1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego on ma focha?

Dlaczego on ma focha?

Humory, frustracja i ciągłe zmęczenie w przypadku mężczyzn często wiążą się z brakiem testosteronu. (Fot. iStock)
Humory, frustracja i ciągłe zmęczenie w przypadku mężczyzn często wiążą się z brakiem testosteronu. (Fot. iStock)
Humory, frustracja i ciągłe zmęczenie nie biorą się znikąd. W przypadku mężczyzn często wiążą się z brakiem testosteronu. Jako jedyny męski hormon ma ogromną moc, ale i ciąży na nim wielka odpowiedzialność.

Oskarżam cię o łez strumienie, osamotnienie, zdradę i gniew. Oskarżam cię o to cierpienie, wojen płomienie, przelaną krew. Testosteron...” – śpiewa Kayah. A co na temat testosteronu mówi dzisiejsza wiedza o zdrowiu?

Doktor Ewa Kempisty-Jeznach, jedyna w Polsce specjalistka medycyny męskiej w swojej książce pod znamiennym tytułem „Testosteron. Klucz do męskości” pisze, że dzięki niemu mężczyzna jest samczy, ale nie tkliwy; opiekuńczy, lecz nie płaczliwy, stanowczy i mało emocjonalny. On też produkuje w organizmie – choć w nikłej ilości – estrogeny. „To im mężczyzna zawdzięcza romantyzm i wrażliwość, sentymentalność i czułość, czyli cechy, które czynią go atrakcyjnym w oczach kobiet. I są one widoczne tym wyraźniej, im niższy jest poziom testosteronu”  – tłumaczy ekspertka i dodaje, że naukowcy stwierdzili wyraźny spadek hormonu u świeżo upieczonych ojców, który utrzymuje się około pół roku. „W efekcie nawet macho staje się zwariowanym i zakochanym w potomstwie tatusiem” – wyjaśnia dr Kempisty-Jeznach. „Mimo że z czasem stężenie testosteronu powraca do stanu wyjściowego, ten chwilowy wybryk natury od milionów lat pomaga kobiecie zatrzymać w domu mężczyznę, aby w tym szczególnym momencie chronił progeniturę przed wrogim światem zewnętrznym. Ta zmiana w działaniu organizmu powoduje również spadek męskiego libido w okresie okołoporodowym i karmienia piersią, a więc wtedy, gdy partnerka nie ma czasu ani ochoty na seks”.

Energia i libido

Zaplanowały przez naturę spadek testosteronu to nic groźnego, ale jeśli ten stan się przedłuża – organizm mężczyzny zaczyna poważnie szwankować, bo to  jedyny hormon męski. (Kobiety zostały pod tym względem hojniej wyposażone, mają progesteron i estrogeny: estron, estradiol i estriol – wszystkie trzy rodzą się z testosteronu).

U mężczyzn testosteron powstaje w jądrach i w niewielkiej ilości w nadnerczach. Jego produkcja rozpoczyna się jeszcze w brzuchu matki, a najwyższy poziom osiąga w połowie nastoletności. To on odpowiada za stan psychiki, fizyczność i poziom libido. Mężczyznom daje stanowczość, energię  i zadowolenie z życia oraz umięśnioną sylwetkę i odczuwanie pożądania. Choć popularnie kojarzony jest głównie ze sprawnością seksualną, to na jakość samego aktu ma jedynie częściowy wpływ, ponieważ wzwód i wytrysk wiążą się przede wszystkim z pracą układu krążenia i enzymów. Rola testoseronu w seksie i prokreacji zaczyna się dużo wcześniej, wtedy gdy mężczyzna rozpoczyna flirtować i w wyobraźni widzi  już dużo bardziej zaawansowaną fazę znajomości.

Książe humorów

Niedobór tego hormonu odpowiada za męskie humory, frustrację i brak energii. Doktor Ewa Kempisty-Jeznach nazywa go „królewskim hormonem” i alarmuje, że poziom testosteronu u współczesnych mężczyzn gwałtownie spada. I wcale nie chodzi o przyspieszoną andropauzę. Jeszcze 50 lat temu lekarze mówili pacjentom, że ilość testosteronu maleje w tempie dwóch procent rocznie po 40 r.ż. Dziś na całym świecie rośnie niepokojące zjawisko polegające na gwałtownym spadku poziomu testosteronu u młodych mężczyzn. „Coraz częściej w gabinetach lekarskich pojawiają się trzydziestolatkowie, u których stwierdza się obniżony poziom testosteronu, zmniejszoną produkcję plemników i zaburzenia potencji” – przestrzega dr Kempisty-Jeznach. Skąd wynika ta przyspieszona dezercja? Głównie z poziomu stresu, bo i kortyzol, i testosteron to pochodne cholesterolu. – Stres to najgroźniejszy wróg mężczyzny – twierdzi ekspertka. – Jeśli budulec zostanie wykorzystany na tworzenie kortyzolu, zabraknie go na testosteron.

Pod ochroną?

Dzisiejszym mężczyznom nie sprzyja też nowoczesna technologia czy siedzący tryb życia. Natura nie bez powodu umieściła męskie narządy płciowe na zewnątrz – nie służy im ciepło płynące z trzymanych na kolanach laptopów, podgrzewanych siedzeń w samochodzie czy biuowego fotela, do którego są przykuci przez kilka godzin bez ruchu. Zwłaszcza że to ostatnie często kończy się otyłością brzuszną, a skomplikowana gospodarka hormonalna prowadzi do tego, że pod wpływem tłuszczu brzusznego testosteron staje się estrogenami... A stąd krótka droga do pojawienia się kobiecego kształtu twarzy, dodatkowej tkanki tłuszczowej w okolicach bioder i powiększenia się piersi. „To proces trudny do zatrzymania. Mężczyzna z nadmiarem estrogenów nie tylko zmienia się fizycznie, ale także psychicznie, zatraca zachowania tradycyjnie powiązane z męskością, robi się czuły, melancholijny, a w skrajnych przypadkach wręcz płaczliwy. W efekcie jego partnerka ma poczucie, że dzieli życie nie z prawdziwym mężczyzną, lecz z tkliwą, wrażliwą... przyjaciółką. Jednak na dłuższą metę taka sytuacja bardziej szkodzi związkowi, niż mu pomaga” – czytamy w poradniku dr Kempisty-Jeznach.

Ryzyko estrogenizacji robi się coraz większe, bo sprzyja mu też środowisko naturalne, wody gruntowe są przesycone żeńskimi hormonami z leków i antykoncepcji hormonalnej, wydalanymi w moczu, a bardzo powszechny składnik tworzywa sztucznego – bisfenol A rozpoznawany jest przez receptory człowieka jako estrogen.

To wszystko rzeczywiście brzmi dość katastroficznie, ale mężczyźni wcale nie są skazani na wyginięcie. Jako zadaniowcy świetnie poradzą sobie z zagrożeniem, jeśli tylko sięgną po swój najlepszy zasób – testosteron.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Męska depresja. Nieobecność ojca, ból zranionego wewnętrznego chłopca

Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Doświadczenie porzucenia przez ojca daje znać w dorosłym życiu. Męska depresja często wynika z tego dojmującego braku. Mężczyzna może odnosić sukcesy, jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Lothar Schon, autor książki „Synowie i ojcowie. Tęsknota za nieobecnym ojcem”, opisuje jednego ze swoich klientów w psychoterapii o imieniu Aleksander, aktora, który odnosi sukcesy. „W rozmowie telefonicznej kontakt z nim wydaje się swobodny  i nieskomplikowany, co potęguje wrażenie, że Aleksander musi być silną i ciekawą osobowością. Świadczy o tym przede wszystkim sposób mówienia; świadomy, wyćwiczony, pewny”. Wszystko zmienia się, gdy Schon poznaje Aleksandra: „Wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem, sprawia wrażenie zaniedbanego, jest dla mnie uosobieniem psychicznej nędzy i depresji”. Co dzieje się z mężczyznami porzuconymi przez ojców?
Na zewnątrz mogą odnosić sukcesy, świetnie wyglądać, chodzić na siłownię, sprawdzać się w wielu dziedzinach. Jednak doświadczenie porzucenia daje o sobie znać. Męska depresja często wynika właśnie z tego dojmującego braku, z nieobecności ojca. Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy tego braku. Zewnętrzna kompensacja, którą mężczyzna sobie funduje, pozwala mu przetrwać w życiu i całkiem nieźle funkcjonować. Jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca. Jeśli na przykład ojciec znika, gdy chłopiec ma trzy czy cztery lata, dziecko na nieświadomym poziomie obciąża winą siebie: „Widocznie nie byłem wystarczająco dobry; to przeze mnie ojciec odszedł; skoro mnie nie chciał, jest we mnie jakaś wada”. Podobne konsekwencje mogą być również wtedy, gdy ojciec jest obecny fizycznie, jednak nieobecny emocjonalnie.

