1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Epidemia depresji?

Epidemia depresji?

fot.123rf
fot.123rf
„Mam depresję” - słyszymy coraz częściej, od bliskich, przyjaciół, znajomych z pracy. Depresja to choroba cywilizacyjna, która powoli dogania raka i choroby układu krążenia uznawane obecnie za najczęstsze przyczyny śmierci w krajach rozwiniętych.

Śmiercionośna choroba

Depresja  choć nie jest bezpośrednią przyczyną śmierci może prowadzić do niej pośrednio, gdy jest nieleczona lub w najgorszym przypadku, gdy osoba nawet nie podejrzewa, że jest chora. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że w 2020 roku depresja będzie druga na liście najczęstszych przyczyn śmierci w każdej grupie wiekowej. Wniosek jest prosty – bagatelizowanie pierwszych objawów depresji jest tak samo szkodliwe jak bagatelizowanie problemów z sercem czy nowotworowych badań profilaktycznych. Na depresję choruje obecnie prawie 150 ml ludzi a prawdopodobieństwo zachorowania na nią zwiększa się u każdego nowego pokolenia.

Choroba cywilizacyjna

Przyczyn depresji specjaliści doszukują się w trzech grupach: endogennych, somatycznych i psychologicznych. Depresja endogenna to najczęściej spotykany rodzaj schorzenia. Wiąże się ona przede wszystkim z rozregulowaniem funkcji biologicznych i zaburzeniami ośrodkowego układu nerwowego.  Wyraźnie obniżają się zdolności psychiczne i ruchowe, zmniejsza się sprawność intelektualna, koncentracja i pamięć. Od depresji endogennej trzeba odróżnić depresję somatyczną, która z kolei może być wywołana uzależnieniem lub organicznymi chorobami mózgu. Trzecią grupą są przyczyny psychologiczne – te, za które najczęściej winimy chroniczny spadek nastroju. Należą do nich trudne przeżycia z różnych okresów życia takie jak błędy wychowawcze, kłótnie i konflikty w domu, psychiczne znęcanie się, molestowanie seksualne, zawstydzanie dziecka przez rodziców, otwarte faworyzowanie rodzeństwa, stawianie przez nich wygórowanych wymagań. Przyczyn depresji lekarze upatrują również w nieprawidłowym sposobie myślenia a dokładnie w negatywnym nastawieniu: obwinianiu się za nieszczęścia, przekonaniu, że nic dobrego już się nie wydarzy, skupianiu się na złych wydarzeniach z przeszłości.

Dzisiejszy tryb życia również nie działa pozytywnie na samopoczucie. Ludzki organizm nie jest przyzwyczajony do takiego tempa, ogromnej ilości obowiązków i stresu. Okupujemy to bólem mięśni skumulowanym przede wszystkim w okolicach karku i pleców. Nie należy więc ignorować również objawów somatycznych, one również mogą być pierwszymi sygnałami depresji.

- Nie można samemu zdiagnozować depresji, ale trzeba być czujnym. Jeśli coś nas niepokoi warto skonsultować to z lekarzem, który pokieruje nas do odpowiedniego specjalisty - mówi Gabriela Kalinowska, terapeutka współpracująca z psychospace.pl

Subiektywna lista objawów

Smutek lub ''uczucie pustki'', zaburzenia snu, utrata energii, poczucie zmęczenia, ospałość, zaburzenia apetytu, trudności z jasnym myśleniem, skupieniem uwagi, podejmowaniem decyzji, utrata zainteresowania dla zajęć, które kiedyś sprawiały przyjemność, także dla seksu, lęk i/lub ataki paniki, obsesyjne drążenie bolesnych doświadczeń i myśli, poczucie winy i bezradności, obniżone poczucie własnej wartości, brak nadziei,  niepokój i/lub drażliwość, myśli o śmierci lub samobójstwie. Długa lista objawów dla wielu z pewnością nie jest obca. Takie nastroje zdarzają się każdemu przez co właśnie depresja jest tak trudna do zdiagnozowania. Przyznać się do niej jest wyjątkowo trudno, wiele osób spotyka się bowiem z niezrozumieniem nawet ze strony bliskich. Stwierdzenia „Nie histeryzuj”, „Weź się w garść”, „Zrób coś ze swoim życiem” nie pomagają, a wręcz pogarszają sytuację chorego, w którym wzmaga się poczucie odpowiedzialności za trudną sytuację, w której właśnie się znalazł. Jemu samemu trudno jest pogodzić się z nową sytuacją, zwłaszcza, że depresja coraz częściej dotyczy również tych osób, które przed chorobą nie miały problemów z życiem towarzyskim, nie cierpiały z powodu licznych kompleksów. Ważne jest wówczas wsparcie bliskich. To oni muszą zdać sobie sprawę, że depresja wymaga leczenia a nie odpoczynku i nie jest wynikiem lenistwa chorego. Depresja wymaga połączenia leczenia farmakologicznego z psychoterapią i samemu nie można sobie z nią poradzić. Wymaga jednak cierpliwości i zrozumienia ze strony bliskich. Trzeba jednak pamiętać, że nie można na siłę rozweselać chorego. Najlepszym wsparciem jakie można mu dać jest nakłonienie do leczenia i pilnowanie, by zbyt wcześnie nie zrezygnował z terapii, w przeciwnym razie objawy powrócą.

Źródło: Psychospace.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak rozpoznać depresję? Rozmowa z psycholog Ewą Woydyłło

Rozpoznanie depresji to proces, w którym należy skonfrontować swoje obniżone samopoczucie z realiami, jakich samemu można zbyt dobrze nie widzieć, bo siedzi się w środku. (Fot. iStock)
Rozpoznanie depresji to proces, w którym należy skonfrontować swoje obniżone samopoczucie z realiami, jakich samemu można zbyt dobrze nie widzieć, bo siedzi się w środku. (Fot. iStock)
„To nie fanaberia, lecz ciężka choroba. Gdy się pogłębi, może doprowadzić do takiego stanu, w którym targniesz się na własne życie. Długotrwała depresja prowadzi albo do unicestwienia, albo do rezygnacji z życia. W normalnym życiu człowiek się rozwija, a w depresji – zwija” – mówi psycholog Ewa Woydyłło. 

