1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Energia uśpiona w każdym z nas - sprawdź, jak ją obudzić

Energia uśpiona w każdym z nas - sprawdź, jak ją obudzić

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Codzienność wykańcza, praca stresuje, rodzina nas męczy. Bez przerwy narzekamy: „nie mam już siły, nie dam rady”. A przychodzi nieszczęście – choroba, wypadek – i jesteśmy w stanie unieść sto razy więcej. Czy konieczny jest aż taki bodziec, żeby obudzić uśpioną energię? Bo że ona gdzieś głęboko w nas drzemie, to pewne.

Artykuł archiwalny

Magdalena Kiełducka (38 lat, menedżerka, właścicielka firmy eventowej To Pestka) tamtego kwietniowego ranka 2006 roku usiadła na brzegu łóżka i zapytała samą siebie: „Co ze mną będzie? Jak mam dalej żyć?”. Dwa miesiące wcześniej w wypadku samochodowym zginął jej chłopak Daniel. Znali się tylko trzy miesiące. Zdążyli wyjechać do Egiptu i zaplanować całe życie. Miał być ślub, wspólny dom, dzieci.

– Kiedy Daniel zginął, wydawało mi się, że następnego dnia świat się nie obudzi – mówi Magda. – Nie byłam w stanie wyobrazić sobie dalszego życia. Ogarnęła mnie jedna wielka rozpacz. Myślałam, że to kompletnie niemożliwe, żebym została dłużej tu, na ziemi. Mechanicznie załatwiałam sprawy. W co go ubrać? Na pewno w te jedyne czarne spodnie, jakie miał. Bo choć był kolorowym ptakiem i czarnych ubrań nie nosił, kilka godzin przed wypadkiem prosił, żeby je wyprać, bo się przydadzą. Skąd wiedział? Dlaczego mnie opuścił?

Sami nie wiemy, co posiadamy

Tamtego kwietniowego dnia powiedziała sobie: skoro Daniel nie zabrał mnie ze sobą, to znaczy, że mam do zrobienia na tej ziemi coś ważnego. Nie była gotowa na nowe uczucie, jej serce pozostawało nadal zajęte, skupiła się więc na firmie. Pomyślała: „w ten sposób mogę zrobić coś pożytecznego – budzić uśmiech, zadowolenie klientów i dać godnie zarobić pracownikom”. („W mojej firmie liczy się nie tylko zysk, ale i etyka” – powtarza). Z potrzeby serca nawiązała też współpracę z domami dziecka. Po dwóch latach nieoczekiwanie dla samej siebie znalazła miłość, wzięła ślub, wyjechała z mężem w egzotyczną podróż, zaszła w ciążę. I znów dostała po głowie, raz za razem. Po dwóch poronieniach postanowili z mężem, że na razie dadzą sobie spokój, bo ile można znieść?!

Okazuje się, że możemy znieść niewyobrażalnie dużo. Uruchamiają się w nas ogromne, wręcz nadludzkie możliwości, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Świadczy o tym wiele ludzkich losów, nie tylko tych wojennych, obozowych. Także dzisiaj, gdy bywamy wystawiani na najtrudniejsze próby, potrafimy im sprostać, czym zadziwiamy samych siebie.

– Gdy stawką jest życie, odzywa się w nas najsilniejsza z naszych sił życia: instynkt samozachowawczy – mówi psycholog Jarosław Przybylski. – Każdy człowiek dysponuje takim potencjałem i wszyscy z niego czerpiemy w sytuacji zagrożenia. Ale gdy w grę wchodzi życie innych, z naszą reakcją bywa różnie. Jedni bez wahania śpieszą z pomocą, inni stoją z boku albo uciekają gdzie pieprz rośnie. Instynkt samozachowawczy niestety nie działa na rzecz drugiej osoby. Działają wtedy uczucia, emocje, wartości.

Jan Woźniakowski (50 lat, religioznawca) ma dzień wypełniony od pierwszej do ostatniej minuty, bo dom musi działać jak szwajcarski zegarek. Potrzebują tego bardzo: niepełnosprawny Iwo (8 lat), chora na raka żona Dominika i  najstarszy syn Hubert (18 lat) cierpiący na białaczkę (bierze tak zwaną chemię podtrzymującą i dzielnie sobie radzi). Jan całą domową logistykę ma w małym palcu. Załatwia opiekunki, zajmuje się Iwonem popołudniami i w weekendy, czyta mu, bawi się z nim, myje go, karmi, czuwa nad opieką lekarską dla Dominiki, ustala całodzienny plan funkcjonowania domu, robi zakupy i oczywiście pracuje.

Wcześniej żyli jak wiele małżeństw (są 20 lat po ślubie) z ich pokolenia: raz praca była, raz nie, nie zawsze mieli pieniądze, własnego mieszkania nie dorobili się do dzisiaj („nie byliśmy na tyle praktyczni”). Mają za sobą doświadczenia emigracyjne (mieszkali w Stanach, tam urodzili się dwaj synowie, Hubert i 16-letni dziś Piotr).

Gdy Jan patrzy z dzisiejszej perspektywy, widzi, że tamte problemy to żadne problemy. Prawdziwe zaczęły się w 2002 roku wraz z narodzinami Iwona. Podczas ciąży nic nie wskazywało na to, że będzie niepełnosprawny. Jednak jeszcze na sali porodowej zaczął tracić oddech. Odwieziono go na OIOM, diagnoza brzmiała tajemniczo: strukturalna anomalia chromosomowa, czyli błąd genetyczny. Lekarze nie pozostawiali złudzeń. Mówili, że nawet jeśli dziecko przeżyje, to nie będzie chodziło, mówiło, jadło. Jan zobaczył w Internecie zdjęcia takich dzieci. Wyglądały strasznie. A Iwo od urodzenia był śliczny. To dawało nadzieję, choć zdjęcie mózgu ją odbierało. Lekarze przygotowywali ich na najgorsze. Oni szukali pomocy, gdzie tylko się dało. U lekarzy specjalistów, terapeutów, przyjaciół.

Pytania bez odpowiedzi

Jan: – Człowiek ma w takich sytuacjach tyle energii, a może po prostu adrenaliny, że funkcjonuje na najwyższych obrotach. Nie myśleliśmy o chorobie Iwona w kategorii nieszczęścia. Były oczywiście smutki w domu, ale mówiliśmy, że człowiek bardziej płacze nad sobą niż nad dzieckiem.

Kiedy Iwo miał cztery lata, dokładnie w ostatni dzień karnawału 2006 roku, poznali następną straszną prawdę: Dominika jest chora na raka jelita grubego.

– Heroicznie przyjęła tę wiadomość i heroicznie znosi chorobę – mówi Jan. – Miała w sumie pięć operacji, konieczna okazała się stomia, potem radioterapia, chemioterapia. Rak nie daje jednak za wygraną. Przeniósł się do miednicy, kości krzyżowej, idzie do kręgosłupa, atakuje układ moczowy, powoduje odrętwienie i straszny ból. Ratunkiem dla Dominiki okazało się hospicjum domowe, bo złagodziło cierpienie. Ale ma to i niedobre strony, bo człowiek widzi, jak mało jest dróg dających jeszcze nadzieję.

 
Dwa lata po wykryciu choroby Dominiki zaczęły się kłopoty ze zdrowiem Huberta – złe samopoczucie, osłabienie, wysoka gorączka. Badania wykazały, że przyczyną dolegliwości jest ostra białaczka limfoblastyczna. Więc znów szpital, chemia, sterydy.