Ci mężczyźni, którzy nie wiedzą, kim są ich ojcowie, mogą odczuwać podobnie: „Ojciec nie chciał mnie znać, to przeze mnie”.
Może być też tak, że chłopiec dowiaduje się, iż mama nie powiedziała ojcu o jego istnieniu, ponieważ nie chciała się z nikim wiązać; chciała mieć dziecko. Taka sytuacja może generować bardzo silny wewnętrzny konflikt, związany z miłością, rozczarowaniem i złością w stosunku do matki; dlaczego tak postąpiła, dlaczego odizolowała ojca.

Możemy tu uczyć się od pierwotnych kultur. Tam, nawet jeśli chłopiec wychowywał się bez ojca, i tak przechodził swoją inicjację w dorosłość.
Szedł na polowanie ze starszymi mężczyznami. Czuwali nad nim mężczyźni z całego plemienia. Wygląda na to, że najlepsze, co może zrobić kobieta samotnie wychowująca syna, to zadbać o kontakty chłopca z innymi mężczyznami. Czasami kobiety przesadnie starają się być dla syna najlepszą matką, a jednocześnie zastąpić mu ojca, nadrobić wszystkie braki. Chłopiec tym bardziej odczuwa, że jest z nim coś nie tak, skoro mama tak się stara. Przekaz, który płynie od matki, to: „Czegoś ci brakuje, ja muszę to wyrównać”. Tak wychowywani mężczyźni mogą mieć trudności w relacjach z mężczyznami, w budowaniu męskich przyjaźni. Widzimy, że wielu 30-, 40-latków ma dobry kontakt z kobietami, ale w środowisku mężczyzn czują się obco.

Tęsknią jednak za tym światem.
Usilnie, czasem wręcz desperacko poszukują kontaktu z mężczyznami. Niestety, często w niewłaściwych miejscach. Pragną, aby relacja z ojcem mogła się w ich życiu zrealizować, ponieważ jednak nie mają dobrego wzorca, wikłają się w zależności, dają się wykorzystywać. Wchodzą w ryzykowne przedsięwzięcia, w grupy przestępcze, bandy, sekty, kierowane przez psychopatycznych liderów, czyli wszędzie tam, gdzie są silni mężczyźni, którzy mogą być autorytetami. Byle być zauważonym, dostrzeżonym, zaakceptowanym. Wielu mężczyzn z tego względu wybiera także pracę w korporacji. W korporacji zawsze ma się nad sobą szefa. Łatwo wejść w „przeniesieniową” relację, widzieć w szefie zastępczego ojca, tworzyć zastępczą więź. Te więzi bywają trudne. Jeśli jednak szef jest opiekuńczy i wspierający, mężczyzna doświadcza uznania, co w pewnym stopniu wyrównuje brak z dzieciństwa. U wielu mężczyzn wewnętrzne zranienie odrzucenia jest bardzo silne. To ci, którzy permanentnie zmieniają pracę, nie mogą wytrzymać z żadnym szefem, niejako uciekają przed ojcem, paradoksalnie ciągle go znajdując. Samotność, zamknięcie, niezgoda, wewnętrzny konflikt mogą owocować uzależnieniem od alkoholu, pracy, władzy, pieniędzy, płytkich relacji seksualnych.

Kobiety mówią, że związek z takim mężczyzną nie rokuje, ponieważ on nie chce przyszłości, dzieci, „nie chce o tym mówić”.
Unika emocjonalnego zaangażowania. Ma opór przed założeniem rodziny i wejściem w rolę ojca. Musiałby dotknąć rany porzucenia, poczuć ból, a to spore wyzwanie. Dlatego swój sposób bycia racjonalizuje na wiele sposobów: po co zajmować się przyszłością, skoro w świecie dzieją się takie straszne rzeczy, nie damy rady; może kiedyś było inaczej, ale teraz nie ma szans; niech będzie tak, jak jest. Tłumaczy sobie: „Jeszcze za wcześnie, nie teraz, nie w tej fazie życia”. Ten brak na poziomie tożsamości sprawia, że mężczyzna nie identyfikuje się z rolą ojca i partnera kobiety. Smutek, poczucie opuszczenia, niemocy, poczucie niskiej wartości mogą się przejawiać w różnych nadmiarowych zachowaniach; na przykład w przesadnym podkreślaniu swojego zdania, wyborów, decyzji, własnych opinii. Wydaje się, że ten butny mężczyzna ma wysokie mniemanie o sobie, jednak to pozory.

Porzuceni synowie w dorosłym życiu porzucają swoich synów. To znana psychologiczna konsekwencja. Czy musi tak się stać?
Warto wiedzieć, że nie ma determinizmu, chociaż rzeczywiście jest spore prawdopodobieństwo powikłań i komplikacji. Spotykam wielu mężczyzn, którzy wychowywali się bez ojca, a byli i są dobrymi ojcami dla swoich synów. W dzieciństwie byli otoczeni mężczyznami w systemie rodzinnym, wujkami, stryjami, dziadkami, kuzynami, nauczycielami, sąsiadami, przyjaciółmi rodziny, od których dostali wiele miłości i wsparcia. Tacy mężczyźni kochają własne dzieci i troszczą się o nie. Nawet jeśli zakończyli związek z kobietą, są obecni w życiu dzieci, zabierają synów na męskie wędrówki po górach, na spływy kajakowe, chodzą na wywiadówki. Tym samym przerywają tę destrukcyjną, pokoleniową sztafetę porzucania dzieci. Bolesną przeszłość przekuwają na miłość i troskę.

Słyszałam opinię, że lepszy jakikolwiek ojciec niż ojciec nieznany, ponieważ syn ma się do czego odnieść. Chłopiec, który nie zna ojca, mierzy się z wewnętrzną pustką.
Trudno się z tym w pełni zgodzić; ojciec, który stwarza realne zagrożenie, którego działanie jest destrukcyjne, doprowadza rodzinę do katastrofy. Synowie, którzy mieli ojców psychopatycznych, uzależnionych od alkoholu, często idą w ich ślady. Chłopiec, który nie zna ojca, oczywiście doświadcza traumy, jednak jeśli w otoczeniu są inni mężczyźni, pustka się wypełnia. Może odczuwać smutek czy stany obniżonego nastroju, jednak nie będą one dominujące czy obezwładniające.

