, ale ma być w nim coś ciepłego: miły wyraz twarzy, uśmiech i brak zaczepności. Zaczepność krotochwilna, tak. Ale bez przepychania, siłowania, agresji, bo wtedy mężczyzna się przestawia na tryb rywalizacji. Może się pobawić w wojnę z kobietą, ale po rozgrywce pójdzie poszukać na życie tej, która da mu czułość. To są dwa absolutnie inne typy kobiet. Ta na romans, pokazuje swoje seksualnie walory. A ta na życie – ciepło...

Kokardki, wstążki, kolor różowy. Czy to może być sposób na to, jak okazywać uczucia mężczyźnie?
Nie banalizuj. Co mają do tego kokardki?! Mężczyźni też potrzebują poczucia bezpieczeństwa, zwłaszcza od tej „na stałe”, ona ma być odpoczynkiem wojownika. Wszystko jedno, czy on jest wojownikiem, czy nie bardzo. Mężczyzna lubi tak o sobie myśleć. Kobieta jest niezbędna do poczucia komfortu, spokoju i czułości. Czyli tego, czego od kolegów nie dostanie. Ma być spokojna, życzliwa, akceptująca – to wszystko razem składa się na czułość. Ma go lubić i on ma to czuć. Jak opowie siódmy raz ten sam dowcip, uśmiechnąć się, nie wytykać: „Już mówiłeś...”.

W książce „Jego orgazm później” nowojorski seksuolog Ian Kerner mówi, że mężczyzna wydziela więcej testosteronu, kiedy dotyka go ktoś inny, nic więc nie zastąpi mu intymności dotyku kobiety. One jednak nie poświęcają czasu na dotyk, nie zastanawiają się, jak okazać czułość mężczyźnie, myśląc, że partner chce tylko erekcji. A to dotyk jest niezbędną częścią poczucia jedności. Przez seks nie zbudujemy bliskości z mężczyzną, zbudujemy ją pieszczotami jego sutków, szyi, ust i uszu. Czy to dotyczy też polskiego mężczyzny?
Oczywiście, że tak. Mało tego! Nawet jak ona robi mu fellatio, to nie ma pożerać jego penisa, tylko naprawdę lizać jak loda. Nie ma być zachłanną drapieżnicą, ale kimś, kto okazuje właśnie czułość. W ten sposób przekazuje mężczyźnie pozytywne emocje, takie jak zachwyt, akceptacja i podniecenie nim. To, jak się pieścimy i jak kochamy, pokazuje, co naprawdę do siebie czujemy i kim dla siebie jesteśmy, tak podprogowo, nie słowami. Co więcej, te odczucia decydują o tym, czy on chce z nią zostać, choć nie są werbalizowane w męskim umyśle. Męski umysł w ogóle nie spieszy się do werbalizowania uczuć. Mężczyźni raczej czują i tym czuciem się kierują: „Czy przy tej kobiecie mogę być sobą?”. „Czy to, co robię, ona ocenia, czy akceptuje mnie takim, jakim jestem?”. On odczuwa, czy ona pragnie jego, czy jest głodną samicą, która chce go pożreć, jakby chciała pożreć każdego. Ważne, żeby on nie poczuł, że ona jest niezaspokojona, bo zacznie się obawiać, czy daje jej wystarczająco dużo seksu.

A więc nawet seks oralny ma być czuły, jeśli chcemy, żeby wszystko nie skończyło się na seksie, nawet świetnym?
Absolutnie tak, a seks może był i świetny, i czuły, bo kobieta przez mózg mężczyzny zostanie odczytana jako czuła, jeśli będzie nim zachwycona. Jego człowieczeństwem, owszem. Ale przede wszystkim jego ciałem. Mało tego, ja bym powiedziała, że za rzadko zdarza się kobietom okazywać sympatię właśnie penisom ich mężczyzn. Jakby ciągle nie chciały wiedzieć, że to oni sami. A przecież kiedy kochasz tego mężczyznę, to kochasz go całego, także jego członek.

Ian Kerner pisze: „Spójrz na jego ciało jak na obszerny erogenny krajobraz, który pulsuje światłem pod wpływem ciepła twojego dotyku”. Brzmi pięknie, ale czy to prawda?
Czemu my ich nie pieścimy? Bo myślimy, że oni myślą tylko o seksie... Ale jeśli nawet, to czy mężczyźni są zrobieni z czegoś innego niż my? Czy ciała nie mogą dostarczać im wielu wrażeń? Mogą. I właśnie wracając do sutków i uszu – to są miejsca intymne i erogenne, których moc kobiety znają świetnie. Ich własne sutki i uszy są rozbudzone erotycznie i one czerpią z nich masę rozkoszy. Ale mężczyźni nie są pod tym względem doinwestowani i dlatego wydaje się im, że inna część ciała niż penis nie może dać im rozkoszy. Miałam narzeczonego, który kiedyś wyszeptał: „Ja się nie spodziewałem, że moja klatka piersiowa jest taka czuła”. A ja się tą klatką zachwycałam, że taka szeroka, że taka silna, że taka męska. Całowałam ją więc, głaskałam, miziałam, patrzyłam w zachwycie.

Czyli czuła to znaczy pieszcząca?
Nie tylko. Ale wszyscy chcemy być pieszczeni, głaskani, dotykani. Mamy też ogromne pokłady czułości wobec innych i ich chcemy dotykać, głaskać. I słyszeć, i mówić, że jesteśmy wspaniali, fajni. Ale albo jesteśmy czule wychowywani – bo mieliśmy czułych rodziców, a wtedy bardzo dobrze – albo nie i zanim w dorosłym życiu dogrzebiemy się do pokładów czułości przysypanych nieprzyjemnym dotykiem, jakim częstowali nas rodzice, to trochę czasu minie.

Można przedawkować te pieszczoty? Jak okazać czułość mężczyźnie w nieprzesadny sposób??
Można kotka przepieścić. Ale też na początku bycia razem pary są tak spragnione czułości, że tylko by się miziały. Powiedzmy to sobie: potrzebujemy i chcemy tego oboje, ale możemy przesadzić i potem będziemy chcieli się od siebie odsunąć. I tego nie ma co się bać. To może niepokoić tych, którzy się boją, bo zaznali odrzucenia. Ale jeśli się kimś zachwycamy i strasznie blisko jakiś czas jesteśmy, to potem potrzebujemy dzień, dwa bez miziania. Nie można cały czas jeść truskawek, nawet jak człowiek ma na ich punkcie świra.

Jak nie zgubić seksualności w tej czułości? Skąd wiedzieć, czy to już nie za dużo dla niego?
Zapytać! Tak po prostu: „Czego chcesz?”. Nie masz mieć radaru w głowie, sercu i kroczu! Są dwie formuły na takie pytanie: „Czy to, co ja chcę zrobić, ci pasuje?”. A druga: „Czy ja cię dobrze odczytuję? Powiedz proszę, bo ja nie chcę robić czegoś, czego ty nie chcesz, no bo po co?”. I już wiemy, czy przytulić, czy upiec ciasteczka i postawić na stole. Kobieta czuła jest akceptująca. Jeżeli on lubi chodzić do sklepu, to fajnie. Jak nie, nie ciągnie go. Jak on potrzebuje iść na piłkę, to ona mu powie: „Kochanie, baw się dobrze”. Jeżeli on ma ochotę latać na motolotni, to nie usłyszy:  „Zabijesz się i zostanę sama”, ale: „Jaki ty jesteś dzielny i wspaniały! Może zabierzesz mnie kiedyś ze sobą?”. Nie ma kłamać, że lubi coś, czego nie lubi, bo to się da wyczuć, i na tym bliskości się nie zbuduje. Ale też niedobrze, gdy lekceważy jego zajęcia, bo wtedy może być źle. Miałam w terapii parę, która oddaliła się od siebie, bo on ją zapraszał wiele razy, żeby z nim pojechała w efektowne miejsca. Ona na to: „Eee.... nie”. No, to jeździł sam i w jednym z takich miejsc poznał efektowną damę. Wtedy dopiero do tej jego żony dotarło, że straci cudnego faceta, bo zawsze było tylko to „Eee... nie”. Pojechali wreszcie i się odnaleźli na nowo. To cudna para i rzadka – pan przyszedł pierwszy i teraz jest na nowo zakochany i zachwycony żoną: mądrą, miłą i czułą.

„Miła” to takie dwuznaczne określenie. Czy muszę być miła, żeby być czuła?!
Może to słowo ci się nie podoba, bo kojarzy się jak w piosence „Na zakręcie”: „Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Choć gdybym chciała – bym się urządziła. Już widzę pieska, bieska, stół. Wystarczy, żebym była miła...”. I to można odebrać jako coś udawanego. Ale też z drugiej strony to rodzaj diagnozy mężczyzny. Otóż faceta nie rajcuje głęboka rozmowa, nie potrzebuje zwierzeń, nie potrzebuje afer. Chciałby mieć dobre, spokojne życie. No i jeśli kobieta też chce, to pasują do siebie i do słowa „miło”.

