1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Co nam daje samodyscyplina?

Co nam daje samodyscyplina?

fot. iStock
fot. iStock
Chcesz realizować marzenia i osiągać wielkie cele? Uwierz w moc wewnętrznej dyscypliny! Jeśli pozbędziesz się stereotypowych skojarzeń, zmodyfikujesz stare nawyki i wprowadzisz kilka nowych – słowo „niemożliwe” zniknie z twojego słownika.

Marzenie i dyscyplina wydają się od siebie bardzo odległe. No bo co mają ze sobą wspólnego bujanie w obłokach i wojskowy rygor? Nic, dopóki nie postanowisz, że przestajesz marzyć, a zaczynasz spełniać marzenia. Wtedy szybko dostrzeżesz, że jedno bez drugiego nie jest możliwe.

Dyscyplina często źle nam się kojarzy: z więzieniem, ograniczeniem, nudną powtarzalnością, a przecież dziś chcemy ciągłych zmian i rozrywek – mówi dr Rafał Albiński, psycholog poznawczy z USWPS specjalizujący się m.in. w zagadnieniach związanych z zarządzaniem czasem i zwlekaniem. – Ale to właśnie ona pozwala realizować długoterminowe cele. Podnosi poczucie własnej wartości i sprawstwa. Dzięki niej czujemy, że mamy kontrolę nad własnym życiem. A co za tym idzie, jesteśmy szczęśliwsi.

Walka o marzenie

W 2013 roku po czwartej nieudanej próbie 64-letnia Amerykanka Diana Nyad ponownie stanęła na przystani w Hawanie, szykując się do pokonania wpław 177 kilometrów dzielących Kubę od Florydy. Chociaż współpracujący z nią lekarze i trenerzy twierdzili, że nie może jej się udać, Diana zdecydowała się jeszcze raz zawalczyć o realizację swojego marzenia. Diana 38 godzin po starcie dostrzegła światło na Key West. Wiedziała więc, że przed nią jeszcze 15 godzin w wodzie. „Dla większości pływaków byłoby to dużo, ale nie macie pojęcia, ile 15-godzinnych treningów mam za sobą” – mówiła Nyad na konferencji TED zatytułowanej „Nigdy, przenigdy się nie poddawaj”.

Słuchając jej, trudno nie uwierzyć, jak bardzo marzenia oraz dyscyplina łączą się w całość. Diana opowiada o śpiewaniu w myślach 1000 razy „Imagine” Johna Lennona – co, jak już wielokrotnie sprawdziła, trwa 9 godzin i 45 minut; o halucynacjach – na środku oceanu widziała Tadż Mahal; o masce, która poza tym, że chroniła przed meduzami, raniła wnętrze jej ust, i o wielogodzinnych ćwiczeniach.

Podążanie za marzeniami wcale nie oznacza robienia tego, na co się ma w danej chwili ochotę. Gdybyśmy nie poznali tej historii z jej wszystkimi bolesnymi szczegółami, pewnie mówilibyśmy, że „64-latka miała odwagę”, „wiedziała, czego chce i potrafiła przekonać do tego innych”. Jesteśmy świetni w znajdowaniu przyczyn sukcesu wszędzie, tylko nie w żelaznej dyscyplinie. A gdy nie chce nam się iść na trening czy na stole pojawia się kusząca babeczka, niwecząca naszą kilkutygodniową dietę, potrafimy wytoczyć naprawdę ciężkie działo w stylu: „Jeśli się do tego zmuszam, znaczy, że to nie jest w zgodzie ze mną”.

Nikt nie kwestionuje tego, że warto żyć w zgodzie ze sobą, tylko zależy, jak to rozumiemy – tłumaczy dr Rafał Albiński. – Czy chodzi o pozwolenie: „Możesz stać tam, gdzie jesteś i nic nie robić, bo tak jest przyjemniej i łatwiej” czy o zachętę: „Osiągaj swoje cele”. Spełniając marzenia, też przecież się realizujemy. Jednak bez kiwnięcia palcem czy poświęcenia czegoś, to się nie uda. Odwiecznym ludzkim pragnieniem jest dochodzenie do wszystkiego bez wysiłku, dlatego szukamy wymówek, by nie podejmować działania. „Życie w zgodzie ze sobą” może być jedną z nich.

Warto uwierzyć w moc dyscypliny, zaakceptować fakt, że bez niej nie da się osiągnąć ważnych celów. Jeśli trudno ci to przełknąć, pomyśl, że utrzymywanie dyscypliny nie musi być takie trudne. Trzeba tylko znaleźć jej sprzymierzeńców, czyli odpowiednie nawyki. Wykształcenie sprawdzonych nawyków jest znacznie skuteczniejszą drogą do celu, niż ciągłe wystawianie swojej siły woli na próby i bezustanne zadawanie sobie pytań: „Czy będzie dla mnie lepiej, jak to zrobię czy jak tego nie zrobię?”. Naukowcy odkryli, że siła woli nie jest niewyczerpana. Porównali ją do mięśnia, który może się zmęczyć, więc należy go trenować z rozsądkiem.

Zabawa z nawykami

Płyną dwie młode rybki i spotykają starszą rybę, która podąża w odwrotnym kierunku i pyta: „Cześć, chłopaki, jaka woda?”. Rybki płyną dalej. Po chwili jedna mówi do drugiej: „Co to, do diabła, jest woda?”. Charles Duhigg przytacza ten żart w książce „Siła nawyku”, by pokazać, że często nawet nie zdajemy sobie sprawy z istnienia nawyków. Wypełniają nasze życie, bo mózg bezwzględnie dąży do przekształcenia w nie każdą rutynową czynność. Dzięki temu nie musimy za każdym razem zastanawiać się, jak zrobić kanapkę, prowadzić samochód czy wziąć prysznic, i możemy skoncentrować się na ważniejszych sprawach.

Załóżmy więc, że twoim marzeniem jest schudnięcie. Jeśli od rana do wieczora walczysz ze sobą: rezygnujesz z obfitego śniadania, zmuszasz się do ćwiczeń na siłowni czy powrotu pieszo z pracy, prawdopodobnie wkrótce porzucisz swój plan. Lepiej wypracować jeden silny nawyk, np. biegania po powrocie z pracy. Na początku będzie trudno, ale jeśli wytrwasz w dyscyplinie, po miesiącu niemal automatycznie przebierzesz się w dres, nie wystawiając na próbę swojej silnej woli – warto ją zachować na wypadek niespodzianki, np. koleżanki, która wpadnie z pączkami.

Łatwo powiedzieć, ale jak dotrwać do końca tego pierwszego miesiąca? Każdy z nas chętnie poznałby tajemną formułę. „Problem polega jednak na tym, że nie istnieje jedna formuła zmiany nawyków. Istnieją ich tysiące” – pisze Charles Duhigg. Żeby znaleźć tę dla siebie, trzeba poznać dwa fakty o nawykach.

Po pierwsze, cykl utrwalania nawyku zawsze jest taki sam: wskazówka – działanie – nagroda. Po drugie, możesz tworzyć nowe nawyki, ale nie zlikwidujesz starych. Jesteś w stanie jedynie zamieniać je na inne, lepsze dla ciebie, pozostawiając starą wskazówkę i starą nagrodę. W tym celu musisz zidentyfikować wskazówkę, czyli odkryć, dlaczego mózg wysyła sygnał „zjedz coś słodkiego”. Dobrą metodą jest zapisywanie, kiedy sięgasz po słodycze, w jakich okolicznościach, w czyim towarzystwie, co czujesz i co się wydarzyło kilka minut wcześniej. Szybko wyłoni się schemat, np. że zawsze jesz cukierka lub kawałek czekolady po zebraniu z szefem. Wtedy czas się dowiedzieć, co ci to daje, czyli jaka jest nagroda. Duhigg radzi szukać jej, eksperymentując: po pojawieniu się wskazówki, spróbuj zrobić coś innego niż zwykle, np. po zebraniu zjedz jabłko. Jeśli po 15 minutach nadal masz ochotę na słodycze, szukaj dalej. Po wyjściu z zebrania, zanim wróciłaś do obowiązków, pożartowałaś z kolegą i poczułaś się zrelaksowana, a kwadrans później nie chciałaś już jeść czekolady? Bingo! Właśnie odkryłaś swoją nagrodę. Chodziło o obniżenie poziomu stresu. Teraz w miejsce starego nawyku wstawisz nowy, czyli np. po zebraniu z szefem chwilę pożartujesz z kolegami. Tworzenie zupełnie nowego nawyku jest łatwiejsze, bo świadomie sama określasz wskazówkę i nagrodę. Im bardziej precyzyjnie, tym lepiej, np. kiedy zadzwoni budzik, od razu wstanę z łóżka, wyjdę z domu i pół godziny pobiegam, a po powrocie będę mieć pół godziny na czytanie gazety.

Wprowadzając w życie nowe nawyki, krok po kroku zbliżysz się do upragnionego celu. Po drodze z pewnością zdarzą ci się porażki: lekkomyślnie wydasz pieniądze, opuścisz trening, zjesz górę ciastek, ale jak powiedziała Diana Nyad: „Nikt nie przeszedł przez życie bez złamanego serca i niepokoju, ale jeśli ufasz i masz wiarę, że możesz upaść i się podnieść, wierzysz w wytrwałość – wspaniałą ludzką cechę, to znajdziesz drogę”.

Instrukcja obsługi nawyków

Wprowadzając nowy nawyk, nie działaj pochopnie. Zastanów się „Czy to jest to, o co mi chodzi?”, „Czy do tego dążę?”, „Czy to jest dla mnie dobre?”, „Czy to jest dla mnie wykonalne?”. Zadawanie sobie tych pytań dopiero, kiedy pojawi się pokusa, by wybrać bezczynność zamiast działania, rzadko przynosi wartościową odpowiedź.

Szukaj tzw. nawyków kluczowych, czyli takich, które niczym kula śnieżna pociągną za sobą lawinę zmian. Jeśli np. chcesz poprawić swoją kondycję, nawykiem kluczowym może być wstawanie godzinę wcześniej niż zwykle. Dzięki temu znajdzie się czas na ćwiczenia i przygotowanie zdrowego posiłku do pracy. To z kolei pomoże ci zerwać ze śmieciowym jedzeniem.

Jeśli kusi cię, żeby sobie odpuścić i np. zrobić przerwę w ćwiczeniach, zadaj sobie pytanie: „Czy rzeczywiście potrzebuję dnia odpoczynku od treningu, żeby zregenerować organizm, czy tylko mam ochotę na ten odpoczynek?”. – Jest też teoria, która mówi, że w takich chwilach trzeba wybierać to, czego najbardziej nam się nie chce – tłumaczy dr Rafał Albiński.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przygaszeni. Dlaczego mężczyźni tracą pasję życia?

Z porzuceniem pragnień serca przychodzi smutek, który mężczyźni topią w alkoholu, pracoholizmie, miłosnych przygodach, tanich rozrywkach. (fot. iStock)
Z porzuceniem pragnień serca przychodzi smutek, który mężczyźni topią w alkoholu, pracoholizmie, miłosnych przygodach, tanich rozrywkach. (fot. iStock)
Niezależnie od tego, jak wcześnie nauczyliśmy się rezygnować ze swoich pasji, ogień stale w nas jest. Żar może być ukryty pod popiołem, jednak – dopóki żyjemy – nie gaśnie. Możemy go rozniecić na nowo – mówi Benedykt Peczko.

