1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Dlaczego ona, dlaczego on? Co nas do siebie przyciąga – pytamy psycholożkę Olgę Kamińską

Gdy spotykamy osobę, która wpisuje się w nasz schemat, jest nam dobrze. Zaczyna działać mechanizm neuropsychologiczny, który wzmacnia proces wchodzenia w relację. Dla własnego dobra warto ten swój schemat poznać. (Fot. iStock)
Gdy spotykamy osobę, która wpisuje się w nasz schemat, jest nam dobrze. Zaczyna działać mechanizm neuropsychologiczny, który wzmacnia proces wchodzenia w relację. Dla własnego dobra warto ten swój schemat poznać. (Fot. iStock)
Przekaz rodzinny, wychowanie, środowisko, aktywność neuronalna, biologia – na to, czy się w kimś zakochamy, wpływa bardzo wiele zmiennych. O determinantach miłości rozmawiamy z psycholożką dr Olgą Kamińską z Uniwersytetu SWPS.

Od czego zależy to, w kim się zakochujemy?
To wypadkowa wielu rzeczy. Na pewno wpływają na to czynniki biologiczne, to jak reagujemy na daną osobę, jak nam pachnie i czy podoba nam się fizycznie. Jednak także kwestie psychologiczne, związane z tym, jaki mamy schemat działania czy nawyki, oraz jak w relacjach miłosnych funkcjonowali nasi rodzice. Ważne są też aspekty związane z normami społecznymi i kulturą. Znaczenie mają również nasze wzorce, oczekiwania, to, czego byliśmy uczeni, nawet filmy, które oglądaliśmy – choćby zniesławione już dziś bajki Disneya z lat 90. XX w. i dwutysięcznych.

Jak takie bajki na nas wpływają?
Pod wpływem treści, których sobie dostarczamy, w naszym umyśle buduje się pewna struktura, czyli forma myślenia o tym, czym jest miłość, bliskość, czym są relacje, jaka powinna być dynamika pomiędzy dwiema osobami, czy kobieta i mężczyzna są równie aktywni. I tak np. w dawnych bajkach Disneya to do mężczyzn należało działanie, kobiety trwały w oczekiwaniu na księcia.

Jak to więc działa na poziomie neuropsychologicznym? W momencie gdy poznajemy kogoś, kto wpisuje się w nasz schemat myślenia, naszą kulturę, normy przestrzegane przez społeczność, mamy odczucie, które określa się w psychologii mianem ease: łatwości, przyjemności. Wydaje nam się to przyjazne i znajome. Wiemy, z czym mamy do czynienia, więc nam to odpowiada. A jednocześnie bywa zgubne. Są przecież osoby, które funkcjonują w nieadaptacyjnych schematach, które sprawiają, że momenty ease poczują w niekoniecznie im służących relacjach.

Podobno gdy czujemy do kogoś tzw. chemię, to może być sygnał ostrzegawczy. Bo jeśli mamy tendencję do wchodzenia w patologiczne relacje i nowa osoba wyzwala w nas intensywne uczucia, schemat może się znów uruchamić.
Rzeczywiście, gdy spotykamy osobę, która wpisuje się w nasz schemat, czujemy się przyjemnie. Zaczyna działać mechanizm neuropsychologiczny, który wzmacnia proces wchodzenia w relację. Dla własnego dobra warto więc swój schemat poznać, nabrać samoświadomości i zrozumieć, co nas aktywizuje w relacjach.

A jak te schematy powstają?
Istnieją bardzo ciekawe badania epigenetyczne, które mówią o tym, że w momencie, gdy nasi przodkowie doświadczają jakichś traum, zostaje to w nich zapisane na poziomie biologii i jest przekazywane dalej. Jednak badacze mówią, że geny mają wpływ na nasze zachowanie w ok. 50 proc. – reszta zależy od wychowania i naszych doświadczeń życiowych. Można np. powiedzieć, że gatunek ludzki biologicznie pod wieloma względami może być określany jako głównie monogamiczny, jednak według badań przeprowadzonych w Szwecji, jeśli nasi rodzice mieli tendencję do wchodzenia w romanse, rozwodów i rozstań, to jako ich dzieci będziemy mieli większe predyspozycje do tworzenia nietrwałych związków. Szwedzcy naukowcy udowodnili to na poziomie genetycznym, nie można jednak tutaj wykluczyć również czynnika behawioralnego czy środowiskowego.

