1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zachwiana samoocena. Jak pracować nad niepewną oceną siebie?

Zachwiana samoocena. Jak pracować nad niepewną oceną siebie?

Niestabilna samoocena nie musi być tym samym, co zaniżona ocena siebie. Zwykle jej podstawą jest niepewność i lęk. (fot. iStock)
Niestabilna samoocena nie musi być tym samym, co zaniżona ocena siebie. Zwykle jej podstawą jest niepewność i lęk. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Wysoki status społeczny, eksponowane stanowisko, wiedza, udane życie towarzyskie i rodzinne. Na zewnątrz - godny naśladowania ideał, darzony szacunkiem, czasem budzący zazdrość. A w środku? Poczucie dyskomfortu i nieustanny lęk przed tym, że wyjdą na jaw wszystkie wady, słabości, czy brak kompetencji. Co powiedzą pracownicy, przyjaciele i rodzina, kiedy okaże się, że nie jest tak idealnie?

Coraz więcej osób, które - obiektywnie patrząc - wiele osiągnęły w życiu, trafia na terapię w poczuciu wiecznego oszukiwania otoczenia. Wydaje im się, że kantują wszystkich niczym filmowy Dyzma i czują się nie na swoim miejscu.

Mamy tu zwykle do czynienia z zachwianą samooceną czyli... z subiektywnym spojrzeniem na własną osobowość. I chodzi tu nie tyle o zbyt niską samoocenę, ile niepewną. Ma ona w dużej mierze swoje korzenie w dzieciństwie danej osoby, kiedy rodzice traktowali ją trochę jak niewidzialną. Owszem, spełniali jej potrzeby fizjologiczne, dając jeść, pić i dach nad głową, ale już niewiele lub zgoła nic poza tym. Takie dziecko nie otrzymuje przekazu, że jest godne miłości, że zasługuje na szacunek i uwagę przez sam fakt swojego istnienia. Skutek jest taki, że dziecko czuje się przeźroczyste. Nie wie, w czym jest dobre, nie wie, czy jest ok.

By być „jakimś”

Tego rodzaju stan zawieszenia utrzymuje się często w dorosłym wieku. Niepewność zaszczepiona w dzieciństwie nie poprawia się przy pomocy obiektywnych kryteriów, typu: poziom wiedzy, pozycja zawodowa, wysokość dochodów czy wygląd zewnętrzny.

Takie osoby są nieśmiałe i skryte z jednej strony, z drugiej – silnie nastawione na cele i dążące do sukcesu. Podświadomie chcą bowiem przekonać się, że są „JACYŚ”. Pod względem zadaniowym trudno o lepszego pracownika, więc docelowo ów wymarzony sukces często udaje im się osiągnąć. Szkopuł w tym, że pojawia się wewnętrzna sprzeczność. Z jednej strony ma się poczucie: „no tak, generalnie jest fajnie”, a z drugiej - wszelkie osiągnięcia i pozytywne aspekty życia nie mają na tyle dużej wagi w oczach osoby z niepewną samooceną, by były w stanie ją skorygować.

Przykładem może być Krzysztof, 39-letni dyrektor korporacji. Kreatywny, ceniony i lubiany przez podwładnych i współpracowników, szybko awansujący. Pracownik idealny: nie choruje, nie bierze zwolnień, nie zawala terminów. Dba o to, by podwładni pracowali nie więcej niż 8 godzin, podczas gdy on sam zostaje po godzinach zawsze, kiedy zaistnieje taka potrzeba. Pomaga współpracownikom, kiedy mają kłopoty osobiste, jest gotów wstawić się za nich u przełożonych. Ma rodzinę i szerokie grono znajomych, uprawia sporty, jest aktywny i ciekawy życia. Na zewnątrz postrzegany jest jako zaradny człowiek sukcesu.

Jednak on sam czuje się skrzywdzony, niezauważany i niedoceniany. Czuje, że ludzie go wykorzystują i mają coraz większe oczekiwania, nic w zamian nie dając.

Podziwiany czy niezauważany?

Nie uświadamia sobie, że sam przyczynił się do tego stanu rzeczy. W relacjach zawodowych - biorąc wiecznie czyjeś zadania na siebie, nie stawiając granic i nie egzekwując odpowiedzialności. W relacjach osobistych – przedkładając potrzeby innych nad własne, zgadując owe potrzeby, zanim jeszcze je ktokolwiek zasygnalizuje.

Wszedł w rolę tzw. bohatera rodzinnego, na którego barkach spoczywa ciężar uszczęśliwiania wszystkich wokół. Sam wyostrzył apetyt bliskich na stałą gotowość do niesienia pomocy i wyświadczania przysług. To sprawia, że od lat ponosi ogromne koszty energetyczne, a kiedy w końcu zdobywa się na nieśmiałe: „nie mogę”, „nie teraz”, „nie dziś”, zderza się z murem pod tytułem „rozczarowanie”.

I wtedy właśnie pojawia się lękowe myślenie: „ O matko, zaraz się wyda, że nie jestem jednak taki fajny chłop”. Każdy komunikat otrzymany od rozmówcy, który zawiera w sobie element niezadowolenia, rozczarowania czy żalu jest przefiltrowywany przez jego niepewne JA.

Jak pracować nad niepewną oceną siebie?

Idealna sytuacja jest wtedy, gdy taka osoba trafia na partnera, który w żaden sposób nie nadużywa jej granic, daje pełną akceptację. To się jednak w praktyce rzadko zdarza.

Dlatego w takim przypadku bardzo pomocna okazuje się psychoterapia. Między psychoterapeutą a pacjentem rodzi się relacja, która ma charakter przeniesienia relacji rodzic–dziecko. Przy czym psychoterapeuta pełni rolę rodzica przekazującego akceptację i uczącego zaufania do realnego obrazu siebie. Ważnym zadaniem dla pacjenta jest przyglądanie się faktom. Musi zrozumieć, że nawet jeśli jeszcze nie do końca wierzy w swoje kompetencje (jako szefa, męża, ojca, przyjaciela), to stara się je filtrować przez rzeczywiste wydarzenia, osiągnięcia, dane.

To trochę tak jak z opinią na temat obejrzanego filmu. Można oceniać aktorstwo, fabułę, dialogi, efekty specjalne, zdjęcia, muzykę etc. Na tej samej zasadzie można oceniać samego siebie - pojawia się całe spektrum kryteriów, od wyników gry w tenisa po liczbę bliskich przyjaciół. Wtedy łatwiej jest sobie uzmysłowić, że nie jesteśmy jednak „beznadziejni”, „niegodni sukcesu”, „nijacy”.

Praca z pacjentem z niepewną samooceną to wspólne szukanie dowodów, że jest on na swoim miejscu, że jest wystarczający, że wszystko z nim w porządku. Pamiętać przy tym należy, że definitywnie wyłączamy w tych poszukiwaniach opinie ludzi. Pacjent musi się nauczyć uniezależniać ocenę siebie i poczucie bezpieczeństwa od ocen otoczenia. Docelowo ma porzucić schemat dopasowywania swoich zachowań do scenariusza innych z obawy przed odrzuceniem.