Wczoraj byłam smutna i zła na cały świat. Czy to początek depresji? Gorszy nastrój, smutek, żal, złość i rozczarowanie jakimiś sprawami z naszego życia zwykliśmy nazywać depresją, choć wcale nią nie są. Huśtawka nastrojów to codzienność. Jeśli ktoś oczekuje, że zawsze będzie tak, jak w czasie ośmiu minut noworocznej nocy, kiedy fajerwerki strzelają do nieba – to oczywiście jest w błędzie. Tak nie będzie. Więc jeśli przez moment nie widzisz fajerwerków, to nie znaczy, że masz depresję. Depresją staje się takie samopoczucie, z powodu którego nie możesz robić tego, co musisz – nie wstajesz z łóżka, nie myjesz się, nic nie jesz albo – jesz bez przerwy.

Ale spadek nastroju to chyba już jakiś symptom? Złe samopoczucie, zniechęcenie do pracy, brak ochoty na seks, apatia, izolacja od ludzi, myślenie tylko o sobie, a zwłaszcza o jakiejś sprawie, która jest przygnębiająca, np. rozwód, choroba lub śmierć bliskiej osoby – to wszystko są symptomy depresji. Moment, kiedy zamieniają się w chorobę, jest bardzo trudno uchwytny albo wręcz nieuchwytny. Psychiatria tę jednostkę chorobową definiuje następująco: jeśli przez co najmniej dwa tygodnie bez ewidentnego powodu człowiekowi odechciewa się żyć, to znaczy, że popadł w głęboką depresję. Niby nic się nie stało, a ktoś po prostu w pewnym momencie przestaje funkcjonować, wycofuje się z życia. Bywa, że matka w takim stanie nawet nie karmi swojego nowo narodzonego dziecka.

Czasami zdajemy sobie sprawę z tego, co jest przyczyną naszej depresji, a czasami tylko tak nam się wydaje. Nieraz mówimy: „to dlatego, że moja córka wyprowadziła się z domu”. Ale przecież wiadomo było, że jak dziecko dorośnie, to pewnego dnia z tego domu się wyprowadzi. Jeśli wyjechało na studia, to rodzic powinien się cieszyć, nie smucić. No i okazuje się, że u podłoża takiego głębokiego zniechęcenia do życia nie leży bynajmniej syndrom opuszczonego gniazda, lecz na przykład złe relacje małżeńskie albo od lat zanikająca więź z życiowym partnerem. Winę zwalamy na dziecko, chociaż źródło tkwi gdzie indziej: oto matka zostaje w domu z człowiekiem, którego od dawna nie kocha i który jej nie kocha. To przykład na to, jak głęboko trzeba szukać przyczyn depresji.

 
Czy ktoś może mi w tym pomóc? Oczywiście, najlepiej od razu porozmawiać z kimś o tym, co czujesz. Trzeba rozejrzeć się za osobą, którą obchodzisz, bo nie ma sensu zwierzać się komuś, kto cię nie zna lub nie lubi. Rozpoznanie depresji to proces, w którym należy skonfrontować swoje obniżone samopoczucie z realiami, jakich samemu można zbyt dobrze nie widzieć, bo siedzi się w środku. Dopiero ktoś z boku powie: „Zaraz, zaraz, ale o co ci właściwie chodzi? Przecież twoja córka wyjechała, bo się zakochała. To chyba fajnie, nie? Czy wolałabyś, żeby się nie zakochała?”.

A jeśli w swoim otoczeniu nie znajdujesz osoby, której na tobie zależy, z którą chcesz podzielić się swoim smutkiem, opowiedzieć o nim – to zacznij czytać książki na temat depresji. Czyli gdy zauważysz pogorszenie samopoczucia, to od razu, nie czekając aż zapadniesz się głęboko w grzęzawisko, zastosuj zwykłe ludzkie sposoby: zadzwoń do przyjaciółki, zrób coś, co sprawi ci przyjemność... – popraw sobie zły nastrój.

A jeśli od przyjaciółki usłyszę: „nie przesadzaj, weź się w garść, nie użalaj się nad sobą”? Wtedy zgłoś się do psychiatry. To fantastycznie, że żyjemy w czasach, w których mamy tylu specjalistów. Kiedy boli ząb, idziemy do dentysty. Kiedy się przewrócimy i złamiemy nogę, idziemy do ortopedy. Kiedy nie możemy nauczyć się francuskiego, idziemy na kurs. Tak samo jest ze stanem psychicznym – jeśli sobie nie radzimy i nikt bliski nie potrafi nam pomóc, to zwracamy się do fachowca od depresji. A takim jest psychiatra. Nie psycholog, pedagog czy ksiądz, tylko psychiatra. Jedynie on potrafi majstrować przy naszych stanach emocjonalnych i ma do tego odpowiednie narzędzia.

Jednak większość ludzi uważa, że smutek minie, że sami się z tego stanu wydźwigną. Mogą się wydźwignąć ze smutku i żalu, ale nie z depresji. Żal to stan emocjonalny, który przeżywamy częściej niż nam się wydaje, np. pod wpływem muzyki, która nasuwa przykre wspomnienie. Mogę być w gorszym nastroju, bo się nie wyspałam, bo boli mnie głowa... – to codzienność. Ale czy z tego powodu przestaję jeść śniadanie, nie myję zębów, kładę się na kanapie i bezmyślnie patrzę w sufit? Owszem, jestem smutna, przygnębiona jakimś zmartwieniem, troską, przeżywam trudne zdarzenie, ale mimo to robię obiad, sprzątam, czytam książkę, wychodzę z psem na spacer... chociaż nie w pełni entuzjazmu, ale działam. A w depresji absolutnie nic nie robię. To nie fanaberia, lecz ciężka choroba. Gdy się pogłębi, może doprowadzić do takiego stanu, w którym targniesz się na własne życie. Długotrwała depresja prowadzi albo do unicestwienia, albo do rezygnacji z życia. W normalnym życiu człowiek się rozwija, a w depresji – zwija.