W tym kontekście „miła” brzmi dobrze. Czy taki sposób zachowania może wpłynąć też na okazywanie uczuć przez mężczyzn swoim partnerkom?
„Miła” wcale nie znaczy zawsze miła. Kobietom wydaje się, że miła nigdy nie powie „nie”. Powie. Ale miło. Powie też, czego od niego chce, tyle że nie w formie pretensji, tylko pragnienia. „Będzie mi z tobą dobrze, kiedy...”.  „Lubię, kiedy jesteś...”. „Podobasz mi się, kiedy... ”. Miła i czuła nie mówi: „Źle mi z tobą, kiedy nie dzwonisz!”. Jest spokojna i miła w takim sensie, że ma coś ważnego do roboty i nie siedzi przy oknie i nie gryzie palców, jeśli on się spóźnia, a potem na dzień dobry daje mu burę... Miła nie produkuje lęku, tylko spokój. A spokój jest potrzebny wszystkim – i kobietom, i dzieciom, i pieskom. I mężczyznom. Żeby on miał spokój, żeby sobie przyszedł, a ona była zajęta i nie pędziła do niego, ale się z daleka uśmiechnęła i haftowała dalej. A wtedy on sam podejdzie i pocałuje. Wszystko jest takie przyzwalające z jej strony, wtedy jest czułość... A jak chce być sexy, może włożyć mu do kieszeni karteczkę z napisem: „Czekam wieczorem na ciebie cała gorąca w naszym łóżku”.

Trzeba być liryczną, by być czule sexy?
Liryczną też warto. Ale jeśli oboje lubią ostry seks, to słowa mogą być pikantne. Nie trzeba tabu. Kobieta, która ma ochotę być szaloną kochanką, raczej nie pójdzie ze wstydliwym do łóżka, a jak pójdzie, to musi pomyśleć, czy stać się liryczna czy poszukać innego...

„Nigdy nie kłóć się w łóżku” – radzi Ian Kerner. „Możesz się w nim godzić. Pilnuj, żeby to, co ze świata, nie wchodziło między was przynajmniej tam. Noc ma być czuła”.
Otóż to. Potrzeba czułości i bliskości u mężczyzn jest więc niesamowicie istotna – tak samo jak u kobiet. Partnerzy powinni sobie wzajemnie okazywać miłość i zrozumienie na wiele sposobów, niezależnie od płci. Nie wiesz, jak okazywać uczucia mężczyźnie, wydaje ci się to trudne? Rób to szczerze, ze zrozumieniem jego potrzeb, ale i w taki sposób, aby go ukoić i zapewnić go, że jesteś tu dla niego.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, filozofka i poetka. Autorka i współautorka wielu książek, m.in. "Nie bój się życia", "Królowe życia i król", "W życiu jak w kinie", "Chcę być kochana tak jak chcę".

  1. Psychologia

Syndrom SAD, pandemia, lęk – jak zadbać o zdrowie psychiczne? Rozmowa z psychoterapeutką Katarzyną Szostak

Czekając na powrót do świata sprzed pandemii stosujemy mechanizm wyparcia. Nie przetrwamy tego okresu na starych skryptach myślowych. (Fot. iStock)
Czekając na powrót do świata sprzed pandemii stosujemy mechanizm wyparcia. Nie przetrwamy tego okresu na starych skryptach myślowych. (Fot. iStock)
Większość osób skarży się na spadek formy, doświadcza przewlekłego stresu. Nie zdążyli odreagować pierwszej fali pandemii, a już mamy kolejną. Wyczerpanych baterii nie udało się dobrze naładować. Jak sobie radzić z ciągłym poczuciem niepewności, i przewlekłym napięciem wyjaśnia Katarzyna Szostak, psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii HELP.

Syndrom SAD, związany z okresem jesienno-zimowym, jest tym razem spotęgowany przez sytuację związaną z pandemią. Krótkie dni, brak słońca, niepewność w związku z sytuacją na rynku, a do tego lęk i frustracja. Co psychologowie mówią ludziom w tej sytuacji? „To jest ok, że nie ma się siły”, „Wyobrażam sobie, jak musi być Ci trudno z takimi objawami”, „To ludzkie, że czujesz lęk w tej sytuacji”, „To zrozumiałe, że ograniczenia Cię frustrują”, czyli staram się uprawomocnić uczucia i emocje, zaakceptować je, znormalizować. Staram się też zainspirować do szukania sposobów radzenia sobie z sytuacją. W zależności od tego, z czym mu jest trudno, szukamy metod ukajania, motywowania, uspokajania siebie albo też pracujemy nad akceptacją tego, na co nie ma wpływu.

Media piszą o tym, jak bardzo zwiększyło się zapotrzebowanie na pomoc psychologiczną w związku z pandemią. Z czym najczęściej ludzie sobie nie radzą? Dla wielu moich klientów największą trudnością jest akceptacja ograniczeń, jakie stawia przed nami pandemia oraz lęk przed utartą dotychczasowego statusu quo, przed obniżeniem jakości życia. Wielu z nich przewiduje kryzys gospodarczy i lęka się utraty pracy lub obniżenia wynagrodzenia w nadchodzącym czasie. Utrzymujące się od tylu już miesięcy - frustracja, obniżenie poczucia braku bezpieczeństwa i brak przewidywalności - skutkują nasileniem objawów z grupy zaburzeń lękowych i depresyjnych.

Ci, którzy mają rodziny (choć dotyczy to również singli) często zgłaszają rosnącą trudność z radzeniem sobie ze złością, którą zdarza im się odreagowywać na najbliższych albo z frustracją i/lub lękiem związanymi z obniżeniem jakości wykonywanej przez nich pracy zawodowej. Zauważalny jest również wzrost zapotrzebowania na terapię par. Czas izolacji na wiele związków i rodzin zadziałał jak szkło powiększające, w którym partnerzy zobaczyli siebie nawzajem i łączące ich relacje, ich niedoskonałości, od których w tych okolicznościach trudno jest uciekać w inne aktywności czy relacje. Spędzanie dla wielu z nas tak dużej ilości czasu razem, co jest wręcz nienaturalne, skatalizowało niekorzystne mechanizmy funkcjonowania i przyspieszyło proces psucia związku.

Nie możemy zrealizować wielu podstawowych potrzeb, które były dla nas rodzajem „pocieszyciela” o tej porze roku: pójść na fitness, na jogę, na salsę, spotkać się z grupą przyjaciół, zjeść coś na mieście, pójść na koncert, wyjechać na weekend. Co z tym zrobić? Wyzbyć się, jak radzi wielu mędrców, większości potrzeb? Wychodzi na to, że musimy całkowicie zmienić podejście do życia… W zamian możemy zrobić wiele rzeczy, na które zawsze brakowało nam czasu, bo lataliśmy po mieście. Wreszcie mogę przeczytać książki, które czekają na nieco więcej wolnego czasu, wreszcie mogę nadrobić zaległości w filmach czy serialach, bez wyrzutów sumienia, że spędzam czas przed telewizorem zamiast wyjść do ludzi, wreszcie mogę nauczyć się szyć na maszynie lub szydełkować.

A zanim wyzbędziemy się potrzeb, można się zastanowić nad innymi sposobami ich realizowania. Zamiast skupiać się na tym, czego nie mogę mieć, spróbujmy przekierować uwagę na to, co jest możliwe i na co mam wpływ. Nie mogę iść na fitness czy jogę, ale mogę odpalić YouTube i poćwiczyć w domu. Może nawet wspólnie z córką lub partnerem. Nie mogę zjeść na mieście, ale mogę rozwinąć w sobie pasję do gotowania, np. zapisać się na kurs online albo zrobić videorozmowę z mamą, która krok po kroku opowie mi o tym, jak zrobić te jej genialne mielone. Mogę też odziać się jedynie w fartuszek i zadbać nie tylko o rozkosz podniebienia, ale i relację z partnerem. Nie mogę wyjechać na weekend, ale mogę wrócić do zdjęć z wyjazdów sprzed lat i wspomnień. Może to być podróż, w którą zaproszę partnera albo dzieciaki (tak, dokładnie jak na początku odcinka w Rodzinka.pl) - jest to okazja nie tylko do odświeżenia uczuć i zbliżenia się do siebie, ale i poznania się lepiej, jeśli zdjęcia zainspirują nas do opowiedzenia historii, o których do tej pory nie mówiliśmy.

Ostatnio czytałam wywiad z terapeutą, o tym, jak duże znaczenie dla naszego zdrowia i samopoczucia ma pielęgnowanie znajomości. I to najlepiej pielęgnować je poprzez osobiste spotkania. Tylko, że obecna sytuacja temu nie sprzyja. Ludzie, „ustawowo” porozdzielani, oddalają się od siebie. Mało tego, zaczynają obawiać się kontaktów z drugim człowiekiem, bo stale towarzyszy im lęk przed chorobą. Rzeczywiście, przyszło nam żyć w czasach, w których wiele rozwiązań „idealnych” nie jest możliwych i pozostaje nam korzystać z tych nieco mniej perfekcyjnych, posiadających ograniczenia i mankamenty. Warto jednak pamiętać, że nie musimy się opierać na dwóch skrajnościach - wszystko (kontakt osobisty w wybranym przez nas miejscu) albo nic (brak kontaktu) - pomiędzy jest całe mnóstwo innych rozwiązań. Również takich, które pozwalają nam pielęgnować relacje i równocześnie zadbać o poczucie bezpieczeństwa oraz ochronę zdrowia.

