1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zakochanie a miłość. To od nas zależy, w kim i jak się zakochujemy

Zakochanie a miłość. To od nas zależy, w kim i jak się zakochujemy

Miłość to dojrzałe uczucie, które musi dojrzeć, aby stać się bardziej stabilne. (Fot. Getty Images)
Miłość to dojrzałe uczucie, które musi dojrzeć, aby stać się bardziej stabilne. (Fot. Getty Images)
To od nas zależy, w kim się zakochujemy – mówi psycholog Maria Rotkiel. Dlaczego w takim razie wybieramy drani czy zazdrośników? I skąd mieć pewność, że nasze uczucie to właśnie „to”?

To od nas zależy, w kim i dlaczego się zakochujemy – mówi psycholog Maria Rotkiel. Dlaczego w takim razie wybieramy drani czy zazdrośników? I skąd mieć pewność, że nasze uczucie to właśnie „to”? Miłość a zakochanie – na czym polega główna różnica?

Co psychologia sądzi o miłości od pierwszego wejrzenia?
Że to pewne nadużycie. Miłość to dojrzałe uczucie, stan, na który składa się wiele komponentów: szacunek do drugiej osoby, zaufanie, intymność. Takie uczucie potrzebuje czasu, musi dojrzeć, stać się bardziej stabilne, co nie znaczy nudne. Miłość jest też świadoma. Wiemy, co kochamy i co dzięki miłości możemy zaakceptować w drugiej osobie, a co może być dla nas trudne. Miłość jest odporna na wahania. To znaczy – mogę być zła na swojego partnera, bo mnie czymś zdenerwował, mogę mieć do niego żal, ale nadal go kocham. Miłość nie wyklucza trudnych chwil i emocji. Poza tym są różne jej odcienie: kochamy rodziców, dzieci, przyjaciół, partnera. W tym ostatnim przypadku dochodzi jeszcze jeden istotny element – erotyka.

Dlatego nie ma miłości od pierwszego wejrzenia, ale możemy mówić o zauroczeniu, oczarowaniu drugą osobą. To się zdarza, jeśli podczas pierwszego spotkania ujrzymy człowieka takim, jaki naprawdę jest. Nie takim, jakim chcemy go widzieć. Widzimy jego rozbrajający uśmiech, swobodny sposób bycia, bawi nas żart, jaki opowiedział, a na dodatek prowadzi psa, a my uwielbiamy ludzi, którzy kochają zwierzęta…Każda z nas ma takie cechy i wątki, którymi łatwo podbić jej serce. Przy czym zauroczenie może być świadome. Podobnie jak dalsze etapy: zakochanie i miłość.

W powszechnym przekonaniu zakochanie jest stanem oszołomienia. A miłość to narkotyk. Gdzie leży granica między zakochaniem a miłością?
Rozumiem, że może tu chodzić o fascynację, przyjemność, jaką dają środki odurzające, ale miłość to też odpowiedzialność, świadomość – a to ma się nijak do narkotyków. To fałszywe przekonanie bierze się chyba stąd, że osoby zakochane są rzeczywiście lekko odurzone, odporne na stres, sen, głód, a nawet ból. Badania neurologiczne i psychiatryczne potwierdzają, że nasz mózg inaczej funkcjonuje, kiedy jesteśmy zakochani. Wydziela endorfiny i inne substancje, które zwykle wydziela w sytuacjach ekscytacji albo kontaktu z substancją, od której jesteśmy uzależnieni. Każdy, kto był zakochany, wie, że w tym stanie potrzebujemy stałej bliskości z drugą osobą i każda rozłąka jest bolesna. W stanie zauroczenia zaczyna się, a w stanie zakochania podtrzymuje, ograniczona zdolność poznawcza. W terapii poznawczo-behawioralnej mówimy wtedy o filtrowaniu poznawczym, czyli: nie widzisz całego kontekstu, tylko wybrane elementy. Warto o tym pamiętać i nie poddawać się stanowi euforii i odurzenia.

A to da się zrobić? Czy można w jakiś sposób kontrolować to, jak się zakochujemy?
Da, ale trzeba się postarać. Podstawowym pytaniem, jakie trzeba sobie zadać, jest to, czy ja widzę prawdziwe cechy partnera, czy raczej moją fantazję na jego temat. Pielęgnujmy uważność na to, co zawsze było dla nas istotne, by stan zakochania nie wywrócił do góry nogami naszego życia. Skoro jestem umówiona z przyjaciółką, to idę, nie odwołuję spotkania, bo chciałabym teraz spędzać każdą chwilę tylko z nim. Przecież i jemu, i mnie dobrze zrobi taka krótka rozłąka. Można pilnować swojej trzeźwości myślenia. Co nie znaczy, że mamy się nie cieszyć zakochaniem. To najcudowniejszy stan!

To ważne, co mówisz, bo kobiety często narzekają, że pojawia się facet i jako przyjaciółki idą w odstawkę. Ale kiedy on zawodzi, pierwszą myślą jest sięgnąć po telefon i się wyżalić. Przyjaciółka może powiedzieć: „Teraz to ja nie mam dla ciebie czasu”.
Myślę, że prawdziwa przyjaciółka tak nie zareaguje, ale może być zła i pełna żalu. Niech to powie: „Przykro mi, że nie miałaś dla mnie czasu, ale jestem dla ciebie, skoro mnie potrzebujesz”. To naturalne, że kiedy jesteśmy zakochane, na pierwszy plan wysuwa się obiekt naszych uczuć, ale dbajmy o to, by nie przerodziło się to w uzależnienie. Im bardziej jesteśmy świadome siebie, asertywne i nie myślimy, że partner jest wyznacznikiem naszej wartości, tym większe szanse, że zbudujemy zdrowy, fajny związek, a nie toksyczny. Dlatego tak ważne jest przygotowanie, nawiązanie dobrego kontaktu z samą sobą. Jeśli powiem sobie: „Mam fajne życie, świetne przyjaciółki, dobrą pracę i jestem otwarta na nowe znajomości” – nie ma ryzyka, że się pogubię. Każde uzależnienie jest autoagresywne, a w wypadku uzależnienia od drugiej osoby – także agresywne, przemocowe. Bo gdy jestem uzależniona, jestem zazdrosna, despotyczna, inwigilująca, pełna niepokoju i lęku, które przerzucam na partnera.

W książce „Nas dwoje” piszesz, że to my, kobiety, mamy większą tendencję do takiego zatracania się. Z czego to wynika? Z biologii? Dlaczego się zakochujemy z taką łatwością?
Większą odpowiedzialność zrzuciłabym na społeczne stereotypy i role. Samotny mężczyzna po czterdziestce jest singlem, a kobieta – w XXI wieku w samym środku Europy – jest nadal postrzegana jako stara panna. Można się spotkać też z takimi opiniami, że ona jest nieszczęśliwa, że przegrała życie. To ogromnie krzywdzące. Dlaczego miarą kobiety ma być tylko to, czy jest w związku i czy ma dzieci? Dobrze, że się to zmienia, choć powoli. Zaczynamy dostrzegać, że kobieta może się spełniać na wielu płaszczyznach: macierzyństwa, małżeństwa, ale też pracy czy pasji. I to jest indywidualny wybór każdego człowieka.

