1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Z niczym się nie wyrabiam. Autoterapia dla tych, dla których doba jest za krótka

Z niczym się nie wyrabiam. Autoterapia dla tych, dla których doba jest za krótka

fot. iStock
fot. iStock
Ty ciągle w biegu, a lista spraw do załatwienia wcale się nie skraca... A może problemem wcale nie jest zła organizacja, tylko to, że za dużo na siebie bierzesz? W kolejnej odsłonie Terapii Jednego Spotkania psycholożka Ewa Klepacka-Gryz pomaga uwolnić się od obciążających przekonań. Oto autoterapia dla tych, dla których doba jest za krótka.

  • Wypisz wszystkie sprawy do załatwienia w ciągu dnia. Policz, ile zajmą ci czasu. Jeśli plan okazuje się nierealny, zrewiduj go. Jak się czujesz, kiedy wyjmujesz z planu wybrane zadania? Niepotrzebna, mniej ważna, bezsilna? Spróbuj przez jeden dzień być mniej ważna i sprawdź, co to zmienia w twoim życiu. Czy inni tez to zauważają?
  • Który z powodów ,,niewyrabiania się” dotyczy ciebie? Odkładanie wszystkiego na ostatnia chwile, zbytnie skupianie się na szczegółach, brak umiejętności ustalania priorytetów czy brak asertywności? A może jeszcze coś innego? Skoncentruj się na tym powodzie, a nie na ,,niewyrabianiu się”. Czy przeszkadza ci to również w innych dziedzinach życia? Możesz też zapisać się na warsztaty zarządzania czasem.
  • Przypomnij sobie, jak reagują inni, gdy narzekasz, że z niczym się nie wyrabiasz. Współczują ci, podziwiają cię, twierdzą, że jesteś bardzo efektywna? Każda pozytywna ocena wzmacnia twój syndrom niewyrabiania się. Nic dziwnego, że nie opłaca ci się z tego rezygnować. Jeśli pewnego dnia nie wytrzymasz i pękniesz, otoczenie z pewnością będzie ci współczuć: ,,Nic dziwnego, tyle na siebie wzięła”. Miłe, ale w końcu o tobie zapomną, bo nie ma ludzi niezastąpionych.
  • Przyjrzyj się sobie w lustrze. Kogo widzisz? Osobę silna, pełną mocy czy przestraszoną, załamaną, zagubioną? Maska osoby wiecznie zabieganej w końcu przestanie działać. Przyjmij postawę: ,,Sama decyduję, które obowiązki biorę na siebie, a które deleguje na innych”. Zanim wykonasz ruch w kierunku działania, np. wyciągniecie ręki, sprawdź, czy ciało jest gotowe, by go wykonać.
  • Trenuj przed lustrem komunikaty: ,,Nie zrobię tego, bo jestem zmęczona”, ,,Muszę odmówić, bo jestem bardzo zajęta”, ,,Zrobię to, ale za tydzień”. Dbaj o spójność miedzy tym, co mówisz, a tym, co pokazuje twoje ciało. Dzięki temu ludzie przyjmą każdą twoją decyzję.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Staffing w pracy - co to jest? Kiedy mamy do czynienia z tym rodzajem mobbingu?

Zespół ma wielką siłę, może nie tylko wspierać, ale również niszczyć ludzi, na szczęście każdy z nas może też stanąć po stronie osób, które są źle traktowane. (Fot. iStock)
Zespół ma wielką siłę, może nie tylko wspierać, ale również niszczyć ludzi, na szczęście każdy z nas może też stanąć po stronie osób, które są źle traktowane. (Fot. iStock)
Wszyscy zapewne wiedzą, czym jest mobbing w pracy. Choć mam nadzieję, że nie poznali go na własnej skórze – zastrzega psycholożka Hanna Samson. Jej doświadczenie wskazuje jednak, że i pracownicy mogą nękać szefa czy szefową. Wtedy mamy do czynienia ze staffingiem.

Pamiętam z dzieciństwa dowcip o Jasiu, który bardzo nie chciał iść do szkoły. Skarżył się mamie, że nikt go tam nie lubi i wszyscy mu dokuczają, ale mama była nieugięta i kazała mu iść, na koniec pytając: – No pomyśl, Jasiu, jak wyglądałaby szkoła bez dyrektora?

A więc to tak? Szefowie też mogą się czuć nieakceptowani w swoim miejscu pracy? Mogą. I niekoniecznie dlatego, że nie nadają się na to stanowisko. Czasem splot okoliczności sprawia, że szczególnie na początku pracy zderzają się z niechęcią zespołu.

Jak do ściany

Elwira ma 47 lat, za sobą drogę pełną sukcesów, wszyscy mogliśmy ją podziwiać na ekranie, ale teraz wygląda, jakby była ciężko chora. – Nie jem, nie śpię, chyba powinnam rzucić tę pracę, ale się boję, bo w telewizji są na mnie obrażeni, że odeszłam, więc pewnie nie pozwolą mi wrócić. I co ja zrobię? – płacze.

A jeszcze dwa miesiące temu było zachwycona nowym wyzwaniem. Zaproponowano jest stanowisko redaktorki naczelnej w magazynie dla kobiet, który zawsze bardzo lubiła. Nie myślała o zmianie pracy, ale takich propozycji się nie odrzuca. Elwira jest ambitna, umie współpracować z ludźmi, przed telewizją pracowała w gazetach, merytorycznie czuła się przygotowana. Umówiono ją na spotkanie z prezesem wydawnictwa, byli sobą nawzajem zachwyceni, wszystko układało się świetnie.

– Prezes przedstawił mnie zespołowi, wygłosiłam entuzjastyczną przemowę, na którą zespół w żaden sposób nie zareagował, trochę to było dziwne, ale jeszcze nic nie przeczuwałam – opowiada. – Prezes wyszedł, zostałam z nimi sama, kilkanaście osób, kobiety i trzech mężczyzn. Chciałam z nimi nawiązać kontakt, pytałam, kto jest kim, co lubią w swojej pracy, a co chcą zmienić – odpowiadali półsłówkami, nikt nie odzywał się spontanicznie. Czułam ich niechęć, chciałam rozładować atmosferę, więc zapytałam, czy zawsze są tak wygadani, ale nadal nic. Zwróciłam się więc bezpośrednio do mojej zastępczyni, która została po poprzedniej naczelnej. W końcu zapytałam, czy zebrania zawsze tak wyglądają. Usłyszałam, że zebrania z Kasią były fantastyczne. A teraz nie ma Kasi... Kiedy zareagowałam, że przecież są oni i nie zamierzam sprowadzać swoich ludzi, chcę robić ten magazyn z nimi, czułam się, jakbym mówiła do ściany.

Persona non grata

Elwira musiała zrobić swój pierwszy numer, a czasu było mniej niż zwykle. Zaczęła współpracować z poszczególnymi osobami, każdy z nich wiedział, co ma robić, byli w tym dobrzy. Jednak kiedy coś proponowała, nikt nie wyrażał swojej opinii. Na kolejnym spotkaniu była bliska rozpaczy. – Znów zwróciłam się do mojej zastępczyni – opowiada dalej Elwira. – I usłyszałam, że skoro uważam, że to dobry pomysł, to OK. Bo przecież jestem naczelną... Czuję się odrzucona, wykluczona, wyobcowana. Mam iść do prezesa i powiedzieć, że zespół nie współpracuje? To znaczy, że nie umiem kierować ludźmi, on we mnie wierzy, nie chcę zawieść jego zaufania.

Pytam, jak długo już tam jest i okazuje się, że dwa miesiące.  I właściwie nic się nie zmienia. No poza tym, że sama Elwira czuje się coraz gorzej. Przed wyjściem do pracy wymiotuje, a wieczorem nie może zasnąć.

