1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ciało ma głos, czyli jak rozumieć mowę ciała?

Ciało ma głos, czyli jak rozumieć mowę ciała?

Często mylimy kłamstwo ze strachem czy poczuciem winy, bo tym emocjom towarzyszy bardzo podobna mowa ciała. (fot. iStock)
Często mylimy kłamstwo ze strachem czy poczuciem winy, bo tym emocjom towarzyszy bardzo podobna mowa ciała. (fot. iStock)
Jak rozpoznać kłamcę? Co oznacza czyjś grymas? Czego możemy się nauczyć od Jamesa Bonda? Psycholog Natalia Hofman tłumaczy, jak prawidłowo czytać mowę ciała, żeby nie przypominało to wróżenia z fusów. 

Widzimy się po raz pierwszy. Przed nami godzina rozmowy. Jeśli przez ten czas chciałabym dowiedzieć się czegoś o pani, obserwując pani mowę ciała, jak mam się do tego zabrać?

Godzinna obserwacja mowy ciała nie powie zbyt dużo na temat osobowości rozmówcy. W najlepszym razie można się zorientować, jak on się czuje podczas rozmowy, jak jest do niej nastawiony, czy zgadza się z tym, co pani mówi, czy wzbudza pani jego sympatię... Ale lepiej nie bawić się we wróżkę i nie wyciągać pochopnych wniosków na podstawie jednego gestu. Pojedyncze elementy mowy ciała nie powinny być analizowane w oderwaniu od reszty.

Nawet mikroekspresje? Podobno jeden taki grymas może nam powiedzieć dość dużo na temat odczuć drugiej osoby.

To prawda. Mikroekspresje to grymasy, które trwają średnio od 1/25 sekundy do 1/5 sekundy i zdradzają prawdziwe emocje. Pojawiają się jako pierwsze w reakcji na jakieś zdarzenie lub czyjeś słowa. Dopiero potem możemy próbować udawać, że czujemy coś innego - maskować smutek czy złość uśmiechem. Czołowy badach mikroekspresji - Paul Ekman, pionier psychologii behawioralnej, wyróżnił siedem emocji podstawowych: radość, strach, gniew, pogardę, wstręt, zaskoczenie oraz smutek i opisał ich mikroekspresje. O radości świadczy jednoczesne uniesienie kącików ust i kącików oczu. Aktywują się wtedy dwa mięśnie: jarzmowy większy i okrężny oka. Tego drugiego zwykle nie udaje się pobudzić, gdy uśmiechamy się nieszczerze. Niewiele osób potrafi też świadomie podnieść wewnętrzne końcówki brwi co razem z rozciągniętymi ustami, dolną wargą wypchniętą to góry i lekko opadającymi kącikami ust świadczy o smutku. Z kolei opadnięta szczęka, uniesione brwi i szeroko otwarte oczy to oznaki zaskoczenia, a zwężenie ust i opadnięcie brwi - gniewu. Podniesione i ściągnięte brwi, podniesione górne powieki i napięte dolne, rozciągnięte usta i cofnięty podbródek to strach, a zmarszczenie nosa i uniesienie górnej wargi - wstręt. Jedyną asymetryczną emocją jest pogarda - gdy ją odczuwamy, jeden kącik ust idzie w górę.

Kiedy oglądałam serial "Magia kłamstwa", główny bohater, inspirowany właśnie postacią Ekmana, często filmował rozmówców, których chciał "odczytać", potem oglądał nagranie, zatrzymując je w najważniejszych momentach, by wychwycić mikroekspresje. Czy bez pomocy kamery też można to zrobić?

Tak, pod warunkiem, że ktoś szkolił się w tym kierunku i na co dzień się tym zajmuje. Ekman uczy m.in. strażników na lotniskach rozpoznawać osoby, które mogą być terrorystami.

Czego szukają w twarzach pasażerów?

Mieszanki niepokoju i strachu. Strażnicy mają obserwować z boku pasażerów, wyłapywać te konkretne emocje, podchodzić do osób, u których je zauważą, i podczas rozmowy oceniać, czy rzeczywiście istnieje ryzyko zamachu. Większość z na miałaby jednak problem ze świadomym i prawidłowym odczytywaniem mikroekspresji. O wiele łatwiej będzie nam dowiedzieć się czegoś o drugiej osobie, obserwując całe grupy sygnałów wysyłanych przez jej ciało: postawę, ułożenie rąk, nóg, ruch. Dopiero jeśli składa się to w całość, można snuć jakieś przypuszczenia. Na przykład zauważyłam, że od dłuższego czasu pani ciało na różne sposoby pokazuje otwartość i chęć współpracy. Natomiast był moment, kiedy pocierała pani dłonią o dłoń, co mogło świadczyć o tym, ze coś panią zestresowało, bo takie pocieranie czy głaskanie siebie jest formą dodania sobie otuchy.

Mogłam też poczuć swędzenie...

No właśnie. Dlatego kiedy zaobserwujemy jakiś ruch, zawsze musimy zadać sobie pytanie, co mogło go sprowokować. Czy jest jakiś inny sygnał, np. obgryzanie ust, zaczerwienienie twarzy, drżenie rąk, który pozwala podejrzewać, że rzeczywiście się pani zdenerwowała. Natomiast ważne jest to, że nastąpiła pewna zmiana w zachowaniu. To właśnie na nią powinniśmy zwrócić uwagę, jeśli chcemy wyciągnąć wnioski z mowy ciała.

Weźmy na przykład negocjacje - siedzimy przy stole, dłonie trzymamy na blacie, jedna leży na drugiej, filiżanki z kawą ustawiliśmy po swojej prawej stronie i nagle, kiedy pada jakaś propozycja, nasz rozmówca bierze filiżankę z kawą i dostawia ją na lewo, czyli zamyka się. To sygnał, że oddaliliśmy się od porozumienia i warto coś zmodyfikować lub wyjaśnić. Oczywiście dużo łatwiej jest wyłapać zmiany u osoby, którą znamy i wiemy, jaka jest jej tzw. indywidualna norma. Jeśli na przykład koleżanka na co dzień często przerzuca włosy z jednej strony na drugą czy bawi się nimi, to potem, jeśli wykona taki ruch podczas spotkania, nie ma sensu wyciągać z niego daleko idących wniosków.

Na co powinnam zwrócić uwagę, jeśli chciałabym określić czyjąś indywidualną normę?

Na to, czy zwykle ta osoba jest wyprostowana czy przygarbiona, czy utrzymuje kontakt wzrokowy czy nie, jak szybko mówi, czy dużo gestykuluje, jaki gest wykonuje najczęściej i czy podczas rozmowy bawi się różnymi przedmiotami.

Najczęściej zależy nam chyba na odczytaniu mowy ciała drugiej osoby, gdy chcemy dowiedzieć się, czy kłamie. Jak to rozpoznać?

Agenci FBI są uczeni, że mogą podejrzewać kłamstwo, jeśli w ciągu pięciu sekund od zadania pytania zaobserwują dwa (lub więcej) sygnały werbalne lub niewerbalne, które świadczą o tym, że ktoś mija się z prawdą. Dla kłamstwa charakterystyczne jest m.in. uniesienie dłoni do twarzy - nosa lub ust: zakrywanie ich, przykładanie do nich palców, pocieranie. Może pojawić się też przecieranie wewnętrznych kącików oczu, chrząkanie i wiercenie się. Ważna jest też ta zmiana, o której mówiłam, na przykład ktoś, kto szybko odpowiadał na pytania, nagle robi pauzę, wciąga powietrze i odchyla się na krześle. Wtedy możemy podejrzewać, że coś jest nie tak... Czy chce skłamać? Wiele zależy od kontekstu. My teraz rozmawiamy o komunikacji i rozmowa wartko się toczy, ale gdyby mnie pani zapytała, ile to jest pierwiastek z siedmiu podzielony przez dwa, może właśnie zareagowałabym w taki sposób, jak opisałam. Nie dlatego, że chcę skłamać, tylko dlatego, że pytanie jest dla mnie trudne. Zastanawiając się nad tym, czy ktoś mówi prawdę, musimy też uważać, by nie popełnić błędu Otella.

Na czym on polega?

Na tym, że mylimy kłamstwo ze strachem czy poczuciem winy, bo tym emocjom towarzyszy bardzo podobna mowa ciała. Dlatego radzi się szefom, którzy wzywają pracowników na dywanik, by najpierw zadbali o dobrą atmosferę, zaczęli od tematu, który nie jest związany z pracą, powiedzieli coś miłego, pochwalili, a dopiero potem zadawali ważne pytania.

W jaki sposób możemy modyfikować swoją mowę ciała, żeby ukryć zdenerwowanie podczas ważnej rozmowy?

Warto oglądać filmy o Jamesie Bondzie, który jest symbolem opanowania i pewności siebie. Nie śpieszy się, nawet jeśli na rozbrojenie bomby ma trzy minuty. Utrzymuje kontakt wzrokowy, uśmiecha się, zachowuje się zgodnie z zasadami etykiety. Starajmy się robić to samo. Kiedy siedzimy, dłonie trzymajmy na blacie, nie ustawiajmy pomiędzy nami a rozmówcą żadnych barier, takich jak szklanki czy filiżanki. Jeśli w chwili zdenerwowania drżą nam ręce, możemy zabrać ze sobą teczkę i trzymać ją podczas spotkania albo wziąć w dłonie filiżankę z kawą. Wychodząc, odwróćmy się, powiedzmy do widzenia i uśmiechnijmy się, żeby rozmówca na koniec zobaczył naszą twarz, a nie plecy. Natomiast wcześniej powinniśmy to wszystko wiele razy przećwiczyć.

A co z tzw. postawami czy gestami mocy? Amerykańska psycholog Amy Cuddy zrobiła badania, z których wynika, że stanie na szeroko rozstawionych nogach z rękami uniesionymi tak, by tworzyły literę "V" czy z rękami na biodrach obniża poziom kortyzolu i podnosi poziom testosteronu, a co za tym idzie zwiększa pewność siebie.

Nie znam badań, które podważyły teorię Amy Cuddy, a na podstawie własnego doświadczenia oraz obserwacji i relacji osób, które uczestniczyły w prowadzonych przeze mnie warsztatach, uważam, że postawy, które przyjmują zwycięzcy lub osoby mające poczucie władzy, dodają pewności siebie tym, którzy czują się niepewnie. Prawdopodobnie także dlatego, że wiele osób, które słyszało o pozycjach mocy, uwierzyło w ich działanie. Można to porównać do sytuacji, gdy cofamy się do domu, bo czegoś zapomnieliśmy. Są osoby, które uważają, że to przynosi pecha, więc by odczarować los, siadają na chwilę. To obniża ich poziom stresu. Największą moc ze wszystkich sygnałów, jakie wysyła ciało, ma uśmiech. Pobudza produkcję endorfin i sprawia, że inni ludzie zaczynają czuć do nas sympatię.