Obserwuję mężczyzn – gdy spacerują w parku z dziećmi, robią zakupy, czekają na pociąg, kupują bilety do kina. Na ogół są zgaszeni, smutni albo znudzeni, zmartwieni. John Eldredge, autor książek o mężczyznach (m.in. „Dzikie serce”), pisze: „Jesteśmy jak drewniane kołki!”. Gdzie się podział błysk w oku mężczyzny, gdy patrzy na dziecko, na kobietę, gdy całym sobą angażuje się w to, co robi? Mężczyźni są odcięci od swojego serca i brzucha, a tam właśnie znajduje się źródło pasji życia, radości i twórczości. W książce „Radość” Alexandra Lowena opisany jest mechanizm odcięcia. Współczesny mężczyzna żyje w swojej głowie – analizuje, przewiduje przyszłość, kontroluje, układa strategie. Całe życie jest do tego trenowany. Jego smutek ma często charakter nieświadomy. Gdy idzie na spacer, w myślach roztrząsa, co się wydarzyło, zastanawia się, co zrobi. Nawet jeśli planuje wakacje z rodziną, traktuje to jak zadanie do wykonania. Tak naprawdę nie ma go na tym spacerze.

Często słyszę od mężczyzn: „kiedyś marzyłem o…”. Ale przyszło „prawdziwe życie”, marzenia zderzyły się z „twardymi realiami”. Z porzuceniem pragnień serca przychodzi smutek, który mężczyźni topią w alkoholu, pracoholizmie, miłosnych przygodach, tanich rozrywkach.

Aż któregoś dnia odkrywają, że muszą jechać w Himalaje, do Meksyku albo do aśramy na trzy miesiące. Zostawiają kobietę z trójką dzieci, bo przecież trzeba wreszcie zrealizować jakąś pasję albo duchowo się rozwinąć. Jest dramatyczne pęknięcie między szarzyzną codzienności a zrywem pasji. No właśnie, co rozumiemy przez pasję? To nie jest coś odrębnego od codziennych zajęć. Pasja życia jest otwarciem na świat, na ludzi, radością z tego, w czym się uczestniczy. Grek Zorba był takim mężczyzną – żył, jadł i tańczył z pasją, grał z pasją na swoim santuri, kochał kobiety, przyjaciół, swoją pracę. Wkładał serce w to, co robił, niezależnie od tego, co to było.

Grek Zorba od dziesięcioleci jest wcieleniem archetypu dzikiego, zmysłowego mężczyzny. Współczesne kobiety marzą o Zorbie, wypatrują go, przywołują. Czasy nie sprzyjają Zorbom? Wyobraźmy sobie mężczyznę, który z pasją płaci rachunki przez Internet. Dlaczego nie? Zbyt często szukamy wymówek: „w tych warunkach mam się cieszyć?!”. Łatwo znajdujemy powody do narzekania, gorzknienia, co zatruwa życie nam, naszym bliskim i otoczeniu.

Eldredge pisze, że mężczyzna przygaszony, bierny budzi niepokój wszystkich, którzy mają z nim do czynienia. Taka energia działa przygnębiająco, ponieważ jest wbrew męskiej naturze – aktywnej i twórczej. Kiedy to się zaczyna? Kiedy mężczyzna zostaje odcięty od energii życia? Może się zacząć bardzo wcześnie. Dziecko potrzebuje przyzwolenia na to, by poznawać świat wokół siebie; dotyka, smakuje, aktywnie poszukuje. Dla rodziców to kłopotliwe, bo są zmęczeni, martwią się, żeby sobie nie zrobiło krzywdy. Jeśli dziecko konsekwentnie jest bite po rękach, gdy sięga po przedmioty, uczy się, że nie można tego robić. Bo to boli, jest przykre, a w dodatku zagraża utratą miłości rodziców. Dorosły człowiek pamięta to doświadczenie i mimo że już nikt nie bije go po rękach, pozostaje smutny i przygaszony, rezygnuje z radości płynącej z poznawania. Nawet jeśli dziecko w pierwszych latach życia doświadcza dreszczu emocji, gdy zdarza mu się odkrywać tajemnice świata, w którym żyje, to potem idzie do szkoły. Szkoła narzuca styl poznawania – naukę. To, co wcześniej było pasją, w szkole jest konsekwentnie niszczone, tłumione. Dziecko uczy się, że poznawanie polega na wykonywaniu zadań, są sprawdziany, oceny.

W szkole podstawowej odkryłem, że nie mogę uczyć się tego, co mnie interesuje, a to, czego mam się uczyć, jest strasznie nudne. Zapomniałem o dziecięcych pasjach. Okropna strata. Dopiero po studiach to się zmieniło. Pracowałem jako asystent na uczelni, wykładałem „metodykę pracy umysłowej”. I wtedy trafiłem na kurs „Rusz głową” według metody Tony’ego Buzana. Uczyliśmy się, jak się uczyć, jak zapamiętywać w sposób niekonwencjonalny, angażujący emocje, wyobraźnię, seksualność. Odzyskałem wszystko! Swoje ukryte, zapomniane pasje, dziecięcą otwartość i radość poznawania. Studiując podręcznik, nie muszę być biernym odbiorcą, mogę go współtworzyć, robiąc na przykład zabawne notatki pełne rysunków, symboli.

Zacząłem być świadomy, że nauka jest wspaniałą przygodą, że każda dziedzina życia, także obowiązki – praca, sprzątanie, gotowanie – mogą być wypełnione radością i zabawą. Gdy jestem przeciążony obowiązkami, zdarza mi się o tym zapominać.

My, mężczyźni, jesteśmy bardzo poważni, w pracy mamy zadania, zakres obowiązków, cele, określone procedury. Jednak praca to poważna sprawa, którą można się świetnie bawić. Co robi sześciolatek, gdy znajdzie się w miejscu, gdzie nie ma jego ulubionych zabawek? Wielokrotnie obserwowałem dzieci w poczekalniach u lekarzy, w sklepach, w urzędach, gdy rodzice załatwiają sprawy. Dziecko się nudzi, ale tylko przez chwilę. Natychmiast coś pochłania jego uwagę. Świat dookoła wydaje się taki fascynujący! Obserwowałem chłopca, który jechał z mamą autobusem, wyjrzał przez okno i z błyskiem w oku wykrzyknął: „mamo, patrz, jedzie śmieciarka!”. Mama poczerwieniała, zaczęła uciszać synka, bo przecież śmieciarka to nieładny samochód. Dzieci zauważają rzeczy dla nas niewidoczne. Mają tę świeżość spojrzenia, którą my zatraciliśmy. Odzyskać można ją tylko, będąc zanurzonym w chwili, która właśnie trwa.

Jak odzyskać ogień w brzuchu? Kobiety z trudem znoszą wewnętrzną martwotę mężczyzn. Jedna z nich wyraziła to w ten sposób: „Ja trzy razy oblecę kulę ziemską, a on się nie ruszy!”. Niech się wreszcie ruszy. Trzeba by to potraktować dosłownie. Wstać z kanapy i zacząć się ruszać. Ciało jest tak skonstruowane, że potrzebuje ruchu, ruch jest naszym przeznaczeniem. Brak fizycznego zmęczenia zaczyna powodować atrofię – mięśni, energii, twórczości. To z naszego ciała czerpiemy wszystko, co pozwala otwierać się na pełnię życia. Spróbujmy się martwić, analizować czy robić biznesplan w trakcie dużego wysiłku fizycznego – nie da rady. Mówimy tu o sprawach trywialnych, że ruch, sport to zdrowie, ale okazuje się, że wielu mężczyzn ciągle nie zdaje sobie z tego sprawy.

Kolejny krok to powrót do marzeń. Cokolwiek by to było – podróże, modelarstwo, paralotnia, koncerty – ważne, żeby mężczyzna wrócił do pragnień, przypomniał sobie emocje z nimi związane; powiedział sobie: „właśnie tego chciałem, ale zaniedbałem, teraz spróbuję”. W realizowanych marzeniach jest energia, która ożywia wszystkie sfery życia. Miałem klienta, który przechodził kryzys, był zrezygnowany, wypalony, samotny. Zaczęło się od odkrycia, że jako młody mężczyzna miał dwa marzenia: nauczyć się latać na lotni i poznać język japoński. Ale skąd wziąć na to czas i pieniądze? Odkrywaliśmy, jak przeorganizować życie, aby znalazło się w nim miejsce dla pasji. Podjął konkretne działania, pojawiło się więcej ognia w jego życiu w ogóle, zmienił pracę, ustąpiły objawy psychosomatyczne – silne bóle żołądka.

Trzeci krok to trenowanie się w byciu tu i teraz. Jak spacer to spacer. Na początku mogą pojawiać się nawykowe myśli o problemach, o wizycie w szkole u syna w przyszłym tygodniu, o naprawie samochodu, rozmowie z szefem; cały ten Disneyland w naszej głowie – jak mawia jeden z nauczycieli. Nie trzeba walczyć ze strumieniem myśli, powstrzymywać go na siłę, wystarczy dostrzec: „znowu jest”. Wyszedłem na spacer, dookoła jest przyjemnie, a mnie się przewala w głowie Disneyland, ciekawe. Trenować zauważanie – to już duże osiągnięcie. W głowie przelatują myśli, a my czujemy słońce na twarzy, słyszymy, jak śpiewa ptak, widzimy rozkwitającą gałąź. I dzieci obok. „Moje dzieci! Jesteście!” Chwila obecna, spacer pochłania tak bardzo, że staje się przyjemnością. I zaczynamy tęsknić za takimi doznaniami.

[newsletterbox]

  1. Kultura

Polskie ludowe pająki zachwycają świat

(Fot. Ola O Smit)
(Fot. Ola O Smit)
Zobacz galerię 16 Zdjęć
Karolina Merska, artystka z Lublina, która tworzy swoje pająki w Londynie, opowiedziała nam dlaczego postanowiła ocalić od zapomnienia ludowe dekoracje, które do tej pory kurzyły się w skansenach. Wraz z odkrywaniem dawnego rękodzieła rekonstruuje historie ludowych twórczyń i przybliża polską sztukę ludową londyńczykom.

W pierwszej połowie XIX w. jednym z najważniejszych elementów dekoracyjnych wiejskich izb były pająki - wyrabiane ze słomy, włóczki, kawałków materiału i bibuły przestrzenne konstrukcje, przypominające żyrandole. Tradycja wykonywania pająków powszechna była w całej Polsce znacznie wcześniej i odwoływała się do magicznych obrzędów oraz koncepcji kosmologicznych.

Czy pierwsze pająki, które powstawały w Polsce na samym początku, różniły się od tych, które dziś znamy i które ty tworzysz? Pierwsze pająki były bardzo proste. Wykonywano je na przykład z buraka, w którego bulwę wbijano kawałki słomy. Ludzie starali się dekorować swoje izby tym, co mieli pod ręką. Dlatego używano ziemniaków, buraków, selera, a także farbowanego w łupinach cebuli i skorupach orzechów pierza. Dopiero później, gdy w sklepach pojawiły się kolorowy papier i bibuła, zaczęto wykorzystywać je do dekoracji pająków, jakie dziś znamy.

A czy wiemy, jaką funkcję, oprócz tej dekoracyjnej, spełniały pająki? Dawniej wierzono, że słoma ma magiczne właściwości, zapewnia dobrobyt i potrafi wypędzić z chałupy złe demony. Pozostałości tych magicznych praktyk zachowały się w wielu współcześnie praktykowanych rytuałach, takich jak topienie Marzanny czy umieszczanie sianka pod obrusem wigilijnej kolacji. Pająki wykonywano z żyta i wieszano je nad stołem podczas obchodów Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Na początku wykonywano je z okazji świąt, później przygotowywano pająki na chrzciny, wesela i inne ważne uroczystości. W jednym ze starych czasopism czytałam o przesądach związanych z pająkami. Na przykład kiedy do domu, w którym mieszkała panna na wydaniu przychodził kawaler, a pająk zaczynał kręcić się w lewo, to traktowano to jako zły znak. Uważam, że niezwykle ważne jest, żeby przypominać te dawne wierzenia, które związane są z pająkami.