Ale mówimy też, że miłość nie wybiera. Kochamy drani, macho, Piotrusiów Panów…
No dobrze, przyjrzyjmy się temu, co to znaczy, że zakochałam się w draniu? Że nie przerobiłam lekcji, jaką dało mi życie, że jestem autoagresywna, powtarzam przemocową sytuację z przeszłości, być może nawet z dzieciństwa. Dziecko alkoholika wiąże się z alkoholikiem, dziecko z domu przemocowego wiąże się z osobą, która też stosuje przemoc – w psychologii powszechnie znany jest przymus powtarzania. Często przyciągają nas i zauraczają cechy, które nas krzywdzą, ale to my je WYBIERAMY – czasem mniej, czasem bardziej świadomie. Miłość nam się nie przydarza, to od nas zależy, w kim się zakochujemy. Dlatego tak ważne jest, by przyjrzeć się swoim poprzednim związkom i relacjom w rodzinie. Jeśli w przeszłości była przemoc, uzależnienie, to myślę, że takie przepracowanie nie obejdzie się bez pomocy psychoterapeuty. Jako dzieci, aby się obronić, zawsze wybieramy jedyny dostępny nam sposób reakcji, czyli zwykle unikanie konfrontacji, wyparcie. Bo dziecko nigdy nie wygra w pojedynku z dorosłym. Co nie znaczy, że dziecięce zachowania mamy powtarzać w dorosłym życiu. Powinniśmy wypracować dorosłe reakcje. Jeśli ktoś mnie krzywdzi, nie pozwolić mu na to, stanąć do konfrontacji.

I na scenę znów wraca przyjaciółka – to ona zwykle jako pierwsza zauważa coś, co jej się nie podoba w naszym związku, ale jak to powiedzieć, zwrócić uwagę? Skoro my jesteśmy zamroczone.
Ja w takich sytuacjach podpowiadam sposób komunikacji, jaki stosuje się w terapii. Wspominałyśmy o tym już ostatnio. Nieoceniający, bezpieczny i motywujący do refleksji. Pytamy, nie stwierdzamy. Jeśli moja przyjaciółka opowiada, że on jest taki fascynujący, troskliwy i czuły, kończąc: „Wiesz, kiedy po niego przyjechałam, on spytał, czy nie jestem głodna, bo może skoczylibyśmy do tej knajpki obok”, to mogę zareagować tak: „Słuchaj, a czy zauważyłaś, że to często ty po niego przyjeżdżasz?”. I to już będzie dla niej bardzo trudne. Nie mówię: „A co to za facet, który sam do ciebie nie może przyjechać?!”, to będzie oceniające. Nawet jeśli przyjaciółka odpowie: „Oj, ty to się zawsze do czegoś przyczepisz”, zostaw to tak, niech w niej zakiełkuje.

A jeśli ona pyta wprost: „Co o nim sądzisz?”
Ja zaczęłabym tak: „Przede wszystkim cieszę się, że jesteś szczęśliwa i zakochana”. Potem, jeśli nie mam o nim dobrego zdania, najpierw zadałabym sobie pytanie, co wywołuje mój sprzeciw, niepokój. Na przykład zaniepokoiło mnie to, że podczas spotkania on mówił tylko o sobie. Dlaczego mnie to niepokoi? Bo martwię się, że okaże się egoistą. Dopytuję dalej. Czy jest coś, co potwierdziło moje obawy albo coś, co im przeczy? Jestem wielką zwolenniczką takiej właśnie pracy ze sobą. Różnie się to naukowo nazywa, np. dialogiem sokratejskim, w każdym razie chodzi o poszerzenie perspektywy poprzez pytania, które pomagają mi ujrzeć pełniejszy kontekst. Tak pracuję ze swoimi klientami, ale i ze sobą. Wracając do naszego przykładu, po głębokiej analizie możemy podzielić się swoimi przemyśleniami z przyjaciółką, ale mówmy o odczuciach, nie ferujmy wyroków.

Jedna sprawa to sytuacja, w której on nie jest taki, jak nam się wydawał. A gdy to my gramy kogoś innego?
To jest największa pułapka, w jaką wpadamy w związkach. Czym innym jest chęć zaprezentowania się od jak najlepszej strony, czym innym udawanie kogoś, kim nie jestem. Po pierwsze, strasznie się tym umęczymy – niewiele z nas jest w stanie funkcjonować na dłuższy czas nie w swojej skórze. Po drugie, mężczyźnie może się to spodobać, ale pytanie, w kim się on zakochuje? Bo na pewno nie we mnie. I na czym buduję tę relację? Na kłamstwie. A to z góry skazuje ją na niepowodzenie. Wcześniej czy później to, jaka jestem naprawdę, wyjdzie na jaw. I im bardziej to, kogo udawałyśmy, będzie odbiegało od prawdy, tym większe rozczarowanie i złość partnera. Każda z nas ma fantastyczne cechy, i to na nich budujmy pierwsze wrażenie. Oczywiście są w nas rzeczy, nad którymi wolałybyśmy popracować, i o nich też będzie musiał się dowiedzieć. Niekoniecznie na pierwszej randce. Nie ma sensu mówić: „Muszę cię uprzedzić, że jestem straszną bałaganiarą”, on i tak to zauważy w miarę rozwoju relacji. Może widząc artystyczny nieład w naszym mieszkaniu, zapyta: „Ty chyba nie lubisz sprzątać?”. Nie zaprzeczaj, ale dodaj: „Tak, ale za to świetnie gotuję” (śmiech).

Miłość a zakochanie – po czym można poznać, czy jesteśmy zakochani, a po czym, że już kochamy?
Zakochujemy się „ponieważ”, kochamy „pomimo”. Zakochanie to troska o siebie, miłość to troska o drugą osobę. To są dwie podstawowe różnice. Moment przejścia od zakochania do miłości jest moim zdaniem jednym z piękniejszych w życiu, wręcz metafizycznym. Miłość pozwala być z kimś, mimo że nas czasem zawodzi, rozczarowuje czy wkurza. Zdolność do miłości dojrzałej jest powodem do dumy i źródłem satysfakcji.

Niektóre osoby nie są jednak w stanie wyjść poza fazę zakochania. A miłość wydaje im się wtedy zupełnie nieosiągalna.
Bo są uzależnione od zakochania, tak zafascynowane tym stanem, że nie potrafią przekształcić go w głębsze uczucie. Moim zdaniem to przejaw niedojrzałości, egocentrycznego dbania o pewien poziom pozytywnych emocji i nieumiejętność konfrontowania się z trudnościami. Dla nich bezpieczeństwo i stabilizacja to rutyna, nuda. Tymczasem rutyna jest wtedy, kiedy nie chce nam się już starać. Są też osoby, które boją się zakochania. Sabotują związki dobrze rokujące, bo nie chcą dać się rozwinąć uczuciu w obawie, że później je stracą. Myślę, że jednym i drugim trudno będzie sobie z tym poradzić bez pomocy kogoś z zewnątrz.