Czyli długotrwały smutek może przejść w depresję? Jeśli pewnych stanów się nie powstrzyma, to owszem, mogą zamienić się w depresję. To trochę tak, jak z alkoholem. Jeśli ktoś pije, ale nie nadużywa, to nie upija się. Ale jeżeli ktoś raz się upije, a potem – pomimo że to było dla niego przykre – upije się znowu, to zaczyna ostro zmierzać do uzależnienia. Podobnie jest z depresją: jeśli z powodu złego humoru przestajesz robić to, na czym ci zależy, co jest dla ciebie ważne, to potraktuj go jako sygnał ostrzegawczy, bo to może być początek depresji.

Jak zastopować jej rozwój? Nie koncentruj się na złych doświadczeniach i nie generuj wokół nich czarnych myśli. To pogarsza samopoczucie. Na dworze piękna słoneczna pogoda, a ty leżysz w łóżku i jeszcze zasłaniasz okna – w ten sposób uciekasz od normalnego życia! Myśl o tym, co masz, a nie o tym, czego ci brakuje.

Aby uniknąć zagrożeń związanych z ewentualnością wystąpienia tej, nawet sytuacyjnej, depresji, która przychodzi z powodu życia, a nie z powodu funkcjonowania mózgu – trzeba także zadbać o to, by mieć wokół siebie grono ludzi, którym na tobie zależy, ludzi, którzy – jak będzie ci trudno czy źle – zechcą nie tyle nawet ci pomóc, ile wysłuchać, czasami przyjechać i na przykład ochrzanić syna, który źle się do ciebie odnosi, albo zabrać cię do siebie, by było ci mniej smutno. Dobrze też mieć np. ciocię, która nie będzie pouczać, krytykować, oceniać, tylko zrobi szarlotkę, rozśmieszy, zaprosi przyjaciółki i zagracie w brydża... po prostu zajmie się tobą. Jeśli ktoś ma kogoś takiego, to mu mniej grozi depresja!

I może sprawa najważniejsza: nasz nastrój i samopoczucie zależą w dużym stopniu od tego, jaki styl życia preferujemy, jaki mamy system wartości, co jest dla nas w życiu ważne... Trzeba odwrócić uwagę od depresji, a zająć się tym, by życie uczynić sensownym, produktywnym i satysfakcjonującym. Wtedy stany depresyjne mają szansę mijać bardzo szybko. Ludzie, którzy są wciąż czymś nakręceni, rzadko zapadają na depresję.

Warto przeczytać:

Mark Williams, John Teasdale, Zindel Segal, Jon Kabat-Zinn, „Świadomą drogą przez depresję. Wolność od chronicznego cierpienia”, Wydawnictwo Czarna Owca 2009; David D. Burns, „Radość życia, czyli jak zwyciężyć depresję. Terapia zaburzeń nastroju”, Wydawnictwo Zysk i S-ka 2010; Arnold A. Lazarus, Clifford N. Lazarus, Allen Fay, „Jak nie wpaść w depresję – 40 szkodliwych przesądów, które zatruwają nam życie”, Wydawnictwo WAM 2005. 

  1. Zdrowie

Dystymia - lenistwo czy choroba?

Dystymia objawia się niezadowoleniem, ciągłym zmęczeniem, brakiem motywacji do działania i wiary w siebie. Życie nie cieszy i wydaje się pozbawione sensu. (Fot. iStock)
Dystymia objawia się niezadowoleniem, ciągłym zmęczeniem, brakiem motywacji do działania i wiary w siebie. Życie nie cieszy i wydaje się pozbawione sensu. (Fot. iStock)
Dystymia to przewlekła, łagodniejsza postać depresji, rodzaj nerwicy, która nie pozwala cieszyć się życiem. Jak ją rozpoznać i leczyć, radzi psycholożka Sylwia Woronowicz. 

Podobno ta choroba dotyka około 3 proc. społeczeństwa. To dużo, zważywszy, że niewiele osób o niej słyszało.
To prawda. O dystymii prawie się nie mówi. Poza tym to wciąż choroba nie do końca poznana, trudna do zdiagnozowania. Myślę, że ludzi cierpiących z jej powodu może być nawet więcej, tyle że rzadko trafiają do specjalisty. I na tym właśnie polega ich tragedia. Cierpią, ale jakoś funkcjonują, więc są przekonani, że „po prostu tak mają”. Spełniają role społeczne, znajdują jakieś miejsce do mieszkania i pracowania, jakiś związek. Tyle że wszystko wydaje im się pozorne, jakby w środku nie było treści. Nie doświadczają tego emocjonalnego rezonansu, który sprawia, że człowiek czuje radość. Wyglądają, jakby żyli, ale nie do końca zdawali sobie z tego sprawę. Emocje, których doświadczają, też są jakieś blade... Kiedy przychodzi do mnie pacjent z dystymią, to nie rozpacza, tylko raczej się skarży – słowem, tonem głosu, całym ciałem.

Jak dokładnie wygląda życie z dystymią?
Proszę sobie wyobrazić, że wciąż jest pani niezadowolona, zmęczona, brakuje pani motywacji do działania i wiary w siebie. Życie nie cieszy i wydaje się pozbawione sensu. Ma pani poczucie pustki wewnętrznej. Otoczenie zarzuca pani lenistwo, pesymizm, każe po prostu zabrać się do roboty, zrobić coś ze sobą, wziąć w garść. A pani nie ma siły i czuje się z tego powodu winna. Ten stan trwa dość długo. Może nawet całe życie.

Jeśli w końcu okaże się, że wszystko to objawy choroby, którą można leczyć, a nie pani wina, to może pani poczuć dużą ulgę. Oczywiście, sposób funkcjonowania mógł pogłębić dystymię, ale to nie jest tak, że cierpi pani na własną prośbę, jak często wmawiają dystymikom bliscy.

Jak dochodzi do tego, że pacjent do pani trafia?
Najczęściej z dwóch powodów. Albo nastąpiło pogłębienie depresyjne, czyli na dystymię nałożyła się pełnoobjawowa depresja, co nie należy do rzadkości, albo pacjent, zwykle osoba około trzydziestki, właśnie zrobił bilans życiowy i doszedł do wniosku, że takie życie nie ma jednak sensu.