– Z nikim nie masz kontaktu? – upewniam się. – Z dziewczynami z fotoedycji udaje mi się normalnie pogadać, czasem się nawet śmiejemy. Ale na zebraniach one też milczą, pewnie wszyscy się namówili, że nie będą ze mną rozmawiać. – Dlaczego? Jak rozumiesz tę sytuację? – Wiem, że wszyscy bardzo lubili Kasię, poprzednią naczelną, razem z nią tworzyli tę gazetę od początku. Zwolnili ją, bo wyniki sprzedaży były coraz gorsze, i zatrudnili mnie. – Panią z telewizji, która spadła na nich jak z kosmosu i myśli, że zna się na gazecie, którą oni stworzyli – mówię, bo chcę, żeby to wyszło ode mnie. – No właśnie. Oni nie wierzą w moje kompetencje. Ten pierwszy numer wyszedł całkiem nieźle, ale to ich nie przekonało. Chyba najgorsza jest moja zastępczyni. Czuję, że patrzy na mnie z góry i czeka, aż mi się powinie noga. Nigdy nie mówi swojego zdania, tylko pozornie akceptuje moje. – Może warto z nią porozmawiać o waszej relacji? – Próbowałam, ale ona się wyślizguje – mówi Elwira. – Chciałam ją zaprosić na kolację, ale stwierdziła, że po pracy lubi wracać do domu. Powiedziałam, że jest mi trudno pracować w takiej atmosferze, a ona na to, że przecież sama chciałam być naczelną, a to niełatwy kawałek chleba. Zapytałam, czy chciała być naczelną po odejściu Kasi, odpowiedziała, że woli być druga, ale po osobie, którą ceni. Dotąd zawsze dogadywałam się z ludźmi, a teraz boję się chodzić do pracy, jeszcze chwila i wpadnę w depresję.

Próba sił?

Staffing tak samo jak mobbing może prowadzić do depresji. Wszyscy potrzebujemy akceptacji w swoim środowisku i szefowie nie są tu wyjątkiem, ale mają większe możliwości działania. Staffingu nie ma jeszcze w prawie pracy, więc nie mogą odwołać się do sądu, ale też nie są bezradni.

– Elwira, przecież to ty jesteś szefową, ty masz władzę. Upomnienia, nagany, premie lub ich brak, nawet zwolnienia pracowników zależą od ciebie. Czy jesteś tego świadoma? – pytam. – Ale ja nie chcę z tego korzystać! Chcę się z nimi dogadać! – Do tej pory próbowałaś się im podlizywać i nic z tego nie wyszło. Spróbuj się z nimi dogadać z pozycji mocy. Warto, żebyście wszyscy wiedzieli, że ją masz! Na przykład powiedz zastępczyni, żeby przygotowała 20 propozycji tematów do następnego numeru, zamiast oceniać twoje pomysły. Powiedz, że jeśli ktoś nie chce z tobą współpracować, to niech odejdzie za porozumieniem stron, bo inaczej ty wkrótce go zwolnisz. Niech zostaną tylko ci, którzy chcą. Zresztą ty pewnie lepiej wiesz, co im powiedzieć, bo to ty jesteś szefową!

Elwira przyszła do mnie po miesiącu. Wyglądała znów jak pani z telewizji, zadowolona kobieta sukcesu. – Nadal tam pracujesz? – zapytałam z niedowierzaniem. – O tak! Cudowne miejsce i wspaniali ludzie! Naprawdę mam świetny zespół! – śmieje się Elwira. – Jak tego dokonałaś? – Zaraz po naszym spotkaniu zwołałam zebranie na 9.00 rano, choć większość lubi przychodzić o 10.00. Powiedziałam, żeby ci, którzy nie chcą ze mną współpracować, odeszli za porozumieniem stron, bo inaczej ich zwolnię. Dodałam, że nie muszą od razu podejmować decyzji, bo od jutra z każdym będę rozmawiać indywidualnie i wtedy się dowiem. Mieli przychodzić do mojego gabinetu zgodnie z planem, który wysłałam mailem, a zastępczyni i szefom działów powiedziałam, żeby przynieśli propozycje tematów do następnych numerów. Podziękowałam za spotkanie i wyszłam – śmieje się Elwira. – Dużo mnie to kosztowało, ale było warto, dogadałam się ze wszystkimi! – Z zastępczynią też?

– I to jak! Chyba nawet już się lubimy. Powiedziała, że chce być moją zastępczynią, bo w końcu pokazałam, że nadaję się na naczelną!

Ta historia skończyła się dobrze, kiedy Elwira pokazała swoją moc. Jednak nie każdy szef ma takie możliwości, co nie oznacza, że ma się godzić na staffing.

Kiedy milczenie nie jest złotem

Agata ma 26 lat, po powrocie ze stażu w Holandii podjęła pracę w ośrodku wychowawczym, prowadzi grupę chłopców w wieku od 15 do 18 lat. Odkąd z nimi pracuje, chłopcy zaczęli się zmieniać. Chętniej współpracują ze sobą, rozwiązują konflikty bez użycia siły, oczywiście nie zawsze, ale tę zmianę dobrze widać, co zauważył również dyrektor. Wezwał Agatę, wypytał o metody pracy, których uczyła się w Holandii, docenił jej zapał i energię, i rzucił na głęboką wodę. Agata została szefową wychowawców, czym pozostali nie byli zachwyceni. Wszyscy byli od niej starsi, pracowali w ośrodku od lat i nie widzieli powodu, żeby uczyć się od Agaty.

„Ty masz pewnie jakąś misję, może chcesz zrobić doktorat, ale nie naszym kosztem! My chcemy spokojnie pracować, a nie chodzić na jakieś zebrania i słuchać nowinek” – taki mniej więcej przekaz płynął od kolegów, którzy ignorowali jej zaproszenia na spotkania i robili sobie z niej żarty. Tylko wychowawczyni grupy dziewcząt była zainteresowana jej metodami pracy, więc Agata współpracowała z nią i jej grupą. Dyrektorowi powiedziała, że będzie wprowadzać zmiany stopniowo w poszczególnych grupach, nie chciała skarżyć się na kolegów. Po kilku miesiącach dzieci z innych grup zaczęły pytać swoich wychowawców, dlaczego u nich nie ma takich fajnych zajęć jak u dziewczyn i starszych chłopaków. W końcu inni zainteresowali się tym, co robi Agata. Przyszli do niej i poprosili, żeby opowiedziała im o zajęciach, które robi z dziećmi, to może zaczną z nią współpracować. I naprawdę zaczęli.

Zespół ma wielką siłę, może nie tylko wspierać, ale również niszczyć ludzi, na szczęście każdy z nas może się z niego wyłamać. Stanąć po stronie osób, które są źle traktowane. Gdybyśmy potrafili ująć się za nimi, nie byłoby nie tylko staffingu, ale też mobbingu, na który zwykle pozwala milcząca większość.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak "Dom wzajemnych rozkoszy" i "Sensownik". 

[newsletterbox]

  1. Styl Życia

Wypalenie zawodowe - jakie mogą być objawy?

Po czym poznać, że przewlekłe zmęczenie i brak zapału to już nie tylko zwykłe zmęczenie pracą, ale symptomy wypalenia zawodowego? (fot. iStock)
Po czym poznać, że przewlekłe zmęczenie i brak zapału to już nie tylko zwykłe zmęczenie pracą, ale symptomy wypalenia zawodowego? (fot. iStock)
Zmęczenie, brak energii, częste przeziębienia mogą być krzykiem organizmu o ochronę przed wypaleniem zawodowym. Trzeba tylko połączyć kilka faktów, by układanka złożyła się w całość.

Robert tłumaczy żonie, że wieczorne drinki i okazjonalne „resetowanie się” alkoholem w trakcie większych imprez to konieczność w jego pełnej napięcia pracy. Joanna ma w kuchni półkę zastawioną suplementami diety podnoszącymi odporność, ale każda zima przynosi coraz więcej przewlekłych przeziębień. Krzysztof zasięgał niedawno porady prawnika, by sprawdzić, czy sposób, w jaki potraktował pracownika w chwili irytacji, może być uznany za mobbing. Nie zmniejszyło to jego problemów ze snem, które trapią go – jak sobie uświadomił – już rok.

O wypaleniu zawodowym każdy kiedyś słyszał. Ale przecież to problem innych. Głównie Japończyków. To oni swój pracoholizm przypłacają karoshi – śmiercią z przepracowania lub karojisatsu – samobójstwem z powodu nadmiaru pracy. Ale czy na pewno nam ten problem jest obcy?

Symptomy wypalenia zawodowego

Robert, Joanna i Krzysztof nie zwracają uwagi na symptomy wypalenia zawodowego, bo nie rozpoznają ich jako części procesu. Każdy czasem miewa katar, każdy czasem wypije za dużo, każdemu zdarza się zdenerwować. Zresztą, kto w dzisiejszych czasach nie bywa trochę przepracowany? Jeśli uda się rozpoznać iluzyjność takiego podejścia, zanim brutalnie pozbawią nas złudzeń poważne kłopoty zdrowotne, mamy szansę uniknąć trudnych do odwrócenia stanów, takich jak poważne kłopoty z sercem, krążeniem, układem pokarmowym czy depresja. Co ważne, symptomy wypalenia występują nie pojedynczo, ale w pewnym charakterystycznym zestawie. I właśnie ten zestaw powinien wzbudzić czujność.