Agnieszka Paczkowska obecnie zajmuje się psychoterapią indywidualną osób dorosłych w Centrum Probalans w Warszawie. Jest absolwentką Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie na kierunku psychologia kliniczna oraz Szkoły Psychoterapii Ośrodka INTRA, posiada certyfikat Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Martyna Wojciechowska: "Wspieram, nie oceniam"

Martyna Wojciechowska:
Martyna Wojciechowska: "Pamiętam doskonale, jak powtarzałam, że dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pusta. Zawsze. I kiedy tylko trochę z niej ubędzie, to chcę ją od razu zapełnić. Tak bardzo byłam wszystkiego spragniona. Dzisiaj z pełną świadomością tego, że mówię coś zupełnie odwrotnego, twierdzę, że szklanka jest zawsze do połowy pełna. I cieszę się z tego, ile w niej mam". (Fot. Marta Wojtal)
Czego teraz wszyscy najbardziej pragniemy? Natury, wolności i słońca. Oto więc Martyna Wojciechowska, wcielenie tych trzech jakości. Dziś ma w sobie więcej spokoju i akceptacji, ale ma też nową misję. Chce powiedzieć młodym ludziom, że są wystarczająco dobrzy, wystarczająco fajni i wystarczająco atrakcyjni. I to bardzo chce!

Kiedyś kojarzyłaś mi się z wojowniczką, dziś powiedziałabym, że z matką naturą.
Podoba mi się to porównanie. Bo chyba dobrze obrazuje moją przemianę. Oczywiście nadal potrafię skutecznie walczyć, ale metody tej walki, jeśli w ogóle do niej dochodzi, są już inne. Jest we mnie więcej akceptacji, spokoju, łagodności, ale też pokory i wątpliwości. A bycie blisko natury zawsze było dla mnie najważniejsze, i to na wielu poziomach. Najszczęśliwsza jestem, kiedy czuję wiatr na twarzy – dosłownie i w przenośni.

Natura to zmiana, ale też żywioł. Daje życie, ale i je odbiera. Cierpliwie znosi to, jak ją traktujemy, ale potrafi też powiedzieć: dość.
Moja dojrzałość polega na tym, że nie tylko wiem, czego chcę – choć czasem jeszcze tego poszukuję – ale też dobrze wiem, czego na pewno nie chcę. Na przykład nie zamierzam już w imię czegokolwiek – tytułów, zaszczytów, pieniędzy czy jakichkolwiek innych korzyści – godzić się na kompromisy dotyczące przebywania w moim najbliższym otoczeniu ludzi, z którymi jest mi zwyczajnie nie po drodze. Dla mnie dziś relacje są ponad wszystko.

Martyna Wojciechowska: 'Najszczęśliwsza jestem, kiedy czuję wiatr na twarzy – dosłownie i w przenośni'.(Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Najszczęśliwsza jestem, kiedy czuję wiatr na twarzy – dosłownie i w przenośni".(Fot. Marta Wojtal)

Słusznie! Pewne rzeczy jesteśmy jednak w stanie dostrzec dopiero z perspektywy czasu.
Ostatnio wpadł mi w ręce wywiad, którego udzieliłam wiele lat temu. Niesamowite, jak różna jestem od tamtej siebie. Nie chodzi o to, że wtedy kłamałam, a teraz mówię prawdę, tylko po prostu zupełnie inaczej widziałam pewne rzeczy. Pamiętam doskonale, jak powtarzałam, że dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pusta. Zawsze. I kiedy tylko trochę z niej ubędzie, to chcę ją od razu zapełnić. Tak bardzo byłam wszystkiego spragniona. Dzisiaj z pełną świadomością tego, że mówię coś zupełnie odwrotnego, twierdzę, że szklanka jest zawsze do połowy pełna. I cieszę się z tego, ile w niej mam.
Kiedy tak jak ja dojrzewa się w mediach, bo właściwie całe moje dorosłe życie w nich spędziłam, ma się też możliwość zobaczenia siebie w naprawdę różnych odsłonach. To trochę jak taki oficjalny pamiętnik.

I coś w rodzaju osobistej kroniki zmian. Lubisz wracać do swoich dawnych zdjęć? Ja niedawno przejrzałam swój album z liceum i pomyślałam: „Jaka fajna i śliczna dziewczyna. Szkoda, że wtedy tego nie wiedziała. I że nikt jej nie powiedział”. Zamiast tego ciągle słyszała, że jest za chuda, za wysoka, ma za dużo tu i tam.
Być może osoby z twojego otoczenia robiły to, bo same słyszały w młodości podobne rzeczy, bo nie potrafiły wyjść z kanonu, w którym zostały wychowane. W sumie to bardzo smutne, że tak z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie te same uprzedzenia, lęki, kompleksy. Dlatego warto mówić o tym głośno, mieć odwagę wyrwać się ze schematów, żyć i wyglądać inaczej. No i przestać oceniać. Siebie i innych.
Dlatego bardzo się pilnuję i przy mojej córce nie rzucam już od niechcenia takich pustych komentarzy: „Ale mi się przytyło”. Albo: „Cholera, mam grube uda”. Szczerze, to uważam, że mam, ale od kiedy zrozumiałam, że niewinny komentarz powtarzany wielokrotnie zapisuje się na naszej matrycy przekonań i matrycy przekonań naszych dzieci, zaczęłam uważać na to, co mówię o sobie i o innych. Świadomie chcę przerwać ten ciąg powielania zapisu. Oczywiście moja 13-letnia córka, jak każda nastolatka, jest także pod wpływem otoczenia, rówieśników, social mediów, więc nie tylko ode mnie zależy to, jak będzie się postrzegała. Ale staram się jak mogę wspierać ją w niezależności myślenia o sobie i o świecie. Każdy człowiek, szczególnie młody, ma mnóstwo wątpliwości i bez przerwy zastanawia się, czy jest wystarczająco dobry, wystarczająco fajny, wystarczająco atrakcyjny. Dlatego dobrze by było, gdybyśmy wreszcie przestali wypowiadać gorzkie opinie o innych ludziach. Że ta jest gruba, a ta chuda, tamta za niska, a jeszcze inna – za wysoka. To wszystko zostaje w nas na głębszym poziomie, daje przyzwolenie innym do ciągłego oceniania, przypinania łatek. Odetnijmy się wreszcie od tego.
I nie chodzi mi o to, by ludzie, którzy dzięki Internetowi zyskali możliwość zabierania głosu, mieli zostać go pozbawieni. Istnieje natomiast coś takiego jak odpowiedzialność za słowa, które wypowiadamy w przestrzeni publicznej. Dlatego ja #WspieramNieOceniam, mam zero tolerancji dla hejtu i namawiam do tego innych.