A co, jeśli obiekt naszych uczuć lub fascynacji nie odpowiada nam tym samym? Dlaczego się zakochujemy w osobach, które nie odwzajemniają naszych uczuć?
Radzenie sobie z sytuacjami, gdy ktoś nam mówi „Lubię cię, ale nic więcej”, to tak naprawdę radzenie sobie ze stratą. Tracimy w życiu wiele rzeczy: pieniądze, majątek, pracę, bliskich ludzi. To naturalne, że pojawiają się frustracja i smutek, ale one miną i znów otworzymy się na nowe. To klasyczny proces żałoby, czyli: wyparcie, złość, szukanie winnego, smutek i zwrot ku przyszłości. Pozwólmy sobie przejść przez te wszystkie etapy. I pogratulujmy sobie, że jesteśmy w stanie się zakochać, zafascynować kimś, że świat jest pełen mężczyzn, którzy mogą nam zapaść głęboko w serce. Walczmy z tym, co czasem nas dopada, czyli przekonaniem, że nie ma już fajnych facetów. Są i już nie mogą się doczekać, by nas spotkać.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zakochanie - doświadczenie rozwojowe

Jeśli spojrzymy na zakochanie przez pryzmat psychologii zorientowanej na proces możemy dostrzec, że jest to niezwykle rozwojowe doświadczenie. (Fot. iStock)
Jeśli spojrzymy na zakochanie przez pryzmat psychologii zorientowanej na proces możemy dostrzec, że jest to niezwykle rozwojowe doświadczenie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kto z nas nigdy nie był zakochany? Nie czuł motyli w brzuchu? Miłosne uniesienia przeżywamy od najmłodszych lat, już w przedszkolu mamy pierwszych partnerów a nawet bierzemy z nimi "śluby". Większość z nas chce się zakochać, doświadczyć tego niezwykłego stanu. Ale nie zawsze proces ten przebiega gładko. Jak go badać?

Wydaje nam się, że jeśli tylko ta druga osoba odwzajemni nasze uczucia to może być już tylko dobrze. Bajki przeważnie kończą się właśnie w momencie, kiedy po wielu perypetiach para wreszcie się schodzi i rozpoczyna długie i szczęśliwe życie. Rzeczywistość bywa jednak inna. Często okazuje się, że kiedy mija euforia, związek z wymarzoną osobą nie daje nam szczęścia. Bywa też tak, że nie mamy nawet szansy wejść w związek, ponieważ nasze uczucia nie są odwzajemniane. W takich momentach wydaje nam się, że nasz świat legł w gruzach i już nigdy nie będziemy szczęśliwi. Jednak mija jakiś czas i na horyzoncie pojawia się nowa osoba, która przyprawia nas o szybsze bicie serca, a świat znów wydaje się piękny. Mimo, że podobne cykle przeżywamy wiele razy nadal nie wiemy, ani co się z nami dzieje ani jak poradzić sobie z „huśtawką emocjonalną”, która często towarzyszy zakochaniu. Zakochanie postrzegane jest również jako stan, w którym nie mamy wpływu na to, co się z nami dzieje. Czy musi tak być? Co możemy zrobić, gdy trafi nas strzała Amora?

Jeśli spojrzymy na zakochanie przez pryzmat psychologii zorientowanej na proces możemy dostrzec, że jest to niezwykle rozwojowe doświadczenie. Arnold Mindell, twórca tego nurtu psychoterapii uważa, że wszystko, czego doświadczamy niesie nam ważną informację o nas samych. Silne emocje, które towarzyszą pewnym zdarzeniom lub osobom pojawiającym się w naszym życiu, są sygnałem, który dopomina się o uwagę. Jeśli go zignorujemy, przybierze na sile. Jak więc możemy badać doświadczenie zakochania? Przyjrzyjmy się na przykład samemu stanowi. Jest on na tyle odmienny od naszego zwyczajnego sposobu postrzegania rzeczywistości, że bywa nawet porównywany do choroby. Robimy rzeczy, których byśmy się po sobie nie spodziewali. Możemy nie spać, nie jeść, mamy w sobie tyle energii, że cały świat stoi przed nami otworem, czasem też mamy poczucie bycia w innej rzeczywistości. W czasie zakochania mamy bardzo wiele różnorakich doświadczeń, każde z nich jest warte zauważenia i objęcia świadomością.

Kolejnego obszaru do refleksji mogą nam dostarczyć osoby, które nas pociągają. Być może zawsze zakochuję się w określonym typie mężczyzn czy kobiet. Jakich cech u nich szukam? Wokół tego tematu istnieje wiele mitów na przykład, że kobiety wolą niegrzecznych chłopców, mężczyźni wolą blondynki itp. Choć często mamy wyobrażenie o tym jakie osoby nas pociągają, to rzadko zastanawiamy się nad tym, co dokładnie przyciąga nas do tego typu osób, czego w nich szukamy, co ma nam dać ta relacja. Scenariuszy może być wiele, każdy z nas poszukuje czegoś innego. Niektóre kobiety w związkach z tzw. „niegrzecznymi chłopcami” mają potrzebę doświadczenia swojej siły „ja sobie z nim poradzę, ja go zmienię”, inne potrzebują ryzyka i balansowania na granicy. Można by podać wiele przykładów, ale najważniejsze jest to, aby uświadomić sobie swój własny sposób funkcjonowania. Kiedy odkryjemy jakie osoby nas przyciągają, warto jest przyjrzeć się naszemu arsenałowi środków uwodzenia. Zanim pójdziemy na randkę spędzamy wiele czasu na przygotowaniach, radzimy się przyjaciół w co się ubrać, stresujemy się czy dobrze wypadniemy. Chcemy pokazać się od jak najlepszej strony, w końcu pierwsze wrażenie to podstawa. W tym celu stosujemy różne „sztuczki”, chcemy zaprezentować się w konkretny sposób, w jaki? Czy chcę zabłysnąć inteligencją, seksapilem, pozycją? Jak chce być odebrana/y przez drugą osobę?

Kolejnym ważnym obszarem do refleksji są nasze marzenia i nadzieje, które wiążemy ze związkiem z daną osobą. Jakie najgłębsze pragnienia miałyby się w nim spełnić? Jaka wizja wprawia mnie w stan euforii, a jaka w stan przygnębienia - czego się najbardziej boję? Ten obszar jest istotny na każdym etapie relacji. W psychologii procesu nazywamy to jasnymi i ciemnymi snami relacyjnymi. Każdy z nas ma takie sny, jednak warto jest zdawać sobie sprawę, czego tak naprawdę chcemy, oczekujemy od relacji, a z czego możemy zrezygnować. Taka świadomość daje nam możliwość pełniejszego i bardziej świadomego nawiązywania i tworzenia relacji. To tylko kilka przykładowych tematów łączących się z hasłem „zakochanie”, które można badać metodami psychologii zorientowanej na proces.

Po co to robić? Czy nie odbierze to zakochaniu jego magii i nie pozbawi nas całej frajdy? Rzeczywiście istnieje ryzyko, że poznawszy siebie bardziej, możemy zakochiwać się rzadziej i mniej intensywnie. Jednak radość i przyjemność jaką daje nam zakochanie może na stałe zagościć w naszym codziennym życiu. Nawet, gdy nie mamy do kogo wzdychać. Nawet, gdy obiekt naszych westchnień nie jest nami zainteresowany. Istnieje też ryzyko, że zamiast czekać, aż trafi nas strzała Amora uważniej i bardziej świadomie będziemy lokowali swoje uczucia i wchodzili w związki. Co więcej może się nawet okazać, że koniec związku to nie koniec świata, ale to już trochę inna historia.

