1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Utrata jest zwyczajnym doświadczeniem. Tracąc, zyskujemy

Utrata jest zwyczajnym doświadczeniem. Tracąc, zyskujemy

Ilustracja: Katarzyna Surman-Pisz
Ilustracja: Katarzyna Surman-Pisz
Zobacz galerię 5 Zdjęć
W naszych ciałach i psychice istnieją potężne mechanizmy odnowy i wzrostu. To znaczy, że jesteśmy w stanie podnieść się po każdej porażce i utracie.

Światowej sławy psychoterapeuta dr Peter A. Levine w książce dotyczącej traumy „Obudźcie tygrysa” pisze, że rodzimy się z naturalną zdolnością do przezwyciężenia wszelkich, najtrudniejszych nawet, doświadczeń utraty, a także regenerowania się po groźnych i stresujących wydarzeniach. Ciało, psychika i duch współpracują na naszą korzyść, napędzane potężną energią życia, która pragnie przejawiać się poprzez nas.

Aleksander Perski, założyciel szwedzkiej Kliniki Stresu, w swoich książkach (m.in. w „Poradniku na czas przełomu...”) zwraca uwagę na to, że biologicznie i psychicznie zostaliśmy wyposażeni tak, by zmierzać do zdrowia, harmonii i pełni. A także do odnowy. Nasze organizmy są mocne i ukierunkowane na życie. Nie zdajemy sobie sprawy, że nieustająco jesteśmy poddani potężnemu procesowi regeneracji organizmu. Około 20 lat temu południowoafrykański biolog Sydney Brenner odkrył zjawisko apoptozy, czyli „zaprogramowanego obumierania komórek”, za co w 2002 roku otrzymał Nagrodę Nobla. Apoptoza polega na tym, że komórka, która żyje jakiś czas – u dorosłego człowieka obejmujący około 20 podziałów komórkowych – musi zostać usunięta. „Zawiadamia” więc sąsiednie komórki, że przyszła na nią pora. Sąsiedzi wysyłają cząsteczki proteinowe, małe pociski, które mają ją zniszczyć. Wówczas komórka rozrywa się na maleńkie cząstki, które są wchłaniane przez pobliskie komórki lub zostają wydalone z organizmu. Przestrzeń po obumarłej komórce zapełnia się w wyniku podziału komórki sąsiedniej. Rozmach tego procesu jest ogromny – w ciągu sekundy zachodzi około 20 milionów podziałów komórkowych, w wyniku których w naszym organizmie codziennie zmienia miejsce około dwóch kilogramów komórek. W ciągu całego życia w ten sposób przekształca się 70 ton komórek!

To pokazuje, że utrata i regeneracja leżą w naszej ludzkiej naturze. Jesteśmy dynamicznymi istotami, które są w stanie zmieniać środowisko, przekonania, poglądy, stosunek do życia, "puszczać" przeszłość i otwierać na przyszłość. Służą temu naturalne procesy, które jednak zaburzamy. Czym? Niezgodą, oporem, przywiązaniem do żalu i bólu, zamartwianiem się, rozmyślaniem o przeszłości. Niezrozumienie, że utrata jest nieruchomą częścią życia i daje miejsce nowemu.

Może być tak, ze kawałek naszego życia się rozpada, bo tracimy pracę, pieniądze, prestiż, bliską relację, jednak paradoksalnie czujemy ulgę. Ból, ale też ulgę. Mówi o tym wiele osób, które przeżyły stratę. Jakby coś głęboko w nas wiedziało, że utrata jest zwyczajnym doświadczeniem. Szansą. Otwarciem.

Może nie lubiliśmy swojej pracy i zostaliśmy z niej zwolnieni, żeby wreszcie odkryć swoją prawdziwą pasję i na przykład wyjechać na drugi koniec świata, by pomagać chorym i potrzebującym - wiele takich historii czytamy ostatnio w prasie. Być może miłość już dawno przeminęła, więc rozstanie z ukochanym było jedynie przypieczętowaniem utraty więzi - ten wątek także często słychać w życiowych opowieściach. Być może zostaliśmy okradzeni, by... poznać smak prostego życia.

Kiedy czujemy, że strata otwiera drzwi do nowych doświadczeń, nowej twórczości i rozwoju, wtedy pogodzenie się z nią, puszczenie tego, co już się wydarzyło, staje się uwalniające i ożywcze.

Możemy jednak utknąć w żalu i lęku o przyszłość. Dlaczego to przytrafił się właśnie mnie? Dlaczego życie mi to robi? Takie pytania rodzą wyczerpującą wewnętrzną walkę z tym, co jest. Nie jesteśmy w stanie jej wygrać. Opór nie chroni, a jedynie wzmacnia ból i pozbawia sił.

Wiele osób zatrzymuje się na tym właśnie etapie i nawet nie próbuje poskładać życia na nowo. Tragedia utraty wydaje się im tak przytłaczająca, że nie dostrzegają możliwości wyjścia z tej sytuacji. Bardzo często obwiniają innych za to, co się stało, przekonują siebie, że świat jest zły, ludziom nie można ufać, a los przynosi same nieszczęścia. Zdarza się też, że obarczają winą siebie. I tkwią przez długie lata w takich przekonaniach, w sytuacji bez wyjścia.

Przejście od "nie tak miało być" do "wszystko jest tak, jak być powinno" może zająć jakiś czas. Potrzebujemy ciszy, aby pobyć ze sobą, zagłębić się w siebie i odkryć, że jesteśmy czymś znacznie więcej, niż tylko wątpliwościami, obawami, osądami i przekonaniami, co jest właściwe, a co nie. A wtedy utrata stanie się kluczem do głębszego zrozumienia.

Utrata służy wyższemu dobru; jest startem do lepszego życia. Takie podejście może wydawać się przytłaczające, budzić niechęć, a nawet złość - jednak patrząc na swoje życie z tej duchowej perspektywy, otwieramy się na możliwości, których wcześniej nie dostrzegaliśmy. A wtedy dostajemy pomoc. Wsparcie może nadejść w formie książki, terapeuty, grupy, nowego przyjaciela lub nowego pomysłu. Pisarz Albert Camus ujął to tak:

"W czasie głębokiej zimy nauczyłem się, że istnieje we mnie niezwyciężone lato"
Aleksander Perski codzienną praktykę kontemplacyjną uznaje za niezbędny czynnik odnowy, przywracający wewnętrzny spokój, akceptację, współczucie, miłość i wdzięczność. Wdzięczność za to, co utraciliśmy, to dobry początek.

Iwona Lis: "Podziękowałam"

W 2004 roku Iwona Lis straciła wszystko: dziecko, zdrowie, pracę, dom, cudem przeżyła. Dzisiaj prowadzi życie twórcze i aktywne. Pomaga, wspiera, cieszy się każdą chwilą, marzy, planuje. 

Iwona Lis, fot. Albert Zawada Iwona Lis, fot. Albert Zawada

Była w ósmym miesiącu ciąży, wracała ze świąt Bożego Narodzenia, gdy samochód, którym jechała, zderzył się czołowo z innym. Trafiła do szpitala z połamaną miednicą, żebrami, nogami i ręką. Dziecko nie żyło. Przez tydzień była w śpiączce. Cztery miesiące leżała unieruchomiona. Przed wypadkiem pracowała jako menedżerka w korporacji, zakładała salony operatora sieci komórkowej.

– Z kobiety niezależnej i sprawczej stałam się kimś całkowicie bezradnym, kto nie jest w stanie się poruszyć, sięgnąć po kubek z herbatą – opowiada Iwona.

Zaczął się czas żmudnej rehabilitacji. Zrezygnowała z pracy, rozstała się z mężem. Przygarnęła ją przyjaciółka Ania; mieszkały jakiś czas razem w kawalerce. „Moje życie się skończyło. Co dalej?” – pytała siebie. Wiedziała, że leki, rehabilitacja są ważne, jednak równie ważne jest odbudowanie wiary w siebie; że da radę, że może dalej żyć. Sprawdzała wszystko, co jej zdaniem mogło pomóc: chodziła na psychoterapię, skorzystała z programu dla ludzi z zespołem stresu pourazowego, zapisała się na roczny kurs sztuki złotniczej, otworzyła działalność gospodarczą i w piwnicy przyjaciółki robiła biżuterię. Korzystała ze wsparcia rodziny i przyjaciół. I czytała, czytała, czytała. Książki o rozwoju duchowym, wewnętrznej przemianie, o budowaniu dobrego życia stały się drogowskazami. Zrozumiała, że raz na zawsze musi opuścić miejsce „ofiary”. Ofiara to ktoś, kto żyje w krzywdzie i chce tylko brać: „Jestem taka biedna, życie mi tyle zabrało, więc teraz mi dajcie. Należy mi się”. Ofiara jest pochłonięta oczekiwaniami, pretensjami i roszczeniami. Ofiara pyta: „Dlaczego? Dlaczego przydarzyło mi się takie nieszczęście?”. Rozpamiętuje przeszłość i tonie w cierpieniu.