Tamten czas był dla nich wszystkich ekstremalny. Dominika miała swoją chemię, Hubert leżał w szpitalu i brał swoją, a w domu czekał Iwo (wbrew diagnozom nauczył się chodzić, jest nadaktywny, choć nadal używa pieluch, nie gryzie, nie mówi i wymaga stałej opieki).

– Oczywiście, że pojawiało się pytanie: dlaczego? – mówi Jan. – Ale nie ma na nie odpowiedzi. Można wszystko tłumaczyć filozoficznie, za Leibnizem, że żyjemy w najlepszym ze światów, i się na to zgodzić. Można przyjąć to, co niesie życie, ze stoickim spokojem. Ale człowiek zawsze będzie się buntował, pytał – jak ostatnio nasza znajoma – gdzie w tym wszystkim jest Pan Bóg. Znajomy, któremu zmarło dziecko na raka mózgu, powiedział: „każdy dostaje taki krzyż, jaki może udźwignąć”. Pan Bóg w swojej mądrości nie daje nic ponad nasze siły. Nie straciłem wiary, choć mówienie, że wiara pomaga, to zbyt łatwy wykręt. Człowiek myśli, że spotyka go tragedia, a potem wydarza się Haiti…

Skąd czerpać w takich chwilach siłę?

Jarosław Przybylski: – Z wewnętrznych „baterii”, takich jak optymizm, poczucie własnej wartości, wiara w siebie, odwaga. Pod warunkiem że się je ma naładowane przez geny albo wychowanie.

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. Jak to zrobić? Uwierzyć, że sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie. Że nasze myśli, przekonania na własny temat mają moc sprawczą. Jeżeli będziemy powtarzać, że nie damy rady – to nie damy. Wielu ludzi wybiera określoną drogę, a potem obwinia innych za to, że się nie udało. Tymczasem prawda jest taka, że to my tworzymy nasze doświadczenia, naszą rzeczywistość i wszystko, co się z tym wiąże. To, co sądzimy o sobie i życiu, staje się naszą siłą. A wszechświat zawsze wspiera każdą myśl, w którą wierzymy. Nie roztrząsajmy więc przeszłości, niepowodzeń, doznanych krzywd. Zacznijmy myśleć pozytywnie i działać konstruktywnie, bo tylko takie myślenie i działania są źródłem wewnętrznej mocy.

Magda uważa, że jej siła pochodzi z kochającego, pełnego wsparcia domu. To jej kapitał. Wychowywała ją samotnie mama, o której mówi: „wspaniała, kochana, inteligentna, silna, robiła dla mnie wszystko”, i ukochana babcia. Ojca nie znała, nie interesował się ich życiem i sytuacją finansową, więc marzeniem Magdy było jak najszybciej się usamodzielnić, żeby mamie pomóc. Zaczęła wcześnie pracować, ucząc angielskiego. Zawsze wybierała trudniejszą drogę. To ją hartowało. Była humanistką, a poszła do klasy matematyczno-fizycznej. Zamiast pójść na anglistykę, bo język był jej pasją, albo na psychologię, którą się interesowała, poszła na politechnikę, na inżynierię środowiska. Z perspektywy czasu uważa, że był to wspaniały trening dla umysłu. Potem uparła się, żeby pójść na studia MBA, choć nie było jej na to stać. Zarobiła lekcjami angielskiego. Ma za sobą trudne związki, ale powtarza, że każdy z nich ją rozwinął i za każdy jest wdzięczna.

– Mój ukochany mąż jest Polakiem z amerykańskim obywatelstwem i mieszka w Stanach od ponad 15 lat, więc też łatwo nie jest, bo trzeba pokonywać ocean – śmieje się. – Ale dzięki temu świat się dla mnie niesamowicie skurczył.

Według Magdy siły życia najlepiej rosną w trudach i codziennych zmaganiach. Ale karmią się też zrozumieniem tego, co nas spotyka. Kiedy przeżywała żałobę po Danielu, nie szukała łatwego pocieszenia, że będzie dobrze, że tak musiało być. Miała ogromne wsparcie przyjaciół i bliskich, czytała mnóstwo książek na temat duchowości. Przyniosły ulgę, uspokojenie i przekonanie, że wszystko, co się dzieje, ma swój sens. Dzięki książkom i ciekawym ludziom poznała zupełnie inny wymiar swojej egzystencji.

– Siły życia to nie węgiel kamienny, którego złoża są wyczerpywalne, to odnawialne źródło, takie perpetuum mobile, które powstaje trochę z niczego, bo tak naprawdę różne czynniki są jego paliwem. Przede wszystkim jednak trzeba samemu pozwolić się im odnowić. Znaleźć pokój w sercu, swój cel. Mam wrażenie, że nie jesteśmy tu po to, żeby banalnie kończyć dzień zmęczeniem, ale żeby zrobić coś dla świata. Kiedyś wszystko musiałam mieć pod kontrolą. A teraz coraz bardziej cieszę się dniem codziennym. Wstaję, świeci słońce, piję z mężem kawkę, rozmawiamy z synkiem, który urodzi się w czerwcu, przytulimy psa – dla takich chwil warto żyć. Te trudne oczywiście jeszcze nieraz przyjdą. Coraz spokojniej jednak o nich myślę, bo wiem, na co mnie stać. Przez wszystko da się przejść.

Prezent od Pana Boga

Jan na pytanie, skąd pochodzi jego siła, odpowiada: – Nie wiem. Nie zastanawiam się nad sobą, nie robię autoanalizy. Myślę, że nie wyróżniam się niczym szczególnym wśród gatunku ludzkiego. Każdy w takiej sytuacji zachowałby się podobnie. Jak ktoś mówi: „jesteś wspaniały, że nie zostawiłeś Dominiki”, to ja sobie myślę, że to fatalnie świadczy o autorze tych słów. Co za pomysł, żeby mnie chwalić za to, że nie zostawiłem Dominiki!

Jan uważa, że wolę życia buduje wychowanie, miłość do rodziny i życia w ogóle, ale także chęć znalezienia odpowiedzi na różne ważne pytania. On nie ma czasu na wątpienie, czy da radę, bo przychodzi następny dzień, w którym tyle jest do zrobienia. Dużo napędu daje mu Dominika. Wydaje się delikatna, a ma nieprawdopodobną siłę i optymizm. Pokazuje, jak z godnością znosić cierpienie. Jan podkreśla, że sił dodają mu także ci wszyscy ludzie, czasem obcy, którzy im pomogli i pomagają, idąc za odruchem serca. Jako rodzina doświadczyli nieprawdopodobnej solidarności z całego świata. I poprzez dobre słowo, obecność, zakupy, pomoc w załatwianiu opiekunek i lekarzy, i poprzez pomoc finansową.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Psychosomatyka a stres. Jakie sygnały z ciała świadczą o tym, że należy się zatrzymać?

Rezygnacja z walki z samą sobą, próby reanimacji na siłę, zatrzymanie się w tym stanie niemocy, odszyfrowanie, o co tak naprawdę chodzi, to jedyny sposób, by odzyskać energię. (Fot. iStock)
Rezygnacja z walki z samą sobą, próby reanimacji na siłę, zatrzymanie się w tym stanie niemocy, odszyfrowanie, o co tak naprawdę chodzi, to jedyny sposób, by odzyskać energię. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W dzisiejszych czasach nadaktywność to warunek konieczny sukcesu. Drobna dolegliwość czy choroba, która wyłącza nas na chwilę z codziennego pędu, może być okazją do zatrzymania i ogarnięcia rozdźwięku, jaki powstał pomiędzy tym, co w twoim sercu, głowie i ciele.