Rodzimy się z większą liczbą neuronów niż umieramy, ale po urodzeniu kluczowym procesem jest tworzenie połączeń między neuronami. W kontekście budowania schematów nasz mózg jest bardzo mocno podatny na uczenie się. Uczymy się chodzić, mówić, ale też tego, jaka forma komunikacji jest dla nas bardziej adekwatna – czy jesteśmy ekspresyjnymi Włochami, czy introwertycznymi Szwedami. Nie wynika to wyłącznie z predyspozycji genetycznych, tylko modelowania przez środowisko. Nieświadomie powtarzamy pewne schematy, a jednocześnie dostajemy różne sygnały od naszych bliskich, którzy mówią: rób to, nie rób tego. W kontekście miłości jest to o tyle ważne, że dotyczy jednej z podstawowych teorii, co do której występuje spory konsensus w większości nurtów psychologicznych. Wywodząca się z ujęć psychodynamicznych teoria przywiązania zakłada, że wczesna interakcja z rodzicami lub opiekunami jest kluczowa. To ona formuje nasz sposób budowania więzi. Z badań neuropsychologicznych wiemy, że przekłada się to też na aktywność neuronalną.

O czym mówi ta teoria?
O trzech podstawowych stylach przywiązania, które wynikają z tego, w jaki sposób dziecko buduje więź z opiekunem albo rodzicem. Styl bezpieczny powstaje wtedy, gdy opiekun albo rodzic jest w bliskości z dzieckiem i odpowiada na jego potrzeby. Dziecko czuje się bezpieczne, wie, że jeśli będzie potrzebowało kontaktu z rodzicem, to może na nim polegać, swobodnie stawiać granice, eksplorować swoje środowisko, wyrażać emocje. Osobom, które w dzieciństwie doświadczyły takich więzi, będzie dużo łatwiej budować głębokie relacje i czerpać z nich satysfakcję.

Styl unikowy powstaje wtedy, gdy rodzic nie odpowiada na potrzeby maleńkiego dziecka. Nawet jeżeli ono będzie płakać, to rodzic i tak nie przyjdzie. W końcu dziecko zrozumie, że nawoływanie nie ma sensu. Badania z lat 60. XX w. przeprowadzone na ssakach pokazują ewidentny mechanizm wygaszania tej reakcji. Dzieci, które są zaniedbywane emocjonalnie i fizjologicznie, uczą się tego, że muszą same zajmować się sobą. Nie mogą liczyć na osoby bliskie, więc nawet nie chcą na nie liczyć. W dorosłym życiu takie osoby unikają bliskich relacji.

Trzeci styl, lękowo-ambiwalentny, kształtuje się u dzieci, których rodzice funkcjonowali w schemacie blisko-daleko, niepewności, braku stałego wzorca zachowania. Raz dziecko przytulało się do mamy i mogło liczyć na wsparcie, innym razem ta sama mama ganiła je i mówiła, że nie ma dla niego czasu. Takie dziecko nie rozwija w sobie stabilnej wizji świata. Buduje się w nim obraz, że to, czy mama albo tata będą w dobrym humorze, zależy od niego. Jako osoba dorosła będzie miało tendencję do wchodzenia w relacje współzależne. Będzie mieć poczucie, że musi zasłużyć na miłość. Będzie mocno nastawione na partnera lub partnerkę, z jednoczesnym oczekiwaniem, że ta osoba silnie odwzajemni emocjonalne zaangażowanie.

A jak wpływają na nas kwestie kulturowe?
Narracja zewnętrzna może mieć radykalny wpływ na to, w jaki sposób myślimy o tym, na czym ma polegać relacja. Wiele zależy nie tylko od kraju, ale też kręgu kulturowego czy społecznego, w jakim się urodziliśmy. Inaczej myśli się przecież o związkach w ortodoksyjnej katolickiej rodzinie, inaczej w liberalnej i lewicowej. Te kwestie będą odbijać się na naszym sposobie myślenia o wartościach, budowania narracji o świecie, tym, jak widzę swoją rolę, a jak rolę partnera. Fundamentalne pojęcia w naszym życiu: miłość, bliskość, spełnienie – będą bardzo mocno zależeć od kontekstu kulturowego. Co ciekawe, ten sposób myślenia wrasta w strukturę naszego mózgu. Bywa, że na świadomym poziomie wydaje nam się, że chcemy związku partnerskiego, a mimo to naszymi wyborami kieruje wdrukowany w mózg przekaz o dominującej roli mężczyzny. Schemat myślowy może być zupełnie inny niż ten, który wyznajemy. Dlatego tak istotne jest uważne przyglądanie się swoim zachowaniom i schematom myślowym.