W drodze do nowego życia, do nowej siebie pomogło przeżycie żałoby. Chodziła na grób córeczki, śpiewała kołysanki, płakała.

Pytanie „dlaczego?” zamieniła na „po co?”. To był przełom. Odpowiedź przyszła natychmiast: „Po to, abym mogła pomagać ludziom”. Pięć lat temu założyła fundację, którą nazwała Forani – dla córeczki, dla Ani.

– Teraz wiem, że to nie dla Ani, tylko dzięki niej – mówi Iwona.

Fundacja mieści się w centrum Warszawy, przy ulicy Marszałkowskiej. Pomaga ludziom poszkodowanym w wypadkach na ulicy, w pracy i w domu. Takich ludzi jest każdego roku 200 tysięcy.

– Fundacja oferuje pomoc, której ja nie dostałam, ponieważ takiej instytucji nie było – mówi Iwona. – Jest bezpłatna infolinia. Zbieramy pieniądze na rehabilitację, na terapię, leki, pomagamy w sytuacjach życiowych, takich jak remont mieszkania.

Fundacja ma 26 stałych podopiecznych. Działa sklep charytatywny – można przynosić rzeczy i kupować, a tym samym pomagać. Dla potrzebujących fundacja przeznaczyła już ponad milion złotych.

Iwona marzy o stworzeniu stałego ośrodka pierwszej pomocy dla poszkodowanych w wypadkach, żeby mogli od razu dostać kompleksowe wsparcie – medyczne, psychologiczne, duchowe.

Jest nieustająco wdzięczna. Za wolontariuszy. Ci, którzy dostali pomoc, teraz pomagają, na przykład chłopak na wózku inwalidzkim projektuje ulotki fundacji. Za współpracowników. Dominika wspiera zarówno ją, jak i podopiecznych. Niewidoma Patrycja pomaga osobom po wypadkach. Za Ulę Dudziak, która mieszka niedaleko, robi zakupy w sklepie charytatywnym i została ambasadorką fundacji. Za podopiecznych, którzy z taką nadzieją i determinacją budują siebie na nowo. Za przeszłość – wszystko, czego się nauczyła, teraz procentuje. Skończyła studia biologiczne, w korporacji zarządzała projektami, kończy psychologię na Uniwersytecie SWPS (pisze pracę o wzroście potraumatycznym). Dzięki tej wiedzy i umiejętnościom może jeszcze lepiej zarządzać fundacją i pomagać ludziom.

– To nowe życie przepełnia mnie taką radością! – mówi. – Jestem wdzięczna za wszystko – za wypadek, za to, że mogłam być z moją córeczką przez osiem miesięcy, za przemianę. Za życie.

Piotr Mencina: "Dużo rozmyślań"

"Rozwód wiele mnie nauczył. Przede wszystkim tego, że potrzebujemy - zarówno mężczyźni, jak też kobiety - przestrzeni dla siebie poza domem i rodziną; pasji, która daje radość", mówi Piotr Mencina. 

Piotr Mencina, fot. Albert Zawada Piotr Mencina, fot. Albert Zawada

Nasza córka miała siedem lat, gdy rozstaliśmy się z żoną – opowiada Piotr Mencina, trener sportowy i coach. Byliśmy razem dziesięć lat. Rozwód to ciężka sprawa; jakby człowiek tracił część siebie. Tracimy wartości, które miały być na całe życie: miłość, nadzieję na wspólną przyszłość. Następuje bolesne cięcie. Odchodzi dobrze rozumiana rutyna codzienności, współodpowiedzialność, dalekosiężne plany. Trudno się odnaleźć, ponieważ nie znamy innego życia. Odczuwałem wręcz fizyczny ból samotności i niepewność przyszłości. Pracowałem, rozwijałem swoją firmę produkcyjno-handlową w branży reklamowej. To były gorące lata 90. ubiegłego wieku, czas budowania zawodowej pozycji. Przepełniała mnie troska o przyszłość, o siebie, o córkę; czy dam radę stworzyć dobre warunki życia dla nas.

Na szczęście szybko przeprowadziliśmy rozwód i uporządkowaliśmy sprawy finansowe. To bardzo ważne, żeby formalnie domknąć coś, co się skończyło. To takie odkotwiczanie przeszłości; uwalnia, wiadomo, na czym się stoi. Teraz już można próbować odnaleźć się w nowej sytuacji, zbudować siebie na nowo. Pomyśleć, co to dla mnie znaczy. Zredefiniować siebie.

Rozstanie sprawiło, że utraciłem część poczucia własnej wartości. A także zaufanie do kobiet; stałem się ostrożny w relacjach, które mogły zakończyć się związkiem, prawdziwą bliskością.

Ocaleniem okazała się sportowa pasja, powrót do aktywnego życia. Byłem sportowcem, skończyłem AWF, w trakcie studiów pracowałem jako trener tenisa. Po rozwodzie odkryłem nurkowanie, schudłem, wróciłem do fizycznej sprawności. Zwolniłem tempo, by mieć czas dla dziecka, poczuć codzienne przyjemności. Dobrze radziłem sobie w relacjach z córką. Sporo rozmawialiśmy na ten temat: dajemy sobie radę, jest dobrze. Powróciło poczucie własnej wartości.

Dar utraty? Rozwój. Szybko to zrozumiałem. Utrata otworzyła nowe drzwi. Miałem czas, aby pomyśleć, czy praca producenta i sprzedawcy to spełnienie moich marzeń. Rozpocząłem fascynującą przygodę własnego rozwoju. Stworzyłem nową firmę. Co trzy lata kończyłem studia podyplomowe, a w międzyczasie dziesiątki inspirujących szkoleń. Pracuję jako coach, trener, doradca. Przez kilkanaście lat byłem doradcą strategicznym w polityce; pomagałem ludziom, którzy zasiadają w parlamencie i decydują o losach państwa. Szkoliłem przedstawicieli samorządów i ludzi biznesu. Pracowałem jako dyrektor generalny polskiego programu międzynarodowej organizacji sportowej. Doświadczyłem uczestnictwa w ważnych procesach społecznych, wspaniałych relacji, niezwykłych miejsc.

Co jest kluczowe w budowaniu siebie i swojego życia na nowo? Spokojna refleksja – nieszczędzenie na to czasu. Ważne pytania i szczere odpowiedzi: Jak żyję? Czy jestem szczęśliwy? Co mnie pasjonuje? To jest możliwe pod warunkiem, że uodpornimy się na spontaniczne głosy wsparcia kolegów, rodziny i znajomych. Słyszałem: „Nie chcieliśmy ci mówić, ale wy w ogóle do siebie nie pasowaliście”. „A nie mówiłem, że to się tak skończy”. „Teraz wreszcie możesz zająć się firmą i zarabianiem pieniędzy”. Ludzie chcą pomóc, wnieść coś swojego, ale mówią z perspektywy własnego życia, która przecież nie jest nasza. Błędem jest podążanie za takimi głosami bez autorefleksji.

Nigdy nie mówiłem źle o byłej żonie; to jest szczególnie ważne, jeśli chodzi o dziecko. Wiem, że odnosi swoje sukcesy, szczerze jej gratuluję. A więc dla nas obojga rozstanie było startem do rozwoju. Córka wyrosła na piękną i mądrą kobietę, jest wykształcona, ma dobre życie, marzenia, ciekawą pracę. Właśnie została mamą, a ja dziadkiem.

Rozwód wiele mnie nauczył. Przede wszystkim tego, że potrzebujemy – zarówno mężczyźni, jak też kobiety 
– przestrzeni dla siebie poza domem i rodziną; pasji, która daje radość. Kryzys może być doświadczeniem dobrym i budującym. Gdyby nie tamten życiowy kataklizm, nie poznałbym mojej obecnej partnerki. To dzięki niej na nowo uwierzyłem w miłość, odzyskałem pewność siebie i radość bliskości.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Etapy żałoby po stracie – jak przeżyć ten trudny czas?

Żałoba jest naturalną reakcją naszej psychiki. (Fot. Getty Images)
Żałoba jest naturalną reakcją naszej psychiki. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Przed nami 1 i 2 listopada - Dzień Wszystkich Świętych oraz Zaduszki. Jest to czas, w którym jesteśmy bardziej refleksyjni. Zadajemy sobie pytania o sens istnienia, myślimy o śmierci, przemijaniu i nieuchronnych zmianach, jakie niesie życie.

Wspominamy bliskich, którzy odeszli – nawet po doświadczeniu wszystkich stadiów żałoby bardzo często wciąż doskwiera nam pustka i tęsknota. Jak wyglądają poszczególne etapy radzenia sobie ze stratą?

Żałoba może pojawić się nie tylko po śmierci bliskiej osoby, ale także w związku z rozstaniem, rozwodem, utratą nienarodzonego dziecka czy stratą cennego przedmiotu, zwierzęcia, idei lub myśli. Etapy żałoby i odczucia, które jej towarzyszą wyjaśnia Agnieszka Młodzikowska, terapeutka i psycholożka z Perfect In Centrum Terapii i Rozwoju Osobowości.