Po pierwsze: przewlekłe zmęczenie

Joanna nie przypomina sobie, kiedy ostatni raz czuła przypływ energii i radość działania. Zaczyna podejrzewać nawet, że takie rzeczy zdarzają się tylko w książkach i filmach. Choćby nie wiem jak długo spała, ciągle jest niewyspana. A właściwie trudno mówić o spaniu, kiedy budzisz się o czwartej i przypominasz sobie wszystkie problemy, którym będziesz musiała stawić czoła w dzień. A kiedy w weekendy starasz się pospać dłużej, żeby wstać wypoczęta, i tak budzisz się z bólem pleców i poczuciem zmęczenia i rozbicia. Może dobrze byłoby pójść na masaż, na basen albo poćwiczyć na świeżym powietrzu? Tylko kiedy i jak? Najpierw trzeba to wszystko jakoś poogarniać, a to nie jest proste, kiedy lecisz na jednym silniku. Mąż żartuje, że ma w łóżku śpiącą królewnę, ale coraz bardziej irytuje go, że zawsze wieczorem boli ją głowa. Joanna powtarza wszystkim, że jest zmęczona, ale do nikogo to nie dociera. Ma poczucie, że ciągle ktoś czegoś od niej chce – w pracy współpracownicy i szefowa, w domu mąż i dzieci, nie wspominając już o mamie, zadręczającej pomysłami wspólnych zakupów – i że te „chcenia” zdecydowanie przekraczają jej możliwości. Ktoś mógłby to wreszcie zauważyć. Tak jak fakt, że od dwóch miesięcy nie może się skutecznie pozbyć nawracającego kataru. Na chwilę poprawia jej nastrój miętowa czekolada, ale słodycze plus obfitsze kolacje powodują, że ubrania przestają dopinać się w pasie, co również nie czyni ją szczęśliwszą.

Joanna próbuje coś zmienić, oddzielnie skupiając się na każdym z przejawów dyskomfortu. Tymczasem uświadomione i połączone w całość problemy dają obraz stanu, który można określić jako właśnie psychiczne i fizyczne wyczerpanie.

Po drugie: brak empatii

Krzysztof zdaje sobie sprawę, że ostatnio stał się bardziej szorstki i wymagający dla swoich pracowników. Bo ile czasu można „ojcować” dorosłym ludziom? Tyle lat już u niego pracują, mogliby się czegoś nauczyć, a nie przybiegać z każdym „bzdetem”. No i te ich ciągłe problemy rodzinne: ojciec w szpitalu onkologicznym, córka miała wypadek i potrzebuje protezy, kredyt na kupno mieszkania. A co go to w końcu obchodzi, szczególnie teraz, gdy sprawy firmy nie idą najlepiej. Ale jak mogą iść dobrze, skoro wszyscy pracują na pół gwizdka, bo ciągle mają te swoje ważne sprawy. Czy jego ktoś pyta o problemy osobiste? Tak dłużej nie może być – dość cackania się z niezorganizowanymi pracownikami. Tak, dał ogłoszenia o naborze nowych ludzi. Tak, weźmie takich, którzy przystaną na gorsze warunki zatrudnienia. I nic nikomu do tego. A już najmniej jego siostrze, której się wydaje, że jak jest psychologiem, to pozjadała wszystkie rozumy. Wymyśliła ostatnio, że niby Krzysztof jest mało empatyczny dla innych, bo jest przepracowany, wypalony i nie radzi sobie sam ze sobą.

Krzysztof broni się przed uwagami bliskich, atakując. Trudno mu uwierzyć i zaakceptować fakt, że depersonalizacja, czyli „odczłowieczanie” relacji z innymi, może być spowodowana przeciążeniem i nieudanymi próbami radzenia sobie z własnym stanem psychicznym.

Po trzecie: samoocena leci w dół

Robert doszedł do wniosku, że czas się wyzbyć złudzeń co do swoich możliwości. Jeszcze niedawno wierzył, że jest niezastąpiony w pracy. Teraz przybyło nowych ludzi, lepiej wykształconych, sprawniej posługujących się angielskim. Dawniej lubił napięcie towarzyszące negocjacjom i uczucie triumfu, gdy sprawy szły po jego myśli – czuł się niezbędny dla firmy. Teraz sukcesy rozkładają się na więcej osób. Robert ma wrażenie, że lada moment podziękują mu za dotychczasową współpracę – już nie jest niezastąpiony, a na nowicjuszy wydają mniej pieniędzy. Takie myśli kołaczą mu się po głowie nieustannie. Wieczorne drinki pozwalają na chwilę się wyluzować, ale rano znowu rzeczywistość skrzeczy.

Na ostatniej firmowej imprezie „zresetował się” kompletnie i wdał w kłótnię z prezesem, o czym plotkowano później przez tydzień. Robert poszedł wtedy na zwolnienie lekarskie. Po raz kolejny, bo ostatnio coraz częściej mu się to zdarza. Żeby jeszcze można było wziąć zwolnienie lekarskie od żony, która ciągle marudzi, że on za mało wierzy w siebie, że niby ma zaniżoną samoocenę i niepotrzebnie deprecjonuje własne dokonania.

Zanim będzie za późno

Christina Maslach – twórczyni najbardziej znanej koncepcji wypalenia – podkreśla trójskładnikowość tego zjawiska: obok poczucia ogólnego psychicznego i fizycznego wyczerpania, pojawiają się dodatkowo: depersonalizacja jako reakcja na innych oraz obniżone poczucie własnych dokonań jako reakcja na siebie.

Jeżeli te symptomy zostaną rozpoznane w porę, można skutecznie pracować nad poprawą stanu zdrowia i powrotem do równowagi psychicznej – ważne jest wtedy równoległe działanie na kilku płaszczyznach jednocześnie: zadbanie o zdrowie fizyczne, ruch, dietę oraz praca nad zmianą szkodliwych nawyków i przekonań dotyczących pracy. W przypadku niewielkiego nasilenia objawów można poradzić sobie z problemem przy wsparciu rodziny lub przyjaciół. W bardziej zaawansowanym stanie przydadzą się porady lekarza rodzinnego (z takiej pomocy skorzystała Joanna), coachingu (praca nad zmianą nawyków pomogła Krzysztofowi) czy terapii (co okazało się skutecznym rozwiązaniem dla Roberta). Ważne, by uznać fakt, że potrzebujemy pomocy, i z niej skorzystać. W przeciwnym razie proces autodestrukcji może nasilać się do stanów, w których niezbędna będzie nawet hospitalizacja.

Warto przeczytać: „Wypalenie zawodowe: przyczyny i zapobieganie”, Helena Sęk, Wydawnictwo Naukowe PWN;„Panowanie nad stresem”, Mirella Kamińska, Bogdan Siewierski, Aleksandra Skwara, Andrzej Szóstak, wyd. One Press.

  1. Styl Życia

Nastaw się na sukces z nową serią laptopów MSI Summit

Seria supernowoczesnych laptopów MSI Summit to świetne rozwiązanie dla wysoko wydajnych użytkowników, którzy zdeterminowani są, aby odnieść sukces. (Fot. materiały prasowe)
Seria supernowoczesnych laptopów MSI Summit to świetne rozwiązanie dla wysoko wydajnych użytkowników, którzy zdeterminowani są, aby odnieść sukces. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Wraz ze wzrostem popularności pracy zdalnej, rośnie zapotrzebowanie na lekkie i wydajne laptopy przenośne. Odpowiedzią na te potrzeby jest nowa seria MSI Summit, która oferuje szereg innowacyjnych urządzeń idealnych do pracy w dowolnym miejscu. 

Mobilny styl pracy to w dzisiejszych czasach podstawa. Aby sprostać współczesnym wymaganiom biznesowym potrzebny jest jednak dobry sprzęt. Najpotężniejsze laptopy do pracy zdalnej w branży oferuje firma MSI. Ich produkty cieszą się uznaniem użytkowników nie tylko ze względu na innowacyjne funkcje, ale też niebywałą wydajność oraz nienaganny design. Nowa seria konwertowalnych laptopów MSI Summit to najlepsze rozwiązanie zwiększające efektywność biznesową.