Pająki były powszechną ozdobą w całej Polsce, ale ich kształty w zależności od regionu bywały rozmaite. Ty zajmujesz się przede wszystkim konstrukcjami, które są rozbudowane w poziomie i pionie. Wykonuję pająki, które nawiązują kształtem do żyrandola i w taki sposób są najczęściej określane. Składają się z obręczy, mają ramiona i ozdobione są pomponami. Pająki żyrandolowe można spotkać w całej Polsce, ale w każdym regionie wyglądają inaczej. Na Lubelszczyźnie ozdabiano je piórami, w łowickim miały charakterystyczną tarczę z kolorowej włóczki. Na Kurpiach na żyrandolowego pająka mówi się kierec. To efektowna podsufitowa dekoracja, której ramiona wykonane ze skręconych taśm papieru rozchodzą się promieniście od środka pokoju.  Na Podlasiu pająki robiono z grochu i fasoli, w niektórych regionach wykonywano je z pociętych kawałków lnu przypominających delikatne pierze, a nawet ze szczeciny.

Skąd w ogóle wpadłaś na pomysł, żeby zająć się ludowymi pająkami? Pamiętasz, gdzie zobaczyłaś je po raz pierwszy? Urodziłam się w Lublinie i z pająkami zetknęłam się po raz pierwszy w skansenie Muzeum Wsi Lubelskiej, w którym są pięknie zachowane chaty. Tak naprawdę moja miłość do pająków zaczęła się dopiero w Krakowie, do którego wyjechałam studiować historię sztuki. Od zawsze pociągała mnie sztuka ludowa, antropologia i etnografia. I chociaż nie studiowałam dizajnu, to chciałam pokazywać piękno ludowych pająków, żeby nie kurzyły się tylko w tych skansenach.

Po studiach od razu wyjechałaś do Londynu. Historyczka sztuki, która zaczyna zajmować się tworzeniem ludowych pająków w stolicy Wielkiej Brytanii to dość nietypowe. Jak wyglądały twoje pierwsze sufitowe dekoracje? Miałam ogromne szczęście, że znalazłam się właśnie w Londynie, to miasto, które niesamowicie chłonie inne kultury. Zaczęłam tworzyć ludowe pająki, ponieważ chciałam dzielić się z innymi tym, co od dawna mnie fascynowało i co związane jest moim dziedzictwem. Na początku analizowałam konstrukcję pająków przeglądając zdjęcia w starych czasopismach. Mam całkiem niezłą wyobraźnię przestrzenną, dlatego rozumiałam w jaki sposób są wykonane. Pamiętam swojego pierwszego pająka w kształcie gwiazdy. Kiedy rozłożyłam go na blacie stołu, wyglądał wspaniale, ale okazało się, że zapomniałam o jednym bardzo ważnym elemencie i  konstrukcja złożyła się w pół. Wtedy nie wiedziałam też w jaki sposób zrobić kwiaty, które ozdabiają pająki. Wycięłam po prostu kawałki krepiny i zszyłam je ze sobą. Teraz się śmieje, że to bardziej przypominało eksperymentalne krawiectwo papieru.

(Fot. Ola O Smit) (Fot. Ola O Smit)

(Fot. Ola O Smit) (Fot. Ola O Smit)

Później zaczęłaś poznawać konstrukcję pająków u źródła, odwiedzając ludowe artystki w Polsce. Razem z moją przyjaciółką Karoliną, która również mieszka w Londynie i studiowała tutaj antropologię kultury, jeździłyśmy po Polsce i odwiedzałyśmy regionalnych artystów. Karolina jest też fotografką i filmowcem i oprócz tego, że interesuje się antropologią, potrafiła w odpowiedni sposób udokumentować działania artystyczne twórców. Zawsze robiło mi się smutno, gdy dowiadywałam, że niektóre wzory bezpowrotnie zaginęły. Młode pokolenia nie zawsze są zainteresowane kontynuacją sztuki ludowej.

W jaki sposób szukałyście twórczyń? Chodziłyście po wsiach i pytałyście, kto robi pająki? Niemalże. Do artystek docierałyśmy często dzięki poczcie pantoflowej, poprzedzonej wielogodzinnymi poszukiwaniami w Internecie. Odwiedzałyśmy regionalne jarmarki i kontaktowałyśmy się z gminnymi ośrodkami kultury. Często miałam do dyspozycji jedynie zdjęcie ludowego pająka z jakiegoś starego czasopisma z podpisem i w ten sposób próbowałam odnaleźć jego twórczynie. Poszukiwania tych osób było fascynującym zajęciem. Jeździłyśmy np. na Kurpie i tam kierowano nas do ludowych artystek, które nadal zajmują się tworzeniem pająków.

(Fot. Ola O Smit) (Fot. Ola O Smit)

Jestem ciekawa w jaki sposób reagowały starsze panie, kiedy nagle w ich domach pojawiały się dwie dziewczyny z Londynu i pytały, jak robi się ludowe pająki. To są zawsze bardzo miłe spotkania. Siadamy sobie przy herbacie i domowym cieście, oglądamy wspólnie ich prace – na przykład kwiaty z papieru czy właśnie pająki, przeglądamy archiwalne zdjęcia ze starymi wzorami. Często te spotkania przeradzają się w bardzo bliskie znajomości. Na przykład pani Zofia, która ma ponad osiemdziesiąt lat, zaproponowała po kilku latach spotkań ze mną, żebyśmy mówiły sobie po imieniu i zaczęła traktować mnie po prostu jak swoją koleżankę. Czasem zdarzało się, że poznawałam całe wielopokoleniowe rodziny, tak było w przypadku pana Józefa, który mieszka pod Zakopanem. Mam wrażenie, że wiele osób czuje się trochę zapomniana i bardzo cieszy je to, że ktoś interesuje się ich twórczością i chce dowiedzieć się o niej więcej. Zawsze pytam twórców i twórczynie o ich podejście do rękodzieła i tradycji. Wcześniej, kiedy nie było żadnych podręczników o sztuce ludowej, cała wiedza przekazywana była ustnie z pokolenia na pokolenie. Dziś zdarza się, że tworzeniem pająków zajmują się jeszcze dzieci tych artystek, ale wnuki nie bardzo garną się do nauki, dla nich to nie jest ani atrakcyjne ani ciekawe. Moje podróże po Polsce służą także temu, żeby pokazać te osoby oraz ich twórczość. Byłoby szkoda, gdyby to wszystko przepadło i zostało zapomniane.

Ludowe pająki, którymi zajmujesz się zawodowo to nie wszystko, co łączy cię z rękodziełem. W Londynie otworzyłaś również sklep, w którym popularyzujesz polską sztukę ludową. Po spotykaniach z artystami i dokumentacji ich prac narodził się pomysł sklepu “Folka”. Teraz dopiero widzę, jak wszystko, czym się zajmowałam zatoczyło koło i w bardzo piękny sposób się ze sobą połączyło. Zawsze zastanawiałam się nad tym, co będę robiła w życiu, a teraz wydaje mi się, że w końcu znalazłam odpowiedź.

Chciałam, żeby w sklepie “Folka” dostępne było rękodzieło z różnych krajów, nie tylko z Polski, ale także z Rumunii, Ukrainy, Niemiec, Francji czy Holandii. Niestety Brexit trochę pokrzyżował nam plany i utrudnił dostęp do wielu europejskich twórców. Polska tradycyjna sztuka ludowa jest bardzo ważną częścią sklepu i to dzięki niej to miejsce jest unikatowe. Polskie rękodzieło najbardziej podoba się klientom, którzy odwiedzają nasz sklep. Najzabawniejsze jest to, że wiele osób myśli, że sprzedajemy meksykańską sztuką ludową, ponieważ to co widzą na wystawie kojarzy im się właśnie z twórczością Fridy Kahlo. Dla mnie niezwykle ważny jest walor edukacyjny sklepu, kiedy mogę pokazywać, że w Polsce mamy taką piękną i kolorową sztukę ludową.

Czym najbardziej zachwycają się londyńczycy? Wielkanocnymi palemkami! Sama uwielbiam palmy ludowe i już od kilku lat sprowadzam je z Polski. Tutaj różnie były nazywane, mówiono na nie “szczotka” albo kwiatki na patyku. Starałam się znaleźć dla nich jakąś angielską nazwę, ale w pewnym momencie zauważyłam, że klienci zaczęli dopytywać, kiedy będą “Easter palm”, co uświadomiło mi, że doskonale wiedzą, czym są te nasze palemki. Co ciekawe, w Londynie palmy zyskały całkiem nową funkcję. W Polsce kojarzone są wyłącznie ze świętami wielkanocnymi, a tutaj traktowane są jak unikatowy bukiet i sprzedają się przez cały rok. Wiem, że wiele osób wręcza palmy zamiast kwiatów np. na Dzień Mamy. Nasze polskie mamy byłyby pewnie mocno zdziwione, gdyby w ramach bukietu otrzymały wielkanocną palemkę.

Ze swoimi pająkami trafiałaś w różne miejsca na świecie. Najbardziej egzotycznym było chyba New Delhi. Na festiwal designu do Indii pojechałam na zaproszenie Polskiego Instytutu. Wykonałam dużą instalację - kilkumetrowego pająka żyrandolowego - w której starałam się połączyć polską sztukę ludową z tamtejszą, dlatego ozdobiłam go girlandami żywych kwiatów, którymi hindusi dekorują wnętrza swoich świątyń. Pająk zawisł w centrum designu w Bangalur, a jego zdjęcie znalazło się we wszystkich krajowych mediach. Wbrew pozorom kultura hinduska jest bardzo podobna do polskiej, jest równie kolorowa.

Okazało się, że ludowe pająki doskonale pasują do współczesnych wnętrz i dziś znowu traktowane są jako element dekoracyjny. Staram się pokazywać sztukę ludową bardziej jako nowoczesny design, wyjść trochę z tej ludowości. W naszym kraju pająki nadal nie kojarzą się z nowoczesnymi wnętrzami. Polska była chyba ostatnim krajem, który zobaczył, że takie ozdoby mogą być fajne. Czasami tak bywa, że gdy mamy coś przed oczami, to nie potrafimy tego docenić. Media w Polsce zainteresowały się moją działalnością dopiero wtedy, kiedy o moich pająkach zaczęły pisać zagraniczne magazyny wnętrzarskie. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogę popularyzować polską sztukę ludową w Londynie i jednocześnie obserwować coraz większe zainteresowanie rękodziełem w Polsce. Wiele młodych osób zaczyna robić pająki, powstają ciekawe konta na Instagramie.

W maju ukaże się twoja książka poświęcona pająkom. To praktyczny poradnik, dzięki któremu krok po kroku będzie można stworzyć swojego pająka. Na razie dostępna będzie niestety wyłącznie w języku angielskim. Nadal nie mogę w to uwierzyć. W mojej książce chciałam skupić się przede wszystkim na pokazaniu projektów, ale także opowiedzieć historię pająków i związane z nimi tradycje. Przygotowałam piętnaście różnych wersji pająków, zarówno tradycyjnych, jak i nowoczesnych. Starałam się pokazać, że tradycyjne pająki można tworzyć również w oparciu o inne surowce, jak metalowe rurki, makaron czy wełniane pompony. Pokazuje też, jak zrobić pająka ślubnego z żywych kwiatów. Chciałabym zainspirować wszystkich do tego, żeby korzystając z tradycyjnych wzorów, tworzyli autorskie projekty. Książka „Making mobiles” na razie dostępna jest tylko w języku angielsku, ale wiem, że jest spore zainteresowanie w Polsce, dlatego liczę, że pojawi się także jej tłumaczenie. Projekt mojego jednego pająka można znaleźć w książce Doroty Borodaj zatytułowanej “Ręcznie robione”, która jest poświęcona współczesnemu rzemiosłu i rękodziełu. Wiem, że autorce udało się dotrzeć do wielu bardzo ciekawych stowarzyszeń i artystów z Polski, którzy tworzą z papieru, drewna, gliny, słomy czy wikliny wykorzystując tradycyjne techniki. Bardzo się cieszę, że mogłam się pojawić w tym opracowaniu.