A to nie jest powszechne, że bilans życia sporządzany w okolicach trzydziestki rzadko jest zadowalający?
Powszechne. Ale nie każde niezadowolenie z dotychczasowego życia świadczy o chorobie. Dla życiorysu osób z dystymią charakterystyczne jest to, że one często bardzo się starały, naprawdę chciały coś osiągnąć, ale jakoś nie szło. Tak jakby dodawały gazu w samochodzie, ale nie były w stanie wprawić go w ruch. Często okazuje się, że ich historia toczy się dobrze do jakiegoś momentu, a potem następuje wyhamowanie. W rezultacie ktoś, kto w młodości bardzo dobrze się zapowiadał, niewiele osiągnął.

Oj, mam wrażenie, że gdybyśmy zrobiły sondę, to prawie całe nasze społeczeństwo odnalazłoby się wśród tych dobrze zapowiadających się, którym życie pokrzyżowało plany.
Nie wiem, jak jest z całym społeczeństwem. Ja mogę się wypowiadać jedynie na temat moich pacjentów. I taki życiowy zwrot na niekorzyść zawsze zwraca moją uwagę.

Pytam, bo zaczynam się zastanawiać, czy ta dystymia nie jest przypadkiem taką furtką, czymś, na co łatwo można zrzucić winę za wszystkie swoje błędy. Czy można być po prostu leniwym, lekkomyślnym, mało ambitnym..., czy też wszystko da się chorobowo wytłumaczyć?
Oczywiście, że można być po prostu leniwym, lekkomyślnym i mało ambitnym. I oczywiście są osoby, które mają ten niekorzystny bilans życia dlatego, że czegoś nie zrobiły, że im się rzeczywiście nie chciało, nie postarały się, zaniechały, popełniły ewidentny błąd, ale nie o takich teraz mówię.

Żeby zdiagnozować dystymię, trzeba stwierdzić co najmniej dwa objawy, które utrzymują się nie krócej niż dwa lata. Niekiedy jest ich więcej. Nie pojawiają się wszystkie naraz, ale w miarę upływu czasu dołączają kolejne. Charakterystyczne są na przykład zaburzenia snu – klasyczny objaw wszystkich zaburzeń depresyjnych. Albo sen jest bardzo długi, a mimo to nieefektywny, albo zbyt krótki. Z tym związane jest często nadużywanie alkoholu, który ma pomóc zasnąć. Pacjenci mówią: „to tylko jeden kieliszek wina albo piwo wieczorem”. Jeśli jednak alkohol pojawia się codziennie lub prawie codziennie, to już jest go bardzo dużo. Tworzy się taka maska alkoholowa, która przykrywa toczący się pod spodem proces depresyjny. Do tego dochodzą zaburzenia łaknienia. Osoby z dystymią jedzą albo zbyt mało, albo zbyt dużo, a i tak wciąż są głodne.

Jeśli objawy utrzymują się bardzo długo, to jak pacjenci mają zauważyć zmianę? Ja na przykład nie pamiętam, ile jadłam trzy lata temu.
No właśnie. Samemu rzeczywiście trudno to prześledzić. Potrzebne jest odzwierciedlenie. Czasem zwróci uwagę znajomy, czasem dopiero psychoterapueta pomoże spojrzeć z dystansu. Ja na początku przeprowadzam głęboki wywiad na temat całego życia pacjenta. Potem robię dla niego podsumowanie, tak, że „otrzymuje” całe życie w pigułce. Wtedy okazuje się, że był jednak jakiś moment, kiedy wszystko zaczęło się zmieniać na niekorzyść, kiedy czynności, które wcześniej sprawiały radość, jak np. czytanie książek czy spotkania ze znajomymi, stały się równie atrakcyjne jak obieranie ziemniaków. Świat zaczął jawić się jako pusty i nudny, tak, że dziś nie ma większego znaczenia, czy się żyje, czy nie. Niektórzy pacjenci określają to „takim nieżyciem”.

Jakie są przyczyny dystymii?
Prawdopodobnie, bo zdania na ten temat są podzielone, w człowieku istnieje pewna predyspozycja genetyczna lub biologiczna. To znaczy, że dystymia czeka na okazję, żeby się ujawnić. Dzieje się tak np. na skutek niepomyślnych okoliczności – straty pracy, porzucenia, utraty bliskiej osoby itp. Objawy pojawiają się też często w okresie wczesnej dorosłości, kiedy wchodzimy w nowe role społeczne. To oczywiście naturalne, że kryzys na pewien czas obniża nastrój, jednak w dystymii zaczyna się powolny zjazd w dół. Nie ma powrotu do równowagi. To, czy choroba się ujawni, zależy też od tego, czy w człowieku nie ma wewnętrznego konfliktu.

Jak się ją leczy?
Najlepsza jest dwutorowa ścieżka – leki antydepresyjne i psychoterapia. Leki stwarzają człowiekowi warunki, by dzięki psychoterapii mógł zrobić krok na przód. Zawsze ostrzegam pacjenta, że jeśli leczenia farmakologicznego nie wesprze zmianami nawyków, to wróci do punktu wyjścia. Tylko w nielicznych przypadkach dzieje się tak, że bez świadomej pracy mechanizm zmian sam się uruchomi. Zdarza się, że pacjent bierze leki i czeka, aż się coś wydarzy. Delektuje się tym lepszym stanem. A powinien inwestować.

Czyli?
Najpierw musi zaobserwować, jakie jego zachowania pogłębiają dystymię, a jakie nie. Z pomocą psychoterapeuty to nie jest takie trudne. Bardzo szybko pacjenci są w stanie odpowiedzieć na moje prowokacyjne pytanie: „co by pani zrobiła, by gorzej się poczuć?”. Bez zająknięcia recytują całą listę zachowań. To znaczy, że mają już świadomość swoich wyborów. Mogą zacząć zastępować złe wzorce dobrymi, a nie mówić: „obudziłam się rano w fatalnym nastroju i tak mi zostało do wieczora” – bo już wiedzą, co zrobić, żeby ten nastrój sobie poprawić. Korzystne zachowania i reakcje trzeba jednak powtarzać wielokrotnie, zanim staną się automatyczne. I to rzeczywiście jest trudne.

