1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Partner naszym odbiciem - czy niepowodzenia w miłości to sygnał do zmiany siebie?

Partner naszym odbiciem - czy niepowodzenia w miłości to sygnał do zmiany siebie?

Najlepszym nauczycielem miłości jest kryzys. To jest właśnie moment, w którym mogę nauczyć się właściwie o siebie dbać. (fot. iStock)
Najlepszym nauczycielem miłości jest kryzys. To jest właśnie moment, w którym mogę nauczyć się właściwie o siebie dbać. (fot. iStock)
Zdaniem terapeutów Evy Marii i Wolframa Zurhorstów, zawsze dostajemy takiego partnera, jaki do nas pasuje. Dlatego niepowodzenia w miłości to przede wszystkim sygnał do zmiany siebie.

No i znowu nie wyszło. Trzeba się będzie pozbierać po nieudanym związku. A może dać sobie spokój z miłością? Przynosi tylko cierpienie...

E.M.Z.: Miłość, jeśli dobrze ją rozpoznamy - a to można zrobić tylko sercem - nie przynosi cierpienia. To, co powoduje ból, to nasze błędne przekonania na temat idealnego księcia, idealnej księżniczki bądź związku, w którym zawsze się rozumiemy, obdarowujemy prezentami i o każdej porze dnia czy nocy możemy liczyć na ukochaną osobę.

W.Z.: I ta pewność, że dla miłości tyle trzeba zrobić... Prawdziwe uczucie rodzi się wtedy, gdy przestajemy robić, a zaczynamy po prostu być.

E.M.Z.: To oznacza również pozwolenie sobie na słabości, obawy, strach. Tak popularne bycie cool oddala nas od miłości. Może na pierwszy rzut oka taka cool wydam się komuś atrakcyjna, ale na dłuższą metę mój pancerz uniemożliwi mi prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem. Ci, którzy są cool, zawsze uciekają, odchodzą.

Lepiej postawić na autentyzm?

E.M.Z.: Dlaczego tak ważne jest, by być prawdziwym? Bo zawsze dostajemy takiego partnera, jaki do nas pasuje. Nawet jeśli on mnie rani - to oznacza, że nieświadomie tego właśnie oczekuję od związku, więc wybieram kogoś, kto mi to da. Na przykład tkwię w relacji z mężczyzną, którego ciągle przy mnie nie ma, który stale zawodzi. W ten sposób znalazłam sobie partnera pasującego do mojego nieuświadomionego strachu przed tym, żeby być kochaną.

To znaczy, że ten mężczyzna też się boi?

E.M.Z.: Tak, dlatego ucieka. Kiedyś pracowałam z kobietą, którą bili jej wszyscy czterej kolejni mężowie. Na początku znajomości wydawali się tacy delikatni, subtelni, nosili ją na rękach. Prędzej czy później dochodziło jednak do przemocy fizycznej i wszystko kończyło się w sądzie. Ktoś powie: "miała pecha". Tak naprawdę ona miała bardzo głębokie poczucie braku własnej wartości. Zawsze rezygnowała z siebie w związkach, próbowała dopasować się do partnera. Gdyby zaczęła pracować nad samoakceptacją, przyciągałaby innych mężczyzn, którzy by jej już nie krzywdzili. Człowiek stosujący przemoc jest niepewny siebie, robi to ze strachu.

Czyli jednak przyciągamy podobieństwa?

E.M.Z.: Opowiem pani o mojej przyjaciółce, która jakiś czas temu była singielką i umawiała się na randki przez Internet. To była katastrofa za katastrofą. Nie mogła zrozumieć, dlaczego z żadnym ze spotykanych mężczyzn jej się nie udaje. Któregoś dnia pokazała mi swój profil na portalu randkowym i to, co o sobie w nim pisze. Gdy to przeczytałam, oniemiałam. Powiedziałam do niej: "Aleksandro, kto to jest?! Na pewno nie ty! Przecież mężczyzna, który ma się z tobą umówić, będzie chciał spotkać kobietę, która nie istnieje, a którą wymyśliłaś na swoim profilu. I z całą pewnością nie będzie do ciebie pasował". Zaczęłam jej to tłumaczyć na prostym przykładzie: "Ty jesteś pełnomleczną czekoladą, a opisujesz siebie jako czipsy. Jeśli chcesz spotkać mężczyznę, który będzie do ciebie pasował, pokaż mu, jaka naprawdę jesteś. W przeciwnym razie będzie chciał czipsy, a ty będziesz je udawała". W ten sposób postępuje wiele samotnych osób poszukujących partnera. Idą na dyskotekę, udając czipsy. Spotykają kogoś, kto lubi czipsy, więc jest cudownie. Szybko jednak okazuje się, że on obchodzi się z nimi jak z czipsami, a nie jak z pełnomleczną czekoladą, jaką w istocie są, więc się rozstają. Bo jako czekolada jestem najlepszą czekoladą pod słońcem, a jako czipsy - najgorszym z czipsów A jeżeli jestem czipsem, a udaję czekoladę, to dostanę mężczyznę, który będzie lubił czekoladę. To proste.

Proste... Tylko dlaczego takie trudne?

E.M.Z.: Bo nikt nas tego nie uczy. W szkole są zajęcia z najróżniejszych przedmiotów, ale na żadnym z nich się nie dowiemy, czym jest prawdziwa miłość. Więc w tej materii całą wiedzę czerpiemy z bajek, filmów i książek. Czego nas uczą? Że miłość przychodzi z zewnątrz, że trzeba sobie na nią zasłużyć, ciągle o nią zabiegać i bardzo wiele dla niej poświęcać. A to nieprawda.

Może nie mamy od kogo uczyć się miłości.

E.M.Z.: Dlatego naszą misją jako terapeutów jest właśnie przekazywać tę wiedzę ludziom, którzy chcą ją przyjąć. Jednak najlepszym nauczycielem miłości jest kryzys. Na przykład zdradza mnie mąż. To jest jak trzęsienie ziemi. Rozpada się moje całe wznoszone latami rusztowanie, odsłaniają skrywane uczucia, prawda o mnie. Oczywiście, pod warunkiem, że sobie na to pozwolę i przyjmę to z wdzięcznością. Inaczej nie skorzystam z szansy na rozwój. To jest właśnie ten moment, w którym mogę nauczyć się właściwie o siebie zadbać.

Jako ludzie jesteśmy świadomi siebie w 4 do 6%. To wierzchołej góry lodowej. (fot. iStock) Jako ludzie jesteśmy świadomi siebie w 4 do 6%. To wierzchołej góry lodowej. (fot. iStock)

Co to oznacza w praktyce?