 

Natalia Hofman - psycholog, specjalistka od mowy ciała i rozpoznawania kłamstwa oraz certyfikowana przez Paula Ekmana ekspertka z zakresu odczytywania mikroekspresji. Prowadzi szkolenia z wykrywania kłamstwa.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Oczy mówią o nas najwięcej, niczego nie ukryją – przekonuje Wojciech Eichelberger

Każdy zna powiedzenie, że oczy są zwierciadłem duszy. Dlatego warto nauczyć się jak w nie patrzeć. (fot. iStock)
Każdy zna powiedzenie, że oczy są zwierciadłem duszy. Dlatego warto nauczyć się jak w nie patrzeć. (fot. iStock)
Ze spojrzenia można wyczytać naszą przeszłość i przepowiedzieć przyszłość. A to dlatego, że to, co przeżyliśmy, ukształtowało wyraz naszych oczu, ale też wpływa na to, co nas spotka w przyszłości. Z tego determinizmu możemy się wydostać, pod warunkiem jednak, że spojrzymy prawdzie o sobie prosto w oczy. Jeśli chcemy być szczęśliwi, warto też, byśmy wiedzieli, dlaczego nikt nie jest tak samotny jak Narcyz i dlaczego nie warto się wstydzić – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Można czytać z naszych oczu jak z otwartej książki czy to tylko poetycka metafora?
Tak, można, bo trudno oczy zmusić do udawania. Choć gdy w dzieciństwie jesteśmy nadmiernie kontrolowani i zmuszani do konspiracji, ukrywania prawdy, to jako dorośli potrafimy kłamać w żywe oczy. Jeśli najbliżsi nas zawiedli i sprawili masę bólu, nasze oczy stają się puste i milczące. Jeśli nas zawstydzano i upokarzano, oczy stają się ciężkie jak kule bilardowe, wiecznie spadają w dół, nie sposób ich podnieść. Uciekają przed wejrzeniem innych oczu, by skryć wmówioną nam winę czy hańbę. Gdy w dzieciństwie nie dostaliśmy miłości, która nam się z urodzenia należy, to oczy wyrażają głód i bolesne oczekiwanie. Jeśli doznaliśmy wiele przemocy, oczy staną się twarde i nieobecne, znieruchomieją w wyrazie gniewu i pogardy – i już nigdy nie zapłaczą. Jeśli dojrzewaliśmy pod nadopiekuńczym kloszem, doświadczając jedynie jasnej, różowej i łagodnej warstwy życia, to nasze oczy nabiorą wyrazu zdezorientowanego dziecka. Jeśli mamy powody, by wycofać się z tego świata do bezpiecznej przestrzeni myśli i marzeń – oczy staną się mętne i nieobecne, jakby zwrócone do wewnątrz. Oczy wyrażają najmocniej emocjonalnie przeżyte, formatywne wątki i epizody naszej biografii. Dlatego nazywamy je zwierciadłem duszy.

Jest w nich coś więcej. Zakochałam się w moim przyszłym mężu, kiedy tylko zobaczyłam jego zielone oczy.
Zakochałaś się więc od pierwszego wejrzenia. Zapewne wejrzałaś, czyli głęboko zajrzałaś w głąb jego duszy przez te zielone oczy. Najwidoczniej wejrzenie to obiecywało coś, czego, nie wiedząc o tym, długo szukałaś. Czy kolor oczu odegrał w tym jakąś rolę – trudno powiedzieć. Wyraz oczu wydaje się w tych sprawach ważniejszy. Barwa tęczówki to tylko kolor drzwi wejściowych. On może nam, oczywiście, coś mówić o mieszkańcu domu – ale może też zmylić. Najprawdopodobniej jednak zdecydowała jakaś twoja nieświadoma asocjacja związana z tym kolorem. Pewnie kiedyś, dawno, jeszcze w kołysce albo w poprzednim życiu, zobaczyłaś takie oczy patrzące na ciebie z radością, miłością i zachwytem. Lub też zobaczyłaś w jakichś ważnych dla ciebie zielonych oczach rezerwę, dystans i chłód. Może podjęłaś wtedy decyzję – o której później całkowicie zapomniałaś – że kiedyś jeszcze rozkochasz w sobie takie zielone oczy.

A może właśnie zielony kolor kojarzy się nam z miłością?
Na pewno z rodzącym się życiem, a życie rodzi się przecież z miłości. Jak już powiedziałem, najistotniejszy jest wyraz oczu i coś, co odbieramy w kategoriach jasne – ciemne. Dla większości ludzi to, co niezależnie od koloru oczu nazywamy jasnym spojrzeniem, jest pociągające, bo pozwala przeczuwać, że ta osoba ma jasno w duszy, że jest wewnętrznie rozświetloną istotą, która z zachwytem patrzy na świat. Jasne, szeroko otwarte, zachwycone i zadziwione światem, nieznające krzywdy ani straty to wzruszające nas oczy niemowlęcia. Żeby dorosły człowiek mógł tak patrzeć na świat, musi uwolnić serce i umysł od gniewu, chciwości, lęku i wstydu, od fałszywych przekonań na temat świata i siebie. Bo jasne oczy ma ten, kto ma otwarty, niedogmatyczny, czysty umysł – w żaden sposób do świata nienastawiony, który każdą chwilę odbiera jako nową i jedyną w swoim rodzaju, cudowną. No ale takich ludzi jest na świecie niewielu. Więc jeśli ktoś nie jest w takim stanie umysłu, ale ma jasny kolor oczu, to nas może nieźle...

...nabrać!
Całkiem niechcący. Analogicznie i stereotypowo uważa się, że ciemny kolor oczu wiąże się z depresyjną, czarną wizją świata. Ale tu znowu nie chodzi o kolor, lecz o trudno uchwytną jakość spojrzenia: jasność versus ciemność. Gdyby kolor miał świadczyć o depresji, to ciemnookie, ale przecież jakże radosne, ludy południowej półkuli gremialnie cierpiałyby na depresję. Chyba większość Polaków też ma ciemne oczy, lecz raczej nie ma ciemnego spojrzenia. Przecież większe kłopoty z depresją mają jasnoocy nordycy. Ale poza – a raczej ponad – różnicami w kolorze oczu oraz w ich kształcie mamy coś wspólnego wszystkim, coś łączącego nas ze wszystkimi ludźmi i innymi istotami posiadającymi oczy. Chodzi o źrenicę – czarną, intrygującą, nieodgadnioną. To przez nią tak naprawdę zaglądamy do wnętrz naszych dusz, a być może do przeczuwanej wspólnej duszy.

Jak się ten wgląd w duszę poprzez oczy odbywa?
W większości wypadków zupełnie podświadomie. Każdy z nas ma doświadczenie z tysiącem oczu. Bo wszędzie tam, gdzie są ludzie – kiedy wsiadamy do autobusu, wchodzimy do biura, do sklepu, na imprezę – pierwszą rzeczą, jaką odruchowo potrzebujemy zrobić, jest spenetrowanie stanu oczu obecnych tam ludzi. To superważna informacja o intencjach i emocjach grupy, do której wchodzimy: czy są spokojni, czy są agresywni, czy są zdystansowani, czy są otwarci. Ponieważ w naszych mózgach mamy fantastyczną bazę danych na temat wszystkich napotkanych w życiu oczu, więc wynik wyświetla się w ułamku sekundy. Często nie rejestrujemy go świadomie. Mamy tylko niejasne wrażenie lub przeczucie.

Psychoterapeutów uczy się czytania z oczu?
Nie trzeba się tego uczyć. To nasze dziedziczone od milionów lat wyposażenie. Praca terapeuty tylko wyostrza i usprawnia to szczególne narzędzie. Po wielu latach takiej pracy, polegającej w dużej mierze na byciu w dobrym kontakcie z ludźmi, na pewno uważniej obserwuję ludzkie oczy i więcej informacji z tego czerpię.

Podobno reakcja źrenic jest nie do zakłamania. Z wielu badań wynika, że źrenice zwężają się, kiedy nie lubimy tego, na co patrzymy, albo kiedy weźmiemy narkotyki itp. środki. Rozszerzają się, kiedy widzimy to, co nam się podoba, jesteśmy szczęśliwi albo podnieceni. I dlatego kobiety kiedyś zakrapiały oczy belladonną, by mieć „sympatyczniejsze” źrenice.
„Sympatyczniejsze”, czyli nadające komunikat: otwieram się na ciebie, fascynujesz mnie, zachwycasz, proszę, jeszcze, jeszcze więcej ciebie! Jedna para takich oczu w audytorium pełnym słuchaczy może dodać wykładowcy skrzydeł. W innych sytuacjach patrzenie drugiej osobie uważnie i głęboko w oczy może się okazać spotkaniem bardziej intymnym i pochłaniającym niż seks. Tylko trzeba wytrzymać, przekroczyć granicę układności i zdecydować się na jazdę bez trzymanki. Polecam. Bo ani słowa, ani gesty nie wyrażą złożoności i intensywności naszych uczuć i pragnień lepiej niż oczy. Nawet najlepsi poeci nie są w stanie znaleźć odpowiednich wyrazów.

Zostać zobaczonym to w dzisiejszych czasach pragnienie coraz większej liczby ludzi.
Niestety, rzadko dane jest nam spotkać ludzi, którzy, gdy patrzą, to widzą. Spotkanie z kimś takim jest poruszające. Zostać zobaczonym i usłyszanym to w dzisiejszych czasach pragnienie coraz większej liczby ludzi. Nazbyt często dorastamy w klimacie chaotycznych, pospiesznych, powierzchownych kontaktów z ważnymi dla nas osobami. Zabiegani, przepracowani i zestresowani bliscy nie są w stanie dać nam wystarczająco dużo czasu i uwagi. Więc gdy w gabinecie psychoterapeuty siadamy naprzeciwko kogoś, kto się nie spieszy, widzi nas i słyszy, to czasami niewiele więcej trzeba, byśmy odzyskali poczucie wartości i spokoju. Przecież: „Mamo! Tato! Popatrz! Popatrz!” – to chyba najczęściej wypowiadana przez dzieci prośba. Warto pamiętać, że tam, gdzie spoczną choćby na parę chwil nasze jasno patrzące, rozszerzone, zachwycone źrenice, tam rodzi się miłość i spokój.

Czyli kiedy nie jesteśmy widziani, czujemy się tak, jakby nas nie było?
Gdy dorastamy, potrzebujemy dobrych oczu innych ludzi, by odbijać się w nich jak w lustrze. By dowiadywać się, że jesteśmy i że jesteśmy na tyle ważni, aby inni chcieli kierować na nas od czasu do czasu uważne spojrzenie. Bo tylko oczyma możemy coś/kogoś zauważyć, czyli uznać za ważnego i zarazem uczynić ważnym.

Dlaczego to takie trudne i takie rzadkie patrzeć na kogoś tak, żeby go widzieć? Przecież wszyscy na siebie wciąż patrzymy.
Patrzymy, ale byle jak. A najbardziej byle jak patrzymy na ludzi, których znamy. By naprawdę widzieć innych, niezbędna jest postawa otwartej życzliwości i uważności, świadomość, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Więc także osoba, którą znamy i spotykamy codziennie, każdego dnia jest inną rzeką, inną osobą. Wszystko się nieustannie zmienia: nasze twarze, nasze ciała, nasze umysły, nasze uczucia i pragnienia. Najmniej zmieniają się oczy. Ale nigdy dość uwagi, by na zawsze nie zamrozić bliskiego człowieka w postaci sprzed lat.