Słyszałam, że dystymię leczy się o wiele trudniej niż depresję.
Tak, bo osoba z depresją czuje się gorzej, więc bardziej chce ten stan zmienić. Chora na dystymię ma mniejszą motywację. Myśli: „tyle przeżyłam i jakoś żyję, może kiepskie to życie, ale jakoś się toczy”. Niby chce coś zmienić, ale kiedy napotyka jakieś trudności, często zaraz chce się wycofywać. Mówi: „właściwie to jest w porządku, może rzadko spotykam się z ludźmi i moja praca nie jest taka interesująca...”.

...ale przynajmniej jest praca.
Właśnie, więc zostawmy ten problem, przyklepmy go, bo zmiany są trudne, wyczerpują energię.

Jakie są szanse na szczęśliwe zakończenie?
Dosyć duże, pod warunkiem, że z dystymią nie współistnieją inne zaburzenia. Wielokrotnie byłam świadkiem, jak pacjenci po terapii zmieniali się nie do poznania. Inna była nawet ich postawa, mowa ciała, język, jakiego używali. Opowiadali, co zrobili, nazywali swoje uczucia, używali takich zwrotów jak „postanowiłem”, co wcześniej było nie do pomyślenia, bo w dystymii podejmowanie decyzji jest bardzo trudne. Sami też byli w stanie dostrzec zmianę. Czasem dopiero wtedy przypominali sobie, że kiedyś już był w ich życiu czas, kiedy czuli się dobrze

Sylwia Woronowicz psycholożka i psychoterapeutka. 

  1. Psychologia

Nie mów nigdy „to koniec!”. Pielęgnowanie negatywnych myśli niszczy i odbiera sens życia

W każdej sytuacji należy sobie powtarzać: „Cokolwiek mi jeszcze zostało, to zrobię z tego coś pięknego i dobrego”. Piękno i dobro to antyczne wartości, o których dziś prawie nie pamiętamy. (Fot. iStock)
W każdej sytuacji należy sobie powtarzać: „Cokolwiek mi jeszcze zostało, to zrobię z tego coś pięknego i dobrego”. Piękno i dobro to antyczne wartości, o których dziś prawie nie pamiętamy. (Fot. iStock)
Przewlekła choroba, kalectwo mogą odebrać wiarę w sens życia. Jak mimo bólu odnaleźć uśmiech i pogodę ducha. Rozmowa z psycholog Ewą Woydyłło.

Artykuł z archiwalnego numeru magazynu „Sens.” Przypominamy go w lutym – Miesiącu Walki z Depresją.

„Czujemy się tak, jak myślimy” – zgodnie podkreślają psychologowie. Co to znaczy? Myśli nas prowadzą. Jeśli pomyślę, że mam 70 lat i oznacza to koniec mojego życia, to jutro z łóżka nie wstanę. A mogę też inaczej: „Rzeczywiście mam już trochę lat, ale jeszcze potrafię się uczyć, troszczyć o innych, o siebie, cieszyć życiem, podróżami, książkami, koncertami...”. Więc absolutnie prawdą jest, że przeżywamy to, co podpowiedzą nam własne myśli.

Ale co ma powiedzieć osoba, która dowiaduje się, że ma nowotwór lub po wypadku staje się kaleką? Negatywne myśli u takich osób są naturalne, lecz nie powinny być długo pielęgnowane, bo niszczą, odbierają sens życia. Trzeba jak najszybciej zamienić je na inne. Na przykład zamiast: „nie będę mógł chodzić, więc moje życie się skończyło”, pomyśleć o jakiejś innej sprawie, włączyć telewizor i obejrzeć program, z którego się dowiesz, czym jest np. czarna dziura. Nie mówię, że masz złą myśl zamienić na dobrą: „nie będę mógł chodzić, fajnie...” – nie! Tylko na inną. Bo jeśli pozostaniesz przy tej złej, to ona może zmienić się w dręczącą obsesję. Nie znaczy też, że masz zagłuszyć w sobie ból, rozpacz, cierpienie, upijając się na przykład do nieprzytomności.

Nieuleczalna choroba czy kalectwo to przeciwnik wagi ciężkiej i walka z nim musi być niezwykle trudna. Człowiek ma powody, by się zapaść... Ma nawet prawo do zapadnięcia się. Nie używałabym jednak słowa „walka” – zamiast walczyć, lepiej rozwiązywać problem. Tak więc osoba przytłoczona przerażeniem może sobie powiedzieć: „to koniec”, ale wtedy podda się czarnowidztwu, które odbierze jej chęć do życia. Lepiej szukać sposobów, które pomogą jej zmienić ten tor myślenia.

Życie cały czas płynie ruchem jednostajnie posuwistym wzdłuż jakiejś osi – godzinę temu byliśmy w tym punkcie, a teraz jesteśmy już tu. W pewnej chwili dotyka kogoś nieszczęście, które wywołuje szok – to naturalna reakcja, ale – podkreślmy to jeszcze raz – nie wolno pozostać w tym miejscu, trzeba iść dalej, choćby po to, żeby nie wpaść w depresję.