Martyna Wojciechowska: 'W sumie to bardzo smutne, że tak z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie te same uprzedzenia, lęki, kompleksy. Dlatego warto mówić o tym głośno, mieć odwagę wyrwać się ze schematów, żyć i wyglądać inaczej. No i przestać oceniać. Siebie i innych'. (Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "W sumie to bardzo smutne, że tak z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie te same uprzedzenia, lęki, kompleksy. Dlatego warto mówić o tym głośno, mieć odwagę wyrwać się ze schematów, żyć i wyglądać inaczej. No i przestać oceniać. Siebie i innych". (Fot. Marta Wojtal)

Stąd zeszłoroczna kampania twojej Fundacji „Unaweza” i hasło I’m enough, czyli: „Jestem wystarczająca”.
To hasło trafiło na bardzo podatny grunt, bo okazało się, że większość z nas, dorosłych kobiet, czuje się niewystarczająco mądra, ładna, zabawna, ale też często czujemy się niewystarczająco dobrymi mamami, żonami czy kochankami. Pewnego dnia zrozumiałam, że to, co próbujemy zrobić, to potrząsnąć kobietami, które już czują się niewystarczające. A co, gdyby zwrócić się do osób znacznie młodszych? Do tych, których poglądy dopiero się kształtują – i zacząć działać, zanim te przekonania się ugruntują? Dlatego to, czym jako szefowa Fundacji „Unaweza” zamierzam się teraz zajmować, to nasze dzieci i młodzież. Zapraszam do współpracy wszystkie zainteresowane fundacje i organizacje, bo wierzę, że trzeba zacząć działać ponad podziałami.


Czy widziałaś, jakie są statystyki dotyczące samooceny polskich nastolatków, przygotowane przez sieć badawczą HBSC? Jesteśmy na ostatnim miejscu w Europie, z najwyższym wskaźnikiem negatywnego postrzegania własnego ciała! I to mnie przeraża. A dotyczy „tylko” wyglądu. Celowo mówię to w cudzysłowie, bo przecież wygląd to coś, na czym wyjątkowo skupia się uwaga nastolatków, choć z badań wynika, że „za grube” czują się już dziewięciolatki. I wiemy też, że dziewczynki są znacznie bardziej narażone na depresję z tego powodu niż chłopcy. Nasze dzieci czują się nietrakcyjne, zagubione i niezrozumiane, nie dają rady dźwigać presji. Wzrósł odsetek samobójstw wśród najmłodszych i jest to obecnie najczęstsza przyczyna śmierci dzieci w wieku 15–19 lat w krajach bogatych, w Polsce przyczyną co piątego pogrzebu dziecka jest samobójstwo. Nie można nie reagować, a tymczasem coś tak podstawowego jak telefon zaufania dla dzieci i młodzieży nie ma wsparcia państwa i stosownego dofinansowania!

Martyna Wojciechowska: 'Moja dojrzałość polega na tym, że nie tylko wiem, czego chcę – choć czasem jeszcze tego poszukuję – ale też dobrze wiem, czego na pewno nie chcę'. (Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Moja dojrzałość polega na tym, że nie tylko wiem, czego chcę – choć czasem jeszcze tego poszukuję – ale też dobrze wiem, czego na pewno nie chcę". (Fot. Marta Wojtal)

Może takie statystyki powinny się pojawiać na pasku informacyjnym obok tych covidowych?
U ilu nastolatków dziś stwierdzono depresję, u ilu bulimię, u ilu anoreksję... Ilu się okaleczyło, ilu targnęło się na życie... Im dłużej i im głębiej grzebię w tym temacie, tym mocniej czuję, że to powinna być teraz nasza najważniejsza misja. Od tego przecież zależy, jakie będą nasze przyszłe pokolenia, jaki będzie świat. Dlatego podczas tej sesji występuję też w koszulce z napisem Beautiful enough, czyli: „Wystarczająco piękna”. To początek kolejnej kampanii Fundacji „Unaweza”, której celem jest praca nad samooceną naszych dzieciaków. Wybrałam prowokacyjnie kolor różowy, który w tym przypadku ma być kolorem siły, a projekt pomogła mi stworzyć moja córka Marysia. „Jestem wystarczająco piękna!” – powtarzajmy to sobie każdego dnia i dawajmy sobie wzajemnie wsparcie. Bez oceniania.


To, co robisz, jest bardzo ważne, ale też bardzo trudne, bo trzeba najpierw mocno uderzyć się w pierś. I zastanowić się, co ja robię i mówię. Czy idąc ulicą, nie powiedziałam lub nie pomyślałam o innej kobiecie: „Jak ona się ubrała”? Ja tak. I to nie raz.
Przyznaję, że i ja pomyślałam kiedyś o innej kobiecie: „Gdybym miała takie nogi, w życiu nie założyłabym krótkiej spódnicy”. Dziś myślę inaczej. O sobie także. Moje ciało, choć nie jest idealne, jest najwspanialsze, bo pozwoliło mi zrobić rzeczy niezwykłe, a moje nogi zaniosły mnie na szczyty wszystkich najwyższych gór na siedmiu kontynentach i na wiele niezwykłych krańców świata. A poza tym wygląd to prywatna sprawa każdego z nas i nikomu nic do tego.

Niektórzy mówią, że czyjś strój obraża ich poczucie estetyki.
Na świecie jest blisko 8 miliardów ludzi. Wyobraźmy sobie, że każdy chciałby, by dbano o jego poczucie estetyki. No, nie jest to możliwe. Poza tym piękno jako wartość uniwersalna nie istnieje. Ja mam to szczęście, że spotykam się z kobietami z najbardziej egzotycznych zakątków naszego globu i za każdym razem mam szansę sobie o tym przypomnieć. Na przykład pobyt w Kolumbii podziałał na mnie bardzo odchudzająco, choć zaznaczam, że moja waga się nie zmieniła. Po prostu stanęłam pomiędzy tymi fantastycznymi, pięknymi Kolumbijkami i wyglądałam przy nich jak drobinka – a żadna z nich nigdy nie powiedziałaby o sobie, że ma za duży tyłek, bo są dumne ze swoich rozmiarów. Natomiast w naszym europejskim kanonie urody uchodzę za kobietę solidnych gabarytów. Dlatego powtarzam, że czasem wystarczy zmienić miejsce na Ziemi – dziś nie jest to już żaden problem ani wyzwanie – żeby nagle to, co jest kompleksem czy powodem do wstydu, urosło do rangi atrybutu atrakcyjności. Co znaczy, że wszystko, a piękno w szczególności, jest względne.

W twoim cyklu „Kobieta na krańcu świata” było wiele poruszających odcinków, ale ja zapamiętałam szczególnie jeden, który dla mnie – ale i dla ciebie z tego, co pamiętam – był nie lada wyzwaniem. Chodzi o Larisę Renar prowadzącą w Sankt Petersburgu szkołę dla kobiet, które chcą zostać żonami milionerów.
To było dla mnie jak lądowanie na innej planecie! A jednocześnie bardzo polubiłam Larisę. Miała tak skrajnie inne niż ja podejście do podstawowych spraw życiowych, że niemal wszystko we mnie chciało się z nią kłócić. A jednocześnie świetnie spędzało się nam ten wspólny czas. Oczywiście jej techniki „szkoleniowe” mogą wzbudzać wiele kontrowersji. Począwszy od tego, jak prosić mężczyznę o prezenty: gdzie i jak wtedy siedzieć, w które oko wybranka patrzeć. Jednak najbardziej zaskoczyła mnie technika „przyciągania bogactwa”. Pamiętam, że wszystkie studentki miały przynieść ze sobą dolary, euro lub ruble i na koniec spotkania trzeba było rzucać te pieniądze do góry i się nimi nacierać. Pomyślałam wtedy: „To się nie dzieje, to jest niemożliwe”. Po czym usiadłam z nimi w kręgu i one zaczęły obsypywać mnie tymi banknotami, a ja dostałam ataku histerycznego śmiechu. Mimo że jechałam do Petersburga z pewną opinią na temat Larisy, to jednak na miejscu otworzyłam głowę, zakładając, że mój punkt widzenia nie jest przecież jedynym słusznym i niech każdy żyje jak chce.