„Patrzycie, a nie widzicie” – te słowa Jezusa dotyczą więc także naszych relacji z drugim człowiekiem. A oczy służą do tego, by widzieć.
Ale też do tego, aby nie widzieć, by widzieć tylko to, co chcemy lub spodziewamy się zobaczyć. Jezus zwraca uwagę na to, że nie wystarczy patrzeć, aby widzieć, że aby zobaczyć świat, tak jak On go widział, trzeba spojrzeć oczyma niewinnego, czyli niezaprogramowanego, zachwyconego dziecka. A to znaczy wywalić z umysłu stare, dziedziczone od niezliczonych pokoleń emocjonalne klisze, racjonalne filtry i przyjęte na wiarę przekonania, które interpretują nam wszystko, na co patrzymy, jeszcze zanim skierujemy tam oczy. Oczy widzą to, co jest, ale nasze zaprogramowane mózgi selekcjonują i zniekształcają te dane. Trzeba dużo odwagi i determinacji, aby się przez to przebić, a potem utrzymać mózg na wodzy. Budzimy się wtedy w raju, odkrywając z ulgą i wzruszeniem, że nikt nas z niego nigdy nie wypędził, lecz to my tylko zapadliśmy w długi koszmarny sen.

Przekonuje się nas dzisiaj, że mamy być ważni i uważni tylko sami dla siebie. Że nie liczy się to, czy inni nas widzą i jak nas widzą. Ale z tego, co mówisz, wynika, że bycie zauważonym przez ważnego innego to podstawa naszego poczucia istnienia i poczucia bycia kimś ważnym.
Tak. To bardzo istotny wymiar naszego dorastania i dojrzewania. Ale gdy jesteśmy już dorośli i jakoś ukształtowani, to warto się zmierzyć z tym, że nikt nas nie będzie zauważał. Dzięki temu uzyskamy wiarygodne świadectwo autonomii, niezależności i dojrzałości, odkryjemy bowiem, że nasza wartość jest niezależna od tego, jak odbijamy się w umysłach innych ludzi, a także we własnym – że jest immanentna, nierozłączna z naszym istnieniem. Jeśli jednak w dzieciństwie potrzeba bycia zauważonym została kompletnie stłumiona, to będziemy starać się ją zaspokoić w naszym dorosłym życiu – co stanie się powodem wielu rozczarowań, konfliktów z otoczeniem i cierpień. Bo nieustannie będziemy domagać się uwagi innych dorosłych. A dorośli innym dorosłym nie mogą i nie chcą dostarczać tego, czego nie byli skłonni ofiarować nawet własnym dzieciom, tym bardziej że w świecie dorosłych obowiązuje zasada partnerstwa i symetrii.

Kim tak naprawdę są zapatrzeni w siebie ludzie? Kim jest narcyz?
Narcyz tylko śni sen narcyza. W istocie niczego mu nie brakuje. Zapatrzył się na siebie, ponieważ nie patrzono na niego wtedy, gdy było to dla niego bardzo ważne. Albo patrzono w sposób, który dawał mu fałszywe odbicie – zbyt dobre albo zbyt złe. Więc nie miał wyjścia – aby zdobyć pozycję w ludzkim stadzie, musiał wynieść siebie najwyżej, jak się dało. Z braku innych, którzy winni mu byli pełne niekłamanego zachwytu zauważenie, zakochuje się sam w sobie, w stworzonym przez siebie wizerunku, i rozpaczliwie usiłuje przekonać do niego innych, a nawet wzbudzić ich zachwyt. W głębi serca boleśnie tęskni za spotkaniem z pozbawionym założeń, nastawień, oczekiwań oraz przeniesionych skądinąd emocji, rzetelnym lustrem, czyli za spokojnymi, uważnymi, cierpliwymi, kochającymi oczami o lekko poszerzonych źrenicach. Nie znajdzie ich już w świecie dorosłych. Zaś wypracowanym w pocie czoła zachwytem i poklaskiem dla swojej autokreacji nie może się nasycić, bo nie potrafi zapomnieć, że jest ona wielką ściemą. Jeśli jednak kiedyś bardzo zechce odnaleźć zapomnianego siebie, to z radością ujrzy, że jego prawdziwa twarz istniała także wtedy, gdy jego rodziców jeszcze nie było na świecie.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Twoja relacja z ciałem - czy dobrze się w nim czujesz?

Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jaki jest najbardziej niedoceniany naturalny zasób na ziemi? Nasze ciała. Mają niemal nieludzką cierpliwość. Znoszą to, że je źle karmimy, krytykujemy ich wygląd, wyczerpujemy do granic możliwości pracą. O ile mniej stresująco by się nam żyło, gdybyśmy zawarli z nimi pokój i zaczęli traktować je, jak żywe, czujące istoty, którymi przecież są – mówi Caroline Carey, trenerka Movement Medicine.

Ciało może być zasobem w walce ze stresem?
Podstawowym. Ale nie podoba mi się tak sformułowane pytanie. Rozumiem, że to terminologia coachingowa, ale mimo wszystko wolałabym rozmawiać o ciele jako jednym z najcenniejszych darów, jakie otrzymaliśmy, przychodząc na świat. Mówienie o zasobach za bardzo przypomina eksploatację, czyli to, co zwykle z ciałem robimy. Uważamy je za oczywistość, coś, co ma nam służyć. Myśląc w ten sposób, dajemy sobie prawo, by je wykorzystywać, a w rezultacie nadużywać go, zupełnie jakby było czymś podrzędnym, od nas niezależnym, a nie żywym, czującym tworem, najbardziej oczywistą częścią nas samych.

Myślałam o tym, jak mało we mnie wdzięczności dla mojego ciała. Zmuszam je do pracy, źle je karmię, nie śpię tyle, ile powinnam. A ono cały czas mi służy.
Traktujemy ciało tak, jakby było niezniszczalne. Nie szanujemy go. Podobnie zresztą postępujemy z Ziemią. Dla mnie to się łączy. Sprzyja temu nasza konsumpcyjna kultura, ale przede wszystkim antropocentryczne podejście. Fakt, że człowiek stawia siebie ponad wszystkimi innymi istotami, a ducha nad materią – ciałem. Głowa, czyli rozum, rządzi wszystkim i widać, do czego to prowadzi. Zasoby są na wyczerpaniu. Szczególny wpływ na nasz stosunek do ciała ma religia. Wychowałam się w Irlandii i choć byłam protestantką, chodziłam do katolickiej szkoły. Tam słyszałam, że ciało jest siedliskiem żądz, czyli zła, grzechu, że mam je zakrywać, by nie kusić chłopców. Moja mama była pruderyjna, nie rozmawiała ze mną o kobiecej fizjologii, seksualności. Jak wiele dzisiejszych kobiet wyrosłam w poczuciu wstydu, winy, strachu przed własnym ciałem i jego chęciami. Dziś to nieco złagodniało, ale nadal ciało jest jedynie mniej ważnym opakowaniem dla ducha.

Mam wrażenie, że dziś przesadzamy w drugą stronę, bo opakowanie zdaje się ważniejsze niż zawartość. Należy za wszelką cenę mieć ciało młode, gładkie, jędrne, szczupłe...
Coś jednak łączy te pozornie sprzeczne podejścia: w obu ciało traktowane jest przedmiotowo. Na skutek takiego myślenia większość ludzi jest od ciała odcięta i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Sama doświadczałam tego przez lata. W dzieciństwie byłam molestowana seksualnie przez dziadka. Nie umiałam sobie poradzić z sytuacją, więc uciekałam z ciała, odcinałam się od uczuć i żyłam w świecie fantazji. Całe szczęście uwielbiałam też tańczyć i jeździć konno. Dzięki temu zachowałam jednak jakiś kontakt z ciałem, ale nie w sensie połączenia ze swoją kobiecością, zmysłowością, uczuciami. Ta sfera cielesności była dla mnie zakazana, zbrukana. Długie lata pracowałam, by odzyskać dostęp do samej siebie.

Co pomogło?
Przede wszystkim praca z ciałem. Szczególnie taniec, który w bezpieczny sposób pomógł mi wyrazić te trudne uczucia, których w dzieciństwie nie umiałam ogarnąć i uwolnić się w ten sposób od poczucia winy. Teraz prowadzę tą drogą innych. Ludzie zwykle odcinają się od ciała, bo boją się swoich reakcji emocjonalnych, przez co tracą zupełnie połączenie z tym, co się w nich dzieje. Stąd między innymi tak wielka popularność horrorów czy sportów opartych na adrenalinie. Ludzie przekraczają próg strachu czy nawet bólu, byle tylko poczuć cokolwiek. Przecież żyć to znaczy czuć.

Niektórym się wydaje, że żyć to znaczy myśleć...
Serdecznie takim osobom współczuję. Radość życia to przede wszystkim doznania fizyczne. Możemy je poczuć tylko poprzez ciało. W szkole baletowej uwielbiałam tańczyć polkę, wirować coraz szybciej, by potem zatrzymać się i czuć, jak w moim ciele wszystko tańczy, serce bije jak szalone, energia krąży. To było ekstatyczne doznanie, którego nie rozumiałam. Dopiero później dowiedziałam się, że podczas intensywnego ruchu mózg wydziela endorfiny, nazywane hormonami szczęścia. Mamy to doznanie w zasięgu ręki.

Tyle że nie zawsze o tym pamiętamy. Ostatnio miałam prowadzić zajęcia ruchowe, a byłam bez energii. Bałam się, że nie dam rady. By sprawdzić, ile czasu zajmą ćwiczenia, zaczęłam sama je robić. I w cudowny sposób wróciły mi siły. Rozbawiło mnie to. Przecież wiem, że ruch tak działa, a tak trudno mi było się przełamać...
Tak już mamy, że kiedy jesteśmy w dołku, wolimy raczej się położyć, niż energicznie maszerować po pokoju... Ja wypracowałam sobie taki odruch, że kiedy jestem zmęczona albo nie potrafię sobie emocjonalnie dać z czymś rady, biegnę do ogrodowej jurty i tańczę. Wyrzucam z siebie to, co mnie boli, całą sztywność. Ruch szczególnie dobrze robi na zmęczenie emocjonalne związane z tym, że trzymamy długo na wodzy jakieś uczucia, choćby frustrację czy gniew. Jakbyśmy się starali utrzymać na sznurku wściekłego psa i w dodatku tak, żeby nikt go nie zauważył. Warto w odosobnieniu to spętane zwierzę wypuścić na wolność. Niech sobie potupie, potańczy, pokrzyczy, pomacha rękami. Tyle się wtedy uwalnia energii! Najzdrowszy sposób na odreagowanie. W dodatku nikomu innemu się przy tym nie dostanie...