E.M.Z.: Nie chować zranienia czy strachu, tylko je przeżywać. Nie biec od razu do przyjaciółek, które powiedzą: "Oj, jesteś taka biedna, a z niego niezły drań", tylko zapytać siebie samej: "Czego się boję? Co mu zarzucam?". Bo jest w tym pewna prawidłowość, lekcja: jeśli ktoś mnie opuszcza, to robi to wtedy, gdy podświadomie coś przeciwko niemu mam. Czyli do niego mówię: "Hej, zróbmy coś wspólnie, chodźmy tu albo tam, pobądźmy razem", a jednocześnie narzekam swojej przyjaciółce: "On mnie nigdy nie słucha, nie dba o mnie, zawsze wybiera pracę albo swoich kumpli, jestem mu obojętna". I on to czuje, że niby go akceptuję, ale jednak chcę, żeby był inny, więc odchodzi. Jeżeli bym uważała, że jest dobry taki, jaki jest, wtedy może by został. Co oczywiście nie znaczy, że mam się poświęcać i godzić na wszystko, żeby tylko go zatrzymać. Wtedy też odejdzie. Wyczuje mój strach. Muszę być szczera w stosunku do siebie i w stosunku do niego. Jeżeli on nie jest taki, jaki chciałabym, aby był, jeśli boję się, że odejdzie - muszę zająć się swoim życiem. Jeżeli go ciągle nie ma w domu, powinnam ten czas sobie jakoś wypełnić: nowym hobby, spotkaniami ze znajomymi. W ten sposób związek staje się coraz bardiej autentyczny, a miłość głębsza.

Mówi pani, że jeśli ktoś nas porzuca, to dostajemy lekcję. A co, jeżeli to my kogoś porzucamy? Czy to też lekcja?

E.M.Z.: Oczywiście. Aby ją odrobić, musisz wiedzieć, czy odchodzisz w takim punkcie, w którym zawsze odchodzisz. Czy twoje odejście jest twoją wewnętrzną prawdą, czy ucieczką. Mamy przyjaciela, którego znamy od 15 lat. Zawsze gdy jakaś relacja z kobietą staje się poważna, on z nią zrywa. Jego partnerki o tym nie wiedzą, ale na jego zachowanie ma wpływ pewna drastyczna historia z jego dzieciństwa. Jako mały chłopiec był świadkiem tego, jak matka chciała odebrać sobie życie, by odejść od jego ojca. Inaczej nie umiała go zostawić. Dla tego małego chłopca, który dzisiaj jest dorosłym mężczyzną, związek zawsze wiąże się z dużą dawką strachu. I to jest powód, dlaczego żaden mu się nie udaje. Podobnie jak nasz przyjaciel, wszyscy do każdej nowej relacji wnosimy plecak swoich dawnych historii. Zakodowane w nich lęki i tęsknoty projektujemy na partnera czy partnerkę. I nazywamy to miłością.

Mówimy też czasem: "kocham, ale nie potrafię z tobą żyć".

E.M.Z.: Klasyczna góra lodowa.

Słucham?

E.M.Z.: Jako ludzie jesteśmy świadomi siebie w 4 do 6 %. To wierzchołek góry lodowej. Właśnie te 4% mówią: "kocham cię". Ale cała reszta góry, która skrywa się pod wodą, czyli 96% mówi: "ale nie mogę z tobą żyć". Ta reszta to moje przekonania, dawne doświadczenia i błędne wzorce. Co się dzieje, gdy spotykają się dwie góry lodowe? Widzą jedynie swoje wierzchołki i - dajmy na to - uznają je za atrakcyjne, więc zaczynają się do siebie zbliżać. W końcu tak skracają dystans, ze stykają się ze swoimi podstawami, których nie są świadomi. Bach! Następuje kryzys. A dalej? To zależy od nich. Prawdopodobnie rozstanie. Dzisiaj mamy o wiele więcej możliwości niż mieli nasi rodzice. Szybciej od siebie odchodzimy, bo możemy sobie na to pozwolić, także finansowo. Nasi rodzice myśleli: "Muszę przy nim/przy niej zostać i gdzieś na boku urządzić sobie życie, które będzie mnie satysfakcjonowało". Byli trzydzieści lat po ślubie i tak naprawdę nawzajem się nie znali.

W.Z.: Wytrzymywali ze sobą, tracąc przy tym całą żywotność.

E.M.Z.: Tymczasem po ślubie były tylko wierzchołki ich gór lodowych. O całym dole w ogóle nie mieli pojęcia. Małżeństwo to droga schodzenia w dół tej góry lodowej, a nawet nurkowania pod nią. Na przykład nasze małżeństwo. Zaczęło się klasycznie: jeden wierzchołek poznał drugi wierzchołek. Potem zbliżaliśmy się do siebie, aż nagle doszło do zderzenia podstaw naszych gór. Nastąpiło starcie i rozstanie. Odsunęliśmy się od siebie na bezpieczną odległość i znowu wszystko było w porządku. Ja mogłam powiedzieć: "to jestem ja", mój mąż mógł powiedzieć to samo o sobie. Wtedy coraz więcej dowiadywaliśmy się o sobie samych i bezwiednie coraz bardziej znów się do siebie zbliżaliśmy. Ten proces trwa cały czas. Podstawy naszych gór znowu się ze sobą stykają i zachodzą na siebie, przy czym nieraz zderzają się za mocno - wtedy na chwilę odskakują i znowu się do siebie zbliżają.

Jak w odwiecznym tańcu. Dwa kroku do przodu, jeden w tył...

E.M.Z.: I tak będzie przez całe życie. Im głębiej schodzimy, tym bardziej jest to trudne i coraz więcej jest bolących miejsc.

Moja trenerka fitnessu mówi, że jak nie boli, to nic się nie zmienia.

E.M.Z.: Mądra kobieta. Ma absolutną rację.

Czyli dobry związek musi od czasu do czasu zaboleć?

E.M.Z.: To jest tak jak trenowanie mięśni. Mój mąż to hantel i dzięki niemu mój mięsień staje się coraz mocniejszy. W naszym małżeństwie przeżyliśmy już dwa duże kryzysy, ale dzięki nim teraz mamy o wiele więcej bliskości.

Jak długo są państwo razem?

W.Z.: 20 lat, i wierzymy, że jeszcze wiele wspólnych lat przed nami. Wiele bólu i radosci. Proces poznawania, schodzenia w dół góry lodowej, nigdy się nie kończy.

O Boże! To straszne!

E.M.Z.: Skąd! To cudowne!

W.Z.: Dzięki temu jeden i ten sam związek jest nieustannie podniecający. Nie ma w nim miejsca na nudę czy zmęczenie.

E.M.Z.: Niech pani wyobrazi sobie, że ciągle pokazujemy drugiej osobie tylko jedną i tę samą część siebie. To dopiero nuda!