Pamiętam wątek o jej książce…
Tak, Larisa napisała książkę o tym, jak z męża zrobić milionera, która w Rosji stała się bestsellerem. Spytałam ją wprost: „A czy nie byłoby prościej, żebym to ja została milionerką?”. Na co ona zaczęła mi tłumaczyć, że trzeba pozwolić się obdarować, bo kobieta obdarowywana prezentami kwitnie. „A czego ty pragniesz, Martyno?” – zapytała. „Co chciałabyś dostać?”. Powiedziałam, że przydałby mi się nowy kask motocyklowy, a ona gwałtownie zaprotestowała: „Nie, nie! To musi być coś, co napełnia twoją kobiecość, poczucie estetyki, zmysły. To może być biżuteria, pachnąca świeca, coś z zupełnie innego wymiaru niż praktyczny”. Ja z kolei lubię moje praktyczne i raczej minimalistyczne podejście do tematu zakupów, nie mówiąc o tym, że czuję się dumna i niezależna, kiedy sama kupuję sobie prezenty. Larisa – odwrotnie.
Ale za to od jakiegoś czasu lubię dostawać kwiaty. Pamiętam, że kiedy poznałam Przemka, przyszedł i spytał, czy takiej zdeklarowanej feministce jak ja można w ogóle kupić kwiaty. Odpowiedziałam: „Kwiaty? Moje koty je zjadają, a potem wymiotują. To niezbyt dobry pomysł”. Sama nie mogę uwierzyć, że to powiedziałam, dziś byłabym chyba bardziej dyplomatyczna. Ale on któregoś dnia przyszedł z bukietem i powiedział: „Zaryzykuję”. Od tamtego czasu dostaję kwiaty regularnie.

Martyna Wojciechowska: 'Zawsze powtarzam, że kobiety, które spotykam na swojej drodze, są dla mnie największą inspiracją'. (Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Zawsze powtarzam, że kobiety, które spotykam na swojej drodze, są dla mnie największą inspiracją". (Fot. Marta Wojtal)

A Larisa uśmiecha się do ciebie z Petersburga... W jednym się z nią zgadzam. Za rzadko pozwalamy się obdarować. Cudownie móc i chcieć sobie coś kupić, ale fajnie też coś dostać, nie tylko od mężczyzn.
Ja regularnie doświadczam wspaniałej energii siostrzeństwa. Doszło do tego, że wilczyce, jak mówię o mojej paczce przyjaciółek, nawet mnie nie pytają, czy mi w czymś pomóc. Wiedzą, że odpowiem jak klasyczna Zosia Samosia, że sobie poradzę, co zresztą jest zgodne z prawdą. Więc nie pytają, tylko robią. Kiedy miałam trudny moment w życiu, napisałam na naszej grupie, że jest mi źle, ale nie chcę o tym rozmawiać i w ogóle ogarniam rzeczywistość, więc żeby się nie martwiły. I wiesz co, były u mnie kilka minut później. Rozmawiać faktycznie nie chciałam, ale ze mną pobyły, coś ugotowały. Każdemu życzę takiej watahy, ale przyznaję, że wymaga to też otwarcia się na ludzi. I tu znów uderzmy się w pierś – jak często wykręcamy się od budowania bliskich relacji? Jak wiele stawiamy murów i ograniczeń: „zarobiona jestem”, „oddzwonię”, „może za tydzień”. Uczę się więc mówić, że chętnie przyjmę pomoc, a nawet proszę o nią częściej niż kiedyś. To działa.

Inna sprawa to uprzedzenia i ocenianie innych ludzi jedynie na podstawie wrażenia. Ile razy tak miałam, że myślałam o kimś: „nie lubię jej”, mimo że wcale jej nie znałam.
Wiele lat temu jechałam do Meksyku realizować odcinek o kobiecie wampirzycy – sama nadała sobie taki pseudonim. Maria Jose Cristerna, bo o niej mowa, jest najbardziej zmodyfikowaną kobietą na świecie. Cała jej skóra jest pokryta tatuażami, kolczykami, do tego ma zęby jak wampir i liczne implanty w ciele. Wielkim zaskoczeniem było dla mnie odkrywanie jej wrażliwości oraz historii, która sprawiła, że jej ciało stało się jedyną sferą, nad którą mogła mieć kontrolę i władzę. Doświadczyła przemocy domowej i bardzo długiego zaniedbywania. Jedyne, co było naprawdę jej, to było właśnie jej ciało. I dlatego tak je zmodyfikowała. A ja skarciłam się za to, że wcześniej, patrząc na jej zdjęcia, widziałam w niej dziwaczkę; nie przypuszczałam nawet, że jest absolwentką prawa i udziela bezpłatnie porad kobietom, które są w kryzysie przemocy domowej; albo że jest przykładną mamą trójki dzieci. Scena, w której smaży im naleśniki, a one odrabiają pracę domową, wbiła mi się w pamięć.

Z drugiej strony to, że kategoryzujemy ludzi na podstawie ich wyglądu, to normalne działanie naszego mózgu. Nie ma co się o to obwiniać, ale trzeba wyjść poza ten pierwszy odruch, ten mechanizm. Nie chciałabym, byśmy teraz biły się w pierś cały czas.
Słowem kluczem jest „zmiana”. Otwartość na to, że można zrobić coś inaczej. I pozwolenie sobie na to. Zmiana jest niepokojąca, bo wynosi nas poza strefę komfortu, dlatego na samym początku może nas uwierać. Ale warto w niej wytrwać.

Życie to ciągła zmiana. Dziś czujemy to bardziej niż kiedykolwiek. Mam wrażenie, że tym trudniej reagujemy na zmiany przychodzące z zewnątrz, im bardziej w środku jesteśmy niepoukładani.
Ja w ogóle powinnam mieć na imię Zmiana. Zresztą swoje prawdziwe imię też zmieniłam, zmieniając tym samym trochę swój los i swoją historię. Marta – piastunka ogniska domowego, słowo z języka aramejskiego – a Martyna – wywodząca się od Marsa, boga wojny – to są dwie różne kobiety. To imię wybrało mnie samo, bo odkąd pamiętam, wszyscy tak do mnie mówili, ale dopiero niedawno zmieniłam je też oficjalnie.
W moim życiu było wiele zmian, czasem to były zakręty, a czasem dramatyczne zwroty akcji. Przeprowadziłam zmiany o charakterze ewolucyjnym, krok po kroku, ale też wykonałam wiele wolt. Jedną z takich rewolucji było i jest dla mnie doświadczenie macierzyństwa i myślę, że wiele z nas zna to uczucie.
Nie boję się zmian, bo są wpisane w nasze życie. Nasze ciało i nastrój zmieniają się zależnie od dnia miesiąca, podczas ciąży, połogu czy po prostu wraz z upływem czasu. A tobie jakie pierwsze słowo kojarzy ci się, kiedy słyszysz „zmiana”?

Nowość. Lubię nowości.
Czyli czujesz raczej ekscytację, ciekawość.