Joanna Barlińska, psychoterapeutka, psycholog, seksuolog. Członkini zespołu Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces. Prowadzi terapię indywidualną (osoby dorosłe i nastolatki), terapie par oraz warsztaty rozwojowe.

Aleksandra Raczyńska, psychoterapeutka, tłumaczka. Prowadzi terapię indywidualną oraz terapię par, również w języku francuskim.

  1. Psychologia

Jak kochać naprawdę? O pułapkach romantycznej miłości

Nierealistyczne rozumienie miłości prowadzi do rozczarowań, utraty poczucia własnej wartości i obniżonego nastroju. Dzieje się tak z powodu przereklamowania miłości romantycznej i całkowitego pominięcia jej prawdziwej natury w życiu codziennym. (Fot. iStock)
Nierealistyczne rozumienie miłości prowadzi do rozczarowań, utraty poczucia własnej wartości i obniżonego nastroju. Dzieje się tak z powodu przereklamowania miłości romantycznej i całkowitego pominięcia jej prawdziwej natury w życiu codziennym. (Fot. iStock)
Zazwyczaj skupiamy całą swoją uwagę na prawidłowym wyborze obiektu miłosnego, ale rzadko zastanawiamy się nad tym, czy sami potrafimy obdarzyć tę osobę prawdziwym uczuciem. Namiętność i romantyczność wynosimy na piedestał, a wówczas nieliczni z nas potrafią naprawdę kochać.

Wybór partnera życiowego można łatwo porównać z transakcją kupna sprzedaży, nawet jeśli całkowicie pominiemy kwestię zamożności. Uwzględniamy przede wszystkim poziom atrakcyjności wybranej osoby, zestawiając go przy tym z własnymi walorami i możliwościami. W momencie, kiedy odnajdują się dwie osoby z podobną wartością na rynku matrymonialnym, zazwyczaj następuje zakochanie. Zależy nam na tym, by partner był przynajmniej tak samo pociągający fizycznie jak my, by posiadał walory, które obecnie są w cenie: wysoką pozycję społeczną, wyższe wykształcenie, cechy przywódcze, silne poczucie indywidualizmu. Oczywiście, różnimy się pod względem ważności każdej z pożądanych cech: dla kogoś poczucie humoru jest cechą priorytetową, a dla kogoś tylko przyjemnym dodatkiem. Nie patrząc na to, z łatwością da się uzbierać standardowy koszyk oczekiwanych cech, gdyż biorą się one ze źródła, dostępnego każdemu – naszej kultury.

W momencie zakochania następuje cudowny okres ciągłego nienasycenia się sobą i wielkiej ekscytacji. Często przyjmujemy te emocje jako dowód prawdziwej wielkiej miłości, czerpiąc wiedzę na ten temat głównie z seriali, komedii romantycznych i książkowych romansów. Chcemy, by scenariusz z bajki wydostał się z wyobrażenia i stał się rzeczywistością: przecież całe dzieciństwo marzyliśmy o rycerzu na białym koniu i śpiącej królewnie. Nierealistyczne i błędne rozumienie miłości prowadzi do rozczarowań, utraty poczucia własnej wartości, obniżonego nastroju. Dzieje się tak z powodu przereklamowania miłości romantycznej i całkowitego pominięcia jej prawdziwej natury w życiu codziennym. Scenariusz filmowy rzadko pokrywa się z rzeczywistością, brakuje w nim skupienia się na najważniejszych cechach, które są spoiwem długotrwałej i stabilnej miłości.

Erich Fromm wyróżnia cztery jej podstawowe składniki: troskę, poszanowanie, poczucie odpowiedzialności i poznanie. Matka, kochająca swoje dziecko, przede wszystkim obdarza je troską: karmi, przewija, czule reaguje na płacz czy niepokój. Sprawdza, czy nie jest mu za zimno, za gorąca, czy nie wieje przy oknie, czy łóżeczko jest wygodnie pościelone. Widząc troskę matki o dziecko, wierzymy również w jej miłość do niego. Jeśli nie interesujemy się aktywnie życiem partnera: jego przeżyciami, rozwojem, wewnętrznym i zewnętrznym światem, nie możemy mówić o miłości.

Odpowiedzialność jest składnikiem, który straszy nieprzygotowane do poważnego związku osoby, gdyż traktuje się go często jako przykry obowiązek. Natomiast chęć odpowiadania za drugą osobę jest całkowicie dobrowolna. Jeśli kochamy kogoś, jego problemy stają się naszymi problemami, jego niepowodzenia przeżywamy jako własne, a jego interes stoi na równi z naszym.

Poszanowanie pozwala drugiej osobie na bycie sobą, rozwijanie się i wzrastanie na swój niepowtarzalny sposób. Jest to całkowita wolność podarowana partnerowi, wolność dla jego wyborów, planów, celów, sądów, wierzeń. Nie możemy mówić o miłości, jeśli usiłujemy zrobić z innej osoby kogoś, kim nie jest, egoistycznie wzorując się na swoich wykształconych wcześniej oczekiwaniach. Jeśli lubisz koty, to wybierając pupila dla siebie, kupisz kota, i nie przyjdzie ci do głowy wziąć psa i uczyć go miauczeć i mruczeć.

Poznanie jest zaproszeniem innej osoby do swojego świata. Nie wystarczy tylko być zaproszonym, przede wszystkim musimy chcieć w ten świat wejść i poznać go. Zespolenie się we wszystkich formach jest oznaką pełnego poznania drugiego człowieka. W akcie całkowitego obnażenia się, będącym wynikiem wielkiego zaufania, poznaje się drugą osobę, jej wnętrze. Przenikając się nawzajem, odkrywamy i uczymy się nie tylko ukochanej osoby, ale również siebie.

Fromm twierdzi, że miłość jest sztuką, której trzeba się nauczyć. Dziecko, ucząc się czytać, najpierw poznaje litery, potem próbuje tworzyć sylaby. Z czasem zaczyna rozpoznawać krótkie, często używane słowa, wymawiając je coraz szybciej i sprawniej. Po pewnym czasie czytanie już nie stanowi takiego wysiłku, jak przed tym, tylko przychodzi z łatwością, staje się czymś naturalnym. W miłości nie da się zacząć od czytania „Romeo i Julii”, gdy nie poznaliśmy jeszcze liter, a nawet jeśli znamy litery, to niestety musimy zacząć od abecadła: zrozumienia czym w ogóle jest słowo „kochać”.

  1. Psychologia

Od zakochania do dojrzałego związku

W związku od początku najważniejsza jest szczerość, a także bycie w kontakcie z samym sobą oraz świadomość własnych uczuć. Podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu jest również dzielenie się odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby. (Fot. iStock)
W związku od początku najważniejsza jest szczerość, a także bycie w kontakcie z samym sobą oraz świadomość własnych uczuć. Podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu jest również dzielenie się odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby. (Fot. iStock)
Podstawą dojrzałego związku są wspólne cele, bagatelizowane na początku różnice mogą stać się przeszkodą nie do pokonania - tłumaczy Marta Wołowska-Ciaś, terapeutka Gestalt.