Etapy żałoby - jakie pojawiają się odczucia?

  • Etap pierwszy – wstrząs, szok, otępienie –  występuje bezpośrednio po stracie. W tym stadium żałoby dominują uczucia żalu, rozpaczy, gniewu i lęku.
  • Etap drugi – zaprzeczenie sytuacji, niedowierzanie, dezorganizacja. Na tym etapie żałoby po stracie towarzyszy nam uczucie pustki.
  • Etap trzeci – właściwa żałoba, którą charakteryzują długie okresy smutku i osamotnienia. Często pojawia się także drażliwość, poczucie bezradności, bezsilności i płacz. Ten etap żałoby może trwać od kilku miesięcy do nawet kilku lat (w przypadku np. utraty dziecka)
  • Etap czwarty – ukojenie. Napady smutku i żalu są rzadsze i słabsze. Dostosowujemy się do nowej sytuacji, odnawiamy istniejące kontakty, nawiązujemy nowe. Zaczynamy widzieć teraźniejszość i przyszłość. Przy tej fazie żałoby pojawiają się serdeczne wspomnienia.
  • Etap piąty – akceptacja straty, powrót do codzienności. To ostatnie ze stadiów żałoby, w którym pojawiają się nowe cele, nadzieja, radość życia.
- Warto podkreślić, że nie każdy człowiek przechodzi wszystkie etapy żałoby, a czas ich trwania może się różnić. Jest to sprawa bardzo indywidualna. Ważne, aby w jak najkrótszym czasie osiągnąć akceptację nowego stanu. Pamiętajmy, że każdy człowiek przeżywa smutek, rozpacz, żal, lęk czy gniew inaczej. Każdy też inaczej wyraża swoje emocje. Ważne jest to, by ich nie tłumić. Musimy pozwolić sobie na rozpacz, jeśli ją czujemy, na gniew, jeśli go w danej chwili doświadczamy, nie zaprzeczajmy tym uczuciom - mówi terapeutka.

Fazy żałoby - jak sobie radzić w tym trudnym czasie?

  1. Przede wszystkim dzielmy się swoimi uczuciami z innymi. Może to być rodzina, ale niekoniecznie. Możemy porozmawiać z kimś zupełnie z “zewnątrz”, z przyjacielem, kapłanem, lekarzem. Prawdziwa, szczera rozmowa w każdym stadium żałoby może zdziałać cuda.
  2. Prośmy o pomoc! Zarówno w codziennych czynnościach (zakupy, odebranie dziecka z przedszkola, porządki), jaki i profesjonalną pomoc terapeuty.
  3. Możemy także dołączyć do grupy wsparcia (poszukajmy np. w sąsiednim Ośrodku Interwencji Kryzysowej lub w poradni czy Centrum Terapii). Takie spotkania, w atmosferze bliskości, empatycznego słuchania, współodczuwania, mogą być bardzo pomocne i skuteczne w poszczególnych etapach radzenia sobie ze stratą.
  4. Dajmy sobie po prostu czas na doświadczenie tej żałoby. Etapy pozwolą dodatkowo zrozumieć, co i dlaczego w danej chwili czujemy.
Podczas przeżywania żałoby trudno jest słuchać teoretycznych rozważań na temat definicji, faz, etapów żałoby. Nie chodzi jednak o to, by się nauczyć tej wiedzy, czy też do niej stosować. Ważne by rozumieć co się z nami dzieje w tych trudnych chwilach, jakie przynosi żałoba. Etapy, na jakie się ją dzieli, wyjaśniają, co może nastąpić, pozwalają akceptować swoje zachowania, nie obwiniać się i nie mieć dodatkowego poczucia winy.

Żałoba jest naturalną reakcją naszej psychiki. Występujące objawy takie jak: zaburzenia łaknienia, smutek, przygnębienie, apatia, zaburzenia snu, brak zainteresowania otoczeniem są jak najbardziej zdrowe, normalne i wręcz pożądane po starcie bliskiej osoby.

  1. Psychologia

Nie bójmy się zmian, puszczajmy się!

Czy nie lepiej się puścić w nieznane, zamiast pozwolić, by naszym życiem rządził lęk? (Fot. Getty Images)
Czy nie lepiej się puścić w nieznane, zamiast pozwolić, by naszym życiem rządził lęk? (Fot. Getty Images)
Jedna z zabawnych grafik Marty Frej przedstawia siedem kobiet wiszących na drążkach. Napis głosi: „Puszczamy się, kiedy chcemy!”. To stan postulowany. W rzeczywistości trzymamy się kurczowo byle czego niczym ostatniej deski ratunku.

O lęku przed zmianą pewnie już nieraz pisałam, ale co jakiś czas uderza mnie na nowo nasza wytrwałość w bronieniu się przed nią. Jest nam źle, cierpimy, ale zmienić to? Brr! Nie ma takiej możliwości. Tkwimy w kiepskich sytuacjach, choć z zewnątrz dobrze widać wyjście. Siedząc wewnątrz, nie chcemy go zobaczyć. A jeśli już widzimy, to nie wydaje nam się atrakcyjne. Jakby to wyjście prowadziło w pustkę, a nie na wolność.

Spotykam się ostatnio z grupą młodych kobiet, które chcą się nauczyć tworzyć dobre związki. Marzą o tym, żeby w końcu założyć rodzinę, mieć męża i dzieci, a ciągle są same albo ładują się w historie bez przyszłości.

Paula ma 33 lata, duże sukcesy w pracy, własne mieszkanie i wielu przyjaciół, ale od lat nie ma chłopaka. Jest bardzo atrakcyjna, łatwo nawiązuje kontakty, dużo podróżuje, obraca się w wielu środowiskach, więc dlaczego jest sama, skoro nie chce? Historia tajemnicza, ale Paula ją w końcu wyjaśnia. Od lat kocha mężczyznę, który wkrótce po zawarciu znajomości powiedział jej, że jest gejem. Nadal jednak okazywał jej zainteresowanie, a któregoś dnia wyznał, że ją kocha. Kocha również swojego partnera, z którym jest w szczęśliwym związku, ale z Paulą chętnie spędza czas. Czasem ją przytula; gdy Paula płacze, głaszcze po głowie, pociesza, ale nigdy nie zrobił nic, co wykraczałoby poza przyjacielskie gesty. Jego partner również lubi Paulę, więc ona często przebywa z nimi dwoma, patrzy na ich cudowny związek i cierpi, że jest poza nim, choć obaj otaczają ją przyjaźnią. Paula wie, że tu się pewnie nic nie zmieni i przeżywa tragedię.

– Dlaczego z tego nie zrezygnujesz? – pytają dziewczyny z grupy. – Jak mogę zrezygnować?! To największa miłość mojego życia!

Paula jest wściekła na dziewczyny, że nie widzą tragizmu sytuacji, która jest osią jej życia. Żałuje, że zdradziła nam swoją tajemnicę. Nie chce słyszeć, że on jej nie kocha, że to ślepy zaułek, choć w zainscenizowanej scence znacznie lepiej się czuje, gdy stoi dalej od tych dwóch chłopaków, niż wtedy, gdy jest z nimi. Lekceważy własne odczucia, bo za nic nie chce zrezygnować z tej iluzji związku.

– A jak z niego zrezygnuję, to co? Czy mogę mieć gwarancję, że jeszcze kogoś pokocham? I że on mnie pokocha? – pyta ze złością. – Nie możesz mieć gwarancji, ale możesz dać sobie szansę – odpowiadam. – Tu za to masz gwarancję, że będziesz cierpieć. – Odejdę, jak pokocham kogoś innego.

Ale jak ma pokochać kogoś innego, skoro swoje uczucia lokuje w tym mężczyźnie?

Na następnym spotkaniu Paula mówi o tym, że boi się być sama. Nie chciała tego zobaczyć, bo jest dzielną podróżniczką, kawał świata zjeździła w pojedynkę, a tu co? Strach przed samotnością, który kompletnie nie pasuje do jej obrazu siebie. Ale w końcu uznaje, że on jest. I że to on każe jej trwać w sytuacji, w której ciągle liczy na to, czego nie ma.

– Przyszłam na tę grupę po to, żebyście mi pomogły go zdobyć, a wy co?! – rzuca oskarżycielsko, a dziewczyny zaczynają się śmiać. Po chwili Paula śmieje się razem z nimi. Balon tragizmu pęka.

– A kto będzie zostawał z ich kotami? – pyta Beata. – Poradzą sobie – mówi Paula ze śmiechem, jakby już jedną nogą była na wolności.

Historia Pauli poruszyła 36-letnią Gabrysię, która od sześciu lat jest w związku ze swoim szefem.