Tak. A ty?
Ja też. Choć czasem czuję też lęk, niepokój, i to też naturalna reakcja. Ale wierzę też, że wszystko w naszym życiu jest jednak kwestią decyzji. Odwaga przeprowadzenia zmian to też decyzja. Dziś czuję się dużo bardziej poukładana, ale nie traktuję siebie jako osoby dokończonej. Wiem, że jeszcze wiele zmian przede mną. Kiedyś bardzo lubiłam planować i nadal lubię, ale teraz ma to bardziej postać wyznaczenia kierunku niż robienia listy rzeczy do zrobienia. Życie tyle razy mnie zaskoczyło, często też pozytywnie, że nauczyłam się większej elastyczności i otwartości na nowe.

Niedawno na Instagramie napisałaś, jak na przestrzeni lat zmieniało się też twoje podejście do kobiecości. Najpierw chciałaś zawojować męski świat, potem, jak dziś to widzisz, przesadnie podkreślałaś kobiecość. A teraz z czym ci się kojarzy to słowo?
Pierwsze skojarzenie to „wrażliwość”, ale po chwili zastanowienia nie chciałabym, żeby wrażliwość była przypisana tylko kobietom, bo to po prostu bardzo piękna ludzka cecha. Kobiecość i męskość zyskują dziś nowe znaczenia, przestaje być aktualny podział na typowo kobiece i typowo męskie cechy, zawody czy zachowania. Myślę, że warto być po prostu sobą. Nie mnie wartościować, co jest bardziej kobiece, a co mniej. Ale faktem jest, że kobiety liderki w dzisiejszych trudnych i niestabilnych czasach radzą sobie lepiej, bo są bardziej empatyczne, chętniej szukają porozumienia ponad podziałami, mają mniejsze ego.

Co byś chciała, by młode dziewczyny, w wieku twojej córki, myślały o sobie, o kobiecości, o świecie?
Że mogą wszystko, a niemożliwe nie istnieje – w tym sensie, żeby nie czuły sztucznych ograniczeń wynikających z płci, roli społecznej, miejsca, w którym się urodziły, a przede wszystkim z cudzych oczekiwań. To jest to, co chciałabym dziś powiedzieć wszystkim młodym ludziom, choć mam też świadomość tego, że jestem dla nich lamusem.

Słucham?!
Czyli takim oldskulem, dinozaurem. Dowiedziałam się tego od mojego dziecka [śmiech].

Z tym lamusem to jednak mogłabyś się zdziwić. W końcu masz Barbie, która wygląda jak ty i jest sheroską.
I jestem tym zachwycona! Niedawno opublikowałam u siebie na Instagramie informację o tym, że powstała kolejna Barbie – tym razem z protezą nogi. Inspiracją do jej powstania jest cudowna kobieta – brazylijska modelka Paola Antonini France Costa, która w wyniku wypadku straciła nogę. Dopiero co do grona Barbie Sheros dołączyła Anita Włodarczyk i strasznie się cieszę, że jest Barbie, która rzuca młotem. Moja Barbie ma tatuaże i mały plecaczek, który jest idealną kopią mojego, a do tego ciężkie buty. Ma 46 lat, a zaraz 47, i z pewnością wygląda i żyje niestandardowo.

Martyna Wojciechowska: 'Nie boję się zmian, bo są wpisane w nasze życie. Nasze ciało i nastrój zmieniają się zależnie od dnia miesiąca, podczas ciąży, połogu czy po prostu wraz z upływem czasu'.(Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Nie boję się zmian, bo są wpisane w nasze życie. Nasze ciało i nastrój zmieniają się zależnie od dnia miesiąca, podczas ciąży, połogu czy po prostu wraz z upływem czasu".(Fot. Marta Wojtal)

A tak w ogóle to chciałam ci podziękować za twojego Instagrama. To serwis dobrych informacji, zachwytów nad przyrodą i ludźmi.
Przyznaję, że jest to dla mnie bardzo ważna przestrzeń i że czuję się, jakbym codziennie wydawała serwis informacyjny. Podchodzę do tego bardzo poważnie, zresztą grono, które obserwuje moje profile na social mediach, to ponad 2 miliony ludzi na Instagramie, drugie tyle na Facebooku, a to zobowiązuje. Mając świadomość każdego słowa, staram się pisać o inspirujących ludziach, ale też dużo uwagi poświęcam naturze i ochronie środowiska, bo przecież planeta Ziemia to jedyny dom, jaki mamy. Sporo piszę też o fascynujących miejscach, choć wiem, że dziś nasze podróże są raczej wirtualne niż realne. A najbardziej cieszy mnie to, że w przestrzeni moich social mediów nie ma hejtu. Jest za to konstruktywna wymiana myśli.

Kiedy ukaże się ten numer (chodzi o wydanie papierowe naszego pisma, przyp. redakcja), rozpoczniesz kolejną przygodę…
Tak! I to dla mnie zupełna nowość, a pomysł wziął się z tego, że moje dziecko mi powiedziało: „Mamo, jeśli chcesz być naprawdę cool, to powinnaś mieć kanał na YouTubie i podcasty na Spotify”. Kocham moją pracę w telewizji i nie zamierzam z niej rezygnować – wyjeżdżam zresztą zaraz na plan kolejnego sezonu programu „Kobieta na krańcu świata” – ale postanowiłam też zaimponować mojemu dziecku, więc zaczynam szerszą działalność internetową. Mój kanał na YouTubie i jednocześnie podcast noszą tytuł „Dalej”. Opowiadam w nim o ludziach, którym się chce. O tych, którzy chcą więcej, nie w sensie gromadzenia, tylko doświadczania.

I co Marysia na to?
Wyraziła aprobatę, przychodzi ustawiać scenografię do nagrań, konsultuje moje pomysły, a ja bardzo liczę się z opinią Mani, która jest dla mnie głosem nowego pokolenia. Zapraszam ludzi raczej nie z pierwszych stron gazet, takich, którzy robią rzeczy niesamowite, ale rzadko przebijają się z nimi do mainstreamu. Pierwszym gościem „Dalej” będzie jednak kobieta ikona, która od zawsze była dla mnie inspiracją do odkrywania świata – Elżbieta Dzikowska. Podziwiałam ją już jako mała dziewczynka i bardzo chciałam być taka jak ona. Wciąż mnie zawstydza swoją witalnością i ma oczy dziecka – jest w nich nieustająca ciekawość. Jej się zawsze chce.

A tobie?
Totalnie i nieustająco mi się chce!

Nawet teraz, kiedy nikomu się nie chce?
No różnie bywa, bo przecież jestem człowiekiem, a nie cyborgiem, ale generalnie chce mi się. W tej cholernej pandemii to nawet bardziej mi się chce, jakby na przekór. I chciałabym tą swoją energią podzielić się z innymi, bo mi wystarczy też dla tych, którym chwilowo się nie chce. Pomaga mi to, że jestem otoczona pozytywnymi ludźmi, którzy mają zapał i energię, a to jest zaraźliwe. Co chwila wymieniamy się z dziewczynami z redakcji i z fundacji pomysłami, inspirujemy się, wzajemnie motywujemy, kiedy którejś opadają skrzydła.
No i postanowiłam sobie, że przebiegnę maraton. Robiłam wiele rzeczy, ale tego jeszcze nie. Bo skoro kluby sportowe zamknięte, a parki i lasy otwarte, to biegać akurat można, więc biegam coraz więcej. I latam.