A jak ktoś nie lubi tańczyć?
Jest joga, tai-chi, bieganie... Ja tańczę, bo moje ciało to kocha. Poza tym taniec to coś więcej niż fizyczna aktywność, kształtowanie mięśni, kondycji. To praca ze sobą. Podczas swobodnego tańca możemy doświadczać różnych ruchów, rytmów, obserwować swoje reakcje, emocje, jakie się pojawiają, bawić się i poszerzać swój repertuar. Eksperymentowanie z ruchem przekłada się na psychikę. Osoby o sztywnych poglądach mają zwykle usztywnione ciało, bo boją się „ruszyć” poza znane terytorium. Kiedy uwalniają ciało, stają się też stopniowo bardziej elastyczni mentalnie, twórczy. Najbardziej niesamowitą właściwością ciała jest to, że można poprzez nie wpływać bezpośrednio na umysł. To ogromny, wspaniały zasób, szczególnie ważny dziś. Świat jest coraz bardziej chaotyczny, często nas zaskakuje – to właśnie nazywamy stresem. A bywa, że jest to po prostu sytuacja nowa, taka, jakiej nie przewidzieliśmy. Gdy jesteśmy elastyczni, otwarci, nie przeraża nas to – wiemy, że sobie poradzimy. Sztywność, czyli przywiązanie do tego, jak ma być, utrudnia życie.

Ciało jest tak niezwykłe, a my traktujemy je jak coś oczywistego...
Albo wręcz coś, co nam przeszkadza, staje na drodze do spełnienia. Gdybym była ładniejsza, miała większe piersi, była szczuplejsza, byłabym szczęśliwsza. To smutne, że nie kochamy naszych ciał, nie cenimy tak, jak na to zasługują. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie możemy zrobić, żeby lepiej się czuć, jest nauczyć się akceptować swoje ciało. Wierzę, że urodziliśmy się dokładnie z takim ciałem, jakie jest nam potrzebne, byśmy mogli osiągnąć to, do czego jesteśmy stworzeni. To niby oczywiste, ale proszę spojrzeć, jak wygląda nasz świat. Ile pieniędzy wydajemy na to, by wyglądać inaczej? Ile energii inwestujemy w myślenie: „ach, jak ja źle wyglądam”. Co by sobie wstrzyknąć, podciągnąć, wyciąć, jak się odchudzić, żeby upodobnić się do dziewczyny z okładki? Brak akceptacji własnego wyglądu to olbrzymie źródło stresu. Podstępnego, codziennego stresu, który podkopuje dobre samopoczucie, poczucie wartości, zjada nas od środka. Moim zdaniem za mało się o tym mówi, lekceważy się coś, co jest źródłem złego samopoczucia i wielu chorób. Odrzucamy nasze ciała, odnosimy się do nich źle. Więc one źle się czują. Nie kwitną, tylko więdną. W końcu zaczynają chorować. A my się wtedy dziwimy. Co się dzieje? Dlaczego? To niesprawiedliwe. Głupie ciało!

Oj, trochę chyba pani przesadza...
W żadnym razie. Ciało to najbardziej nadużywana, niedoceniana część nas.

No ale dbamy o nie, wcieramy kremy, chodzimy na siłownię...
Większość dba o ciało nie z miłości do niego, tylko z jej braku. Bo im się nie podoba to, co mają, chcą to zmienić. Ta niewypowiedziana, podświadoma niechęć gdzieś się w nich odkłada i przekłada na kiepskie mniemanie o sobie w ogóle, na złe samopoczucie, brak satysfakcji. Proszę spojrzeć na mnie. Mam 51 lat, przechodzę menopauzę. Moje ciało się zmienia, skóra, napięcie mięśniowe, włosy, wszystko. Najłatwiej w takiej sytuacji narzekać albo próbować się od siebie odcinać, brać leki, by zagłuszyć czy próbować powstrzymać tę rewolucję, która się we mnie odbywa. Ale mi zależy na kontakcie ze sobą, nie chcę przegapić tak ważnego momentu w moim życiu. Bo teraz przekształcam się w kobietę dojrzałą, starszą. U Indian 52 lata to był moment, w którym kobieta przechodziła do starszyzny plemiennej. Symbolicznie oznaczało to, że zgromadziła mądrość i mogła się nią dzielić z innymi. Dla mnie to oznacza przede wszystkim, że już nie będę miała więcej dzieci – a mam sześcioro, więc czuję się nasycona. Czas, by moja kreatywność zaczęła się wyrażać w inny sposób. W sumie się cieszę, że ciało przechodzi tę zmianę, bo w naturalny sposób kieruje moją uwagę na inne obszary życia i doświadczenia. Obserwuję to z wielkim zainteresowaniem. Myślę o tym, w jaki sposób to mnie zmieni, jakie ta zmiana znajdzie odbicie w moim ciele. Ciało to przecież zapis naszych doświadczeń.

Nie boi się pani starzenia się?
Boję się. Zmiany przybliżają mnie przecież do śmierci. Nie chcę, by moja skóra się pomarszczyła, włosy stały się białe... Boję się utraty urody, niedołężności. Czuję ten strach, ale przepuszczam go przez siebie, nie skupiam się na nim, nie pozwalam mu sobą zawładnąć. Bo jeśli pozwolę, by mną kierował, mogę próbować zatrzymać czas. I w ten sposób zaprzeczę sama sobie, zacznę żyć, udając kogoś, kim nie jestem. Nie obchodzi mnie to, że nasza kultura próbuje mnie zmusić, bym wyglądała na 20 lat. Jestem sobą, tańczę swój taniec.

Pamiętam jak wróciłam z Hawajów. Uwiodło mnie to, że wszyscy są tam tacy pogodni. W jednej z tamtejszych książek znalazłam radę: jeśli chcesz się dobrze czuć, chwal swoje ciało, dziękuj mu na głos. „Kochane ciało, dziękuję, że jesteś takie sprawne, piękne, że wczoraj siedziałeś do późna, a dziś wstałeś tak wcześnie w dobrym humorze, lubię cię za to, jak sprawnie sprzątasz” itp.
Cudny pomysł! Uniknęlibyśmy wielu stresów, gdybyśmy tak robili. Zachęcam do prowadzenia dialogu ze swoim ciałem. Mówmy mu dobre rzeczy, ale też słuchajmy tego, co chce nam przekazać. Gdy nauczymy się słuchać ciała i reagować na drobne sygnały z niego płynące, nie będzie chorować. Bo choroba to nic innego jak głośny krzyk, który mówi nam, że coś źle się dzieje. Te pierwsze znaki, jak np. ból głowy, zwykle mówią: hej, potrzebuję nieco uwagi, chcę pobyć sam przez chwilę, mam dość hałasu itd. A my zagłuszamy ten głos, biorąc pigułkę, i uważamy, że ciało nas zdradza, bo nie pozwala nam żyć. Ciało to nasz barometr. Uczy nas naszego własnego tempa, tego, co dla nas dobre.

A jeśli mój naturalny rytm jest inny niż ten, jaki wymusza otoczenie? Rodzina, praca?
Warto zadbać o równowagę. Dziś ja się dostosuję, jutro dostosuj się ty. Jeśli zarwę noc, muszę ją kiedyś odespać. Jako matka szóstki dzieci przeszłam niezłą szkołę. Zrozumiałam, że to się samo nie stanie, muszę zadbać o swoje potrzeby, mówić o nich głośno, stawiać granice i nie poświęcać się dla wszystkich w imię idei bycia dobrą matką. Ciało było moim najlepszym nauczycielem. Mówiło na przykład: jeszcze mogę to zrobić bez szczególnego problemu, ale też: mogę to zrobić, jeśli chcesz, ale to oznacza, że jutro padnę. I padało. Sygnały z ciała są czytelne. Jeśli nauczymy się z nim rozmawiać, poprowadzi nas do dobrego, spełnionego życia.

Caroline Carey, pisarka, poetka, terapeutka. Certyfikowana nauczycielka Movement Medicine, 5 Rytmów oraz Sacred Trust. Twórczyni Alchemy in Movement. Prowadzi warsztaty i sesje indywidualne. Jej pasją jest taniec, medytacja, uwalnianie ciała i odkrywanie twórczej indywidualności. W 2010 r. wydała autobiografię „Ms’Guided Angel”. Mieszka w Seaford w Wielkiej Brytanii. Ma sześcioro dzieci i wnuki. 

Movement Medicine to praktyka świadomego spontanicznego ruchu i tańca, stworzona przez Yacov’a i Susannę Darling Khan, by wspierać w uwolnieniu napięć w ciele oraz pogłębianiu połączenia z naturalną energią życiową. Pomaga osiągnąć równowagę miedzy ciałem, sercem, umysłem i duchem.

  1. Psychologia

Ręce to nasz kontakt ze światem – o ich znaczeniu mówi Wojciech Eichelberger

Ręce są naszą wizytówką. Świadczą o naszej pracy i komunikacji. (fot. Getty Images/Gallo Images)
Ręce są naszą wizytówką. Świadczą o naszej pracy i komunikacji. (fot. Getty Images/Gallo Images)
Siła i gracja rąk znamionują ludzi stabilnych i zakorzenionych w życiu, którzy potrafią wykorzystać dane im talenty i czas. Bo ręce to narzędzie głowy i serca. Służą do pracy, ale są też niezastąpionym kanałem kontaktu ze światem. Dłoń jest najbardziej intymną i tajemniczą z naszych wizytówek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. I wyjaśnia, jak samemu sobie podać pomocną dłoń i co z tym ma wspólnego m.in. nauka mowy ciała.

Czy podanie pomocnej dłoni samemu sobie polega na ozdabianiu rąk bransoletkami, pierścionkami, drogimi zegarkami? Czy taka dłoń to dobra wizytówka?
Dłoń mówi sama za siebie. Nie potrzebuje ozdób. Wizytówką jest gest podania ręki. Nie bez powodu praktykowany na całym świecie. Bo wymieniając z drugim człowiekiem uścisk dłoni, dowiadujemy się o sobie nawzajem bardzo dużo: ile we właścicielu trzymanej przez nas dłoni jest lęku i napięcia, ile wycofania, agresji, ile otwartości, ciepła, odwagi, spokoju. Wszystko to w jednym kilkusekundowym, zintegrowanym przekazie. Na elementarnym poziomie odczuwamy temperaturę, wilgotność, siłę, sprężystość i dopasowanie tej drugiej dłoni. Ale także dynamikę ruchu, odległość, w jakiej ta druga osoba nas ustawia, pozycję ciała, kontakt wzrokowy lub jego brak i wiele innych parametrów, które odbieramy podświadomie. Z tej bogatej i złożonej macierzy danych nasz umysł w ułamku sekundy konstruuje wiarygodną informację o drugiej osobie, a także o perspektywach i zawirowaniach dalszej ewentualnej relacji z nią. Odbiór odbywa się intuicyjnie. Rzadko więc wyciągamy świadome wnioski. Reagujemy uczuciami i nie wiemy, dlaczego dana osoba wzbudza w nas takie, a nie inne „irracjonalne emocje”. Ale trzeba uważać i nie poddawać się pierwszemu wrażeniu. W uścisku dłoni są zawarte co najmniej dwie kategorie informacji: te dotyczące trwałych cech człowieka i te sytuacyjne, czyli związane z aktualnym stanem jego emocji czy zdrowia, a niełatwo jedne od drugich odróżnić.