Jakie działania byłyby pomocne dla mężczyzny, który wie już, że ciężko mu się żyje z powodu porzucenia przez ojca?
Jeśli na przykład pojawia się lęk przed byciem ojcem, ogromną pomocą byłyby kontakty z ojcami, którzy czerpią radość z bycia tatą, także szkoły rodzenia. Dobrze jest szukać kontaktu z dojrzałymi mężczyznami, z mentorami, prosić ich o rozmowę, poradę, pomoc. Ważna jest literatura. Czytanie działa terapeutycznie. Miałem klienta, który opowiadał mi, że jako dorastający chłopiec, wychowywany bez ojca, przez mamę, babcię i ciocie, intuicyjnie sięgnął po mocne, męskie opowieści, książki Jacka Londona, Jamesa Coopera, Karola Maya o traperach, szlachetnych wojownikach. To jest literatura, która z jednej strony wzmacnia męskie cechy, a z drugiej – dużo w niej o relacjach między przyjaciółmi, kochankami, rodzicami i dziećmi, dzięki czemu ten chłopak, a teraz dorosły mężczyzna mógł budzić w sobie męski potencjał, integrować wzorce, poznał honor, opiekuńczość, szlachetność, waleczność, miłość do kobiety. Dobra literatura przemawia do emocji, więc nas kształtuje. Znajdujemy w niej wzorcowe postacie, które mają szanse budzić się w nas, rozwijać i spełniać. Oczywiście, książki nie zastąpią żywych relacji, jednak pokazują rzeczywistość, którą przeżywamy i którą możemy uwewnętrznić. Podobnie dzieje się, gdy oglądamy dobry film: widzimy, że istnieją inne światy, inne doświadczenia niż te, w których się wychowaliśmy. To może być dla nas wielki ratunek.

Dobrym, kojącym sposobem może być napisanie listu do nieobecnego ojca. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że napisał serię takich listów i to mu bardzo pomogło.
Albo „porozmawiać” z ojcem: wyobrazić sobie zarys jego sylwetki na krześle i wyrazić wszystko, co ważne, a co dotyczy jego osoby, jego nieobecności. Wszystko, czego nie byliśmy w stanie wypowiedzieć z tego powodu, że nie było z ojcem kontaktu. Ważne, aby nie cenzurować tego, co się pojawia, pozwolić płynąć wszystkiemu. Gdy to robimy, nasz system nerwowy reaguje w taki sposób, jakby to działo się naprawdę. Jest szansa na uwolnienie się od zalegających, niewypowiedzianych treści, od traumatycznej historii opuszczenia, porzucenia.

Kobiety, które samotnie wychowują syna, bo ojciec go nie chciał, często nie wiedzą, co powiedzieć dziecku, gdy pyta o tatę. W jaki sposób kobieta ma sobie radzić w takiej sytuacji?
Niepewność jest trudna i sieje spustoszenie; jest wtedy mnóstwo miejsca na różnego rodzaju domysły, fantazje. Gdy syn jest izolowany od wiedzy na ten temat, powstaje luka, wyrwa w osobistej historii i w systemie rodzinnym. Jest tajemnica. Dziecko nie może tego zrozumieć, pozostaje w niepewności: Kim jest ojciec? Co się stało? Dlatego, jeśli to tylko możliwe, trzeba z dzieckiem rozmawiać, nawet jeśli historia jest trudna i bolesna. Matka może powiedzieć: „Niestety, nie miałam możliwości zbudować trwałego związku, a zależało mi tak bardzo, żebyś przyszedł na świat, że podjęłam decyzję, żeby cię urodzić… I nie żałuję… Wręcz przeciwnie”. Jeśli dziecko jest małe, można powiedzieć: „Mama bardzo chciała mieć dzidziusia, ciebie, bardzo się starała, niestety, nie było w tym czasie nikogo, kto mógłby być tatą…”. Potem, w miarę jak dziecko rośnie i rozwija się, można wyjawić więcej.

A gdyby syn dopytywał: „Ale dlaczego tata mnie nie znalazł, nigdy nie odwiedził?”.
Zawsze mówimy prawdę, czyli na przykład: „Bo nigdy się nie dowiedział, gdzie mieszkasz. Bo ma inną rodzinę. Bo tak się umówiliśmy, nie chciałam mu komplikować życia, zniknął, straciliśmy kontakt, nie wiem, co się z nim stało”. Prawda jest ważna. Silne emocjonalne przeżycia, które towarzyszą takim rozmowom, działają oczyszczająco i wyzwalająco.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, coachem i psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Psychologia

Zadbaj o swoje życie wewnętrzne - inspiracje na listopad

Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Listopadowe dni spędzamy raczej stacjonarnie (i w pobliżu źródła ciepła). Warto wykorzystać ten czas na zrobienie porządków oraz gruntownych remontów we wnętrzu dosłownym i metaforycznym.

Ćwiczenie 1. Rozmyślania w fotelu

Jesienna aura może wprawiać nas czasami w melancholijny, a nawet depresyjny nastrój. Szarość na zewnątrz konfrontuje z niewyrażonymi emocjami i „uwierającymi” stanami: smutkiem, żalem, rozczarowaniem i poczuciem, że utraciliśmy coś bezpowrotnie. Może również aktywować w nas lęk przez zmianami i starzeniem się. To, co możesz zrobić, kiedy dopadnie cię jesienna melancholia, to uświadomić sobie i nazwać to, co dokładnie teraz czujesz. Następnie zadaj sobie kolejno pytania: Co jest prawdziwą przyczyną mojego smutku (żalu, rozczarowania, lęku etc.)? Czego obecnie potrzebuję? Jak mogę o siebie teraz zadbać? Jeśli w tej chwili w życiu doświadczasz niespodziewanej zmiany, spróbuj spojrzeć na tę sytuację z szerszej perspektywy. Jak powiedział Dalajlama: „Kiedy coś tracisz, pamiętaj, aby nie stracić tej lekcji”. Zadaj sobie pytanie: Jaka ważna lekcja pojawiła się dzięki tej zmianie? Jak mogę to wykorzystać pozytywnie? A teraz pomyśl o tym, że kiedy tracisz jedno, robi się przestrzeń na coś nowego. Weź kilka głębokich oddechów i spróbuj poczuć ciekawość związaną z tym, co nowego może się teraz wydarzyć w twoim życiu.

Ćwiczenie 2. Uwolnij się od nadmiaru

Rozejrzyj się dookoła. Czy naprawdę potrzebujesz wszystkiego, co cię otacza? Takie pytanie proponuje zadać sobie propagatorka minimalizmu, japońska pisarka Hideko Yamashita. Jej autorska metoda Dan-Sha-Ri (opisana w ksiażce pod takim tytułem) to sztuka ustanawiania porządku w otoczeniu poprzez eliminację wszystkiego, co nie jest niezbędne. Może być szczególnie inspirująca, jeśli należysz do plemienia zbieraczy, którzy latami chomikują przedmioty i mają problem z rozstaniem się z nimi. Trzy filary Dan-Sha-Ri oznaczają kolejno: odmowę (mówienie „nie” kolejnym nowym, a bezużytecznym rzeczom, które chcą stać się częścią naszego życia); wyrzucanie (pozbywanie się przedmiotów, które przepełniają naszą przestrzeń) i odcięcie się (rezygnację z przywiązania do rzeczy).

Aby zrobić przestrzeń na coś nowego w życiu, niezbędna jest umiejętność pożegnania się z tym, co nie jest użyteczne. Robiąc gruntowne porządki w domu, wykreujesz stan wewnętrznej równowagi w sercu i umyśle. Warto spróbować i podelektować się stanem określanym jako Ri – uczuciem wolności i lekkości, poczuciem wewnętrznej harmonii. Uzyskasz go tylko dzięki regularnemu powtarzaniu Dan i Sha.

Ćwiczenie 3. Sięgnij po marzenia!

Mary Reynolds, projektantka ogrodów, bohaterka filmu „Dzika jak natura”, marzy o udziale w prestiżowym konkursie. Zapisuje na kartce: „Dziękuję za przyznanie mi głównej nagrody w konkursie”, a potem wykonuje pierwsze kroki na drodze do realizacji tego marzenia. Nie załamuje się, kiedy pojawiają się niespodziewane komplikacje. Jest zmotywowana, ponieważ realizuje swoje pragnienie z dzieciństwa. Zainspiruj się jej historią. Pomyśl, o czym marzyłeś w dzieciństwie? Jakie pomysły odłożyłeś „na później”? Wybierz jedno marzenie i zastosuj metodę małych kroków. Codziennie pielęgnuj w sobie to marzenie, myśl o nim pozytywnie rano i tuż przed zaśnięciem. Wejdź w uczucia i emocje, jakie się wtedy w tobie budzą. Trwaj w tym procesie „karmienia” marzenia, aż poczujesz gotowość do kolejnego kroku – działania. Jesień i zima to znakomity czas na sadzenie ziarenek marzeń, pielęgnowanie ich i troszczenie się o nie.