Stan beznadziei i lęk przed przyszłością przychodzą jednak zwykle nieco później, w fazie długotrwałego zmagania się z chorobą... Racja. Gdy dowiadujemy się, że wykryto u nas lub kogoś bliskiego ciężką chorobę, jesteśmy w stanie szoku. Wydzielają się wtedy endorfiny i adrenalina, które pomagają zmobilizować się i stawić czoła nagłemu zagrożeniu. Jeśli np. czegoś się bardzo wystraszymy, to potrafimy uciekać z olimpijską wręcz prędkością. Dużo bardziej groźny stan pojawia potem, kiedy uświadomimy sobie w pełni to, co się stało – wtedy już nie działa adrenalina. „Zawalił mi się świat. Ziemia usunęła mi się spod nóg” – mówią ludzie, którzy uświadomili sobie bezmiar nieszczęścia. I to jest normalne, trzeba przez to przejść, by drobiazgowo i realistycznie ocenić sytuację. Jeśli mamy poradzić sobie z chorobą czy kalectwem, z wielką stratą lub szkodą, to musimy zdać sobie sprawę z tego, co tak naprawdę się wydarzyło, rozważyć cały ogrom cierpienia – tak jak w sklepie, który okradziono, trzeba zrobić remanent, by się dowiedzieć, czego brak i zastanowić się, w jaki sposób wyrównać straty. Zdarzają się nieszczęścia, które tylko w pierwszej chwili wydają się niepowetowane, a gdy porównamy je do doświadczeń innych osób czy kataklizmów, jakie co chwila dotykają jakąś część świata, okażą się naprawdę błahe. Ale nawet w największych nieszczęściach potrzebna jest perspektywa i wiara w pozytywną zmianę, którą najlepiej osobiście zaplanować i urzeczywistnić, nie czekając, by los zrobił to za nas.

Czy osoba cierpiąca może taką szansę dostrzec sama? To może być trudne. Ale obok jest przecież lekarz, pielęgniarka, mama, przyjaciółka, siostra... A jeśli się zdarzy ktoś, kto nie ma tego kręgu najbliższego wsparcia, to nie powinien czekać, tylko rozejrzeć się i taki system wsparcia sobie stworzyć. Jedynie dzieci tego nie potrafią, bo one jeszcze nie umieją zatroszczyć się o siebie, nimi muszą opiekować się dorośli.

Na ponure myśli jest jedna rada: postaraj się z kimś o tym porozmawiać. Możesz zadzwonić do znajomego lub zapytać sąsiadkę: „Pani Marysiu, czy mogłabym u pani wypić herbatę? Muszę się pani wyżalić. Wie pani, co się stało?...”. Jeśli druga osoba nie znajdzie dla ciebie czasu, to zastukaj do kolejnych drzwi. Ktoś w końcu dostrzeże twój smutek i zapyta: „Co ci jest? Czy coś się stało?”. Pocieszające jest to, że w większości trudnych życiowych sytuacji znajdują się ludzie, na których można liczyć.

A jeśli ktoś zamknie się w sobie ze swoim problemem? To jest czasami dramat bliskich ludzi, którzy stoją obok z wyciągniętymi do pomocy rękami, a osoba cierpiąca zamyka się niczym ostryga i nie chce ich do siebie dopuścić.

Co wtedy robić? Przede wszystkim trzeba zachęcić taką osobę do wyjścia z izolacji. Jest na to wiele sposobów: można ją zapraszać do siebie lub odwiedzać, proponować wspólne wyjście na spacer, do kina, na zakupy... Dość nieskuteczne i niewskazane jest mówienie: „weź się w garść”, bo jeśli ktoś jest w depresji, to właśnie tego nie potrafi zrobić. Lepiej zapytać: „Co mogłabym dla ciebie zrobić, jak ci pomóc?”. Albo przyjść i powiedzieć: „Słuchaj, nie mogę patrzeć na ten bałagan. Chodź, posprzątamy razem. Gdzie trzymasz odkurzacz? Przyniosłam karton – włóż do niego te stare gazety, a ja go wyniosę”. Można też spytać: „Czy masz jakieś pieniądze? Mogę pójść z tobą do banku...”. Albo zaproponować: „Ufarbuję ci włosy. Jaką chcesz farbę? A może zmienimy ci fryzurę?”.

Nie każ tej osobie niczego robić samej i nie zachowuj się jak prokurator, tylko wspieraj i mobilizuj do działania. Ale jedno trzeba sobie uświadomić: nad drugim człowiekiem nie masz kontroli, w najlepszym razie niektórzy ludzie potrafią mieć kontrolę nad samym sobą. Założenie, że jeśli coś zrobisz, to dana osoba przestanie się smucić, jest wchodzeniem w rolę Pana Boga. Możesz stanąć na rzęsach, a ona powie: „Nie chcę pomocy, ja chcę umrzeć”. I wtedy co? Kto będzie temu winien – lekarz, bliscy? Chyba nie. Człowiek ma wolną wolę i sam decyduje o swoim życiu. Co jakiś czas świat wzburzają tragiczne wypadki, np. słyszymy: „Lekarz wypisał pacjentkę ze szpitala, a ona po wyjściu popełniła samobójstwo”. A czy można kogoś siłą zmusić, by cieszył się życiem?

Osobom ciężko dotkniętym przez los okazujemy dużo zrozumienia i współczucia. Czy to prawidłowe zachowanie? Tak, należy okazywać współczucie, ale nie litość. To zasadnicza różnica. Jeśli okazuję komuś współczucie, to znaczy, że wierzę, iż sobie poradzi, a jeśli litość – to uważam, że sobie nie poradzi. Czasami mam do czynienia z osobami, które uważają, że jak ktoś jest chory i biedny, to otoczeniu nie wypada się uśmiechać. Powstaje supeł, który trudno rozwiązać. Oczywiście, nie można zachowywać się jak klaun albo udawać, że się nie dostrzega powagi sytuacji. Natomiast przygnębienie, zły nastrój, łzy – raczej nikomu nie pomogą.

Kiedy moja mama, już umierająca, leżała w szpitalu, lekarz powiedział do mnie: „Proszę, niech pani przychodzi jak najczęściej i będzie przy mamie jak najdłużej. Ale przed wejściem do jej pokoju niech pani poprosi pielęgniarkę o środki uspokajające, żeby przy mamie nie płakać i nie przelewać na nią swego bólu i rozpaczy”. To był mądry lekarz. Pamiętam, że przywoziłam codziennie gazetę, siadałam i zaczynałam od prasówki, wtedy głównie z działu sportowego, bo odbywały się piłkarskie mistrzostwa Europy, a mama była fanką piłki nożnej. Rozbawiałam ją różnymi opowiastkami, choć zupełnie nie było mi do śmiechu. Płakałam, ale dopiero po wyjściu.