Laptopy Summit E13 Flip Evo i Summit E16 Flip oraz kompatybilne z nimi gadżety - pióro MSI Pen i stacja dokująca USB-C Gen 2 są ważnym krokiem ku przyszłości. To idealnie opracowane urządzenia klasy premium przeznaczone dla elity biznesu - profesjonalistów, którzy zdeterminowani są, aby odnieść sukces oraz wysoko wydajnych użytkowników poszukujących urządzeń o mocy roboczej, która poradzi sobie z najbardziej wymagającymi problemami i zadaniami. Sprostać temu może tylko seria MSI Summit, z którą praca jest wszechstronna, elastyczna i mobilna. Urządzenia te z powodzeniem zaspokoją jednak potrzeby nie tylko biznesowej elity, ale też codziennych użytkowników, którzy będą mogli usprawnić swoją pracę dzięki możliwości konfiguracji rozmaitych funkcji. Dzięki obrotowemu ekranowi to także świetne rozwiązanie dla tych, którzy chcą korzystać z funkcji laptopa jak i tabletu.

Obrotowy ekran laptopów MSI Summit pozwala korzystać z nich tak jak z tabletu. (Fot. materiały prasowe) Obrotowy ekran laptopów MSI Summit pozwala korzystać z nich tak jak z tabletu. (Fot. materiały prasowe)

Produkty MSI Summit spełniają również najwyższe standardy estetyczne – zaprojektowane zostały bowiem zgodnie z prawem “złotego podziału”, co oznacza, że ich konstrukcja dąży do zachowania idealnych proporcji oraz zoptymalizowania współczynników w celu zapewnienia użytkownikowi idealnych wrażeń.

Estetyczne wzornictwo i wysoka efektywność pracy

Wyróżniony nagrodą za innowacje na targach CES 2021 Summit E13 Flip Evo to lekki i wszechstronny laptop biznesowy 2w1, który zaspokoi wszelkie potrzeby użytkowników, nawet tych najbardziej wymagających. Utrzymany w nienagannej estetyce sprzęt zachwyca już samym wyglądem, co na wstępie wzbudza ogromne zaufanie klientów. Można śmiało powiedzieć, że to prawdziwe technologiczne arcydzieło. Precyzję wykonania widać bowiem w każdym calu. Logo, lśniąca obudowa z ergonomicznym zawiasem 360 stopni, wyświetlacz w proporcjach 16:10 - wszystkie te elementy zostały starannie zaprojektowane zgodnie z zasadą „złotego podziału”. Elegancji dodają natomiast połyskujące opływowe krawędzie.

Pokrywa w kolorze Ink-Black lub Pure-White z lśniącymi, opływowymi krawędziami i szczotkowanym grawerunkiem wzbudza zaufanie użytkowników. (Fot. materiały prasowe) Pokrywa w kolorze Ink-Black lub Pure-White z lśniącymi, opływowymi krawędziami i szczotkowanym grawerunkiem wzbudza zaufanie użytkowników. (Fot. materiały prasowe)

Laptop wyposażony jest w 13-calowy ekran, najnowszy procesor oraz grafikę zapewniającą najlepsze działanie oraz do 10% wyższą wydajność w porównaniu z laptopami tego samego poziomu. Sprzęt oferuje również do 20 godzin pracy na baterii, zapewniając optymalną mobilność bez jakichkolwiek kompromisów. Ponadto jest to pierwszy laptop wyposażony w najnowszą technologię Wi-Fi 6E, która daje oszałamiającą prędkość Internetu przy jednoczesnym zachowaniu płynności i stabilności sieci, nawet w przypadku udostępniania jej wielu użytkownikom. To jednak nie koniec jego wyjątkowych możliwości. W biznesie ogromnie ważny jest czas, dlatego Summit E13 Flip Evo oferuje też wiele rozwiązań zwiększających produktywność, takich jak szybkie ładowanie i przesyłanie danych. Wyższą wydajność zapewniają również dysk SSD PCIe Gen4, który skutecznie usprawnia codzienną pracę oraz gwarantuje lepszą niezawodność i integralność sygnału.

Oprócz tego, użytkownicy mogą mieć pewność, że poufne dane przechowywane na urządzeniu będą dokładnie chronione. Odpowiadają za to sprawdzone zabezpieczenia klasy korporacyjnej. Laptop przystosowany jest także do bezpiecznego prowadzenia wysokiej jakości połączeń wideo - kamera internetowa zapewnia potrójną ochronę dzięki lampce kontrolnej, klawiszowi włączania-wyłączania oraz funkcjonalnemu przełącznikowi z boku laptopa. Przydatne są również funkcje redukujące hałas, które pomogą stworzyć niezakłócone i profesjonalne środowisko pracy oraz spotkań.

Laptopy z serii MSI Summit zachwycają wyjątkowymi możliwościami - sprawiają, że praca staje się bardziej wszechstronna, wydajna i mobilna. (Fot. materiały prasowe) Laptopy z serii MSI Summit zachwycają wyjątkowymi możliwościami - sprawiają, że praca staje się bardziej wszechstronna, wydajna i mobilna. (Fot. materiały prasowe)

Urządzenie dostępne jest również w większej wersji. Niezwykle wydajny Summit E16 Flip to jak dotąd najcieńszy 16-calowy konwertowalny laptop 2w1 na rynku. Posiada on wszystkie funkcje Summit E13 Flip Evo, a także najnowszą grafikę umożliwiającą obsługę ciężkich prac obliczeniowych. Na uwagę zasługuje również ekskluzywna konstrukcja termiczna oraz nowoczesny design, który zdecydowanie wyróżnia się na tle innych laptopów biznesowych dostępnych na rynku.

Seria oferuje również kompatybilne z laptopami Summit gadżety. Minimalistyczne pióro MSI Pen o szerokim zastosowaniu to najlepszy towarzysz profesjonalistów. Z pewnością spodoba się również tym, którzy oczekują maksymalnej produktywności oraz swobodnego wyrażania swoich pomysłów. Doceniony na targach CES rysik pełni też funkcję pilota do prezentacji, którego można używać w dowolnym miejscu i czasie. To jednak nie koniec jego zalet. MSI Pen zapewnia stabilne połączenie, czułość przy nacisku oraz pozwala dostosować rozmaite funkcje. Elegancka metalowa konstrukcja o idealnych proporcjach przywołuje na myśl wieczne pióro, co sprawia, że korzystanie z niego staje się jeszcze przyjemniejsze. Praktycznym gadżetem jest również stacja dokująca MSI USB-C Gen 2, dzięki której można łatwo i szybko rozszerzyć swoje środowisko pracy. Wystarczy podłączyć do niej zarówno dodatkowe wyświetlacze i urządzenia poprzez wejścia USB. Stacja pozwala na podpięcie aż 3 ekranów oraz 5 innych narzędzi, zapewniając komfort odbioru obrazu 4K oraz najlepszej jakości transmisję danych.

Pióro MSI Pen łączy w sobie funkcje rysika i pilota do prezentacji. (Fot. materiały prasowe) Pióro MSI Pen łączy w sobie funkcje rysika i pilota do prezentacji. (Fot. materiały prasowe)

Stacja dokująca MSI USB-C Gen 2 pozwala w łatwy sposób rozszerzyć swoje środowisko pracy. (Fot. materiały prasowe) Stacja dokująca MSI USB-C Gen 2 pozwala w łatwy sposób rozszerzyć swoje środowisko pracy. (Fot. materiały prasowe)

Produkty z serii MSI Summit to najlepsi towarzysze ludzi biznesu i profesjonalistów. Maksymalna wydajność, nowoczesne funkcje i perfekcyjne wzornictwo zapewniają komfort pracy i sprawiają, że staje się ona łatwa, lekka i przyjemna. Gwarantujemy, że z takim sprzętem sukces jest na wyciągnięcie ręki.

  1. Psychologia

Energia uśpiona w każdym z nas – sprawdź, jak ją obudzić

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Codzienność wykańcza, praca stresuje, rodzina nas męczy. Bez przerwy narzekamy: „nie mam już siły, nie dam rady”. A przychodzi nieszczęście – choroba, wypadek – i jesteśmy w stanie unieść sto razy więcej. Czy konieczny jest aż taki bodziec, żeby obudzić uśpioną energię? Bo że ona gdzieś głęboko w nas drzemie, to pewne.

Artykuł archiwalny

Magdalena Kiełducka (38 lat, menedżerka, właścicielka firmy eventowej To Pestka) tamtego kwietniowego ranka 2006 roku usiadła na brzegu łóżka i zapytała samą siebie: „Co ze mną będzie? Jak mam dalej żyć?”. Dwa miesiące wcześniej w wypadku samochodowym zginął jej chłopak Daniel. Znali się tylko trzy miesiące. Zdążyli wyjechać do Egiptu i zaplanować całe życie. Miał być ślub, wspólny dom, dzieci.