Potrafisz z uścisku dłoni wyczytać charakter człowieka?
Jestem na tego typu komunikaty zawodowo wyczulony. Ale myślę, że wielu ludzi korzysta z tych podawanych jak na dłoni informacji. Dlatego to takie ważne, by podawać dłoń. Jeśli ktoś nie ma ochoty na kontakt, wycofuje się albo ma wrogie intencje, to z reguły niechętnie podaje rękę. Taką postawę odbiorca natychmiast wyczuwa. Podobnie, gdy ktoś podaje rękę niby chętnie, ale na sztywnym łokciu. Wtedy bez trudu wyczujemy, że serdeczność to pozór, i będziemy trzymani na dystans. Dłonie bywają bardziej wiarygodnym zwierciadłem duszy niż oczy. Są tacy, którzy twierdzą, że dłonie oferują przekaz transgeneracyjny, że dzięki nim możemy rozpoznać znajomych z poprzednich epizodów naszego życia.

Niepowtarzalność dłoni potwierdza niepowtarzalność odcisków palców.
Czyż to nie fantastyczne, że bez względu na liczbę ludzi nie znajdziemy dwóch identycznych odcisków palców? Mało tego, prawdopodobnie nasze linie papilarne nie pojawiły się nigdy wcześniej i w przyszłości też nigdy się już nie powtórzą. O ile wiem, nie stwierdzono jeszcze identyczności nawet wśród jednojajowych bliźniąt. Wygląda więc na to, że dłoń jakimś cudem wymyka się genetycznemu determinizmowi. Jest tajemniczą pozabiologiczną ekspresją naszej tożsamości. Nie można więc dziwić się różnym ezoterycznym koncepcjom, takim jak np. chiromancja czy inne metody odczytywania predyspozycji, cech charakteru, a nawet obrotów ludzkich losów ze skomplikowanego i niepowtarzalnego hologramu bruzd wyrytych na dłoni. Specjaliści twierdzą, że nasze dłonie zmieniają się wraz z nami, że psychologiczne i duchowe dojrzewanie znajduje wyraz nie tylko w naszym pojmowaniu świata i zachowaniu, lecz również w subtelnych zmianach i nowych połączeniach linii i bruzd dłoni. Innymi słowy, dłoń jest żywym świadectwem wszystkich naszych dokonań.

Może nie od pracy nad sobą dłonie się zmieniają, tylko od pracy fizycznej?
Praca – szczególnie fizyczna – może zmieniać kształt dłoni. W chiromancji chodzi jednak o zmiany układu linii, bruzd na dłoniach, które pojawiają się również u tych, którzy nigdy nie tknęli pracy fizycznej, ale dokonali jakiegoś postępu, np. w przekraczaniu swoich charakterologicznych i duchowych ograniczeń. Tak więc wiele wskazuje na to, że dłonie ukazują mapę karmicznej wędrówki, jaką dusza odbywa przez wszechświat, a także długość trwania tej wędrówki. Gdy ze szczerym zainteresowaniem i szacunkiem spojrzysz na swoje dłonie, ujrzysz niepowtarzalny, jedyny na świecie hologram fal, zmarszczek, linii, bruzd, punktów, skrzyżowań i być może poczujesz, że patrzysz na jakąś nieodgadnioną tajemnicę. Może jest to najbardziej osobista pieczęć naszego indywidualnego istnienia? Może w ten sposób zostaliśmy „otagowani” w kosmicznej bazie danych i na zawsze zostawiamy w systemie ślady swoich dłoni w miejscach dobrych i złych uczynków. A może patrzymy na holograficzny zapis naszych przeszłych i przyszłych losów? Albo na zapisany w nieznanym języku i alfabecie mistyczny poemat biograficzny, który wykracza poza istnienie, w jakim się obecnie wyrażamy? Takie pytania poszerzają świadomość i budują zdrowy dystans do chwilowej, gorączkowej i egocentrycznej egzystencji na tej planecie.

Czyli rękawiczki raczej nie?
Przeżycie życia w rękawiczkach byłoby niepowetowaną stratą. Umrzeć, nie dotknąwszy ziemi, gliny, trawy, kamieni, kory drzewa, sierści i ciała zwierzęcia, zimnej skóry węża, śniegu ani lodu, nie wziąć w dłonie pisklęcia, miarki ziarna ani gorącego piasku, nie dotknąć delikatnej skórki owoców czy niemowlęcia, nie poznać faktury wyrabianego rękami ciasta, nie dotknąć ciała kochanej osoby – cóż byśmy wtedy wiedzieli o świecie i życiu? Pozwalajmy więc dłoniom (i stopom) doświadczać świata bez butów i rękawiczek, by pozostawać w głębokim zmysłowym kontakcie z naszym życiem. Pamiętajmy też w tym kontekście o naszych dzieciach i wnukach.

Nie wyręczajmy dzieci?
Właśnie. Niech poznają i kształtują świat swoimi dłońmi.

Mamy jakąś możliwość poprzez oddziaływanie na dłonie oddziaływać na siebie, na swoją przyszłość?
Mimo że ezoteryczno-magiczna wizja dłoni do większości nie przemawia, to i tak obrączkę zawsze nosimy na serdecznym palcu prawej dłoni. Intuicyjnie wiemy, że ten palec jest jakoś powiązany z sercem. Uporczywe utrzymywanie tych – z racjonalnego punktu widzenia – magicznych zwyczajów może świadczyć o tym, że racjonalność nie jest w stanie ogarnąć i przeniknąć tajemnicy jednoczącego, niewidzialnego wymiaru rzeczywistości. W buddyzmie funkcjonuje też cały system skomplikowanych ruchów dłoni i układów palców – zwanych mudrami – które mają wpływać na stan umysłu i ducha. Na przykład serdeczny palec i kciuk złączone razem to jedna z mudr medytacyjnych. Wszystkie palce po kolei dotykające do kciuka to dynamiczna mudra pomagająca pokonać lęk i tremę. Nie ma w tym nic dziwnego. Jeśli jesteśmy uważni i wrażliwi na to, co dzieje się z naszym ciałem, łatwo zauważymy, że każdy wyrazisty ruch dłoni wpływa na całą resztę. Na przykład gdy zaciśniemy dłonie w pięści, to poczujemy, że całe ciało mobilizuje się do walki. Jeśli mocno przeciągniemy i otworzymy dłonie, to nastrój zmieni nam się na otwarty i zrelaksowany. Z tego powodu w odruchu ziewania i przeciągania się rozciągamy również dłonie, aż do bólu napinając wewnętrzną ich część i palce. Bo nasze ciało działa jak hologram, a w hologramie nic nie może się wydarzyć w sposób izolowany. Każde najdrobniejsze wydarzenie wchodzi w interferencję z całym systemem, czyli w zależności od energii w mniejszym lub większym stopniu zmienia całość. Dłoni dotyczy to szczególnie, bo podłączone są do korowych i podkorowych neuronalnych procesorów w mózgu, niezbędnych do wykonywania skomplikowanych ruchów oraz do wyrażania całej różnorodności uczuć i emocji.

W świecie klikanym, w którym żyjemy, dłonie są niezastąpione. Ale już niedługo, gdy zaczniemy kierować urządzeniami za pomocą myśli, staną się niepotrzebne.
Na szczęście dłoni potrzebujemy nie tylko do klikania. Są od tego, żeby pracowały, dotykały, tworzyły, wyrażały, wchodziły w kontakt ze światem i ludźmi. Dłonie powinny być silne, sprawcze, aktywne, żebyśmy mogli na nie liczyć, bo tak dużo potrafią. Tylko takie dłonie – po przejściach – są ważną wizytówką człowieka. Tylko takie są prawdziwie atrakcyjne. Dłoń, która nie nosi śladów żadnej pracy, pozbawiona mięśni, siły i śmiałości, służąca jedynie do ozdoby, nie jest pociągająca. Można się nad nią na chwilę pochylić jak nad biologiczną ciekawostką, lecz nie daje ona nadziei na trwały, żywy, odporny na trudy związek z jej posiadaczem. Nie rozumiem, dlaczego większość kobiet uznaje swoje dłonie wyłącznie za ozdobę i erotyczny gadżet. Najwyraźniej nie wiedzą, że tak spreparowane są pozbawione wyrazu, sztuczne. Prawdopodobnie nadmierna troska o nie i unikanie pokalania ich jakąkolwiek pracą wzięło się z czasów, gdy śnieżnobiałe, delikatne dłonie świadczyły o wysokim statusie materialnym. Czas porzucić te niefortunnie ukierunkowane aspiracje, za którymi kryje się często brak poczucia własnej wartości, szacunku dla siebie i wiary we własne możliwości. Tym bardziej że dłonie zawsze ujawnią innym prawdę o nas. Także tę świadomie skrywaną. Odruchowo, bez naszej zgody wyrażają bowiem wszystko, co się przydarzyło naszemu sercu. Gdy często krzyżują się na piersiach, to bronią kochającego serca dziecka zranionego brakiem symetrycznej odpowiedzi jego otoczenia. Gdy opadają bezradnie, to nasze serce prawdopodobnie zostało ugodzone zdradą, wzgardą lub/i brakiem wiary w siebie. Gdy poskąpiono nam troski, ciepła, szacunku i zachwytu, dłonie nerwowo sięgają po wszystko – nienasycone, zimne, chciwe. Sztywnieją i twardnieją (siejąc wokół zniszczenie), gdy serce zostało zatrute przemocą, cynizmem i nienawiścią.

Można więc rękami skutecznie udawać? Nauczyć się mowy ciała człowieka otwartego i uczciwego, choć się takim nie jest?
Można, ale tylko na odległość. Spójrzmy na aktorów, którzy zawodowo zajmują się udawaniem. Bywają przekonujący. Ale w bezpośrednim kontakcie dotykowym nie da się innych oszukać. Trudno opisać różnicę między dobrym a złym dotykiem, ale wyczuć ją udaje się prawie wszystkim. Dotyk w niewypowiedziany sposób zdradza bowiem uczucia i intencje dotykającej nas osoby. Krótko mówiąc, dotyk prawdę ci powie.