Mamy mniej sytuacyjnych okazji do spotykania się czy rozmawiania z ludźmi - nie mamy przerw między zajęciami na uczelni czy tych na kawę w pracy, kiedy możemy wymienić kilka zdań czy po prostu pobyć wśród ludzi, rzadziej wpadamy na znajomych na ulicy, unikamy sąsiadów w windzie i spotkań z bliskimi, aby ochronić ich zdrowie. Bycie w kontakcie wymaga od nas nieco więcej wysiłku i wychodzenia z inicjatywą, często kombinowania i kreatywności, pamiętania o znajomych i bliskich oraz zadbania o możliwość rozmowy czy spędzenia czasu razem.

Izolacja społeczna i samotność wpływają na zmniejszenie motywacji do działania, odbierają energię, obniżają empatię, zwiększają podatność na stres, ale też wpływają na obniżenie odporności, pracę mózgu i serca, zwiększając ryzyko chorób układu sercowo-naczyniowego. Warto więc zadbać o relacje i wpisać w swój plan dnia przynajmniej jedną aktywność nastawioną na podtrzymywanie czy pogłębianie relacji.

Tęsknimy też za przytulaniem… Wiele osób ma rodziny, partnerów, ale są i tacy, którzy siedzą sami. Niektórzy, z różnych powodów, dobrze czują się w samotności i nie muszą mocno odczuwać skutków izolacji. W nawiązywaniu i podtrzymywaniu kontaktów bardzo pomaga Internet, różnego rodzaju komunikatory i portale randkowe. Spotkałam się z danymi, mówiącymi, że w ostatnim czasie wzrosła liczba osób korzystających z takich właśnie sposobów na poznanie kogoś nowego. Miesiące letnie, kiedy już troszkę oswoiliśmy sobie pandemię i zmniejszył się lęk przed zachorowaniem oraz nastąpiło zluzowanie obostrzeń, zaowocowały również randkami w realu. Wydaje się, że pomimo znaczącego wzrostu zakażeń w ostatnich tygodniach, wiele osób wciąż decyduje się na wychodzenie z domu i spotkania na żywo. Nie są to takie randki jak rok temu, ale możliwe jest poznawanie nowych osób i wchodzenie w związki.

Nic nie zastąpi kontaktu z drugim człowiekiem, niemniej badania pokazują, że kontakt ze zwierzęciem domowym również znacząco wpływa na obniżenie poziomu kortyzolu (hormonu stresu) i ciśnienia tętniczego. Głaskanie psa wpływa na wzrost poziomu nie tylko oksytocyny (hormon miłości), ale i prolaktyny oraz dopaminy (odpowiadają za odczuwanie przyjemności). Pupil daje nam akceptację, zaangażowanie, oddanie, a także wpływa na zwiększenie małych interakcji społecznych.

Skąd czerpać energię w tym trudnym czasie? A może właśnie pozwolić sobie na to, aby tej energii mieć mniej? Dać sobie prawo do funkcjonowania nieco wolniej, podejmując mniej wysiłku? W połowie marca wszyscy zostaliśmy wprowadzeni w stan mobilizacji do poradzenia sobie z krytyczną sytuacją, to męczy. Ba! Wyczerpuje, zwłaszcza jeśli sytuacja stresowa utrzymuje się przez dłuższy czas. To naturalne, że po tylu miesiącach funkcjonowania w stresie i napięciu przychodzi załamanie możliwości do radzenia sobie na co dzień. Jeśli dodatkowo nałoży się na to sezonowe zaburzenie afektywne, uwarunkowane m.in. indywidualną podatnością i predyspozycjami genetycznymi, nieludzkim wydaje się wymaganie od siebie funkcjonowania na tym samym poziomie energetycznym, co w ubiegłym roku.

W celu zmniejszenia objawów i poprawy nastroju warto postawić na pracę nad obniżeniem stresu. Pomocne będzie przede wszystkim nie branie na siebie zbyt wielu i/lub zbyt trudnych zadań oraz wszelkie ćwiczenia relaksacyjne, praca z myślami w kierunku uspakajania siebie, medytacja, regularne spacery o możliwie najbardziej nasłonecznionej porze dnia, regularne ćwiczenia fizyczne, zdrowa dieta bogata w magnez i witaminy z grupy B, kontakty społeczne.

Jeśli trudno poradzić sobie samemu, warto sięgnąć po pomoc psychoterapeuty, który pomoże w pracy nad akceptacją ograniczeń, jakie stawia przed nami ludzkie ciało - jego możliwości i limitów.

Rozumiem, że psychologowie i terapeuci też mają pewien problem ze „zmianą narzędzi”? Zakładam, że w tak odmiennej sytuacji trzeba zastosować nowe podejście, nowe wskazówki? Zdecydowanie! Przed pandemią wielu terapeutów nie korzystało z pracy przez Internet, niektóre podejścia wręcz nie akceptowały takiej formy pracy. Trudno jednak na tak długi czas przerwać procesy i zostawić Klientów bez pomocy czy samemu być bez pracy zarobkowej. Stanęliśmy przed koniecznością elastycznego zaadaptowania się do sytuacji. Praca online ma swoje ograniczenia (m.in. dystans, konieczność modyfikacji bądź zrezygnowania z niektórych technik terapeutycznych, brak możliwości obserwowania reakcji całego ciała), jednak badania pokazują, że jest równie skuteczna. Z czasem możliwy okazał się powrót do gabinetu, ale praca w maseczce? To wielka strata, kiedy nie możemy widzieć znacznej części twarzy Klienta i on naszej, mimika jest bardzo ważnym środkiem wyrażania empatii.

Wydaje się, że w czasie pandemii każdego z nas w jakimś stopniu dotyka konieczność korzystania z takich właśnie nieidealnych metod i trudność akceptowania ograniczeń, na które nie mamy wpływu. Stajemy przed wyborem możliwie najlepszego z dostępnych rozwiązań (przy znacznie pomniejszonym repertuarze).

Jak długo możemy wytrzymać taki stan i funkcjonować w przewlekłym stresie?  Jakie są koszty przewlekłego stanu zagrożenia… Każdy z nas ma nieco inną odporność na stres. Poziom naszej wrażliwości i sposób reagowania na pojawiające się w życiu zagrożenia jest częściowo dziedziczony, a częściowo kształtuje się w toku życia. Niektóre osoby są więc bardziej skłonne do reagowania lękiem niż inne. Każdy z nas ma też inny próg odporności, w którym stres mobilizujący do działania zmienia się w ten szkodliwy i działający destrukcyjnie.

Stres to z definicji reakcja organizmu na wydarzenia, które zakłócają równowagę, obciążają lub przekraczają nasze zdolności do skutecznego radzenia sobie. Początkowo reagujemy pobudzeniem - staramy się znaleźć rozwiązania, nauczyć się nowych umiejętności, poradzić sobie z sytuacją (faza przystosowania). Jeśli jednak stan zagrożenia utrzymuje się zbyt długo, przechodzimy do fazy wyczerpania zasobów odpornościowych.

Praca polega zatem na znalezieniu metod na radzenie sobie z sytuacją i przywróceniu równowagi. Jeśli sytuacji nie da się zmienić, pozostaje ją zaakceptować. Taka habituacja do stresora, jakim jest wirus, była widoczna po kilku miesiącach pandemii - wiele osób nie bało się już tak bardzo zakażenia na przełomie drugiego i trzeciego kwartału br., pomimo drastycznie zwiększającej się realnej liczby chorych.

Sytuacja jest o tyle trudna, że wirus nie jest jedynym stresorem, z którym musimy sobie poradzić… Większość z nas jest narażona na działanie przynajmniej kilku bardzo silnych czynników stresogennych. To zrozumiałe, że nie zawsze jesteśmy w stanie samodzielnie udźwignąć je wszystkie. Warto wtedy skorzystać z pomocy bliskich, czy profesjonalistów.

Jak ćwiczyć psychiczną elastyczność? Czy istnieje recepta na życie w ciągłym stresie i niepewności? I przy tym jeszcze w ograniczonej przestrzeni! Elastyczność psychologiczna jest silnie związana z umiejętnością bycia tu i teraz, kontaktem ze swoimi emocjami i rzeczywistością, umiejętnością akceptowania jej i elastycznego dopasowania się do niej. Ćwiczyć możemy każdą z tych umiejętności.

Pomocne we wzmacnianiu rezyliencji mogą się okazać: trening akceptacji i zaangażowania (ACT), trening uważności (mindfulness), medytacja. Przydatna jest też umiejętność defuzji, czyli dystansowania się do swoich myśli oraz poszerzania perspektywy, czyli szukania alternatywnych wytłumaczeń, rozwiązań. Warto też trenować tolerancję frustracji, w czym pomagają wszelkie metody relaksacyjne, np. treningi oddechowe czy trening progresywnej relaksacji Jacobsona.