– Kiedy Daniel zginął, wydawało mi się, że następnego dnia świat się nie obudzi – mówi Magda. – Nie byłam w stanie wyobrazić sobie dalszego życia. Ogarnęła mnie jedna wielka rozpacz. Myślałam, że to kompletnie niemożliwe, żebym została dłużej tu, na ziemi. Mechanicznie załatwiałam sprawy. W co go ubrać? Na pewno w te jedyne czarne spodnie, jakie miał. Bo choć był kolorowym ptakiem i czarnych ubrań nie nosił, kilka godzin przed wypadkiem prosił, żeby je wyprać, bo się przydadzą. Skąd wiedział? Dlaczego mnie opuścił?

Sami nie wiemy, co posiadamy

Tamtego kwietniowego dnia powiedziała sobie: skoro Daniel nie zabrał mnie ze sobą, to znaczy, że mam do zrobienia na tej ziemi coś ważnego. Nie była gotowa na nowe uczucie, jej serce pozostawało nadal zajęte, skupiła się więc na firmie. Pomyślała: „w ten sposób mogę zrobić coś pożytecznego – budzić uśmiech, zadowolenie klientów i dać godnie zarobić pracownikom”. („W mojej firmie liczy się nie tylko zysk, ale i etyka” – powtarza). Z potrzeby serca nawiązała też współpracę z domami dziecka. Po dwóch latach nieoczekiwanie dla samej siebie znalazła miłość, wzięła ślub, wyjechała z mężem w egzotyczną podróż, zaszła w ciążę. I znów dostała po głowie, raz za razem. Po dwóch poronieniach postanowili z mężem, że na razie dadzą sobie spokój, bo ile można znieść?!

Okazuje się, że możemy znieść niewyobrażalnie dużo. Uruchamiają się w nas ogromne, wręcz nadludzkie możliwości, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Świadczy o tym wiele ludzkich losów, nie tylko tych wojennych, obozowych. Także dzisiaj, gdy bywamy wystawiani na najtrudniejsze próby, potrafimy im sprostać, czym zadziwiamy samych siebie.

– Gdy stawką jest życie, odzywa się w nas najsilniejsza z naszych sił życia: instynkt samozachowawczy – mówi psycholog Jarosław Przybylski. – Każdy człowiek dysponuje takim potencjałem i wszyscy z niego czerpiemy w sytuacji zagrożenia. Ale gdy w grę wchodzi życie innych, z naszą reakcją bywa różnie. Jedni bez wahania śpieszą z pomocą, inni stoją z boku albo uciekają gdzie pieprz rośnie. Instynkt samozachowawczy niestety nie działa na rzecz drugiej osoby. Działają wtedy uczucia, emocje, wartości.

Jan Woźniakowski (50 lat, religioznawca) ma dzień wypełniony od pierwszej do ostatniej minuty, bo dom musi działać jak szwajcarski zegarek. Potrzebują tego bardzo: niepełnosprawny Iwo (8 lat), chora na raka żona Dominika i najstarszy syn Hubert (18 lat) cierpiący na białaczkę (bierze tak zwaną chemię podtrzymującą i dzielnie sobie radzi). Jan całą domową logistykę ma w małym palcu. Załatwia opiekunki, zajmuje się Iwonem popołudniami i w weekendy, czyta mu, bawi się z nim, myje go, karmi, czuwa nad opieką lekarską dla Dominiki, ustala całodzienny plan funkcjonowania domu, robi zakupy i oczywiście pracuje.

Wcześniej żyli jak wiele małżeństw (są 20 lat po ślubie) z ich pokolenia: raz praca była, raz nie, nie zawsze mieli pieniądze, własnego mieszkania nie dorobili się do dzisiaj („nie byliśmy na tyle praktyczni”). Mają za sobą doświadczenia emigracyjne (mieszkali w Stanach, tam urodzili się dwaj synowie, Hubert i 16-letni dziś Piotr).

Gdy Jan patrzy z dzisiejszej perspektywy, widzi, że tamte problemy to żadne problemy. Prawdziwe zaczęły się w 2002 roku wraz z narodzinami Iwona. Podczas ciąży nic nie wskazywało na to, że będzie niepełnosprawny. Jednak jeszcze na sali porodowej zaczął tracić oddech. Odwieziono go na OIOM, diagnoza brzmiała tajemniczo: strukturalna anomalia chromosomowa, czyli błąd genetyczny. Lekarze nie pozostawiali złudzeń. Mówili, że nawet jeśli dziecko przeżyje, to nie będzie chodziło, mówiło, jadło. Jan zobaczył w Internecie zdjęcia takich dzieci. Wyglądały strasznie. A Iwo od urodzenia był śliczny. To dawało nadzieję, choć zdjęcie mózgu ją odbierało. Lekarze przygotowywali ich na najgorsze. Oni szukali pomocy, gdzie tylko się dało. U lekarzy specjalistów, terapeutów, przyjaciół.

Pytania bez odpowiedzi

Jan: – Człowiek ma w takich sytuacjach tyle energii, a może po prostu adrenaliny, że funkcjonuje na najwyższych obrotach. Nie myśleliśmy o chorobie Iwona w kategorii nieszczęścia. Były oczywiście smutki w domu, ale mówiliśmy, że człowiek bardziej płacze nad sobą niż nad dzieckiem.

Kiedy Iwo miał cztery lata, dokładnie w ostatni dzień karnawału 2006 roku, poznali następną straszną prawdę: Dominika jest chora na raka jelita grubego.

– Heroicznie przyjęła tę wiadomość i heroicznie znosi chorobę – mówi Jan. – Miała w sumie pięć operacji, konieczna okazała się stomia, potem radioterapia, chemioterapia. Rak nie daje jednak za wygraną. Przeniósł się do miednicy, kości krzyżowej, idzie do kręgosłupa, atakuje układ moczowy, powoduje odrętwienie i straszny ból. Ratunkiem dla Dominiki okazało się hospicjum domowe, bo złagodziło cierpienie. Ale ma to i niedobre strony, bo człowiek widzi, jak mało jest dróg dających jeszcze nadzieję.

Dwa lata po wykryciu choroby Dominiki zaczęły się kłopoty ze zdrowiem Huberta – złe samopoczucie, osłabienie, wysoka gorączka. Badania wykazały, że przyczyną dolegliwości jest ostra białaczka limfoblastyczna. Więc znów szpital, chemia, sterydy.

Tamten czas był dla nich wszystkich ekstremalny. Dominika miała swoją chemię, Hubert leżał w szpitalu i brał swoją, a w domu czekał Iwo (wbrew diagnozom nauczył się chodzić, jest nadaktywny, choć nadal używa pieluch, nie gryzie, nie mówi i wymaga stałej opieki).

– Oczywiście, że pojawiało się pytanie: dlaczego? – mówi Jan. – Ale nie ma na nie odpowiedzi. Można wszystko tłumaczyć filozoficznie, za Leibnizem, że żyjemy w najlepszym ze światów, i się na to zgodzić. Można przyjąć to, co niesie życie, ze stoickim spokojem. Ale człowiek zawsze będzie się buntował, pytał – jak ostatnio nasza znajoma – gdzie w tym wszystkim jest Pan Bóg. Znajomy, któremu zmarło dziecko na raka mózgu, powiedział: „każdy dostaje taki krzyż, jaki może udźwignąć”. Pan Bóg w swojej mądrości nie daje nic ponad nasze siły. Nie straciłem wiary, choć mówienie, że wiara pomaga, to zbyt łatwy wykręt. Człowiek myśli, że spotyka go tragedia, a potem wydarza się Haiti…

Skąd czerpać w takich chwilach siłę?

Jarosław Przybylski: – Z wewnętrznych „baterii”, takich jak optymizm, poczucie własnej wartości, wiara w siebie, odwaga. Pod warunkiem że się je ma naładowane przez geny albo wychowanie.

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. Jak to zrobić? Uwierzyć, że sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie. Że nasze myśli, przekonania na własny temat mają moc sprawczą. Jeżeli będziemy powtarzać, że nie damy rady – to nie damy. Wielu ludzi wybiera określoną drogę, a potem obwinia innych za to, że się nie udało. Tymczasem prawda jest taka, że to my tworzymy nasze doświadczenia, naszą rzeczywistość i wszystko, co się z tym wiąże. To, co sądzimy o sobie i życiu, staje się naszą siłą. A wszechświat zawsze wspiera każdą myśl, w którą wierzymy. Nie roztrząsajmy więc przeszłości, niepowodzeń, doznanych krzywd. Zacznijmy myśleć pozytywnie i działać konstruktywnie, bo tylko takie myślenie i działania są źródłem wewnętrznej mocy.