Dla wielu życie bez kalendarza wypełnionego po brzegi, odwoływanie ważnych spotkań, przerwa na chorobę czy choćby kilka dni wolnego, ot tak po prostu, bez wyraźnego powodu – jest nie do pomyślenia. Jeśli i ty należysz do tej grupy, pewnie podświadomie uważasz, że musisz działać, pracować po 12 godzin na dobę, by być widoczna. Boisz się, że kiedy twoja aktywność spadnie poniżej pewnego poziomu, po prostu… znikniesz, przestaniesz istnieć, świat o tobie zapomni. A tu nagle totalna klapa, wstajesz z łóżka i nic ci się nie chce. Albo dopada cię przeziębienie, ból głowy nie pozwala odpowiedzieć na e-maile, zaplanować dzisiejszego dnia i jak zwykle wcisnąć w grafik jeszcze kilku bardzo ważnych spraw do załatwienia.

Życie na dopalaczu

Kiedy trafia do mnie pacjent pogodzony ze swoją niemocą, jestem pełna optymizmu. Nie liczy na to, że dam mu czarodziejski bacik, którym uda mu się pogonić samego siebie do aktywności, ale odważnie mówi: „Mam wszystkiego dość. Dłużej już nie dam rady. Poddaję się”. To dobry znak, że przestał walczyć z samym sobą, zmuszać się do czegoś, co nie jest „jego”, jest gotowy do zatrzymania i refleksji. Do tego, żeby wreszcie zacząć czuć. Bo czuć możesz jedynie w bezruchu, zatrzymaniu, chwilowym odcięciu się od wszystkiego, co na zewnątrz. Tylko w takim stanie masz szansę ogarnąć panujący w tobie chaos. Niestety, taka optymistyczna wizja nie zdarza się często. Tym, którym wysiadły wewnętrzne baterie, świat oferuje „cudowne” dopalacze, do wyboru, do koloru. Kawa, napoje energetyczne, preparaty na „dotlenienie” mózgu, magiczne witaminy, zestaw ćwiczeń na pobudzenie energii, a w najgorszym wypadku – łagodny antydepresant. Kiedy te cudowne specyfiki nie przynoszą pożądanych rezultatów, znajomi, lekarze, instruktorzy fitness bezradnie rozkładają ręce, a poganiane ciało zaczyna demonstrować coraz to nowe, nieprzyjemne symptomy – pacjent trafia do terapeuty i ostatkiem sił domaga się błyskawicznego doładowania baterii, z której, niestety, nic się nie da wykrzesać, dopóki chwilowa lub długotrwała niemoc nie zostanie zaakceptowana i do końca przeżyta.

Kiedy nie chce ci się chcieć

Robert E. Thayer, profesor psychologii, autor książki „Źródło codziennych nastrojów. Kontrola energii, napięcia i stresu”, wyróżnił cztery stany nastroju, zestawione na dwóch ciągach pobudzenia: spokój–energia, spokój–zmęczenie, napięcie–energia i napięcie–zmęczenie.

W stanie spokoju–energii znajdujesz się wtedy, gdy jesteś wypoczęta, masz energię do działania, dobry nastrój. Stan spokój–zmęczenie wskazuje na funkcjonowanie na obniżonym poziomie, trudno jest ci się skoncentrować na pracy, ale jeśli akceptujesz to i bez poczucia winy odpoczywasz albo zajmujesz się czymś, co sprawia ci przyjemność, ten stan szybko mija. W stanie napięcie–energia działasz, ale twoje ciało jest napięte do granic możliwości (zwłaszcza szczęki, barki, szyja i plecy). Z perspektywy ewolucyjnej ten stan przypomina gotowość do walki bądź ucieczki, które uaktywniają się w sytuacji stresu. Napięcie–zmęczenie to stan, w którym poczucie „nic mi się nie chce” uaktywnia się w całej okazałości. Opadasz z sił, czujesz się wykończona, nie możesz spać, być może próbujesz ratować humor kolejną kawą albo czymś słodkim. Oprócz przygnębiających uczuć pojawiają się również negatywne myśli, brak wiary we własne możliwości, czarne wizje przyszłości, przekonanie o poważnej chorobie.

Rezygnacja z walki z samą sobą, próby reanimacji na siłę, zatrzymanie się w tym stanie niemocy, odszyfrowanie, o co tak naprawdę chodzi, to jedyny sposób, by odzyskać energię.

Posłuchaj swojego silnika

Kilka tygodni temu jechałam na ważne spotkanie. W pewnym momencie silnik samochodu zaczął dziwnie pracować, jakby zwolnił, samochód stracił moc. Wyłączyłam go i spróbowałam zapalić jeszcze raz. Ruszył do przodu, a potem znowu zwolnił. Kiedy odholowałam samochód do warsztatu, mój mechanik przez kilkanaście minut uważnie przysłuchiwał się pracy silnika: „Posłuchajmy, co ma nam do powiedzenia”. Właśnie tak. Jeśli twoja niemoc trwa dłużej niż dwa tygodnie, poddaj się jej, przestań walczyć, nie popędzaj się dopalaczami. Nie słuchaj natrętnych myśli w stylu: „No dalej, do roboty, przestań się lenić”. Połóż się i posłuchaj, co ciało ma ci do powiedzenia. Co czujesz? Napięcie czy osłabiające rozluźnienie? Co z twoją energią do działania? Pierwszy, ważny krok to rozpoznanie, czy twoje „nic mi się nie chce” to stan: spokoju–zmęczenia, napięcia–energii czy raczej napięcia–zmęczenia.

Jeśli jesteś zmęczona, ale spokojna, być może wystarczy kilka dni odpoczynku. Napięcie–energia domaga się zwolnienia tempa pracy i znalezienia najlepszej dla ciebie metody na rozładowanie stresu. Świetnie sprawdzi się tu umiarkowana aktywność fizyczna, np. półgodzinny spacer. W stanie napięcia nie pomogą ćwiczenia relaksacyjne, jeśli wcześniej ich nie stosowałaś. Nie wytrzymasz leżenia w bezruchu. Jeśli brakuje ci energii, ale nie czujesz napięcia w ciele, dobrą metodą na jej podniesienie będzie medytacja albo jakikolwiek sposób na zaspokojenie potrzeby przyjemności. Pomyśl, co zwykle ci pomaga, kiedy czujesz zmęczenie psychiczne, choć ciało jest wypoczęte. Może rozmowa z przyjaciółką, lektura ciekawej książki czy karmiący seks?

Jeśli twój stan to napięcie–zmęczenie, a na dodatek pojawiają się nieprzyjemne symptomy w ciele, np. migrena, bóle żołądka czy bezsenność, skorzystaj z pomocy terapeuty – psychologa albo zaufanego terapeuty manualnego. Najważniejsze, byś uciszyła negatywne myśli, lęki, że do niczego się nie nadajesz, strach, że to na pewno jakaś poważna choroba albo co najmniej wypalenie zawodowe. Zaufaj swojemu organizmowi; zatrzymaj się, wejdź w stan „nic mi się nie chce”, nawet wzmocnij go tak, by dobrze go poczuć. Przeżyj do końca swoją niemoc, nie bój się rozpadnięcia, zniknięcia – to tylko twoje przerażające fantazje, nic złego ci się nie stanie. Czasami akceptacja stanu rzeczy wystarczy. Nie potrzeba głębokich analiz, szukania ukrytych powodów, sięgania do traum z dzieciństwa. Wewnętrzne akumulatory każdego z nas mają prawo od czasu do czasu się rozładować, tak po prostu. Kiedy w pełni przeżyjesz stan ,,nicniechcenia”, energia wróci ze zdwojoną siłą.