Rodzice pewnego chłopca, u którego w wieku 18 lat pojawiły się nagle ataki epilepsji, sami wpadli w depresję – z bezsilności, bezradności, z poczucia winy, że nie potrafią „zdjąć” z syna tej choroby... Widok cierpienia kochanej osoby, której nie można pomóc – jest wielkim dramatem. Bardzo współczuję tym rodzicom. Jeśli chcą dać swemu synowi wsparcie, to sami powinni być mocni. Jeśli chcą mu choć trochę poprawić samopoczucie, to sami muszą zadbać o ufność i nadzieję. Jeśli chcą dać mu wiarę w wyzdrowienie, to sami muszą w to wierzyć. Jeżeli tego nie potrafią, to mogliby porozmawiać z psychoterapeutą, który pomoże im poradzić sobie z tym nieszczęściem.

Drugiemu człowiekowi możesz dać tylko to, co sam masz. Chcąc komuś pomagać, trzeba zadbać o własne zdrowie psychiczne – pogodę ducha, energię, gotowość działania i umiejętność wsparcia. Dlatego ktokolwiek opiekuje się osobą chorą, nie może pozwolić sobie na depresję.

Z tym wiąże się jeszcze coś: ludzie chorzy, widząc, jak bardzo ich bliscy to przeżywają, martwią się o nich i obciążają siebie winą za ból i trudy, jakich im przysparzają. Jednym i drugim to bardzo szkodzi. Dlatego bliskim, którzy opiekują się chorym, powinni pomagać specjaliści.

Jak wygląda taka pomoc? Psycholog w takiej sytuacji skupia się na uwolnieniu od poczucia winy, ułatwieniu pogodzenia się z trudnym położeniem. Pokazuje, że mogło być gorzej i że to, co się stało, to jeszcze nie koniec świata. Obcięło komuś jedną nogę, a mogło obie. Stracił wzrok, ale ma słuch. Nie ma wzroku i słuchu, ale ma dwie sprawne ręce... Trzeba się tylko zastanowić, jak wykorzystać swój potencjał i dostępne zasoby. Co z tym, co zostało, można w życiu zrobić dobrego. Ograniczenia nie muszą odbierać uśmiechu i zdolności przeżywania radości życia. Mam niewidomą znajomą, która po powrocie ze Stanów z zachwytem mówiła: „Ile ja tam wspaniałych rzeczy zobaczyłam!”.

Amerykański rysownik, John Callahan, został sparaliżowany w wyniku wypadku samochodowego. Wpadł w depresję i alkoholizm, ale po kilku latach zaczął trzymać ołówek pomiędzy rękoma, którymi z trudem poruszał, i tworzyć pełne humoru historie obrazkowe dotyczące niepełnosprawności. Zdobył nimi ogromną popularność. Dobry przykład. Kluczem do zdrowia psychicznego jest akceptacja tego, co nas spotyka. Ona przynosi spokój. Każda szamotanina, niezgoda na coś, jest bezowocnym zużyciem energii. Trochę szkoda, że Callahan zapłacił za swoje odrodzenie epizodem depresyjno-alkoholowym. Bo to nie zawsze dobrze się kończy…

Może czasem trzeba sięgnąć dna, by mieć od czego się odbić? Na cmentarzach jest sporo grobów ludzi, którzy sięgnęli dna. Dlatego nikomu nie pozwalajmy, by tego próbował. Trzeba starać się jak najlepiej przeżyć każdą sekundę życia. Dbajmy świadomie o jakość naszego życia – mamy je tylko jedno. W każdej sytuacji należy sobie powtarzać: „Cokolwiek mi jeszcze zostało, to zrobię z tego coś pięknego i dobrego”. Piękno i dobro to antyczne wartości, o których dziś prawie nie pamiętamy. Jeżeli człowiek stara się je pomnażać, to dba o siebie i o innych, buduje, a nie niszczy. Tak pojmuję sens życia.

  1. Psychologia

Życie to nie regaty, żegluj przez nie we własnym tempie. Jak żyć, żeby nie dać się złym nastrojom

Właściwie każdy człowiek, który wprowadzi się w zbyt szybki bieg – wbrew swoim biologicznym rytmom, wbrew naturalnym zmianom pór roku – zaczyna dostawać zadyszki, potykać się, upadać... (Fot. iStock)
Właściwie każdy człowiek, który wprowadzi się w zbyt szybki bieg – wbrew swoim biologicznym rytmom, wbrew naturalnym zmianom pór roku – zaczyna dostawać zadyszki, potykać się, upadać... (Fot. iStock)
Nadmierne tempo życia jest sprzeczne z ludzką naturą, przynosi złe skutki. A depresja to nasza nauczycielka, tylko bardzo okrutna, bo przychodzi często wtedy, gdy jesteśmy już wrakiem człowieka – kompletnie zużyliśmy życiową energię. Rozmowa z psycholog Ewą Woydyłło.

Artykuł z archiwalnego numeru magazynu "Sens." Przypominamy go w lutym - Miesiącu Walki z Depresją.

Świat narzuca dziś zawrotne tempo życia, pośpiech... Czy to nie sprzyja depresji? Oczywiście, że tak. Ale nie zawsze to świat narzuca takie tempo, czasami sami fundujemy sobie ten kit, goniąc wciąż za sukcesami. A one mają to do siebie, że nie tyle zaspokajają nasze potrzeby, ile stymulują nowe. Sukces jest jak narkotyk – jeśli go spróbujesz i ci zasmakuje, to sięgasz po następną dawkę. I tym sposobem stajesz się niewolnikiem gonitwy. Ten pośpiech nie musi mieć wcale fizycznego wymiaru prędkości, bo to może być siedzenie przy klawiaturze czy gotowanie, ale samo nastawienie, że ma być więcej, lepiej, szybciej... powoduje, że bierzesz udział w jakimś wyścigu, maratonie. W każde osiągnięcie trzeba włożyć dużo energii, tak więc osoba, która żyje w zawrotnym tempie, jest narażona na depresję w pierwszym rzędzie, bo zużywa energię, a nowej organizmowi nie dostarcza. Jeśli ktoś co wieczór zasuwa do dyskoteki, rano niewyspany biegnie do pracy, a potem jeszcze na areobik czy siłownię, to nawet gdy jest młody i zdrowy – w sensie psychicznym eksploatuje się. To tak jak z kopalniami – pokłady węgla mogą być bardzo bogate, ale po nieustannym wydobywaniu, wreszcie się wyczerpią.