W początkowej fazie znajomości zakochani najchętniej w ogóle nie rozstawaliby się. W pewnym momencie to „zakleszczenie” się kończy. Zakochanie to faktycznie wyjątkowy moment w związku. Można powiedzieć - niepowtarzalny, pod wieloma względami. Wszystko dzieje się po raz pierwszy: pierwsze spojrzenia, spotkania, dotyk,  potem: wyjawianie tajemnic, rozmowy o przeszłości, dzieciństwie, planach na przyszłość, pocałunki, intymne kontakty…  To budzi niesamowicie pozytywne uczucia. Ekscytacja i niemal euforia towarzyszą każdemu spotkaniu, oczekiwaniu na telefon, rozmowę, wiadomość. Po kilku tygodniach partnerzy spotykają się coraz częściej, spotkania trwają coraz dłużej i dochodzi do nich w bardzo różnorodnych sytuacjach. To już nie tylko randki w kinie i kolacje przy świecach, ale wspólne weekendy, wyjazdy we dwoje, poznawanie znajomych. Zakochani stają się coraz mniej zahamowani i bardziej skłonni do wzajemnego pochwalania się i ganienia. Stają się bardziej empatyczni, rozwijają swoje własne zwyczaje, systemy porozumiewania się, scenariusze wzajemnych kontaktów.  

Jak wykorzystać ten proces dla budowania dojrzałej relacji? Od początku ważna jest szczerość i uczciwość w związku, a także bycie w kontakcie z samym sobą, świadomość własnych uczuć tu i teraz. Dzielenie się zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi myślami i odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby jest podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu.

Na przykład? Kiedy osoba jest świadoma swoich własnych uczuć w danym momencie - warto pamiętać, że są to: złość, smutek, radość, strach - ma wolność wyboru i zachowania. Kiedy partner spóźnia się na kolację albo spotkanie może powiedzieć: „Jest mi przykro, kiedy nie przychodzisz punktualnie. Czuję się wtedy dla ciebie mało ważna. Możemy o tym porozmawiać?”. Albo: „Złości mnie, kiedy umawiasz się ze mną, a przychodzisz razem z koleżanką. Oczekuję, że będziesz to ze mną omawiała w przyszłości, dobrze?”.

Aby związek mógł przejść w kolejną fazę, potrzebne są wspólne cele. Nie muszą być identyczne. Jednocześnie wspólne planowanie, rozmowy na temat przyszłości mogą korzystnie wpłynąć na cementowanie relacji. Jeśli cele nie będą zsynchronizowane co do głównych założeń, takich jak na przykład posiadanie albo nie dziecka, miejsce zamieszkania, jeśli zbagatelizujemy te różnice na początku, to potem mogą się okazać przeszkodą w stworzeniu trwałego związku.

Kiedy związek zaczyna dojrzewać? Kiedy mija pierwsza faza związku (około 8-9 miesięcy), „partnerzy silniej odczuwają, że ich indywidualny interes jest nieodłączny od istnienia i jakości łączącego ich związku.[...] Coraz częściej i silniej występują jako para (a nie dwie jednostki) w relacjach z innymi ludźmi. [...]  Zwiększają wysiłek wkładany w związek, podwyższając w ten sposób jego ważność we własnej przestrzeni życiowej"*. To także czas, kiedy budujemy swoje granice w związku. Dlatego tak bardzo ważna jest świadomość własnych granic. Gdzie kończę się ja, a gdzie zaczynasz się ty? Samo zadawanie sobie takiego pytania w związku, rozmowa o tym może zwiększyć naszą wiedzę i odczuwanie samych siebie.

Jak stawiać granice w związku, żeby nie zranić partnera? Drogowskazem w stawianiu granic powinny być nasze uczucia i znajomość własnych potrzeb. Warto szukać odpowiedzi na pytania: „ jak ja się czuję, kiedy mój partner proponuje to czy tamto albo zachowuje się w stosunku do mnie w taki albo inny sposób? ”, „czego potrzebuje, chcę, co tak naprawdę lubię?”.  Jeśli będziemy przekraczać siebie, nie wyjdzie nam to na dobre, a tym bardziej nie przysłuży się relacji. Wcześniej czy później „wyjdzie”, być może bocznymi drogami, w nieadekwatnej sytuacji, nasza złość czy zranienie.

Ale może się zdarzyć, że postawienie granicy będzie raniące dla partnera. Wtedy konieczna jest rozmowa, żeby zrozumieć, co kryje się za taką sytuacją. Być może nasze zachowanie przypomina mu jakieś niedokończone sytuacje z przeszłości i otwiera niezabliźnioną ranę. Może ma inny system wartości, wychowanie, wiarę, zasady i stąd mogą wynikać jego uczucia. Tego nie wiemy. To może oczywiście dotyczyć nas samych. Dlatego im bardziej jesteśmy świadomi siebie, tym łatwiej budować dobre relacje. Stawianie granic to wyraz troski i szacunku do siebie i do partnera. I pamiętajmy: asertywność to nie tylko umiejętność mówienia NIE, ale także mówienia TAK.

*cytaty pochodzą z: B. Wojcieszke „Psychologia miłości”

  1. Psychologia

Uczucie miłości. Co sprawia, że się zakochujemy? - wyjaśnia prof. Bogdan Wojciszke

Zakochiwanie się i budowanie związku ma dzisiaj inne podstawy niż u poprzednich pokoleń. Czy szukanie miłości ma w ogóle jakiś sens? (fot. iStock)
Zakochiwanie się i budowanie związku ma dzisiaj inne podstawy niż u poprzednich pokoleń. Czy szukanie miłości ma w ogóle jakiś sens? (fot. iStock)
Według prof. Bogdana Wojciszke miłość się nam po prostu przydarza. Czy szukanie jej ma zatem jakiś sens? I czy to dobrze, że dzisiaj głównie na uczuciu opieramy nasze związki?

To my szukamy miłości czy miłość sama nas znajduje?
Powiedziałbym, że to drugie. W naszym szeroko pojętym kręgu kulturowym od 50 do 60 proc. ludzi wyznaje, że to się po prostu stało, zakochali się. Nie chodzimy po świecie z zamiarem i silnym postanowieniem zakochania się – to po prostu nas dopada.

Czy można zrobić coś, żeby zwiększyć swoje szanse w tej materii? Może być bardziej uważnym, otwartym?
Miłość to bardziej stan ducha tego, kto kocha, niż rezultat tego, jacy są ci, których kochamy. Czyli to nie cechy charakteru obiektu decydują o naszym zakochaniu. Jeśli miałbym sformułować tu jakieś zalecenie, to mogłoby ono brzmieć tak: Jeżeli chcesz się zakochać, to rób coś ekscytującego. Wtedy jest duża szansa, że dostrzeżesz kogoś, kto cię zauroczy. Jest jednak jeden warunek – ta osoba już na samym początku musi ci się spodobać. W stanie ekscytacji pierwsze wrażenie się potęguje i łatwiej może przerodzić się w zakochanie. Jesteśmy wtedy bardziej „podatni” na miłość. I są na to dowody w postaci wielu badań.