W naszym kręgu kulturowym na pewno dominującym wzorcem jest miłość romantyczna.
Rzeczywiście, dla wielu z nas miłość romantyczna to ta najbardziej prawdziwa, immanentna, wpisana w gatunek ludzki. Nie bierzemy pod uwagę, że jest to rodzaj myślenia o relacji, który bardzo dużą rolę przypisuje biologicznemu pobudzeniu.

Na Netfliksie można obejrzeć reality show „Małżeństwo po indyjsku”, w którym swatka próbuje aranżować małżeństwa osób ze Stanów Zjednoczonych oraz Indii. Punkt wyjścia jest inny: miłość to dopasowanie do schematu rodzinnego, partner lub partnerka mają wpisywać się w system. Założenie jest takie, że para ma całe życie, by pokochać się nawzajem. Z badań naukowych na ten temat wynikają ciekawe wnioski. Owszem, pary, które zawierają małżeństwo z miłości, w dniu ślubu deklarują dużo wyższy poziom szczęśliwości niż pary, których małżeństwo zostało zaaranżowane, jednak po 5–10 latach poziomy szczęścia obydwu typów par są wyrównane, za to wśród par, które wzięły ślub z miłości, jest dużo więcej rozwodów.

Dlaczego tak się dzieje?
Miłość romantyczna bywa po prostu czasem bardzo zgubna, zwłaszcza gdy myślimy o niej jak o połączeniu dusz, czymś immanentnym. Zdejmuje to z nas wtedy obowiązek pracy nad związkiem. Tym samym traci on swój potencjał.

W miłości romantycznej jest też ten zgubny aspekt, że można pomylić zakochanie z pożądaniem. Zwłaszcza kobiety w naszym kręgu kulturowym są wychowywane tak, by potrzeby seksualne mylić z miłością.
Do tego myślimy o miłości jako tej intensywnej fazie zakochania, gdy hormony buzują i nie możemy żyć bez drugiej osoby. Nie zastanawiamy się za bardzo, co potem. Patrzymy na małżeństwa z wieloletnim stażem, które przechodzą przez różne perturbacje, i myślimy, że ich miłość dogorywa. A być może to właśnie jest miłość. Partner lub partnerka nie działają już na siebie dopaminowo, nie wyzwalają w sobie tabunów przyjemność, za to mają wspólne cele, są sobie bliscy, przyjaźnią się, dbają o swój komfort psychiczny i sferę seksualności.

Tu pojawia się też dylemat: wiemy, że bycie w związku, w którym nie ma pasji, przestaje pełnić funkcję przyjemnościową. A jednocześnie czy związek ma nam dawać przyjemność? Może niesie ze sobą inne wartości, a przyjemności możemy poszukać gdzie indziej. Socjolożka Stephanie Coontz pisze o tym, że w ramach miłości romantycznej partner lub partnerka mają zaspokajać tak wiele naszych potrzeb, że jedna osoba nie jest w stanie pomieścić takiej mieszanki. W momencie, gdy wymagamy tego wszystkiego od partnera, skazujemy się na rozczarowanie.

Miłość romantyczna gloryfikuje też nieszczęśliwe zakochanie w osobach, które nas nie chcą.
Wiele zależy od naszego stylu przywiązania. Gdy osoba ze stylem bezpiecznym widzi negatywną odpowiedź drugiej osoby, nie napiera i nie próbuje z nią wchodzić w związek. Co ciekawe, osoby z bezpiecznym stylem przywiązania świetnie odnajdują się w relacjach typu friends with benefits, jeśli są akurat na takim etapie życia i tego potrzebują. To taki paradoks, bo myślimy o nich jak o osobach, które chcą budować wyłącznie bezpieczne związki. Za to osoby lękowo-ambiwalentne będą widziały coś niesłychanie pociągającego w tym, że ktoś je odrzuca. Często związują się z osobą unikającą i tworzą relację w dynamice związek-rozstanie, związek-rozstanie.

Ostatnio oglądałam po dłuższym czasie fragment filmu „Pamiętnik” z Ryanem Goslingiem. Wcześniej miałam poczucie, że to jest świetny film, a tymczasem są tam sceny, które dziś uznalibyśmy za bardzo niebezpieczne, gdy np. główny bohater wymusza randkę. To się kompletnie wypisuje ze współczesnej narracji o wolności, dawaniu przestrzeni drugiej osobie.