Zanosi się na to, że my już nigdy nie wrócimy do tego, co było. Styl życia będzie zupełnie inny i trzeba się będzie przystosować. Pamiętam rozmowę z terapeutką, która podkreślała, że nie przetrwamy tego okresu na starych skryptach myślowych. Jak w takim razie wytworzyć sobie nowy sposób myślenia? Na czym się skupić? Te stare skrypty myślowe kojarzą mi się z walką, aby wszystko wróciło do normy - w takim rozumieniu, aby przywrócić stan sprzed pandemii. A coraz wyraźniej widzimy, że nawet jeśli uda nam się poradzić sobie z wirusem, poprzez szczepienia czy skuteczne metody leczenia, to choćby pod względem gospodarczym czeka nas nowa rzeczywistość. Dużo się mówi o zmianie nawyków zakupowych i roli galerii handlowych w życiu społeczeństwa, a także o rewolucji cyfrowej w miejscach pracy i roli home office w przyszłości.

Czekanie na powrót do świata sprzed pandemii wydaje się być dezadaptacyjne, świadczy bowiem o wyparciu, o braku kontaktu z rzeczywistością. Trudno będzie zaadaptować się do realiów bez ich akceptacji i elastycznego reagowania na nie.

Katarzyna Szostak: psycholożka i psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii HELP. Tytuł magistra psychologii uzyskała na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu, gdzie ukończyła również Podyplomowe Studium Pomocy Psychologicznej w Dziedzinie Seksuologii. Absolwentka Profesjonalnej Szkoły Psychoterapii Instytutu Psychologii Zdrowia. Bierze udział w licznych kursach i szkoleniach, obecnie kształci się w Studium Pomocy Psychologicznej dla Par IPZ oraz robi Kurs Terapii Schematu w Centrum CBT. Swoją pracę poddaje regularnej superwizji.

  1. Psychologia

Ojciec, mąż, najlepszy przyjaciel. Jaki wpływ na kobietę mają mężczyźni jej życia?

Energia męska jest odmienna od energii kobiecej. Obydwie mogą się ze sobą cudownie uzupełniać i dopełniać, pod warunkiem że zaakceptujemy tę odmienność i uznamy równą wartość obydwu. (Fot. iStock)
Energia męska jest odmienna od energii kobiecej. Obydwie mogą się ze sobą cudownie uzupełniać i dopełniać, pod warunkiem że zaakceptujemy tę odmienność i uznamy równą wartość obydwu. (Fot. iStock)
Nasze matki zaszczepiły nam nawyk walki z mężczyznami albo ulegania im i wchodzenia w rolę małej dziewczynki. Tymczasem możemy się cudownie dopełniać, pod warunkiem że uszanujemy swoją odmienność.

Kiedy patrzę na kilkuletnią dziewczynkę, z jaką uwagą przygląda się swojemu tacie: z mieszaniną ciekawości, powagą, ale też lękiem, czuję pierwotną, autentyczną moc spotkania żeńskiej i męskiej energii. Dla małej dziewczynki męskość jest czymś obcym i nieznanym, ale jednocześnie fascynującym i pociągającym.

Mijają lata, a męska energia dla nas, kobiet, ciągle jest tajemnicą: intryguje nas, ale i przeraża. Tęsknimy za nią, chcemy ją posiąść, wydaje nam się, że bycie mężczyzną w tym świecie jest lepszą, łatwiejszą rolą. Podziwiamy męską siłę, umiejętność rywalizacji, wolę walki, asertywność. Nawet te z nas – niezależne, ambitne, robiące karierę zawodową na „męski sposób” – w głębi duszy marzą o tym, by czasami schronić się w opiekuńczych męskich ramionach. Wychowane na bajce o księciu zaklętym w żabę marzymy o tym, że pocałunkiem zmienimy swojego wybranka w prawdziwego królewicza. Całujemy z zapałem, lecz męskość ciągle kojarzy nam się ze wstrętną żabą, tęsknimy za nią, ale także się jej brzydzimy. Odmieniony pocałunkiem Pan Żaba ma być dokładnie taki, jak go sobie wymarzyłyśmy. W konsekwencji żyjemy rozczarowani sobą nawzajem, rzucając się, zdradzając, szukając coraz to nowej ofiary i łudząc się, że jak trafi się ten, który naprawdę nas pokocha, to… się dla nas zmieni.

W poszukiwaniu połówki

Mit platoński o rozdzieleniu duszy na dwie części i tęsknota za tą brakującą połówką to tak naprawdę tęsknota za pełnią – połączeniem męskiej i żeńskiej energii. Nieświadomi, że posiadamy w sobie obydwie energie (Animę i Animusa), wierzymy, że „właściwy” mężczyzna dopełni naszą kobiecość. Zamiast zintegrować w sobie Animę i Animusa, poszukujemy dopełnienia w zewnętrznym świecie.

Pierwszy i najważniejszy wpływ na kształtowanie Animusa kobiety ma ojciec. W dorosłym życiu często szukamy mężczyzny podobnego do niego lub skrajnie różnego. Ale w wyborze partnera niebagatelne znaczenie ma również matka. Wiele moich pacjentek ze zdziwieniem zauważa, że zakochują się w mężczyznach do niej podobnych. Najważniejszy jest tu podział władzy w rodzinie pochodzenia. Jeśli miałaś silną matkę i ulegającego jej ojca, masz dwie możliwości. Być może szukasz miękkiego, czułego mężczyzny, takiego jak twój ojciec, ale nieświadomie naśladując matkę, będziesz nim pogardzać z powodu jego słabości. Możesz też wybierać mężczyzn podobnych do matki: silnych i zdecydowanych, ale w głębi duszy pozostaniesz nieśmiała i podatna na zranienia. A tęsknota za związkiem będzie przeplatać się z lękiem przed zależnością. Słaba matka i silny ojciec to skrypt, zgodnie z którym będziesz pragnąć mężczyzny autorytarnego i władczego jak ojciec, albo przeciwnie – obejmiesz rolę syna swojego ojca, traktując mężczyzn tak, jak on traktował twoją matkę.

Pierwszy, najważniejszy

Wiele kobiet w przeszłości zdradzonych przez ojca podświadomie odsuwa później męża od kontaktu z córką. – Ojciec był dla mnie niedostępny – opowiada Monika. – Tęskniłam za nim i często prosiłam, żeby się ze mną pobawił. Obiecywał, że jutro, jak przyjdzie z pracy, coś razem zrobimy. Ale kiedy następnego dnia wracał do domu, mama natychmiast wyszukiwała dla niego jakieś zajęcia. Już jako dorosła kobieta zrozumiałam, że to nie on był niedostępny, tylko ona broniła mu dostępu do mnie. A on nie potrafił jej się przeciwstawić.

Podobny scenariusz powtórzył się w dorosłym życiu Moniki. Wybierała partnerów, którzy byli silnie związani z własnymi matkami albo żonatych. Pomiędzy nią a ukochanym mężczyzną zawsze stała inna kobieta. Długo pracowałyśmy nad pozbyciem się tego skryptu.

Inna pacjentka przez całe życie czuła się nieakceptowana przez swojego ojca, stąd jako dorosła kobieta miała duże problemy w związkach z mężczyznami. Z jednej strony bardzo pragnęła męskiej akceptacji i miłości, z drugiej wszelkie próby zbliżenia podejmowane przez partnera traktowała jak akt nielojalności w stosunku do matki. W trakcie sesji, którą prowadziłam z terapeutą manualnym Jackiem Sobolem, pacjentka nieświadomie obsadziła nas w roli swoich rodziców. W pewnej chwili wzięłam ją za rękę, stanęłam naprzeciwko Jacka i powiedziałam: „To nasza córka, jeśli mnie kochasz, pokochaj także ją”. W ten sposób zrodził się pewnego rodzaju rytuał przekazania córki ojcu.

Brak akceptacji to jeden problem, drugi to nadmierna idealizacja ojca, którego pamiętamy jako silnego, władczego, a jednocześnie czułego i troskliwego. Im mniej go było w naszym życiu, a więcej w naszej wyobraźni, tym bardziej szukamy jego atrybutów w przyszłych partnerach. Każdy nowo poznany mężczyzna na początku jawi nam się jako rycerz na białym koniu, ale szybko go detronizujemy i odrzucamy, wierząc, że kolejny okaże się tym ideałem z dziewczęcych snów. Być może powielamy tym samym scenariusz relacji naszych rodziców.

Wystarczająco dobrzy rodzice (matka, która pokazuje córce, że fajnie jest być kobietą, ojciec, który uczy córkę, jak powinna być traktowana przez mężczyznę; odnoszący się z szacunkiem do własnej płci i płci partnera) to najcenniejszy posag dla udanych męsko-damskich relacji.

Wbrew pozorom, żałoba po ojcu, tym prawdziwym bądź tym wymyślonym, jest dla kobiety szansą na otwarcie się na spotkanie z prawdziwą męską energią.

Iwona trafiła na terapię rok po śmierci taty. – Kiedy odszedł, zaczęłam odczuwać silne doznania w ciele. Gdy schodziłam po schodach, uginały się pode mną kolana, kilka razy omal się nie przewróciłam – opowiadała. Tłumaczyłam jej, że śmierć ojca to symbol utraty części męskiej energii. Prosiłam, żeby pozwoliła sobie na odczuwanie słabości. Kiedy to zrobiła, kiedy po raz pierwszy w życiu oparła się na ramieniu swojego partnera, on nagle ze słabego, zależnego mężczyzny przeobraził się w człowieka silnego, zdecydowanego, który był gotowy wiele jej ofiarować.