On ma żonę, ale oczywiście jest nieszczęśliwy i zamierza się rozwieść. Mówił tak od początku ich znajomości, dwa lata później żona zaszła w ciążę i urodził im się syn, teraz żona spodziewa się córeczki. Gabrysia nadal tkwi w relacji starannie ukrywanej przed światem, choć coraz trudniej jej wierzyć, że ten mężczyzna kiedyś naprawdę będzie z nią. Ale on ciągle zapewnia, że to Gabrysia jest kobietą jego życia, i jak tu się oprzeć? Gabrysia kilka razy zrywała, nawet myślała o tym, żeby odejść z pracy, ale nim coś znalazła, znowu byli razem. To „razem” oznacza jeden wieczór w tygodniu, czasem jakąś wspólną delegację. Gabrysia codziennie robi wszystko, żeby mu się podobać, całe dnie w pracy na szpilkach, ostry makijaż, bo on tak lubi, a żona chodzi w kapciach i bez makijażu. Wszystkie myśli Gabrysi są wypełnione nim i nadzieją na wspólne życie. Gabrysia kończy opowiadać, dziewczyny milczą. W końcu odzywa się Paula:

– Witaj w klubie! – Nie musicie nic mówić. Sama wiem – stwierdza Gabrysia. Na następne spotkanie przyszła bez makijażu i w butach na płaskim obcasie. Wygląda świetnie. – A żebyście wiedziały, jak się czuję bez tej maski! Od kilku dni żyję swoim życiem!

Beata, lat 32, ma zupełnie inny problem, tak się wydaje na pierwszy rzut oka. Beata jest bardzo związana ze swoją rodziną. Od czasu studiów nie mieszka w domu, ale jeździ tam w każdy weekend. Kilka razy dziennie rozmawia z mamą przez telefon, bo mama jest chora i Beata bardzo się o nią troszczy. Zresztą rodzice także troszczą się o nią. Kupili jej mieszkanie i dali pieniądze na meble. Te meble też sami wybrali. Beata wolałaby inne, ale nie chciała im robić przykrości, zresztą skoro to ich pieniądze, to oni mają prawo decydować. Rodzice decydują także o wakacjach, na które jeżdżą w trójkę, bo bez niej by się nudzili. Beata jest grzeczną córeczką i spełnia ich oczekiwania.

W zainscenizowanej sytuacji Beata cały czas patrzy na rodziców, zapomina o istnieniu mężczyzny, którego sama wybrała i który stoi kilka kroków za nią. Gdy próbuje się od nich odsunąć, czuje lęk.

– Jak oni sobie poradzą? – pyta. – Poradzą sobie – odpowiadają dziewczyny. Beata robi krok i staje. – A czy ja sobie bez nich poradzę? – Nie dowiesz się, póki tego nie sprawdzisz – mówię.

Każda kobieta w tej grupie ma inną opowieść, ale jedno je łączy. Trzymają się tego, czego mogą się złapać, i nie sprawdzają, czy potrafią same chodzić. Czy nie lepiej się puścić w nieznane, zamiast pozwolić, by naszym życiem rządził lęk?

  1. Psychologia

Czy masz odwagę zmieniać swój charakter? Dlaczego warto to robić?

Nasze cechy charakteru nie muszą być wyznacznikiem na całe życie. Warto pracować nad ich zmianą, jeśli jest nam ze sobą niewygodnie. (fot. iStock)
Nasze cechy charakteru nie muszą być wyznacznikiem na całe życie. Warto pracować nad ich zmianą, jeśli jest nam ze sobą niewygodnie. (fot. iStock)
Nie bój się porzucić człowieka, którym jesteś, na rzecz człowieka, którym chcesz być. To ukoronowanie skutecznego działania.

Magda ma 29 lat, jest z wykształcenia filologiem, pracuje w firmie importującej środki chemiczne. – Rok temu spotkałam kolegę z liceum – opowiada. – To był zawsze taki typ clowna – leń i zgrywus. Tymczasem teraz robi doktorat, ożenił się, buduje dom. Nie mogłam uwierzyć, że to ten sam człowiek. Co się stało ze „starym” Piotrem albo raczej: skąd się nagle wziął ten nowy? Dało mi to do myślenia, a wręcz wytrąciło mnie z równowagi. Ja też tak chcę!

Kto powiedział, że całe życie masz być tą samą osobą? Coś ci się w sobie nie podoba, zmieniaj się do woli! Zwłaszcza jeśli zmiana ma dotyczyć złych nawyków, które utrudniają ci życie. Pomyśl: skąd pewność, że właśnie teraz jesteś prawdziwą sobą, może musisz ją dopiero odkryć…?

Jaka jesteś? - Często mylimy prawdę o sobie z wymyślonym wizerunkiem

Zacznij od tego, kim jesteś dziś. Z wymienionych poniżej określeń wybierz i zakreśl kluczowe cechy swojego charakteru: miła, ładna, mądra, przyjacielska, rozsądna, punktualna, pracowita, prawdomówna.

To, co przed chwilą zrobiłaś, to nie jest twój portret, tylko twoja wizja samej siebie. Nie jesteś taka, ty tylko tak siebie widzisz. Nauczyłaś się i przyzwyczaiłaś tak siebie postrzegać. Te cechy automatycznie z siebie wydobywasz, jesteś biegła w ich używaniu. Tak o sobie myślisz, ale czy wiesz, na ile jest to zgodne z prawdą? Każdy z nas – w zależności od wypadkowej wielu zmiennych w rodzaju: okoliczności, bieżących rezerw psychicznych, kondycji fizycznej i zdrowotnej, aktualnego paradygmatu postrzegania sytuacji, siły motywacji – wykazuje najróżniejsze cechy, czasem nawet takie, których w ogóle nie kojarzy ze sobą, jak: agresja, zrzędliwość, upór, złośliwość, egoizm.

Magda: – Do siebie nie ma człowiek takiego dystansu, ale patrzyłam kiedyś na mojego męża. Kiedy ma umyć samochód, to aż kipi energią. Jest taki zorganizowany i pełen wigoru. Lubi o sobie mówić, że niczego nie zostawia na ostatnią chwilę, i rzeczywiście nie zostawia.

Mąż Magdy wyraźnie unaocznia psychologiczną prawdę: Jesteś taki, jaki myślisz, że jesteś. Zachowujesz się zgodnie z wizją siebie samego. W każdym jest wszystko: odwaga i tchórzostwo, pewność siebie i nieśmiałość, wrażliwość i grubiaństwo. To od nas zależy, na co nastawimy reflektor własnej uwagi. Cechy, na których się skupiamy, silniej wykształcamy, czyniąc z nich filary postrzegania siebie, a inne „leżą odłogiem”. Niektórych używamy nawykowo, innych bardzo rzadko. Dlatego, jeśli chcesz być szczęśliwa, nie blokuj się myślą, że pewne cechy są ci dane, wdrukowane, trwale zaszczepione. Ludzie się zmieniają. Jaskrawym przykładem jest realizacja roli ojca. W pierwszej relacji z dzieckiem mężczyzna może być archetypem złego rodzica, podczas gdy w nowej relacji z kolejnym dzieckiem staje się nagle mądrze kochającym ojcem. Mówimy, że ludzie się zmieniają, ale w rzeczywistości chodzi o to, że przeformatowali wizję samych siebie. Jeśli zgadzasz się z poglądem, że człowiek nie musi być całe życie uwięziony w jednej osobowości, że ma prawo porzucić swoją starą wersję dla nowej, lepszej – możesz zrobić kolejny krok.

Porzuć swoją starą wersję i stań się tym, kim chcesz

– Moim wielkim życiowym celem jest poprawa relacji z bratem – stwierdza Magda. – Dręczę się tym od lat, ale do tej pory nie umiałam ruszyć z miejsca. Grzebałam się wciąż w przyczynach tego stanu rzeczy, w urazach i próbach zmiany zachowania brata. Wiedziałam, oczywiście, że sporo winy jest po mojej stronie, w końcu zrozumiałam, że zmiana musi zacząć się ode mnie. No dobrze, tylko od czego zacząć?

Z perspektywy skutecznego działania droga do zmiany osobowości wiedzie poprzez twój osobisty cel. W przypadku Magdy wizja jest jasna: dobre relacje z bratem. Ty, jeśli już umiesz odróżniać wizje od toksycznych fantazji, wybierz jedną, najbliższą ci dziś wizję. Co byś chciała skutecznie zrealizować w swoim życiu? Wybierz jedną rzecz. Teraz następny krok: zapomnij, że ten cel dotyczy ciebie. Stań z boku i odpowiedz na pytanie: Jaka osoba może to osiągnąć? Zachowaj się jak pracodawca czy dyrektor castingu. Osoby o jakich cechach szukasz? Potraktuj ten problem abstrakcyjnie i wypisz te cechy. W ten sposób stworzysz portret psychologiczny osoby, która bez trudu osiągnie cel, który wybrałaś.