Ma pan na myśli eksperyment z mostkiem? To dosyć znane badanie, w którym mężczyźni przechodzili przez chwiejny mostek, na końcu którego czekała na nich piękna modelka. W nagrodę dawała im swój numer telefonu. Okazało się, że im mniej stabilny był mostek, tym uczestnicy częściej do niej dzwonili. Adrenalina, jaką odczuwali, zwiększała atrakcyjność dziewczyny.
Ten eksperyment, jak  wiele innych podobnych, pokazał, że ekscytacja biologiczna w konsekwencji wysiłku fizycznego powoduje u badanych podniesienie atrakcyjności już i tak atrakcyjnych kobiet, jakie spotykali podczas eksperymentów. Co ważne, jeśli przed badaniem uczestnicy uznali dane kobiety za ładne, to ich atrakcyjność pod wpływem adrenaliny się zwiększała, a jeśli uznali je za mało atrakcyjne, to po przejściu przez most bardziej się im nie podobały.

Czyli uprawiajmy sport, podróżujmy, podejmujmy różne aktywności – będziemy mieli więcej okazji, by spotkała nas miłość. Ale też nie rozglądajmy się za daleko. W książce „Alfabet miłości“ przywołuje pan inny eksperyment: okazało się, że ludzie, którzy siadali obok siebie na wykładach, częściej się później zaprzyjaźniali. Rozwojowi uczucia sprzyja bliskie sąsiedztwo?
Kiedyś ludzie byli znacznie mniej kochliwi niż teraz, bo występowało ograniczenie terytorialne. Poruszali się przede wszystkim pieszo lub na rowerach, o wiele rzadziej przemieszczali się zorganizowanym transportem i nieczęsto podróżowali w dalekie zakątki kraju czy świata. Dlatego też ponad połowa małżeństw w latach 60. była zawierana między osobami, które mieszkały mniej niż 10 kilometrów od siebie. Ta bariera geograficzna obecnie w ogóle zniknęła, głównie dzięki Internetowi.

Dzięki nowym technologiom mamy o wiele więcej szans na spotkanie tego jedynego czy tej jedynej, dlaczego więc coraz mniej osób uznaje, że im się to przydarzyło?
Owszem, obecnie straszliwie poszerzyła się pula osób, spośród których można wybierać, ale o wiele częściej okazuje się to problemem niż szansą. Badania konsumenckie wyraźnie pokazują, że jeśli liczba dostępnych opcji przekracza pewien próg, to wybór staje się dla nas trudniejszy, jeśli nie niemożliwy. Jeśli mam cztery smaki dżemów, to mniej więcej wiem, który bym chciał, ale jeśli mam do wyboru 40, to moja decyzyjność spada. Wybór partnera różni się oczywiście od wyboru dżemu, ale zasada jest taka sama. Kiedyś w jednej wsi były, powiedzmy, dwie panny na wydaniu, które ze względu na atrakcyjność i pochodzenie stanowiły najlepszą partię i tylko spośród nich dobrze sytuowani kawalerowie mogli wybierać. W jakimś stopniu było im łatwiej niż na dzisiejszym rynku matrymonialnym.

Dziś trudniej jest kobietom, zwłaszcza tym wykształconym, zdolnym i atrakcyjnym, bo jest niewielu mężczyzn, którzy potrafią im dorównać. Wyzwanie, przed którym stoją, określa pan sam jako „współczesny mezalians“.
Kiedyś typowym zjawiskiem było coś, co się nazywało over-marriage – kobieta wychodziła za mąż trochę powyżej swojego statusu, wynikającego z urodzenia, coś na zasadzie związku Kopciuszka i Księcia. Kobieta wnosiła w związek coś, za co mężczyzna musiał zapłacić: pozycją społeczną lub dobrami materialnymi. Teraz na skutek emancypacji, jest coraz mniej mężczyzn, którzy są w lepszej od niej sytuacji. Zwykle kobieta musiała patrzeć trochę wyżej, a teraz musi patrzeć trochę niżej. Dużo wykształconych kobiet jest obecnie znacznie mniej zależnych od zasobów męskich, bo same mogą sobie je zgromadzić, i choć finansowo wychodzą na tym lepiej, to w kwestii związku już nie bardzo. To poważny społeczny problem.

Ale skoro nie musimy się wiązać, by mieć zapewnione finansowe czy jakiekolwiek inne bezpieczeństwo, i jesteśmy sobie równi, to może nas połączyć ze sobą wyłącznie miłość. To chyba dobrze?
Dobrze czy niedobrze, na pewno ma to swoje konsekwencje. Żyjemy w świecie, w którym – szczególnie dla ludzi w średnim wieku – wybory matrymonialne przestały być ostateczne. To znaczy są ostateczne, ale tylko na pewien okres. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że o związek trzeba dbać, ale z drugiej strony mamy poczucie, że jak się nie uda, to się rozstaniemy. Szacuje się, że połowa zawieranych dziś małżeństw za kilka lat się rozpadnie. Małżeństwo nie jest już – jak kiedyś – gwarantem stabilizacji finansowej czy posiadania i wychowania dzieci. To możemy mieć dziś poza nim.

Czy w tej kwestii potrzeby kobiet i mężczyzn się od siebie różnią?
Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mają potrzeby wspólnotowe, czyli doznawania i udzielania wsparcia, ale jednak się między sobą różnimy. Najlepiej widać to na przykładzie podejścia do seksu, choć przekłada się to także na różne sposoby zaspokajania potrzeby kontaktu.

Kobietom zależy na tym, żeby ich związki były głębsze, ale może ich być niewiele – podobnie z seksem. Natomiast mężczyźni są za bardziej licznymi związkami, ale za to płytszymi. Dlatego też nasze dążenia trochę się rozmijają. Wynika z tego, że kobiety bardziej szukają partnera, a mężczyźni partnerek.

A kompromisem okazuje się seryjna monogamia. Czyli będziemy mieli wiele związków, ale za to z jednym partnerem?
Wszystko na to wskazuje. Ale seryjna monogamia to wcale nie nowy koncept. Nasi przodkowie znali już taki model, tylko on inaczej się nazywał. Także mieli po kilka żon czy mężów, tylko o końcu związku decydowały raczej przyczyny naturalne niż potrzeba szczęścia bądź przyjemności – ich partnerzy życiowi po prostu umierali, dziś częściej umiera miłość.

Można powiedzieć, ze Henryk VIII też był seryjnym monogamistą.
(Śmiech). Zgadza się. I większość małżeństw zawierał z miłości.

Bogdan Wojciszke profesor psychologii, profesor nauk humanistycznych, wykładowca akademicki, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk. Zajmuje się badaniem dynamiki bliskich związków, autor kilkunastu książek.