W.Z.: Dzisiaj nasze małżeństwo nie ma nic wspólnego z tym, jakie było na początku. Jest pełniejsze, dojrzalsze, szczęśliwsze. Ale po drodze bardzo często bolało. I myślę, że w przyszłości też nieraz się zranimy. Z drugiej strony dobrą wiadomość jest to, ze część wspólna, ta poznana, uświadomiona jest coraz większa.

E.M.Z.: Pewna amerykańska terapeutka zajmująca się parami mówi, że była już 12 razy zamężna z tym samym mężczyzną - własnym mężem. Przetrwali 12 głębokich kryzysów i każdy z nich coraz bardziej wzmacniał ich związek. I na tym własnie polega ta cudowna przygoda, jaką jest związek dwojga ludzi.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Od jakich emocji uciekasz będąc w związku?

Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje? (fot. iStock)
Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje? (fot. iStock)
Miłość nie oznacza odczuwania nieustannie tego samego. Jej bogactwo wynika z pozwolenia sobie na przyjmowanie tego, co się pojawia, bez oceniania, co jest dobre, a co złe. Kiedy jesteś świadoma emocji, które wywołuje w tobie partner, masz szansę na poznanie siebie.

Najbliższe nam osoby pełnią dość niewdzięczną rolę: to na nie projektujemy swoją bezsilność, swoje lęki, pustkę i wszystko to, do czego nie chcemy się przyznać. One niejako zgodziły się wyświetlić obraz nas samych, naszych przekonań, tego, w co wierzymy, co sobie wyobrażamy. Właśnie z tego powodu wiele związków się nie udaje albo nie trwają one długo, ponieważ w którymś momencie już nie możemy wytrzymać patrzenia na siebie poprzez partnera, czujemy tyle lęku przed bólem wywołanym niektórymi emocjami, że wolimy odejść, zamiast pozwolić sobie czuć. Dlatego to, w jaki sposób reagujemy na ból wywołany niektórymi uczuciami, pokazuje nam, jak wyglądają nasze relacje.

Powiedz STOP

Zwróć uwagę, jak reagujesz na niechciane emocje: czy pozwalasz sobie poczuć jądro bólu, czy wręcz przeciwnie – kurczysz się i zamykasz? Jeśli denerwujesz się na partnera lub irytują cię niektóre jego zachowania, możesz być pewna, że to upomina się o uwagę emocja, której nie chcesz odczuwać. Kiedy świadomie przyznasz się, że to, co czujesz, jest twoje, możesz otworzyć serce na tego człowieka, a potem na to, co czujesz. I tym samym uzdrowić siebie. Jeśli wpadłaś w sidła wewnętrznego dialogu, w którym krytykujesz cały czas partnera, to najwyższy czas powiedzieć „STOP” i zadać sobie pytanie: Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje?

Cios w czułe miejsce

Jeśli miałabym jednym zdaniem odpowiedzieć na pytanie, jaka jest recepta na szczęśliwy związek, powiedziałabym: „Bądź wdzięczna za to, co jest, a szczęśliwych dni w twoim związku będzie coraz więcej”. Ta prosta rada jest niczym magiczne zaklęcie, które każdy ma w zasięgu ręki. Jednak do momentu, kiedy nie przejmę odpowiedzialności za to, czego doświadczam, będę nieustannie wciągana w te same tryby, schematy będą się powtarzać, to, z czym nie chcę się skonfrontować, będzie domagało się uwagi poprzez stwarzanie okoliczności, w których nie będę mogła więcej przeoczyć uczucia, przed którym uciekam. Jedynym antidotum na tę sytuację jest przyjęcie tego, co czuję, uznanie, że to po prostu chce być zauważone i zaakceptowane. Tylko tyle.

Jeśli na przykład boimy się odrzucenia w związku, wchodzimy w relacje, które nie dadzą nam satysfakcji, albo żyjemy cały czas w lęku przed odrzuceniem. Wówczas partner może swoim zachowaniem zmuszać nas niejako do przyznania się do bólu, ponieważ jeśli chronimy się przed bólem, zawsze otrzymamy cios właśnie w to miejsce.

Ty, on i lęk

Przyjąć to, co czuję, nie oznacza rozpamiętywania starych historii i na ich podstawie tworzenia nowych. Przyjęcie oznacza pozwolenie na odczuwanie bez dołączania złowieszczych treści, przestawienie się na czyste odczuwanie. Mroczne historie przyklejają się do nas wtedy, kiedy to, co czujemy, uznajemy za złe. Wtedy tak naprawdę odrzucamy część siebie. Ale ta część chce na nowo zostać przyjęta, abyśmy mogli stać się całością, oddychać bez wstrzymywania powietrza, żyć bez ciągłego napięcia wynikającego z potrzeby kontroli, zburzyć mur, który wybudowaliśmy z lęku przed pełnym doświadczaniem siebie.

W słynnej książce „Biegnąca z wilkami” Clarissa Pinkola Estés pisze: „Jeśli jesteś w związku z osobą, którą bardzo kochasz, nigdy nie będziecie szli we dwójkę, będziesz w trójkącie: ty, on i lęk”. Dlatego jedyne, czego potrzebujesz, to zaakceptować to, co czujesz, a wtedy emocje, nie tylko lęk, przestaną mieć nad tobą władzę, a ty będziesz gotowa, aby prawdziwie rozluźnić się i otworzyć z ufnością serce na partnera, który już nigdy cię nie zawiedzie.

Dorota Hołówka, prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Czy można być dobrym rodzicem, jeśli samemu nie zaznało się dobrego rodzicielstwa?

Wychowanie to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. (Fot. iStock)
Wychowanie to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. (Fot. iStock)
Bycie dobrym rodzicem będzie wymagać od ciebie należytego dbania o siebie, abyś zachował czujność i nie działał na autopilocie. Właśnie wtedy jesteśmy narażeni na powielenie rodzinnych błędów, postępując w sposób, którego solennie się wyrzekliśmy.