Karolina Merska (Fot. Ola O Smit) Karolina Merska (Fot. Ola O Smit)

  1. Psychologia

Jak pokonać strach? Trenuj odwagę

W odwadze jest mnóstwo energii, to stan działania i uwolnienia, wyzwala zaradność i optymizm. (Fot. iStock)
W odwadze jest mnóstwo energii, to stan działania i uwolnienia, wyzwala zaradność i optymizm. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Odwaga to "mięsień", który da się trenować. Oto 8 wskazówek i inspiracji, które pomogą ci: przezwyciężyć lęk, podjąć ryzyko, wyjść ze strefy komfortu, uodpornić się na odrzucenie, uwierzyć, że można, zrealizować marzenia.

1. Zrozum, że nie ma się czego bać

Zmarły kilka lat temu amerykański terapeuta dr Wayne W. Dyer w jednej ze swoich książek „Kieruj swoim życiem” pisał o odwadze tak:

„To gotowość do stawiania czoła lękom. To przyjmowanie krytyki, poleganie na sobie oraz akceptacja i ponoszenie odpowiedzialności za konsekwencje własnych wyborów. To wiara w siebie i swoje wybory tak silna, że jesteś gotowy przeciąć więzy nałożone przez innych”.

Jego zdaniem w budowaniu w sobie odwagi pomaga pytanie: „Co najgorszego może mnie spotkać, jeśli…?”. Gdy wysilimy bowiem wyobraźnię i głęboko się zastanowimy, okaże się, że najstraszniejsza rzecz, jaka może się przydarzyć, po prostu nie istnieje. Jako przykład Dyer przywoływał postać swojego przyjaciela Billa, który bał się pójść na przesłuchanie do roli w spektaklu na Broadwayu. Kiedy zadał sobie to pytanie, zrozumiał: „najgorsze, co może mnie spotkać to to, że nie dostanę roli, której i tak nie mam”. Dlatego jeśli się boisz, wiedz, że najskuteczniejszą metodą przełamania strachu jest działanie.

2 . Pamiętaj o tym, co jest dla ciebie ważne

Odwaga to nie jest brak strachu. To świadomość, że istnieje coś większego i ważniejszego, dla czego jesteś gotów spojrzeć mu w oczy. Dlatego David K. Hatch, konsultant specjalizujący się w dziedzinie przywództwa i efektywności przedsiębiorstw, radzi, aby w momentach zwątpienia pamiętać o swoich wartościach i celach. Jaki cel jest dla ciebie na tyle istotny, że nic nie mogłoby cię odwieść od jego zrealizowania? Jakie wartości chcesz realizować w życiu ponad wszystko? Świadomość tego, co naprawdę się dla ciebie liczy, pomoże przezwyciężyć obawy i wątpliwości.

3. Jak najczęściej porzucaj swoją strefę komfortu

„Wystarczy żyć, żeby ciągle ponosić ryzyko. Czeka na nas ryzyko klęski, ryzyko odrzucenia, zawodu samym sobą, rozczarowania innymi” – pisze w książce „Nie porzucaj marzeń” Augusto Cury, brazylijski pisarz i psychiatra. „Nie powinniśmy ryzykować nieodpowiedzialnie, ale nie należy obawiać się wkraczania na nieznane obszary, oddychania powietrzem, którym nigdy wcześniej nie oddychaliśmy”. Zbyt długie pozostawanie w sferze komfortu, w sztucznie podtrzymywanym kokonie bezpieczeństwa, nie tylko uniemożliwia rozwój, ale też daje złudne poczucie, że możemy uniknąć pomyłek, potknięć czy wypadków. Zwiększa się nasza frustracja, za to zmniejsza kreatywność. Niczego się nie uczymy, nie spełniamy swoich marzeń i nie dowiadujemy się nowych rzeczy o sobie i świecie. Dlatego warto od czasu do czasu robić rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiliśmy. Odwiedzać miejsca, w których nie byliśmy czy w podobnych sytuacjach postępować inaczej niż do tej pory.

4. Pogódź się z odrzuceniem

Jason Comely jest znany jako autor gry o nazwie „Terapia odrzucenia”. Uczestnicy są w niej zachęcani do tego, by angażować się w specyficzne eksperymenty społeczne. Chodzi o to, by każdego dnia poprosić kogoś o drobną rzecz i uzyskać negatywną odpowiedź. W ten sposób, narażając się na mniej dotkliwe odrzucenie, w dodatku od osób, na których nam nie zależy, powoli zmniejszamy swoją podatność na odrzucenie w ogóle. Jeśli uda ci się zyskać pozytywną odpowiedź, to świetnie, ale i tak musisz podjąć jeszcze jedną próbę, bo bez czyjegoś „nie” – nie pójdziesz dalej. Osoby, które brały udział w tej grze, relacjonowały, że z czasem nie tylko mniej przejmowały się odmową, ale też zauważyły, że o wiele częściej dostawały to, o co prosiły. Czy była to darmowa dokładka w restauracji czy prośba, by zagrać na gitarze muzyka w przerwie jego koncertu, czy też zaproszenie najatrakcyjniejszej dziewczyny w barze na randkę.

Jeden z bardziej ambitnych uczestników gry w odrzucenie  – Amerykanin Jia Jiang postanowił wynieść ją na wyższy poziom i podczas 100 dni stawiać naprawdę bardzo zuchwałe prośby, jak na przykład poproszenie policjanta, by mógł na chwilę usiąść w jego samochodzie. O tym, do jakich wniosków doszedł podczas tego eksperymentu, Jiang opowiedział podczas wystąpienia na konferencji TED. Najważniejszy był taki: odrzucenie daje podobną pewność siebie co zdobywane doświadczenie. Im więcej razy został odrzucony, tym więcej siły miał, by próbować dalej. Jak widać całe to odrzucenie nie jest wcale takie straszne.

5. Obejmij przygodę

Eksperymentuj – zachęca Chris Guillebeau, przedsiębiorca i podróżnik, który w książce „Szczęście w poszukiwaniach” pisze między innymi o inspirującej koncepcji eksperymentów życiowych. Zainicjował ją Allan Bacon – jak podsumowuje go Guillebeau: normalny facet, który miał przyjemne życie i świetną rodzinę, ale jednocześnie niejasne poczucie niezadowolenia. Nie chciał jednak porzucać wszystkiego i ruszać z plecakiem w świat czy biegać co niedzielę maratonów. Zamiast tego postanowił zmieniać swoje rutynowe przyzwyczajenia. Jego pierwsze eksperymenty życiowe były bardzo proste – pójście do muzeum w porze lunchu czy wzięcie udziału w warsztatach fotograficznych. Stopniowo odważał się robić coraz śmielsze kroki i zaobserwował, że wszystkie one dają mu ogromną satysfakcję, zmieniając jego zwykłe, nudne życie, wypełnione codziennymi obowiązkami w jedną wielką przygodą. Inspirując się Allanem, Guillebeau podsuwa pomysły na kilka innych eksperymentów, np.:

  • przez tydzień bierz tylko zimny prysznic,
  • zacznij rozmowę z nieznajomym,
  • zabierz do parku smakołyki dla psów i rozdaj je właścicielom czworonogów, których spotkasz na spacerze,
  • jeśli na zebraniach w pracy zwykle jesteś aktywny, tym razem więcej milcz; jeśli zwykle milczysz, odezwij się,
  • zaoferuj swój pokój lub dom do wynajęcia w serwisie Airbnb,
  • kompletnie zmień rozmieszczenie mebli w sypialni lub salonie,
  • na jakimś cyklicznym spotkaniu celowo siądź w innym miejscu.
6. Stwórz własną bucket list Amerykański film „Choć goni nas czas” w oryginale ma tytuł „The Bucket List” i odnosi się do listy dwóch podstarzałych bohaterów (granych przez Jacka Nicholsona i Morgana Freemana), którzy, po zdiagnozowaniu u nich śmiertelnej choroby, postanawiają spisać rzeczy, które chcą jeszcze zrobić przed śmiercią. Film cieszył się ogromną popularnością i zainspirował rzesze Amerykanów do tworzenia swoich własnych bucket lists i stopniowego realizowania zapisanych na nich marzeń.

Chris Guillebeau rozwija ten pomysł i proponuje, by potraktować taką listę jako życiową misję. Zapisać na niej większe i mniejsze marzenia i realizować kilka z nich co roku. Najważniejsze, by w momencie tworzenia listy nie zastanawiać się, czy plany są realne, kosztowne czy czasochłonne, tylko po prostu napisać o tym, na co zawsze mieliśmy ochotę, a potem znaleźć sposób na realizację tych celów. To mogą być postanowienia typu: pójść na plażę dla nudystów, wybrać się do kina samochodowego, zobaczyć na własne oczy Wielki Kanion, pojechać do Las Vegas i zagrać w ruletkę, zasadzić drzewo, zrobić sobie tatuaż, pójść do opery, wejść na Mount Blanc, odwiedzić każde miejsce wpisane na listę dziedzictwa światowego UNESCO, polecieć helikopterem, opublikować krótkie opowiadanie, zrobić kurs instruktora jogi czy iść na studia podyplomowe. Najlepsze jest to, że realizując kolejno zadania z listy uruchamiamy w sobie odwagę do robienia tego, co zawsze chcieliśmy.

7. Uwierz, że potrafisz David R. Hawkins, psychiatra i nauczyciel duchowy, w swojej najsłynniejszej książce „Technika uwalniania” pisał, że oznaką odwagi jest przekonanie i poczucie „potrafię”.

„To pozytywny stan, w którym czujemy, że jesteśmy pewni siebie, mamy umiejętności, kompetencje, zdolność do działania, czujemy się żywi, kochający i obdarowujący” – tłumaczył.

„W odwadze jest mnóstwo energii, to stan działania, uwolnienia, bycia «gotowym do», spontanicznym, prężnym, zaradnym i pogodnym. W tym stanie potrafimy bardzo efektywnie działać w świecie”.

Do takiego stanu potrzebna jest jednak świadomość swoich umiejętności i talentów. Nie wiesz, do czego jesteś zdolny? Poświęć trochę czasu i spisz po kolei wszystkie rzeczy, które umiesz, sukcesy, jakie osiągnąłeś, oraz dziedziny, w których jesteś dobry. Odnotuj tam także swoje predyspozycje, np. jesteś zdrowy i silny, szybko przyswajasz wiedzę, masz słuch muzyczny, dobry wzrok – to wszystko pozwoli ci dojść do wniosku, że niezależnie od tego, jakie wyzwania życie przed tobą postawi – dasz sobie radę. A to skutecznie niweluje lęk przed nowym i nieznanym oraz dodaje pewności siebie.

8. Pielęgnuj w sobie wrażliwość Brené Brown, badaczka wstydu, odwagi, wrażliwości i poczucia własnej wartości, uważa, że nie ma odwagi bez gotowości, by odsłonić swoje najwrażliwsze miejsca.

„Zamiast siedzieć z boku, krytykować i udzielać rad, musimy odważyć się wyjść do ludzi i pozwolić się zobaczyć. To właśnie jest wrażliwość. To wykazywanie się wielką odwagą” – pisze we wstępie do książki „Z wielką odwagą”.

Wrażliwość w jej rozumieniu to niepewność, ryzyko i narażanie na zranienie własnych emocji. To budzenie się rano ze świadomością, że kochamy kogoś, kto może, choć nie musi, odwzajemnić nasze uczucie, kto może zostać z nami do śmierci, ale równie dobrze może bez uprzedzenia nagle odejść. To pokazanie światu naszego dzieła czy naszych pomysłów bez gwarancji, że zostaniemy zaakceptowani lub docenieni. To też proszenie o pomoc, stawanie we własnej obronie, dzielenie się niepopularną opinią, mówienie „nie” czy rozkręcenie własnego interesu. Jak widać z tych przykładów, wrażliwość zwiększa podatność na zranienia, ale też na odczuwanie szczęścia i spełnienia w życiu. Bez niej żyjemy zachowawczo, jednowymiarowo, biernie i marnie. Za to pielęgnując ją, otwieramy się na prawdziwe przeżywanie. Co więcej, inni to czują, szanują i zwykle odpowiadają tym samym.