Nauka nie swojego języka ciała nie ma więc żadnego sensu?
Oczywiście, że ma. Nauka powszechnego w danej kulturze kodu gestów, spojrzeń i sposobu poruszania się pomaga ludziom w adekwatnym i jasnym wyrażaniu intencji i uczuć. Od niepamiętnych czasów aktorzy, oratorzy, politycy, przywódcy i sprzedawcy tego się uczą. Choć, oczywiście, umiejętność ta może być używana również do manipulacji. Ale ostatnio ta wiedza okazała się niezbędna również w świecie biznesu. Zapewne z powodu częstych wystąpień publicznych i potrzeby przekonywania innych do swoich osiągnięć, wizji i produktów. Adekwatna mowa ciała wzmacnia siłę oddziaływania i wpływ na słuchaczy. Więc jeśli mamy coś ważnego do przekazania, wyrazista i spójna z przekazem mowa ciała może nam pomóc. Trzeba ludziom różne rzeczy w tej sprawie podpowiadać. Wprawdzie mowę ciała dziedziczymy przez naśladownictwo, ale często naśladujemy niedobre wzorce. Mowa naszego ciała bywa też wypaczona i zahamowana przez trudne doświadczenia rodzinne czy szkolne. Dlatego warto się jej uczyć, tak jak uczymy się nowych słów. To wcale nie znaczy, że zaczniemy udawać. Używanie nowego słowa, choć na początku wydaje nam się trudne i nieswoje, dowodzi, że się rozwijamy. Ruch, gest, dotyk wpływają na nasz stan umysłu i uczuć. Rozwijanie mowy ciała z pewnością uwalnia i rozwija całą osobę. A ciało jest najlepszym wehikułem wychodzenia z lęku, wstydu, izolacji, ku ludziom – a także ku ziemi i ku niebu.

Skoro ku niebu, zapytam cię o gest modlitwy?
To dobre zakończenie rozmowy o dłoniach. Tu dłonie pomagają nam komunikować się z naszą mądrością i boskością. Gest złożonych dłoni – obecny we wszystkich religiach i kulturach – symbolizuje bowiem przekroczenie tego, co w nas racjonalne (prawa dłoń) i emocjonalne (lewa dłoń), oraz gotowość porzucenia rozróżniających i dyskryminujących myśli i poglądów, a tym samym pragnienie pojednania z absolutnym, jednoczącym bytem, z którego wszelka różnorodność się wyłania.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl)

  1. Psychologia

Co mówi o nas mowa ciała?

Nasze ciało, emocje i myśli tworzą całość, dynamicznie się zmieniającą, żywą i wzajemnie siebie potrzebującą. (Fot. iStock)
Nasze ciało, emocje i myśli tworzą całość, dynamicznie się zmieniającą, żywą i wzajemnie siebie potrzebującą. (Fot. iStock)
To, jak stoimy, chodzimy czy tańczymy, ale też jak zachowujemy się, gdy ktoś na nas krzyczy lub przysuwa się blisko – stanowi nasz podpis ruchowy. Warto go poznać, ale przede wszystkim świadomie kształtować – bo zawsze odzwierciedla aktualne myśli i uczucia. – Zmieniając go, zmieniamy nasze życie – twierdzi terapeutka tańcem i ruchem Agnieszka Sokołowska

Kartezjusz nie miał racji, mówiąc, że jesteśmy naszymi myślami. A czy jesteśmy naszym ciałem?
Zdecydowanie! Zwrócił zresztą na to uwagę w swojej książce „Błąd Kartezjusza” Antonio Damasio, profesor neurologii behawioralnej. Jestem nie dzięki temu, że myślę, ale dlatego, że jestem, mogę myśleć. Póki żyjemy, jesteśmy ciałem i żyjemy w ciele. Za każdym razem, kiedy wpływamy na ciało, wpływamy też na siebie. Dlatego praca ze świadomością ciała umożliwia lepszy kontakt ze sobą. Pracujemy z ciałem po to, by nasze życie uczynić lepszym. Co to znaczy lepszym? To już każdy indywidualnie określa. Nie ma jednego wzorca dobrego życia.

To, jak się ruszamy, jak gestykulujemy, chodzimy, jaką mamy postawę, jak posługujemy się naszym ciałem – charakteryzuje nas, definiuje?
Tak jak każdy z nas ma swój podpis, którym sygnujemy rozmaite dokumenty, tak każdy ma swój znacznie pełniejszy podpis ruchowy. Chodzi o to, jak się zachowujemy w różnych sytuacjach, choćby wstając rano z łóżka. Czy zwlekamy się przygarbieni, z myślą: „O nie, kolejny ranek”, czy raczej długo się przeciągamy i czujemy przypływ energii. Albo kiedy spotykamy się z bliskimi osobami – czy chcemy jeszcze bardziej się do nich zbliżyć, czy raczej oddalić, mieć więcej własnej przestrzeni. Ale też, jak reagujemy na to, gdy ktoś na nas krzyczy albo jest smutny. To jest cała gama różnych zachowań. Rudolf Laban, który opisał język ruchu i w którego metodzie się szkoliłam, powiedział, że ruch jest przezroczystym opakowaniem naszych emocji, intencji, marzeń, nastawień. To coś więcej niż tylko gesty i mimika – one aktywują tylko część naszego ciała. Kiedy wykonujemy gest, nie musimy nawet się w niego specjalnie angażować. Ale kiedy poruszamy się, aktywując centrum naszego ciała – już tak. Chodzi o różne aspekty, według Labana – różne kategorie ruchu, które są powiązane z rozmaitymi obszarami życia człowieka. To jest nasz podpis cielesny. I nie da się go łatwo zinterpretować, w rodzaju: jak wykonujesz taki gest, to znaczy, że... Nie, tu wszystko zależy od kontekstu, w jakim go wykonujesz. Szukamy wzorców, strategii ruchu i powtarzalności w różnych momentach.

Czyli to nie jest takie proste, że patrzymy na kogoś i od razu wiemy, czy jest otwarty, czy raczej skryty.
Powiedziałabym, że z czyjegoś ruchu prędzej możemy odczytać to, jak na nas ten ktoś oddziałuje, jakie wrażenie sprawia. Ale to bardziej mówi o nas niż o kimś. Kiedy pracuję terapeutycznie z ludźmi, proszę ich o przypomnienie sobie konkretnych sytuacji z życia i tego, jak ciało na nie zareagowało. Pomagam znaleźć link, połączenie pomiędzy tym, co ktoś robi, a jak się czuje. Ruch zawsze oddaje jakąś myśl, jakieś uczucie, ale jakie – wie tylko osoba, która go wykonuje.

Obserwując własny ruch, możemy dotrzeć do swoich myśli i emocji?
Najbardziej zaawansowany etap pracy polega na tym, że proszę drugą osobę, by pokazała ciałem, co czuje i co myśli. Na początku pracy z ciałem jest to jednak bardzo trudne. Ale można próbować. Kiedy ktoś przychodzi do mnie z jakimś problemem, który go męczy od dłuższego czasu, proszę, by poruszał się trochę z tą myślą i zobaczył, jak jego ciało na nią reaguje. Jak oddycha, co się dzieje z jego postawą, czy jest skulony, czy usztywniony, a może czuje drganie w nogach? Czy ma w ogóle ochotę się ruszać, czy może raczej paść na ziemię? Albo skakać?

Czyli najpierw staramy się zauważyć, co myśl robi z naszym ciałem. A potem…
…możemy zastanowić się, w jaki sposób moglibyśmy zmienić tę myśl, w jakim kierunku mogłaby ona pójść, by było to dla nas bardziej korzystne. I dopiero potem tę myśl zamieniamy w ruch.

Już taki bardziej terapeutyczny, leczący?
Można to tak określić. Ruch ma leczącą, rozwojową moc. Ostatni etap to przejście od ruchu przy niesprzyjającej myśli – do ruchu, który towarzyszy tej nowej, sprzyjającej.

Chodzi o to, że wykonując ten ruch, utrwalamy myśl i zmieniamy swoje nastawienie?
Tak. Mam oczywiście świadomość, że jesteśmy społeczeństwem ufającym racjonalnemu myśleniu. Sceptycznie podchodzimy do przekazu, że wystarczy głęboko oddychać, wyprostować sylwetkę i utrzymywać z drugą osobą kontakt wzrokowy, by zmienić swoje życie. Ale to naprawdę jest możliwe. Przecież jeśli zwykle unikamy kontaktu wzrokowego i jesteśmy przygarbieni – mamy mniejsze szanse, by znaleźć dobrą pracę czy nawiązać nowe znajomości. Na przykład wyprostowanie pleców – wydawałoby się banalny ruch, ale może wywołać w nas wiele myśli i reakcji. Ktoś może poczuć, że boi się wyprostować, bo zwróci czyjąś uwagę. Może wtedy będzie widzieć więcej i w związku z tym zacznie chcieć więcej? Albo kiedy zacznie patrzeć ludziom w oczy, w naturalny sposób będzie nawiązywać z nimi relacje, a do tej pory tego właśnie unikał.

I to może być dla niego zbyt rewolucyjne?
Właśnie. Dlatego nie ma jednoznacznych wskazówek, jaki ruch będzie dla danej osoby najlepszy. Na pewno niezależnie od sytuacji ważny jest oddech – by pozwalać mu spokojnie płynąć, bez zatrzymywania.

Ale są pewne kategorie ruchów, które uznajemy za otwarte i te, które uznajemy za zamknięte. Czy nie lepiej być otwartym niż zamkniętym?
Te otwarte też mogą zmęczyć, jeśli jest się w nich cały czas. Wszystko zależy od tego, jakie ktoś ma potrzeby, plany i jakiego siebie potrzebuje rozwinąć, wzmocnić. Jeśliby już szukać jakiejś uniwersalnej recepty, to powiedziałabym, że jest nią posiadanie dostępu do jak najszerszego spektrum ruchu. Niezamykanie się w jednym określonym zestawie ruchów pasujących do każdej okazji. Dlatego tak istotna jest praca w grupie – wtedy możemy zaobserwować, że każdy ma inny repertuar ruchów i inny podpis ruchowy. Można się przejrzeć w innych osobach jak w lustrze, zainspirować się, ale też odkryć, jaki ruch budzi w nas opór. Bardzo często jest tak, że podczas zajęć wchodzi ktoś na salę, patrzy na innych uczestników i myśli: „OK, to ja mogę się poruszać z tobą i z tobą, ale z tamtą osobą nigdy się nie poruszę”.

Czyli nie poruszę się tak jak tamta osoba?
Tak. I najczęściej oznacza to, że ruch tej osoby „porusza“ jakieś moje życiowe tematy, jakieś zranienia, blokady, emocje, odcięte pragnienia. Oczywiście nie chodzi o to, by zmuszać się do wykonania ruchu, który budzi w nas opór. Bo jeśli dobrze się czuję w moim życiu z tym, co mam, jaki jestem, co czuję i co myślę – to mogę spokojnie zostać przy swoim repertuarze ruchów. Ale jeśli chcę zmiany, jeśli z czymś się męczę – warto spróbować takiego wyzwania. Najważniejsze podczas pracy z ciałem, zwłaszcza na jej początku, jest to, by znaleźć dobre i sprzyjające dla siebie ruchy. Ruchy, które są dla nas bezpieczne, niezagrażające, przyjemne. Chodzi o to, by nie blokować się na przepływ ruchu – tylko wtedy możemy przepracować pewne stany czy sytuacje z naszego życia. Natura ruchu jest podobna do natury emocji – jeśli pozwalam sobie coś przeżywać, to jest to znacznie bezpieczniejsze, niż kiedy to blokuję. Ale do tego dochodzi się powoli, łagodnie. Tylko wtedy jest szansa na zmianę.