Ćwiczenie 4. Zadbaj o swój hygge time

Listopadowe wieczory są też idealne na praktykowanie bardzo modnej duńskiej filozofii hygge. Hygge oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także bezpieczeństwa i cieszenia się drobnymi przyjemnościami. To wszystko, co wprawia nas w dobry nastrój i stan relaksu. Istotą hygge jest uczucie więzi, jaką odczuwasz, przebywając z bliskimi, z naturą, ale również sam ze sobą. Oto przykłady sytuacji, które pomogą ci wejść w stan wewnętrznego ukojenia: Owinięty kocem siedzisz na fotelu z pyszną herbatą w ulubionym kubku lub filiżance. Słuchasz muzyki, czytasz ciekawą książkę, kontemplujesz chwilę obecną, jest ci ciepło, błogo, po prostu dobrze.
  • Spotykasz się w przytulnym miejscu z grupą przyjaciół. Panuje atmosfera luzu, radości, wzajemnego szacunku i troski.
  • Jesz kolację z ukochaną osobą. Za oknem szaro, a ty delektujesz się uczuciem więzi z kimś bliskim oraz pysznym jedzeniem.
  • Spacerujesz po lesie, jesteś w kontakcie z przyrodą, cieszysz się ciszą i tym, że możesz oddychać świeżym powietrzem i naładować wewnętrzne baterie.

Ćwiczenie 5. Moc muzyki

Jesienią zwykle mamy obniżony nastrój związany z niedoborem słońca. Jednym ze sposobów na poprawę samopoczucia jest terapeutyczna moc muzyki. Ścieżka dźwiękowa powinna być radosna i słoneczna. Zaprzyjaźnij się z flamenco, brazylijską sambą, muzyką z Afryki czy Karaibów. Jeśli rano brakuje ci energii, nagraj kilka ulubionych utworów na telefon i słuchaj ich po przebudzeniu oraz w trakcie drogi do pracy. A wieczorem, aby nastroić się do snu, nastaw spokojną bossa novę, muzykę instrumentalną albo relaksacyjną, która wywołuje w mózgu fale alfa, związane z odprężeniem i kreatywnością.

Ćwiczenie 6. Kreatywny zeszyt

Jak jeszcze bardziej uruchomić kreatywność? Na przykład prowadząc twórcze notatki. Wybierz zeszyt z okładką, która najbardziej ci się spodoba. Umów się ze sobą, że codziennie napiszesz cokolwiek, choćby jedno zdanie, które odzwierciedla to, jak się czujesz, czego potrzebujesz, co masz w planach czy co właśnie przyszło ci do głowy. Możesz również malować lub rysować, a nawet wklejać obrazki wycięte z pism. Zapisuj wszystkie, nawet z pozoru bezsensowne myśli i pomysły. Kreatywny zeszyt zachęca do ekspresji, wyrażania tego, co w danej chwili krąży w twoim umyśle i sercu. Już samo przeglądanie takich zapisków bywa inspirujące.

Ćwieczenie 7. Rozgrzewający napój

Deszcz i zimno to nie najlepsza aura dla układu immunologicznego. Aby wzmocnić odporność, polecam oczyszczający i rozgrzewający napój na bazie naturalnych składników. Weź 1/2 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki imbiru, szczyptę czarnego pieprzu lub pieprzu cayenne oraz 1/2 łyżeczki cynamonu. Wsyp wszystkie składniki do kubka i zalej je wrzątkiem. Po minucie dodaj sok z 1/2 cytryny. Wymieszaj wszystko. Możesz dodać odrobinę ksylitolu, syropu z agawy lub miodu. Pij taki napój co rano na czczo oraz między posiłkami. Dobry humor i zdrowie gwarantowane!

  1. Psychologia

Dlaczego przeklinamy? A raczej – dlaczego czasem nie da się inaczej?

Badania wykazały, że przekleństwa wywołują silne emocje. To one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Badania wykazały, że przekleństwa wywołują silne emocje. To one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Dlaczego przeklinamy? Nie umiemy inaczej? Emma Byrne, autorka książki „Bluzgaj zdrowo. O pożytkach z przeklinania”, szuka odpowiedzi w nauce i sięga po argumenty zarówno medyczne, jak i psychologiczne czy lingwistyczne.  

Uwielbiam przeklinać. Zwykle zdarza mi się rzucić jakimś mocnym słowem, kiedy jestem podekscytowana lub czymś zaskoczona. No i oczywiście, kiedy prowadzę, co jest chyba cechą wspólną dla większości kierowców – mówi Emma Byrne i przyznaje, że na przekleństwach zbudowała swoją karierę naukową. W książce stawia tezę – popartą przykładami z wielu dziedzin naukowych – że nie stalibyśmy się najliczniejszym gatunkiem naczelnych, gdybyśmy wcześniej nie wynaleźli przekleństw. Używanie „słów uznanych za wulgarne z dziedzin uznanych za tabu” osłabia bowiem ból, wzmacnia więzy, rozwija kreatywność i efektywność, ale także pomaga znaleźć ujście dla naszego napięcia.

Po pierwsze, emocje

Neurobiologia oraz badania nad uszkodzonymi półkulami mózgu udowadniają, że przeklinanie jest nierozerwalnie związane z emocjami – naszymi i osoby, z którą rozmawiamy. Przekleństwa są zakorzenione w obu półkulach mózgu, a także w ciele migdałowatym – najbardziej pierwotnej części mózgu, która odpowiada za silne emocje. Wraz z rozwojem ewolucji stały się potężnym skrótem, który pozwala na błyskawiczne ich przekazywanie.

Byrne przypomina znany w jej środowisku Projekt Washoe. Małżeństwo naukowców z Uniwersytetu Nevada zaadoptowało w latach 70. kilkoro małych szympansów, które wychowywali jak dzieci. Nauczyli je jeść, pić z kubka, korzystać z toalety, a także posługiwać się językiem migowym. Bardzo szybko – w chwilach wzburzenia oraz złości – zwierzęta zaczęły używać znaków związanych np. z toaletą, wydalaniem i brudem, jako obraźliwych w stosunku do siebie lub naukowców. To pokazuje, jak ważne w komunikacji i wyrażaniu emocji jest przeklinanie, niezależnie od gatunku biologicznego. – Oczywiście trzeba pamiętać, że to nie jest język jak każdy inny, wywołuje raczej silne reakcje – zwykłe słowa rzadko mają taką siłę. Jeśli więc zależy nam na wyciszeniu sytuacji, napięcia, zwłaszcza podczas kłótni, sprzeczki czy nieporozumienia, to przekleństwa nie są najlepszym wyborem – ostrzega Byrne. Jeśli jednak chcemy poinformować innych o swoim wzburzeniu i ostrzec, że zaraz wybuchniemy – mogą nawet zapobiegać przemocy. – Bez nich bylibyśmy ograniczeni do gryzienia, skakania sobie do oczu i obrzucania się gównem, jak to robią nasi naczelni krewniacy – pisze.

Budowanie więzi

Przeklinanie bardzo pomaga, jeśli chcemy się z kimś podzielić emocjami, jakie w nas narastają. I to nie tylko tymi tzw. negatywnymi. – W społeczeństwach, gdzie zniechęca się mężczyzn do okazywania smutku czy współczucia, przeklinanie może stać się wartościowym zamiennikiem – zauważa Byrne.