Zatem, może rzeczywiście nie ma czego się bać?

  1. Psychologia

Zmiana – proces tworzenia siebie. Rozmowa z Mateuszem Grzesiakiem

- Jest nieco bajki w stwierdzeniu, że wszystko jest możliwe. Ale za to wszystko jest możliwe w odpowiednim czasie pod odpowiednimi warunkami - mówi Mateusz Grzesiak. (Fot. iStock)
- Jest nieco bajki w stwierdzeniu, że wszystko jest możliwe. Ale za to wszystko jest możliwe w odpowiednim czasie pod odpowiednimi warunkami - mówi Mateusz Grzesiak. (Fot. iStock)
– Zmiana jest konieczna do rozwoju, ale sama nie nastąpi. Jest procesem tworzenia siebie, w którym powinniśmy określić, co chcemy osiągnąć i wybrać narzędzia, które pomogą nam zrealizować nasze cele. To dwa kluczowe elementy, które są konieczne do zmiany – mówi psycholog i przedsiębiorca dr Mateusz Grzesiak w rozmowie z Aleksandrą Nowakowską.

Artykuł archiwalny.

Mistrzowie duchowi mówią, że życie jest zmianą i że poza zmianą nic w życiu nie jest pewne…
Mistrzowie duchowi znają wiele mądrości życiowych, ale nie komunikują ich wystarczająco konkretnie. Ludzie chcą narzędzi, dzięki którym się zmienią.

Żeby zmienić coś w sobie i w swoim życiu, często trafiamy do specjalisty – psychoterapeuty lub coacha. A jeszcze częściej, żeby zwrócić się po tę pomoc, musimy dostać kopa od życia.
Dostanie kopa od życia jest postawą pasywną. Poza tym to ryzyko. Niektórzy mówią, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Ale jeśli cię zabije, to na pewno nie wzmocni... Poza tym skąd wiemy, że kiedy ktoś dostanie kopa, będzie potem mądrzejszy? Może jeszcze raz dostać tego samego kopa w to samo miejsce i będzie go bolało dwa razy bardziej. Jeżeli brak nam odpowiedniej wiedzy, nie wyciągniemy wniosków.

Kop bywa jednak motywacją do zmiany.
Czasami rzeczywiście tak jest. Niektórzy ludzie nie będą chcieli się zmienić, jeśli nie doświadczą określonego problemu, który odbierze im coś w życiu i wpłynie na ich emocje, zapewni pewien poziom cierpienia. Ale kop jest tylko początkowym bodźcem. Potem stajemy przed pytaniem: co mogę zrobić, żeby nie dostać tego kopa ponownie, czyli jak mam się zmienić? Tu przechodzimy do narzędzi z zakresu psychologii zmiany. Nie mieliśmy w szkole takiego przedmiotu, więc nasza wiedza na ten temat jest zerowa. Ludzie błędnie sami się diagnozują i na przykład chandrę traktują jak depresję albo szukają specjalistów, którzy wcale nie są im potrzebni. Należy rozpowszechniać wiedzę o praktycznej psychologii.

Szukają ich, ponieważ przechodzą kryzys albo tkwią w martwym punkcie. Instynktownie wiedzą, że zmiana jest konieczna, bo ciągle są tym samym poziomie. Ale nieraz zmiany okazują się iluzoryczne, bo kolejna praca jest niesatysfakcjonująca a następny partner również jest niedostępny.
Ludzie chcą się zmienić, bo są niezadowoleni z tego, co mają: bo mało zarabiają, bo są zbyt otyli, bo relacje z dzieckiem nie spełniają ich oczekiwań, bo nie dostali awansu. Nie mają w życiu czegoś, o czym wiedzą, że potencjalnie jest to w ich zasięgu. To stwarza dysonans pomiędzy tym, czego oczekują, a tym co mają. I często to zaczyna być motywacją do zmiany.

Na czym polega autentyczna zmiana?
Najpierw trzeba wiedzieć, czego się chce. Tymczasem większość ludzi żyje jak trzcina na wietrze – oni robią to, co w danym momencie życie im przynosi, są pasywni, nie planują i nie podejmują działania. A ja mogę przecież wyobrazić sobie Mateusza za trzy lata, on może być chudszy niż teraz albo na przykład bogatszy. To jest proces tworzenia siebie, w którym powinniśmy określić, co chcemy osiągnąć i wybrać narzędzia, które pomogą nam zrealizować nasze cele. To dwa kluczowe elementy, które są konieczne do zmiany. Trudno podjąć decyzję o zmianie wtedy, gdy wierzą w romantyczne gusła i inne średniowieczne bzdury.

Gusła?
W Polsce kierujemy się różnego rodzaju wróżbami chociażby w budowaniu relacji, choć jesteśmy jedną z najbardziej wykształconych nacji na świecie. Na przykład czekamy na drugą połówkę jabłka! Druga połówka jabłka jest w warzywniaku. Obudź się, nie ma drugiej połówki jabłka w związkach. Jestem ciekawy, czy w Kongo szukają drugiej połówki banana. To jest ignorancja. Używamy metafor – które w naszej rozmowie nazywam gusłami – bo nie wiemy, jak działają relacje. Nie mówię tu o przestarzałych „frojdyzmach”, ale o nowoczesnej psychologii, która służy człowiekowi. O najnowszych badaniach i świetnych narzędziach, dzięki którym możemy osiągać swoje cele. Większość ludzi nie ma świadomości, że skuteczność w życiu osobistym i zawodowym wynika z przemyślanego działania opartego na wiedzy, a nie z przypadku, rzekomego szczęścia i innych nieweryfikowalnych historii.

Moglibyśmy zacząć od nauki, jak działa mózg, jak odczuwamy emocje, tak?
Tak. Z jednej strony mamy nauki twarde – między innymi chemię, biologię, fizykę, które uczą jak skonstruowany jest świat materii. Z drugiej są nauki miękkie, takie jak psychologia, które odkrywają w jaki sposób funkcjonuje ludzki umysł, jak modelować zachowania, jak wpływać na emocje. I tam są konkretne przepisy, jak siebie zmienić. Dajmy konkretny przykład: chcę rzucić palenie. Zaczynam od tego, żeby się dowiedzieć, jak to zrobić. Bez tej wiedzy będę się autodiagnozował na podstawie niepopartych faktami przekonań, jak np.: „taki się urodziłem”, „to przez mojego dziadka bo też palił” albo – tu wracamy do romantycznych guseł: „to było mi pisane”. Możemy dodać trochę źle rozumianego buddyzmu: „taka karma, że palę i nic z tym nie da się zrobić”. Tego typu bzdury powodują, że ludzie zamiast podjąć działanie, tkwią w tym swoim paleniu albo w niedziałających biznesach czy nieszczęśliwych związkach. A te historie można w określony sposób zmienić. I choć nie możemy mieć wpływu na wszystko, to na pewno możemy przestać palić lub więcej zarabiać.

Dobrze, rezygnuję z pomysłu, że to przez karmę mało zarabiam. Co robić?
Zaczynam od uświadomienia sobie faktu, że są ludzie, którzy zarabiają duże pieniądze. Czyli wiem, że jest to możliwe. Szukam odpowiedzi na pytanie, w jakim zawodzie się najwięcej zarabia. Przedsiębiorca, wykwalifikowany specjalista, pracownik na wysokim kierowniczym stanowisku –świetnie, mam trzy modele. Jeśli chcę być specjalistą, zdobywam unikalne kompetencje, na które jest zapotrzebowanie na rynku i po jakimś czasie zaczynam je sprzedawać. Albo wkraczam na ścieżkę kariery, która zaprowadzi mnie do kierowniczego awansu. Rozwiązanie numer trzy: staję się przedsiębiorcą, czyli uczę się, w jaki sposób sprzedawać, robić marketing, zarządzać zespołem, buduję misję, wizję, wartości swojej firmy, tworzę portfolio produktów, profiluję klienta, po czym wychodzę do niego. Za każdym razem robię swoje. Moi rodzice walczyli z komunizmem, ja żyję w kapitalizmie i mogę tworzyć siebie jako przedsiębiorcę na wolnym rynku i to jest niesamowite.

No tak, ale do tego potrzebne są pieniądze na wykształcenie, rozpoczęcie biznesu.
Jakie pieniądze? Naprawdę?! W dzisiejszych czasach, gdzie masz do czynienia chociażby z czymś takim jak crowdfunding, który nie kosztuje nic, bo ktoś może zainwestować w twój pomysł? Nigdy nie żyliśmy w czasach tak sprzyjających do zarabiania pieniędzy! Weźmy rodzimego youtubera Sylwestra Wardęgę. Miał prosty sprzęt, którym nagrywał swojego psa na ulicy przebranego za pająka. Umieścił to w Internecie za darmo. Psa ogląda 180 milionów osób świecie, a Wardęga zarabia na tym pieniądze.

Z jednej strony możemy sięgnąć po kreatywność, odwagę, innowacyjność. Ale z drugiej strony mamy ograniczenia – chociażby lęk i inne emocje. One często nie pozwalają nam iść do przodu, zmienić życie i odnieść sukces.
Mogę się bać, że ktoś mnie skrzywdzi albo że spadnie na mnie z nieba meteoryt. Ale mam też inne wyjście – mogę za darmo wejść w Internet, gdzie znajdę techniki radzenia sobie z emocjami. Mam do wyboru chociażby Racjonalną Terapię Zachowań (terapia krótkoterminowa wywodząca się z nurtów poznawczo–behawioralnych – red), gamę narzędzi rodem z psychologii poznawczej, ćwiczenia mindfullness. Mogę zrobić technikę pt. test kamery i zobaczyć, że to, czego się boję, nie jest oparte na faktach. Mogę też pracować nad dialogiem wewnętrznym. Moje emocje zależą ode mnie – nawet te najtrudniejsze. Lęk dzieje się w naszych głowach i można go zniwelować.

Miałeś kłopoty ze zdrowiem, poważne, bo chodziło o serce i wyszedłeś z tego. Czego wtedy doświadczyłeś?
Lęku, poczucia winy, pretensji do siebie, złości, nadziei. To była cała plejada emocji, z którymi musiałem popracować, żeby podjąć racjonalne działanie zmierzające do wyleczenia się. Trwało to 8 miesięcy i koniec końców się udało. Jakbyś mnie zapytała, czy to było trudne – odpowiedziałbym – tak, ale co z tego? Gdy chce się osiągnąć duże rzeczy, robi się trudne rzeczy. A jak nie – to się robi łatwe. Rozmawiamy o tym, że ludzka postawa, czyli przekonanie na temat rzeczywistości, umożliwia lub nie określone zmienianie się. Tak naprawdę potrzebujemy pomysłu i wiedzy, jak go realizować.

Jeszcze czegoś. Patrzę na ciebie i widzę mężczyznę pod tytułem „JUST DO IT”. Myślę, że działanie jest dla ciebie łatwe, pewnie masz wysoki poziom motywacji.
Wiedziałem, że wrócisz do guseł romantycznych. O której dzisiaj wstałaś?

O siódmej.
O której pójdziesz spać?

Pewnie późno, bo mam sporo do pisania.
O której to późno? Dwunasta, pierwsza?