Magda uważa, że jej siła pochodzi z kochającego, pełnego wsparcia domu. To jej kapitał. Wychowywała ją samotnie mama, o której mówi: „wspaniała, kochana, inteligentna, silna, robiła dla mnie wszystko”, i ukochana babcia. Ojca nie znała, nie interesował się ich życiem i sytuacją finansową, więc marzeniem Magdy było jak najszybciej się usamodzielnić, żeby mamie pomóc. Zaczęła wcześnie pracować, ucząc angielskiego. Zawsze wybierała trudniejszą drogę. To ją hartowało. Była humanistką, a poszła do klasy matematyczno-fizycznej. Zamiast pójść na anglistykę, bo język był jej pasją, albo na psychologię, którą się interesowała, poszła na politechnikę, na inżynierię środowiska. Z perspektywy czasu uważa, że był to wspaniały trening dla umysłu. Potem uparła się, żeby pójść na studia MBA, choć nie było jej na to stać. Zarobiła lekcjami angielskiego. Ma za sobą trudne związki, ale powtarza, że każdy z nich ją rozwinął i za każdy jest wdzięczna.

– Mój ukochany mąż jest Polakiem z amerykańskim obywatelstwem i mieszka w Stanach od ponad 15 lat, więc też łatwo nie jest, bo trzeba pokonywać ocean – śmieje się. – Ale dzięki temu świat się dla mnie niesamowicie skurczył.

Według Magdy siły życia najlepiej rosną w trudach i codziennych zmaganiach. Ale karmią się też zrozumieniem tego, co nas spotyka. Kiedy przeżywała żałobę po Danielu, nie szukała łatwego pocieszenia, że będzie dobrze, że tak musiało być. Miała ogromne wsparcie przyjaciół i bliskich, czytała mnóstwo książek na temat duchowości. Przyniosły ulgę, uspokojenie i przekonanie, że wszystko, co się dzieje, ma swój sens. Dzięki książkom i ciekawym ludziom poznała zupełnie inny wymiar swojej egzystencji.

– Siły życia to nie węgiel kamienny, którego złoża są wyczerpywalne, to odnawialne źródło, takie perpetuum mobile, które powstaje trochę z niczego, bo tak naprawdę różne czynniki są jego paliwem. Przede wszystkim jednak trzeba samemu pozwolić się im odnowić. Znaleźć pokój w sercu, swój cel. Mam wrażenie, że nie jesteśmy tu po to, żeby banalnie kończyć dzień zmęczeniem, ale żeby zrobić coś dla świata. Kiedyś wszystko musiałam mieć pod kontrolą. A teraz coraz bardziej cieszę się dniem codziennym. Wstaję, świeci słońce, piję z mężem kawkę, rozmawiamy z synkiem, który urodzi się w czerwcu, przytulimy psa – dla takich chwil warto żyć. Te trudne oczywiście jeszcze nieraz przyjdą. Coraz spokojniej jednak o nich myślę, bo wiem, na co mnie stać. Przez wszystko da się przejść.

Prezent od Pana Boga

Jan na pytanie, skąd pochodzi jego siła, odpowiada: – Nie wiem. Nie zastanawiam się nad sobą, nie robię autoanalizy. Myślę, że nie wyróżniam się niczym szczególnym wśród gatunku ludzkiego. Każdy w takiej sytuacji zachowałby się podobnie. Jak ktoś mówi: „jesteś wspaniały, że nie zostawiłeś Dominiki”, to ja sobie myślę, że to fatalnie świadczy o autorze tych słów. Co za pomysł, żeby mnie chwalić za to, że nie zostawiłem Dominiki!

Jan uważa, że wolę życia buduje wychowanie, miłość do rodziny i życia w ogóle, ale także chęć znalezienia odpowiedzi na różne ważne pytania. On nie ma czasu na wątpienie, czy da radę, bo przychodzi następny dzień, w którym tyle jest do zrobienia. Dużo napędu daje mu Dominika. Wydaje się delikatna, a ma nieprawdopodobną siłę i optymizm. Pokazuje, jak z godnością znosić cierpienie. Jan podkreśla, że sił dodają mu także ci wszyscy ludzie, czasem obcy, którzy im pomogli i pomagają, idąc za odruchem serca. Jako rodzina doświadczyli nieprawdopodobnej solidarności z całego świata. I poprzez dobre słowo, obecność, zakupy, pomoc w załatwianiu opiekunek i lekarzy, i poprzez pomoc finansową.

  1. Styl Życia

Rodzina amiszów w Polsce – jak żyją polscy amisze?

Martinowie mają dwie córki: Zosię i Ilonę, i pięciu synów: Rubena, Joshuę, Waldemara, Krzysztofa i Stefana. Dzieci rozmawiają między sobą po angielsku, ale znają polski. Na zdjęciu Zosia przygotowuje obiad dla całej rodziny. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Martinowie mają dwie córki: Zosię i Ilonę, i pięciu synów: Rubena, Joshuę, Waldemara, Krzysztofa i Stefana. Dzieci rozmawiają między sobą po angielsku, ale znają polski. Na zdjęciu Zosia przygotowuje obiad dla całej rodziny. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Bogactwo nie ma wielkiego sensu – mówi Jakub. – Przynosi tylko zmartwienie – wtóruje Anita. Bo w życiu, uważają, są potrzebne tylko trzy rzeczy: jedzenie, ubranie i dach nad głową. Przyjechali tu ze Stanów Zjednoczonych ponad ćwierć wieku temu. Mieli założyć wspólnotę. Nie udało się, ale oni zostali. Martinowie, jedyna rodzina amiszów w Polsce.

Krętą wąską drogą wijącą się przez pagórkowate tereny Roztocza docieram do podlubelskiej gminy Modliborzyce. Na progu domu stoi szczupła kobieta w długim, mocno przymarszczonym w talii fartuchu w kolorze chabrów. Wystają spod niego szarobura spódnica do ziemi i długie rękawy bluzki w zgaszonym kolorze. Ubranie określa tożsamość. Anita macha do mnie energicznie ręką na powitanie, uśmiecha się. Rozglądam się po surowych, skromnych zabudowaniach. Czuję się, jakbym przeniosła się do innej epoki.

Czy to żyd, czy nie żyd?

Niby zwykłe wiejskie gospodarstwo – piętrowy dom, zabudowania gospodarcze, stodoła, obora, na środku podwórka blaszana buda, przy której szczeka uwiązany na łańcuchu pies. W wielkim salonie stoją duży stół i krzesła, pod oknem – kanapy i fotel. Przy ścianie metalowy piec – Jakub dokłada do niego drzewo z lasu. – Może nie ma luksusów, ale dom nie musi być ładny, tylko użyteczny – mówi. W salonie wita mnie rodzina Martinów. Dwie dorosłe córki – Zosia i Ilona – w długich spódnicach i białych chustkach na głowie. Chłopaki – Ruben, Joshua, Waldemar, Krzysztof i Stefan – w spodniach na szelkach, jak ojciec, Jakub. – Ubieramy się zgodnie z przekazem biblijnym – mówi Anita. – Gdy przed 27 laty przyjechaliśmy do Polski, nosiłam tradycyjny amiszowski biały czepek na głowie i długą suknię jak habit. Wszyscy myśleli, że jestem zakonnicą. – A mnie brali za Żyda – śmieje się Jakub. – Miałem brodę w szpic i nosiłem czarny kapelusz.

– Ubranie służy do zakrywania ciała – tłumaczy Anita. – Dziś kobiety zakładają krótkie sukienki z dekoltem i idą do biura, a po powrocie do domu zmieniają na dresy. Komu chcą się podobać? Bo przecież nie mężowi, myślę. U nas odwrotnie. Rozbieram się dopiero w sypialni, tam mogę być piękna dla męża. Perfum używam w niedzielę, nie farbuję włosów, zresztą amiszki i tak muszą przykryć włosy. Czepek lub chustkę nosimy całe życie, ma podkreślać skromność i czystość kobiety. Anita nie kupuje ubrań. – Szyjemy to, czego potrzebujemy – mówi. Spódnicę, bluzkę czy chabrowy fartuch, który ma na sobie. – W takim chodziliśmy w domu – wyjaśnia. – To tradycja. Podobnie jak to, że amiszki potrafią szyć, haftować, cerować. Anita nauczyła wszystkiego córki.