Magda: – Po zadaniu sobie pytania, kto skutecznie poprawi relacje z bratem, wypisałam: „ktoś tolerancyjny, nieoceniający, ale słuchający; ktoś, kto pierwszy podejmuje kontakt; ktoś, kto w ogóle wie, w jakiej rzeczywistości żyje jego brat; ktoś umiejący zamknąć za sobą drzwi przeszłości; ktoś chwalący się bratem, chętnie pokazujący go znajomym; ktoś lubiący i akceptujący ważne dla niego sprawy”.

Kiedy przestajesz myśleć w kategorii: „co JA muszę zrobić”, a zaczynasz zadawać sobie pytanie: „Co TRZEBA zrobić?”, od razu widzisz, czego do tej pory zaniechałaś.
Kolejny krok to hierarchizacja. Wybierz jedną, twoim zdaniem kluczową, cechę, która skutecznie umożliwi realizację wyznaczonego celu. Ponownie zapomnij o sobie. Myśl abstrakcyjne o problemie, a nie o swoim przypadku. Jakie konkretne zachowania trzeba podjąć, żeby w sobie tę cechę rozwinąć? Nie jest ci potrzebna żadna fachowa wiedza. Ty to wiesz. Wyobraź sobie, że chcesz wychować dziecko, żeby wyraźnie tę cechę manifestowało.

Magda: – Cecha, która według mnie jest bardzo pożądana w relacjach z tak trudnym i tak nieodpowiedzialnym człowiekiem jak mój brat, to tolerancja. Co bym robiła, gdybym u kogoś miała rozwinąć tolerancję? Starałabym się, by poznawał kultury i religie inne niż moja. Poszerzyłabym jego środowisko społeczne o ludzi, z którymi do tej pory się nie zadawał. Sprawiłabym, by słuchał zamiast mówić. Pytał, dlaczego, a nie mówił, że to głupie. Oglądał filmy, czytał książki, nie odrzucał czegoś tylko dlatego, że to nie jego klimaty. Zainteresował się czymś kompletnie nowym. Potem przełożyłam to na swój przykład. Zaczęłam od tego, że kupiłam pismo na temat motorów i je przeczytałam od deski do deski.

Zmiana jednej cechy charakteru może przynieść ogromne korzyści

Mimo że jeszcze długa droga przed tobą, jeśli teraz zaczniesz powoli robić coś, aby wypielęgnować w sobie jedną wybraną cechę, to z czasem wyraźnie przełoży się to na realizację celu.

Magda: – Przez lata przerażała mnie myśl: „Muszę wreszcie naprawić kontakty z bratem”. To mnie przytłaczało. Skupiłam się na podniesieniu u siebie poziomu tolerancji i dobre relacje przyszły same. Po prostu idąc do brata, nie odczuwam już żadnego napięcia. Jest dziś u nas w domu częstym gościem. To może dla kogoś nic wielkiego, ale dla mnie to całkowita zmiana mojego życia. I na dodatek wiele osób mi mówi, że się zmieniłam. Jestem weselsza, bardziej cierpliwa, spokojniejsza, pomysłowa – słowem: inna. Ja też to czuję. Skuteczna rewolucja w osobowości, a co za nią często idzie – rewolucja w życiu, nie musi być związana z napięciem. Zacznij od jednej cechy i po prostu sprawdź, co się stanie. Powodzenia!

  1. Psychologia

Strata to szansa na rozwój

Żyjemy w czasach, w których przybywa oczekiwań, a ubywa pokory wobec losu. Jest w nas
tyle hedonizmu, narcyzmu i konsumpcjonizmu, że utrata bywa zawstydzająca. (Fot. Getty Images)
Żyjemy w czasach, w których przybywa oczekiwań, a ubywa pokory wobec losu. Jest w nas tyle hedonizmu, narcyzmu i konsumpcjonizmu, że utrata bywa zawstydzająca. (Fot. Getty Images)
Dziecko traci dzieciństwo, ale zyskuje wolność nastolatka, nastolatek przestaje być nastolatkiem i otrzymuje przywileje dorosłości. A piłkarz po trwałej kontuzji pewnie nie zagra już w reprezentacji, ale… może zostać świetnym trenerem. Jak dostrzec w życiowych zmianach szansę na rozwój, pytamy prof. Bogdana de Barbaro.

Żyjemy w niepewnym czasie, w którym wiele rzeczy się krystalizuje. Ostatnie miesiące zafundowały nam przyspieszony kurs przeżywania strat, i to różnorakich. Traciliśmy bliskich, zdrowie, pracę, wizję przyszłości... Co w tym wszystkim było najtrudniejsze? Właśnie ta niepewność. Jeśli cofnęlibyśmy się na chwilę do czasów przedpandemicznych, z pewnością zauważylibyśmy, że wtedy mniej więcej było wiadomo, którą drogą kroczymy i co jest za najbliższym wzgórzem. Nawet jeżeli nie wiedzieliśmy, czy przyszłość będzie piękna, czy brzydka, nasza, czy cudza – mam tu na myśli choćby wynik wyborów prezydenckich – to była ona jednak w miarę przewidywalna. Natomiast teraz mamy do czynienia z sytuacją pod tytułem „Nie wiem, co będzie”. I to jest niebywale trudne, bo jednak częścią naszego zwykłego codziennego komfortu i podstawowego poczucia bezpieczeństwa jest to, że da się pewne rzeczy przewidzieć z wyprzedzeniem. Nieprzewidywalność – zarówno w kontekście zachowań ludzkich, jak i prądów społecznych – tworzy stan niepokoju, zagrożenia.

Ale przecież każda strata pozbawia nas poczucia bezpieczeństwa. Także taka, powiedziałabym, banalna jak to, że się starzejemy… Tylko że nawet, gdy ktoś ma 18 czy 28 lat, to wie, patrząc na swoich rodziców czy dziadków, że zmarszczek będzie mu raczej przybywać niż ubywać. Ma to jeszcze przed sobą, ale już może się z tym liczyć; w jakimś sensie jest obecny w tej przyszłości swoim wyobrażeniem. Natomiast dziś my nie do końca wiemy, co właściwie nas czeka. Bo tak jak jesteśmy przyzwyczajeni, że po dniu jest noc, a po lecie zima, tak – w kwestii tego, jak będzie wyglądało nasze życie w przeciągu roku czy dwóch – możemy sobie tylko powróżyć. Możliwe, że ktoś w listopadzie ogłosi wynalezienie szczepionki albo leku na koronawirusa, a możliwe, że nie.

Są też pewne zalety tej nieprzewidywalności, np. taka, że w jakimś sensie musi nam przybywać na nią zgody, co w konsekwencji kieruje nas ku sobie samym. Może pojawić się w nas więcej pytań ostatecznych niż wtedy, kiedy żyliśmy sobie w rytmie: pięć dni intensywnej pracy, dwa dni intensywnej zabawy. To już za nami, skończyło się, możliwe, że na zawsze. W związku z tym trzeba by zaglądnąć w siebie, by móc to wszystko zrozumieć – łącznie z własnymi potrzebami, wykraczającymi daleko poza pragnienie przyjemności.

Nauczymy się akceptować, że jest, jak jest? Dostosowywać się do obecnej chwili? Kłopot w tym, że dla jednych ta sytuacja jest refleksjorodna, a dla drugich na tyle trudna, że będzie skłaniać ich do ucieczki, pogłębi wewnętrzny chaos lub wprowadzi w smutek czy w jakieś uzależnienie. A jeszcze innych tak zatrzyma w lęku przed przyszłością, że się zwrócą ku przeszłości jako jedynej realnej sytuacji.

„Kiedy będzie znów tak jak dawniej?”. To potrzeba regresji, by wrócić do sytuacji minionej, czyli z punktu widzenia tu i teraz – bardziej bezpiecznej. Jeśli nowa rzeczywistość nie jest tak piękna, jakbyśmy chcieli, to zwykle pojawia się w nas chęć, by ją stylizować. Fizycy udowodnili jednak, że czas płynie jednokierunkowo, więc choć możemy uzbroić się w jakieś systemy zaprzeczeń czy mechanizmy obronne, to jednak to se ne vrati. 