Tak.
Ja wstałem dzisiaj o szóstej, pójdę spać o pierwszej. Będę spał może pięć godzin i tak robię od trzynastu lat. Mamy wewnętrzną potrzebę, żeby fakt, czy coś osiągamy czy nie, tłumaczyć istnieniem siły wyższej lub naturalnych predyspozycji, równie magicznych. Kiedy zajmowałem się nauką języków obcych, a wykładałem dotychczas w siedmiu językach, wiele razy słyszałem: „Ale ty masz talent”, „Z tym to się urodziłeś”. A ja wtedy pytałem: „Czy zapisałeś się do szkoły języków obcych?”. I słyszałem: „Nie, bo nie mam talentu”. I to są gusła tłumaczące brak wiedzy na temat zachowań potrzebnych do osiągnięcia celu.

Są tacy, którzy zapisują się do szkoły i dopiero tam stwierdzają, że nie mają talentu.
Nie wystarczy się zapisać, trzeba się uczyć. Jedni są pracowici i ambitni, a drudzy leniwi i im się nie chce.

Właśnie – nie chce im się. Jest jeszcze kwestia motywacji.
Jak się nie chce, to się nie ma wyników. Lenistwo jest niczym innym jak mechanizmem obronnym. Odczarujmy zmianę – tam nie ma guseł – tam jest sposób, w jaki wpływamy na emocje, myśli, zachowania. Chcę się zmotywować. Sięgam więc do zestawu technik motywacyjnych. Weźmy zobowiązanie publiczne – jeżeli powiem bliskim, że zamierzam coś osiągnąć, wtedy będę bardziej zobowiązany, żeby to zrobić niż gdybym im nie mówił. Dwa – negatywna konsekwencja. Zadajmy sobie pytanie, co się negatywnego stanie, jak się nie zmienię. Będę przez dziesięć kolejnych lat trwała w związkach z toksycznymi facetami i zestarzeję się nieszczęśliwa. Kolejna technika – motywujące cytaty i historie osób, które odniosły sukces. Wystarczy wejść w internet i wpisać – techniki motywacyjne, proste przepisy. Oczywiście, że gdy wstaję o szóstej rano i idę na zapasy, wiedząc, że dostanę od mojego trenera takie baty, że będę posiniaczony, nie jest przyjemnie. Ale mnie nie interesuje przyjemność ani łatwość, mnie interesuje skuteczność.

A co jest złego w przyjemności?!
Po pierwsze, ona przemija, więc nie możesz jej uchwycić i ciągle ci jej brakuje. Po drugie, adaptujemy się do niej, więc trzeba ciągle podnosić dawkę. Po trzecie, istnieje tylko w odpowiedzi na bodziec wywołujący, którego ciągle musisz szukać. Po czwarte, jest emocją, a więc nie daje żadnej treści. Półtorej godziny spędzone na oglądaniu filmu, który jest zabawny, ale nie wnosi merytorycznej wartości do czyjegoś życia, to 90 minut bicia piany. Przyjemność poczuję też, gdy napiję się alkoholu. Ale jeśli systematycznie będę to robił, stanę się głupszy, bo dojdzie do degeneracji moich neuronów. A ty mnie pytasz, co się złego w przyjemności? Wszystko, na Boga! Wszystko! Co innego radość. Ale radość nie jest emocją, jest uczuciem. Radość jest emanacją tego, co czuję, będąc szczęśliwą jednostką. Ludzie, niestety, dążą do emocji. Od lęku uciekają do przyjemności. To są smutne czasy. Ci ludzie cierpią i tego nie wiedzą.

Czyli kluczem do zmiany i sukcesu jest pracowitość.
Między innymi. Jeszcze wiedza. Są tacy, którzy chodzą na basen i nic to im nie daje, bo błędnie ćwiczą. Ale na całe szczęście są tam trenerzy, wystarczy zapytać. Kiedy 20 lat temu zaczynałem przygodę z z innym sportem – kulturystyką, prawie wcale nie było formalnych instruktorów. Wtedy też coachów jeszcze nie było.

Jak ludzie wtedy żyli?
Mniej świadomie i mniej skutecznie niż dzisiaj, intuicyjnie. Ludzie zawsze jakoś żyli. Ale my nie chcemy „jakoś”. Dla nas liczy się „jakość”, a więc bierzemy pod uwagę, jakie są możliwości i je tworzymy. Czasy się zmieniły, a wraz z nimi potrzeby społeczne.

Wróćmy do psychologii zmiany. Na czym polega głęboka zmiana, która spowoduje, że nasze życie nabierze nowej jakości. Po czym ją poznać?
Nie ma znaczenia, czy zmiana jest głęboka czy płytka, ale o cel, jaki chcemy osiągnąć. W jakim kontekście chcę się zmienić? Czy chodzi o moje związki, pracę, ciało, kompetencje? Wszystko, co nie jest konkretne, nie zostanie przez nas zrealizowane. Na przykład: cierpię na nieśmiałość. Nie chcę być nieśmiały. A jaki chciałbym być w zamian? Chciałbym być śmielszy. Co to znaczy śmielszy, po czym poznam że jestem śmielszy? Teraz zaczynam przechodzić do konkretyzowania planu. Po czym poznam, że jestem śmielszy? Będę mówił pewniej, czuł się swobodniej, będę poznawał nowe osoby, podchodząc do nich i inicjując rozmowę. To jest konkretny cel – mózg wie wtedy, o co chodzi.

Czyli trzeba robić?
Oczywiście, że robić. Gdy zaczynamy robić, przestajemy jedynie myśleć. I mamy feedback, jak coś działa.

Ale teraz pojawia się niebezpieczeństwo, że się poddamy, bo działamy, a nie jesteśmy skuteczni. Zniechęcające.
A zatem powinniśmy wiedzieć, że Rzym nie został zbudowany w jeden dzień. Generalnie przyjmuje się, że zbudowanie nawyku zajmuje trzy tygodnie. Jeśli dzień w dzień będziesz jeździła na rowerze, twój metabolizm przyśpieszy. Jeżeli codziennie będziesz słuchała nagrań z językiem obcym, to wcześniej czy później twój mózg się go nauczy. Chodzi o systematyczność. Ty masz robić swoje, a mózg resztę zautomatyzuje.

Tyle jest nurtów rozwojowych, ale czy wiedza i świadomość się podnoszą?
Fascynujące pytanie. Pod kątem świata technologicznego tak, robimy postępy w medycynie, fizyce, chemii, farmacji. Ale z innej strony nadal jesteśmy beznadziejnie zidentyfikowani z ego. Niedawno czytałem badania, że Polacy coraz rzadziej zadają sobie pytanie o sens życia. Smutna wiadomość. Bo oznacza, że nie myślimy, po co żyjemy. A co za tym idzie – żyjemy według narracji, która dana nam jest przez epokę i kulturę, w której się urodziliśmy.

Pytanie o sens życia może być motywacją do zmiany?
Oczywiście. To fundament istnienia ludzkiej egzystencji – po co ja żyję, jaki jest sens tego, co ja robię, jaka jest moja misja życiowa.

Tylko jak to odkryć?
Może lepiej stworzyć sens życia. Mój slogan to „Create Yourself”.

Myślę, że czasem coś w sobie odkrywamy, a czasem tworzymy.
Prawdę mówiąc, jedno bez drugiego nie istnieje. Sam fakt tworzenia powoduje odkrywanie czegoś. I odwrotnie – odkrywanie czegoś wymaga od nas tworzenia tego. Próbuję dziesięciu sportów i odkrywam, że zapasy sprawiają mi najwięcej radości. Tworzę więc siebie jako zapaśnika, bo codziennie chodzę na treningi.

Co ostatnio ważnego zmieniłeś w swoim życiu?
Zacząłem budować się i przygotowywać do bycia nie tylko psychologiem i przedsiębiorcą, ale też naukowcem. To jest duża zmiana. Zacząłem tworzyć instytut badawczo-naukowy, żeby mieć większą skalę i dać ludziom na całym świecie dostęp do fachowych narzędzi z zakresu psychologii interdyscyplinarnej: marketingu, zarządzania, samorealizacji. Motywowałem się tak jak zawsze: chęcią realizacji możliwości ludzkiego potencjału. Kiedy odkrywam, że mogę więcej, zaczynam podejmować działania.

Zmiana bardziej osobista?
Schudłem 12 kilogramów w pół roku. Jadłem inteligentnie, ćwiczyłem inteligentnie i uprawiałem sport inteligentnie – to są trzy czynniki wpływające na zmianę wagi. Jeszcze jedna zmiana? Jakiś czas temu, gdy zrobiło się ciepło, kilka razy poszedłem palić fajkę shisha i bardzo mi się to palenie spodobało. Przeczytałem później w Internecie, że godzina palenia shishy równa się wypaleniu 100 papierosów. Po przeczytaniu tego stwierdziłem, że należy to odczucie zlikwidować i zmniejszyłem w sobie pożądanie palenia shishy. Palę teraz okazjonalnie.

Można się zmienić bez pomocy specjalisty?
Można. Napisałem książkę pod tytułem „Psychologia zmiany”. Jeśli ktoś ją przeczyta i będzie ćwiczył rzeczy, o których tam napisałem, to większość swoich problemów życiowych będzie w stanie rozwiązać samodzielnie. To jest też element sensu mojego życia. Piszę książki, ponieważ wychodzę z założenia, że wiedza nie należy do nikogo i że trzeba się nią dzielić.

Gdy ciebie słucham, to wydaje mi się, że wszystko jest możliwe, ale przecież tak nie jest. Spotkałam się z opinią, że zbyt silne motywowanie i popychanie ludzi do zmiany, może szkodzić, bo mogą na skutek porażki cofnąć się w swoim rozwoju.
Jest nieco bajki w stwierdzeniu, że wszystko jest możliwe. Ale za to wszystko jest możliwe w odpowiednim czasie pod odpowiednimi warunkami. I to jest oparte na faktach. To jest prawda. Nie schudnę przecież, jak trzy razy podskoczę i krzyknę „mogę!”.

Szkoda.
Ale jeśli będziesz tak skakała codziennie przez pół godziny przez trzy tygodnie, to schudniesz.

Dr Mateusz Grzesiak jest przedsiębiorcą i wykładowcą. Ukończył studia magisterskie z prawa oraz psychologii, jest doktorem nauk ekonomicznych w dyscyplinie nauki o zarządzaniu. Szkoli międzynarodowo od kilkunastu lat w 7 językach. Pomaga ludziom i organizacjom osiągnąć zaplanowane cele poprzez dostarczanie narzędzi psychologii interdyscyplinarnej w czterech obszarach biznesu i życia osobistego: sprzedaży i marketingu, samorealizacji i relacji, kultury i wartości, przywództwa i zarządzania. Autor wielu bestsellerowych książek.

  1. Styl Życia

"Śpiewam, bo lubię". Katarzyna Miller zaczyna nową przygodę

Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Miniony rok? Nie był wcale taki zły, choć nie obyło się też bez trudnych rozliczeń z samą sobą. A kiedy już przyszedł spokój i pogodzenie, Katarzyna Miller ruszyła jak burza. Czego dowodem jest płyta „Choćby tylko na chwilę”, na której śpiewa – tak, tak – swoje własne piosenki. O tym, co psycholożce (w pewnym wieku) wypada, a co nie, rozmawia z Joanną Olekszyk.

Jak się czujesz, Kasiu?
A różnie, bo są różne części mojego czucia się. Jedna jest bardzo miła i związana z tym, że niedługo ukazuje się moja płyta. Druga, też miła, bierze się z tego, że jestem z siebie dumna, bo trzymam dietę. Trzecia jest smutna, bo mi się ta dieta trochę nudzi i na razie mam tak zwane plateau i już nie spadam z wagi. Ale czwarta jest taka, że wiem, że się nie poddam!

No to masz niezły bukiet uczuć, jak to piszemy w książce „Poznaj siebie. Karty emocji”! Podekscytowanie, znużenie, duma, zadowolenie...
Zgadza się, a do tego jeszcze dobrze czuję się u siebie w domu. Lubię być w moim mieszkaniu, podoba mi się, jak jest urządzone i jakie jest. Czyli kolorowe i naćkane, jak to u mnie.