Słyszałam, że dobrze sobie pozwolić zwłaszcza na wyrażanie trudnych emocji, takich jak złość, w sposób, który wydaje się nam naturalny, ale przed którym się wzbraniamy. Czyli tupnąć, zacisnąć ręce w pięści... Tak jak to robiliśmy jako dzieci.
Każda emocja ma swoją energię. Złość ma ogromny ładunek energetyczny i jeśli go nie wyrazimy, on zablokuje dostęp do innych emocji. Złość często przykrywa smutek czy rozczarowanie, czyli emocje dla wielu osób trudniejsze do odczuwania i okazywania. Zdaję sobie sprawę z tego, że jeśli ktoś przez lata dusił w sobie złość, a teraz słyszy, że ma ją wyrażać, może być zdziwiony: „Jak to, mam teraz tupać przy szefie?!”. A nie o to chodzi, tylko o to, by w adekwatny sposób i w adekwatnym kontekście pozwolić sobie doświadczyć energii, jaką niesie w sobie emocja, którą odczuwamy. Na początku warto zrobić to w kontakcie z terapeutą lub kimś innym do tego przygotowanym. Poczuć tę emocję w ciele, gdzie się umiejscowiła – w rękach, w brzuchu, a może w nogach. Bo dla kogoś, kto czuje złość w nogach, może być dobre tupanie, a dla kogoś lepienie w glinie – bo u niego złość wchodzi w ręce. Ktoś inny będzie potrzebował krzyknąć – bo u niego złość siedzi w gardle. Chodzi o pozwolenie sobie na kontakt z energią emocji i nieblokowanie jej, ale pozwolenie na własną ekspresję.

Nasze emocje i myśli wyrażają się przez ruch w odmienny sposób…
...i wyrażają się różnie w zależności od sytuacji. Ktoś może być w domu bardzo ekspresyjny, a w pracy wyciszony i opanowany. W ten sposób zachowuje równowagę, i jest to zupełnie normalne. Chyba że jest mu z tym źle, bo na przykład czuje, że w domu wyraża się w pełni, a w pracy jest przytłumiony.

Poprzez intencyjną, celową pracę z ciałem możemy wyrażać się bardziej w pełni?
Przede wszystkim możemy złapać lepszy kontakt ze sobą i otworzyć się na swoje potrzeby, marzenia, poczuć, jak się czujemy, a nie tylko myśleć o tym. Często prawdziwy kontakt ze sobą otwiera nas na to, co jest dla nas ważne. I to jest najistotniejsze na początek – by odnaleźć siebie w sobie. Móc czuć, myśleć, przeżywać, wyrażać. Niby takie proste, a trzeba dużej odwagi, by zajrzeć w siebie na nowo. W konsekwencji możemy zmienić swoje relacje, swoje myśli i swoje życie.

Z badań nad embodimentem, czyli ucieleśnieniem, wiemy, że kiedy uśmiechamy się, nawet na siłę, nasze samopoczucie się poprawia. Wpływ ciała na nasz nastrój jest udowodniony naukowo.
I to wzajemny wpływ: ciała na nastrój i nastroju na ciało. Im jesteśmy bliżej naszego ciała, tym lepszy kontakt mamy ze sobą i z naszymi emocjami. Odcięcie od ciała odcina od przeżywania. A zablokowanie, zamknięcie dostępu do emocji może prowadzić do depresji.

Mówimy: jesteś twoim ciałem. Wielu osobom może się to nie spodobać, bo nie podoba im się własne ciało. Za grube, za duże, z niewłaściwymi proporcjami…
Ale co to znaczy, że moje ciało mi się nie podoba, że ja się sobie nie podobam? Jeśli mamy dobry kontakt z ciałem, to dbamy o nie nie tylko dlatego, żeby dobrze wyglądać, ale by dobrze się czuć. Żeby sobie nie szkodzić. Niestety, nasza kultura sprzyja traktowaniu ciała przedmiotowo, czyli albo jego pomijaniu, albo przesadnemu seksualizowaniu. Na pewno taniec i inne metody pracy z ciałem pomagają w zyskaniu zaufania do własnego ciała, szacunku do niego. Jeśli ktoś dzięki ciału może ruszać się jak chce, to znaczy, że może być, kim chce, ciało pozwala mu na kreatywność, przygodę, poszukiwania. Człowiek jest jedynym ze ssaków, który jako dorosły przestaje się bawić. A taniec, ruch to zabawa. Pozwólmy sobie na nią, pozwólmy sobie czuć się dobrze w swoim ciele.

Życie wielu osób jest bardzo zadaniowe, a wysiłek fizyczny traktują one jako kolejne zadanie. Nie dają sobie miejsca i czasu na swobodną ekspresję i kontakt ze sobą. Tymczasem ciało jest o wiele bardziej elastyczne niż umysł, jeśli poczujemy w nim luz, powoli wprowadzimy go też do innych dziedzin naszego życia. Ludzie przychodzący na moje wieczory inspiracji często mówią, że poczuli coś, czego po sobie się nie spodziewali, że ruszali się tak, jak nigdy nie przypuszczali, że będą i mogą się ruszać. Tak mocno mają zakorzenione przekonania na własny temat.

Jesteśmy krytyczni nie tylko wobec swojego ciała, ale też sposobu poruszania się. Nie chcemy się ośmieszyć.
To zwykle bierze się z zachwianego poczucia własnej wartości i wpajanej od najmłodszych lat konieczności dyscyplinowania siebie. System edukacyjny jest bardzo oceniający, i w niewielkim stopniu wspierający kreatywne, innowacyjne myślenie. Paradoksalnie w szkole uczy się nas nie wybijać się i być grzecznym, a potem nagle w dorosłym życiu oczekuje, że będziemy mistrzami autoprezentacji i wystąpień publicznych, i na dodatek jeszcze będziemy w tym naturalni i autentyczni.

Ostatnio to dyscyplinowanie się wkroczyło do sfery sportu, uprawianego hobbystycznie. Mało w nim przyjemności, dużo tresowania ciała.
Ja jestem temu przeciwna, natomiast komuś, kto lubi sobie folgować, polecałabym, by poszedł na taki trening i zobaczył, że jednak można się zdyscyplinować. Z kolei kogoś, kto ma bardzo dużo zadań w codziennym życiu i jest perfekcjonistyczny, takie zajęcia nie rozwiną. On potrzebuje odpuszczenia sobie, czyli raczej swobodnego ruchu, bez struktury. To może być taniec, spacer, wycieczka rowerowa – ale nie z ustaloną trasą tylko spontaniczna, podczas której skręcam tam, gdzie mam ochotę.

W życiu co chwila tracimy równowagę i znów ją odzyskujemy. Nie szkodzi, że czasem się chwiejemy, ważne, byśmy umieli powrócić do harmonii i nie popadali w skrajności. Bądźmy dla siebie dobrzy, czyli wybaczający i wyrozumiali, ale też wspierający i motywujący. W wyważonych proporcjach, oczywiście. Doświadczajmy tego, że ciało, emocje i myśli tworzą całość, dynamicznie się zmieniającą, żywą i wzajemnie siebie potrzebującą.

Agnieszka Sokołowska, terapeutka i superwizorka psychoterapii tańcem i ruchem, nauczycielka języka ruchu i ciała (certyfikat Laban Bartenieff International Movement Studies). Jest związana z podejściem Open Floor, które integruje w swojej pracy

  1. Psychologia

Ekspert od mowy ciała zdradza sekret udanego związku

Kobiety powinny wysyłać jasne sygnały mężczyznom, którzy im się podobają. 
Mężczyźni muszą natomiast nauczyć się lepiej odczytywać kobiecą mowę ciała. (Fot. iStock)
Kobiety powinny wysyłać jasne sygnały mężczyznom, którzy im się podobają. Mężczyźni muszą natomiast nauczyć się lepiej odczytywać kobiecą mowę ciała. (Fot. iStock)
To prawda – dla mężczyzn komunikacja nie jest ważna. Ale bez tego związek długo nie pociągnie – uprzedza ekspert mowy ciała i autor popularnych poradników, Allan Pease. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, na czym budować trwałą relację i czy wszystko trzeba przegadać z partnerem.

To prawda – dla mężczyzn komunikacja nie jest ważna. Ale bez tego nie stworzymy udanego związku – uprzedza ekspert mowy ciała i autor popularnych poradników, Allan Pease. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, na czym budować trwałą relację, jak dbać o związek i czy wszystko trzeba przegadać z partnerem.

O co zazwyczaj pytają pana ludzie w temacie związków i miłości? Bo podejrzewam, że pytają cały czas.
Raczej nie zadają pytań. Denerwują się, ilekroć znajdę się w ich pobliżu (śmiech). Pewnie wydaje im się, że jestem kimś pomiędzy psychiatrą a jasnowidzem i analizuję każdy ich ruch, czego oczywiście nie robię. Jeśli już o coś pytają, to zwykle o to, czy to prawda, że mężczyźni cały czas myślą o seksie. Choć napisaliśmy z żoną cztery książki o miłości, romansach i związkach…

I co pan odpowiada?
Oczywiście, że tak!

Nie wierzę.
Ależ tak. Mężczyźni mają o 20–25 razy więcej testosteronu niż kobiety, co sprawia, że rzeczywiście częściej myślą o seksie. Możemy oczywiście pod płaszczykiem kultury i wychowania ukrywać nasze pierwotne instynkty, ale nie mamy wpływu na biologię. Powiem więcej, mężczyźni zrobią wszystko, będą nawet oszukiwać, żeby tylko zaciągnąć kobietę do łóżka, a ci z nas, którzy mówią, że to kłamstwo – kłamią!

Ale to wszystko brzmi bardzo czarno-biało. Czy faceci to naprawdę tylko psy na baby, a kobiety - romantyczne naiwniaczki?
Gdyby nie chodziło o seks, kobiety nie marnowałyby czasu z mężczyznami, i na odwrót. Faceci nie chcieliby słuchać kobiecego gadania, a kobiety – rad, których mężczyźni tak chętnie udzielają. Proszę zauważyć, że kobiety w większości przyjaźnią się z innymi kobietami, a mężczyźni – z mężczyznami. Jednocześnie 50 proc. zawieranych związków małżeńskich w krajach zachodnich się rozpada, co nie oznacza, że ta druga połowa zostaje ze sobą z miłości czy sympatii – tylko z powodu kredytu, dzieci albo innych prozaicznych zobowiązań. Szczęśliwy związek to coś, co rzadko występuje w naturze.

Jaki jest jego sekret?
Dajemy sobie to, czego potrzebuje druga strona do szczęścia. Kobiety na przykład chcą być słyszane, tylko tyle. Nie chcą być naprawiane, nie chcą, by ktoś mówił im, co mają robić. One chcą być wysłuchane. Kobiety potrzebują mówić, bo to je odstresowuje, muszą się wygadać, faceci nie – wszystko duszą w sobie. Komu to wychodzi na dobre, to wiemy, ale tak to wygląda w rzeczywistości i trzeba mieć tego świadomość i być wyrozumiałym. Poza tym proszę zauważyć, że kobiety chcą rozmawiać z tymi, których lubią, cenią i szanują. Kobieta karze swoim milczeniem, więc gdy się do ciebie nie odzywa, to zły znak. A faceci przyjmują milczenie z ulgą, bo wreszcie mają ciszę (śmiech).