A więc świat postawił przed nami pytanie: Jak skorzystać z tej katastrofy? Możemy na przykład zobaczyć, że ta katastrofa uwyraźnia słowo „my”, bo zwraca uwagę na inne katastrofy dotyczące milionów ludzi. Uzmysławia, że w jednych krajach ludzie żyją w nędzy, a w innych w zamożności. I tam, gdzie panuje bieda, wirus będzie bardziej bezlitosny. Nie dlatego, że taki jest wirus, tylko dlatego, że tacy jesteśmy my, skłonni do dbania o „ja” własne i bliskich. Patrzymy na słupki wzrostu zachorowań i zgonów z powodu koronawirusa, a równie dobrze można by patrzeć na wskaźniki dotyczące tego, ile osób tego dnia zmarło z głodu, a ile z powodu nadużywania alkoholu czy palenia papierosów. I co się okaże? Że jednego dnia z powodu koronawirusa zmarło na świecie prawie 6 tys. osób. I to jest straszne. Ale z powodu nadużywania alkoholu tego samego dnia zmarło ponad 7 tys., a z powodu palenia papierosów – prawie 15 tys. A ludzi otyłych jest na świecie ponad 700 mln, niewiele mniej niż ludzi cierpiących na niedożywienie. Jak długo żyjemy bezpiecznie ekonomicznie, tak długo nie przejmujemy się tym, że gdzieś w Afryce Środkowej ludzie umierają z głodu. Lub że osoba homoseksualna jest tam za swoją orientację zabijana. Inne katastrofy dotąd były tak egzotyczne, że nie przemawiały do naszego rozumu, tymczasem  można mieć nadzieję, że to się zmieni. Skoro słyszymy, ile osób zmarło w Brazylii z powodu pandemii, to możemy się zastanowić, czemu ta liczba jest tak wysoka. Ile tam jest slumsów, ile osób żyje poniżej progu ubóstwa.

Judith Viorst w książce „To, co musimy utracić...” zwraca uwagę na straty, które są konieczne w naszym życiu i potrzebne do rozwoju. Potrzebne jest nam to, że się starzejemy, że nasze dzieci dorastają i wychodzą z domu... Potrzebne są nam pewnie też takie światowe kryzysy jak obecny. One wszystkie są potrzebne i rozwojowe, ale pod jednym warunkiem – że będziemy ich świadomi, nie będziemy im zaprzeczać i że przejdziemy przez wszystkie etapy żałoby z nimi związanej, i że dokończymy ten proces. A to nie jest takie oczywiste. Często ludzie coś tracą, a jednocześnie się na to nie godzą. Na przykład dziecko staje się dorosłe, a rodzic, który nie jest przygotowany na wyfrunięcie z domu młodego człowieka, albo coś takiego robi zewnętrznie, że go zatrzymuje – choruje lub blokuje wsparcie finansowe – albo zamraża swój proces rozstawania się i traktuje 20-latka nadal jak małe dziecko. I wtedy ta ważna utrata nie ma szansy być rozwojową. Rodzic pozostaje w iluzji, odwraca się od tego, co realne.

Najczęściej zatrzymujemy się na etapie zaprzeczenia? Zwykle nie dopełniamy wewnętrznej zgody na to, że ktoś odszedł lub że coś się skończyło. Oczywiście, ten proces wymaga czasu i nie powinno się go sztucznie przyspieszać. Ale to też jest kwestia wzorca kulturowego. Dawniej przyjmowało się, że żałoba po kimś bliskim trwa około roku, przez ten czas ludzie pozostający w żałobie nosili na ramieniu czarne opaski. To była część rytuału, który nie kończył się wcale po pogrzebie czy stypie. Dziś jeśli ktoś pozostaje w smutku kilka tygodni, zgłasza się do lekarza po leki przeciwdepresyjne. Jednak bywają ludzie, którzy na drodze godzenia się z utratą, niezależnie od czasu trwania żałoby, nie mają w sobie zgody na to, by uznać, że coś się skończyło. I nie chodzi tu jedynie o sytuację utraty bliskiej osoby. Są wśród nas tacy, którzy nie przyjmują do wiadomości, że ich młodość minęła. Nie tylko narażają się na pewien chaos wewnętrzny, ale też nie są w stanie czerpać niczego dobrego z tego, co niesie następny etap życia. I to może dotyczyć także utraty marzeń czy wyobrażeń o sobie.

Mówiliśmy o zgodzie na utratę i nieprzewidywalność, ale równie ważna jest zgoda na ograniczoność, czyli na to, że nie da się mieć wszystkiego. To wymaga też zgody na to, że czasem życie boli. Bo zanim przyjdą profity z tego, że przyjąłem do wiadomości, że coś utraciłem, trzeba jeszcze wytrwać w bólu utraty.

Ten ból jest nam chyba najtrudniej znieść. Nic dziwnego. Żyjemy w czasach, w których raczej przybywa oczekiwań, a ubywa pokory wobec losu. Ma nam być zawsze pięknie, radośnie i przyjemnie. Książka Judith Viorst, którą też niedawno przeczytałem, właśnie o tym opowiada. Nie zdawałem sobie nawet sprawy z tego, że ona powstała tak dawno. Sądzę, że gdyby autorka pisała ją dziś, doszłaby do wniosku, że w naszej ponowoczesności jest nam jeszcze trudniej powiedzieć: „Zgadzam się na utratę”. Jest w nas tyle hedonizmu, narcyzmu i konsumpcjonizmu, że utrata bywa zawstydzająca, a pokora jest tym, na co trudno się nam zgodzić. Ale bez niej nie ma rozwoju.

Viorst pisze, że jeśli poznamy swoje ograniczenia, to łatwiej nam będzie funkcjonować. Zgoda na utratę jest w pewnym sensie antynarcystyczna. Ale, pamiętajmy, niewielka porcja narcyzmu jest człowiekowi potrzebna do samoakceptacji czy pogodnych relacji z otoczeniem. Im bardziej kultywujemy w sobie egotyzm i konsumpcjonizm, tym bardziej nas bolą życiowe zmiany. Niestety, XXI w. namawia do zachwytu nad własnym „ja”.

Z drugiej strony – coraz częściej mówi się o tym, że zbyt często wymieniamy dobre rzeczy na nowe, zbyt wcześnie kończymy związki. Niektórzy sprawiają wrażenie, jakby nie przechodzili po stratach żadnej żałoby. Ktoś odchodzi, a oni mówią: „OK, nie ta, to inna”. Albo: „W sumie lepiej mi teraz samej, niż było z nim”. Czy takie podejście może świadczyć o płytkości naszych relacji, czy może jest formą opancerzania się przed bólem? Sytuacja jest złożona. Jeżeli doszło do zakończenia jakiegoś związku i ktoś mówi: „Nic nie szkodzi”, to może mówić to dlatego, że zaiste nic nie szkodzi, bo związek był powierzchowny, pozorny albo byle jaki. Ale mógł być głęboki dla człowieka, który został porzucony, a ponieważ nie potrafił zadbać o to, by nie dopuścić do rozstania, postawa pt. „Nic się nie stało” będzie mu potrzebna, by wytrzymać najtrudniejszy okres bezpośrednio po porzuceniu. Z czasem będzie musiał dopuścić do swojego serca ból. Jeśli jednak wda się w jakieś zapomnienia i zaprzeczenia – czyli obrazowo: będzie co wieczór chodził do najbliższego pubu, by zapomnieć o cierpieniu rozstania za pomocą wódki czy jakiegoś narkotyku – to będzie antyrozwojowe. Siła pozorna polega na założeniu maski zadowolenia i noszeniu jej nawet przed samym sobą, w ten sposób zaprzecza się utracie i temu, że coś nas boli. Natomiast czymś zdecydowanie innym jest siła wewnętrzna, która pomaga wytrzymywać przeciwności losu. Taki ktoś idzie przed siebie z podniesionym czołem pomimo ciężaru na ramionach.

Co zatem buduje naszą wewnętrzną siłę? Pokora i wgląd. Siła nie polega na napinaniu muskułów, tylko na tym, że rozumiemy swoje ograniczenia i ciężary życia, i nas to nie załamuje. Zachęta do większej wrażliwości nie ma na celu tego, byśmy się smucili, że tak wiele tracimy, ale byśmy uznali, że to jest część naszej egzystencji.

Powinniśmy uznać, że nasze życie pełne jest małych katastrof? Zastanawiam się, czy właściwe jest tu słowo „katastrofa”... Gdybyśmy się na nie zgodzili, to istotne byłoby pytanie: Co się ze mną dzieje po tej katastrofie? Czy udaję, że jej nie było? Czy też zabieram się do naprawy tego, co się zniszczyło? „Katastrofa” sugeruje jednak całkowite zniszczenie, dlatego wolałbym powiedzieć, że nasze życie jest pełne zakrętów. I zdarza się nam z zakrętów wychodzić z większym lub mniejszym poślizgiem. Czasem lepiej już wziąć poślizg niż wylądować w rowie. Ale, zauważmy, że utrata to często zarazem zysk: dziecko traci dzieciństwo, ale zyskuje wolność nastolatka, nastolatek przestaje być nastolatkiem i otrzymuje przywileje dorosłości. A piłkarz po trwałej kontuzji pewnie nie zagra już w reprezentacji, ale – jeśli będzie miał w sobie moc – może zostać świetnym trenerem.