Ból to najsilniejszy komunikat

- Pod wpływem długotrwałego bólu zmienia się sylwetka, chód, mimika twarzy, ciało traci naturalną spontaniczność. Ciało, przez lata lekceważone, zaczyna krzyczeć coraz głośniej, symptomy się przemieszczają, ból rozprzestrzenia się na pozostałe organy. Następuje rozdzielenie pomiędzy głową, ciałem i sercem. Kiedy dominują głowa i serce – pacjent racjonalizuje swoje symptomy, szuka rozwiązania ,,z umysłu”: cudownej tabletki, rehabilitanta czarodzieja. Połączenie ciała i serca powoduje, że pacjent podchodzi zbyt emocjonalnie, boi się reakcji własnego ciała, oddaje odpowiedzialność za swój stan zdrowia i życia w ręce specjalistów. Połączenia głowy i ciała to reagowanie na objawy, bez odkrywania ich przyczyny. Dlatego głównym celem mojej terapii jest pomoc w zintegrowaniu głowy, ciała i serca. Uświadamiam pacjentowi, jaki jest związek pomiędzy jego zachowaniem (np. sposobem pracy przy komputerze) a symptomem z ciała (np. bólem barku). Kolejnym krokiem jest nauczenie pacjenta szukania powiązań pomiędzy sytuacją życiową a dyskomfortem w ciele, czyli połączenie głowy z ciałem. Dalej sprawdzamy, jakie emocje wywołuje konkretna sytuacja, czyli związek pomiędzy ciałem i sercem. Połączenie głowy z sercem i z ciałem pozwala na świadome życie i podejmowanie dorosłych decyzji, co dalej chcemy z nim zrobić - mówi Jacek Sobol, rehabilitant, osteopata.

Czujesz zmęczenie? Może warto udać się do lekarza

  • Jeśli od dawna nie wykonywałaś podstawowych badań krwi, zrób je. Ogólne osłabienie i zniechęcenie może być oznaką anemii.
  • Jeśli oprócz osłabienia dokucza ci senność i przez ostatnie 2–3 miesiące przybrałaś na wadze 3–4 kg, dodatkowo masz suchą skórę, wypadają ci włosy – może to świadczyć o problemach z tarczycą.
  • Jeśli zmęczeniu towarzyszą zaburzenia miesiączkowania, odwiedź ginekologa i zrób badania poziomu hormonów płciowych.

Praca z symptomami w 11 krokach

Jeśli bardziej niż zmęczenie dokucza ci wiecznie powracająca dolegliwość, jak ból głowy, przeziębienie czy rozstrój żołądka, albo nawykowo reagujesz nimi na różne ważne wydarzenia w swoim życiu, spróbuj regularnej pracy z symptomami. Jest wiele metod, z których możesz skorzystać. Najważniejsze, by nie próbować kontrolować dolegliwości (np. poprzez tłumienie objawów lekami) i nie traktować swojego ciała jak wroga, którego ktoś lub coś ma ujarzmić. Nie walcz ze swoim ciałem – to, z czym walczysz, staje się coraz silniejsze.
  1. Znajdź chwilę dla siebie, połóż się albo usiądź wygodnie, zrób kilka głębokich oddechów, zamknij oczy.
  2. Postaraj się połączyć symptom ciała z tym, co aktualnie dzieje się w twoim życiu, np. w związku z jakim wydarzeniem zaczęłaś cierpieć z powodu bolesnych miesiączek
  3. Przypomnij sobie inne sytuacje, momenty ze swojego życia, kiedy czułaś się podobnie, np. na co najczęściej chorowałaś w dzieciństwie?
  4. W wyobraźni zapakuj do jednego worka wszystko, co wiąże się z twoim problemem (myśli, sytuacje) i poczuj, co teraz dzieje się w twoim ciele (głównie w obszarze brzucha i klatki piersiowej). Pamiętaj, że prawdziwe uczucia pojawiają się w twoim tułowiu, począwszy od klatki piersiowej, na okolicach miednicy skończywszy. Dolegliwości dotyczące głowy i szyi to przede wszystkim komunikaty płynące z głowy, a nie z serca. Symptomy zlokalizowane w nogach, stopach, rękach, dłoniach wskazują na problemy z przynależnością (korzeniami), ugruntowaniem (związkiem z bliskimi), a także dawaniem i przyjmowaniem (relacjami).
  5. Kiedy w brzuchu czy klatce piersiowej pojawi się jakieś doznanie, nawet najbardziej subtelne, nie analizuj go, nie nazywaj, a jedynie oddychaj do tego miejsca, możesz też położyć tam lewą rękę.
  6. Kiedy już zaakceptujesz pojawiające się doznanie, pozwól, by z tego niejasnego odczucia wypłynęło jakieś słowo, obraz, dźwięk lub gest. Jeśli czujesz potrzebę wyrażenia go, zrób to, powiedz: ,,Czuję ogień w brzuchu”, krzyknij, kopnij, zaciśnij pięść itp.
  7. Kiedy poczujesz, że nadałaś już swojemu doznaniu jakąś formę (słowa, dźwięku, gestu, obrazu), kilkakrotnie wzmocnij ją i poczuj, czy w doznaniu coś się zmieniło. Jeśli np. pojawi się potrzeba głębokiego oddechu, rozluźnienie czy płacz, to znak, że trafiłaś – połączyłaś niejasne doznanie w ciele ze sposobem wyrażenia go.
  8. Na moment wróć do głowy i zastanów się, w jakich sytuacjach w codziennym życiu czujesz się podobnie. Kiedy, w jakich momentach wzdychasz z ulgą, czy pojawia się w tobie potrzeba oczyszczającego płaczu? Przez cały czas wykonywania ćwiczenia postaraj się nie nadawać swojemu doznaniu medycznej etykietki, np. „ogień w brzuchu to objaw mojej choroby wrzodowej”.
  9. Jeśli pojawi się w twojej głowie wspomnienie traumatycznych przeżyć, zatrzymaj się przy nich na chwilę, ale nie stapiaj się z nimi w jedno. Nie szukaj przyczyn swojej choroby w przeszłości, bo w ten sposób jedynie znajdziesz zajęcie dla swojego umysłu i odetniesz się od przeżywania. Najważniejsze jest to, co teraz odczuwasz w swoim ciele.
  10. Kiedy w trakcie pracy z symptomem pojawią się silne uczucia, obserwuj je z właściwego dystansu; bez oceniania, nadmiernego wchodzenia w nie, bez lęku, poczucia winy, z akceptacją i ciekawością. Bądź blisko swoich przeżyć, ale nie identyfikuj się z nimi.
  11. Wróć do swoich doznań w brzuchu i klatce piersiowej. Gdyby te doznania umiały mówić, co by powiedziały? Czujesz ucisk? Może chcą powiedzieć: „Potrzebuję więcej przestrzeni”. Idź za tym i wyobraź sobie, że stajesz się bardziej niezależna, bronisz swojej intymności. Może potrzebujesz teraz jakiegoś zdania, potwierdzenia, np.: ,,Jestem po twojej stronie”. Jeśli po jego wypowiedzeniu rozluźnienie w ciele zwiększy się, to znak, że trafiłaś w dziesiątkę. Przez kilka najbliższych dni powtarzaj sobie to zdanie jak mantrę, do momentu, aż poczujesz, że umocniłaś się w swojej nowej postawie życiowej.