Fragment książki „Matka niedostępna emocjonalnie”

Choć prawdą jest, że większość rodziców, którzy emocjonalnie zaniedbują swoje dzieci lub stosują względem nich psychiczną przemoc, przekazuje dalej to, czego sami doświadczyli, z radością stwierdzam, że na przestrzeni lat wielu spośród moich pacjentów, którzy byli poszkodowani na tym polu, zostało wspaniałymi rodzicami. Większość kobiet, które nie zdecydowały się na macierzyństwo, cierpi na deficyt matki i obawia się, że nie będą wiedziały, jak to się robi. Czasem boją się, że „spaprzą” swoje dzieci tak samo, jak w ich odczuciu same zostały spaprane. (Choć nie zapominajmy, że istnieją inne ważkie powody, dla których ktoś może zdecydować, że nie chce zostać rodzicem). Kobiety żywiące takie obawy zapewniam, że potrafią to zrobić inaczej. Po pierwsze, istnieje coś takiego jak instynkt macierzyński, który przy braku czynników zakłócających włącza się samoczynnie. Znam kobiety, które z zachwytem otworzyły się na energię Dobrej Matki i miłość, spływające na nie, gdy zostały matkami. Po drugie, jesteś zapewne wrażliwsza od swojej matki – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Większość mam, które wypełniają swoją rolę znacznie lepiej od kiepskiego wzorca, jest z natury wrażliwszych i dodatkowo wyczulonych z powodu tego, przez co same przeszły. Chcą mieć pewność, że ich dzieci dostaną to, czego im tak brakowało.

Po trzecie, można się tego nauczyć. I zachęcam do tego. Bycie dobrym rodzicem wymaga dogłębnego zrozumienia poziomów rozwojowych i rozeznania, jak radzić sobie w nowych sytuacjach. Czemu nie skonsultować się z ekspertami: autorami, lekarzami i innymi autorytetami, którzy sprawdzili się jako opiekunowie własnych lub cudzych dzieci?

Jak zauważyłam na początku, jest to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. Nie ulega wątpliwości, że bycie dobrym rodzicem będzie wymagać od ciebie należytego dbania o siebie, abyś zachował czujność i nie działał na autopilocie. Właśnie wtedy jesteśmy narażeni na powielenie rodzinnych błędów, postępując w sposób, którego solennie się wyrzekliśmy. Im bardziej wyzwolimy się spod wpływu dysfunkcyjnej rodziny, tym pełniej zerwiemy z niechlubną tradycją. Choć słyszałam opinie, że dawanie dzieciom tego, co samemu chciało się mieć, ma działanie terapeutyczne, nie zawsze tak jest. Wspomniałam już, że może być trudniej zapewnić to, co drażni twoje czułe miejsca, rozpalając utajony ból.

Spotkałam także wiele kobiet będących wspaniałymi matkami dla własnych dzieci, co jednak ani trochę nie pomogło im zagoić ich własnych „pomatczynych” ran. Wynika to między innymi z naszej złożonej psychicznej struktury – zakapsułkowanych zranionych dziecięcych części, które jako takie nigdy nie będą w pełni wyleczone, jeżeli sami aktywnie nie otoczymy ich matczyną opieką. Tak więc chociaż bycie dobrym rodzicem dla własnych dzieci jest naturalnie czymś, co wspomaga rozwój zdrowej psychicznej konstytucji, to tylko jeden z elementów układanki. Choć zwracam się tutaj bezpośrednio do kobiet, odnosi się to w równym stopniu do mężczyzn będących dobrymi ojcami.

Wytrwać w drodze do uleczenia

Jeżeli zainicjowałeś ten proces i jesteś na drodze do uzdrowienia, wiesz, że to ciężka praca. Gruntowna przebudowa. Przenicowujemy się na tak wielu poziomach: od połączeń w obrębie mózgu limbicznego po sztandarowe przekonania; od koncepcji samego siebie po relacje z innymi; od wywołanego niepokojem ucisku w klatce piersiowej po zdolność kochania, zarabiania pieniędzy i spokojnego przesypiania nocy. Prawdopodobnie proces ten zajmie kilka lat, jeżeli nie kilka dekad. Mówię to otwarcie, choć nie bez obawy, że cię to zniechęci. Lecz byłbyś równie rozgoryczony, gdybyś sądził, że wszystko pójdzie raz-dwa, a tak się nie stanie. Żadna znana mi osoba, która przepracowała swoje „pomatczyne” rany, nie dokonała tego szybko. Ważne więc, aby wyznaczyć sobie umiarkowane tempo, robić przerwy, dostrzegać poczynione postępy i się nimi chlubić.

Nie imituj matki, która nigdy nie doceniała twoich osiągnięć, nie wspominając o ich świętowaniu. Wzrost nie jest procesem liniowym, lecz spiralnym. Te same kwestie będą się w nim przewijać wielokrotnie. Jeżeli dany cykl nie przyniesie żadnej zmiany, to znak, że potrzebujesz większego wsparcia, lecz poza tym nastaw się, że będziesz musiał kilka razy opłakać to, co utracone, odżałować niesprawiedliwości i zaspokoić zignorowane potrzeby. Nie będzie to trwało wiecznie. Proces leczenia idzie swoim tokiem, i chociaż to, że raz porządnie się wypłaczesz, nie zrekompensuje lat tłumionego smutku, przybliży cię do upragnionego celu bardziej, niż mógłbyś przypuszczać.

Dobra Matka rozumie, że proces wzrostu nie jest równomierny i nie wyśmiewa ani nie karci dziecka za przestoje. Ważne, aby mieć dla siebie współczucie i wyrozumiałość. Robimy, co w naszej mocy, i niektóre dni są po prostu cięższe niż inne.

Czy jest możliwe pełne uleczenie?

Choć proces leczenia nigdy definitywnie się nie kończy, ból mija, a poczucie bycia dzieckiem pozbawionym matki może ustąpić całkowicie. Nigdy jednak nie będziemy w stanie ostatecznie zamknąć tego rozdziału, a to dlatego, że nieustannie się zmieniamy. Sam bieg czasu daje nam nową perspektywę i pozwala zdystansować się do przeszłości. W rok czy dwa lata po tym, jak zaleczymy większość ran, będziemy czuć się inaczej niż dziesięć lat później, kiedy przeszłość będzie jeszcze odleglejsza. Głęboki uraz zawsze pozostawia choćby delikatną bliznę: pozostaje przynajmniej wspomnienie rany lub pewna tkliwość. Lecz moc tej rany słabnie wraz z postępami terapii i zmienia się reakcja na podrażnienia tego obszaru. Zamiast dać się usidlić dziecięcym uczuciom za każdym razem, gdy zostaną wyzwolone, uczymy się delikatnie przekierowywać uwagę i pytać wewnętrzne dziecko, czego aktualnie potrzebuje. Umiemy odpowiedzieć na uczucia, zamiast pozwolić, aby nas zniewoliły.