Ten, który uczynił mnie kobietą

Istnieje powszechne przekonanie, że pierwszy partner seksualny na zawsze wytycza kobiecie ścieżkę seksu, jaką będzie podążała. W praktyce różnie z tym bywa. Impuls seksualny, który po raz pierwszy wiedzie nas do sypialni, jest z reguły czystym, zwierzęcym pożądaniem, potrzebą obniżenia napięcia seksualnego. Egoistyczny, niedojrzały, niezintegrowany z energią płci, nierozpoznany przez nas samych sprowadza zbliżenie do połączenia genitalnego i niewiele ma wspólnego z tantrycznym zjednoczeniem. Pierwszy raz rzadko jest udany, częściej bywa przyczyną rozczarowania. Nie znając własnego ciała, nie jesteśmy w stanie pokazać partnerowi, czego potrzebujemy, co lubimy, a co rani naszą intymność. Łudzimy się, że to partner (jeśli naprawdę kocha) domyśli się, jak zapewnić nam spełnienie. Prawdziwa intymność to proces, który wymaga czasu, uważności, szacunku, ciszy i cierpliwości. Seks łączy jedynie wtedy, gdy nie jest wykorzystywany do szantażu czy manipulacji.

Marek zgłosił się na terapię, kiedy utrzymywanie podwójnego związku (z żoną i kochanką) spowodowało, że zaczął chorować. Konieczność ciągłego ukrywania się, lęk, że romans się wyda, powodowały, że coraz gorzej sypiał, pojawiły się problemy z sercem i nadciśnienie. Kiedy podjął decyzję, że zrywa romans, zaczął mieć oczekiwania, że żona da mu to, co dostawał od kochanki. Żona była pewna, że chodzi mu o więcej seksu.

– Jak mam jej wytłumaczyć, że przytulenie, czuły dotyk, wspólna kąpiel są dla mnie ważniejsze niż sam akt? – pytał.

– A może zamiast oczekiwać od niej tego, co dostawałeś od kochanki, sprawdź, co ona może ci dać?

Bywa, że obydwie strony tak bardzo skoncentrowane są na swoich oczekiwaniach, że żadna z nich nie zauważa, co do dania ma druga osoba. A przecież nikt nie może dać nam tego, czego nie ma.

Partner do rozmów

Przyjaźń damsko-męska to doskonała okazja do zaspokojenia ciekawości odmiennej płci w komfortowych warunkach. Dobry przyjaciel jest jak dobry ojciec: potrafi oswoić z męską energią, skrytykować bez obrażania i ranienia, dać wsparcie, ale także skorzystać ze wsparcia kobiety. Bywa, że przyjaciołom przydarza się seks: intymność pomiędzy nimi łatwo przeradza się w erotyczną namiętność. Jeśli obydwoje są wolni, ale nie chcą być razem jako para, zwykle oznacza to koniec przyjaźni. Ale jeśli przyjaźń przerodzi się w miłość, taki związek ma solidne podstawy. Umiemy wtedy przyjąć partnera bez zastrzeżeń, z jego jasnymi, ale też ciemnymi stronami.

Mój przyjaciel powiedział mi kiedyś, że kobieta potrzebuje od mężczyzny zachwytu, a on od niej podziwu. On zdobywa, przygotowuje przestrzeń, ona ją oswaja, udomawia. Kobieta ma wiedzieć, czego tak naprawdę chce, a jej mężczyzna z miłości ma to dla niej zdobyć. To była dla mnie cenna lekcja. Z biegiem czasu zrozumiałam, że pomimo wyzwolenia kobiet, zmiany warunków życia i postępu cywilizacji – w sprawie łączenia się w pary nic bardziej skutecznego nie wymyślono. Yin i yang zawsze łączą się zgodnie z prawami natury. Męska siła z kobiecą uległością, aktywność z biernością, zdobywanie z zagospodarowaniem, zachwyt z podziwem… Jeśli jest inaczej – obydwie płcie są przegrane.

Ostatnio trafia do mnie do gabinetu wielu mężczyzn. Kiedy pytam, dlaczego nie wybrali terapeuty mężczyzny, twierdzą, że chcą, bym pomogła im zrozumieć kobiety. – Wy się ciągle doskonalicie, rozwijacie, a my czujemy się coraz bardziej zdezorientowani – tłumaczą. – Każdy facet to zwierzę, chce zdobywać, pragnie być podziwiany, dlaczego nam tego zabraniacie? – pytają. A bardziej konkretnie: Co mam zrobić, żeby moja kobieta była szczęśliwa, a związek udany? Kiedy tłumaczę, że natura związku jest niezmienna od czasów pierwszej relacji damsko-męskiej na Ziemi, oddychają z ulgą. Budowanie gniazda, zdobycze w zewnętrznym świecie, stworzenie materialnej podstawy dla związku przez mężczyznę i zaopiekowanie się tą przestrzenią przez kobietę, szacunek dla odmienności i uczenie się siebie nawzajem – to recepta na fajny związek. Realizacja tego scenariusza przez każdą parę to oczywiście sprawa indywidualna.

Na terapii często proszę, by pacjenci spisali, co dostali od wszystkich swoich partnerów, czego się od siebie nawzajem nauczyli. Taki bilans daje cenne wskazówki do pracy nad relacjami.

Energia męska jest odmienna od energii kobiecej. Obydwie mogą się ze sobą cudownie uzupełniać i dopełniać, pod warunkiem że zaakceptujemy tę odmienność i uznamy równą wartość obydwu. Do wzajemnego poznania się i zrozumienia nie potrzeba słów, tylko czucia. Wszelkie ustalenia, kompromisy, wspólne plany usprawniają codzienne funkcjonowanie, ale nie niwelują rozczarowań, nie zaspokajają tęsknot za bliskością i intymnością. Zgranie się dwojga ciał, nie tylko w seksie, ale także w innych intymnych rytuałach, jest często cenniejsze niż najbardziej szczera rozmowa.

Ćwiczenia na synergię

Wspólne oddychanie. Niech partner usiądzie na podłodze, oparty o ścianę. Ty usiądź pomiędzy jego nogami, oparta plecami o jego klatkę piersiową. Zamknijcie oczy i oddychajcie każde swoim rytmem. W pewnej chwili poczujecie, jak wasze oddechy się zsynchronizowały. Pobądźcie chwilę w tej jedności.

Spotkanie serc. Usiądźcie naprzeciwko siebie. Połóż lewą rękę na swoim sercu, a prawą na sercu partnera. Niech on zrobi to samo. Zamknijcie oczy i spokojnie oddychajcie. Poczuj, jak energia miłości z twojego serca przechodzi do serca partnera i wzajemnie.

  1. Psychologia

Na czym polega flirt i kiedy zaczyna się flirtowanie?

Flirt jest bezinteresowny, to tylko chwila zabawy, ulotnego tańca między mężczyzną a kobietą. (Fot. Getty Images)
Flirt jest bezinteresowny, to tylko chwila zabawy, ulotnego tańca między mężczyzną a kobietą. (Fot. Getty Images)
Słodki i lekki jak beza, poprawiający samopoczucie jak czekolada – flirt to przepis na smaczne życie. I udany związek. Psychoterapeutka Katarzyna Miller twierdzi, że umiejętność flirtowania pokazuje także, na ile jesteśmy otwarci na innych, świadomi siebie i inteligentni emocjonalnie.

Flirt to błyskotliwa rozmowa o miłości, podsuwająca partnerowi pewne myśli, oceny uczuciowe czy sugestie – nie zawsze prawdziwe. Zmuszają one jednak do szybkiej orientacji, błyskawicznej riposty i zręcznej reakcji na każdą, najsubtelniejszą nawet uwagę” – pisała w latach 70. Michalina Wisłocka w swojej słynnej „Sztuce kochania”. Już wtedy ubolewała nad tym, że sztuka flirtu ginie. Na czym polega flirt i czy w obecnych czasach to już przeżytek?
Ujmę to inaczej: flirt wymaga inteligencji, a już na pewno inteligencji emocjonalnej, empatii i zainteresowania drugim człowiekiem, o co ostatnio trudno. Wszyscy zajmują się tylko sobą. Oczywiście my, terapeuci, uczymy, by najpierw pokochać siebie, ale robimy to dlatego, że ludzie siebie właśnie nie lubią, a jak siebie nie lubią, to o wiele bardziej się sobą zajmują, bo cały czas myślą o tym, jacy są nieszczęśliwi. Nie robią różnych fajnych rzeczy, nie bawią się, nie cieszą życiem, nie flirtują, tylko ciągle się zastanawiają, dlaczego innym jest dobrze, a im nie.

Druga sprawa: nasz świat jest dzisiaj mocno audiowizualny, każdy stara się głównie dobrze wyglądać, co samo w sobie nie jest jeszcze takie złe, od zawsze przecież ludziom na tym zależało, ale dziś to jest ważniejsze niż bycie, niż spotkanie z drugim człowiekiem. Sztuka konwersacji też zanika. Jak często nieładnie mówią te wszystkie ładne osoby! Zobacz, ile jest dziś eventów, a jak mało przyjęć. A co się robi na eventach? Załatwia interesy. Bo dziś zamiast być, trzeba się pokazać, zapromować. W świecie nastawionym na interesy nie ma flirtu. Ktoś cię zaczepia w barze, bo myśli, że coś z tego będzie. A co ma być? Interes. Tymczasem flirt jest bezinteresowny, to tylko chwila zabawy, ulotnego tańca między mężczyzną a kobietą, i koniec.