A jaki był dla ciebie miniony rok? Jak się czułaś?
Nie był wcale zły. Zdaję sobie sprawę, że niektórym ludziom jest strasznie trudno i bardzo im z tego powodu współczuję, zwłaszcza tym, którzy stracili pracę albo którym padły firmy. Ja jednak patrzę na to, co było dobre. Na przykład poznałam moją firmę muzyczną – Life Art Group i chłopaków, z którymi zrobiłam płytę. Kolejne moje książki powychodziły, inne się powoli nakręcają. Ta pandemia mi się przydała. To, że przestałam wyjeżdżać na różne warsztaty na terenie całej Polski, początkowo mnie zmartwiło, a zaraz potem ucieszyło, bo byłam zmęczona i przepracowana, choć to bardzo lubię. Poczułam nawet ulgę, że przez jakiś czas nikt się do mnie nie odzywał zawodowo, bo wszyscy byli  skupieni na kwarantannie. Przeczytałam wtedy tyle kryminałów jak nigdy, a kryminały lubię, tylko do tej pory miałam na nie za mało czasu.

Ja wyznaję zasadę, że zawsze znajdzie się czas na kryminał. Choćby cztery stroniczki dziennie.
Dla mnie kryminał to lektura na wolny czas – urlop, wakacje. No, a teraz sobie wreszcie do woli poleżałam. Leżenie i czytanie, choć muszę dodać, że jednak przeważnie nie kryminały czytam, to jest w ogóle sytuacja, do której dążę w życiu. Czyli: wszystko pozałatwiać, by się położyć i czytać. Potem jednak dotarło do mnie, że jest pusto na ulicach, nie ma moich ukochanych knajp i ukochanego kina. No i nie ma spotkań, eventów, promocji książek czy płyt. Ja jestem mocno imprezowa. Lubię być zapraszana jako uczestnik i jako widz.

Potwierdzam!
Jestem i introwertyczna, i ekstrawertyczna. Pół na pół, na zmianę. Gdy posiedziałam w domu, to zapragnęłam wyjść. A że nie było dokąd, zrobiło mi się smutno. I ponieważ, poza fajnymi wyjątkami, byłam głównie ze sobą, zaczęłam się w siebie zagłębiać. Weszłam na poziom dość poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie.

Z czego się rozliczałaś?
Z siebie samej, ze wszystkiego, co wydarzyło się w moim życiu. Przeszłam proces, który jest bardzo potrzebny do zmiany wewnętrznego nastawienia i zmiany życia, czyli: najpierw musisz zaakceptować to, że czegoś nie możesz, a dopiero potem już możesz. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale postanowiłam sobie rzecz cudowną: że nie będę mieć do siebie o nic pretensji. Bo nie robię nic złego. I tego też uczę ludzi. Po prostu wybaczyłam sobie, to niesamowicie ważne.

I kiedy tak sobie poprzeżywałam, to potem poszłam jak burza. Dostałam energii, wróciła pogoda ducha, wszystko się zaczęło samo układać. Co jest dowodem na to, że to był dobry rachunek sumienia, i uczciwy. Niektórym trudno uwierzyć, że trzeba zaakceptować siebie, jak mówię, bez celofanu i kokardki, czyli taką, co to nie potrafię, nie wychodzi mi, źle się z czymś czuję czy źle myślę. Taką siebie trzeba przyjąć, w dodatku z czułością. Po tym wszystkim zrobiłam rzeczy, których wcześniej nie potrafiłam. I zrobiłam to w sposób konsekwentny. Wiem, że nie odpuszczę.

Doświadczyłaś momentów przełomowych...
W dodatku tak się cudnie poskładało – dla niektórych to śmieszne, a niektórym bliskie – że one zbiegły się z przesileniem dnia z nocą, z końcem kalendarza Majów, z rozpoczęciem ery Wodnika... Cieszę się, że weszliśmy w erę Wodnika, a pożegnaliśmy erę Ryb. Ryby jako znak zodiaku są łatwo uzależniające się, Wodnik zaś – towarzyski, wesoły, lotny, twórczy. W zodiaku chińskim był to rok Szczura, który też jest trudnym znakiem, ale weszliśmy teraz w rok Bawoła – bardziej pozytywnego, mocniejszego i pewniejszego od poprzednika. Era Wodnika jest wspaniała, cały świat wiąże z nią wielkie nadzieje. Ci, którzy się zajmują astrologią, bardzo się na te zmiany cieszą; ja astrologią się nie zajmuję, ale lubię ją i szanuję, jest dla mnie dobrą metaforą wielu spraw. I też mam nadzieję, że w tej nowej erze zmądrzejemy, staniemy się bardziej twórczy i społecznie uświadomieni. Chciałabym, by okazało się, że pandemia dała nam szansę na przemyślenia.

Niektórzy mówią, że to był najwspanialszy rok w ich życiu...
Ja nie powiem, że był najwspanialszy, bo właściwie nie wiem, który był najwspanialszy. Zawsze jestem zdania, że najcudowniejszy moment to ten, w którym jestem teraz. Nawet jeśli mi jest smutno.

A utożsamiasz się ze swoim znakiem zodiaku? Jesteś, zdaje się, Wagą...
Owszem, podoba mi się jej opis. Wagi są bezstronne, widzą zawsze oba końce tego samego problemu, dlatego spokojnie mogę pracować z parami, bo zawsze jestem po obu stronach. Ale czasami mi to „wyważenie” przeszkadza, bo z jednej strony – racja, ale z drugiej strony... (śmiech) Dużo bardziej mnie to męczy przy małych decyzjach niż przy dużych. Już wstać czy jeszcze poleżeć? I to nęci, i to kusi. Lubię to, że jestem Wagą. W całym naszym zachodnim zodiaku jest pierwszym znakiem, który zwraca się ku społeczności, a nie ku sobie – dla mnie to było zawsze szalenie ważne, by tworzyć wspólnoty. Ale co mnie naszło na te ezoteryzmy w naszej rozmowie, to nie wiem...

Wszystko przez erę Wodnika, tak sądzę.  Idźmy dalej tym tropem – kim jesteś w chińskim horoskopie?
Dzikiem. Bardzo łagodny, o dziwo, znak. Ja jestem dość mocna i potrafię się złościć, a świnia jest bardzo ciepła. No, ale ciepła też umiem być, lubię i bywam. Świnia w wielu aspektach jest podobna do Wagi. Waga jest dyplomatyczna, artystyczna. W numerologii jestem Trójką, a to totalny artysta. I lubi tworzyć dobrą atmosferę.

Z tą ezoteryką nie jesteś osamotniona, w tym roku nastąpił prawdziwy rozkwit zainteresowania astrologią.
I bardzo słusznie. Skoro przeszedł przez świat jeden wielki marsz czegoś dziwnego – bo pandemii nie uważam za rzecz straszną, są gorsze problemy i choroby – to chcemy to jakoś zrozumieć, wyjaśnić sobie i odnaleźć się w tym. Każda podpowiedź jest dobra – również ta prosto od gwiazd. A może gwiazdy są mądrzejsze od nas, ludzi?

W ubiegłym roku miałam kilka razy takie poczucie, że oto na naszych oczach dzieje się historia i że to doświadczenie jednoczące wszystkich.
Wojny też były wspólnymi doświadczeniami, i dżumy także. Widzę to jako przypomnienie: „zdajcie sobie sprawę, że jesteście równi, niezależnie od stanu majątkowego, pozycji społecznej i urody”. Bo każdego może capnąć. Choć podobno jednak nie każdego. Słyszałam, że ludzi z grupą krwi 0 RH- koronawirus bierze mniej, a ja taką mam.

A jak radziłaś sobie w tym roku z tym, że nie do końca od ciebie zależało, co ci się uda zrobić, a co nie? Wakacje, plany zawodowe – wszystko było odwoływane.
Jednych rzeczy nie zrobiłam, ale w ich miejsce zrobiłam coś innego. To dla mnie było od początku jasne, że kiedy jedno wypada, to robi się miejsce na coś innego. Jest tylko to, co jest. Marzenie jest marzeniem, jest planem, który wyjdzie albo nie. Oczywiście trzeba je mieć – i marzenia, i plany – bo człowiek lubi eksplorować siebie „na przyszłość”, ale tej przyszłości nie ma, więc my nie wiemy, która z tych rzeczy, co je chcemy, może się spełnić. I tak część się spełnia. A część nas zaskakuje. Jeśli będziemy nastawieni na sztywno, to nie przyjmiemy tych fajnych niespodzianek. Wróżki, tasując karty, mówią często taki tekst: „co cię spotka, co ci serce zaspokoi”. A może cię zaspokoi coś, czego się nie spodziewasz?

To jak było z płytą „Choćby tylko na chwilę”? Jej nagranie było twoim marzeniem?
Te piosenki, tak jak i wiersze zresztą, właściwie same do mnie przyszły. Napadły na mnie. Bez żadnej mojej prośby czy świadomej intencji. Ja jestem natchnieniowiec – coś mi się układa w głowie, gada do mnie, a kiedy mi się spodoba, to zapisuję. Czasami niestety gada w nocy i jeśli nie zdążę zapisać, to rano najczęściej już nie pamiętam. Pierwsza piosenka, która na mnie napadła, jest zresztą pierwszą na płycie, nazywa się „Spokój”. To było już dość dawno temu i w dodatku nie miało nic wspólnego z moim życiem. Po prostu pojawiła mi się taka opowieść o ludziach, którzy żyją ze sobą i właściwie nic innego sobie nie dają, poza poczuciem bezpieczeństwa. Są razem, a nie sami. „Nie ma klęsk, nie ma wzlotów, nie ma rozstań, powrotów, nie ma nic, tylko spokój”.

Pięknie…
„Nasze dni już bez zdarzeń, nasze oczy bez łez, nasze sny już bez marzeń, nasze ciała – bez serc”. Kiedy się słyszy te słowa, to ten spokój nie jest już taki beztroski, prawda?

Ale śpiewasz to takim błogim i przyjemnym głosem...
Bo w tym głosie jest łagodna akceptacja tego, że czasem tak żyjemy. Bardzo wielu ludzi tak żyje. I to wcale nie jest najgorsza wersja. Spokój to jest bardzo dużo. Wiele osób prosi mnie o „Dojrzałą miłość”, sama też lubię tę piosenkę. Z kolei „Pamięć” jest dla mnie ważna dlatego, że moje dwie przyjaciółki w odstępie paru miesięcy straciły ukochanych mężów – a nie każdy, kto ma męża, może powiedzieć, że jest on „ukochany” – i były w takiej żałobie po nich, że byłam w tym z nimi. To jest piosenka, która bardzo mnie obchodzi. „Otwieram książkę, twoją ostatnią i spać nie idę, by nie spać samotnie”. Wzrusza mnie to. Ale piszę też o tym, że czasem faceci sobie myślą, że pieniądze to wszystko. A to nieprawda. W „A mogło być coś z tej miłości” śpiewam razem z Maćkiem Szulcem. Tekst jest przewrotny, a puenta pozytywna.

Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński) Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Te piosenki przychodzą do ciebie od razu z melodią?
Niektóre tak. Na przykład „Idę w ciebie jak w tango” to jest mój dar od Bozi, w ogóle wszystkie są darami od Bozi, książki zresztą też. Stałam wtedy pod prysznicem i nagle, ku swojemu zaskoczeniu, zaśpiewałam: „Idę w ciebie jak w tango” w rytmie tanga właśnie. „O kurde! Ale fajne” – pomyślałam.  I zaraz poszło dalej: „Idę w ciebie jak w dym, moja ręka w twojej, ja i ty to rym”. Jak to cudnie iść tak w kogoś, prawda?! Później oczywiście musiałam trochę popracować nad tekstem, pomogła mi w tym Bela Olejnik. A potem zaśpiewała na promocji mojej pierwszej książki „Chcę być kochana tak jak chcę”. W ogóle paru fajnych aktorów i aktorek śpiewało wtedy moje piosenki. Pierwszy raz zaryzykowałam, że zaprezentuję je ludziom. A później one się już układały masowo. Siedziałam na przykład na koncercie w „Jazzowni”, cudownym klubie, którego już nie ma, a który mieścił się na Rynku Starego Miasta i w którym też sama występowałam; słuchałam sobie muzyki i w trakcie „napisał” mi się „Babski blues”. Coś zagrało, coś mi w duszy zaśpiewało, i ciach. Calutki tekst poszedł na serwetkę. Mówię, że to są nagrody, dary od mojej Pani Bozi, bo to jest dla mnie najlepsza wersja tego, co nad nami jest – czy to jest Nadświadomość, czy to jest Absolut, czy energia boska.