Nie zawsze to, co tracimy, ulega całkowitemu zniszczeniu. Próbuję sobie teraz przypomnieć uczucia, jakie się we mnie pojawiały, kiedy doświadczałem najbardziej ewidentnych strat w moim życiu, czyli śmierci moich rodziców. Z jednej strony były to przeżycia dramatyczne, z drugiej – były one do przewidzenia w takim znaczeniu, że jako ludzie jesteśmy raczej przyzwyczajeni do tego, że osobom dorosłym rodzice umierają. Powiedziałbym, że to sytuacja, w której należy przeżyć ból, skonfrontować się z nim, ale nie trwać przy nagrobku przez resztę życia. Nietrudno się domyślić, że ci, którzy – jak to elegancko mówimy – odeszli, wcale nie oczekują, byśmy trwali w żałobie jak najdłużej. Psychoterapeuci nieraz mają do czynienia z pacjentami, którzy nie są pogodzeni z utratą bliskich. Życie mija, a oni nie przyjmują tego do wiadomości. Oczywiście, śmierć jest jedną ze strat społecznie uznawanych za dramat, a utrata marzeń niekoniecznie wymaga metafory stania przy grobie, ale warto pamiętać, że obie te sytuacje mogą blokować rozwój.

Strata jest też utratą złudzeń. Odejście bliskiej osoby wiąże się z utratą iluzji, że możemy być z kimś na zawsze. Zmarli, choć biologicznie nieżywi, mogą być w czyimś życiu bardzo obecni. I powstaje pytanie, czy ta psychiczna obecność osób zmarłych tworzy zasób, czy staje się jedynie osłabieniem, częścią naszej niezgody na utratę. Czy to jest konstruktywne, czy destruktywne?

I jaka jest odpowiedź? To właśnie sprawdzamy w gabinecie. I okazuje się, że czasami jest konstruktywne, bo ten, kto nie żyje, może błogosławić mojemu życiu, dodawać siły lub mówić między wierszami: „Cieszę się z twojej drogi”. Wtedy ta utrata nie osłabia. A może być i taka sytuacja, że niezaakceptowanie odejścia kogoś bliskiego wywołuje bezruch psychiczny. W iluzji, że ten ktoś wróci i świat odżyje. Albo w przekonaniu, że nie wolno wchodzić w nowe związki, bo byłaby to zdrada. To byłoby destruktywne, zamrażające.

Zawsze mamy jeszcze wspomnienia. One też mogą być dla nas karmiące lub niszczące. Możemy patrzeć na fotografię sprzed lat z sentymentem czy pogodną melancholią, chociaż są na niej osoby, które nie żyją; miejsca, których już nie ma; zdarzenia, które już się nie powtórzą. A innym razem patrzymy na stare zdjęcie i czujemy smutek pomieszany z gniewem, rozpaczą. Jak już wspomniałem, ważny jest tu parametr czasu. Nie oczekujmy pogodnej melancholii od kogoś, kto przeżył utratę tydzień temu. Natomiast po roku, dwóch – zwykle będzie nam już do niej bliżej.

Czas może być lekarstwem na ból wywołany stratą? Może, pod warunkiem że zadbamy o to, co się w tym czasie z nami dzieje. On płynie, ale co my do jego nurtu wrzucimy, zależy już tylko od nas.

Bogdan de Barbaro, prof., psychiatra, psychoterapeuta, superwizor psychoterapii i terapii rodzin.

  1. Psychologia

Kiedy nadchodzi czas, by dzieci nas opuściły, trzeba pozwolić im odejść

Dzieci muszą opuszczać rodziców, ci powinni pozwalać im odejść. Z nadzieją, że dobrze je wyposażyli na podróż przez życie. (Fot. Getty Images)
Dzieci muszą opuszczać rodziców, ci powinni pozwalać im odejść. Z nadzieją, że dobrze je wyposażyli na podróż przez życie. (Fot. Getty Images)
W każdym rodzicu istnieje pragnienie rodem z krainy fikcji - by móc ustrzec dziecko od wszelkiej szkody. Dodatkowo warto wiedzieć, że szczytne zamierzenie zapewnienia potomkowi szczęścia i dobrobytu mogą być dalekie od ideału z jego punktu widzenia. Jak zaakceptować  ograniczenie rodzicielskich mocy? 

Fragment książki "To co musimy utracić" czyli miłość, złudzenia, zależności niemożliwe do spełnienia oczekiwania, których każdy z nas musi się wyrzec, by móc wzrastać. " Judith Viorst, Wydawnictwo Zwierciadło

Mimo iż tak bardzo chcemy uchronić je od niebezpieczeństw i udręk życia, są granice tego, co możemy i powinniśmy zrobić. Będziemy musieli zrezygnować z bardzo wielu rzeczy, które mieliśmy nadzieję dla nich uczynić. Oczywiste jest też, że będziemy musieli pozwolić im odejść i opuścić nas.

Podobnie bowiem jak dzieci muszą oddzielić się stopniowo od rodziców, tak i my musimy oddzielić się od nich. Z tego powodu dręczyć nas będzie – jak dzieje się to w przypadku większości matek (i ojców) – lęk przed rozłąką.

Ponieważ rozłąka to koniec słodkiej symbiozy. To ograniczenie naszej władzy i kontroli. Przez nią stajemy się mniej potrzebni i mniej ważni. I to ona wystawia nasze dzieci na niebezpieczeństwo.

Pani Ramsay, bohaterka powieści Do latarni morskiej, matka ośmiorga dzieci „musiała przyznać (...), że to, co nazywała życiem, odczuwała jako coś strasznego, wrogiego i zawsze gotowego rzucić się na człowieka, gdy tylko dawał po temu sposobność. (...) A jednak umiała powiedzieć dzieciom tej kobiety: «Przetrzymacie to». I oto powód, dla którego wiedząc, co jej dzieci czeka – miłość, ambicja, cierpienie w samotności wśród okropnych zaułków życia – często zadawała sobie pytanie: «Dlaczego dzieci muszą dorastać i tracić to wszystko, co było treścią ich dzieciństwa? Otrząsnęła się jednak i wymachując mieczem w stronę życia, powiedziała: «Bzdura. Będą najzupełniej szczęśliwe»”

(…)

Wiele matek jest przekonanych, że ich fizyczna obecność przy dziecku odgrodzi je od każdego niebezpieczeństwa. Przyznaję, że i ja tak kiedyś myślałam. Byłam absolutnie pewna (wiem, że to brzmi śmiesznie), że dopóki jestem przy nich, żaden z moich synów nie zadławi się na śmierć kawałkiem mięsa. A dlaczego? Bo wiedziałam, że będę stać im nad głową i przypominać, żeby brali mniejsze kęsy i dokładnie je przeżuwali. I ponieważ wiedziałam, że jak dojdzie już do najgorszego, to chwycę nóż i wykonam tracheotomię. Podobnie jak wiele matek postrzegałam siebie – i pod pewnym względem nadal to czynię – jako ich anioła stróża i tarczę chroniącą przed każdym niebezpieczeństwem. I chociaż musiałam pozwolić synom, by w coraz większym stopniu na własną rękę badali ten niebezpieczny świat, nadal dręczy mnie lęk, że beze mnie wystawieni będą na znacznie większe ryzyko.

Nie tylko matki są niespokojne z powodu zagrożeń wynikających z rozłąki. Również ojcowie łączą rozłąkę z niebezpieczeństwem. Jeden z nich wspomina, że kiedy jego syn nauczył się raczkować, on też zaczął chodzić na czworakach zaraz za nim, „by – jak wyjaśnia – na wypadek gdyby urwał się żyrandol, móc go złapać, zanim spadnie mu na głowę”.

(…) Niezależnie od tego, czy to bezpieczne, czy nie, musimy pozwolić naszym dzieciom odejść.

Boimy się rozłąki z dziećmi nie tylko dlatego, że stanowi ona zagrożenie dla ich życia i kończyn, ale i dla ich – jak nam się zdaje – kruchej psychiki. Kilkanaście matek przyznało mi się, że w każdej nowej sytuacji, na przykład kiedy zostawiają dziecko na obozie, spędzają absurdalnie dużo czasu, próbując wytłumaczyć opiekunowi czy opiekunce każdą potrzebę i każdy niuans osobowości swej pociechy. Chcą, żeby opiekunowie zrozumieli, że ich dziecko jest ciche, ale to nie znaczy, że nie ma w nim żadnej głębi, że denerwuje się, jeśli się je popędza przy jedzeniu, że może wydawać się oschłe, ale w istocie jest bardzo wrażliwe, i że nigdy nie należy prosić go, by zdjęło swoją czapkę do baseballa, nawet w czasie obiadu czy w kąpieli.

„Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że nie pozwalałam mu oddzielić się ode mnie – zwierzyła mi się pewna matka. – Gdziekolwiek pojechał, zawsze byłam tam pierwsza, robiąc wszystko, co w mojej mocy, by najlepiej przygotować mu jego nowe miejsce”.