Kiedyś flirtowanie było po prostu formą towarzyskiej rozrywki.
Ciekawa jestem, kiedy ostatnio zdarzyło się naszym czytelnikom przegadać z kimś całą noc. Nawet nie pamiętam, kiedy mnie samej się to zdarzyło, a jeszcze kilka lat temu to była moja specjalność. Kiedyś książki czytało się po to, by o nich porozmawiać. A jak się kogoś poznawało, to pierwsze pytanie brzmiało: „Co teraz czytasz?”. Były też mody i prądy, na przykład wszyscy czytali literaturę iberoamerykańską, dziś wszyscy czytają szwedzkie kryminały, ale kto o tym rozmawia? Czyta się w cichych kącikach, a czytanie to przecież bardzo towarzyskie zajęcie. Pozamykaliśmy się na siebie.

I zrobiliśmy się strasznie spięci, zestresowani. Czy to też nie przytępia naszej ochoty na flirt?
A jakże! Bo popatrz, gdzie się flirtuje. Tam, gdzie nie ma napięcia i gdzie się ludzie lubią. Ja kupę swojego życia spędziłam na flircie, dlatego uznaję go za coś ogromnie ważnego.

Seksuolog Kazimierz Imieliński w książce „Sekrety seksu” pisze, że flirt powinien być podstawą wychowania młodzieży.
Bo flirt sprawia, że umiesz się zachować w towarzystwie, powiedzieć miłe słowo, być uprzejmym, co z kolei zapewnia ci sympatię innych, powodzenie, a potem umiejętność wybierania partnerów.

Skupmy się na tej ostatniej wartości. John Grey, autor „Marsjan i Wenusjanek na randce”,  porównuje flirtowanie do zakupów. Najpierw musisz poprzymierzać, powybierać, pomarudzić, żeby wiedzieć, co do ciebie najlepiej pasuje. Czy po takim zachowaniu możemy rozpoznać, kiedy zaczyna się flirt?
Oj, cudowne porównanie, bardzo mi się podoba. Dodam, że zakupy, podobnie jak flirt, są też polowaniem.

W czasach naszych babek flirt był jedynym sposobem na rozeznanie się na rynku matrymonialnym.
Flirt był i jest nadal świetną grą wstępną. Nam, kobietom, jest potrzebny czas na rozpalenie się, na wzniecenie pożądania. Najpierw czujemy ciekawość, rodzaj zachwytu, chęć na seks pojawia się dużo później, bo kobieta musi poczuć to całym ciałem, a nie jedną jego częścią, jak facet. Poza tym we flircie świetne jest to, że daje możliwość próbowania, rozgrywania całych sytuacji pomiędzy różnymi adoratorami, bo kiedy już jednego się rozflirtowało, to na wieść o tym zbiegają się kolejni, jak ćmy do światła. W ten sposób kobieta może mieć cały pęczek adoratorów i dać sobie z nimi radę, czyli sprawić, by nadal chcieli się przy niej kłębić w nadziei, że zostaną wybrani.

Jest taka słynna scena z „Przeminęło z wiatrem”, gdzie Scarlett O’Hara rozdziela na przyjęciu „łaski” pomiędzy wpatrzonych w nią jak w obrazek mężczyzn. Wszyscy oni są zachwyceni i przekonani, że fakt, że jest ich tylu, potwierdza tylko to, że ona jest wybitna. U nas w szkole coś takiego działo się na przerwach: chłopcy stali koło jednej dziewczyny, która była popularna i lubiana, a inne stały z boku i zgrzytały zębami.

Flirt zaspokaja też naszą próżność.
Tak, ale we flircie karmimy się wzajemnie, i to jest najfajniejsze. Kwitniemy na tej grządce sobie wspólnie. I podlewamy siebie nawzajem.

Najbardziej jednak podoba mi się w nim to, że rodzi się błyskawicznie. Od błysku w oku, uśmiechu, zabawnej uwagi… i od razu coś się zaczyna dziać. Jest akcja, z elementami fechtunku i trafieniami czasem aż do krwi, kiedy przeradza się w rywalizację o to, kto ma ostrzejszy język, ale i pieszczot, które potrafią się tak rozkręcić, że czasem już nie wiadomo, co z tym dalej zrobić.

Może to nas właśnie powstrzymuje przed flirtowaniem? Boimy się, że za bardzo się w nim nakręcimy albo damy drugiej stronie mylne wrażenie, że mamy ochotę na romans.
Jeśli ktoś sobą nie umie powodować, to tak się dzieje. W przeszłości, gdy nie byłam jeszcze zbyt pewna siebie i biegła w kwestiach damsko-męskich, często miałam wrażenie, że coś się zbyt szybko urwało lub za daleko zabrnęło. Od czasu, kiedy stałam się pewna siebie i wiem, czego chcę, bardzo wyraźnie mi się wyświetliło, że flirt to samo dobro, sama śmietanka. Jeśli się po nim za dużo nie spodziewasz i nie traktujesz jako konieczny wstęp do wieszania firanek – możesz odnieść z niego wyłącznie profity.

Ale skąd wiedzieć, czy tak świadomie podchodzi do flirtowania także druga strona?
Tego nie sposób wiedzieć od początku. Może się zdarzyć, że pan, z którym flirtujesz, jest bardzo głodny i desperacko chce kogoś poderwać, ale to łatwo poznać, bo on wtedy przechodzi od razu do ofensywy. Wtedy trzeba powiedzieć: „Bardzo się słodko flirtowało i może w innej sytuacji i gdzie indziej chętnie bym kontynuowała, ale aktualnie jestem zajęta”, zabrać swoją torebkę i iść do innego stolika. Myślę, że doszło obecnie do takiej smutnej sytuacji, że mniej jest facetów, którzy flirtują dla samego flirtu, a więcej robi to dla wyrwania. I jak się nie dajesz im wyrwać, to serwują ci pogardliwą minę na zasadzie: „A coś ty taka ważna?!”. Ale proszę się tym nie zrażać. Bo flirt to najprostszy sposób, by poprawić sobie i innym samopoczucie. Ja im jestem starsza, tym bardziej lubię mówić ludziom miłe rzeczy, przestałam się też martwić tym, co inni sobie pomyślą. Gdy mi się ktoś podoba, to od razu mu mówię. Raz tylko mnie zatkało. Wsiadłam do taksówki i oniemiałam na widok taksówkarza. Dziś bym wiedziała, co powiedzieć: „Ależ pan piękny! Czy to nie grzech tak konfundować kobietę?” (śmiech).

Pięknie powiedziane. Trochę chyba za tym tęsknimy – by flirtowanie polegało na tym, że ktoś nam ładnie mówi o miłości…
No, ogląda się teraz te piękne filmy kostiumowe jak „Z dala od zgiełku”, którym niedawno się zachwyciłam. Jest tam taki bohater, którego główna bohaterka odrzuca, a on wtedy mówi jej tak pięknie, jak nie Anglik i jak nie mężczyzna, tylko jak świadoma istota. Że choć ona go nie chce, to on będzie blisko, by się nią opiekować.

Flirt kiedyś, ale i dzisiaj, zbyt często zabijały dwie rzeczy: dosłowność i wulgarność.
Dzisiejsze audiowizualne czasy lubią epatować nagością, ciałem, ale jak wszystko jest na sprzedaż, to jest to zwyczajnie nudne. Flirt wymaga tajemnicy, nie można wyłożyć wszystkich kart na stół. Flirt musi być też subtelny. Najgorsze są takie krążące w Internecie czy wypełniające podręczniki dla uwodzicieli gotowce, które mają zapewnić powodzenie.

Chodzi o takie przykłady flirtu jak np. „Czy bardzo bolało, jak spadałaś z nieba?...” albo: „Wpadłaś mi w oko, nie zepsuj tego”.
Ja bym bardzo nie chciała słuchać takich wytrychów. We flircie nie chodzi o zaczepkę, tylko o adorację, czyli przekazywanie zaciekawienia i zachwytu. Tu nie ma realizacji jakiegoś planu, osiągnięcia celu, flirt można zakończyć w każdym momencie, i to bezboleśnie. Oboje dajemy sobie jedynie chwilę relaksu, łyk szampańskich bąbelków, rodzaj energetycznego podkręcenia, które zapewnia nam potem dobry humor, dużo ochoty na różne inne rzeczy, po prostu fajny dzień – i to wszystko. To może być początek romantycznej znajomości, ale też nie musi. Mój Edek ostatnio poszedł do piekarni i pyta: „Czy są słodkie babeczki?”, na co pani ekspedientka: „Tak, jesteśmy tu dwie, z koleżanką”. Wystarczy przejść obok kogoś i się do niego uśmiechnąć – to już jest flirt, albo powiedzieć komuś komplement: „Jaka szkoda, że pan wysiada, a ja wsiadam”.