Nic dziwnego też, też w zmaskulinizowanym środowisku pracy, gdzie aprobatę raczej wyraża się słowami „O, k...” lub „ja, p...”, niż „ale fajnie”, przeklinająca kobieta, która potrafi niewybrednie żartować, szybciej zyska sobie szacunek i pozycję niż gdy będzie zwracać uwagę, że nieelegancko jest przeklinać. Sama Byrne pracuje w męskim zespole naukowym, zajmującym się sztuczną inteligencją. – Gdy próbowałam zgrać się z zespołem, okazało się, że mój bogaty słownik przekleństw oraz znajomość futbolu są wystarczające, by przyjąć mnie do grupy – opowiada.

Niwelowanie bólu

Skoro bluzgi dają ujście wewnętrznemu napięciu, może mogą też przynosić ulgę w bólu fizycznym? Próbował to sprawdzić doktor Richard Stephens, autor książki „Czarna owca. Ukryte zalety okropnego zachowania”. W ramach eksperymentu skłonił 67 studentów, by zanurzyli rękę w lodowatej wodzie i wytrzymali tak długo, jak mogą. W trakcie katuszy mogli używać jednego wybranego przez siebie przekleństwa oraz jednego słowa neutralnego. Okazało się, że ci, którzy tylko przeklinali, wytrzymywali o połowę dłużej niż studenci, którzy używali słów neutralnych. Przekleństwa podnosiły ich tętno i obniżały poziom odczuwalnego bólu. Dokładniejsze badania wykazały, że kolejność jest następująca: przekleństwa wywołują silne emocje, to one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu.

Obniżenie frustracji

Jeśli przeklinanie pomaga podczas krótkotrwałego bólu, to jaki jest jego wpływ, gdy ktoś cierpi na przewlekłą chorobę albo długo dochodzi do siebie po bolesnej operacji? Byrne sprawdziła, że przeklinanie pomaga chorym mierzyć się z cierpieniem i związanymi z nim trudnymi emocjami, jak gniew, zniechęcenie oraz przygnębienie. Pisząca te słowa, która spędziła sześć tygodni z unieruchomioną w ortezie nogą, jest żywym na to przykładem. Niestety, Byrne zauważyła przy okazji smutną zależność. Przeklinanie przez cierpiących mężczyzn spotyka się ze społecznym przyzwoleniem, ale już bluzgające kobiety nie są równie mile słuchane. Gorzej, „rzucające mięsem” w chorobie kobiety częściej traciły przyjaciół i wsparcie znajomych z powodu używania wulgaryzmów. – To jest niepokojący przykład podwójnego standardu – ostrzega Byrne. I dodaje: – Jeśli obie płcie mają rozmawiać jak równy z równym, musimy dysponować takimi samymi narzędziami ekspresji. Pozwólmy facetom płakać, dajmy kobietom bluzgać: wszyscy potrzebujemy tych środków wyrazu.

Nauka języka

Wulgaryzmy trudno nam znieść także w ustach nastolatków i dzieci. – Przekleństwa są częścią naszego języka, nie możemy udawać, że jest inaczej. Naszym zadaniem jako rodziców nie jest zakazywać przeklinania, tylko pomóc w radzeniu sobie z emocjami, jakie temu towarzyszą – tłumaczy autorka. Dlatego nie należy karać za wulgarne słowa, tylko uczyć wyrażania emocji w sposób nieraniący innych. Jak przekonuje Byrne, zamiast wstydzić się, że przeklinamy, zacznijmy to robić swobodniej i adekwatnie do sytuacji.

  1. Psychologia

Ratujmy chłopców! Różnią się od dziewczynek na każdym etapie rozwoju, wymagają odpowiedniej troski

Zapewnijmy synowi dużo przestrzeni na ruch i ćwiczenia, najlepiej na świeżym powietrzu. Chłopiec musi dać upust energii, będzie mógł potem lepiej się skupić na zajęciach „stolikowych”. (Fot. Getty Images)
Zapewnijmy synowi dużo przestrzeni na ruch i ćwiczenia, najlepiej na świeżym powietrzu. Chłopiec musi dać upust energii, będzie mógł potem lepiej się skupić na zajęciach „stolikowych”. (Fot. Getty Images)
Syn ma być grzeczny i miły jak dziewczynka. A chłopcy nie będą jak dziewczynki, choć przez lata utrzymywano, że są tacy sami. Najwyższa pora, żeby ich zrozumieć i im pomóc. Bo w ten sposób pomagamy także ich przyszłym żonom, dzieciom i – nie bójmy się patosu - światu, który będą tworzyć

Obrazek z pierwszego lepszego przedszkola: Dziewczynki bawią się razem, słuchają poleceń pani, chłopcy natomiast krzyczą, biegają, biją się, dokuczają koleżankom. W szkole podstawowej podobnie - chłopcy rozrabiają, trudno im wysiedzieć na lekcji, gorzej czytają, niestarannie piszą, porozumiewają się jednowyrazowymi „co, no, nie”. W szkole średniej mniej niż ich koleżanki są zaangażowani w dyskusje, życie szkolne, poza oczywiście sportem. Udają, że na niczym im nie zależy, że bycie błaznem jest cool. Nie mają pojęcia, co zrobić, żeby polubiły ich dziewczyny. Jedni stają się nieśmiali, wycofani, inni – agresywni, niekulturalni, a nawet wulgarni. Statystyki pokazują, że nastoletni chłopcy są trzykrotnie bardziej narażeni na śmierć w wyniku wypadków, bójek i samobójstw niż ich rówieśniczki.

Wgrać męskie oprogramowanie

To oczywiście obrazki mocno upraszczające. Bywają bowiem mali chłopcy grzecznie bawiący się w przedszkolu, bywają zdyscyplinowani, świetnie się wysławiający, zaangażowani w życie szkoły i dobrze radzący sobie w kontaktach z dziewczynami nastolatkowie. O zdecydowanej większości dzieciach płci męskiej mówi się jednak, że sprawiają różne kłopoty: wychowawcze, z nauką, z dyscypliną, z bezpieczeństwem.

Sama mam dwóch synów i doskonale pamiętam ten strach na wywiadówkach w szkole starszego syna (młodszy chodził do bardzo dobrej, niepublicznej), co też tym razem usłyszę od nauczycieli. Siadałam w ostatniej ławce, razem z innymi rodzicami chłopców. Rodzice córek siadali w pierwszych rzędach. Scenariusz tych zebrań zawsze był podobny – zaczynało się od wyliczania przewin chłopców i wzywania na rozmowy ich rodziców. Główny zarzut? Że chłopcy nie zachowują się jak dziewczynki. I w sumie nic dziwnego, bo przez wiele lat wmawiano nam, że chłopcy i dziewczynki niczym, poza płcią, się nie różnią. Stąd egzekwowanie od wszystkich dzieci takiego samego zachowania. Ale gdy chłopiec, nie daj boże, zapłakał, przyznał, że się boi albo wstydzi, to dopiero były kpiny i śmiechy. Żądania wobec chłopców były więc sprzeczne - mieli zachowywać się jak dziewczynki, a jednocześnie nie wolno było im ujawniać „dziewczyńskich” emocji.   

Nowe badania naukowe pokazują to, co zresztą od lat zauważało wielu rodziców, że chłopcy są inni, i to na każdym etapie rozwoju. Nie gorsi, ani lepsi, tylko inni. Różnice widać już w pierwszym etapie – od narodzin do szóstego roku życia. Niemowlęta płci męskiej (w większości) słabiej reagują na twarze, mają mniej rozwinięty zmysł dotyku, później raczkują. Kiedy zaczynają chodzić (też na ogół później niż dziewczynki) są bardziej ruchliwi, chętniej biorą do rąk nowe przedmioty, budują z klocków wysokie wieże (dziewczynki na ogół niższe). W wieku przedszkolnym trudniej niż ich rówieśniczki nawiązują nowe kontakty, mają słabszą motorykę.