Co to znaczy?
W moim życiu stale przewija się motyw skrzydeł, są obecne wszędzie, w Fundacji „Unaweza”, w mojej kolekcji biżuterii dla W.Kruk. Po prostu zawsze chciałam latać, doświadczyć pędu powietrza. Próbowałam siadać za sterami awionetki, śmigłowca, podobało mi się, ale jakoś nie kliknęło. Okazało się, że dla mnie kwintesencją latania są skoki spadochronowe. Kiedy to zrozumiałam, zapisałam się na kurs, zostałam samodzielnym skoczkiem spadochronowym i zaczęłam skakać. Dopiero doświadczenie swobodnego lotu w powietrzu okazało się spełnieniem moich marzeń. Po pierwszym samodzielnym skoku napisałam: „Zrobiłam to!”, do Heather Swan, bohaterki jednego z odcinków „Kobiety na krańcu świata”, bo to ona wiele lat temu podsunęła mi ten pomysł. Sama jest zresztą rekordzistką świata w kilku dyscyplinach skoków spadochronowych. Zawsze powtarzam, że kobiety, które spotykam na swojej drodze, są dla mnie największą inspiracją.
Jest taka gra, w którą gram ze znajomymi w podróży – „O kim teraz myślę?”. Mają to być bardzo znane osoby. Inni zadają pytania, ty odpowiadasz: tak lub nie. Kiedyś ty byłaś jej bohaterką i było to najtrudniejsze zadanie, bo nie mieściłaś się w żadnej kategorii.
Rzeczywiście, może trudno mnie zaszufladkować, można powiedzieć, że jestem „wielozadaniowa”. Ostatnio Elżbieta Dzikowska mi tłumaczyła, że podróżnik wyjeżdża, żeby coś odkryć, turysta – żeby wypocząć, więc chyba jestem podróżniczką. Jestem też dziennikarką z wyboru, bo nie z wykształcenia. No i jestem mamą. W sumie to też mam problem ze skategoryzowaniem siebie. Najchętniej zostałabym więc po prostu sobą, Martyną. 

Martyna Wojciechowska, podróżniczka, dziennikarka, autorka kilkunastu książek, zdobywczyni między innymi Korony Ziemi. Od 2009 roku realizuje na antenie TVN program „Kobieta na krańcu świata”. Od 2019 roku stoi na czele Fundacji „Unaweza”, która daje kobietom skrzydła poprzez wyrównywanie szans ekonomicznych, społecznych i prawnych. Prywatnie mama Kabuli i Marysi. Żona dziennikarza i podróżnika Przemysława Kossakowskiego

Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy Cicha 23 Event Place w Markach, www.cicha23.pl

zdjęcia: Marta Wojtal, makijaż: Eryka Sokólska, fryzury: Ewa Pieczarka, stylizacja: Dominika Zasłona-Dukielska i Marcin Brylski, produkcja: Dominika Zasłona-Dukielska. Martyna ma na sobie koszulę dżinsową i dżinsy LEVI'S, botki MAKO, kardigan beżowy MAX MARA/MODIVO.PL, sukienkę jako koszulę POLO RALPH LAUREN/MOLIERA2.COM, top BYNAMESAKKE, dżinsy LEVI'S, buty TAMARIS, sweter beżowy H&M, biustonosz TRIUMPH, spodnie beżowe RESERVED, kardigan na zdjęciu czarno-białym VICHER, top TOMMY HILFIGER/MODIVO.PL, dżinsy LEVI'S, botki MAKO, sweter H&M, koszulę RESERVED, biżuterię W.KRUK.

  1. Psychologia

8 kroków do zbudowania świadomej samooceny

Przedstawiamy 8 prostych kroków do zbudowania świadomej samooceny. (Fot. iStock)
Przedstawiamy 8 prostych kroków do zbudowania świadomej samooceny. (Fot. iStock)
Znasz swoją wartość i umiesz korzystać z wewnętrznej mocy? Potrafisz wyciągać wnioski z życiowych doświadczeń i szanujesz lekcje, jakie dostajesz od losu? Masz odwagę marzyć i realizować marzenia? Oto 8 kroków do zbudowania świadomej samooceny.
  1. Weź odpowiedzialność za swoje życie

Czasami łatwiej uwierzyć, że szczęście zależy od warunków zewnętrznych lub od konkretnej osoby. Jeśli coś nie układa się tak, jak tego chcemy, łatwo obwiniać okoliczności życiowe albo innych ludzi. Większym wyzwaniem jest wzięcie odpowiedzialności za swoje życie i wszystkie podejmowane decyzje, bez obwiniania siebie za niepowodzenia.

  1. Wyciągaj wnioski z doświadczeń

Każda trudna sytuacja jest okazją do wzmocnienia poczucia własnej wartości. Staraj się podchodzić refleksyjnie do tego, co ci się przydarza. Jeśli traktujesz doświadczenia jak lekcje i odczytujesz zawarte w nich nauki, będziesz wychodzić zwycięsko z każdej sytuacji.

  1. Zrewiduj swoje przekonania

Życie potrafi uczyć poprzez kontrasty. Dostajemy to, czego nie chcemy, żeby łatwiej było nam poczuć to, czego pragniemy. Aby nie powtórzyć po raz kolejny podobnego doświadczenia, poznaj przekonania, które mogły przyciągnąć daną sytuację. Czas na zmianę tych, które już ci nie służą. Dla przykładu, jeśli jesteś niezadowolona z pracy, bądź świadoma, że to nie wina szefa oraz tego, co w tej pracy wykonujesz. Dzięki „nielubianemu zajęciu” możesz poczuć, czego tak naprawdę chcesz

  1. Bądź wdzięczna

Praktykuj świadomość pełni, czyli doceniaj to, co już masz. Zamiast narzekać na brak czegoś, poczuj wdzięczność za wszystkie dobre sytuacje, których doświadczyłaś. Za przyjaźnie z ludźmi i piękne chwile z bliskimi. Doświadczaj stanu obfitości. Ciesz się z samego faktu, że żyjesz i możesz doświadczać życia. Szczęście to stan, który nie jest uwarunkowany przez świat zewnętrzny, ale przez to, jak się czujesz sama ze sobą, a dopiero następnie ze światem.

  1. Kochaj siebie

Zbuduj pozytywną relację z samą sobą. Bo jeśli kochasz siebie, potrafisz kochać innych. Nie czekaj zatem na komplementy od bliskich, ale sama mów je sobie codziennie. Dbaj o komfort ciała, relaks, zdrowe jedzenie i dobry sen. Choćby na 10 sekund połóż dłoń pośrodku klatki piersiowej. Poczuj swój oddech i przywitaj się w myślach z własnym sercem. Podziękuj mu za to, że pracuje dla ciebie 24 godziny na dobę. Spróbuj również od czasu do czasu sprawiać sobie prezenty, niekoniecznie materialne. Może to być chociażby wieczorne patrzenie w gwiazdy, słuchanie ulubionych utworów czy zapisanie się na masaż.