Och, to przykład flirtu, który chciałoby się usłyszeć! Gdyby tak ludzie mówili sobie takie miłe rzeczy w komunikacji miejskiej...
Mnie spotkało w autobusach wiele miłych sytuacji. Raz na przykład jakiś szarmancki pan zagadał do mnie: „Jest pani przepięknie ubrana, wygląda pani jak kasztan”, a miałam wtedy na sobie jakieś brązy i rudości. To było przeurocze, ale przyznaję – trzeba mieć wysoką samoakceptację, żeby coś takiego powiedzieć. Tymczasem ludzie są dziś bardzo niepewni siebie i jednocześnie narcystyczni. A flirt jest przekroczeniem narcyzmu, zwróceniem uwagi na drugą osobę.

Dziewczyny, które przychodzą do ciebie na terapię czy warsztaty, mają z tym problem, jeśli chodzi o flirtowanie?
Do mnie przychodzą przede wszystkim wrażliwe dziewczyny, powiedziałabym nawet: nadwrażliwe. I tak, mają trudność we flirtowaniu, dlatego ich tego uczę. To wyjątkowe dziewczyny, one nie tyle mają niskie poczucie wartości, co uświadomiony problem z poczuciem wartości, a to dwie kompletnie różne rzeczy.

Umiejętność flirtowania podnosi ich samoakceptację? To znaczy, że kiedy zaczyna się flirt, odsuwamy na bok kompleksy?
I to jak! Co więcej, moje dziewczyny uczą się flirtować także ze sobą. Uwielbiam, jak kobiety ze sobą flirtują. To w ogóle osobny rozdział: warsztaty w kręgu kobiet. Czasem przychodzą na nie dziewczyny, które mówią od progu: „Przyszłam niechętnie, bo nie lubię być z kobietami”. Zapewne oberwały kiedyś od mamusi, od siostry, od cioci i jeszcze od pani nauczycielki w szkole, więc nic dziwnego, że nie ufają kobietom. Po kilku dniach warsztatów zaczynają się uczyć ufać sobie i ta ilość ciepłych słów, zachwytów, dotknięć, muśnięć, głosu pieszczotliwego, ale też rozkosznego podkpiwania z siebie – jest porażająca. I to wsparcie, którego sobie udzielają: „Masz takie cudne nogi, pokazuj je częściej”, dziewczyny pięknieją wtedy nieprawdopodobnie, bo one mają zasoby, tylko ich nie używają. Flirt coś takiego robi z nami, że zaczynamy myśleć, że skoro mnie gdzieś przyjmują z zachwytem, to mogę wreszcie rozchylić płatki i zapachnieć. Tak, zdecydowanie zbyt rzadko mówimy sobie miłe rzeczy. A zasada jest jedna: im więcej dobrego wyślesz, tym więcej do ciebie wróci.

To się chyba nazywa flirtowaniem z życiem...
Absolutnie. Ja zawsze powtarzam, że życie jest niesłychanie seksualne. Jeśli w to uwierzymy, to każdy dzień będzie przygodą. Raz przygodą siedzenia w domu, a raz przygodą wycieczki do Paryża. Jedno i drugie jest cudowne. Nie myśl: „O Boże, co tu sobie zrobić na śniadanie?”, tylko: „Dzisiaj zrobię sobie jajecznicę ze szczypiorkiem, cudownie!”.

Czasem przychodzą do mnie dziewczyny i żalą się: „A bo ja nie mam faceta...”. Mówię im wtedy: „To zacznij flirtować. Ze wszystkimi. Z listonoszem, sąsiadem, panem w budce, konduktorem. Masz się nauczyć lekkości, a nie tego, że facet ma cię zaprosić na kawę i zaraz poprosić o rękę”. Tłumaczę im, by mężczyzn traktowały jako miłą nację, która przydaje nam coś dobrego już samym tym, że jest. Jak kwiaty – rosną, pachną i kwitną, ale przecież nie będziesz zrywać ich wszystkich, ani nawet wąchać, ale popatrzyć na nie przez chwilę i ucieszyć się, że są – możesz. Dziewczyny, zwłaszcza te młodsze, często nie wiedzą, jak się zachować, gdy ktoś je podrywa. Bo mamusia mówiła: „Nie daj się wykorzystać, im chodzi tylko o jedno”. Jak byłam jeszcze młoda i niewinna, to był w moim otoczeniu bardzo fajny chłopak, który zawsze witał mnie słowami: „Cześć, śliczna”. Strasznie go lubiłam, ale cały czas się zastanawiałam: „No ale dlaczego on nie robi nic więcej?”. Skoro jestem taka śliczna, to on powinien przecież chcieć się przynajmniej umówić. Potem do mnie dotarło, że samo to, że mnie tak ładnie nazywał, było cudne. Wiesz, on mi się podobał, a że byłam jeszcze gąską, to nie odpowiadałam mu w taki sposób, żeby go zachęcić, tylko czekałam, co pewnie mu się znudziło. A może po prostu lubił mówić dziewczynom, że mu się podobają? I tu chciałam podkreślić, że tacy flirciarze są bezcenni, choć ich żony mogą czuć się z tym różnie. Najlepiej jak mają do tego stosunek swobodny, czyli przypatrują się temu z przymrużeniem oka, wiedząc, że facet lubi się podobać i sprawiać przyjemność innym, ale nie przekracza nigdy granicy przyzwoitości.

Niektórzy nazywają flirt wentylem bezpieczeństwa w stałym związku. Ktoś ci się podoba, poflirtujesz, pozachwycasz się nim, nakarmisz się jego zachwytem i nie narazisz udanego związku na szwank.
Dokładnie tak. Flirt jest niezwykle karmiący i pomaga wieść naprawdę satysfakcjonujące życie.

Słyszałam, że zalecasz też flirtowanie w stałych związkach. Na czym polega flirt w takich relacjach i czym może się różnić od tego z nieznajomymi?
Ja to wręcz zapisuję na receptę. Jeżeli się wam robi nudno, zacznij z nim flirtować. Jak? Ano tak: on zmywa – przytul się do jego pleców i powiedz: „Jakiego ja mam mena!”. Albo włóż mu karteczkę do kieszeni: „Myślę o tobie i czekam, aż wrócisz”, żeby znalazł ją, jak dotrze do pracy. Nagraj się na pocztę głosową: „I just call to say I love you”. W życiu musi być miejsce na coś lekkiego, fajnego, niezobowiązującego. Flirt jest jak deser, flirt to deser życia! Ale ładnie mi się powiedziało, prawda (śmiech)?

Katarzyna Miller  
psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). 

  1. Psychologia

Związek starszego mężczyzny z młodszą kobietą

Czy duża różnica wieku przekłada się na jakość związku? (fot. iStock)
Czy duża różnica wieku przekłada się na jakość związku? (fot. iStock)
Podważmy ten stereotyp, że starszy facet z młodą żoną to coś oczywistego. Spróbujmy dostrzec siły, które grają w takiej relacji. Co niesie taki związek, jakie możliwości, jakie niebezpieczeństwa? - zastanawia się psychoterapeutka Olga Haller.

Mężczyźni w grze erotycznej bardziej zwracają uwagę na wygląd, a kobiety na słowo, na całokształt zachowania. Wedle teorii biologicznych różnica wieku na rzecz mężczyzn jest łatwa do wyjaśnienia - on szuka samicy, młodej, zdrowej, jędrnej, by mieć zdrowe i silne potomstwo, ona w tym samym celu samca, który ma mocną pozycję w stadzie, jest zamożny, coś znaczy, a to zwykle nie jest ten najmłodszy.
Och, idziesz na skróty!... Przywoływanie „obiektywnych praw ewolucji" ma tak naprawdę sankcjonować przekroczenie „pokoleniowego tabu". Powszechne w dawnych czasach, a i obecnie częste w niektórych kulturach prawo dojrzałych czy starych mężczyzn do sięgania po młode narzeczone, nawet dziewczynki, nie jest niczym innym jak wytworem patriarchalnego systemu, gdzie nikt nie pyta kobiety o zdanie, gdzie liczą się przede wszystkim zachcianki mężczyzn. Mężczyźni zwracają uwagę na wygląd, bo im wolno! Kobiety często poprzestają na tym, co jest pod ręką.

Tak bywa, ale upieram się, że nawet w sytuacji wolnego wyboru one będą bardziej zwracać uwagę na ducha, oni na wygląd - to wydaje się głęboko zakorzenione w odmiennościach naszej psychiki.
Popatrzmy na to zjawisko - on starszy, ona młodsza - przez pryzmat naszego doświadczenia. Ty akurat jesteś tu praktykiem.

Teraz. Kiedyś szukałem równolatek, to też jakiś znak.
Podważmy ten stereotyp, że starszy facet z młodą żoną to coś oczywistego. Spróbujmy dostrzec wnikliwym okiem, co się dzieje, jakie siły grają w takiej relacji? Co niosą takie związki, jakie możliwości, jakie niebezpieczeństwa? Większość związków to jednak pary rówieśnicze, a na obu końcach kontinuum lokują się związki z różnicą wieku, na korzyść każdej z płci. Ta powszechność związków młodszych kobiet ze starszymi mężczyznami na szczęście się zmniejsza, to znak przemian naszych czasów: kobiety stają się niezależne, mniej podlegają stereotypom, mniej przejmują się sprostaniem roli, która każe „bogato wyjść za mąż" czy w ogóle wyjść za mąż.