A jak traktują ich rodzice? Z badań wynika, że o wiele rzadziej przytulają, częściej natomiast ich karcą. Te same badania pokazują, że mali chłopcy są bardziej niż dziewczynki podatni na lęki związane z rozstaniem z rodzicami, czują się wtedy porzuceni, zamykają się w sobie. Psychologowie badający naturę chłopców apelują, aby – jeśli to możliwe – nie posyłać ich do żłobków przed ukończeniem trzeciego roku życia. Może to bowiem źle wpłynąć na ich rozwój: rodzić nerwowość, agresję lub emocjonalne wycofanie.

Następny etap – od szóstego do trzynastego roku życia – zaczyna się od radykalnej wolty syna. O ile wcześniej matka była tą najważniejszą osobą w jego życiu, o tyle teraz syn chce przebywać z tatą (ojczymem, dziadkiem, wujkiem), naśladować go, uczyć się od niego. Tak jakby chciał „wgrać” sobie męskie oprogramowanie. Dziewczynki na tym etapie aż takiej zmiany nie dokonują. Jeśli tata nie interesuje się synem, chłopiec zrobi wszystko, żeby zwrócić na siebie jego uwagę – może stać się agresywny, a nawet moczyć się i chorować.

Uwaga: testosteron!

W niektórych kulturach (plemię Lakota) wzmacnia się kontakt synów z ojcami separując ich na jakiś czas od matki, w innych wysyła chłopców do szkół z internatem. A wszystko po to, aby „zmężnieli”. Według wielu psychologów takie postępowanie nie jest mądre. Chłopcy powinni wiedzieć, że mogą liczyć na oboje rodziców. Optymalna sytuacja to być nadal blisko mamy i mieć do tego bliskość taty. Niektórzy ojcowie zarzucają matkom kurczowe trzymanie synów przy sobie. Psychologowie ripostują: zamiast cierpkich słów pod adresem matek, powinniście bardziej się zaangażować. Bo powodem chowania się syna pod skrzydła mamy może być to, że go nadmiernie krytykujecie i stawiacie mu zbyt duże wymagania.

Etap od czternastu lat do dorosłości to prawdziwa jazda bez trzymanki. Zarówno dla dziewcząt, jak i chłopców. Zasadnicza różnica polega na rodzaju hormonów, które rządzą młodymi ludźmi: dziewczynkami władają estrogeny, a chłopcami testosteron (choć obie płcie są wyposażone w obydwa hormony, tylko w innych proporcjach). Bywa, że niektóre dziewczynki przejawiają więcej  „testosteronowych” zachowań (i te są przebojowymi przywódczyniami), a część chłopców – więcej „estrogenowych” (ci sprawdzają się w budowaniu relacji, mediacjach). Ale ogólny schemat sprawdza się w przypadku większości młodych ludzi. To etap gwałtownych zmian, za które odpowiedzialny jest właśnie testosteron. U czternastolatka wzrasta prawie o 800 procent! Testosteron powoduje szybki wzrost, przyrost tkanki mięśniowej, a ograniczenie tłuszczowej, rozwój jednej części mózgu, a spowolnienie innej,  hałaśliwe zachowanie, brawurowość, skłonność do ryzyka.

Chłopcy po 14. roku życia hormonalnie i fizycznie są gotowi do dorosłego życia, natomiast psychicznie – wcale. W dodatku rodzice i nauczyciele traktują ich nadal jak dzieci. A im potrzebne są nowe bodźce, coś, co ich zafascynuje, nakłoni do twórczego życia, pozwoli się sprawdzić. Większość problemów, które zdarzają się młodym ludziom (ryzykanctwo, nałogi, przestępstwa) bierze się stąd, że młodych ludzi, dopingowanych testosteronem, rozsadza energia, a my dorośli nie robimy nic, aby skierować ją na bezpieczne tory.

Chłopcy lubią porządek i jasne reguły

Co zatem możemy zrobić jako rodzice nastolatka? Po pierwsze – stworzyć wokół syna coś w rodzaju  społecznej sieci bezpieczeństwa. Bo młody chłopiec nie jest gotowy, aby tak po prostu, bez przewodnika, wejść w życie. My rodzice mamy małe szanse pełnić taką rolę, bo to czas kontestowania przez syna naszego autorytetu. Nie możemy też zdać się na mądrość jego rówieśników. Pozostają inni dorośli – trenerzy, mentorzy, wujowie, nasi przyjaciele. Ich rolą jest dopilnowanie, aby błędy, których popełnianie w tym wieku jest nieuniknione, nie okazały się tragiczne w skutkach. My z kolei możemy stać się przewodnikami dla synów naszych przyjaciół.

Po drugie – powinniśmy umiejętnie wprowadzić w życie chłopców jasne zasady i porządek. W grupie przypominają oni czasem hordę z piekła rodem - przepychają się, biją, ale tak naprawdę w każdej chaotycznej sytuacji czują się niepewnie. Zachowują się tak dlatego, żeby ukryć strach. Jeśli więc znajdzie się mądry przywódca, ktoś, kto w sposób życzliwy i sprawiedliwy rozsądzi spory, wprowadzi zasady – chłopcy się odprężają i uspokajają. Psychologowie zauważają, że reakcje na niepewne, chaotyczne sytuacje to jedna z podstawowych różnic między płciami. Dziewczynki raczej zamykają się wtedy w sobie i siedzą cicho. Chłopcy natomiast przepychają się, hałasują.

Nie załamujmy rąk nad zachowaniem synów, nie krytykujmy ich, nie łammy. Postarajmy się zrozumieć ich zachowania wynikające przecież nie ze złej woli, tylko z ich natury. No i pomóżmy im zrozumieć siebie samych.

„Obsługa” syna wcale nie jest jakoś szczególnie trudna. Wystarczy nasza wiedza na temat jego rozwoju i kilka prostych instrukcji: Okazujmy mu jak najwięcej miłości, podobnie, jak robimy to wobec córek. Pamiętajmy, że  chłopcy źle znoszą rozłąkę z rodzicami. Może więc zastanówmy się zanim oddamy syna do żłobka przed trzecim rokiem życia.

Nie reagujmy krzykiem na jego krzyki, bo to tylko utrwala takie zachowanie. Starajmy się spokojnie, ale stanowczo wszystko tłumaczyć. Nigdy nie straszmy, nie groźmy, nie stosujmy przemocy. Dobry przykład, spokój i konsekwencja to jest to, czego potrzebuje syn (córka zresztą także).

Uczmy go porządku, systematyczności, czyli na przykład, że należy planować, dzielić większe zadania na mniejsze. Chłopcy dobrze czują się w uporządkowanym, przewidywalnym świecie, dlatego trzymajmy się ustalonych reguł, porządku dnia, stałych pór posiłków i zajęć (zmiany oczywiście trzeba wprowadzać, ale regułą ma być przewidywalność).

Zapewnijmy synowi dużo przestrzeni na ruch i ćwiczenia, najlepiej na świeżym powietrzu. Chłopiec musi dać upust energii, będzie mógł potem lepiej się skupić na zajęciach „stolikowych”. Ponieważ chłopcy w wieku przedszkolnym rozwijają się na ogół wolniej niż dziewczynki, warto zastanowić się nad opóźnieniem posłania syna do pierwszej klasy. Wiadomo także, że chłopcy mają większe niż dziewczynki problemy z mówieniem, wysławianiem się. Dlatego powinniśmy im dużo czytać, opowiadać, dużo z nimi rozmawiać, szczególnie między pierwszym, a ósmym rokiem życia. Dobrze jest też jak najwcześniej rozmawiać z nimi o możliwościach wyboru, sposobach rozwiązywania problemów, o tym, jak postępować w trudnych sytuacjach, jak mówić „nie”. A także o uczuciach, emocjach. Uczmy ich nazywania stanów, jakie przeżywają, mówmy na przykład: O, widzę, że teraz jesteś zły, a teraz radosny. Określajmy także swoje stany: uwaga, jestem wściekła.

Pomagając synowi w rozeznaniu  swoich uczuć i emocji, pomagając mu zrozumieć siebie i sobą kierować, tak naprawdę pomagamy jego koleżankom, przyszłej kobiecie, jego dzieciom, światu.