  1. Bądź uczciwa wobec siebie

Jeśli czujesz, że nie masz na coś ochoty, ale jednocześnie nie chcesz kogoś urazić lub zawieść, zatrzymaj się. Posłuchaj wewnętrznego głosu intuicji oraz uświadom sobie reakcję ciała. Jeśli zdecydowanie podpowiadają ci, aby nie iść na spotkanie towarzyskie, firmową imprezę lub cokolwiek innego – działaj w zgodzie ze sobą. Jeżeli robisz wiele rzeczy, które nie dostarczają ci pozytywnych emocji, możesz szybko poczuć zmęczenie i frustrację. Nie musisz godzić się na coś tylko dlatego, że tak wypada. Angażuj swój czas i energię w to, co jest dla ciebie wartościowe, co sprawia, że rosną ci skrzydła i czujesz się zainspirowana.

  1. Nie odwlekaj ważnych spraw

Jeśli często załatwiasz ważne sprawy w ostatniej chwili, zapytaj siebie: Dlaczego przeciągam coś, co mogę zrobić wcześniej? Czy robię to ze strachu przed niepowodzeniem? A może z lęku przed nieznanym? Odwlekanie ważnych spraw jest jak dokładanie kamieni do ciężkiego plecaka. Po jakimś czasie jest już tak przeładowany, że utrudnia codzienne funkcjonowanie. Problemy nie znikną, dopóki nie podejmiemy działania. Zrób listę odkładanych od dawna spraw. Wybierz na początek pięć najważniejszych, zdecyduj, od której zaczniesz swój program nieodwlekania.

  1. Żyj w równowadze

Traktuj siebie jak najlepszą przyjaciółkę, z którą spotykasz się regularnie i jest to bardzo pozytywne oraz inspirujące doświadczenie. Jeśli nie ma w twoim życiu równowagi między kontaktem z innymi oraz kontaktem z samą sobą, możesz odczuwać frustrację i rozdrażnienie. Nasza kobieca natura domaga się, abyśmy celebrowały kontakt z samymi sobą na równi z kontaktem z innymi ludźmi. Sprawdź zatem, czy w twoim życiu istnieje równowaga w tej kwestii.

Ćwiczenie: Namierz swoje marzenie

Wybierz jedno marzenie, z którym będziesz pracować. Wyobraź sobie, że ono właśnie się spełnia. Jeśli jest to świetna praca, zobacz siebie w tym miejscu, zadowoloną i spełnioną. W trakcie widzenia tych pozytywnych wyobrażeń skup się na swoich emocjach. Jakie myśli pojawiają się w twojej głowie? Oddychaj głębiej. Obraz, jaki widzisz pod powiekami, jest coraz bardziej realny. Wyobraź sobie, że ty z wymarzonej rzeczywistości przekazujesz sobie, siedzącej na krześle, ważną wiadomość w postaci paczki. Może ona zawierać jakiś przedmiot, list, kartkę ze zdaniem. To symboliczna wskazówka dotycząca spełnienia marzenia. Na koniec zapytaj siebie, czy to marzenie jest tym, czego pragnie twoje serce.

  1. Psychologia

Mówię „tak”, myślę „nie” – dlaczego robimy dobrą minę do złej gry?

Pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. (Fot. iStock)
Pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. (Fot. iStock)
Dlaczego wiele kobiet, mówiąc np. „Wszystko w porządku”, „Jasne, możesz iść do pubu”, nie zawsze właśnie to ma na myśli? Dlaczego nie mówi prawdy?
  • Nie mówi wprost, gdyż w młodości nikt ich nie uczył, że może bezpiecznie pokazywać swoje emocje – te negatywne również.
  • Dziewczynki są wychowywane na to, żeby były grzeczne i żeby wczuwały się w emocje innych.
  • Kobieta nie chce wprowadzić negatywnych emocji, więc ukrywa je.
  • Z drugiej strony bardzo się męczy, więc „po fakcie” robi awanturę lub wybucha, czasem żałując tego i winiąc się.
  • Kobieta może odczuwać niepokój związany z tym, że mężczyzna wychodzi, podoba mu się ktoś inny itp. To są normalne emocje, ale nie dla kobiety, która czuje się bezsilna.
  • Poczucie bezsilności wynika z tego, że nikt nie liczył się z nią jak była mała, nie było ważne, czy chce czy nie chce, żeby mama wyszła czy została. Nie miała wpływu na to, czego chciała lub czego nie chciała.
  • Bezsilność też ma dużo wspólnego z poczuciem wartości. Kobieta cały czas może bać się o swojego mężczyznę, o to, że coś go porwie i już do niej nie wróci. Chce, żeby on się domyślił, czego ona naprawdę chcą. Już sama taka propozycja, że on chce iść gdzieś sam czy np. do klubu, obraża ją. Bo przecież ona zawsze z nim! Co ona mówi naprawdę? „Nie idź! Nie chciej iść, zostań ze mną lub weź mnie ze sobą”. Kobieta mówi też „A ja?”, „A ja co mam ze sobą zrobić?”, „Jak ty wybierasz inne rzeczy, to ja nie mam wartości”.
  • Globalnie kobiet nie zachęca się do rozwoju i samodzielności, więc w takich sytuacjach czują się niechciane.Dlatego tak ważne są dla kobiet warsztaty i szkolenia, które mają je wyciągnąć ze stereotypów.
  • Kobiety myślą, że są po coś, dla niego, muszą mieć wartość serwisową, więc jak facet ma swoje plany, to czują się niepotrzebne.
  • Kobieta pracująca nad sobą ucieszy się, że facet wychodzi i ma czas dla siebie... ma przecież tyle do zrobienia.
  • Jeżeli facet za często mówi o innej kobiecie i jest nią zachwycony, to zdrowa kobieta powie: „Słuchaj, mówisz o tej Ewce, że ona taka fajna, a mnie się przykro robi. To ja jestem twoją kobitką, pamiętasz? - oczywiście szczerym i miłym tonem.

Długo miałam kłopot z takim przekazem i przykładem, jaki płynął od mojej mamy pt. trzeba robić dobrą minę do złej gry. Znaczy – kobieto, nie pokazuj prawdy o sobie, bo znajdziesz się na straconej pozycji. Wobec kogo? Ano oczywiście, przede wszystkim wobec faceta, ale też właściwie wobec wszystkich. Bo wyjdziesz na tę głupią co to się przejmuje, odsłania się, słowem – nie radzi sobie.

Długie lata pokutowało i ciągle w wielu kręgach pokutuje przekonanie, że radzić sobie to albo nie czuć przykrych uczuć, albo ich nie pokazywać. Jestem przekonana, że ludzie w to głęboko wierzyli i niektórzy wciąż wierzą, że tak jest dla nich lepiej. Myślę, że moja mama też. Już jej darowałam i ogromnie się cieszę, że sama mogę żyć inaczej. Że żyję w czasach, w których o człowieku dowiadujemy się coraz więcej. Że sama też się mogę ludźmi i sobą w taki nowy, autentyczniejszy sposób zajmować.

Dwie nowożytne wojny światowe, a szczególnie ta druga, przeorały świat. W owym słynnym czasie „przed wojną” świat szczycił się uporządkowaniem, postępem, rozwojem. Ludzie mieli dość wyraźnie przypisane sobie miejsca w hierarchii społecznej i dość jasne role do odegrania. Jeśli sprawdzali się w rolach i akceptowali swoje miejsce, mieli poczucie sensu życia. Mogli się oczywiście przemieszczać między poziomami społecznymi, to nawet mogło być „coś”. Przemieszczanie do góry związane było z uznaniem, do dołu z politowaniem. Ale było dość rzadkie, wyraziste, wybijające się z tła.