  1. Psychologia

Od czego zależy szczęście w związku? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger

W miłości i w życiu często kierujemy się egoizmem i swoimi potrzebami, a to nie jest dobry fundament związku. (Fot. Getty Images)
W miłości i w życiu często kierujemy się egoizmem i swoimi potrzebami, a to nie jest dobry fundament związku. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak stworzyć udany związek? Poradników jest bez liku, rozstań jeszcze więcej. Bo tak jak nie można zaplanować, w kim się zakochamy, nie można wpływać na to, jaki jest nasz związek. Zakochujemy się z tajemniczych powodów (o narodzinach miłości decyduje nieświadomość), a gdy zaczynamy być razem, rodzi się trzecia, niezależna i nieznana nam istota, Związek. Jeśli chcemy być razem musimy go poznać i zrozumieć. Warto, bo tak, paląc w ogniu miłości egotyczne mrzonki, dotrzemy do duchowej jedności – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Zanim przeczytałam „Mity o miłości”, niemieckiego psychoterapeuty par Michaela Maryego, chciałam spytać, jak z dwóch „ja” zrobić „my”? Z tej książki wynika, że to głupie pytanie. Autor przekonuje, że związek rodzi się, gdy zaczynamy być razem jako trzecia, niezależna od naszych chęci istota. Świadomie możemy tylko poznać go, zrozumieć i jeśli chcemy być razem – przyjąć jego reguły.
Związek jako byt sam w sobie, który może być jedynie odkrywany i poznawany, a nie kreowany, to koncepcja trudna do przyjęcia dla współczesnych ludzi. Pielęgnujemy przecież  poczucie wpływu, sprawczości i osiągania celów. Ale to prawda: związek jest żywym procesem – spontanicznym, podlegającym wielu wpływom. Ogromną częścią naszego życia kieruje przecież to, co w naszym umyśle nieuświadomione. Zygmunt Freud twierdził, że nie uświadamiamy sobie ponad 90 procent naszych przekonań, motywów, uczuć i doświadczeń. Niewiele więc o sobie wiemy. Niewiele wiemy też o tym, dlaczego zakochujemy się w tej właśnie, a nie w innej osobie. Nie możemy nawet wyobrazić sobie, co dało początek złożonej kombinacji zdarzeń, które doprowadziły do zakochania tych dwojga. Nasz indywidualny los jest w ogromnej mierze wyznaczany grą sił i wydarzeń dziejących się w odwiecznej, transgeneracyjnej przestrzeni. Niezliczona ilość przeszłych kul wprawiła w ruch tę, którą przeżywamy jako nasze życie. Napędzani jesteśmy energią systemu i w dodatku nie jest pewne, że energia pozostałych kul wyczerpała się w akcie wprawienia w ruch naszego życia. Może system nadal jest w ruchu i wpływa na nas w sposób niewidoczny? Z przeczucia tej możliwości bierze się wiara w oddziaływanie przodków lub tzw. przeszłych wcieleń. Jeśli dodać do tego historię obecnego życia, to niewiele miejsca pozostaje na wolną wolę i świadome wybory także dotyczące partnera.

A więc powód każdego zakochania jest tajemnicą? Czy to tylko poezja, bo tak na prawdę kieruje nami biologia?
Biologii chodzi tylko o to, aby podtrzymać życie, a zakochują się w sobie także ludzie niezdolni lub nieskłonni do prokreacji. Miłosne spotkanie ma ponadbiologiczny, nieodgadniony cel i powód. Szczególna jakość dochodzi do głosu, gdy spotykają się „sobie przeznaczeni”. Wydaje się jednak, że w dzisiejszym świecie takie niebudzące wątpliwości zakochania zdarzają się rzadziej. Buddyści nazywają je miłością karmiczną, czyli spotkaniem zgodnym z dynamiką systemów, z których wywodzą się zainteresowani. Może ta pewność: „to ten”, „to ta” jest coraz rzadsza, bo grzeszymy pychą i nie chcemy zaufać i poddać się wyborom losu, Nieba, Amora, karmy? Zapominamy, że jesteśmy nieświadomi i się łudzimy, że samodzielnie wybierzemy lepiej. Tymczasem kierujemy się narcystycznym wizerunkiem siebie, a nie prawdziwymi potrzebami, co też wpływa na jakość i trwałość związków.

Ale bywa jednak i tak jak ze mną, a ja byłam pewna: „to ten!”, kiedy pierwszy raz zobaczyłam mojego przyszłego mąż. Bo nim go poznałam – przyśnił mi się w nocy.
To niezwykłe. Być może ludzie, w których się zakochujemy, to ci, którzy nam się wcześniej śnili? Przecież większości snów nie pamiętamy. Może to po nich powstaje wrażenie, że ich znamy? Może tak rozpoznajemy osoby, którym jesteśmy winni miłość, bo zostały przez nas skrzywdzone w poprzednich wcieleniach? Oświeceni buddyści twierdzą, że każda osoba, którą spotykamy, w przestrzeni odwiecznych interakcji mogła być naszym dzieckiem, rodzicem, partnerem. Jeśli to prawda, jesteśmy powiązani z przeznaczonymi nam, zanim się poznamy. A to, co się wydarza między nami, jest jakimś dopełniającym elementem procesu rozwoju naszej świadomości. Jego celem jest doprowadzić nas do odkrycia, jakim kosmicznym nieporozumieniem jest utożsamianie się z „ja”, otworzyć na mistyczny wymiar miłości. W buddyzmie nazywa się to pojednaniem, współodczuwaniem z całym światem. W chrześcijaństwie: komunią lub pojednaniem z Bogiem.

Taka wielka transgresja zaczyna się od zakochania?
Zakochanie jest powszechnym i dostępnym doświadczeniem pomocnym w dokonaniu transgresji, w dodatku przyjemnym. Pomaga dźwignąć naszą świadomość z poziomu „ja” do poziomu „my dwoje”, a potem jeszcze wyżej – „my wszyscy”. Zakochani czujemy, że „ja” to „ty”, widzimy tylko to, co dla nas wspólne. Fantazjujemy, że dostarczymy sobie intelektualnego pokarmu i inspiracji, że będziemy kochać wszystko to, co kocha ta druga osoba. Mit identyczności to niebezpieczna iluzja. Jeśli nie pozwolimy drugiej osobie na bycie inną niż my, czeka nas ogrom napięć, frustracji i goryczy, który doprowadzi do rozstania. Urealnienie partnera i związku, czyli ujrzenie i docenienie tego, co nas różni i co jest wspólne, to warunek bycia razem. Ucząc się tego, przyswajamy najważniejszą wiedzę: że to różnorodność jest sposobem przejawiania się jedności. Prawdziwą próbą dojrzałości jest zdolność do kochania różnych od nas. Przejdziemy ją, gdy potrzeby drugiej osoby staną w kontrze do naszych, a my mimo to będziemy wspierać ją, jego w ich zaspakajaniu. Najważniejsze i wspólne powinno być dążenie – i to wszelkimi sposobami – do odkrycia sensu i tajemnicy spotkania dwóch osób, które się w sobie zakochały i razem troszczą o to, co najważniejsze: by związek dawał obojgu poczucie spokoju, radości i wolności.

Co może być tym poszukiwanym sensem związku?
To, co potrzebujemy dzięki niemu zrozumieć, nauczyć się. Kiedy związek dojrzewa, przestajemy wyłącznie patrzeć sobie w oczy, a zaczynamy patrzeć w jedna stronę – w stronę „my”. Dostrzegamy centrum, symboliczne ognisko w jaskini, które chcemy wspólnie podtrzymywać, by nam i naszym bliskim było ciepło, bezpieczne i jasno. Wtedy dobrowolnie i pogodnie rezygnujemy z części potrzeb, już nie na rzecz drugiej osoby, lecz wspólnego ogniska. Wrzucając do niego nasze egocentryczne i neurotyczne potrzeby i złudzenia, doświadczamy uczucia uwolnienia, jakbyśmy pozbywali się nadmiaru rzeczy i śmieci. Na przykład możemy spalić – jak to się patetycznie określa – „na ołtarzu związku” nasze indywidualne potrzeby prestiżowe, bo ognisko wymaga od nas poświęcenia, np. partner choruje i nie jest to czas na kupowanie nowego samochodu – potrzeba pieniędzy na leki i opiekę. Dopóki ognisko jest dla obojga najważniejsze i oboje mniej więcej po równo do niego dorzucamy, będzie pięknie płonąć i stanie się wartością samą w sobie. W ten sposób rozwój naszego związku staje się tożsamy z naszym własnym. „My” uwalnia nas z klaustrofobicznej twierdzy „ja” i otwiera na świat.