Anita i Jakub pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach Zjednoczonych, zaraz potem przyjechali do Polski. Małżeństwo to decyzja na zawsze, między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Anita i Jakub pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach Zjednoczonych, zaraz potem przyjechali do Polski. Małżeństwo to decyzja na zawsze, między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Miłość aż po grób

Martinowie pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach. Anita miała 26 lat, Jakub – 24. Spotykali się pięć miesięcy, zanim uznali, że do siebie pasują. – Trzeba wybierać rozumem, nie tylko sercem – tłumaczy Jakub. – Przecież mąż ma obowiązek miłować żonę do końca życia, podobnie jak ona do końca ma być mu uległa. Małżeństwo to decyzja na zawsze. Między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. – Nigdzie nie jest napisane, że nie mogę się ożenić z nieamiszką, ale po co? – pyta Jakub. – Z tego same problemy – dodaje Anita i wyjaśnia: – Jedno chodzi do kościoła, drugie do zboru, nie wiadomo, co robić z dziećmi, czego ich uczyć. Ludzi łączą podobieństwa, a nie różnice, szczególnie tak fundamentalne jak wiara, obyczajowość, zasady.

Anita i Jakub poznali się w zborze. – Pamiętam to spotkanie – wspomina Anita. – Miał chyba 15 czy 16 lat, nie myślałam, że będzie moim mężem. – Wiem, że w książkach i filmach miłość musi być romantyczna, ale ja uważam, że do małżeństwa potrzebna jest mądrość, a nie fajerwerki – mówi Jakub. Ślub też był bez blichtru. Anita miała długą kobaltową suknię, przypominającą habit, i biały czepek, a Jakub – kobaltową koszulę, spodnie i kamizelkę.

Gdybym umiał czynić cuda

Zaraz po ślubie, w 1993 roku, Martinowie przyjechali do Polski. Był ponury, zimny, dżdżysty listopad, kiedy wylądowali na warszawskim Okęciu. Wynajęli dom pod Mińskiem Mazowieckim. Nie znali języka, miasta, mieli tylko garść dolarów, które dostali od zboru. Dziś Jakub mówi czystą polszczyzną. – No, ale w Polsce jestem dłużej niż w Ameryce – wyjaśnia. Anita mówi z amerykańską melodią, ale swobodnie. Nauczyli się sami. Jakub uczył się z polskich książek – czytał Prusa, Sienkiewicza. Jest zafascynowany Trylogią. Dzieci rozmawiają między sobą po angielsku, ale znają polski. Po co przyjechali do Polski?

– Byliśmy młodzi, mieliśmy ogromną wiarę w to, że założymy tu zbór amiszowski – mówi Jakub. – Były już dwie rodziny, którym mieliśmy pomóc krzewić naszą wiarę. Myślałem, że będę jak Chrystus chodził po kraju i opowiadał o Bogu. Ale Chrystus miał moc uzdrawiania i czynienia cudów. Ja takiej mocy nie mam. Co mogliśmy powiedzieć Polakom? Że nasza religia ma 400 lat tradycji? Przecież odpowiedzą: a nasza 2 tysiące! – tłumaczy Jakub.

Dwie rodziny amiszów poddały się i wyjechały z Polski. Martinowie zostali. Mieli już syna, bo Ruben urodził się dwa lata po ślubie. Potem kilka razy zbierali się do odlotu, ale zawsze coś krzyżowało plany. W końcu pomyśleli, że widocznie Bóg chce, żeby zostali. Przeprowadzili się na Roztocze, do Modliborzyc nieopodal Janowa Lubelskiego. – Ziemia tu tania – mówi Jakub. – Kupiliśmy 13 hektarów. Zbudowałem dom. Amisze są samowystarczalni. Jak rodzina potrzebuje domu, zbierają się wszyscy mężczyźni i wspólnie pracują. Jakubowi pomagają synowie, których wszystkiego nauczył. Bo amisze to nie tylko wiara, to tradycja. – Wiele rzeczy robię tak jak mój ojciec i nie zadaję pytań dlaczego – wyjaśnia Jakub.

W pogoni za luksusem

Życie wypełnia im praca na gospodarstwie. Od wiosny robota w polu jest nie do przerobienia – sianie, sadzenie, zbieranie, żniwa, wykopki. Do tego Martinowie mają bydło, trzeba nakarmić, oporządzić. Potem część sprzedają. Od grudnia jest lżej – można odpocząć. Wieczorami łuskają fasolę albo łupią orzechy, ale w tym roku orzech nie obrodził. Dzieci grają więc w planszówki. Starsi chłopcy remontują pokój na górze, cyklinują podłogi. Schody na górę robił Jakub – solidne, bukowe, pociągnięte dwiema warstwami lakieru. Wszystko w tym domu zrobił sam. Również podłogę, która wygląda na starą, dębową. – Pociągnęliśmy olejem słonecznikowym sosnowe deski, kurz zrobił resztę – śmieje się Anita. – Nie da się wyszorować. Ale kto przychodzi, pyta, skąd mamy taką ładną podłogę. Bo wygląda na rustykalną.

„Może nie ma luksusów, ale dom nie musi być ładny, tylko użyteczny” – mówi głowa rodziny Martinów, czyli Jakub. W domu w Modliborzycach pod Janowem Lubelskim wszystko robili sami, amisze są samowystarczalni.

Nie mamy tu luksusów, ale nie są nam potrzebne. – Bogactwo nie ma wielkiego sensu – dodaje Jakub. – W tamtym roku kupiliśmy samochód, kosztował 3 tysiące, a jeździ tak samo jak ten za 300 tysięcy. – I nie muszę się bać, że ktoś mi zarysuje lakier. Tego nawet nikt ukraść nie chce – żartuje Anita. Martinowie nie rozumieją pogoni za bogactwem. – Ludzie gonią za luksusem, mylnie utożsamiają go ze szczęściem, a on daje szczęście na chwilę – mówi Martin. – Bogactwo przynosi tylko zmartwienie – wtóruje Anita. – Są trzy rzeczy potrzebne w życiu: jedzenie, ubranie i dach nad głową – mówi Jakub. – Święty Paweł pisał, że trzeba być zadowolonym, gdy ma się jedzenie i ubranie. Ale on żył w Grecji, tam jest ciepło. Gdyby żył tutaj, musiałby dodać jeszcze dom, który jest schronieniem przed wiatrem, deszczem, mrozem i śniegiem. – Jestem pewna, że Bóg nie ma nic przeciwko temu, że mamy ciepło – mówi Anita.

Z komputera i telefonu Martinowie korzystają tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Z komputera i telefonu Martinowie korzystają tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Bez prądu i telefonu

Opowiadam im zabawną historię: – A jak się z nimi skontaktowałaś? – zapytała mnie moja siostra Ewa, która mieszka w Stanach i często kupuje u amiszów organiczne jajka, warzywa czy kaszę. – Jak to jak? Zadzwoniłam na komórkę! – odpowiedziałam. – To co to za amisze, skoro mają komórkę i może jeszcze prąd. Anita i Jakub śmieją się. – I miała rację, bo większość amiszów w Stanach jest ortodoksyjna. Nie mają telefonu, prądu, samochodu – wyjaśnia Jakub. – Jeszcze mój dziadek jeździł bryczką konną, ale już ojciec kupił auto – mówi Anita. Ortodoksyjni amisze do dziś jeżdżą konnymi powozami. – Są różne zbory i niektóre mają bardziej liberalne zasady – wyjaśnia Jakub. – My należymy do tego postępowego nurtu. Jakub podchodzi do własnoręcznie robionej drewnianej etażerki, otwiera drzwiczki i pokazuje komputer. – Nie mamy telewizora i radia, bo to zło – mówi Anita. – A z komputera i telefonu korzystamy tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. – A po co nam smartfon? Jest drogi, będzie żal, gdy się zniszczy w pracy – powiedzieli. Mają laptop, kiedy chcą połączyć się z Internetem, przychodzą do salonu i podłączają kabel. Dzieci nie ciągnie do mediów społecznościowych. Nie grają też w gry komputerowe, jak rówieśnicy. – Mają przyjaciół? – pytam. – Niewielu. Bo i wspólnych tematów mało – odpowiada Anita. – Nie dogadują się, bo mają inny sposób myślenia – dodaje Jakub. Zresztą nie chodzą do szkoły. Amisze uczą się w domu. – Sama nauczyłam ich wszystkiego, co potrzebne do życia – mówi Anita. – Matematyka, historia, przyroda… Anita uważa, że większość rzeczy, których dzieci uczą się w szkole, i tak im potem do niczego się nie przyda. – Ile wykształcenia potrzeba, aby być matką i żoną? Albo ojcem i mężem? Większość zawodów nie przynosi pożytku człowiekowi – uważa Jakub. Jako Amerykanie nie podlegają obowiązkowi szkolnemu, więc edukację skończyli na podstawówce.