Tło obowiązywało. I było jasne, gdzie góra, gdzie dół. Po wojnie już nic nigdy nie było takie samo.

Może się wam wydaje, że uderzyłam w zbyt wysoki ton, no bo gdzie damski fałsz do wojny. Zawsze „się wiedziało”, że kobitki umieją prowadzić grę. Tak, i ta gra była częścią tego porządku przedwojennego. Te flirty, minki, uwodzenia to był program do odegrania przed ślubem lub romansem. Panowie byli od zdobywania, panie od ulegania, po uprzednim wykonaniu odpowiednich kroków.

Wojna pokazała ludzkie masowe okrucieństwo, zło i obojętność na taką skalę i tak w środku naszego uporządkowanego świata, że ten porządek stałości społecznej runął.

Okazało się, że na nic nie ma gwarancji. Nastąpił chaos. Ale ludzie zaczęli powoli odbudowywać poczucie bezpieczeństwa, przenosząc je coraz bardziej do środka. Do swego wnętrza. Człowiek zaczął także sensu życia szukać bardziej w sobie niż na zewnątrz. Przywróciliśmy wartość jednostce. Skoro państwa, przywódcy, idee nas nie ratują – musimy ratować się sami. Wydaje mi się, że to pomogło kobietom wzmóc falę równouprawnienia. Kobieta jest jednostką ludzką, człowiekiem, osobowością, obywatelką, twórczynią. Jednak tam gdzie fala się wznosi – inna opada. Kiedy coś tak bardzo się zmienia, następuje też opór starego. Kobiety patriarchalne chcą zachować stary porządek. Miały w nim może poślednią rolę, ale miały zapewnienie bytu przez mężczyzn. Nie musiały być za siebie odpowiedzialne. Poza tym ktoś inny wtedy jest winien jeśli coś z życiem, ze światem się psuje. Nie one.

Żyjemy w naszych czasach, wpływa na nas cała sytuacja ogólnoświatowa, krajowa, regionalna, a rodzinna i osobista jest tego wszystkiego wypadkową. Część kobiet walczy o prawa do odpowiedzialności za siebie, widzą w tym ogromną wartość dla swego prawdziwego ludzkiego wzrostu, a nie dla odgrywania ról, część się od tego uchyla, bo niesie to ze sobą ryzyko osobiste i lęk.

Pojawiła się też po wojnie psychoterapia. Niegdyś nie przyszłoby ludziom do głowy chodzić do obcych świeckich po wysłuchanie, pomoc, poradę. Chodziło się ewentualnie do księdza. Teraz rośnie wiedza o ważności dzieciństwa, wychowania, traum życiowych, molestowania seksualnego, ale także o siłach człowieka, jego wspaniałym wyposażeniu i narzędziach, dzięki którym może sobie radzić z bólem i cierpieniem. I teraz już wiemy, że pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. Uczymy się, choć powoli (ale to dobrze, że powoli) tego jak być sobą, tego co to znaczy, tego aby dbać o swoje prawa, szanując też prawa innego. Kobiety są w niezwykłej, wspaniałej i jednocześnie bardzo trudnej sytuacji, budzą się do nowego stylu życia i bycia z radością i naturalnie, ale i z obawą i świadomością, że patriarchat nie chce ustąpić. Wewnątrz jednostek też odbywa się podobny proces. Znamy najlepiej to, co już było. Stare i zasiedziałe, co broni się przed zmianą, podczas gdy zmiana już otworzyła nowe drzwi. W sprzyjających warunkach łatwiej być sobą, w trudnych wracamy do starych sposobów. Pojawia się fałsz, uniki; wewnętrzna obrona, żeby za bardzo nie kosztowało lub nie bolało.

Jeśli chcemy prawdy, sami ją stosujmy, pamiętając o asertywności: dbam o swoje prawa, nie przestając pamiętać i o twoich. Jeśli obie strony to egzekwują – budujemy porozumienie oparte o solidne podstawy. Solidne, bo prawdziwe.

  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.

  1. Psychologia

Technika Pomodoro, czyli jak nie marnować czasu?

Pomodoro to jedna z bardziej popularnych metod zarządzania czasem. (Ilustracja: iStock)
Pomodoro to jedna z bardziej popularnych metod zarządzania czasem. (Ilustracja: iStock)
Jedna z bardziej popularnych metod zarządzania czasem pochodzi z Włoch. Pomaga podzielić zadania zaplanowane na dany dzień na mniejsze odcinki, a przy tym zachować wysoki poziom koncentracji. Technika nazywa się Pomodoro – od czasomierza kuchennego w kształcie pomidora. W tej roli może też wystąpić czasomierz w jakimkolwiek innym kształcie i każde inne urządzenie, które można zaprogramować na wydanie dźwięku o oznaczonej porze (budzik, telefon).

Jak to działa?

1. Sporządź listę zadań na dany dzień (możesz ją przygotować wieczorem dnia poprzedniego). Na tym etapie dobrze jest ustalić priorytety i kolejność działań.

2. Przed przystąpieniem do wykonywania pierwszego zadania z listy nastaw czasomierz na 25 minut – tyle właśnie trwa jedno Pomodoro. W tym czasie zajmujesz się jednym zadaniem lub jego częścią (ewentualnie zaczynasz następne). Ważne jest, by przez 25 minut nic poza pracą nie angażowało twojej uwagi.

3. Kiedy usłyszysz dźwięk czasomierza, przerwij pracę i nastaw go na 5 minut – tyle będzie trwała twoja przerwa. W tym czasie nie zajmujesz się pracą, nawet o niej nie myślisz. Zadbaj o chwilę relaksu. Jeśli siedziałaś przed komputerem, porozciągaj się. Jeśli pracowałaś w ruchu, usiądź.

4. Po przerwie nastaw czasomierz na kolejne 25 minut. Wróć do pracy. Potem znów 5 minut przerwy.

5. Po upływie czterech Pomodoro pozwól sobie na dłuższą przerwę (20–30 minut). Zasłużyłaś na to!

Pamiętaj, że jedno Pomodoro jest niepodzielne (zbyt częste przerwy nie służą twojej pracy). Ale nie próbuj też „szarżować” i łączyć jednego Pomodoro z drugim – tak naprawdę skuteczność tej techniki polega właśnie na przerwach!

Osoby korzystające z techniki Pomodoro twierdzą, że podnosi ona ich motywację, zwiększa wydajność i skupienie. Motywacja wzrasta ze względu na podział zadania na niewielkie odcinki – zupełnie inaczej zasiada się do pracy, kiedy nie wybiegasz myślą poza najbliższe 25 minut. To stosunkowo niedługi odcinek – świadomość tego pomaga zapanować nad rozpraszaczami. Chcesz zmobilizować się, wykorzystać go jak najlepiej. Zdziwisz się, ile można w tym czasie zrobić! Prawdopodobnie odkryjesz też, że dzięki zaplanowanym przerwom (czyli kontrolowanemu rozproszeniu) jesteś w stanie pracować w skupieniu znacznie dłużej niż dotychczas!