Zdaniem Michaela Maryego związki mają cztery różne podwaliny: chęć zaspokajania potrzeb (erotyzmu, bezpieczeństwa), uzupełnianie charakterów, urzeczywistnienie projektów (łatwiejsze, gdy jesteśmy we dwoje). I czwarta: mity dotyczące związku (np. daje szczęście). Podwalina ma ogromne znaczenie, bo jeśli od związku, który ma dawać bezpieczeństwo, chcemy pomocy w realizacji ambicji, rozbijemy go.
Jak już mówiłem, to mit, że partner zaspokoi wszystkie nasze potrzeby. Wcale to jednak nie znaczy, że nasz związek jest niepełny. Jednak nawet gdy poznamy swój związek, co nam daje, a co nie, nie łudźmy się, że wszystko będziemy mieli pod kontrolą – życie i tak nas wytrąci ze światopoglądowych kolein, ucząc radzić sobie ze zmianą i przemijaniem. Samemu można stworzyć azyl izolujący od dolegliwości przemijania: szukać młodszego towarzystwa, zmieniać gadżety i samochody. W związku patrzysz na partnera jak w lustro. Jeśli więc ktoś upiera się, by w pełni kontrolować swoje życie i pielęgnować iluzję wiecznej młodości – związek jest dla niego przerażającą perspektywą. Za to tym odważnie patrzącym w lustro pomaga pozbyć się fałszywych przekonań o sobie i innych. Stąd trafna obserwacja, że ludzie spędzający życie samotnie usztywniają się w swoich ulubionych, nieadekwatnych przekonaniach. Dobry związek może nas lepiej niż samotne życie przygotować do przejścia przez igielne ucho i odnalezienia prawdziwej natury. Uwalniając od zbędnego bagażu i ozdobników, czyli bogactwa, które mamy okazję spalić w „ogniu my”. A zgodnie z biblijnym ostrzeżeniem: „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogacz wejdzie do raju”. Nie pokładajmy jednak całej nadziei w związku, bywa, że te zamierają w jakiejś teatralnej pozie i nawet nie zauważają, że „ognisko my” wygasło. Zapobiec temu można uważnością, otwartą komunikacją, gotowością na zmiany, partnerstwem i demokracją. Kochaj i rób, co chcesz... i pozwól innym robić to, co chcą. Jeśli obie strony tak czują, rozwojowa misja związku się dopełniła.

W książce „Zdobędziesz miłość, jakiej pragniesz” Harville’a Hendrixa przeczytałam, że wybieramy osobę, która przypomina nam rodziców. W związku z nią mamy jeszcze raz przeżyć to, co było najtrudniejsze w dzieciństwie, by tym razem pokonać te traumy. To musi boleć i dlatego udaje się to jedynie 5 proc. par.
Ognisko rozpalone z osobą z takiego klucza będzie tak gorące i gwałtowne, że wytrwanie przy nim może się okazać zbyt trudne. Krótko mówiąc – może nieźle dać popalić, bo wrzucimy do niego sprawy, najtrudniejsze, najbardziej bolesne. Jak się uda wytrwać, czeka nas nagroda: uwolnienie od wielkiego, generującego lęk ograniczenia. Dlatego gdy stajemy przed dylematem czy wybrać drogę łatwiejszą czy trudniejszą, wybierajmy trudniejszą. Pamiętam pacjentkę, która w dzieciństwie była zdominowana przez agresywnych starszych braci i ojca. Pozbawiona kobiecego wsparcia ze strony zalęknionej matki. W efekcie – w dorosłym życiu – asekuracyjnie wybierała słabych mężczyzn, lecz związków z nimi nie mogła utrzymać. Bo też jej głęboką potrzebą jest skonfrontować się – jako dorosła kobieta – z agresywnym mężczyzną i nie dać się zapędzić w kozi róg. Dzięki temu przekroczyłaby to, co uniemożliwia jej stworzenie szczęśliwego związku.

Właśnie: szczęśliwego... Michael Mary opisuje małżeństwo, które chciało, żeby było miło. Jednak kiedy tylko usiedli obok siebie, wybuchała kłótnia. Zdaniem autora dlatego, że ich Związek chciał czegoś innego niż oni, chciał, by się usamodzielniali, gdy oni dążyli do większej bliskości.
Związki służą m.in. temu, byśmy dojrzewali. Jeśli sprzeniewierzamy się tej ich funkcji i naginamy do naszych niedojrzałych, neurotycznych potrzeb, to związek zaprotestuje i doprowadzi do konfliktu. Konflikt jest wehikułem rozwoju. Jeśli jednak korekcyjne konflikty zamiatamy pod dywan, bo nie pasują do scenariusza „ma być miło”, to z czasem dojdzie do wybuchu, który rozwali związek. Nie można bać się konfliktów. Prawie nigdy nie są powodem, by się rozstawać, lecz sygnałem, że jedna lub obie strony powinny wrzucić coś do „ognia my”. Jeśli partnerów nie będzie na to stać, związek jest w niebezpieczeństwie. Konflikt doprowadzi do rozpadu i nie można wykluczyć, że w ten sposób nieświadome uwarunkowania partnerów decydują o przerwaniu związku, który stał się nierozwojowy, a nawet destrukcyjny. Wtedy sklejanie go na siłę generuje cierpienie. Z pewnością nie wszystkie rozwody wynikają z lenistwa lub tchórzostwa. Spotkałem wiele skleconych przypadkowo lub na zasadzie asekuracji, zbyt trudnych związków, których nie dało się uratować. Generowały tyle negatywnych emocji, że zamieniały ludzi w pozbawione zdolności do refleksji i opamiętania demony. Takie związki trzeba mieć odwagę przerwać i szukać innych, które wspierać będą naszą dojrzałość i duchowość.

Ale po co się rozstawać, skoro to, co w nas destrukcyjne, co przeszkadza w tym związku, i tak zatruje następny
Rozstajemy się wtedy, kiedy nasz związek nie może pomieścić i konstruktywnie zasymilować energii kryzysu, konfliktu. Gdy już nikt nie jest w stanie dorzucić niczego więcej do „ognia my”, z niczego więcej zrezygnować. Gdy następuje duchowa regresja partnerów i obie strony się skrajnie egocentryzują. Wtedy dalsze trwanie w takim związku zamieni go w niekończącą się destrukcję. Szkoda życia. Większe szanse na przekroczenie naszych ograniczeń będziemy mieli gdzie indziej – w psychoterapii czy w innym, mądrzej i świadomie zawiązanym związku. Ale najgorsze, co nam się może przydarzyć, to wyjść ze związku z przekonaniem, że wina za jego rozpad leży wyłącznie po drugiej stronie. Wtedy nieuchronnie i nieświadomie wleczemy nasze ograniczenia w kolejny związek.