Pani Bozia?
Moja Pani Bozia. Moja osobista! Bardzo ją kocham i bardzo ją szanuję. Jest piękna, eteryczna, a jednocześnie bardzo prawdziwa.

Pewnie do tego ruda...
A nie mam pojęcia! Nie wznoszę wzroku tak wysoko! Pokornie się do niej modlę i nieustannie jej dziękuję, a i czasem proszę o pomoc, kiedy trzeba. Ostatnio proszę też moją mamę, i przyszła do mnie we śnie, tak bardzo ciepło. To jeden z ważnych przełomów w moim życiu, który nastąpił właśnie w ubiegłym roku. Mama  przyszła do mnie wtedy, kiedy zrobiłam coś bardzo ważnego, w dodatku przyszła razem z moją przyszywaną ciocią Zosią, czyli swoją przyjaciółką, którą bardzo kochałam. Siedziały sobie ze mną i były dla mnie bardzo dobre. To ważny sen. Wracając do mojej Pani Bozi, jest kochana i spełnia moje marzenia, choć czasami trzeba na nie poczekać. A piosenki same się piszą i, mam nadzieję, same mnie wybierają. Miałam okres, kiedy pisałam tzw. psychokicze. Dawałam też wtedy występy, które nazywałam „Psychokicz i liryka”.

Jakiś fragment?
„Marzę, by ciebie pomścić i zabić potrafię, uderzę wiele razy, grzech nie ma znaczenia, niechaj się spełnią drogi mego przeznaczenia”. Czyż to nie piękne? No taki kicz, że hej! „Czerwona suknia” na nowej płycie pochodzi właśnie ze zbiorów moich „psychokiczów”. To od nich się wszystko zaczęło – kiedy już się ośmieliłam śpiewać „psychokicze”, to słyszałam od ludzi: „Jakie to fajne!”. I chcieli więcej. Kilka razy śpiewałam w Kazimierzu Dolnym i na Kazimierzu w Krakowie, ale też w „Saloniku poetów” w Gdańsku czy w „Nowym Świecie” i „Pożarze w burdelu” w Warszawie. I w paru prywatnych klubach. Największa publiczność „naraz” była na promocji mojej książki – 350 osób u Porazińskich. Wszystko wtedy było pierwsze – pierwsza książka, pierwsze piosenki. Mnóstwo emocji!

Nie stresowałaś się?
Ależ oczywiście, że się stresowałam! A jednocześnie byłam tak podekscytowana. Misiu, przecież jako psychoterapeutka występuję od lat...

Co innego robić taki psychologiczny stand up, a co innego śpiewać!
Jestem psychoterapeutką, która pracuje nad sobą. A praca nad sobą dotyczy wszystkiego: głosu i emisji też. Chodzi o to, żeby mnie słyszano i słuchano, żeby moje ciało było swobodne, nawet jeśli jest grube i się niektórym nie podoba. Jako psychoterapeutka po przejściach mogę dużo: mogę się jednocześnie stresować i cieszyć.

Dziś nikogo już nie dziwi, że psycholog czy coach wychodzi na scenę i bawi publiczność do łez. Ty, jakieś 30 lat temu, byłaś tego prekursorką.
Dziękuję. Zawsze mówię i na poważnie, i na śmiesznie...

A teraz do tego jeszcze śpiewasz! Śpiewająca psycholożka – tego jeszcze nie było!
No to już jest. A w dodatku śpiewająca psycholożka w tym wieku (śmiech).

W Wikipedii podają, że jestem rocznik '62. I proszę bardzo, nie będę tego prostować. Choć nie jest to prawda. Czasami się przyznaję, choć nie zawsze mi się chce.

Ale chce ci się śpiewać. To pewne. Czy tą płytą rozpoczynasz karierę muzyczną?
Nie mam pojęcia, co nią rozpoczynam! Choć nie, jedno wiem, rozpoczynam nową przygodę. Moja praca też jest wielką przygodą. I nieustającą. To, że mnie dużo ludzi czyta, że na ulicy padają mi w ramiona i dziękują, że im życie uratowałam – jest wprost rozkoszne. Dziękuję mojej Pani Bozi, że mam taką robotę. I naprawdę czuję, że po to żyję. Wiem, że mam pomagać. Ludziom, którzy się gubią. Pierwszy raz to poczułam, kiedy zaczęłam pracować z alkoholikami. I zawsze o ludziach myślę nie, że są nie tacy jak trzeba i ja mam ich naprawić, tylko że jeszcze sami siebie nie odnaleźli. Wracając do płyty, chciałabym, by te piosenki po prostu się ludziom spodobały. Kiedy pierwszy raz dałam do przeczytania swoje wiersze mojej grupie terapeutycznej, to zaraz dziewczyny zaczęły je przepisywać, bo to „było o nich”. Jak ja się ucieszyłam! Raz przyszła do mnie studentka na gender studies, na których miałam wykłady, i przyprowadziła koleżankę. Usłyszałam, że mój tomik uratował ją od samobójstwa. „Pani mnie wtedy tak podtrzymała, tak ucieszyła, że warto żyć” – powiedziała. Wyobrażasz sobie, co ta dziewczyna mi dała za prezent?!

To o czym ty tam pisałaś?
Pisałam po prostu całą prawdę, dobre i smutne rzeczy też. Pierwszy wiersz był o tym, że można mi wszystko zrobić, również można mnie zabić, ale jestem.

„Byłam, bo chciałam” – śpiewasz na nowej płycie.
W ostatniej piosence. Cała płyta się kończy tymi słowami: „Byłam, bo chciałam”. Ale czasami nie chciałam być, więc rozumiem, że ludzie też czasem nie chcą. Można rozmawiać ze mną i o śmierci, i o samobójstwie, i o żałobie. Ja to wszystko znam...

Czyli mówisz, że wydajesz tę płytę nie tylko dla swojej przyjemności...
Przede wszystkim dla swojej przyjemności! Ale dla cudzej, mam nadzieję, też. Niektórzy mówią, że na nią czekają. Wiem, że będą również tacy, co powiedzą: „A czegóż to się jej zachciewa na stare lata?!”. I mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza, póty próbowania. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać. Ile mamy na to dowodów! Znam DJ Wikę, boską dziewczynę, znam Mazurównę – laska, że paść można. I Irenkę Santor – niech nam króluje po wsze czasy! Jest Ula Dudziak, Barbara Krafftówna. Danuta Szaflarska – niestety niedawno nas opuściła, ale co to była za kobieta! Grała do ostatniej chwili, błyszcząc intelektem. Długo by wyliczać!

Mnie mniej interesują ci, którym twoja płyta się nie spodoba, bardziej ci, którzy dzięki niej przestaną myśleć, że w pewnym wieku nie wypada. Zwłaszcza jeśli jest się psycholożką, urzędniczką, prawniczką, nauczycielką...
A jakie nauczycielki dzieci lubią najbardziej? Te, którym wypada! Niektóre kobiety po sześćdziesiątce mówią mi, że one nie pójdą na kurs, bo się wstydzą, że czegoś nie potrafią. Ale w takim razie ja bym nigdy nie wzięła się do pisania do gazet. Kiedy mi to kiedyś zaproponowano, dostałam ostrego pietra, bo przecież  NIGDY TEGO NIE ROBIŁAM. Ale na szczęście pewien przyjaciel spytał mnie: „Kasia, czytasz gazety?”. „Czytam”.  „Masz poczucie, że czasem ludzie bełkot piszą?”. „Mam”. „I się nie wstydzą”. Wiesz, że mnie tym przekonał?

Co jest wyznacznikiem tego, że trzeba za czymś iść? Że sprawia przyjemność? Że jest komuś potrzebne?
Że to cię rozwija. Śpiewałam jako dziecko i dużo tańczyłam, bo to kochałam. Tata raz mi powiedział, że fałszuję, więc się zawstydziłam i śpiewałam tylko na ogniskach i koloniach. I sama sobie. Ale śpiewanie było zawsze moim marzeniem. Kiedy mnie pytano, jaki dar chciałabym mieć, to odpowiadałam: piękny głos. Taki, który by się niósł po wielkiej sali koncertowej. Jak Barbra Streisand. Choć podobają mi się też niskie, czarne głosy, jakie miały Aretha Franklin czy Billie Holiday. A teraz LP. No ale zdawałam sobie sprawę, że nie mam takiego. Choć czasem ktoś powie, że ładny. No i nut nie znam. Muzycy mi zapisują to, co wyśpiewam. Mówisz, że się ośmielam. Z moimi przyjaciółkami piosenkarkami chodzimy po knajpach i czasem im mówię: „Mam nową piosenkę” – i śpiewam ją na głos. Wtedy mili ludzie wokół biją brawo, i to jest przeurocze. A one mi wtedy mówią: „My byśmy tak nigdy nie zaśpiewały”. „No bo wy jesteście profesjonalistki, a kim jestem ja? Wesołą amatorką, to i się ośmielam”.

Myślisz sobie: „A co ja mam do stracenia!”?
No pewnie. Przecież na tym nie zarabiam, bo zarabiam gdzie indziej.

A czemu właśnie teraz?
Ostatnio tak sobie pomyślałam: „Tyle lat ciężko pracuję i jestem zmęczona. Od czasu do czasu dam jakiś występ, ale do tego trzeba się też przygotować, no i ktoś musi mnie zaprosić, bo żebym sama coś zaproponowała, to nawet nie mam głowy i przestrzeni”. Więc mówię do przyjaciół: „A może to już sobie odpuszczę?”. A oni na to: „Czyś ty zwariowała? Przecież kiedy o tym mówisz, to masz gwiazdy w oczach. Ty masz to robić, i koniec”. Albo pytają: „A czemu ty płyty nie masz?”. „A co to ja za piosenkarka jestem, żeby płytę mieć?”. „Ale masz przyjemny głos i przede wszystkim twoje piosenki są o czymś”. I pomyślałam sobie: „Kurde, mają rację”. Powiem ci tak: śpiewam, bo lubię. A kiedy mnie jeszcze o to proszą, to jestem tak ucieszona, że nie czekam na dodatkową zachętę.

Co chciałabyś powiedzieć ludziom tą płytą?
Że warto kochać. Życie, siebie, ludzi. Oczywiście nie da się kochać bez przerwy, nie jestem naiwną nastolatką i nie wierzę w romantyczną miłość, o co dziewczyny mają do mnie czasem pretensje, ale wierzę w miłość jako pozytywną postawę wobec życia. Kiedy kochasz, zdajesz sobie sprawę, że są rzeczy straszne i smutne, że na niektóre nie mamy wpływu i musimy się z tym pogodzić, ale też na wiele spraw – mamy. A już na pewno mamy wpływ na to, jak traktujemy siebie i innych. I na to, czy sobie pozwolimy się śmiać, tańczyć, malować, pisać wiersze, dziergać, lubić niektórych szczególnie i cieszyć się... Proszę sobie wstawić w to wykropkowane, co komu potrzeba.

Płyta "Choćby tak na chwilę", wyd. MTJ, muzyka: Maciej Szulc, Wojciech Stec, słowa: Katarzyna Miller.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).