W miarę pracy nad „pomatczynymi” ranami nasza tożsamość również ewoluuje. Ostatecznie nasza historia się zmienia. Nasze życie się zmienia. Czas, aby zmianie uległa również nasza wewnętrzna narracja. Jak powiedziała mi pewna osoba: „Rana pozostała, lecz nie kieruje już moim życiem. Nie definiuje tego, kim jestem”. U tych, którzy zostaną otoczeni opieką przez kogoś, kto zastąpi im Dobrą Matkę, lub potrafią stać się Dobrą Matką dla własnych wewnętrznych dzieci, w miejscu poczucia deficytu matki może pojawić się poczucie dostatku. Możesz czuć się kochany, wspierany i zadbany. Nie, nie możesz cofnąć się w czasie i przeżyć przeszłości od nowa, lecz możesz mieć teraz to, na co zasługiwałeś wtedy. Jak powiedział powieściopisarz Tom Robbins: „Na to, żeby mieć szczęśliwe dzieciństwo, nigdy nie jest za późno”

Psychoterapeutka Jasmin Lee Cori w książce „Matka niedostępna emocjonalni” pomoże ci lepiej zrozumieć twoją matkę i wyleczyć ukryte rany niedostatecznego macierzyństwa. Lektura pomaga zrozumieć m.in.: czym jest „deficyt matki” i dlaczego twoja matka nie była w stanie dać ci w dzieciństwie miłości, jak odnaleźć dziecko w sobie i wypełnić „matczyną lukę”, czym jest zaniedbanie i przemoc emocjonalna i jak sobie z nimi radzić w dorosłym życiu, jak uzdrowić „pomatczyne” rany i zadbać o szczęśliwszą przyszłość dla siebie (i być może dla swoich dzieci).

  1. Psychologia

Odkryj swoje wewnętrzne piękno – 6 kroków do samoakceptacji

– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka Beata Markowska. (Fot. iStock)
– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka Beata Markowska. (Fot. iStock)
Znów jakiś głos w twojej głowie mówi ci, że jesteś za gruba, za stara, niedoskonała? Naucz się z niego śmiać, ignorować go, a czasem konstruktywnie z nim rozmawiać.

Co przeszkadza nam ujrzeć naszą prawdziwą twarz, rozwinąć skrzydła kobiecości? – Brak odwagi, by spotkać się ze swoimi zranieniami. Żeby zrobić miejsce na nową kobietę, trzeba wyrzucić stare ograniczenia – odpowiada Beata Markowska, trenerka rozwoju osobistego.

Jeśli myślisz o sobie: „mam małe oczy, wąskie usta, wydatny nos, cofnięty i w dodatku podwójny podbródek…” – to taka informacja dociera do nieświadomej części ciebie samej i staje się źródłem kompleksów i zahamowań. Oczywiście, nie robisz tego świadomie. Taki komunikat już dawno usłyszałaś od swojej matki, ciotki, przyjaciółki. Przyzwyczaiłaś się myśleć w ten sposób i nawet nie wiesz, że opinia innych stała się twoją własną. Podpowiada ci ją twój wewnętrzny krytyk. Dopóki nie rozprawisz się z jego poglądami, twój nadajnik będzie emitować fałszywy sygnał. Będziesz czuła się źle ze światem, a świat z tobą.

– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka.

Każdy nosi w sobie – mniej lub bardziej świadomie – jakiś ideał samego siebie. Przez całe życie próbujemy sprostać swoim wyobrażeniom. Być takie, jak to sobie wymyśliłyśmy. Dlatego przez długie lata nie zmieniamy naszego stylu ubierania się czy sposobu, w jaki się malujemy. Zamiast trwonić energię na kogoś, kim nie jesteśmy, poświęćmy trochę czasu na to, aby lepiej poznać siebie.

Kim jest ta osoba, którą codziennie widzę w lustrze? O czym myśli, jakie są jej marzenia, potrzeby? Co jest dla niej ważne, co lubi, a czego nie? Tak rzadko dajemy sobie szansę, by się poznać. A przecież w tym wypieranym aspekcie naszej kobiecości tkwi prawdziwy skarb. Nasionko, z którego rozwinie się kwiat.

– Wewnętrzne piękno to samoakceptacja, zgoda na siebie taką, jaką jestem, na sukces taki, jakim go rozumiem, poczucie spełnienia – uważa Beata Markowska. – To siła, która bierze się ze zgody na słabość, świadomość własnych ograniczeń i umiejętność życia z tą wiedzą. Radość, optymizm i szczypta pewności, a może właśnie niepewności siebie.

Ćwiczenia - 6 kroków do samoakceptacji

1. Twarzą w twarz z wrogiem

Przypomnij sobie sytuację, w której źle o sobie myślałaś. Naprzeciwko krzesła, które zajmujesz, postaw drugie. Wyobraź sobie, że siedzisz tam ty sama, chwilę po jakimś zdarzeniu, w którym „nie popisałaś się”. Przyjrzyj się sobie. Jaka jest twoja postawa ciała, gestykulacja, mimika? Powiedz do niewidzialnej siebie, co o niej myślisz. (Możesz położyć na krześle lalkę albo misia, jeśli miałoby ci to ułatwić dalszą część pracy). Powiedz jej, jaka jest beznadziejna. Użyj określeń, którymi zwykle siebie łajasz.

Zaobserwuj, w jaki sposób mówisz, gestykulujesz. Skieruj uwagę na ton głosu i pojawiające się emocje. Zastanów się, kim jest twój wewnętrzny krytyk? Kto traktował cię w taki sposób? Zmień miejsce. Teraz spójrz na swojego krytyka. Co masz mu do powiedzenia? Co chciałabyś zrobić? Czy jest coś, co cię przed tym powstrzymuje?

2. Wyśmiej go!

Bardzo dokładnie wyobraź sobie swojego wewnętrznego krytyka. A teraz zacznij proces nadawania mu niechcianych cech. Najpierw wyciągnij go z jego nory. Jeśli zadomowił się w twojej głowie, wyjmij go stamtąd i przenieś tam, gdzie masz ochotę: na stół, pod krzesło, do kubka po kawie... Bądź kreatywna. Następnie zmień jego głos. Jeśli do tej pory mówił cicho, niech zacznie głośno, a kobiecy sopran zamieni się w męski bas. Może nawet kwiczeć jak świnia, kwakać jak kaczor Donald, piszczeć jak mysz. Możesz jego głos odtworzyć na taśmie, na przyspieszonych lub zwolnionych obrotach. Dobrze także dać krytykowi trochę helu z balonu.

A teraz chwila dla oczu. Zabaw się ze swoim krytykiem w przebieranki. Jeśli to mężczyzna, pewnie niezbyt dobrze będzie się czuł w reformach i wałkach na głowie. Może zrobisz mu trwałą…?

Czas na ubranie. Legginsy czy może raczej baletki? Eksperymentuj, baw się, popuść wodze swojej fantazji. Masz nieograniczone możliwości. Możesz zmieniać do woli całą jego postać. Warunek jest jeden – twój wewnętrzny krytyk ma być śmieszny.