Czasem możemy nie być świadomi tego, że trudno nam się rozłączyć z naszymi dziećmi i że trzymamy się ich zbyt kurczowo. Ten brak świadomości z naszej strony może sprawić, że nasze kłopoty z rozłąką mogą stać się problemem także dla nich. Weźmy matkę, która zostawia swojego czteroletniego synka w przedszkolu, gdzie już po chwili pochłania go całkowicie wkładanie kolorowych kołków w dziurkowaną tablicę. „Pa, pa, idę już” – mówi mama. Chłopczyk unosi głowę i z uśmiechem odpowiada: „Pa, pa”. „Ale niedługo wrócę” – dodaje mama. Chłopczyk, tym razem nie podnosząc wzroku, odpowiada: „Pa”. „Będę z powrotem już o dwunastej – zapewnia mama synka i kiedy to nie wywołuje żadnej reakcji, dodaje: – Nie martw się”. W tym momencie, przekonane, że odejście matki to coś, czym trzeba się martwić, dziecko wybucha płaczem.

Bolesne chwile rozłąki z naszego dzieciństwa mogą wpłynąć na nasze podejście do rozłąki z naszymi dziećmi. Przez nie właśnie ożywiamy na powrót przeszłość i staramy się ją naprawić. Selena, dla której porzucenie w dzieciństwie było traumatycznym do- świadczeniem, była pewna, że opuszczenie dziecka to dla niego piekło, i dlatego uważała, że jej synowie tego nie zniosą. Zawsze, kiedy wyjeżdżała z mężem na wakacje, czuła się zobowiązana do tego, by przygotować dla synów coś, co nazwała zeszytem podróży, by dodać im otuchy.

„Były w nim wklejone zdjęcia moje i męża – wyjaśnia Selena – i zdjęcia miejsca, do którego jedziemy. Były tam rysunki i informacje w rodzaju: «Kochamy was. Nie bójcie się. Wkrótce znowu będziemy razem»”. Był to, jak mi się zdaje, ten rodzaj pocieszenia, którego Selena kiedyś rozpaczliwie potrzebowała.

Jednakże któregoś dnia, kiedy opowiedziała młodszemu synowi, Billy’emu, znacznie bardziej odpornemu psychicznie niż ona, o zbliżającej się wycieczce, ten wyraził nadzieję, że jej i ojcu wyjazd na pewno się uda i dodał: „nie musisz robić dla nas tego idiotycznego zeszytu podróży”.

Nasza rozłąka to nie tylko kwestia dystansu fizycznego; obejmuje ona także oddzielenie się emocjonalne dzieci od nas. Możemy być za bardzo skłonni spieszyć im z pomocą i radą: „Zrób to tak” albo „Czekaj, zrobię to za ciebie”. Możemy mieć trudności z tym, by pozwolić im być tymi, kim chcą być, i – w granicach zdrowego rozsądku – robić to, co chcą robić. Może być nawet tak, że okazujemy im zbyt dużo zrozumienia.

Albowiem – wierzcie mi lub nie – jest ktoś taki, kogo nazwać można „za dobrą matką”, ktoś, kto z uporem daje za dużo, ktoś, kto blokuje rozwój, nie pozwalając dziecku doświadczyć żadnych frustracji. Co więcej, matki takie mogą czasem pospieszyć ku dziecku, by wczuć się w jego sytuację, tak niezwłocznie i do tego stopnia, że ich dzieci nie są w stanie powiedzieć, czy ich uczucia należą naprawdę do nich. Pewna młoda kobieta, której trudno było czuć się odseparowaną uczuciowo od matki, wyraziła jakąś opinię, po czym dodała: „Teraz, kiedy już to powiedziałam, nie jestem pewna, czy sama to wymyśliłam, czy wymyśliła to moja matka, czy tylko pomyślałam sobie, że moja matka chciałaby, żebym tak pomyślała”.

Jej matka tuliła ją do siebie, lecz nie potrafiła pozwolić jej odejść.

Psychoanalityk Heinz Kohut opisuje doświadczające trudności i emocjonalnie otępiałe dzieci pewnych rozsądnych, z punktu widzenia psychologii, rodziców, którzy „od bardzo wczesnych lat mówili dzieciom, często i w szczegółach, co same myślą, czego pragną i co czują”. Rodzice ci nie byli, w przeważającej mierze, osobami chłodnymi w kontaktach i nie było w nich tendencji do odrzucenia dziecka. Co więcej, ich twierdzenia, jakoby znali uczucia swych dzieci lepiej niż one same, w rzeczywistości, w przeważającej liczbie wypadków, okazywały się prawdziwe. Lecz przez dzieci ten wgląd gorliwych rodziców w ich psychikę uważany był za wścibstwo i zagrożenie dla ich „ja”. Dzieci odgradzały się emocjonalnie, by chronić samo jądro swej tożsamości przed niebezpieczeństwem – niebezpieczeństwem, co podkreślam – bycia zrozumianym.

Rodzice często mają trudności z tym, by uważać swoje dzieci za istoty odrębne, które w sensie psychologicznym, oddalają się od nich.

Opowiadano mi o matce, która odprowadzając do szkoły córkę, spotkała drugą matkę i zaczęła rozmowę: „Idziemy właśnie do szkoły i naprawdę się nam tam podoba, bo jest fajnie i mamy świetną panią”. Na to córka przerwała jej wyraźnie poirytowana, mówiąc: „Nie, mamusiu, to nie my idziemy do szkoły, to ja idę”.

Zgoda na to, by dzieci odeszły od nas, oznacza także zgodę na to, by żyły swoim życiem, a to z kolei oznacza rezygnację z oczekiwań, jakie żywimy w stosunku do nich. Albowiem na długo przed urodzeniem się dzieci, w sposób świadomy i podświadomy, marzymy o tym, jakie mają być. Niektórzy specjaliści twierdzą nawet, że wizerunek nowo narodzonego dziecka może mieć na nas tak mocny wpływ, że „matka czasem staje przed koniecznością porzucenia tego zrodzonego w wyobraźni dziecka, jakie pragnęła mieć, i opłakania straty swego wyidealizowanego niemowlęcia, bo inaczej nie potrafi zmobilizować sił do tego, by nawiązać kontakt z dzieckiem, które przyszło na świat”.

W chwili urodzenia dziecka, jak i później, drzemie w nas wiele wyobrażeń i oczekiwań. Uważając nasze dzieci za przedłużenie nas samych, spodziewamy się, że zapewnią nam dobry wizerunek w świecie, że będą atrakcyjne, utalentowane, grzeczne i zdrowe umysłowo. „Przestań obgryzać paznokcie!” – syczy Dale do swojej dziewięcioletniej pociechy. I dodaje, nie całkiem żartem: „Co ludzie o nas powiedzą”.

Uważając dzieci za udoskonaloną wersję nas samych, mamy nadzieję, że nie przejmą po nas żądnych z naszych mniej sympatycznych cech. „Kiedy byłam w jej wieku, byłam mazgajem, paplą i kluchą – wspomina Rhoda. – Nie zniosę tego, jak będzie taka sama”.

Uważając dzieci za naszą drugą szansę w życiu, spodziewamy się, że z wdzięcznością wykorzystają każdą z oferowanych im przez nas możliwości – teatr, muzykę, podróże, pieniądze na studia, jak i wynikające z naszej miłości zrozumienie dla nich, to wszystko, czym – jak mówi Scott – „chciałbym, do diaska, żeby obsypywano mnie, jak byłem w jego wieku”. I ponieważ uważamy, że jesteśmy lepszymi rodzicami niż nasi rodzice, mamy nadzieję, że wychowamy „lepsze” dzieci niż oni.

Na każdym kroku i praktycznie w każdej kwestii – czy chodzi o kształt uszu przy urodzeniu, czy o to, jak sprawnie radzą sobie ze swoją toaletą, jak daleko i jak szybko potrafią rzucać piłką w wieku lat jedenastu, jak im poszło na egzaminach po szkole średniej, na kogo głosowali w pierwszych wyborach, z kim chodzą do łóżka, gdy mają dwadzieścia siedem lat, jakie ubrania noszą i jakim samochodem jeżdżą w wieku lat trzydziestu – wszystko to stanowi źródło naszych oczekiwań.

Niektóre z nich zostaną zrealizowane. Nie obejdzie się jednak bez wielu rozczarowań. Kate nie lubi czytać książek. Bill nie dostał się do drużyny koszykówki. Emily lubi Ronalda Reagana. Steve lubi tylko chłopców. Dorastając z nami pod jednym dachem, nasze dzieci będą poznawały, pośrednio i bezpośrednio, nasz system wartości, nasz styl życia, nasze poglądy. Ale zgoda na ich odejście oznacza w ostateczności uszanowanie ich prawa do ukształtowania swego życia na własną modłę. Zgodę na odejście dzieci i rezygnację z marzeń ich dotyczących należy także zaliczyć w poczet tego, co musimy utracić.

Książka "To co musimy utracić, czyli miłość, złudzenia, zależności niemożliwe do spełnienia oczekiwania, których każdy z nas musi się wyrzec, by móc wzrastać." Judith Viorst mówi o stratach jako powszechnych, nieuniknionych, nieubłaganych elementach naszego życia. Straty są konieczne, gdyż tracąc coś, rezygnując z czegoś i zostawiając coś za sobą, wzrastamy.