Same nieporozumienia.
Nie przychodzimy na świat z instrukcją obsługi drugiej płci. Dlatego kobiety traktują facetów jak inne kobiety, licząc na to, że oni będą reagować jak ich przyjaciółki. Za to mężczyźni, gdy już zdobędą kobietę, uważają, że nie muszą starać się, wydawać niepotrzebnie pieniądze na obiad i kwiaty, by dostać darmowy seks. Nie rozumieją, że kobiety chcą być cały czas adorowane, zdobywane. Tinder jest taką wersją randki dla mężczyzn: nie trzeba rozmawiać, można tylko oglądać. Kobiety szukają miłości i wierzą, że jej ukoronowaniem jest seks, a faceci szukają seksu i czasem trafiają na miłość. To nie jest politycznie poprawne, ale prawdziwe.

Załóżmy, że kobieta i mężczyzna byli na udanej randce, umówili się na kolejną. Wydaje się, że pasują do siebie. Co powinni teraz zrobić, żeby z tego powstał udany związek?
Pamiętajmy, że pierwszy etap bycia razem jest łatwy. Zakochani dużo się do siebie uśmiechają, są wobec siebie przyjacielscy, zabawni, wyrozumiali, słuchają się, jest wspaniale. Właściwie nie wychodzą z łóżka i myślą, że zawsze tak będzie, ale najpóźniej po dziewięciu miesiącach poziom hormonów wraca do normy i nagle oboje patrzą na siebie i zastanawiają się, kim jest ta druga osoba. Teraz zaczyna się test, który trwa do około dwóch lat. Jeśli okaże się, że tych dwoje łączą podobne podstawowe wartości, to mają na czym budować.

Jakie są te podstawowe wartości?
To są nasze poglądy na seks, rodzinę, finanse, życie w społeczeństwie oraz na życie duchowe – pokazują, czy patrzymy podobnie na świat. Czy chcemy mieć dzieci i jak chcemy je wychować? Jak widzimy kwestię prowadzenia domu i wspólnych finansów? Jak ważne jest dla nas życie towarzyskie i zainteresowania poza domem? Czego chcemy w seksie? Jaką rolę odgrywa sfera duchowa w naszym życiu? Jeśli związek jest oparty tylko na seksie, to zaraz się rozpadnie. Nie wystarczy fizyczna atrakcyjność.

Po dziewięciu miesiącach ludzie zaczynają się do siebie przywiązywać i wtedy okazuje się, że kobiety trwają w nieudanych związkach, na przykład przemocowych, bo mylą miłość z udanym seksem i przywiązaniem. W alternatywnym świecie byłoby na odwrót: najpierw sprawdzilibyśmy, kto ma podobne do naszych wartości, a potem szukali wśród tych osób tej, która pociąga nas fizycznie. Przecież przez pierwszy rok związku wszyscy kłamiemy!
Nie robimy tego ze złych intencji, po prostu chcemy się sobie podobać. Większość ludzi poznała się przez przypadek – w pracy, przez znajomych, na ulicy, w klubie. I poznajemy się na bieżąco, nie myślimy o tym, czy ta osoba ma takie same wartości czy zasady życiowe jak my, bo gdy się zakochamy, to nie myślimy w ogóle. Jesteśmy na haju porównywanym do narkotyków.

No dobrze, wiemy już, że podstawa udanego związku to podobne wartości, co dalej?
Za pierwszym razem ożeniłem się z niewłaściwą kobietą – a ona z niewłaściwym facetem. Ale gdy drugi raz szukałem partnerki, to uznałem, że poszukam ideału. Spisałem 10 cech idealnej dziewczyny, pięć z nich było cechami fizycznymi, pozostałe pięć dotyczyło bliskich mi wartości. Wciąż mam tę listę (śmiech). Moja obecna, od 30 lat, żona spełniła osiem z tych dziesięciu punktów.

Czyli wizualizujemy sobie ideał? 
Tak, ale bardzo konkretnie, i nie koncentrujmy się tylko na fizyczności, bo to nie wystarczy. Ważne, żeby mieć wspólne plany, wspólne pomysły na życie, na to, jak to życie ma wyglądać, a wszystko inne może być różne: prace, zainteresowania, znajomi. Przecież nie chcemy budzić się obok samego siebie, czyli kogoś, kto jest dokładnie taki jak my. Różnice są seksowne! Ale ważne, żeby być razem na tym samym szlaku.

Po upojnym okresie zaczyna się proza życia. Zazdrość, prezent dla teściowej, kto tym razem wyniesie śmieci... Przecież trzeba to jakoś przegadać.
Dla mężczyzn komunikacja nie jest ważna, ale oczywiście bez niej długo związek nie pociągnie. Dobrze, żeby kobiety robiły listy z wszystkimi sprawami do przedyskutowania i uzgadniały ze swoim partnerem, kiedy usiądą, by je omówić. I z głowy, można wrócić do meczu albo posiedzieć w upragnionej ciszy (śmiech).

A na poważnie?
Warto określić zasady, na jakich chce się funkcjonować, z szacunku dla drugiej osoby. Naprawdę nie można biegać wokół faceta i zadawać mu tysiące pytań, a na koniec oczekiwać, że jeszcze spędzi pół dnia na wspólnych zakupach. Idźmy razem na zakupy, ale ustalmy najpierw zasady, czyli: czas ich trwania, ilość rzeczy do kupienia. Pójdę z żoną do sklepu, ale też chcę coś z tego mieć, na przykład kawę i ciastko.

Czasem mówimy jedno, a nasze ciało robi drugie. Mąż zgadza się pójść do kina, ale widzę po jego postawie, że wcale nie ma na to ochoty. Umiemy czytać te znaki? 
Mężczyźni nie czytają mowy ciała, za to kobiety rozumieją ją intuicyjnie, pewnie dlatego, że od zawsze zajmowały się małymi dziećmi i musiały domyśleć się, dlaczego one płaczą. Zresztą zrobiono nawet taki eksperyment i pokazano płaczące dziecko kobietom i mężczyznom. Kobiety odczytały z jego płaczu i twarzy siedem emocji. A faceci na pytanie, czego chce dziecko, odpowiedzieli: chce do swojej matki (śmiech). Nie widzieli żadnej emocji, szukali po prostu rozwiązania problemu. Gdy moja żona patrzy na pary podczas warsztatów, to czasem szepcze do mnie: „ci się pokłócili, ta żałuje, że z nim przyszła, a tamci się bardzo lubią”. Większość facetów na to zareaguje: „A kto ci to powiedział!?”. Na szczęście tego można się nauczyć. I mężczyźni powoli uczą się obserwować, co dzieje się wokół nich, a jeśli mają dobrego przewodnika – stają się wrażliwsi, bardziej podatni na czytanie emocji i mowy ciała. Wie pani, że 80 proc. związków kończą kobiety? Faceci zawsze są tym zaskoczeni. Po prostu nie czytają mowy ciała, nie widzą znaków. A przecież one przygotowują się na odejście miesiącami. Za to mężczyźni zawsze kończą związek spontanicznie, bez zastanowienia. Jesteśmy okropnymi oportunistami. Jednak skoro już wiemy, że tak to działa, możemy nauczyć się lepiej sobą zarządzać, kontrolować swoje instynkty i odruchy. Nikt nie chce być ofiarą swojego popędu i biologii.

Brzmi optymistycznie.
Odczytywanie mowy ciała daje nam wiedzę o stanie emocjonalnym danej osoby. Inaczej zostaje nam wiele nieporozumień i zranień. Niestety, czytanie emocji z twarzy wychodzi kolejnym pokoleniom coraz gorzej. Ostatnie badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych pokazały, że millennialsi robią to o 10 proc. gorzej niż ich rodzice, bo zamiast obserwować twarze, patrzą w telefony. Skoro się tego nie uczą, to potem mają gorsze kompetencje społeczne. I co będzie z ich związkami?

Wracając do mowy ciała i sytuacji intymnych. Łatwo jest wysyłać sygnały, że jesteśmy zainteresowani seksem, ale gdy jest odwrotnie? Jak nie zranić partnera, a jednocześnie nie zmuszać się, gdy nie mamy ochoty albo jesteśmy zmęczeni?
Seks to jedna z podstawowych wartości. O tym, czego chcemy w seksie, a czego nie, gdzie stawiamy granicę intymności, trzeba porozmawiać na początku związku. Niestety, większość par zaczyna od seksu i potem o tym nie rozmawia, a już na pewno nie w sypialni.

Dlaczego tam nie?
Bo do sypialni razem z nimi wchodzą emocje i trudno się wtedy rozmawia. Czasem ona mówi: „Nie mam dziś ochoty na seks”. I słyszy odpowiedź: „Ale musisz, ja muszę!” (śmiech). Dobrze takie sytuacje traktować ze zrozumieniem i dowcipem, ale wcześniej warto to przegadać i wypracować kompromis albo wynegocjować taką sytuację, która będzie komfortowa dla obu stron. Tylko pierwsze miesiące znajomości oznaczają niekończący się seks dla pary. Dobrze zawczasu przygotować się na kolejne. Wtedy w przyszłości spotka nas mniej rozczarowań. Nie zawsze przecież będzie wspaniale, i trzeba mieć tego świadomość.

Allan Pease, ekspert w dziedzinie stosunków międzyludzkich i mowy ciała, współautor (wraz z żoną Barbarą) bestsellerowych poradników na temat komunikacji niewerbalnej, ostatni to „Mowa ciała w miłości”.

Mowa ciała w zalotach

Twarz: Miej ożywiony wyraz twarzy, wyglądaj na osobę przystępną i otwartą, dużo się uśmiechaj.

Terytorium: 
Stawaj w takiej odległości od drugiej osoby, w jakiej czujesz się swobodnie. Jeśli ona zrobi krok w tył, nie przysuwaj się ponownie.

Stosuj gesty świadczące o otwartości
, np. nie krzyżuj nóg w kostkach ani ramion na piersiach, staraj się, aby wnętrza twoich dłoni były widoczne.

Kontakt wzrokowy:
 Rzucaj dłuższe spojrzenia osobie, która ci się podoba, ale nie na tyle długie, by poczuła się niezręcznie.

Kobiety
 muszą wysyłać czytelne, jednoznaczne sygnały mężczyznom, którzy im się podobają, ale unikać bombardowania ich nadmiarem wskazówek w zbyt wczesnej fazie.

Mężczyźni
 muszą się nauczyć lepiej odczytywać kobiecą mowę ciała. Kobiety są mistrzyniami w wysyłaniu uwodzicielskich sygnałów, ale mężczyźni większości z nich nie dostrzegają i dlatego nie podchodzą do kobiet, które odwzajemniają ich zainteresowanie.

Więcej w książce „Mowa ciała w miłości”, Allan i Barbara Pease, wyd. Rebis 2020