W ciągu ostatnich 10–15 lat bardzo wiele się zmieniło, ale stare wzorce wciąż są w nas osadzone. Wydaje mi się, że bardzo dużo osób wciąż funkcjonuje w starym schemacie myślenia o związkach. W tym kontekście myślenie o odrzuceniu jako dowodzie na to, że trzeba próbować bardziej i więcej się poświęcać, może być uwarunkowane kulturowo. Takie zewnętrzne wzorce mogą wręcz utrzymywać nas w przekonaniu, że skoro tak bardzo mi zależy, to musi to być ta właściwa osoba.

Przychodzi mi jeszcze do głowy motyw Romea i Julii, gdy wszystko i wszyscy są przeciwko nam, a my i tak będziemy razem.
Rzeczywiście, pojawiające się trudności mogą wpływać na naszą skłonność do budowania związków. Kiedy wszystko idzie gładko, emocje są często niższe. Jeśli pojawiają się jakieś trudności czy głosy rodziny przeciwne związkowi, poziom emocji wzrasta, a tym samym nasza motywacja. Albo z tego zrezygnujemy, albo wprost przeciwnie – będziemy w tym wzrastać. A złość na rodzinę może zostać zreatrybuowana na uczucia względem drugiej osoby. To dlatego w okresach wojny wzrasta liczba zakochanych i ślubów. Wiąże się to z tym, że przeżywamy silne emocje, a gdy spotkamy drugą osobę, możemy je jej przypisać.

Są też pewne sytuacje, które powodują, że będziemy bardziej skłonni wchodzić w związki. Gdy dzieją się jakieś rzeczy krańcowe, gdy zastanawiamy się nad sensem swojego istnienia, możemy mieć potrzebę, by połączyć się z drugą osobą w tych przeżyciach.

Chciałabym jeszcze zapytać o biologiczne korelaty miłości. Co do nich należy? Wygląd, zapach, feromony, możliwość dobrego materiału genetycznego dla potomstwa...
To wszystko prawda, ale obecnie wiemy również, że mamy mechanizmy, które wiążą się z synchronizacją. Ciekawe badania opublikowano w czasopiśmie „Nature” – przeprowadzono je podczas speed datingu. Dwie osoby siadały naprzeciwko siebie jak podczas typowej szybkiej randki, a w tym czasie mierzono ich różne parametry, m.in. rytm serca. Potem przeanalizowano dane i okazało się, że jeśli dwie osoby dobrze się ze sobą zsynchronizowały, to w efekcie bardziej się sobie podobały. Co ciekawe, u kobiet ta preferencja była silniejsza niż czysta ocena atrakcyjności. To istotne w kontekście tego, co mówiło się przez wiele lat: że atrakcyjność fizyczna jest bardzo ważna. A z drugiej strony przecież wcale nie wiążemy się z osobami, które nam się najbardziej podobają fizycznie.

W tym miejscu uczucie ease, o którym mówiłyśmy na początku, odzwierciedla się psychofizjologicznie. Gdy ze sobą rozmawiamy i zaczynamy się śmiać, oddziałujemy na siebie swoimi historiami, widzimy swoją twarz – to daje nam poczucie połączenia. Czynników biologicznych będzie więc bardzo dużo, ale one są dynamiczne i zależne od tego, w jaki sposób funkcjonujemy. W aplikacji randkowej możemy kontaktować się z osobami, które podobają nam się fizycznie, i teoretycznie wszystko gra, a gdy się spotykamy – okazuje się, że nic z tego nie będzie.

Z czego to wynika?
Z róźnych kwestii. Może ta osoba nie pachnie nam ładnie. Albo sposób jej zachowania nam nie odpowiada – za bardzo przypomina nam ojca lub wcale go nie przypomina. A może po prostu się z nami nie synchronizuje. Odchodziłabym od tego, że musimy znaleźć jeden determinant miłości. To będzie zawsze grupa czynników, które sprawiają, że mniej lub bardziej zgrywamy się z daną osobą.

Dr Olga Kamińska, psycholożka, wykładowczyni akademicka, popularyzatorka wiedzy. Odbyła wiele zagranicznych staży w prestiżowych ośrodkach badawczych w Niemczech, Stanach Zjednoczonych oraz Australii. Autorka książki „#Love. Jak kochać w XXI wieku”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze