1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wszyscy jesteśmy uzależnieni od iluzji miłości

Wszyscy jesteśmy uzależnieni od iluzji miłości

Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. (Fot. Getty Images)
Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. Hazard, alkohol to nałogi, bez których można żyć. Żyć bez miłości nie można – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. – Kobiety są bardziej bezradne wobec iluzji miłości. Mężczyźni wpadają w nałóg zakochiwania się. A to razem świadczy o głodzie miłości – dodaje Iwona Firmanty, coach. 

Logujesz się na zagranicznych portalach randkowych, a tam są oni, ci, którzy specjalnymi algorytmami odnajdują kobiety zamożne, ale niepewne siebie. I zaczynają z nimi grę w iluzję miłości. Konwersują: SMS-y, mejle. Rano pytają: „Czy już wstałaś, dziubku?”, a wieczorem: „Czy już się przygotowałaś na jutro, papużko?”. Dają fantastyczne dowody miłości, im bardziej ona ich potrzebuje. Skamerzy to zawodowcy – skanują kobiety pod kontem psychologicznym. Szukają tych z dorobkiem i nawijają im makaron na uszy, by potem zastosować jeden z systemów. Na przykład „na żołnierza”: „Chciałbym do ciebie przylecieć, ale armia nie przesłała mi pieniędzy. Przyślij mi na bilet, zwrócę, jak się zobaczymy”. Mają niby-zdjęcia i niby-historyjki o sobie, które szarpią serce: „Czemu jestem sam? Miałem żonę i dziecko, ale zginęli”. Mają opowieści uwiarygadniające: „Babcia mieszka w Berlinie, więc co to dla mnie za problem przylecieć do niej i odwiedzić Polskę”. I kobiety się nabierają. Albo nie: – Jedna z moich klientek – mówi Iwona Firmanty – podczas rozmowy z mężczyzną podała słuchawkę koleżance, która mieszka w USA, bo za nowojorczyka podawał się jej ukochany. Koleżanka powiedziała: „To nie jest biały z klasy średniej, to Afroamerykanin bez wykształcenia, który go udaje”. Zdarza się, że kobieta przytomnieje i myśli: „Zaraz, dlaczego on tak do mnie wydzwania? Właściwie mnie nie zna. Widział jedno zdjęcie i już mnie tak kocha?”. To jednak zdarza się rzadko.

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Wojciech Eichelberger: – Miłość jest esencją życia. Jedni dostają ją w sposób naturalny, inni nie i ci właśnie są skłonni kupować jej iluzję nawet po bardzo wysokiej cenie. Nie mówmy więc o uzależnieniu od miłości, ale od iluzji miłości. To szczególnie niebezpieczne dla kobiet w czasie menopauzy. Do niedawna większość pań nie dożywała klimakterium, wycieńczona licznymi porodami. Nie ma więc jasnego przekazu kulturowego podpowiadającego kobietom, jak żyć po klimakterium. Jedyny, jaki istnieje, doradza wycofanie się, abstynencję seksualną i przygotowywanie do odejścia z tego świata. Ale współczesne kobiety słusznie odrzucają ten smutny model. Starają się żyć jak dotąd, jak zwykle, być aktywne zawodowo, życiowo i seksualnie. Tym bardziej że uwolnione od lęku przed ciążą przeżywają renesans seksualnej mocy. Ponieważ jednak nawet w oczach swoich żegnających się z libido męskich rówieśników stają się przezroczyste, często wchodzą w kiepsko rokujące związki z młodszymi mężczyznami. Ci najczęściej okazują się trutniami, którzy wyspecjalizowali się w tym, by urządzać się w życiu, dostarczając kobietom tego, czego najbardziej potrzebują: czyli złudzenia zachwytu, pożądania i bezpieczeństwa. Dla kobiet, które nie miały szczęśliwych związków, to miłosny Disneyland.

Czy to jest uzależnienie, jeśli ona mu uwierzy i da się wykorzystać? No i jak to się dzieje? – Kobiety przepisują majątek na męża, gdy ten twierdzi, że na przykład dzięki temu założy firmę albo wejdzie w spółkę z biznesmenami, których właśnie poznał, i przestanie być na utrzymaniu żony – mówi mecenas Tomasz Romanowski. – Zdarza się też, że zamożne kobiety niedawno poznanemu mężczyźnie, z którym łączy je relacja intymna, powierzają kilkaset tysięcy, bo ten obiecał zainwestować je z zyskiem. Pieniądze często pochodzą ze sprzedaży dorobku życia. W sądzie okazuje się, że na te sumy nie ma najmniejszego pokwitowania. Sposobów na wyłudzenie jest wiele, np. kobieta finansuje budowę domu na ziemi należącej do rodziny partnera. Zakłada, że będą tam razem żyć. Tak się nie dzieje, a w myśl prawa dom nie jest jej własnością. Problemy nawarstwiają się, gdy kobieta przyjmuje obywatelstwo egzotycznego kraju męża. Tam bywa bezradna wobec prawa, które decyduje w sposób dla niej niekorzystny o jej majątku.

– Popyt na zaślepienie iluzją świadczy o tym, jak bardzo sfrustrowana jest kobieca potrzeba romantycznej, zmysłowej miłości – mówi Eichelberger. – Kobiety są gotowe niemal świadomie kupować tę iluzję. Po szarym i trudnym życiu pragną choćby kilku rozkosznych nocy. Nie popieram życia iluzją, bo psychoterapia polega na jej porzucaniu. Ale świadomy wybór iluzji nie jest już życiem w iluzji. A deficyt czasu, uwagi i miłości, jaki panuje we współczesnym świecie, wytwarza ogromny popyt i na taką uświadomioną fikcję. Równie dobrze moglibyśmy się śmiać z ludzi, którzy płacą za bilet, by ulec iluzji kina. Ale jeśli taka kobieta przyjdzie do psychoterapeuty, to znaczy, że życie w uświadomionej iluzji nie zaspokoiło jej potrzeb. Wtedy może odkryje, że pozwoliła odebrać sobie nadzieję na prawdziwą miłość. To, że tak wielu myśli, że nie zasługują na miłość z prawdziwego zdarzenia, jest najgroźniejszą iluzją, która napędza wszystkie uzależnienia. Na szczęście wgląd psychologiczny, a jeszcze bardziej duchowy obalają tę fikcję.

Młode kobiety na uczuciowym głodzie

Iwona Firmanty: – Wydaje się, że ona się zakochała i jej nie wyszło, co w tym dziwnego? Potem znów się zakochała i znów pech. Nikogo to nie dziwi. Ale jeśli popatrzymy na to, co się w tym jej zakochaniu dzieje, zobaczymy, że to nie pech, ale uzależnienie.

Kobiety uzależniają się od mężczyzn, i to od tych zimnych emocjonalnie, z powodu tego, co wyniosły z domu. Matka skupiona na ojcu, który np. pił, zauważała córkę dopiero, kiedy ta przynosiła piątki. Nie dawała jej komplementów, bliskości i ważności. Dlatego Magda nauczyła się, że tylko jeśli będzie przynosiła jeszcze lepsze wyniki, to rodzice ją pokochają, a ona poczuje, że to dobrze, że jest na świecie. Do tej pory nie słyszała od nich nic, co by to potwierdziło. Wymyśliła więc, że narodziła się przez przypadek i dlatego nie odczuwała sensu życia. Poza tym, kiedy zaczęły jej rosnąć piersi, nałożyła workowate ciuchy, żeby nie pokazywać, że przestaje być dziewczynką. Rodzice z problemami z seksualnością zaszczepili je w rodzącej się kobiecości córki.

Uwagę takich dziewczyn zawsze zwracają faceci otwarci, którzy nie mają problemu z nawiązywaniem kontaktów. Oni adorują kobiety superatrakcyjne, które pokazują swoje walory. A te niekochane obserwują ich z daleka i fantazjują, że to one są tymi superkobietami. – Uzależniona od miłości wtapia się w oczekiwania mężczyzny: farbuje włosy, odchudza się, ubiera w stylu, którego nie lubi, ale który on lubi – mówi Firmanty. – Chodzi po domu w różowych pióreczkach tylko dlatego, że on tego chce. Dla mężczyzny idzie na inne studia, niż chciałaby, bo on musi pochwalić się w towarzystwie, że ma żonę z sensowym według niego wykształceniem.

Magda, kiedy zakochała się w Krzyśku, zmieniła się w laskę. On ją szybko zauważył, a że ona miała ogromny głód miłości, w pełni go zaakceptowała. Krzysztof więc się z nią ożenił. Ale ich szczęście nie trwało długo, bo wkrótce został bezrobotny, a potem brak sukcesu zawodowego sprawił, że zaczął pić. Magda, jak przed laty jej matka, uznała, że dobro mężczyzny jest najważniejsze i chodziła do pracy już nie na osiem, ale na 12 godzin. Zasada jest prosta – im bardziej on ma problemy z alkoholem, hazardem itp., tym bardziej ona zaciera ręce, że będzie mu potrzebna. A więc zagłuszy własny ból. Mimo takiego poświęcenia związek sypał się jak domek z kart. Zaczęli spać w dwóch oddzielnych łóżkach.

– Kobiety uzależnione biorą większą odpowiedzialność za związek niż faceci i w ten sposób kastrują partnera – mówi Firmanty. – Chcą też dosłownie kontrolować jego seksualność, bo seks to dla nich dowód miłości. Jeśli od kilku dni się nie kochają, stają się nachalne. A dla mężczyzny to niekobiece zachowanie, a więc o seksie tym bardziej nie ma mowy.

Magda poczuła, że Krzysiek oddala się od niej, i jak alkoholiczka, która wie, że za chwilę zamkną monopolowy, zaczęła szukać nowego mężczyzny. Poznała sprzedawcę, a sprzedawca potrafi się sprzedać, więc ta znajomość przerodziła się w płomienny romans. Też dlatego, że uzależnione od miłości zakochują się od pierwszego wejrzenia. Magda jednak szybko zepsuła i tę znajomość. Pisała do niego SMS-y – kilkanaście dziennie. Fantazjowała o nim, wyręczała we wszystkim, nie stawiała granic. Wkrótce więc i on miał jej dość. Tak straciła obu, gdyż uznali ją za bezwartościową.

– Kochająca obsesyjnie ma silną potrzebę spotkania, kontaktu, dotknięcia, już teraz! Ukochany działa na nią jak substancja uzależniająca. Jest nim naćpana – mówi Firmanty. – Mężczyźni, których kobiety uzależnione wybierają, też zazwyczaj nie zaznali w domu miłości. Ale męski sposób radzenia sobie z tym jest inny, to zamknięcie w sobie. Oni mają wewnątrz chłopca z pampersem, ten chłopiec płacze za miłością, ale na zewnątrz staje się wyrachowany, zalicza dziewczyny, szukając miłości, której nie otrzymał w domu. Kobieta uzależniona wie, jak dostać się do chłopca z pampersem. Na początku robi to, co trzeba: otwiera się na mężczyznę, w pełni go akceptuje. Daje mu totalną miłość, jest na każde skinienie. Ale w pewnym momencie przekracza granicę, nie wystawiając ręki po coś w zamian. A w miłości musi być wymiana, inaczej ten, kto dostał za dużo, myśli: „Pewnie to, co mi dała, jest bezwartościowe. A może to ona jest bezwartościowa?”. I koniec.

Męskie motyle w brzuchu

– Uzależnienie od zakochiwania się to uzależnienie od endorfin – mówi Iwona Firmanty – od podziwu, jaki daje druga osoba, od efektu pierwszego wrażenia. Częściej padają jego ofiarą mężczyźni.

Robert elektryzuje kobiety, tak dobrze wygląda i ma taką energię. Ale gdy siada na kanapie coacha, okazuje się, że tak jak Magda nie dostał w domu miłości. A że był trzecim z rodzeństwa, więc jego starsi bracia byli zajęci obowiązkami, mógł się pozastanawiać, jak pozyskiwać więcej uważności, bo też Bozia nie dała mu ani wzrostu, ani urody. Nauczył się jednak, co robić i w jaki sposób rozmawiać z kobietami. Dziś ma 38 lat, ale nie wyrywa się do związku. Za to jeśli co weekend nie znajdzie nowej kobiety, czuje się niekompletny. A każda kolejna, z którą się spotyka, jest dla niego zabawką. Jak każdy uzależniony od zakochania się ucieka przed budowaniem miłości, bo wie, że nie zbuduje zdrowej relacji. Bywa to nazywane anoreksją uczuciową, bo tego sobie właśnie odmawia: prawdziwego uczucia, czyli miłości.

Co robić, kochani?

Przepracować trudności z dzieciństwa. Oduczyć się nałogowych zachowań. Komunikować ze sobą, czyli z małą dziewczynką albo chłopcem, i zadbać o ich szczęście. Zrozumieć, jak społeczeństwo służy uzależnieniu od miłości. – To ogromne żniwo ludzkie, które terapeutyzujemy – mówi Iwona Firmanty. – Wzięło się z zimnego chowu, ze sfokusowania rodziców na wyniki, a nie na miłość. Inżynierowie, naukowcy, biznesmeni to nasi główni klienci. Skupieni na wynikach zapominają o tym, co nieuchwytne, ale najważniejsze. Jeśli nie zaczniemy wychowywać dzieci w duchu miłości, a nie sukcesu, to gotowych do niszczącej iluzji miłości będzie coraz więcej. – Żyjemy w świecie, w którym sprzedaje się coraz więcej iluzji. Już niedługo iluzje miłości i seksu będą sprzedawane masowo. Stymulatory i awatary zastąpią z wolna realny kontakt z realnym człowiekiem – mówi Wojciech Eichelberger. – Od wieków wielu mężczyzn i wiele kobiet korzysta z usług prostytutek, udając, że to nie jest transakcja, wypierając ze świadomości to, że wszystko jest w tej relacji udawane. Bo nawet iluzja, jeśli w nią bez reszty uwierzymy, potrafi zaspokajać nasze ważne potrzeby. Także potrzebę doświadczania zachwytu, pożądania, ufności i miłości. To smutne, ale skoro pomaga przeżyć, nie sposób tego potępiać. Wygląda więc na to, że iluzja miłości będzie towarem coraz bardziej poszukiwanym.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Sukcesy w pracy i porażki w miłości - dlaczego to tak często idzie w parze?

Dzisiejsze pracoholiczki, gdy były małe, usłyszały, że są do niczego. To smutne, ale jeśli chcemy żyć w szczęśliwym związku, trzeba wyjść z dawnych wzorców i skoncentrować się na tym, co dzisiaj chcę i mogę i jak jutro to sobie zdobędę. (Fot. iStock)
Dzisiejsze pracoholiczki, gdy były małe, usłyszały, że są do niczego. To smutne, ale jeśli chcemy żyć w szczęśliwym związku, trzeba wyjść z dawnych wzorców i skoncentrować się na tym, co dzisiaj chcę i mogę i jak jutro to sobie zdobędę. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Iwona Firmanty, trenerka biznesu i psycholożka, krok po kroku towarzyszy kobietom w budowaniu szczęśliwego związku. W rozmowie z Aleksandrą Nowakowską przekonuje, że w miłości – tak jak we wszystkim – trzeba mieć dobry plan i motywację.

Co skłoniło panią, trenerkę biznesu, do pracy z kobietami, które poszukują miłości? Podczas szkoleń biznesowych zauważyłam, że silne i sprawcze kobiety, które mają doskonale poukładane sprawy zawodowe, podczas przerw rozmawiają najczęściej o relacjach, o tym, że właśnie kończą związek albo że się boją kolejny raz otworzyć serce przed mężczyzną, bo życie dało im porządnego pstryczka w nos. A przecież nawet po najbardziej satysfakcjonującym dniu każdy chce wrócić do domu, w którym czeka na niego bliska osoba.

Dlaczego silnym kobietom jest tak trudno stworzyć zdrowy i długotrwały związek? Z moich doświadczeń wynika, że w większości są zablokowane emocjonalnie i zbytnio zdystansowane. Z grubsza podzieliłabym je na dwie grupy. Pierwsza to bardzo zadbane kobiety, które starają się być doskonałe we wszystkim. Świetnie radzą sobie na wysokich stanowiskach, mają pieniądze i czas na inwestowanie w siebie, ale są sztywne w kontaktach i odcięte od swojego ciała – widać to zwłaszcza na poziomie miednicy. Drugi typ to dziewczyny zagonione, ze smutkiem w oczach i głęboko zakorzenionym przekonaniem, że już nic dobrego w życiu ich nie spotka. Wiele oddały mężczyznom, niewiele dostając w zamian. To niesłychanie wrażliwe kobiety, które mają tendencję do matkowania partnerom. I jedne, i drugie – nieszczęśliwe w miłości. Dziwią się, że mężczyźni widzą w nich tylko ich siłę i są skonfundowani, kiedy te się otwierają i miękną, bo przecież zainteresowali się kimś innym. I te kobiety mają potem pretensje do świata, że muszą dźwigać na sobie faceta. Ale wcale nie muszą!

Jakie błędy popełniają najczęściej? Pierwsze bywają w domu zarządzającymi dyrektorkami, które mają roszczenia, kontrolują, naciskają, drugie są wyręczającymi i nadopiekuńczymi matkami. A tymczasem mężczyźni chcą być zdobywcami. Owszem, jeden będzie zdobywał je w żółwim tempie, inny – w tygrysim, ale trzeba im na to pozwolić. Nie zmienimy praw natury. Nawet jeśli inicjatywa wychodzi od kobiety, powinna ona tak poprowadzić rozmowę, żeby to on czuł się panem sytuacji. Kiedy mówię to na warsztatach, kobiety się buntują. Pytam je wtedy, czy chcą być szczęśliwe, czy mieć rację.

Mamy udawać, że jesteśmy głupsze? To pytanie bardzo często słyszę od moich klientek. Tłumaczę im, że nie mają być głupie, a sprytne. Mówię: „W pracy używasz swojej siły i inteligencji, w domu bądź kobietą, którą on może się opiekować”. Mężczyzna czuje się męski, kiedy może kobietę chronić, rozpieszczać, dbać o nią.

Jeśli mężczyzna nie czuje się męski, odzwierciedla się to w sferze seksualnej? Seks to ważny miernik tego, jak się nam układa w związku. Jeśli kobieta zaczyna zbyt dominować i traktować mężczyznę jak syna, jego sprawność seksualna szwankuje. Nie można też być zbyt słabą, odgrywając rolę dziecka, bo to wyklucza rolę seksualnej partnerki. Poza tym absolutnie nie warto mężczyzny zniewalać swoją siłą. Historycznie Polki musiały nauczyć się zaradności, bo mężczyźni szli na wojnę, a one zostawały same. Tak się zahartowały przez wieki, że w wielu sytuacjach są szybsze, a niekiedy bardziej kompetentne niż mężczyźni. I my, żyjące obecnie, nieświadomie powielamy wzorce naszych babek i matek. Nie wiemy, jakimi kobietami chcemy być.

Jak to zmienić? Kobiety bardziej koncentrują się na tym, by ktoś je uzupełniał, niż na tym, co mogą zaoferować mężczyźnie i czego pragną w zamian. Z większością klientek zaczynam więc pracę od ustalenia, jaką kobietą chcą być w związku. Niektóre muszą najpierw nauczyć się, jak o siebie zadbać, jak czarować, uwodzić, jak podkreślać swoją kobiecość. Nie jesteśmy tego uczone, wpaja się nam jedynie pewne schematy miłości. Czasem są one na tyle toksyczne i krzywdzące, że odsyłam klientkę na przepracowanie tej sprawy z psychoterapeutą.

Dzisiejsze pracoholiczki, gdy były małe, usłyszały, że są do niczego. Gdy przynosiły czwórkę, rodzice mieli pretensje, że nie piątkę, i dzisiaj „przynoszą” stanowiska. Czasem doświadczały przemocy psychicznej, obojętności, braku bliskości. To smutne, ale jeśli chcemy żyć w szczęśliwym związku, trzeba wyjść z dawnych wzorców i skoncentrować się na tym, co dzisiaj chcę i mogę i jak jutro to sobie zdobędę. Nie mamy wpływu na przeszłość, ale decydujemy o przyszłości. Pierwszy etap coachingu miłości to budowanie samoświadomości i motywacji. Książka czy artykuł mogą być dobrym bodźcem do zmiany, ale już aby wprowadzić ją w życie – potrzebne są konkretne narzędzia. A ponieważ moje klientki świetnie radzą sobie w sferze zawodowej, proponuję im rozwiązania stamtąd zaczerpnięte. Nie uczę ich, jak stać się kimś innym, one krok po kroku stają się bardziej sobą.

Pojawia się autentyzm. I spójność. Kobiety przyznają się, że dotąd, nieświadomie, wybierały partnerów pod kątem wymagań otoczenia. Zatem pora określić, jakiego mężczyzny ONE szukają. Na początku to wygląda jak wpisywanie danych do Excela. Jedna z moich klientek koniecznie chciała związać się z finansistą. Kiedy poznała kilku, bo pięknie ubrana i uśmiechnięta udała się w miejsce, gdzie bankowcy jadają lunche, stwierdziła, że są dla niej zbyt perfekcjonistycznie nastawieni. Ostatecznie wyszła za mąż za właściciela firmy budowlanej. Inna postawiła warunek, że wymarzony ukochany ma zarabiać określoną sumę, żeby stać go było na wycieczki trzy razy do roku. Zaczęłyśmy sprawdzać, co się za tym kryje. W rzeczywistości marzyła, żeby dzielić z ukochanym pasję do podróży.

Co się dzieje, kiedy kobieta spójna i atrakcyjna, wyposażona w tabelkę z danymi, wyrusza na randkę? Nie chodzi o to, by trzymać się danych z tabelki, tylko by wiedzieć, kim się jest. Ostatecznie ten właściwy mężczyzna nie zawsze jest dokładnie tym z „zamówienia”, ale przeważnie ma cechy z tabelki. Na początku randkowania ustalamy sobie kilka zasad, np. że mężczyzna, z którym się spotykamy, musi być wolny i sprawy jego poprzednich związków mają być uporządkowane czy że przez pierwsze trzy miesiące nie decydujemy się na seks, bo biologia sprawi, że będzie nas do niego ciągnęło, a mamy poznać wielu mężczyzn, żeby poćwiczyć konwersatorium damsko-męskie. Ważną regułą jest, że on ma być trochę bardziej zaangażowany niż ona, bo potrzebuje być zdobywcą. Uważam natomiast, że jeśli kobieta chce znaleźć właściwego mężczyznę, powinna powziąć odpowiednie kroki, by zwiększyć szansę na jego spotkanie, na przykład iść tam, gdzie może spotkać kandydatów, jacy ją interesują.

Co się dzieje podczas procesu randkowania? Zwykle na początku kobiety popełniają te same błędy, bo kiedy zobaczą faceta, który im się podoba, czują się jak sparaliżowane lub nalegają za bardzo, i on się odsuwa. Po takiej nieudanej randce rozmawiamy o tym, co poczuły w ciele, jak mają zachować się następnym razem. Kiedy na przykład kobieta więcej niż raz umawia się z chamskim arogantem, mówię jej, że widocznie potrzebuje adrenaliny, bo może nauczono ją, że miłość to zbliżanie się i oddalanie, i jej układ nerwowy jest do tego przyzwyczajony. Ważne, żeby miała świadomość, że zawsze będzie ją pociągał trochę niebezpieczny typ mężczyzny. Jeśli jakaś klientka mówi, że mężczyźni opowiadają jej o poprzednich związkach, pytam, dlaczego im na to pozwala. Kobiety mają też problem z tym, by pozwolić zapłacić za siebie na pierwszych randkach. A przecież pierwotny instynkt mężczyzny każe być mu głównym żywicielem. Kiedy wreszcie złapią dystans, zaczynają bawić się randkowaniem, i o to w tym wszystkim chodzi. Zwykle idą na kilka spotkań z mężczyznami, którzy są ciekawi, ale ostatecznie mało pociągający i wtedy… wydarza się cud – wreszcie spotykają tego wymarzonego, kiedy w dresach rano kupują marchewkę w warzywniaku.

I to już koniec historii? Nie. Zaczyna się wspólne życie i tam też jest wiele pracy dla mnie. Uczę kobiety, żeby nadal dbały o siebie i nie biegały cały czas po domu w crocsach. Żeby nie starały się za bardzo, nie gotowały trzydaniowych kolacji, bo mężczyzna po takiej uczcie prędzej zaśnie na kanapie, niż będzie chciał starać się w sypialni. Jeśli partner nie zrobił zakupów, choć obiecał, to niech go nie wyręczają. Gdy nic nie znajdzie w lodówce, a będzie głodny, to ostatecznie jakoś skombinuje jedzenie. Jedna z klientek opowiedziała mi, że wtedy jej mąż złośliwie zamawia pizzę, bo ona nie je glutenu. Poradziłam jej, żeby następnym razem zjadła dodatki z góry i powiedziała, że pyszne. Po pewnym czasie mąż nie tylko zaczął robić zakupy, ale nawet gotować, a ona razem z nim, z tym że on był głównym dowodzącym. Nie było w tym żadnej gry, ale obopólna akceptacja ról płci.

Brzmi sensownie, ale mało romantycznie. Romantyzm jest, ale na końcu! Najpierw jest logika, myślenie i działanie. Ogromnie mnie cieszy, kiedy klientki przysyłają mi swoje zdjęcia. Dziewczyna była smutna, nie wierzyła w siebie, a na zdjęciu uśmiecha się, a obok jest wielki facet i mały berbeć, który pojawił się dzięki jej pracy nad sobą. Jest szczęśliwa, bo nie udaje już kogoś innego i nauczyła się dawać mężczyźnie przestrzeń w swoim życiu. A ja jestem szczęśliwa, bo mogłam jej pomóc.

  1. Seks

Coaching na dobry seks - sięgnij do poziomu duchowości

To my sami odpowiadamy za stan naszego życia erotycznego. Jeśli nie zmienimy siebie, to w seksie też się nic nie zmieni – nawet, jeśli będziemy zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiamy seks. (Fot. iStock)
To my sami odpowiadamy za stan naszego życia erotycznego. Jeśli nie zmienimy siebie, to w seksie też się nic nie zmieni – nawet, jeśli będziemy zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiamy seks. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Coach pomoże ci zmienić życie intymne. Jak? Maciej Bennewicz twierdzi, że aby udoskonalić ten obszar, trzeba sięgnąć do poziomu duchowości. Nowy wibrator nie wystarczy.

Coach pomoże ci zmienić życie intymne. Maciej Bennewicz twierdzi, że aby udoskonalić ten obszar, trzeba sięgnąć do poziomu duchowości. Nowy wibrator nie wystarczy.

Gdzie się zaczynają nasze problemy z seksem? Na poziomie przekonań, na przykład takich, że grzeczne dziewczynki powinny robić to a to. Jak tego nie robią, to są niegrzeczne, a takich nikt nie lubi. Podobnie rzecz się ma z miłymi chłopcami. Inne typowe przekonania: facetom chodzi tylko o jedno, a kobiety to materialistki. Co jeszcze? Kobieta musi zaspokajać męża, żeby nie szukał przyjemności poza domem i to, że o cipkach czy ptaszkach się nie rozmawia.

To są takie gotowe copywriterskie hasła, które na poziomie zwerbalizowanym działają w naszej świadomości. Najczęściej wpajają je nam rodzice, bo sami w nie wierzą. Ale przekaz nie zawsze jest tak otwarty. Kiedy babcia skarży się: „dziadek mnie zbałamucił”, prawdziwy przekaz brzmi: „seks to nic dobrego, mężczyzna musi nakłonić cię do niego podstępem”.

Coach pracuje więc trochę jak psychoterapeuta: szuka przyczyn postaw i przekonań? Psychologia zajmuje się badaniem, co spowodowało, że jesteś, jaka jesteś, a twój partner jest taki czy inny. Bazuje na dawnych wydarzeniach, analizuje. I na przykład buduje czarno-biały obraz  dobrej i złej dziewczynki, zakazanych pragnień seksualnych i pragnień dopuszczalnych. Jest to obraz wewnętrznie sprzeczny, napięty. Coaching uważa ten podział za sztuczny i nieużyteczny. Operuje zupełnie innym konceptem, mówi: „Zobacz, to są tylko wzorce, mapy. One są jedynie opisem pewnego kontekstu”.

Czyli? Poglądy są pewnym zestawem pojęć, które w toku wychowania przyjmujemy za absolutną prawdę. Ale otrzymany w domu zestaw założeń, lęków i ograniczeń na temat seksu jest tylko jednym z wielu obrazów rzeczywistości. Warto go zmieniać, kształtować, poddawać obróbce – bo to jest dla nas użyteczne. I może się okazać, że trzeba zmienić koncepcję własnej płci czy komunikacji, by lepiej realizować swoje potrzeby. Możemy więc zapytać siebie: „Czy to, co myślę o danym zachowaniu seksualnym, pozwala mi się czuć tak, jakbym chciała? Czy przybliża mnie choć o krok do szczęścia? Czy raczej hamuje i ogranicza? Zasmuca, odbiera nadzieję? W jaki sposób mogę udane życie seksualne pogodzić z rolą żony i matki? Jak to urealnić?”.

A więc to, czego uczyli nas mama i tata, nie jest prawdą? Im więcej podróżujemy, poznając inne kultury, miejsca i podejścia, tym częściej dochodzimy do wniosku, że świat jest bardziej zróżnicowany, niż nam się wydawało. I że jest więcej rozwiązań niż zestaw przykazań, obowiązków i wzorców, który odziedziczyliśmy po przodkach. Dlatego, jeśli coś nie jest użyteczne, warto to zmienić.

Miałem kiedyś w coachingu relacji parę po 30. Ona z małej podwarszawskiej miejscowości, siedmioro rodzeństwa, rodzina rolniczo-rzemieślnicza. Nigdy nie widziała rodziców nago. Najbardziej nagie były nogi, myte po całym dniu pracy. Jest świetnie wykształcona, pracuje w korporacji. On to jedynak, syn dwojga trenerów – siatkarki i koszykarza. Od maleńkości mył się pod prysznicem z całą kadrą siatkarek lub koszykarzy. Nie pamięta czegoś takiego jak dom, bo ciągle był z rodzicami na spartakiadach. Jego rodzina to kilkadziesiąt osób, był maskotką obu drużyn, przytulany i hołubiony przez wszystkich. Dla niego nagość jest całkowicie naturalna, wobec obu płci. Pracuje w tej samej korporacji, co ona. Są razem. Tylko że ona wieczorem zakłada koszulę, zaciąga żaluzje i może się kochać tylko pod kołdrą, a już kilka miesięcy po ślubie chce dziecka, bo to przecież naturalna kolej rzeczy. Współżycie dla niej to okazja do wywiązania się z obowiązku macierzyństwa, i to do 12 miesięcy po ślubie, inaczej cała wieś będzie się dopytywać, co jest nie tak. Dla niego to czysta abstrakcja! On tęskni do widoku jej ciała, chce seksu nieskrępowanego, jak sport. Walczą więc ze sobą i ranią się nawzajem, bo obojgu się wydaje, że to ich świat jest słuszny i prawdziwy.

Rozumiem, że żyjąc w tak różnych światach, nie mają szans na porozumienie w sypialni? Nie będą w stanie naprawdę się spotkać dopóty, dopóki nie zrozumieją, że różnią się ich mapy pojęciowe, które ukształtowały ich wzorce seksu, małżeństwa i rodzicielstwa. Tak długo, jak tego nie zobaczą, będą zakładać, że to, co się nie układa, to zła wola jego lub jej – a o przyjemności w łóżku będą mogli zapomnieć.

Przeczuwam tu przesłanie, by zmieniać siebie, a nie świat zewnętrzny… Ważny jest element odpowiedzialności, czyli stwierdzenie: „To ja odpowiadam za stan, w jakim jest moje życie erotyczne. Jeśli nie zmienię siebie, to nic się tak naprawdę nie zmieni – nawet, jeśli będę zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiam seks”. W coachingu istnieje taki koncept, że człowiek funkcjonuje na kilku poziomach. Jest jak góra lodowa: nad powierzchnią wody znajduje się jej czubek, czyli poziomy płytkie: najbardziej podstawowy poziom środowiska, potem poziom zachowań i poziom umiejętności. Pod powierzchnią są z kolei głębokie poziomy: przekonań i wartości, tożsamości i najbardziej głęboki – duchowości, zwany też poziomem misji. Większość zmian, na które wpadamy, to zmiany płytkie, adresowane do powierzchownych poziomów. Kupno nowego wibratora, seks w hotelu, zapalenie świec – to zmiany na poziomie środowiska. Opanowanie pieszczot oralnych – na poziomie umiejętności. Żadna z tych zmian nie przebudowuje fundamentalnych, głębiej położonych struktur.

Takie zmiany nic nie dają? Czasem pomagają. Na przykład partner nie wiedział, że kiedy krzyczy, budzi w partnerce lęk. Potrzebuje więc po prostu zmienić swoje zachowanie. Przejawiać więcej czułości, kupować kwiaty i nie podnosić głosu, a ona zacznie być znacznie bardziej receptywna. Czasem prosta zmiana może coś odmienić – jeśli kłopot polega na tym, że ludzie np. kochają się w stresie, bo za ścianą śpią teściowie. Ale zwykle problem leży dużo głębiej. Jeśli „pod powierzchnią wody”, w tym nieuświadamianym obszarze, dzieje się coś, co dyktuje, że seks jest zły, to zdeterminuje to, co mamy „nad powierzchnią wody”.

I seks nie będzie dawał frajdy? Przekonania i wartości zasilają głębsze poziomy pomysłami czy umiejętnościami, ale też stanowią coś w rodzaju membrany, która przepuszcza lub nie. Przykładowo myślisz o czymś: „to trudne”. Niby maleńkie dwa słowa – a jaka magia, jaki silny bodziec dla umysłu! I już nie potrafisz zbudować szczęścia, bo to przekonanie podpowiada: „to trudne”. Bo trudno być czułym. Bo trudno mieć orgazm. Trudno jest dogodzić kobiecie. Trudno jest w moim wieku, z moją budową… Nie ma przepływu ku górze, bo przekonania nie puszczają. Możesz mieć na poziomie tożsamości zapisane: „mężczyźni są OK” lub „warto się komunikować, warto być czułym i eksperymentować”, lecz z poziomu przekonań i wartości zaraz idzie komunikat: „ale w moim wieku, z moją nadwagą, z moją urodą, z moimi biodrami – to trudne” i nie przepuszcza do innych poziomów.

I klops, bo już wiem: będę wyglądała głupio w peniuarze... Właśnie! I on na pewno cię wyśmieje albo na pewno wam nie wyjdzie. I jeśli na poziomie tożsamości masz zapisane: „katoliczki tak się nie zachowują” czy „jestem grzeczną dziewczynką”, to te dwa przekazy nakładają się, wzajemnie wzmacniając. Mężczyzna, który ma na poziomie wartości i przekonań takie hasła jak: „o seksie nie ma co rozmawiać” i „rzeczy są proste”, a na poziomie misji wzór: „moim zadaniem jest dbać o rodzinę i być kimś, kto stwarza bezpieczeństwo”, może nie widzieć problemu w zdradzie małżeńskiej. Bo przecież przynosi pieniądze, a skoro ona „tego” nie lubi – jak przypuszcza, bo przecież jej nie spyta – to chyba może szukać zaspokojenia z kimś innym?

No dobrze, ale co zrobić, by seks był lepszy? Pracować z tym, co „pod powierzchnią wody”. Wiemy z wielu badań, że istnieje coś, co nazywamy „sponsoringiem zmiany życiowej”. To jest podstawa wszelkiej metamorfozy. Dzięki niej ludzie nie tylko rzucają palenie, ale też zaczynają zupełnie zmieniać swoje życie. Paradoksalne jest to, że cała nasza kultura zbudowana jest w oparciu o pierwsze trzy powierzchowne poziomy, czyli tę płytką część.

Dlaczego impuls musi płynąć z głębszych warstw? Tym, co „nad powierzchnią”, rządzi motywacja zewnętrzna, czyli słaba. Motywacja wewnętrzna, czyli pragnienie prawdziwej zmiany, jest „pod powierzchnią”. Zmiana się uda, jeśli dotrzemy na poziom tożsamości, przekonań i wartości, może nawet misji. Kobieta musi zmienić swoją tożsamość kobiety, by móc w pełni i bez poczucia winy czerpać rozkosz. Mężczyzna musi zmienić swoją tożsamość mężczyzny, by móc się w pełni otworzyć na kobietę. Inaczej nowy wibrator nic nie pomoże. Bo on nie koresponduje z naszymi przekonaniami i wartościami. Jeśli dokonamy zmiany głębiej, wibrator w ogóle nie będzie potrzebny – choć może się pojawić, czemu nie…

Maciej Bennewicz, coach, pisarz, menedżer, trener biznesowy, socjolog, bloger, autor licznych artykułów prasowych i książek, podróżnik.

  1. Psychologia

I że cię opuszczę, gdy będziesz się niszczyć. Broń się przed współuzależnieniem

Współuzależnienie to branie odpowiedzialności za dorosłą osobę, otaczanie jej opieką, robienie rzeczy, które pozornie mają pomóc, ale w efekcie szkodzą. (Fot. iStock)
Współuzależnienie to branie odpowiedzialności za dorosłą osobę, otaczanie jej opieką, robienie rzeczy, które pozornie mają pomóc, ale w efekcie szkodzą. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Współuzależnieni partnerzy są odpowiedzialni, perfekcjonistyczni i nadopiekuńczy. Ale przede wszystkim łączy ich wstyd i lęk. O to, co powie rodzina, znajomi, co będzie dalej. Wierzą, że może bliski pójdzie po rozum do głowy, nie chcą wstrząsu.

A wstrząs jest jedynym rozwiązaniem – mówi psycholożka Ewa Woydyłło-Osiatyńska.

Ludzie szybko orientują się, że są współuzależnieni? Najczęściej zauważają to dopiero na terapii, po rozmowie z kimś bliskim albo gdy zaczynają szukać książek i artykułów na temat uzależnienia partnera. Bo z tym uświadomieniem sobie, że bliski choruje, różnie bywa.

To znaczy? Ludzie miesiącami, czasem latami, potrafią nie zauważyć, że partner jest uzależniony. Bo przecież to fajnie lubić seks, wszyscy piją albo fajni ludzie palą haszysz. Ciężej jest to pewnie też dostrzec osobie, która nigdy nie miała podobnych doświadczeń. Jeżeli już kiedyś byliśmy w relacji, w której druga osoba czegoś nadużywała, albo doświadczyliśmy tego w dzieciństwie, będziemy czujniejsi. Zauważymy nalewanie sobie kolejnej szklanki whisky, pobudzenie poalkoholowe. Wiele też zależy od typu człowieka. Jesteśmy szczerzy wobec siebie czy wolimy problemy zamiatać pod dywan? Mamy odwagę konfrontować się z drugą osobą czy raczej uciekamy? Związek z uzależnionym bywa prawdziwym teatrem. Jedno z partnerów udaje, że nie ma ze sobą problemu, drugie udaje, że w to wierzy.

Chyba alkoholizm partnera najłatwiej dostrzec? Niekoniecznie. Tak jak mówiłam, w naszej kulturze mnóstwo ludzi uważa, że alkohol jest wspaniały. Upijanie się też nie budzi kontrowersji. To normalny sposób odreagowania dla zmęczonych pracoholików, dla rodzin, które spędzają wspólnie święta, czy osób, które organizują imprezy. Na ilu była pani imprezach, gdzie nie było alkoholu? Szybciej czasem da się dostrzec uzależnienie od hazardu czy zakupoholizm. Mamy konkretne dowody – wypływy pieniędzy z konta.

Ale prędzej czy później zaczynamy widzieć, że coś jest nie tak? Najczęściej wtedy, gdy bliska osoba zaczyna zawodzić. Mąż miał odebrać dzieci, ale nie odbierze, bo wypił. Rano miał gdzieś pojechać, a o czwartej rano skończył imprezę z kumplem. Nałóg wpływa na życie. Chemiczne używki powodują również to, że człowiek dłużej śpi, choruje, ma kaca. Powoli też zmniejsza się jego motywacja i zdolność konstruktywnego działania. Na to można przymykać oczy tylko do pewnego momentu. Przebudzeniem bywa wstrząs. Miałam pacjentkę, której mąż lubił sobie wypić wieczorem kilka piw. W pewnym momencie zachorowało dziecko, musieli jechać do szpitala. Ale on nie mógł prowadzić, w środku tygodnia był nieprzytomny, śmierdział. Ona wściekła się z powodu tego, że ją zawiódł. Dopiero potem zaczęła analizować i rozumieć, że to już długo trwa.

Dużo osób chyba też ukrywa swój nałóg? Nałogowiec patrzy partnerce w oczy i mówi: „Ja piłem? Ty chyba zwariowałaś!”. Ciężko mu wziąć odpowiedzialność za swoje zachowanie. Jeśliby przyznał, że na przykład pije, musiałby się leczyć, zrezygnować z tego, co to daje. A daje mnóstwo. Alkohol, haszysz, seks, zakupy – to dla niektórych jedyna deska ratunku, ucieczka przed smutkiem, nudą, samotnością, stresem. Dlatego tak trudno się przyznać.

Gdyby miała pani pomóc i powiedzieć, czym jest współuzależnienie – żebyśmy się już nie oszukiwali? Współuzależnienie to branie odpowiedzialności za dorosłą osobę, otaczanie jej opieką, robienie rzeczy, które pozornie mają pomóc, ale w efekcie szkodzą. Bo tworzą warunki, w których nałogowiec żyje sobie jak pączek w maśle. On nie idzie na sanki z dziećmi, a potem na rodzinny obiad, choć obiecał, bo zapił. Ona mówi więc dzieciom i teściowej, że męża boli główka. Albo on nieustannie spłaca jej kartę kredytową, którą ona co chwilę czyści, choć sam ciężko pracuje. Współuzależniony nieustannie chroni partnera przed światem zewnętrznym. Jednocześnie w domu go kontroluje. Zagląda do barku, ile wypił. Każe mu robić testy antynarkotykowe, sprawdza, gdzie i po co chodzi. Uzależniony staje się bezwolny, złości go ta kontrola, ale ma też wygodnie. Ktoś inny zajmuje się całą tą męczącą codziennością.

Ale przecież mówi się, że tak ważne jest w związku wsparcie? Wsparcie tak, ale przecież nie za wszelką cenę. Poza tym wsparcie dotyczy dwóch osób, a nałogowiec nie umie nic dać, choć oczywiście zdarzają się partnerzy, którzy mówią: „Na początku mi to nie przeszkadzało, był po alkoholu weselszy, była po alkoholu bardziej otwarta”.

Współuzależniony cierpi? Bardzo. Ale często nie zdaje sobie z tego sprawy. On musi dać radę. Nie zauważa, że jego życie powoli zaczyna toczyć się tylko wokół tej drugiej osoby. O tym często mówią żony alkoholików. Czekanie w domu i sprawdzanie, w jakim stanie wróci mąż. Sięgnie na imprezie po alkohol czy nie? Usiądzie wieczorem bez piwa? To jest ogromne napięcie.

Dlaczego jedni od razu potrafią zostawić partnera nałogowca, inni tkwią z nim latami w związku? Współuzależnienie jest ściśle związane z podejściem do miłości. Jeśli ktoś rozumie miłość jako stopienie się, będzie chciał być z kimś za wszelką cenę, bo potrzeba bycia jest ponad innymi potrzebami. I nawet jeśli ktoś widzi, że ta druga osoba się niszczy, przy okazji niszczy też jego – oszukuje się. I pozwala też siebie oszukiwać. Są natomiast osoby o zdrowych granicach, które kochają na zasadzie „Jestem z tobą, zależy mi, ale jeśli nie traktujesz mnie poważnie, pakuję się i odchodzę”.

Czy osoby współuzależnione – poza kochaniem za bardzo – mają jakieś wspólne cechy? Mają dużo wspólnych cech. Często są bardzo odpowiedzialne, perfekcjonistyczne, nadopiekuńcze. Poza tym współuzależnienie to jest nie tylko uzależnienie od osoby, która ma problem, ale też uzależnienie od bardzo wielu rzeczy. Od ludzi, bo co powiedzą, od wyobrażeń o własnej przyszłości, od lęku, co będzie dalej. I te lęki nie zawsze są paranoją, do tej pory są w Polsce środowiska, gdzie po rozwodzie, który wynikał z jego problemu z alkoholem, ona przestaje być zapraszana, zostaje uznana za dziwaczkę, jej własne przyjaciółki ją odrzucają, bo co to za fanaberie, wszyscy przecież piją.

Zna pani takie kobiety? Oczywiście. I to właśnie kobiety. Bo przecież to one głównie zostają z partnerem. Średnio dziewięciu na dziesięciu mężów alkoholiczek odejdzie, jeden zostanie. W przypadku współuzależnionych żon: jedna odejdzie, dziewięć zostanie. To wynika z naszej kultury. Mężczyźni nie są przygotowywani do tego, żeby się kimś opiekować. A uzależniony tej opieki potrzebuje, bo jego życie jest chaotyczne. Tu przyjedzie pijany taksówką, tam zapomni portfela. Który mąż zejdzie zapłacić kolejny raz za pijaną żonę? A kobieta to zrobi, jeszcze pójdzie od sąsiadki pożyczyć. Bo dla niej najważniejsze jest, żeby mąż wrócił do domu. Rodzina zresztą często wspiera tę nadopiekuńczość.

Miałam pacjentkę, której partner robił po alkoholu afery, zdarzyło się, że ją szturchał, wyzywał. Poradziłam jej, żeby powiedziała o tym mamie, teściowej, bratu męża. I co się okazało? Jej własna matka, która ją kocha i pomaga jej przy dzieciach, na hasło: „Musimy coś zrobić, chyba go zostawię”, zacisnęła usta i powiedziała: „No, moja droga, ty sobie wyobrażasz, że życie jest usłane różami. Ja 50 lat przeżyłam z twoim ojcem, dałam radę. Dlaczego ty masz nie dać? A dzieci? Pozbawisz ich ojca?”.

Dzieci cierpią chyba bardziej, gdy żyją w takiej rodzinie? Oczywiście. Ile ja znam takich historii! Żona poszukuje męża, wyciąga go z baru, kasyna, śledzi. Dzieci siedzą same w domu. Współuzależniony nie chce tego widzieć. Zamiast oddać energię dzieciom, skupia ją na chorym człowieku. Czyli dzieci nie mają żadnego obecnego, uważnego rodzica. Argument „bo dzieci” jest absurdalny. One potrzebują przede wszystkim stabilnego domu, nawet jeśli jest w nim tylko samotna matka. Ale my, kobiety, byłyśmy uczone trwania za wszelką cenę. To się dopiero teraz zmienia. Jak żona ma się uwolnić od męża, gdy jej własna matka jest przeciwko?

Współuzależnienie u młodych osób zdarza się rzadziej. Kobiety koło trzydziestki, które były na studiach za granicą albo dużo podróżowały, znają swoją wartość i dużo szybciej reagują. One realizują plan swojego życia – jeśli po drodze trafi się człowiek uzależniony, szybko go usuwają. „Okej, podobał mi się ktoś, potem okazał się nieodpowiedzialny. Pali haszysz, bierze kokainę, cokolwiek, nie chce mu się pracować. Jest hultajem i wałkoniem, nie bawię się w to”.

Co robić, gdy, dajmy na to, mam dwoje dzieci i brak możliwości wyprowadzki z dnia na dzień? Pierwsza rzecz: przestać robić z tego tabu. Zdarza się, że oferuję jako psycholog pomoc, bo rozumiem, że ktoś nie chce od razu odsłaniać się przed znajomymi. Na przykład umówiłam się z pewną dziewczyną, że zadzwonię do niej koło 20.00, gdy będzie z mężem. I ona będzie rozmawiać ze mną jak z kimś bliskim. Zaproszę ją na urodziny, spacer. A ona powie głośno: „Chętnie bym się spotkała, ale nie mogę, bo Jurek pije”. I dalej będziemy odgrywać rozmowę, w której ona pierwszy raz zacznie opowiadać o tym, co się w domu dzieje. Tak zrobiłyśmy. Mąż wpadł w szał: „Co ty wygadujesz?! Kto to był?”. „Moja przyjaciółka, zapraszała mnie, żebym z nią wyjechała” – odrzekła ona. „Ale jaka przyjaciółka?!”. „To nie ma znaczenia”. „Jak ty możesz o mnie tak mówić?!” – atakował ją. A ona, trzymając się faktów, spokojnie odpowiadała: „A co? Nieprawdę mówiłam? Nie pamiętasz, jak leżałeś na klatce schodowej, zwymiotowałeś na dywan, jechałeś po pijaku?”. On się wścieknie, trzaśnie drzwiami, ale już nigdy nie będzie mógł powiedzieć: „Wymyślasz, nie ma problemu”, bo już wie, że komuś o tym powiedziałyśmy.

Następnym razem już jest łatwiej. Przychodzi teściowa, zachwyca się mieszkaniem, a my mówimy: „Mama nie wie, co się dzieje, gdy nie ma gości. Przecież Jurek codziennie pije. Bez piwa nie spędzi wieczoru. Prawda, Jurek, powiedz mamie, pijesz co wieczór cztery piwa?”. Trzeba rozkłuć ten balon. Oczywiście teściowa się obrazi, Jurek się obrazi, ale już nikt nigdy nie powie: „Wymyślasz”. Następuje konfrontacja. Nałogowiec udaje też, że nie ma problemów. Trzeba mu więc pokazywać te problemy: wywalili cię z pracy z powodu picia, zasnąłeś na urodzinach naszej córki, przeleżałeś całą niedzielę. I nie dawać przerzucać na siebie winy. A nałogowcy mają do tego ogromne tendencje. Winny jest cały świat. Trzymajmy się faktów: „Czy to ja zapomniałam zapłacić rachunek za prąd i nam wyłączyli? Ja się upijam?”. To jest bardzo trudne, ale od tego zależy wszystko. Musimy zacząć głośno o tym mówić.

Współuzależniony mówi: „Robię awantury, to nie działa”. Ale nie mamy robić awantur. Awantury eskalują problem, druga osoba ma powód, żeby uciec w nałóg. Trzeba tylko trzymać się faktów. My się nie kłócimy, wiemy, że mamy rację. Musimy też przestać cokolwiek załatwiać za partnera. Zrobić rozdzielność finansową, nie spłacać jego długów, nie wyciągać go z taksówki. Niech śpi na klatce schodowej, jego sprawa. Trzeba się uwolnić od tego strasznego wstydu. Sąsiadka mówi, że on leży na schodach? Odpowiadamy, że jest dorosły i co mamy zrobić. Koniec, kropka. Niech on skonfrontuje się ze sobą i sam zacznie się wstydzić.

Wiele osób boi się innego wstydu. Że w oczach ludzi przestaną być idealną rodziną. Tylko że tu już nie ma idealnej rodziny. Hipokryzja niszczy przede wszystkim nas. Jeżeli nie zrobimy jakoś drastycznego ruchu, to będzie coraz gorzej. Bo uzależnienie partnera będzie postępować. A im dłużej w tym jesteśmy, im więcej rzeczy robimy, żeby przyklepać problem, tym bardziej się pogrążamy.

Mamy siłą zmusić partnera do pójścia do AA albo innej grupy gdzie zajmują się uzależnieniami? Ależ my nie mamy go do niczego zmuszać! Możemy mu pomóc znaleźć kontakt, dopingować go, ale on sam musi chcieć. Naszym zadaniem jest zadbanie o siebie. Dużo dobrego dają spotkania z kobietami w podobnej sytuacji. Rozmowy z kimś, kto już jest dalej niż my, kto poradził sobie. Długie spacery, siłownia, spotkania z przyjaciółkami. Nie mamy siły? Zmuszajmy się. Osoba współuzależniona też ma ogromną lekcję do przerobienia – nie koncentrować się już na kimś innym, a na sobie.

Życie z kimś, kto wychodzi z nałogu, też jest ciężkie? Tak, to tak naprawdę egzamin, trudny moment. Bo osoba, która na przykład odstawia używki chemiczne, jest w kiepskim stanie. Ma psychiczne i fizyczne dolegliwości. Jest zmęczona, rozdrażniona. Zaczynamy myśleć: „Już lepiej było, kiedy pił” albo robimy afery. Nie rozumiemy, dlaczego mamy teraz znosić kolejne stany. Potrzeba ogromnej cierpliwości, wyrozumiałości. Tylko wtedy związek ma szansę wrócić na normalne tory. Do tego musimy się liczyć z nawrotami.

Ja poznałam mojego męża (Wiktora Osiatyńskiego – przyp. red.), kiedy miał przerwę w piciu. On potrafił miesiącami nie sięgać po alkohol. Wtedy nie pił siedem miesięcy. Bo kiedy pisał książkę, nie pił. A potem nadrabiał. Gdy zorientowałam się, co się dzieje, powiedziałam wprost: „Kiedy pijesz, nie chcę cię widzieć”. Potrafiliśmy się na Nowym Świecie minąć i nie powiedzieć sobie „dzień dobry”. Ale może to wynikało z tego, że byłam przyzwyczajona do samotności? Moja mama wcześnie umarła, nie miałam rodzeństwa. My wzięliśmy ślub dopiero wtedy, kiedy nasza córka miała osiem lat. Wcześniej nawet nie mieszkaliśmy razem. Dopiero gdy on poszedł na leczenie w Stanach Zjednoczonych, to trzy lata później wzięliśmy ślub.

Udało się wrócić do normalności? Mój mąż nie pił 32 lata, ale w domu zawsze był alkohol. Gdy wyjeżdżał, przywoził mi dobre wino, swojej mamie nalewkę. Niektórzy wpadają w inne uzależnienia, mój mąż zaczął jeść słodycze – o pierwszej w nocy zrywał się i szedł do lodówki. Trudno, coś za coś.

Czyli jest pani zwolenniczką radykalnych rozwiązań? Tak. Innego wyjścia nie ma. Tylko wstrząs, a potem długa praca jest w stanie uratować rodzinę czy związek. Ale najpierw oboje musimy uratować siebie.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska, psycholożka, terapeutka uzależnień. Pracuje w Ośrodku Terapii Uzależnień Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, związana z Fundacją im. Stefana Batorego, autorka wielu książek, w tym „Rak duszy. O alkoholizmie”.

  1. Psychologia

Uciekam, więc jestem - lęk przed bliskością

Jednym ze znaków rozpoznawczych silnego lęku przed związkiem to kończenie go w momencie, gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku.(Ilustracja Marianna Sztyma)
Jednym ze znaków rozpoznawczych silnego lęku przed związkiem to kończenie go w momencie, gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku.(Ilustracja Marianna Sztyma)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Wydawałoby się, że wszyscy pragniemy bliskości. Ale dla wielu z nas przytulanie się, spanie razem, wspólne mieszkanie – to za dużo. Uwiera, przeszkadza, budzi niepokój. Robimy więc wszystko, żeby nam się nie udało. Nawet gdy relacja dobrze rokuje, sabotujemy ją albo nagle zrywamy. Dobrze jest wiedzieć, co nami powoduje i czy da się coś z tym zrobić.

Wydawałoby się, że wszyscy pragniemy bliskości. Ale dla wielu z nas przytulanie się, spanie razem, wspólne mieszkanie – to za dużo. Uwiera, przeszkadza, budzi niepokój. Robimy więc wszystko, żeby nam się nie udało. Nawet gdy relacja dobrze rokuje, sabotujemy ją albo nagle zrywamy. Dobrze jest wiedzieć, co nami powoduje i czy da się coś z tym zrobić.

Kinga, 35-letnia menedżerka w gigancie IT, uśmiecha się na zdjęciach z rajskiej wyspy. W tle lazurowe niebo, plaża, bujna roślinność. Wszędzie sama. Wyjechała tam dokładnie rok temu, ten jeden jedyny raz z chłopakiem, bo zawsze wyjeżdżała w pojedynkę. Kiedy wybuchła pandemia, on wrócił LOT-em do domu, ona postanowiła zostać. Wzięła zaległy urlop, potem bezpłatny, w międzyczasie odkryła nową pasję – fotografowanie i kręcenie filmików, które wrzuca do sieci, a na nich robi za przewodniczkę oprowadzającą wirtualnie po wyspie. Oferuje także organizację pobytów i pisanie reportaży. Tak ją poznaję. Reklamuje mi swoje usługi, ale opowiada także – najpierw między wierszami, potem wprost – o sobie. Wyłania się z tych opowieści portret młodej, atrakcyjnej kobiety, która nie może znaleźć miłości, ale tak naprawdę, nie wiedzieć czemu, przed nią ucieka. Inspiruje mnie do zajęcia się na naszych łamach ludźmi, którzy boją się bliskości. Okazuje się modelowym przykładem. Mogłaby mieć każdego mężczyznę, a na dłużej nie ma nikogo. Miss klasy, obozów, roku. Wokół niej zawsze kręciło się wielu adoratorów. Każdego jednak bardzo szybko odstawiała na boczny tor. Opowiada z detalami, co było z nimi nie tak: – Jeden chłopak miał za duże dłonie, inny za głośno mówił, pamiętam takiego, którego zdyskwalifikowały zbyt wydatne usta. To dziwne, że to, co na początku mi nie przeszkadzało, a nawet mnie intrygowało, potem zaczynało wkurzać. Teraz, jak patrzę na tamtą siebie, to widzę, że interesowali mnie tylko faceci niedostępni, o których musiałam powalczyć. Ale jak tylko dali się zdobyć, od razu coś zaczynało mnie w nich drażnić. Więc mówiłam „do widzenia”. Chłopak, z którym wyjechała, naciskał, żeby zamieszkali razem, a ona oczami wyobraźni widziała wspólne życie jako więzienie, z którego nie ma ucieczki. – W sumie bardzo dobrze się stało, że tu zostałam – mówi. Bo ten czas okazał się dla mnie ratunkiem. Ale nie dlatego, że mogę być sama, tego nigdy tak naprawdę nie pragnęłam, tylko dlatego, że mam dużo czasu na przemyślenie swojego życia. Dzięki temu odkryłam, że wciąż uciekam. Jeszcze do końca nie wiem, co się za tym kryje, ale dzięki terapii powoli to odkrywam.

Jak najdalej

Lęk przed bliskością ma różne oblicza, różnie zresztą opisywane przez psychologów. Warto je poznać, bo wielu ludzi ich u siebie nie widzi. Psycholożka, psychoterapeutka i autorka książki „Jak nie bać się bliskości?” Stefanie Stahl opisuje je metaforycznie. Pierwszy typ ludzi z tym syndromem nazywa „myśliwymi”, bo są zainteresowani przede wszystkim uwodzeniem. Ale, jak pokazuje przykład Kingi, taka cecha nie jest tylko domeną mężczyzn. Myśliwi z jednej strony polują, więc ich życie naznaczone jest licznymi flirtami, romansami, nawet wieloma małżeństwami, z drugiej jednak – unikają trwałych związków. Potrafią być uroczy, pełni wdzięku, otwarci, ale także zimni i bezwzględni. Oczarowują, gdy tylko jednak „ofiara” wpadnie w ich sieć, wycofują się. Taka gra może się toczyć latami, zwłaszcza gdy „ofiara” też cierpi na lęk przed bliskością.

Drugi typ zyskał przydomek „księżniczka lub książę”. Ludzie ci mają bowiem silnie narcystyczne cechy charakteru. Zakochują się, i to często od pierwszego wejrzenia, jednak nie umieją dzielić codziennego życia z partnerem, akceptować jego słabości. Relacja według księżniczki i księcia musi być ekscytująca, dynamiczna, natomiast stabilizacja związku, a już nie daj Boże jakieś w nim problemy, to dla takich ludzi zagrożenie. Podobnie jak trwałe związki. Uciekają więc od nich jak najdalej. Za każdym razem rozglądają się za kimś, kto zapewni im ciekawe życie, kto podniesie ich poczucie wartości. Tak się jednak składa, że zawsze znajdują kogoś – ich zdaniem – niewłaściwego. Więc szukają od nowa.

Kolejny typ człowieka lękającego się związków, „murarz”, swoim zachowaniem mówi partnerowi: to ja dyktuję warunki. I odgradza się od niego murem. Stosuje w tym celu różne, czasem wyrafinowane strategie: oddaje się bez reszty pracy, pasjom, działalności społecznej. Romansuje, wybiera związki na odległość, manipuluje seksem: bywa powściągliwy, dawkuje zbliżenia, unika pójścia do łóżka. Nie lubi się do niczego zobowiązywać, zawsze pod ręką ma jakieś wymówki. Budując wokół siebie mury, utwierdza się w przekonaniu, że nikt go nie zrani. Nie dotknie. Nie złamie. A z tego przekonania płynie poczucie władzy. Bo to on ustala, kiedy chce być blisko, a kiedy nie. W relacji z takim człowiekiem nie ma miejsca na kompromisy, dogadywanie się. On podejmuje ostateczne decyzje, kropka.

Wyznaczanie niezdrowych granic, dyktowanie warunków to typowe zachowanie większości osób z lękiem przed bliskością. Tacy ludzie chcą pociągać za sznurki, decydować o tym, kiedy porozmawiają, kiedy dopuszczą partnera do siebie. Inną ich cechą wspólną jest unikanie trwałych związków. „Jeszcze nie jestem gotowy” – mówią. Autorka książki zauważa, że to zdanie wypowiadają wszystkie osoby z lękiem przed bliskością we wszystkich językach na całym świecie. W ten sposób pozostawiają sobie możliwość wyboru, jednocześnie zwodząc partnerów. Bo co oznacza to stwierdzenie? Tak naprawdę to dwa stwierdzenia w jednym: „teraz jeszcze nie jestem gotowy” oraz „ale, być może, kiedyś będę”. I to adresat tych słów ma zgadnąć, co autor chciał powiedzieć: „nie chcę trwałego związku” czy „może coś z tego jeszcze będzie”? Takich ludzi łączy jeszcze jedno – rozdarcie wewnętrzne, miotanie się, strach przed bliskością, bycie między „chcę i nie chcę”.

Wyznaczanie niezdrowych granic, dyktowanie warunków to typowe zachowanie większości osób z lękiem przed bliskością. (Ilustracja Marianna Sztyma) Wyznaczanie niezdrowych granic, dyktowanie warunków to typowe zachowanie większości osób z lękiem przed bliskością. (Ilustracja Marianna Sztyma)

W trybie offline

Inny znak rozpoznawczy silnego lęku przed związkiem to kończenie go w momencie, gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku. Gdy zaczyna być pięknie, a relacja staje się naprawdę bliska. Zachowujemy się wtedy tak, jakby coś szeptało nam do ucha: „Uważaj, to wszystko się rozleci. Nie zobowiązuj się do niczego, nie bierz odpowiedzialności, bo a nuż za rogiem czeka ktoś lepszy. Jak się zwiążesz, stracisz wolność”. Albo: „Nie dorastasz partnerowi do pięt, więc twój związek nie ma szans”. Co to za głos? – To demony z dzieciństwa – odpowiada psycholog Jarosław Przybylski. Lęk przed bliskimi relacjami zależy w dużej mierze od tak zwanych bazowych relacji, czyli doświadczeń, jakie zdobyliśmy w pierwszych latach życia w kontakcie z matką, ojcem czy innym opiekunem. Wpływają one na to, czy nasz mózg kojarzy bliską więź z pewnością, bezpieczeństwem, miłością czy osamotnieniem, opuszczeniem, zagrożeniem. Najprościej rzecz ujmując, miłość, uwaga, troska i empatia budują nasze pierwotne zaufanie do ludzi. Brak miłości i uwagi wyposaża nas w poczucie, że świata i ludzi należy się bać. Ma to związek z tak zwanymi neuronami lustrzanymi, które wykształcają się w mózgu w pierwszych trzech latach życia i które pomagają odzwierciedlać zachowania tego, w kim się dziecko „przegląda” podczas wspólnie spędzanego czasu.

Psychologowie wyróżniają trzy podstawowe style więzi tworzących się we wczesnym dzieciństwie. Pierwszy: bezpieczny, oparty na miłości, trosce, uwadze. Dorosła osoba z takim stylem przywiązania ufa partnerowi i sama czuje się z nim bezpiecznie. Drugi styl: lękowo-ambiwalentny ma swoje korzenie w niewystarczającej dawce uwagi i empatii, jaką dostaliśmy od rodziców. Partner z takim stylem przywiązania szuka miłości, ale nieustannie boi się jej utraty. I trzeci styl: unikający, wykształcony w odpowiedzi na zupełny brak troski w niemowlęctwie. W dorosłości przejawia się tym, że nie zależy nam na tworzeniu jakichkolwiek związków z ludźmi. Jarosław Przybylski: – Warto zauważyć, że doświadczeń z wczesnego dzieciństwa nie pamiętamy. To dlatego nie wiążemy ich z naszymi obecnymi problemami. Ich źródeł szukamy gdzie indziej. Najczęściej jesteśmy przekonani, że winę za trudności ponosi partner, który nas tłamsi, zniewala. Tymczasem wczesne doświadczenia więzi zostały zapisane w naszej podświadomości i stamtąd sterują naszym zachowaniem. Psychologowie wiążą lęk przed bliskością z niskim poczuciem własnej wartości. Według Stefanie Stahl niska samoocena plasuje się w samym epicentrum tego lęku. Tacy ludzie boją się związków, bo boją się odrzucenia. Dla nich jako partnerów istnieją właściwie tylko dwie możliwe decyzje: zrobię wszystko, by nie zostać odrzuconym, albo od razu zrezygnuję z relacji. A wszystko po to, aby chronić swoje niestabilne poczucie własnej wartości. Osoby cierpiące na lęk przed więzią widzą w partnerze wroga, siebie natomiast postrzegają jako twierdzę, której trzeba bronić. I bronią. Poprzez ucieczkę, atak albo… udawanie martwego. Stefanie Stahl wyjaśnia, że „udawanie martwego”, przez psychologię nazywane dysocjacją, to dość powszechny, choć zakamuflowany odruch. Coś w rodzaju trybu offline. Taki jakby komunikat: „abonent chwilowo niedostępny”. Partner sprawia wrażenie nieobecnego, nawet kiedy siedzi obok. Co kryje się za takim zachowaniem? Próba obrony przed zagrożeniem, tu – przed bliskością. W chwili, gdy to zagrożenie jest zbyt duże, człowiek się wyłącza tak, jak przegrzane urządzenie elektryczne.

Jestem dorosła

Pokonanie lęku przed bliskością nie jest zadaniem łatwym. Wymaga głębokiej pracy nad sobą, najlepiej pod okiem psychoterapeuty. Dotarcia do źródła, czyli bazowych relacji. Szczerości z sobą samym. Cierpliwości i konsekwencji, bo demony z przeszłości mogą wracać. Psycholog Andrzej Gryżewski w książce „Niekochalni” pisze, że aby pozbyć się lęku przed bliskim związkiem, trzeba się ponownie urodzić. Według Stefanie Stahl zacząć trzeba od rozpoznania tego, co się ze mną dzieje. Dostrzec, że w ogóle odczuwam lęk przed relacją, i dlatego na wszelkie sposoby ją udaremniam. Już samo odkrycie tego, że boję się związków, może okazać się dla mnie uzdrawiające. Może też uzdrowić relację, bo kiedy zrozumiem, że mam problem, przestanę go szukać w partnerze. – W tym obszarze nie ma cudownych rozwiązań – mówi Jarosław Przybylski. – Praca nad lękiem przed bliskością to tak naprawdę praca nad wieloma lękami: przed odrzuceniem, zranieniem, zależnością, zaangażowaniem, otwarciem się na drugiego człowieka. A przede wszystkim to praca nad lękiem przed byciem sobą. Bo ludzie bojący się bliskiej relacji z innymi boją się też prawdziwego siebie. Zacząć trzeba więc od zbudowania dobrej relacji z sobą samym. Stefanie Stahl proponuje: porozmawiaj ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Wytłumacz mu, że jest sprawcze, że może negocjować, ma wpływ na relację, może osiągać kompromisy. I że nie musi uparcie siadać w kącie i się dąsać. Wewnętrzne dziecko ma usłyszeć, że między naginaniem się do innych i całkowitą rezygnacją z siebie a radykalną bezkompromisowością istnieje spore pole do innych reakcji. Kinga: – Dla mnie przełomowe okazało się ćwiczenie, jakie zadała mi moja psychoterapeutka. Miałam usiąść przed lustrem, poprzyglądać się sobie, pouśmiechać, pogadać. Głupie to, pomyślałam. Ale dobra, usiadłam. Stroję miny, marszczę czoło, zamykam jedno oko, cmokam, podśpiewuję. I dalej nie wiem, co ma z tego wynikać. „A kogo zobaczyłaś?” – pyta mnie potem psychoterapeutka. „Dziewczynę z pierwszymi zmarszczkami” – odpowiadam. „No właśnie, jesteś dorosła” – ona na to. Czyli nie bezsilna ani nie bezwolna. To ty decydujesz o sobie. Możesz więc zadecydować, że przestajesz uciekać. Od roku siedzę w miejscu, na pewno nie uciekam przed sobą. Na początek dobre i to.

  1. Seks

Czy bez zakazów jest sexy? - pytamy Katarzynę Miller

Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Czy seks byłby sexy, gdyby nie był choć trochę zakazany i grzeszny? Czy musimy przekraczać granice, żeby mieć w łóżku przyjemność? Czy miłość fizyczna bez cenzury obyczajowej, bez wymyślonych, niegrzecznych scenariuszy byłaby taka pociągająca – wyjaśnia Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Slavoj Žižek, filozof kultury, w filmie dokumentalnym Sophie Fiennes „Z-boczona historia kina” mówi, że nie przeżywalibyśmy seksu, gdybyśmy w głowie nie mieli myśli, że czegoś nam nie wolno. A więc seks bez dodatkowej wkładki nie byłby sexy. Byłby sexy, jak cholera. Nawet bardziej… Chociaż może to, co mówię, to wyraz mojego marzenia o byciu dzieckiem natury, które kocha się w słońcu na plaży, w lesie na polanie, bez wstydu i ograniczeń? Ale też nie może nie być przyjemne dla ludzi to, że się pieszczą, dotykają, całują, że mają orgazm... A tego by w seksie bez zakazów i bez tabu nie zabrakło. Gdyby seks nie był zakazany, dawałby nam samą przyjemność, bez tej drażniącej nuty perwersji. Bo oprócz tego, że miło jest czuć na skórze wiaterek, miło jest pływać w chłodnej wodzie, tak samo miło jest ocierać się o drugie ciało, ciało kogoś, kto ładnie pachnie, kto nas podnieca, kto może być pociągający albo atrakcyjny...

Albo pociągający, albo atrakcyjny? No tak, bo może ci się ktoś nie podobać fizycznie, ale nagle – kiedy zaczniecie na przykład tańczyć czy przez przypadek się dotkniecie – wybucha między wami ogromna namiętność. Przeżyłam to kiedyś. Zatańczyłam z pewnym panem, który wydawał mi się nieciekawy, ale kiedy się dotknęliśmy, poczułam to samo co on. Tańczyliśmy sześć razy z rzędu, aż jego żona dała mu parasolką w łeb i zabrała do domu. Swoją drogą dużo się nauczyłam z tego jej zachowania. Wtedy wybałuszyłam oczy: „Jak ona się nie wstydzi?”. Mamusia uczyła mnie, że dama się tak nie zachowuje. Ale ta kobieta była prawdziwa, zrobiła to, co musiała, i uratowała swój związek. Bo co z tego, że my oboje pamiętamy o tym tańcu do dziś? To nikomu nie szkodzi! A gdyby nie walnęła go parasolką, to pewnie bym z nim poszła do łóżka. I nie wiadomo, czy zgranie z parkietu przeniosłoby się do sypialni. Sam taniec jest też doświadczeniem spełniającym, a ja byłam tego wieczoru doskonale spełniona.

A wracając do tematu… Gdyby seksualność była czymś naturalnym, to żyłoby się nam zdrowiej i przyjemniej. Może byłoby nas mniej, bo nie ciupcialibyśmy się tak często jak teraz, robilibyśmy to tylko dla przyjemności, a nie z 37 innych powodów, które biorą się właśnie stąd, że seks jest trochę tabu, trochę brudny, trochę zły. A wielu ludzi najbardziej w seksie kręci właśnie to przekraczanie zakazów… Pewien mój klient dowiedział się, że jest zdradzony, od kochanka żony, który chciał go tym poniżyć: „Miałem twoją babę”. Potem przez wiele lat podrywał kobiety będące w związkach, a potem porzucał, bo to nie one go interesowały. Obchodziło go to, żeby zdradzony facet dowiedział się, że jest rogaczem… Takich akcji naliczył 39. Gdy powiedziałam mu, że wcale nie chodzi o jego temperament, ale odwet, że oddaje swój ból innym mężczyznom, zdziwił się, a potem rozpłakał. No więc gdyby zakazów, tabu, grzechu nie było, kochalibyśmy się znacznie rzadziej, może z kimś innym i tylko wtedy, kiedy chcielibyśmy mieć dzieci albo gdy bardzo byśmy się sobą zauroczyli i zapragnęli bliskości cielesnej...

Gdyby nie było zakazów i tabu, mniej byśmy się kochali? Pruderyjni moraliści są innego zdania i dlatego starają się utrzymać wszystkie zakazy. Zakazy prowokują, by je łamać. No, oczywiście, gdyby nagle wszystkie zniknęły, to przez jakiś czas zapewne ludzie dużo częściej decydowaliby się na przygodny seks, na zasadzie posmakowania już dozwolonego owocu. Ale potem nastąpiłoby uwolnienie od seksualnych obsesji. Seks miałby mniej mroku i na pewno byłoby mniej przestępstw seksualnych. Nie można by seksem ludzi zniewalać, uwodzić, manipulować nimi. Ale też kobiety musiałyby się wtedy nauczyć przyjmować odmowę. Mężczyźni przez setki lat byli narażeni na nasze „nie”. Jeśli chcemy równouprawnienia, też musimy się tego nauczyć. Bo czy seks jest tabu, czy nie, ktoś mi się może podobać, a ja jemu nie. I na to nic nie poradzimy. Zawsze można dostać kosza. A co do przeciwników wolności seksualnej – mnożąc zakazy i nakazy, osiągają odwrotny efekt z powodu naszej przekory. Chcemy tego, czego mieć nie możemy. Tacy jesteśmy od dziecka. Kiedy rodzice zabraniali nam jeść lody, podejrzewaliśmy, że chcą je mieć tylko dla siebie. Dziecko nie wie, że powody bywają racjonalne. Ale też irracjonalne jak wtedy, kiedy rodzice ośmieszają dzieci, gdy przyłapią je na zabawie w doktora. Robią to dlatego, że sami sobie z seksem nie radzą, są pozbawieni frajdy seksualnej, przesiąknięci zakazami wyniesionymi z własnego domu. I dlatego automatycznie, bezrefleksyjnie tego samego zabraniają swoim dzieciom. Tak sobie z pokolenia na pokolenie przekazujemy masę złych rozwiązań. I szkodliwych, bo na przykład brak edukacji seksualnej czy szczerych rozmów o seksie powoduje, że nastolatki mają żenującą wiedzę o życiu intymnym ludzi i dzwonią do telefonów zaufania, takich jak Ponton, pytając, czy wystarczy napić się coca-coli, żeby nie zajść w ciążę. Jeśli rodzice nie potrafią rozmawiać o seksie, to niechnchociaż kupią książki i zostawią w domu w widocznym miejscu, dziecko je znajdzie i czegoś się dowie. Odczaruje ten straszny grzeszny seks.

Czy dobrze by było, gdyby nie było żadnych granic? Ale one są: nie zabijaj, nie kradnij, nie poniżaj, nie szydź. To wystarczy. W seksie jako takim nie ma nic złego, seks jest zły, gdy go używamy do zdobycia władzy nad drugim człowiekiem, poniżenia go czy nękania. Ale seks taki może być tylko wtedy, kiedy wynika z zakazów i perwersji, jaka się z nich rodzi.

Jednak seks z mężem kumpeli to nie perwersja, tylko świństwo. Człowiek bardzo potrzebuje wolności, a ponieważ zabiera się nam ją od dziecka, to staramy się ją wyszarpać. Jedni podjadają cichaczem słodycze, drudzy kradną albo ryzykują życie. Każdy ograniczony w swoich prawach człowiek, który czuje, że coś się w nim szarpie i chce wydostać na zewnątrz, znajduje sobie swój kawałek wolności. A seks nadaje się do demonstracji wolności niesłychanie dobrze. To nawet może być wyraz bezczelności: „Ja tu się nie boję!”. Zakazy niesłychanie nas rajcują! Jeśli rodzice mówili: „Tego nie możesz, to nie wypada, my lepiej wiemy, co dobre dla ciebie, jak zrobisz to – przestajesz być naszym dzieckiem” – jeśli tak cię wychowywano, to gdy mąż kumpeli ci się podoba, myślisz: „Zrobię, co będę chciała! Dam sobie prawo!”. I robisz to, bo choć zapłacisz za ten seks poczuciem winy, to ono właśnie da ci ten smak, że nie słuchasz innych (i swojego wewnętrznego rodzica). Ale nie masz potrzeby przekory, gdy rodzice uczyli cię wybierać. Mówili: „Możesz nie nakładać czapki, sprawdź sama, czy nie będzie ci za zimno”. Jeśli mogłaś decydować i poznawać konsekwencje, to masz w sobie ukształtowanego wewnętrznego dorosłego i nie musisz wciąż walczyć z rodzicami. Nie musisz odrzucać zakazów i nakazów, żeby czuć się dorosła. Podejmujesz decyzje, a nie buntujesz się i robisz na przekór, choć masz już 40 lat.

Czyli wychowanie w rygorze może nas demoralizować? Ja nie palę, bo ojciec mi powiedział: „Spróbuj, zapal, ja palę od 13. roku życia i żałuję, bo nie mogę rzucić”. To było na feriach zimowych. A ponieważ mi nie zabronił, mogłam spokojnie, zgodnie ze swoimi odczuciami uznać, że mi papierosy nie smakują. Że ten dym i smak jest ohydny. Podobnie było z alkoholem. Upiłam się kiedyś na wakacjach z ojcem i czułam tak źle, że potem upiłam się jeszcze tylko raz i koniec, nigdy więcej. Piję tylko trochę. Szkoda, że z jedzonkiem tak mądrze nie rozegraliśmy sprawy…

A seks? Opowiedziałam ojcu o swojej inicjacji i on mnie podtrzymał na duchu, bo to nie było udane przeżycie, ale czasy były takie, że nie rozmawiało się otwarcie o seksie. A szkoda, bo mogłabym uniknąć wiele bólu i rozczarowań.

Ale czy my chcemy seksu bez dodatku perwersji, przełamywania tego, co uznane za dobre? Nowe powieści kobiet o seksie nie są o wolności seksualnej, ale o sadomasochizmie... A więc ich autorki odwołują się do zakazów wyrastających ze starej kultury. Już im wolno pisać, więc piszą, ale jedną nogą stoją w XIX wieku, gdzie wyobrażenia gwałtu uwalniały od poczucia winy, że „ja sama chciałam”. Ale są też inne książki, jak ta autorstwa Catherine Millet – „Życie seksualne Catherine M.”, w której pani kustosz bierze mężczyzn, korzysta z seksu, jak robią to mężczyźni. Jednak jakiekolwiek by te książki były, dobrze, że kobiety mają prawo je jawnie pisać i jawnie czytać. Oznacza to, że przyznają się do tego, że są istotami seksualnymi, a to przełamanie podstawowego tabu naszej kultury. Gdyby było więcej miękkiej kobiecej pornografii, to mężczyźni by więcej o nas wiedzieli. Nie tylko nakręcaliby się, wyobrażając sobie dwie lesbijki w łóżku, ale pamiętali, jak ważny jest dotyk, gra wstępna, zbliżanie się do siebie…

A więc czy w ogóle jesteśmy w stanie dziś, tak wychowani, kochać się bez zakazów? Jest takie opowiadanie: dziewczyna udaje, że daje się poderwać nieznajomemu, którego odgrywa jej narzeczony. Ale wtedy ten wyzywa ją od dziwek i odchodzi. Dlaczego? Bo ma bardzo malutkie poczucie wartości i na pewno nie wie, czym jest radość z seksu, bliskość, spontaniczność. Ma za to w głowie pełno zakazów. A kochać się bez zakazów znaczy iść za tym, co czuję i czego pragnę, nie za tym, co sobie w głowie wymyślę, a potem próbuję na siłę realizować. Każda dobra rzecz w życiu jest tu i teraz. Pewnie, trzeba też czasem planować. Ale radość daje nam to, co dzieje się tu i teraz. Zmysły kierują nas ku przyjemności, która jest niewinna. Naturalna. Kiedy leżycie sobie na ciepłym piaseczku i słoneczko świeci, wiatr od morza jest taki słodki, to czy nie byłoby jeszcze wspanialej zdjąć majteczki i się pokochać? Byłoby. Żeby tak się stało, potrzebne jest nam naturalne podejście do seksu jako do rozkosznego elementu życia.

Ale jeśli tego nie umiemy, to co mamy zrobić? Problem tkwi we wpajanym nam poczuciu winy. To ono, wyniesione z domu i lekcji religii, próbuje nas zatrzymać przed wszystkim, co nam sprawia przyjemność. Co daje rozkosz. I kiedy dajesz sobie przyjemność na siłę, czyli przełamujesz zakazy, swoje lęki przed karą bożą, przed złością mamusi, to czujesz napięcie. Ono może podkręcać, ale zakłóca prawdziwą przyjemność. No i w takiej sytuacji musisz dać Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, i pozwalasz sobie na przeżycie ekscytacji, choć za chwilę musisz sobie dać w łeb za tę swawolę. Marudzisz, obrażasz siebie i czekasz na karę, a więc się podstawiasz. To jak biczowanie się za zmysłowe myśli… Jednak poczucie winy działa tylko tam, gdzie ludzie się boją, bo jak się boją, to nic ich nie cieszy. A wtedy niemożliwa jest prawdziwa zmysłowość. Trzeba więc te lęki pokonać, a poczucie winy nas nie zatruje. Wtedy będziemy mogli iść za zmysłami. Za zwykłą dziecięcą potrzebą zabawy i przyjemności, bo zabawą jest wszystko, co daje przyjemność. Tylko że to musi być przyjemność po naszemu, nie przez podglądanie i naśladowanie jakichś innych dorosłych, na przykład naszych rodziców. Musimy iść za zmysłami, ale tak, jak my sami czujemy. A kiedy nam się uda, kiedy nasze ciało tu i teraz doświadcza spontanicznej przyjemności, to i naszej duszy jest lżej.

A więc seks bez zakazów to seks nastawiony na zmysły, czystą przyjemność? Wielu mężczyzn nie uznaje dotyku w seksie. Chcą tylko mechanicznego seksu i doznania ulgi. Postępują tak, bo usłyszeli w życiu tyle zakazów i nakazów, tyle wycierpieli, że się w ogóle sobą nie cieszą. Nauczyli się tylko, że w tym napięciu, w którym żyją, wytrysk daje im na chwilę ulgę. To, co robią w łóżku, to nie jest seks dla przyjemności. Ci mężczyźni nie wiedzą, że mogą mieć z dotykania ich ciał przyjemność. Ale jeśli mają kochanki, które mają ochotę na erotyczny seks, to one im pokażą, że pieszczenie całego ciała jest rozkoszne i przyjemne także dla mężczyzny.

Ale mężczyźni często nie chcą, żeby ich pieścić. E tam, trzeba powiedzieć: „Kochanie, jesteś zmęczony? To się połóż, ja cię będę głaskać, masować, posmaruję olejkiem, pocałuję”. Jeśli się nie da, to znaczy, że ten mężczyzna ma poważny problem z bliskością. Ale normalny facet, któremu kobieta zaproponuje masaż pod prysznicem, nie powie nie. I tak powolutku przyzwyczai się do pieszczenia jego samego. A potem do pieszczenia jej… Bohaterka filmu „Take this Waltz” poznaje mężczyznę, który jest inny niż jej mąż. Mówi otwarcie i z radosną pewnością siebie, co by z nią zrobił, długo, dokładnie o tym opowiada i oboje ich to słodko nakręca. Co prawda ona ucieka, ale potem do niego wraca. Bo jej mąż nie czuł się nigdy jej godny i w seksie nie był naturalny. Wielka namiętność trwa dwa lata, potem wygasa. Ale ona dzięki temu doświadczeniu zmienia się, wzbogaca. W ostatnim kadrze filmu jest szczęśliwa, uśmiechnięta, bo dała sobie prawo do inicjacji, do wyzwolenia...