Jak się czujesz po tej krótkiej terapii? Rozbawiona? Dobrze. Następnym razem, gdy twój wróg pojawi się na horyzoncie, przypomnij sobie jego najśmieszniejsze wydanie. Obdarz go najzabawniejszym z głosów i powiedz, żeby powtórzył to, co usłyszałaś przed chwilą. Kiedy przestaniesz się śmiać, zrób to, co chciałaś zrobić.

3. Lubię, nie lubię

Wpisz co najmniej 15 zakończeń następujących zdań: „Lubię siebie za…”, „Nie lubię siebie, bo…”. – Musimy wybaczyć sobie niepowodzenia i unikać wyolbrzymiania swoich wad. Umieć zażartować z nich, a przede wszystkim nie starać się na siłę ich pozbyć – mówi Beata Markowska. – Im bardziej przed czymś uciekamy, tym bardziej to coś nas goni i w efekcie dopada. To brzmi jak absurd, ale jeśli nie damy sobie zgody na bycie nadmiernie obfitą, ze zbyt małym biustem, za to za dużą pupą, nie mamy szans na to, że kiedyś w odbiciu w lustrze zobaczymy atrakcyjną kobietę.

4. Co myślą inni

Przystąp do konfrontacji swoich lęków i ocen z tym, jak jesteś postrzegana przez innych. Wypisz 10 swoich atutów, z czego 5 niech dotyczy ciała, pozostałe intelektu. Według podobnego wzorca wypisz 10 swoich wad. Następnie poproś kilka zaprzyjaźnionych osób, żeby sporządziły podobną listę na twój temat. Sprawdź, w których punktach się rozminęliście i jak bardzo.

5. Pożyczona umiejętność

Poszukaj cechy, której najbardziej ci brak. Może to być coś, czego w sobie nie akceptujesz, a jest ci potrzebne. Znajdziesz ją w osobie, której najbardziej nie lubisz. Wynotuj sobie na kartce: „Nie znoszę jej, bo jest wyniosła, przemądrzała, wyzywająca, bezmyślna, kapryśna…”.

Nie chodzi o to, byś epatowała tą cechą, ale żeby wzbogacić siebie o coś nowego. Na przykład: od zapatrzonej w siebie koleżanki wziąć więcej wiary w siebie, od butnego szefa – umiejętność stawiania granic, od narcystycznej bratowej – więcej dbałości o ciało i troski o wygląd zewnętrzny.

– Może się okazać, że teraz bogatsza o jakąś cechę, nagle zupełnie inaczej spojrzysz na swoje odbicie w lustrze. Dręczy cię fałdka na brzuchu? Jeśli przestaniesz się na niej koncentrować, zwrócisz energię do wnętrza, okażesz sobie zainteresowanie, to pewnego dnia zniknie nie tylko z twojej głowy, ale i z twojego brzucha – tłumaczy trenerka.

6. Wywiad z ciałem

Rozluźnij się... Zapytaj swoje ciało, czy jest zadowolone z właściciela. Czy czuje się dobrze traktowane, zadbane, lubiane. Zagadnij je o potrzeby, pragnienia, oczekiwania. Sprawiaj sobie przyjemności, obdarowuj się prezentami – mogą to być nawet drobiazgi, które sprawią ci radość. Tak przecież postępujesz w stosunku do osób, które cenisz i lubisz. Potraktuj to jako nagrodę za każdy, nawet najmniejszy sukces, jaki cię w życiu spotka.

  1. Psychologia

Zakazany romans – dlaczego kobiety pożądają żonatych mężczyzn?

Choć zakazany owoc jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Choć zakazany owoc jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Zakazany owoc jest słodki i chrupki. Ceną za posmakowanie była utrata raju! A jaka może być cena zakazanego romansu przyjaciółki?

Oscar Wilde mawiał, że najlepszym sposobem na zwalczenie pokusy jest jej ulec – bo kiedy się opieramy, dusza choruje z pożądania, a niedostępne nabiera na atrakcyjności. Justyna w pełni popiera opinię Wilde’a. Od lat podkochuje się w mężach i partnerach przyjaciółek.

– Czasem mam z nimi romanse, czasem nie, ale jeśli kogoś pragnę, podziwiam, uwodzę – to prawie zawsze jest to czyjś mąż. Wolni faceci mnie nie kręcą. Czemu? Nie wiem – wyznaje.

Dziwne? Z pozoru. Antropolog i badaczka ludzkich zachowań, Helen Fisher, w swojej książce „Anatomia miłości” opisała to zjawisko. Fakt, że „cudzy” mężczyźni wydają się kobietom ponętni, nie jest wcale rzadkością, a raczej… normą!

– Pociągają nas mężowie innych kobiet, ponieważ są „sprawdzeni” – mówi Joanna Twardo-Kamińska, seksuolog i psycholog. – Wiele kobiet, widząc, że mężczyzna jest pożądany przez inne, zaczyna uważać go za atrakcyjnego. To ewolucyjna część postrzegania: wydaje nam się, że fajne osoby są na rynku matrymonialnym najszybciej rozchwytywane i tworzą dobre związki.

Bo, paradoksalnie, im bardziej udany związek obserwujemy, tym bardziej pociągający wydaje się mężczyzna. To tak, jakby inna kobieta dawała mu certyfikat wysokiej jakości. Twardo-Kamińska: – Mamy tu do czynienia z mechanizmem projekcji: ponieważ przyjaciółka wybrała danego mężczyznę, to musi coś w nim być. Nie wiemy dokładnie, co to takiego, więc przypisujemy mu cechy pożądane. Idealizujemy.

To fajne, mieć romans z ideałem. A czy można skuteczniej nakarmić kompleksy i poczuć własną atrakcyjność? Zdaniem seksuologa Justynie romanse dają poczucie bezpieczeństwa. Żyje w świecie fantazji i to jej wystarcza. – To, że dziewczyna nie robi kroku dalej i nie myśli o stałym związku, wynika prawdopodobnie z lęku przed bliskością i odrzuceniem – mówi Twardo-Kamińska. Podobnie rasowe łowczynie – są zainteresowane mężczyzną, dopóki go nie podbiją. A żonaci faceci to idealny cel: można ich upolować, skonsumować i pójść dalej. Choć łowczynie wydają się drapieżnymi kocicami bez skrupułów, tak naprawdę są, podobnie jak Justyna, uciekającymi od bliskości, pełnymi lęku rozbitkami. Co można im poradzić?

Twardo-Kamińska: – Najlepiej terapię, dzięki której nauczą się wchodzić w prawdziwe relacje i odkryją, czemu od nich uciekają. Bo kiedy czterdziestka zastanie łowczynię w pustym mieszkaniu, satysfakcja z dotychczasowych trofeów nagle okaże się mniejsza niż poczucie pustki i samotności.