Korzystałam z książek Steve’a Biddulpha: „Wychowanie chłopców”, „Sekrety szczęśliwego dzieciństwa”, „Jeszcze więcej sekretów szczęśliwego dzieciństwa” (wszystkie wydane przez REBIS)

Co trzeba wiedzieć o synach?
  • Jako niemowlęta i małe dzieci przeżywają lęki z powodu rozstania z rodzicami.
  • Kłótliwość, agresywność (zwłaszcza około 14. roku życia) to sprawka skoków poziomu testosteronu, a nie tylko charakteru.
  • Ich mózg rozwija się wolniej niż dziewczynek, co może wpływać na opóźnioną dojrzałość szkolną.
  • Mają mniej połączeń między półkulą mózgu odpowiedzialną za język a tą, która odpowiada za uczucia.
  • Potrzebują wyraźnych zasad i świadomości, kto nimi kieruje.
  • Mają skłonność do działania, zanim pomyślą.

  1. Psychologia

Jak pozbyć się poczucia winy, wstydu i niepewności - czyli uczuć, które zatruwają życie?

"Taki, jaki jestem, jestem w porządku" - to najtrudniejsza afirmacja na świecie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Poczucie winy, wstyd, żal, lęk, smutek, niepewność... Każde z nich coś nam mówi, ale czy każde buduje? O stanach, które - jeśli trwają zbyt długo - czynią nas nieszczęśliwymi i niewidzialnymi, oraz o tym, jak się z nich wyciągnąć - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. 

Wszystkie uczucia są potrzebne, choć najtrudniejsze do przyjęcia są te wynikające ze złego losu człowieka. Naturalną cechą uczuć jest to, że one przychodzą i odchodzą, czyli przemijają. Niektórych jednak tak nie lubimy, że próbujemy je tłumić, spychać ze świadomości. Nie mogą wtedy naturalnie przez nas przepłynąć, tylko kumulują się w ciele i, bez naszej świadomej wiedzy, rządzą nami. Utrwala się pewien stan i potrafi on  utrzymywać się tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Na przykład brak wiary w siebie, nienawiść do siebie czy ciągły lęk. Wszystkie te stany są dla człowieka ciężkie, bolesne, czasem zabójcze. Należy do nich także poczucie winy. Są różne szkoły na temat interpretacji tego stanu, ja uważam, że jest ono sztucznie tworzone, niepotrzebne i szkodliwe. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność, która uczy nas być dorosłymi. Robisz coś, to znaczy, że to twój czyn, jesteś za niego odpowiedzialny – tak trzeba uczyć dzieci. Natomiast nigdy nie należy wpędzać ich – i siebie – w poczucie winy. Oczywiście tak samo nie należy ich straszyć, nieustająco zawstydzać, niesprawiedliwie oceniać i pozostawiać samym sobie.

Jesteś zły – mam nad tobą przewagę

Poczucie winy jest silnym orężem w rękach tych, którzy czują się niepewni, a chcą sprawować władzę. Na przykład Kościół rzymskokatolicki, który uzurpuje sobie jedynowładztwo duchowe nad człowiekiem, od wieków wpędza ludzi w poczucie, że stale są nie w porządku i że powinni czuć się winni właściwie za wszystko: za myśli, za uczynki, za intencje, za wyobrażenia, a już szczególnie te dotyczące seksu, niezależności czy wolnomyślicielstwa. Dlaczego? Bo chce ludźmi rządzić, robiąc z nich stado baranów. Co jest dla niektórych coraz bardziej jasne, a dla niektórych nie, i jeszcze długo nie będzie, bo oni chcą być w tym stadzie baranów, gdzie mówi im się, w jakim kierunku mają iść i że jeśli wszyscy pójdą razem, to znaczy, że to jest słuszne. To jedna z niezłych zmyłek, że kiedy robi się coś powszechnie, to jest to w porządku. I że to właściwie usprawiedliwia każdą bzdurę i głupotę, bo skoro inni tak robią, to jest to OK.

W poczucie winy wbija nas od małego nie tylko Kościół i posłuszne mu media, ale też ci rodzice, którzy sami takiego tresowania zaznali. Tacy rodzice nie umieją sami siebie szanować, nie wierzą, że mogą być autorytetem dla swoich dzieci, a przecież są – już z samego faktu, że są rodzicami. A że są słabi i niepewni, przekształcają swoje niezadowolenie w uwagi, oceny i nakazy, które wpędzają dzieci w poczucie winy. Łatwiej jest im wtedy nimi zarządzać – w głównej mierze po to, by trzymać je pod butem. Żeby nie szukały własnych dróg, żeby nie miały innych autorytetów, żeby niczego się same nie dorobiły – w tym swojego światopoglądu – żeby nie przeszkadzały, żeby nie przynosiły do domu idei, które rodzicom nie odpowiadają, i w ogóle żeby było z nimi jak najmniej kłopotów. (Mam nadzieję, że jest jasne, iż ten smutny obraz nie opisuje wszystkich rodziców, niestety, jednak na tyle dużą ich część, że można się pokusić o uogólnienie).

I tak poczucie winy rozłazi się na wszystkie przestrzenie naszego życia, w tym na związki. Strasznie jest słyszeć, jak ona mówi do niego: „Ty świnio, oszukałeś mnie, upokorzyłeś, zdradziłeś”. I on wcale nie musiał jej tego naprawdę zrobić, czasami ona sama to sobie zrobiła lub zrobił jej to ktoś inny, a czasami w ogóle nie zostało to zrobione – ale zasada jest taka, że człowiek niezadowolony z siebie lubi szukać powodu tego niezadowolenia na zewnątrz. Do tego w procesie wpędzania w poczucie winy sama wina nie musi być wcale udowodniona, tylko zarzucona. A osoba, której ją zarzucono, musi mieć w środku taki klik na zasadzie „jeśli się mnie czepiają, to może słusznie” – i wtedy ona to poczucie winy na siebie przyjmuje.

Dziecko, które ani nie zna siebie, ani świata, a do tego jeszcze nie zna i nie rozumie swoich rodziców – bo jak ma ich rozumieć – przyjmuje jak objawienie wszystko, co się na nie zwala. Moja mama na przykład zawsze mi powtarzała, że przez ciężki poród całe życie miała zatwardzenie – to oczywiście miała być moja wina, bo jej było z tym wygodnie. Innej dziewczynie matka powtarzała, że przez nią nigdy nie schudła i zaczęła mieć migreny. I jak dziecko może z takim zarzutem walczyć? Dziecko może się albo na to zamknąć, albo się pod tym ugiąć i bardzo się starać, by przeprosić i wynagrodzić, czyli być idealne we wszystkim, w czym się da: nie być głośno, nie przeszkadzać, nie bałaganić, dobrze się uczyć. Robią się potem z takich dzieci, a zwłaszcza dziewczynek, szare, ciche myszeczki. Bardzo wielu rodzicom zależy, żeby mieć takie dziecko.

Niewidzialna dziewczynka

Pamiętacie Nini, bohaterkę z serii o Muminkach, dziewczynkę, która była niewidzialna i tylko dzięki dzwoneczkowi na szyi było wiadomo, gdzie jest? Ktoś był dla niej kiedyś konsekwentnie zły i okrutny, ona wzięła winę na siebie, bo była bezbronna, i postanowiła, że nie będzie nikomu zawadzać, aż stała się niewidzialna. Ale kiedy ktoś jej powiedział coś miłego, to powoli pojawiała się kokardka na czubku głowy, a potem ewentualnie włoski, przy Mamie Muminka zaczęła się pojawiać już trochę buzia, ale wtedy wpadł Muminek i spytał: „a co to takiego dziwnego?” i dziewczynka znów zniknęła – bo tak była elektryczna na każde nieaprobujące zdanie na jej temat.