  1. Styl Życia

Lekcja długowieczności z Okinawy

Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. I sprzyja długowieczności. (Fot. iStock)
Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. I sprzyja długowieczności. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Okinawa to jedna z tak zwanych Niebieskich Stref  - miejsc, gdzie żyje wielu tak zwanych superstulatków. Czemu zawdzięczają swoją długowieczność mieszkańcy japońskiej wyspy? Podobno tradycyjnemu trybowi życia, hartowi ducha i specyficznemu poczuciu humoru. Oto kilka zasad, którymi kierują się na co dzień.

1. Znajdź swoje ikigai Ikigai to ważny element japońskiej filozofii życia. Tłumaczy się jako przyjemność i istotę życia. Japońskie iki to czasownik „żyć”, natomiast gai oznacza dosłownie „powód”. Filozofia ikigai opisywana jest jako system motywacji, który sprawia, że każdego dnia chce nam się wstawać z łóżka.

2. Stosuj roślinną dietę W diecie Okinawczyków przeważają warzywa, słodkie ziemniaki, tofu oraz owoce.

3. Jedz więcej soi Flawonoidy zawarte między innymi w ziarnach soi i przetworach z soi wspomagają układ krążenia, są również cenne dla kobiet w okresie menopauzy.

4. Uprawiaj ogródek Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. Pozwala odreagować stres, działając kojąco na wszystkie zmysły.

5. Stwórz krąg moai Maoi to grupy przyjaciół którzy nawzajem angażują się w swoje życie i wspierają w trudnych chwilach zarówno emocjonalnie jak i finansowo. Tradycja silnych więzi społecznych jest jednym z czynników decydujących o długowieczności mieszkańców Okinawy.

6. Czerp energię ze słońca Wpływ słońca na samopoczucie jest nie do przecenienia, to nie tylko źródło witaminy D, dzięki której mamy mocne kości, ale również dawka pozytywnej energii i dobrego samopoczucia.

7. Utrzymuj aktywność Codzienna umiarkowana aktywność to klucz do dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Może to być zarówno gimnastyka czy spacer, jak i praca w ogrodzie czy domowe porządki.

8. Carper diem Okinawczycy nie myślą o przeszłości, cieszą się chwilą obecną i drobnymi przyjemnościami. Są sympatyczni i nawet w podeszłym wieku otaczają się młodymi ludźmi.

Źródło: Dan Buettner, „Niebieskie strefy. 9 lekcji długowieczności od ludzi żyjących najdłużej”

  1. Styl Życia

Staffing w pracy - co to jest? Kiedy mamy do czynienia z tym rodzajem mobbingu?

Zespół ma wielką siłę, może nie tylko wspierać, ale również niszczyć ludzi, na szczęście każdy z nas może też stanąć po stronie osób, które są źle traktowane. (Fot. iStock)
Zespół ma wielką siłę, może nie tylko wspierać, ale również niszczyć ludzi, na szczęście każdy z nas może też stanąć po stronie osób, które są źle traktowane. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wszyscy zapewne wiedzą, czym jest mobbing w pracy. Choć mam nadzieję, że nie poznali go na własnej skórze – zastrzega psycholożka Hanna Samson. Jej doświadczenie wskazuje jednak, że i pracownicy mogą nękać szefa czy szefową. Wtedy mamy do czynienia ze staffingiem.

Pamiętam z dzieciństwa dowcip o Jasiu, który bardzo nie chciał iść do szkoły. Skarżył się mamie, że nikt go tam nie lubi i wszyscy mu dokuczają, ale mama była nieugięta i kazała mu iść, na koniec pytając: – No pomyśl, Jasiu, jak wyglądałaby szkoła bez dyrektora?

A więc to tak? Szefowie też mogą się czuć nieakceptowani w swoim miejscu pracy? Mogą. I niekoniecznie dlatego, że nie nadają się na to stanowisko. Czasem splot okoliczności sprawia, że szczególnie na początku pracy zderzają się z niechęcią zespołu.

Jak do ściany

Elwira ma 47 lat, za sobą drogę pełną sukcesów, wszyscy mogliśmy ją podziwiać na ekranie, ale teraz wygląda, jakby była ciężko chora. – Nie jem, nie śpię, chyba powinnam rzucić tę pracę, ale się boję, bo w telewizji są na mnie obrażeni, że odeszłam, więc pewnie nie pozwolą mi wrócić. I co ja zrobię? – płacze.

A jeszcze dwa miesiące temu było zachwycona nowym wyzwaniem. Zaproponowano jest stanowisko redaktorki naczelnej w magazynie dla kobiet, który zawsze bardzo lubiła. Nie myślała o zmianie pracy, ale takich propozycji się nie odrzuca. Elwira jest ambitna, umie współpracować z ludźmi, przed telewizją pracowała w gazetach, merytorycznie czuła się przygotowana. Umówiono ją na spotkanie z prezesem wydawnictwa, byli sobą nawzajem zachwyceni, wszystko układało się świetnie.

– Prezes przedstawił mnie zespołowi, wygłosiłam entuzjastyczną przemowę, na którą zespół w żaden sposób nie zareagował, trochę to było dziwne, ale jeszcze nic nie przeczuwałam – opowiada. – Prezes wyszedł, zostałam z nimi sama, kilkanaście osób, kobiety i trzech mężczyzn. Chciałam z nimi nawiązać kontakt, pytałam, kto jest kim, co lubią w swojej pracy, a co chcą zmienić – odpowiadali półsłówkami, nikt nie odzywał się spontanicznie. Czułam ich niechęć, chciałam rozładować atmosferę, więc zapytałam, czy zawsze są tak wygadani, ale nadal nic. Zwróciłam się więc bezpośrednio do mojej zastępczyni, która została po poprzedniej naczelnej. W końcu zapytałam, czy zebrania zawsze tak wyglądają. Usłyszałam, że zebrania z Kasią były fantastyczne. A teraz nie ma Kasi... Kiedy zareagowałam, że przecież są oni i nie zamierzam sprowadzać swoich ludzi, chcę robić ten magazyn z nimi, czułam się, jakbym mówiła do ściany.

Persona non grata

Elwira musiała zrobić swój pierwszy numer, a czasu było mniej niż zwykle. Zaczęła współpracować z poszczególnymi osobami, każdy z nich wiedział, co ma robić, byli w tym dobrzy. Jednak kiedy coś proponowała, nikt nie wyrażał swojej opinii. Na kolejnym spotkaniu była bliska rozpaczy. – Znów zwróciłam się do mojej zastępczyni – opowiada dalej Elwira. – I usłyszałam, że skoro uważam, że to dobry pomysł, to OK. Bo przecież jestem naczelną... Czuję się odrzucona, wykluczona, wyobcowana. Mam iść do prezesa i powiedzieć, że zespół nie współpracuje? To znaczy, że nie umiem kierować ludźmi, on we mnie wierzy, nie chcę zawieść jego zaufania.

Pytam, jak długo już tam jest i okazuje się, że dwa miesiące.  I właściwie nic się nie zmienia. No poza tym, że sama Elwira czuje się coraz gorzej. Przed wyjściem do pracy wymiotuje, a wieczorem nie może zasnąć.

– Z nikim nie masz kontaktu? – upewniam się. – Z dziewczynami z fotoedycji udaje mi się normalnie pogadać, czasem się nawet śmiejemy. Ale na zebraniach one też milczą, pewnie wszyscy się namówili, że nie będą ze mną rozmawiać. – Dlaczego? Jak rozumiesz tę sytuację? – Wiem, że wszyscy bardzo lubili Kasię, poprzednią naczelną, razem z nią tworzyli tę gazetę od początku. Zwolnili ją, bo wyniki sprzedaży były coraz gorsze, i zatrudnili mnie. – Panią z telewizji, która spadła na nich jak z kosmosu i myśli, że zna się na gazecie, którą oni stworzyli – mówię, bo chcę, żeby to wyszło ode mnie. – No właśnie. Oni nie wierzą w moje kompetencje. Ten pierwszy numer wyszedł całkiem nieźle, ale to ich nie przekonało. Chyba najgorsza jest moja zastępczyni. Czuję, że patrzy na mnie z góry i czeka, aż mi się powinie noga. Nigdy nie mówi swojego zdania, tylko pozornie akceptuje moje. – Może warto z nią porozmawiać o waszej relacji? – Próbowałam, ale ona się wyślizguje – mówi Elwira. – Chciałam ją zaprosić na kolację, ale stwierdziła, że po pracy lubi wracać do domu. Powiedziałam, że jest mi trudno pracować w takiej atmosferze, a ona na to, że przecież sama chciałam być naczelną, a to niełatwy kawałek chleba. Zapytałam, czy chciała być naczelną po odejściu Kasi, odpowiedziała, że woli być druga, ale po osobie, którą ceni. Dotąd zawsze dogadywałam się z ludźmi, a teraz boję się chodzić do pracy, jeszcze chwila i wpadnę w depresję.

Próba sił?

Staffing tak samo jak mobbing może prowadzić do depresji. Wszyscy potrzebujemy akceptacji w swoim środowisku i szefowie nie są tu wyjątkiem, ale mają większe możliwości działania. Staffingu nie ma jeszcze w prawie pracy, więc nie mogą odwołać się do sądu, ale też nie są bezradni.

– Elwira, przecież to ty jesteś szefową, ty masz władzę. Upomnienia, nagany, premie lub ich brak, nawet zwolnienia pracowników zależą od ciebie. Czy jesteś tego świadoma? – pytam. – Ale ja nie chcę z tego korzystać! Chcę się z nimi dogadać! – Do tej pory próbowałaś się im podlizywać i nic z tego nie wyszło. Spróbuj się z nimi dogadać z pozycji mocy. Warto, żebyście wszyscy wiedzieli, że ją masz! Na przykład powiedz zastępczyni, żeby przygotowała 20 propozycji tematów do następnego numeru, zamiast oceniać twoje pomysły. Powiedz, że jeśli ktoś nie chce z tobą współpracować, to niech odejdzie za porozumieniem stron, bo inaczej ty wkrótce go zwolnisz. Niech zostaną tylko ci, którzy chcą. Zresztą ty pewnie lepiej wiesz, co im powiedzieć, bo to ty jesteś szefową!

Elwira przyszła do mnie po miesiącu. Wyglądała znów jak pani z telewizji, zadowolona kobieta sukcesu. – Nadal tam pracujesz? – zapytałam z niedowierzaniem. – O tak! Cudowne miejsce i wspaniali ludzie! Naprawdę mam świetny zespół! – śmieje się Elwira. – Jak tego dokonałaś? – Zaraz po naszym spotkaniu zwołałam zebranie na 9.00 rano, choć większość lubi przychodzić o 10.00. Powiedziałam, żeby ci, którzy nie chcą ze mną współpracować, odeszli za porozumieniem stron, bo inaczej ich zwolnię. Dodałam, że nie muszą od razu podejmować decyzji, bo od jutra z każdym będę rozmawiać indywidualnie i wtedy się dowiem. Mieli przychodzić do mojego gabinetu zgodnie z planem, który wysłałam mailem, a zastępczyni i szefom działów powiedziałam, żeby przynieśli propozycje tematów do następnych numerów. Podziękowałam za spotkanie i wyszłam – śmieje się Elwira. – Dużo mnie to kosztowało, ale było warto, dogadałam się ze wszystkimi! – Z zastępczynią też?

– I to jak! Chyba nawet już się lubimy. Powiedziała, że chce być moją zastępczynią, bo w końcu pokazałam, że nadaję się na naczelną!

Ta historia skończyła się dobrze, kiedy Elwira pokazała swoją moc. Jednak nie każdy szef ma takie możliwości, co nie oznacza, że ma się godzić na staffing.

Kiedy milczenie nie jest złotem

Agata ma 26 lat, po powrocie ze stażu w Holandii podjęła pracę w ośrodku wychowawczym, prowadzi grupę chłopców w wieku od 15 do 18 lat. Odkąd z nimi pracuje, chłopcy zaczęli się zmieniać. Chętniej współpracują ze sobą, rozwiązują konflikty bez użycia siły, oczywiście nie zawsze, ale tę zmianę dobrze widać, co zauważył również dyrektor. Wezwał Agatę, wypytał o metody pracy, których uczyła się w Holandii, docenił jej zapał i energię, i rzucił na głęboką wodę. Agata została szefową wychowawców, czym pozostali nie byli zachwyceni. Wszyscy byli od niej starsi, pracowali w ośrodku od lat i nie widzieli powodu, żeby uczyć się od Agaty.

„Ty masz pewnie jakąś misję, może chcesz zrobić doktorat, ale nie naszym kosztem! My chcemy spokojnie pracować, a nie chodzić na jakieś zebrania i słuchać nowinek” – taki mniej więcej przekaz płynął od kolegów, którzy ignorowali jej zaproszenia na spotkania i robili sobie z niej żarty. Tylko wychowawczyni grupy dziewcząt była zainteresowana jej metodami pracy, więc Agata współpracowała z nią i jej grupą. Dyrektorowi powiedziała, że będzie wprowadzać zmiany stopniowo w poszczególnych grupach, nie chciała skarżyć się na kolegów. Po kilku miesiącach dzieci z innych grup zaczęły pytać swoich wychowawców, dlaczego u nich nie ma takich fajnych zajęć jak u dziewczyn i starszych chłopaków. W końcu inni zainteresowali się tym, co robi Agata. Przyszli do niej i poprosili, żeby opowiedziała im o zajęciach, które robi z dziećmi, to może zaczną z nią współpracować. I naprawdę zaczęli.

Zespół ma wielką siłę, może nie tylko wspierać, ale również niszczyć ludzi, na szczęście każdy z nas może się z niego wyłamać. Stanąć po stronie osób, które są źle traktowane. Gdybyśmy potrafili ująć się za nimi, nie byłoby nie tylko staffingu, ale też mobbingu, na który zwykle pozwala milcząca większość.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak "Dom wzajemnych rozkoszy" i "Sensownik". 

[newsletterbox]

  1. Styl Życia

Medytacja na wyczerpanie psychiczne

Joga kundalini oferuje wiele medytacji, które pomagają odświeżyć umysł. Używamy w nich precyzyjnych ruchów, oddechu, koncentracji po to, aby wpłynąć na podwzgórze mózgu, które z kolei bezpośrednio oddziałuje na system nerwowy, wzmacniając go, i na układ dokrewny, regulując wytwarzanie hormonów. (Fot. iStock)
Joga kundalini oferuje wiele medytacji, które pomagają odświeżyć umysł. Używamy w nich precyzyjnych ruchów, oddechu, koncentracji po to, aby wpłynąć na podwzgórze mózgu, które z kolei bezpośrednio oddziałuje na system nerwowy, wzmacniając go, i na układ dokrewny, regulując wytwarzanie hormonów. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Trudno o jakiekolwiek pozytywne nastawienie, gdy czujemy się wyczerpani psychicznie, zawodzi nas pamięć, przerasta rozwiązywanie problemów. To symptomy zmęczonego mózgu. Jak wysłać głowę na urlop – mówi Iwona Kozak, nauczycielka jogi kundalini i terapeutka reiki.

Trudno o jakiekolwiek pozytywne nastawienie, gdy czujemy się wyczerpani psychicznie, zawodzi nas pamięć, przerasta rozwiązywanie problemów. To symptomy zmęczonego mózgu. Jak wysłać głowę na urlop – mówi Iwona Kozak, nauczycielka jogi kundalini i terapeutka reiki.

Im większy stres i im dłużej trwa, tym trudniej przychodzi nam prawdziwa relaksacja i głęboki odpoczynek. Wpadamy w błędne koło: brak odpoczynku zwiększa stres, a coraz większy stres utrudnia odpoczynek. Jak się z niego wyrwać?

Medytując i ćwicząc jogę – tak od tysięcy lat utrzymują jogini, a od niedawna również naukowcy. Przeprowadzone na uniwersytecie w Bostonie badania potwierdziły, że regularna praktyka jogi przyczynia się do zwiększenia ilości kwasu gamma-aminomasłowego (GABA) w mózgu (co – upraszczając – pozwala nam dobrze spać, zrelaksować się oraz zwiększa sprawność umysłową). Z kolei uczeni z uniwersytetów Harvarda, Yale i z Instytutu Technologii w Massachusetts wykazali, że mózgi osób, które regularnie medytują, są… większe.

Joga kundalini oferuje wiele medytacji, które pomagają odświeżyć umysł. Używamy w nich precyzyjnych ruchów, oddechu, koncentracji po to, aby wpłynąć na podwzgórze mózgu, które z kolei bezpośrednio oddziałuje na system nerwowy, wzmacniając go, i na układ dokrewny, regulując wytwarzanie hormonów. Choć medytacje te mogą się wydać na początku skomplikowane, nie wymagają od nas żadnego doświadczenia, a ich pozytywne efekty odczuwamy już po kilku dniach. Wystarczy kilkanaście minut dziennie, odrobina koncentracji i chęci, by poprawić jakość swojego życia.

Ćwiczenie na umysłowe wyczerpanie

Na umysłowe wyczerpanie proponuję medytację złożoną z czterech etapów. W czasie każdego z nich siedzimy w wygodnej pozycji z wyprostowanym kręgosłupem. Oczy są zamknięte i skupione na punkcie między brwiami. Oddychamy przez nos.

Ramiona zginamy w łokciach, dłonie wysuwamy do przodu. Wnętrze prawej dłoni kierujemy do dołu, lewej – do góry. Każdy wdech składa się z ośmiu krótkich wdechów, każdy wydech – z ośmiu krótkich wydechów. Wykonujemy ruch rękoma wyprostowanymi od łokcia do dłoni, tak jakbyśmy na przemian odbijali piłkę prawą i lewą ręką. Gdy podnosimy prawą dłoń, lewą opuszczamy. Dłonie podnoszą się na wysokość ok. 20 cm. Każdy taki ruch jest skoordynowany z krótkim wdechem lub wydechem. Utrzymujemy szybkie, rytmiczne tempo (czas trwania: 3 min).

Wykonujemy taki sam ruch rękoma, ale wnętrze prawej dłoni jest skierowane do góry, a lewej – do dołu (czas trwania: 3 min). Powtarzamy pierwszy etap (czas trwania: 3 min). Opuszczamy ramiona, kładziemy dłonie na kolanach. Oddychamy spokojnie i głęboko. Oczy są zamknięte (czas trwania: 5 min).

  1. Zdrowie

Tężyczka - choroba życia w biegu, napięcia i przerostu ambicji

Pacjentów z tężyczką przybywa, zwłaszcza w czasie pandemii - to efekt życia w stresie. 
(Fot. iStock)
Pacjentów z tężyczką przybywa, zwłaszcza w czasie pandemii - to efekt życia w stresie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Objawy są nieprzyjemne – skurcze mięśni. Bywa, na szczęście rzadko, niebezpieczna, może nawet zagrażać życiu. W dodatku trudno się ją diagnozuje. – Tężyczka jest trochę przez lekarzy pomijana. Część w nią wierzy, część nie do końca – mówi neurolog dr Katarzyna Toruńska, zajmująca się tą chorobą.

Kilka lat temu moja przyjaciółka, mieszkająca wtedy w Londynie, zaczęła odczuwać dziwne objawy. Najpierw mrowienie rąk. Potem nóg. Doszły do tego skurcze mięśni. Majka, przestraszona, poszła do lekarza. Ten zaczął przeprowadzać diagnostykę w kierunku stwardnienia rozsianego. Pamiętam, jak dzwoniła do mnie w panice. Na szczęście szybko okazało się, że to nie SM. Więc co? – Wyobraź sobie, mam tężyczkę – powiedziała.

Czym jest ta choroba?

– Właściwie to zespół objawów – mówi neurolog dr Katarzyna Toruńska. – Niecharakterystycznych, z różnych grup. Wynikają z nadpobudliwości błony nerwowo-mięśniowej, a to z kolei powodowane jest różnego rodzaju niedoborami tkankowymi. Głównie niedobory dotyczą magnezu i potasu a także witaminy D – jeżeli mówimy o tężyczce utajonej. Ten zespół objawów jest bardzo uciążliwy. Trzeba szukać, co jest jego źródłem w przypadku konkretnego pacjenta.

Czy łatwo tężyczkę zdiagnozować? – Bardzo trudno, niestety. Bo przyczyn może być dużo. Od psychicznych, psychogennych, poprzez gastrologiczne, endokrynologiczne diabetologiczne, przyjmowane leki, nieprawidłową dietę. Diagnoza nie jest prosta, ale staramy się mieć swoje schematy w diagnostyce, żeby pacjentowi pomóc, żeby znaleźć przyczynę tych dolegliwości – tłumaczy dr Toruńska. – Zwykle na początku rzeczywiście sprawdzamy, czy to nie stwardnienie rozsiane. Robimy rezonans mózgu, żeby je wykluczyć, choć w tej chorobie przebieg jest jednak inny. Tężyczka nie daje objawów konkretnego zespołu neurologicznego, trzeba wykonać podstawowe badania, żeby SM wykluczyć i dalej szukać przyczyny, źródła. Zwykle to źródło znajdujemy.