Wcale nie jestem pewien, że takich związków jest mniej. Ciekawe, czy ktoś to bada? Stereotyp, taki bardzo chyba prawdziwy, mówi, że u młodych kobiet jest to szukanie ojca. On był zawsze zajęty, zimny uczuciowo lub pijak, to jest bez porównania częstszy przypadek niż brak matki u chłopca.
Tak, coś w tym jest, choć w naszych związkach zawsze w jakimś stopniu szukamy ojców i matek. Różnica wieku nie jest do tego konieczna, choć wdzięcznie pokazuje ów aspekt relacji. Wchodzimy w związki uczuciowe z nadzieją na uleczenie zranień i zaspokojenie potrzeb - miłości, uznania, uwagi itp. A duża różnica wieku może szczególnie te nadzieje rozbudzać - i tu widziałabym pewne niebezpieczeństwo. Bo kiedy w oczach starszego mężczyzny młoda, złakniona bezpieczeństwa i potwierdzenia swojej wartości kobieta widzi podziw i zachwyt, czyta obietnice opieki, prowadzenia za rękę, spełniania potrzeb - wszystko to, czego jej brakowało - może ulec złudzeniu, że tak już będzie zawsze. A kiedy tak przestaje być, związek staje się niezdrowo burzliwy i bolesny. Jeden z moich znajomych wspomina swój związek z 18-latką (on miał wtedy 30 lat), początkowo fascynujący, z czasem destrukcyjny. Jego dziewczynie, opuszczonej w dzieciństwie przez ojca, coraz częściej zdarzały się niepohamowane wybuchy - złości, agresji lub płaczu, będące najwyraźniej odreagowaniem dawnych emocji. Próby ukojenia jej bólu, usiłowania pomocy działały na chwilę, oboje coraz bardziej się męczyli, raniąc się nawzajem; w końcu się rozstali. Obecnie są w stałych związkach z partnerami w swoim wieku.

Młoda kobieta, którą relacja z mężczyzną w wieku jej ojca jakoś dowartościowuje, często jest gotowa zapłacić za nią wysoką cenę - rezygnuje z własnej niezależności, „oddaje się w opiekę". Dlaczego to takie groźne? Bo dobrowolnie zamyka się w roli „dobrej córeczki tatusia". Nie wierzy, że ma prawo żyć swoim życiem, szukać partnera w swoim wieku, zawalczyć o autonomię.

Ale po stronie mężczyzn jest w tym też zawsze gra z czasem, ciągle z nim gramy, jakbyśmy nie musieli i tak przegrać.
Wiążąc się z młodszą partnerką, próbujemy oszukać biologię, oddalić grozę śmierci, a jednak tym samym przyspieszamy konfrontację.

Ależ ja z własnego doświadczenia wiem, że duża różnica wieku nie odmładza faceta, wprost przeciwnie, w ogóle mam mało złudzeń, więc na szczęście raczej śmieszą mnie gratulacje, że mam taką ładną córkę. Czasami jednak czuję się jak oszust metafizyczny... Przejdźmy może do seksu...
Młoda dziewczyna ze starszym mężczyzną może liczyć na więcej niż czysty seks – cierpliwość, tkliwość, dbałość, opieka to coś, czego ona potrzebuje w łóżku, i zwykle ze starszym ma na to większe szanse. Bywa często tak, że ona potrzebuje tego wszystkiego głównie w sferze uczuć, a seks jest na drugim planie – pójście do łóżka jest raczej kontynuacją bliskości, wyrazem czułości i wdzięczności albo też zobowiązania. On z kolei – zwykle 40–50-latek – nie jest już tak zadowolony ze swojej sprawności, więc niedoświadczona, nierozbudzona kobieta może być wdzięczną uczennicą. Kiedy mężczyzna nawiązuje taki romans na boku, tło może być różne. Najczęściej dzieje się to wtedy, kiedy jego związek zamiera, kiedy oboje z partnerką tracą nadzieję, że ich seks może być jeszcze satysfakcjonujący.

Zwykle na początku jest tylko przygoda, chcemy się dzięki niej jakoś odświeżyć, odmłodzić, zapomnieć, dopieścić. A to, co ma być na chwilę, czasami łapie nas w pułapkę...
Tak, pokładamy nadzieję na uleczenie egzystencjalnych problemów w tym, co może przynieść ulgę tylko doraźnie. Równoletnie pary dopadają skutki patriarchalnej nierówności seksualnej. Ich potrzeby seksualne często się mijają, jakby działali w „przeciwfazie”. Typowy schemat: kiedy są młodzi, on chce seksu, ona mniej, często zatraca się w macierzyństwie, zaniedbując męża; a w miarę upływu lat ona zaczyna chcieć, on zaś traci zainteresowanie seksem – albo całkiem, albo tylko z nią…

Więc szuka młodej, która ma wszystko nowe, ładne, zdrowe, na dodatek daje facetowi poczucie, że nadal jest w grze, że jest ważny, a w domu może już być nieważny...
No właśnie – młode, ładne, zdrowe... Brzmi, jakbyśmy mówili o rzeczach na targowisku. Młodość, wygląd zbyt często są towarem w kontaktach między płciami. Na szczęście razem z przemianami obyczajowymi, w których znaczącą rolę odgrywają poszukiwania rozwojowe kobiet, zmienia się układ sił w partnerskich relacjach. Musimy się uczyć tego, że nic nie jest dane raz na zawsze, że związek ma swoją dynamikę. My się zmieniamy, dojrzewamy i nasze związki też mogą dojrzewać, stawać się z latami coraz bardziej smakowite, jak dobre wino.

Znam typowych facetów, którzy mówią, że z własną żoną po tylu latach to prawie niesmaczne...
To są pewnie ci, którzy obawiają się dojrzałej, pełnej mocy kobiecości. Wolą ją zdyskredytować, zamiast poznawać. Ich niedojrzałość emocjonalna może wywodzić się z relacji z dominującą matką. W ich poczuciu zbliżenie grozi zależnością, której za wszelką cenę woleliby uniknąć. Nie zbudowali oparcia w sobie, nie są pewni swojej męskiej siły – zwrócenie się do młodej dziewczyny pozwala zaprzeczyć, że te obawy w ogóle istnieją.

Czyli nie ma żadnej „metafizyki”? Przecież starzejący się mężczyźni, patrząc na młode dziewczęta, widzą wszystkie kolory raju utraconego.
A kobiety, patrząc na młodych mężczyzn – raju zakazanego, więc wolą go nie widzieć. Kobiety mają podobnie albo przynajmniej mogłyby mieć, gdyby sobie na to pozwoliły. Upływ czasu, przemijanie, starzenie się to dylematy egzystencjalne każdego człowieka, a stereotypy dotyczące płci nie ułatwiają poszukiwania rozwiązań. Znowu popatrz na historię i sztukę. Motyw biblijny młodej Zuzanny i podglądających ją starców, malowany tyle razy przez różnych artystów. Czy starsze kobiety nie popatrzyłyby chętnie na młode męskie ciało? Nie wierzę, że nie! Szczególnie że znam opowieści wielu kobiet, które to potwierdzają! Że patrzą na walory fizyczne młodych. To naprawdę znamienne – chyba znowu brak „kobiecego” odpowiednika tego motywu w sztuce.

Gromada starych kobiet podpatrujących młodzieńca czeka więc na artystę. Moglibyśmy teraz poznęcać się nad starymi mężami młodych żon, ileż o tym ironicznie pisano, więc chyba niczego nowego nie wymyślimy...
Wspomnijmy więc chociaż o specyficznych problemach tych związków: codziennych reakcjach otoczenia – myleniu pokoleń, dzieciach w wieku żony i ich kontaktach z macochą, układach między mężem a rodzicami żony, negatywnych reakcjach dorosłych dzieci na związek ojca i konsekwencjach…

No dobrze, wszystko to znam, na szczęście mój dorosły syn jest o trzy lata młodszy od mojej żony, a jak ucieszył się kiedyś z powodu tych trzech lat! I nie jest tak źle, a nawet jest dobrze. Właściwie nie widzę za wiele zgorszonych czy zdumionych spojrzeń. Najbardziej boję się pytania mojego synka: Czemu ty jesteś taki stary? A teraz proszę o finał z morałem...
Każdy związek – także ten, w którym partnerów dzieli duża różnica wieku – ma szanse na rozwój. Aby był on jednak możliwy, musimy rozwiązywać problemy, konfrontować się ze swoimi najgłębszymi potrzebami: czego szukam, co mam, czego nie, z czym się godzę, co robię wbrew sobie itd. Ważne, żebyśmy oswoili się z myślą, że związek jest czymś, co podlega nieustannym zmianom w każdym aspekcie – ekonomicznym, fizycznym, uczuciowym i seksualnym. Możemy być dla siebie zamiennie jak opiekuńczy rodzice, jak partnerzy w biznesie, jak kumple w zabawie i przyjaciele w rozmowie, jak kochankowie w łóżku – i wszystko to składa się na koloryt naszego miłosnego związku.

Wywiad archiwalny

Olga Haller jest psycholożką, trenerką, terapeutką Gestalt; założyła, wraz z mężem Adamem, Centrum Counsellingu Gestalt w Krakowie.