Wbrew wszystkim

Zośka zbliża się do czterdziestki. Przez kilka lat była sama, zraniona po nieudanym związku. Niedawno pojawił się Adam. Powoli i cierpliwie torował sobie drogę do jej serca i łóżka. – To wspaniały mężczyzna, dba o mnie i naprawdę mnie kocha – mówi Zośka. – W łóżku – ideał: czuły, namiętny otwarty na moje potrzeby. W dodatku kręci nas to samo.

Dobrze im razem. Zośka pierwszy raz jest szczęśliwa, a jednak ukrywa ten romans przed światem. A już najbardziej przed najbliższymi. Dlaczego? – Adam jest byłym mężem mojej starszej siostry. Wprawdzie rozwiedli się 15 lat temu, ich dziecko już jest dorosłe, a siostra jest od lat z kim innym, ale moja rodzina i tak wpadłaby w histerię na samą myśl, że sypiam z Adamem. Nikt, dosłownie nikt tego nie zaakceptuje – zwierza się Zośka. Dlatego to sekretny romans. Ale Zośka nie ma zamiaru rezygnować z Adama. Wprost przeciwnie! Desperacko pragnie z nim i sypiać, i żyć…

Zdaniem Twardo-Kamińskiej możemy mieć tu do czynienia z efektem Romea i Julii. – Zjawisko to polega na tym, że obiekt pożądania jest atrakcyjny właśnie dlatego, że stanowi tabu i nie wolno nam się z nim związać – wyjaśnia seksuolog. – Nie mogąc z nim być, pragniemy go z całych sił. Możemy go też idealizować. Nie widzimy jego wad, przypisujemy mu różne zalety, wiele interpretujemy na korzyść. Im bardziej świat staje między nami, tym bardziej pragnienie rośnie. Ono karmi się oporem rzeczywistości.

Zośka łamie swego rodzaju tabu. To może podniecać, dawać zastrzyk energii, nastrajać do walki o „swoje”. Ale czy kochankom się uda? Twardo-Kamińska uważa, że obiektywnie nic nie stoi na przeszkodzie: oboje są wolni, mają poukładane życie, pozamykane poprzednie związki. Nie ma nic złego w tym, że kobieta wiąże się z byłym mężem siostry, jeśli tamta relacja jest zakończona. Co więcej, to mógłby być bardzo udany związek, bo Zośka i Adam znają się od lat, wiedzą o sobie dużo, przyjaźnią się. Odpada więc element niepewności i zaskoczenia. – Ale to może się okazać za mało. Otóż efekt Romea i Julii ma też drugi komponent: kiedy już przełamiemy bariery i jesteśmy razem; gdy wreszcie dane jest nam funkcjonować w związku ze wszystkimi jego blaskami i cieniami, Romeo… rozczarowuje. Dlaczego? Bo okazuje się tylko człowiekiem. Ale przede wszystkim dlatego, że znika przeżywanie tęsknoty i pragnienia – cała emocjonalna huśtawka, która towarzyszyła walce o miłość. A bez tej ekstazy nawet seks, choć udany, staje się równie codzienny jak reszta – podsumowuje seksuolog.

Krzyżowy ogień uczuć

Karina czuje, że się strasznie zaplątała. Ona i jej mąż, Jarek, co roku wyjeżdżali do Włoch wspólnie z zaprzyjaźnioną parą małżeńską. Tak było weselej i taniej. Podczas ostatnich wakacji między Kariną a mężczyzną z drugiej pary zaiskrzyło. I to jak! Nie opanowali tego, nawet nie próbowali – toskańskie wieczory uderzyły im do głów. Ukradkowy, wakacyjny romans przetrwał jesień i zimę. Kochali się coraz bardziej.

– A seks? Seks był naprawdę nieziemski! Pełen pasji i zatracenia w sobie nawzajem, że na samą myśl o nim kręciło mi się w głowie. Nigdy z nikim tak mi nie było, należałam tylko do niego – wspomina Karina. Postanowili być razem. Pierwsze miesiące: ekstaza. A potem… porażka. Pretensje, wyrzuty sumienia, kłótnie i awantury – a do tego obustronne poczucie, że spaprali sobie życie… Nie wytrzymali nawet roku.

– Zadziałała tu odwrócona teoria niedostępności i zasada reaktancji – tłumaczy seksuolog. – Pierwsza: kiedy już coś zdobędziemy, to nam powszednieje i przestaje przedstawiać wartość. Druga: ludzie mają tendencje do zawyżania wartości i podążania za tym, do czego mają utrudniony dostęp. Obie dotyczą nie tylko życia seksualnego, ale także dóbr materialnych... Potrzebujemy odmienności, ekscytacji. Wiele osób nie potrafi docenić tego, co ma i szuka czegoś, co zapewnia silne bodźce.

Bardzo łatwo wpaść w tę pułapkę. Dlatego lepiej się zatrzymać i pomyśleć: „Co z tego, że inny mężczyzna jest bardziej przystojny? Dobry seks to dobra relacja – a tę buduje się latami”.

– Zamiast gonić wrażenia, lepiej jest docenić fakt, że partner też ma wiele zalet, np. jest opiekuńczy, w łóżku uważny, wrażliwy – radzi Twardo-Kamińska.

Dojrzały kochanek

Młodość jest atrakcyjna? Nie dla każdego. Na pewno nie dla Krystyny. Jako 20-latka związała się z dwa razy starszym od siebie kochankiem. – Byliśmy niedopasowani życiowo, co innego nas interesowało, ale łóżko wszystko rekompensowało – opowiada Krystyna. – W sypialni dogadywaliśmy się idealnie. Wprowadzał mnie w świat seksu i dawał mi dokładnie to, czego potrzebowałam. Po prostu uwielbiałam się z nim kochać.

Dziś jest związana z Jackiem, swoim rówieśnikiem – też ma 26 lat. Kocha go, ale… jest zafascynowana jego 40-letnim ojcem! Ilekroć go spotyka, czerwieni się, jąka i spuszcza oczy – jak pensjonarka. To jego twarz i ciało sobie wyobraża, gdy zamyka oczy, kochając się z Jackiem.

Krystyna nie jest wyjątkiem. Kobiety, które pociągają nawet sporo starsi mężczyźni, wchodzą w relacje z młodszymi, bo tak chcą rodzice, tak wypada… Ale nie są szczęśliwe – podziemny strumyczek pożądania płynie w innym kierunku.

– Niektóre koncepcje psychologiczne wiążą fascynacje kobiet starszymi parterami z tzw. deficytem ojca – tłumaczy seksuolog. – Element seksualnej ekscytacji odgrywa tu rolę, ale nie jest pierwszorzędny. Takie dziewczyny uwielbiają towarzystwo starszych mężczyzn, lubią pławić się w ich cieple i opiekuńczości, podziwiać życiową mądrość i doświadczenie. Partner symbolizuje ojca, którego brakowało im całe życie.