Bardzo dużo jest takich dorosłych niewidzialnych dziewczynek. Idzie taka do lekarza i od progu się jąka, że ją coś boli, ale w recepcji od razu zostaje usadzona i musi swoje odstać, a gdy wreszcie doczeka się swojej kolei, to się nie dopyta, nie powie, że jej coś nie pasuje albo że lekarz ją źle zrozumiał. Nie zadba o siebie, bo wszyscy są od niej ważniejsi. Wszelka złość, jaka się u niej pojawia, która ewentualnie mogłaby ją ośmielić, jest kierowana przeciwko niej samej. Może kiedy ta dorosła niewidzialna dziewczynka zacznie ciężko chorować i ktoś jej powie, że to jest psychosomatyczne, a do niej dotrze, co to znaczy – zechce to przyjąć i będzie ciekawa, jak można to zmienić. Większość takich dziewczynek woli jednak faszerować się lekami niż pracować nad zmianą samych siebie, nad dostrzeżeniem swojej złości. Poczucie winy tworzy właśnie takich niewidzialnych, niemych ludzi – po to, by łatwiej było nimi rządzić. A już broń Boże, żeby byli szczęśliwi, bo jak tu rządzić szczęśliwymi ludźmi?

Jeśli ma się w dzieciństwie wypracowany mechanizm przyjmowania na siebie poczucia winy, człowiek zaczyna sam siebie w nie wpędzać, bo to umie i zna. Dlatego powtórzę jeszcze raz: poczucie winy nie jest naturalnym stanem, to stan sztuczny i szkodliwy, to przedłużająca się krzywda. Co innego poczucie skruchy  – pojawia się wtedy, kiedy wiemy, że zrobiliśmy coś, co jest niefajne, również według nas samych. I można przeprosić, naprawić albo zadośćuczynić. Albo strach – kiedy dziecko wie, co zrobiło, i wie, że to nie spodoba się rodzicom, czuje strach, tylko tyle. Dopiero kiedy od nich dowie się za pierwszym, drugim i kolejnym razem, że nie tyle nawet zrobiło źle, co jest złe – wtedy wpada w otchłań poczucia winy.

Normalny, żyjący swobodnie człowiek ma świadomość, że raz na jakiś czas coś mu się wymsknęło spod kontroli, że coś zawalił, popsuł, czegoś nie dopilnował. Nie jest ze wszystkiego zadowolony, ale to jest wliczone w szeroki wachlarz wydarzeń ludzkiego życia – nie możemy przecież nigdy nie popełniać błędów czy nigdy o niczym nie zapominać. Dlatego można mieć poczucie błędu, ale nie winy.

Kiedy dziecko wie, że zrobiło coś nie tak, czuje strach, może mieć poczucie skruchy, ale nie można wpędzać w poczucie winy. (fot. iStock) Kiedy dziecko wie, że zrobiło coś nie tak, czuje strach, może mieć poczucie skruchy, ale nie można wpędzać w poczucie winy. (fot. iStock)

I niczego nie żałujcie

Nie tylko poczucie winy potrafi zatruć życie, także poczucie żalu. Żalu z powodu niezrobionych rzeczy, niewykorzystanych okazji, żalu do siebie o to, jakim się było. Że się o siebie nie walczyło. Że się uwierzyło w słowa: „do niczego się nie nadajesz”. Bardzo przykro zdać sobie z czegoś takiego sprawę. I żeby sobie udowodnić, że jednak się nadajemy, robimy wiele różnych rzeczy – tylko jakoś się one nie przekładają na zadowolenie z siebie, co dostrzegamy często dopiero na terapii.

Nie ma sensu żałować czegoś, co zrobiliśmy lub nie. Zrobiliśmy to dlatego, że w danym momencie po prostu samo nam wyszło, bo: albo było naszym automatyzmem, albo mieliśmy na to ochotę, albo daliśmy się namówić, albo się przestraszyliśmy i nie zrobiliśmy czegoś – czyli wynikało to z określonych okoliczności. No więc skoro takie były okoliczności, co mamy do tego? Mogę teraz powiedzieć, że żałuję, że nie pojechałam na tę wycieczkę, którą mi proponowano; nie puściłam się z chłopcem, który miał na mnie ochotę; nie kupiłam sobie tej rzeczy, która mi się strasznie podobała. A mogę powiedzieć sobie wprost przeciwnie: że świetnie, że nie wydałam pieniędzy na kolejną torebkę, bo były mi potrzebne na coś innego; świetnie, że z tamtym facetem nie poszłam do łóżka, bo potem się okazało, że on obgaduje swoje kochanki; świetnie, że nie pojechałam na tamtą wycieczkę, bo za to poszłam gdzie indziej i tam mnie spotkały różne fajne rzeczy. I gdzie tu miejsce na żal?!

Fajnie też, że pamiętamy pewne rzeczy z przeszłości, bo dzięki temu w przyszłości nie powtórzymy już tego samego. Albo właśnie wreszcie zrobimy to, czego pożałowaliśmy sobie kiedyś. Jeśli coś się już stało, to mamy traktować to jako materiał do wyciągnięcia wniosków i dowiedzenia się czegoś o sobie – bo to bardzo cenne i nas zasila.

Na przykład marzę, by jeździć po świecie, ale za każdym razem, gdy mi ktoś proponuje wycieczkę, to wynajduję różne powody, żeby nie pojechać – za drogo, niebezpiecznie. Lub: bardzo bym chciała kogoś poznać i zakochać się, ale jeśli już poznaję, to znajduję w nim różne wady: krzywe zęby, garnitur niemodny. I z tego można wyciągnąć wniosek – może powinnam się odważyć, przełamać schemat, może ja się czegoś bardziej boję niż pragnę. Nie chcę powiedzieć, że nie ma się czego bać, bo czasem jest: na przykład łajdaków, bandytów, oszustów i wszelkich krzywdzicieli. Lęk i strach są potrzebne, byle nie były naszymi jedynymi doradcami.

Zawsze jest wyjście

Żal to złożony stan emocjonalny, bierze się ze smutku, rozczarowania, zawodu. Nie ma co się go całkowicie pozbywać, bo on pokazuje naszą kondycję – zmaltretowanego człowieka, któremu się nie należało. Dlatego ważne, żebyśmy umieli siebie pożałować, ale też sobie wybaczyć i wyrównać, bo inaczej będziemy wiecznymi cierpiętnikami. Żal mówi, co było dla ciebie ważne, podobnie jak zazdrość. I to coś trzeba sobie dać, zadośćuczynić sobie, wyrównać sobie i samego siebie za to przeprosić.

Podobnie skomplikowane jest poczucie krzywdy, które z kolei ma korzenie w bezsilności i złości. Poczucie winy – jak już mówiłam, rodzi się z lęku, smutku, braku pewności siebie. I nie jest prawdą, że jeśli nie będziesz mieć poczucia winy, to będziesz zarozumiałym, bezczelnym egoistą, bo poczucie winy nas gryzie i niszczy, a nie buduje. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność czy skrucha albo zadośćuczynienie, przeproszenie, postanowienie poprawy, prawda – te rzeczy nas budują. Jeśli chcemy sobie poradzić z czymś, co nam w środku dolega, bo zrobiliśmy coś niefajnego – to są właśnie najlepsze metody. Refleksja na swój temat zawsze powinna być wszechstronna i pogłębiona – ludzie zwykle chcieliby być lepsi niż są, bo się im od dziecka wmawia, że nie są dobrzy.

„Taki, jaki jestem, jestem w porządku” – to jest najtrudniejsza afirmacja na świecie. Bo jak to, jestem w porządku?! Przecież spóźniłem się, zgubiłem portmonetkę, odpowiedziałem komuś niegrzecznie… To wszystko są drobiazgi, za które można przeprosić, wytłumaczyć, uśmiechnąć się. Nauczyliśmy się popadać w dołek, z którego nie ma wyjścia. A zawsze jest wyjście. Musi się bardzo dużo złych rzeczy poskładać, żeby przez jakiś czas tego wyjścia nie było, ale potem znów będzie.