Joshua w pracowni stolarskiej. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Joshua w pracowni stolarskiej. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Najstarszy Ruben dziś ma 25 lat, pracuje na budowie. 23-letni Joshua najpierw pracował u stolarza, a teraz przy produkcji kaszy. Pozostałe dzieci pracują w domu. Żyją z rolnictwa i ogrodnictwa. – I to wam wystarczy? – pytam. – A ile potrzeba? – pyta Anita. – Wszystko mamy swoje: jaja, mięso, warzywa, ser, mleko, mąkę, kaszę, fasolę. W sklepie kupuję tylko cukier, sól, ocet spirytusowy, bo jabłkowy mam własny, olej i drożdże. Chleb wprawdzie piekę na zakwasie, ale drożdże mam na wszelki wypadek. Staramy się używać to, co mamy. Nawet opał mają swój, z lasu. – Za prąd muszę tylko zapłacić – dodaje Jakub. – Ale to 100 zł miesięcznie. Niedawno Martinowie zaczęli płacić składki na KRUS, wcześniej nie mieli ubezpieczenia. – Najlepszym ubezpieczeniem i naszą emeryturą są dzieci – śmieje się Jakub, pokazując palcem na kuchnię, w której dzieci przygotowują obiad. – A nie wyrwą się wam kiedyś w świat? – pytam. – W gruncie rzeczy to jest ich decyzja – mówi Jakub. – Sama musisz zapytać – śmieje się Anita. – Zaraz siadamy do obiadu, to porozmawiasz.

Czym chata bogata

Dzieci ustawiają talerze, układają sztućce. Po chwili na stole stoi parująca miska z kaszą gryczaną, obok druga, z fasolą w sosie, i wielka micha tarkowanej marchwi z brukwią. I dzban wody. Siadamy. Słychać głos Jakuba: – Ojcze Niebieski, dziękujemy ci za ten dzień, dziękujemy ci za wszystko, co nam dajesz, dziękujemy ci za to jedzenie, które jest przed nami… Słychać rytmiczne uderzanie widelców o talerze. Jedzenie szybko znika. – Nie kusi was, żeby wyrwać się w świat? – pytam. – Byliśmy w Ameryce – mówi Joshua. – Ale nie podobało się nam. Zosia i Ilona też wróciły, mówią, że ich dom jest w Polsce. – Ja przez trzy lata tam pracowałem – opowiada najstarszy, Ruben. – Zarobiłem trochę pieniędzy, chcę kupić ziemię i założyć gospodarstwo, jak rodzice. Najlepiej blisko nich. – Anita, a nie chciałabyś, żeby któreś dziecko zostało lekarzem albo adwokatem? – pytam. Amisze są przeciwnikami studiowania, ale nie oni. – To ich decyzja – śmieje się. – Jakby chcieli iść na studia, to pomogę. Dobrze byłoby mieć lekarza w domu. – Ale adwokata nie – dodaje stanowczo. – Jak nie jesteś oszustem, nie jesteś dobrym adwokatem. Dzieci jednak chcą zostać na gospodarce. Dziewczyny, zanim wyjdą za mąż, może pójdą sprzątać albo opiekować się dziećmi. – A nie marzyłyście nigdy o tym, żeby zostać nauczycielką albo… baletnicą? – pytam Zosię i Ilonę. – My chcemy zostać matkami – wyjaśnia Zosia. To największe marzenie amiszek.

(Fot. Radosłąw Kaźmierczak) (Fot. Radosłąw Kaźmierczak)

Amiszowskie dzieci są wychowywane przede wszystkim na żonę, męża i rodzica. – Tak chciał Bóg, to jest napisane w Piśmie Świętym – mówi Jakub. – Ale skoro pobieracie się w gronie wspólnoty, jak wasze dzieci założą rodziny? Nie ma tu, oprócz was, amiszów – pytam. – Dla mnie nie musi być amisz – mówi Zosia. Nie wie, gdzie pozna tego na całe życie. – Może w zborze – mówi. – To jedyne miejsce, gdzie chodzimy. Kiedyś, po filmie o nich na YouTubie, przyjechał kandydat do ręki Zosi. Gotów był nawet zostać amiszem. Ale dziewczynie się nie spodobał.

Życie zapisane w Piśmie Świętym

Jakub wyjaśnia, że życie amisza opiera się na fundamencie wiary: zostałem stworzony przez Boga, żeby mu służyć. A służyć może pobożnym, uczciwym życiem, dobrymi uczynkami. – Ludziom się dziś wszystko pomieszało – dobro ze złem, grzech z cnotą, prawda z fałszem – wyjaśnia Jakub. – Nie mówię, że jesteśmy bez grzechu. Każdego dnia podejmujemy walkę z naszą grzeszną naturą. Codziennie po śniadaniu całą rodziną czytają Pismo Święte. – Nie interpretujemy, wszystko bierzemy dosłownie – tłumaczy. W Polsce nie mają kościoła, w którym mogliby uczestniczyć w nabożeństwie. – Jedziemy do Zboru Kościoła Ewangelicznych Chrześcijan w Lublinie – mówi Jakub. – Kierują się podobnymi zasadami. To otwarty zbór, każdy może przyjść. – Każdy, kto jest ochrzczony – dodaje Anita. – U nas trójka jeszcze nie ma chrztu, bo amisze przyjmują chrzest, gdy są dorośli i świadomie podejmują decyzje. – Do zboru chodzę, żeby nauczyć się więcej o Bogu. Bo im go bardziej znam, tym lepiej wiem, czego ode mnie oczekuje – mówi Martin. Dopytuję: Wiecie, czego chce od was Bóg? – Mamy być jak Chrystus, naśladować go – mówi Anita. – Na przykład trzeba być miłym. Nie tylko dla tych, których lubimy – to akurat proste, ale również dla tych, których nie lubimy. – Bóg nie wymaga od nas wielkich rzeczy – dodaje Jakub.

Stefan lubi zajmować się zwierzętami w rodzinnym gospodarstwie. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Stefan lubi zajmować się zwierzętami w rodzinnym gospodarstwie. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

– Jesteście szczęśliwi? – pytam. – A co to jest szczęście? – odpowiada pytaniem Jakub. – Dla mnie szczęście to bycie zadowolonym z tego, co masz – podaje swoją definicję Anita. – Jak to osiągnąć? – dopytuję. Jakub ma niezawodny sposób – słuchać Boga, bo jest najlepszym drogowskazem. Wszystko opisane jest w Księdze Kaznodziei Salomona [zwanej również Księgą Koheleta – przyp. red.]. – Ten mądry i bogaty człowiek napisał o przemijaniu i względnej wartości dóbr ziemskich – wyjaśnia Jakub. – Salomon miał w życiu wszystko, wciąż próbował nowych rzeczy i wciąż nie był szczęśliwy. W końcu powiedział, że to wszystko, co zdobył, to „marność nad marnościami, wszystko marność”. Słowo „marność” odnosi się do rzeczy tymczasowych, pochodzących z „tego świata”. Na koniec nawet nasze największe sukcesy życiowe przeminą. – Wielkich marzeń nie mam – wtóruje Anita. – Są rzeczy ważniejsze niż życie. Życie to przygotowanie do wieczności.

Kim są Amisze? Amisze są odłamem anabaptystów, czyli protestanckiej wspólnoty chrześcijańskiej. Szwajcarski biskup menonicki Jacob Amman w 1963 roku uznał, że wyznawcy religii za daleko odeszli od swojej wiary i obyczajowości, i trzeba wrócić do korzeni. Stworzył nową wspólnotę, która od jego nazwiska została nazwami amiszami. Zapisane przez niego przepisy religijne regulowały wszelkie sfery życia społecznego – począwszy od życia rodzinnego, a skończywszy na: sposobie ubierania się, strzyżenia brody, rodzaju kapelusza czy guzików przy kapocie. Większość wyznawców żyje w Stanach Zjednoczonych, największe zwarte ich skupisko znajduje się w hrabstwie Lancaster w stanie Pensylwania.