– Należy jednak podkreślić, że to tylko jedna z teorii. Część kobiet preferuje starszych partnerów, bo są bardziej odpowiedzialni, dają poczucie bezpieczeństwa i w związku z tym są dla nich atrakcyjni – zaznacza seksuolog.

Co można poradzić kobiecie zapatrzonej w dojrzałych mężczyzn? – Niech wiąże się ze starszymi mężczyznami, jeśli jest z nimi szczęśliwa. Relacje, w których partner jest starszy, nawet dużo, są społecznie akceptowane – uważa Twardo-Kamińska.

Mniejsze zło

Anka ma swój mały sekret: podkochuje się w kuzynie. Niby to tylko krewny drugiego stopnia, ale jednak. – Nie odważyłabym się iść z nim do łóżka – wyznaje Anka. – Ale na samą myśl, że mogłabym się z nim kochać, dostaję gęsiej skórki.

To, czego nie wolno, kręci, ekscytuje i podnieca. Im bardziej zakazane, tym bardziej ekscytujące. Jedni oprą się chętce łamania tabu, ale inni nie. – Silniejszą potrzebę łamania barier mają… grzeczne dziewczynki – uważa seksuolog. – Te, od których przez całe życie wymagano, by były poukładane, miłe i potulne. Te, które zawsze wracały do domu przed 22.00. Mogą odczuwać impuls, by się wyrwać z tego ugrzecznionego świata. Instynkty nie zostają bowiem przez takie wychowanie usunięte, a jedynie wyparte – i pewnie kiedyś dojdą do głosu. Może się to objawiać właśnie pokusą łamania tabu.

Program dla grzecznych dziewczynek? Jeśli chcecie się uchronić przed pokusami robienia czegoś musicie być choć trochę niegrzeczne na co dzień. Bo choć zakazany owoc (a w tym wypadku seks) jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. Może nią być społeczne odrzucenie i samotność, na jaką nas skaże. Dlatego szukajmy wrażeń, łamiąc drobniejsze zakazy. Film tylko dla dorosłych? Dzika przejażdżka motocyklem? Taniec w klubie do rana? To zdrowe sposoby na to, by rozładować napięcie pomiędzy grzeczną a tą dzikszą częścią nas samych.

  1. Psychologia

Zazdrość o partnera? – Przyjrzyj się swoim uczuciom

Zanim zazdrość zatruje na dobre twoje samopoczucie, postaraj się najpierw wykonać kilka ćwiczeń. (fot. iStock)
Zanim zazdrość zatruje na dobre twoje samopoczucie, postaraj się najpierw wykonać kilka ćwiczeń. (fot. iStock)
Jak wygląda twoja zazdrość? Jaką niesie informację? - Rozmowa z trudnymi emocjami może przynieść wiele korzyści. Dlatego, jeśli nie możesz poradzić sobie z odczuwaną zazdrością, spróbuj wykonać poniższe ćwiczenia.

Jeśli odczuwanie zazdrości zaburza twoje dobre samopoczucie, jeśli zbyt dużo czasu poświęcasz na bycie zazdrosną o swojego partnera, przeprowadź mały eksperyment. Pomyśl przez chwilę, jak mogłaby wyglądać twoja zazdrość. Wyobraź ją sobie, nie otwierając oczu. Stoi naprzeciwko ciebie. Przyjrzyj się jej, zobacz, co to za postać. Kobieca czy męska? Ludzka czy zwierzęca? W co jest ubrana? Jaki ma wyraz twarzy, jak się czuje?

Teraz stań na miejscu zazdrości, wciel się na chwilę w tę postać. Jak to jest być zazdrością? Co jako zazdrość chciałabyś sobie powiedzieć? Dlaczego czujesz to, co czujesz? Czego naprawdę potrzebujesz? Kiedy poczujesz, że wyraziłaś wszystko, co było do wyrażenia na ten moment, wróć na swoje miejsce i spójrz na postać, która reprezentuje twoją zazdrość. Czy ma taki sam wygląd? Czy jej wyraz twarzy się zmienił? Czego się nauczyłaś o sobie od swojej zazdrości?

Na koniec ćwiczenia sprawdź, czy czujesz potrzebę powiedzenia czegoś tej postaci. Powiedz jej to i podziękuj za współpracę.

O co tak naprawdę jesteś zazdrosna?

Powiedzmy, że jesteś zazdrosna o czas, jaki twój partner poświęca pracy. Zadaj sobie kilka pytań:

  • Czy mam realny wpływ na to, co robi mój partner? Obiektywnie patrząc – nie, ponieważ to jego wybór.
  • Co zatem mogę zrobić? Mogę zapytać go, czy jest możliwe, by wcześniej wracał do domu, abyśmy mieli więcej czasu dla siebie. Mogę też zająć się swoimi sprawami, szanując jego wybór.

Inny przykład: Jesteś zazdrosna o jego nową koleżankę z pracy, ponieważ to bardzo atrakcyjna osoba i podejrzewasz, że twojemu partnerowi również się podoba. Zadaj sobie kilka pytań:

  • Czy mam realny wpływ na to, kto podoba się mojemu partnerowi? Obiektywnie patrząc – nie, tak samo jak on nie ma wpływu na to, kto mnie się podoba.
  • Co mogę zatem zrobić? Mogę powiedzieć wprost: „Czuję zazdrość, kiedy myślę o twojej nowej koleżance z pracy, czuję obawę, że mógłbyś się z nią umówić”. Mogę się skupić na tym, dlaczego porównuję się do innej kobiety. Dlaczego zużywam swoją energię na rozmyślania, co by było gdyby? Mogłabym zamiast tego wzmocnić poczucie własnej wartości i powiedzieć do siebie kilka miłych słów.

Komu zazdrościsz?

Osoba, której zazdrościsz, pokazuje ci, jak wielki potencjał jest w tobie. Potencjał, którego jeszcze nie odkryłaś, nie przebudziłaś. Kiedy następnym razem uświadomisz sobie, że odczuwasz zazdrość wobec jakiejś kobiety, która jest atrakcyjna i odnosi sukcesy, podziękuj jej w myślach, ponieważ jest twoim lustrem. Projektujesz na nią coś, czego nie dostrzegasz w sobie. Pomyśl o wszystkich osobach, którym czegoś zazdrościsz, i zapytaj siebie, czego dobrego o tobie uczy cię zazdrość.

Dagmara Gmitrzak: trenerka rozwoju osobistego, socjolożka, terapeutka technik holistycznych, autorka książek.