Mogą to być na przykład choroby tarczycy, nadczynność, niedoczynność, Hashimoto. Choroby przewodu pokarmowego, wszelkiego rodzaju nietolerancje pokarmowe, na gluten, na laktozę. Są pacjenci po zapaleniu błony śluzowej żołądka, tacy, którzy bardzo długo przyjmują inhibitory pompy protonowej (IPP), zaburzające wchłanianie pierwiastków i witamin. Bywa to też niewykryta insulinooporność albo monodiety, często wyniszczające organizm. Także niektóre leki oraz, oczywiście, wszelkie używki.

Zwykle tężyczka sama w sobie nie jest chorobą, a efektem innych chorób. Choć, jak tłumaczy dr Toruńska, jest taka jednostka jak hipomagnezemia rodzinna, gdzie tężyczka jest pierwotna, bo mamy tu jedną przyczynę – genetyczną. Ale to się zdarza niezwykle rzadko.

Tężyczka - do kogo po pomoc

Żeby jeszcze bardziej sprawę skomplikować, trzeba powiedzieć, że tężyczki są dwie: jawna i utajona. Endokrynolodzy zajmują się tężyczką jawną, czyli wapniową, pojawiającą się (oczywiście nie zawsze) po operacjach tarczycy, przytarczyc, przy chorobach tarczycy, kiedy są duże niedobory wapnia. Ta postać tężyczki jest bardziej niebezpieczna, czasami nawet zagrażająca życiu – występują tu bardzo silne skurcze, może – przy gwałtownych spadkach wapnia – dojść do skurczu głośni, utraty przytomności.

Neurolodzy leczą tężyczkę utajoną. Łagodniejszą w przebiegu, choć trudniejszą do wykrycia. Pojawiają się mocne samoistne skurcze mięśni, ale może je wywołać zewnętrzny bodziec. – Choćby hiperwentylacja – czyli szybkie, głębokie oddychanie. Zaburza się wtedy równowaga kwasowo-zasadowa i dochodzi do utraty pierwiastków, głównie magnezu, z tkanek. Każdy mówi: jak się boisz, to głęboko oddychaj. No właśnie nie. Wtedy się pogarsza, zamiast poprawiać – tłumaczy dr Toruńska.

Nieprawidłowe oddychanie może być pogłębiane przez stres. Na początku, kiedy jeszcze nie wiemy, co nam dolega, a objawy są niepokojące, można się porządnie przestraszyć. Czasem pojawiają się bóle w klatce piersiowej, czasem duszności, a razem z tym nakręca się spirala lęku.

Wydawałoby się, że skoro przyczyną tężyczki utajonej są niedobory magnezu, potasu i witamin, wystarczy zrobić badanie krwi, żeby wykryć chorobę.

– Nie jest to takie proste – mówi dr Toruńska. – Ja się zajmuję tężyczką utajoną, tu pacjenci mają zwykle prawidłowy poziom wapnia czy parahormonu, a z kolei niski magnezu czy potasu. Jednak na ogół w badaniu krwi te pierwiastki nie wychodzą nieprawidłowo, bo organizm dąży do homeostazy – krew więc wygląda dobrze, ale kosztem tkanek. Mamy już na szczęście możliwość wykonania badań na poziom magnezu w erytrocytach, to najbardziej wiarygodnie pokazuje, co dzieje się w tkankach, nadal jednak mamy trudności w oznaczeniu poziomu magnezu zjonizowanego, a to jest frakcja aktywna, więc nawet to badanie w erytrocytach jest badaniem tylko pośrednim.

Tymczasem pacjentów z tężyczką przybywa. Z czego to wynika? – Ze stylu życia. Z biegu, pędu, permanentnego braku czasu, braku możliwości czy chęci skomponowania odpowiedniej dla siebie diety – tłumaczy dr Toruńska. – Ludzie się nie badają, mówią, że źle się czują, że mrowienie, skurcze, w reklamach słyszą, że niedobór magnezu, więc łykają suplementy, które nie działają… I kolejny znak naszych czasów, czyli żywność wysokoprzetworzona, z dużą ilością fosforanów, które blokują wchłanialność magnezu. Jest też dużo produktów, które ten magnez wypłukują, a których na co dzień nadużywamy. Kawa, cola, mocna herbata, napoje energetyzujące, alkohol, używki, a nawet niektóre leki. A leki przecież ludzie przyjmują, bo muszą, wszystko to powoduje, że mamy ujemny bilans magnezu czy potasu w organizmie W tkankach.

Oczywiście byłoby idealnie, gdyby pacjenci razem z receptą na leki blokujące wchłanianie magnezu dostawali od lekarza informację, że powinni ten magnez uzupełniać. Jednak dr Katarzyna Toruńska mówi, że tak, niestety, dzieje się rzadko: – Tężyczka jest trochę przez lekarzy pomijana. Część w nią wierzy, część nie do końca. Twierdzą, że każdy, kto się zhiperwentyluje i zrobi próbę tężyczkową, ta wyjdzie dodatnia. Co jest nieprawdą. My 20 lat temu też nie wiedzieliśmy, że jak będziemy podawać inhibitory pompy protonowej, żeby pacjent nie krwawił z wrzodów żołądka, to za jakiś czas się okaże, że chory ma niedobory. Nigdzie nie mogliśmy o tym przeczytać, o pewnych lekach uczymy się dopiero na przestrzeni czasu.

Leczenie

To zależy, czy to tężyczka jawna, czy utajona. I jaka jest przyczyna. Oczywiście podstawa to suplementacja, zwykle magnezowo-potasowa. – Niekiedy, jeśli u pacjenta widzimy wysoki poziom lęku czy depresję, włącza się leki antydepresyjne. Jeśli są problemy z tarczycą, chory musi być pod opieką endokrynologa. Przy insulinooporności – diabetologa. Czyli leczenie często musi przebiegać na kilku poziomach. I bardzo ważna jest współpraca między lekarzem a pacjentem – tłumaczy dr Toruńska. – Lekarz nie da pigułek na wszystko. Nie zawsze jest to proste. Jeśli źródłem permanentnego stresu jest nasza praca, idealnie byłoby ją zmienić. Ale na ogół nie jest to możliwe. Na pewno można odstawić używki. I włączyć techniki relaksacyjne. Wyciszenie, joga. Wyłączyć za to nieustanne myślenie o obowiązkach, kłopotach, pracowanie 24 godziny na dobę – nawet jeśli nie siedzimy cały czas przy biurku, to głowa nie odpuszcza. – Mam takich pacjentów – mówi dr Toruńska. – To tylko zwiększa dolegliwości. Nie umiemy dziś radzić sobie ze stresem, odpoczywać, odpuścić sobie. Często nawet urlopu nie potrafimy wykorzystać, w wolnym czasie też nie dajemy sobie taryfy ulgowej. W dodatku pandemia nasiliła tężyczki. I więcej mamy tych świeżo rozpoznawanych, i ci pacjenci, którzy są po diagnozie i regularnie się suplementują, też odczuwają silniejsze dolegliwości.

Jest grupa osób szczególnie narażonych – to ludzie ambitni, trochę neurotycy, perfekcjoniści, osobowość typu A. Często też sportowcy – tu przyczyną jest duży wysiłek fizyczny bez mądrej suplementacji.

– Zawsze staram się szukać przyczyny, jak się nie da, zostaje styl życia. Tu zmiana zależy od nas. Choć nigdy – a szczególnie w  dobie pandemii – nie jest to łatwe. Ale daje efekty, można się pozbyć objawów. To długie leczenie, ale na ogół z sukcesem – mówi dr Katarzyna Toruńska.