A jeśli w moim kalendarzu – wypełnionym wprawdzie po brzegi – znajdą się oprócz obowiązków także zajęcia sportowe, kino czy pogaduszki z koleżanką? Jeśli masz kalendarz wypełniony obowiązkami codziennie od góry do dołu i to przez długi okres, to żeby nie wiem co, grozi ci wypalenie. Nawet gdy ułożysz najbardziej racjonalny grafik, w którym znajdzie się i praca, i sport, i wakacje..., ale narzucisz sobie reżim w realizacji zapisanych zadań, to jest absolutnie oczywiste, że któregoś dnia organizm wystawi ci za to słony rachunek.

Dlaczego? Bo reżim rodzi stres, a ten sprzyja depresji. W kalendarzu powinny się znaleźć wolne okienka – kiedy do nich dochodzisz, dopiero wtedy zastanawiasz się, co masz ochotę w tym czasie zrobić. Do planu zajęć należy podchodzić bez zbytniego napięcia, traktować go elastycznie. No bo co z tego, że w szczegółach zaplanujesz sobie tydzień czy miesiąc, jak nagle zadzwoni przyjaciel i powie: „słuchaj, mam wolny bilet na przegląd filmów w Kazimierzu”, a ty przecież tak bardzo kochasz kino? Co z tego, że w kalendarzu masz zapisane: środa, godz. 17 – turniej squasha, kiedy rozkłada cię temperatura i słaniasz się na nogach? Jeśli dowiedziałabym się, że przyjacielowi umarł pies i mogłabym jakoś mu pomóc, to cokolwiek by się działo, odłożyłabym coś, nie zdążyła, przesunęła termin... Zdarzają się sytuacje, które całkowicie zmieniają twój grafik. Albo okaże się, że plan jest może i dobry, ale źle dopasowany do twojej aktualnej dyspozycji psychicznej, fizycznej czy duchowej.

Aby przedstawić najlepszy obrazowy model tego, jak trzeba żyć, chętnie używam metafory nawigacji w żeglowaniu: wyruszenie z przystani i obranie sobie celu nie oznacza, że dopłyniemy do niego najkrótszą drogą. Musimy podporządkowywać swój zamiar temu, co spotka nas po drodze: rafa, wyspa, szkwał lub flauta, może też zdarzyć się jakaś usterka jachtu, którą trzeba usunąć, czasem musimy się nawet cofnąć... – mimo tych przeszkód nadal chcemy tam dopłynąć i na pewno dopłyniemy, chociaż nadkładając drogi. Ale jeśli wystartujemy w regatach, to już istnieje duże ryzyko, że będziemy narażeni na ciągły stres. Jaki stąd morał? Żegluj przez życie, ale nie czuj się jak na regatach. I jeśli Kowalski dopłynie szybciej, to świetnie. W porcie zapytasz go, jak mu się płynęło.

Kto najczęściej narzeka na spadek formy psychicznej? Z całą pewnością osoby nadmiernie ambitne. Także perfekcjoniści, którzy nie tylko lubią robić wszystko jak najlepiej, ale cokolwiek robią, chcą być w tym doskonali. A to niemożliwe, bo doskonałość jest z założenia nieosiągalna. Chodzą więc wciąż niezadowoleni. Następna cecha sprzyjająca depresji to poczucie niskiej wartości... – ludzie, których dotyka ten syndrom z powodu różnych zresztą okoliczności życiowych, cały czas usiłują coś komuś udowodnić i wtedy wkraczają w toksyczne koło. W gronie bardziej podatnych na tę chorobę są również ci, którzy noszą w sobie poczucie krzywdy i za pomocą rozmaitych osiągnięć chcą coś sobie wynagrodzić. W zawrotne tempo wciągają się również ludzie, którzy złe wzory, zasady organizowania sobie życia wynieśli z rodzinnego domu: skoro mama i tata wciąż za czymś gonili, to trudno się potem dziwić, że młodzi ludzie też pędzą przez życie. Właściwie każdy człowiek, który wprowadzi się w zbyt szybki bieg – wbrew swoim biologicznym rytmom, wbrew naturalnym zmianom pór roku – zaczyna dostawać zadyszki, potykać się, upadać... Nadmierne tempo życia jest sprzeczne z ludzką naturą. To musi pociągnąć za sobą złe skutki.

Ale świat wymusza na nas pewne zachowania... Nie, nie wymusza, on nam tylko je oferuje, a wybór, co z tej oferty weźmiemy dla siebie, zależy tylko od nas. To nie znaczy, że mamy zamykać się w pustelni, ale też nie wolno ulegać wszystkiemu, co daje współczesny świat, bo wtedy ryzykujemy, że zmęczy nas bycie sobą i pewnego dnia ockniemy się kompletnie bez sił, w stanie totalnego wyczerpania.

Jak więc iść przez życie, by się nie przewrócić? Najważniejsze: słuchać samych siebie. Trzeba mieć zdolność wyławiania informacji, które ciało, umysł i dusza przekazują poprzez uczucia i emocje, jakie się w nas pojawiają. One właśnie sygnalizują napięcia, przesadną ambicję, nadmierny wysiłek czy wybór kierunku, który de facto wcale nie jest zgodny z naszym systemem wartości, bo np. wszyscy mają po dwa samochody, to ty też chcesz – bierzesz więc dodatkowe prace, by na niego zarobić.

Musimy nauczyć się czytać w swoich uczuciach, dopuszczać do głosu tę mowę ciała i duszy, bo tylko wtedy będziemy wiedzieć, co się z nami naprawdę dzieje. Jeśli ktoś stale pędzi, to nie wie, czy mu się guzik urwał czy nie, czy skaleczył sobie nogę czy nie – dopiero jak dopędzi do celu, widzi, że ma krwawiącą ranę i bąble na stopach. Powtarzam więc, że najważniejsze to nauczyć się języka własnych uczuć.

Czasami też pomagają okoliczności zewnętrzne lub bliscy ludzie. Niekiedy właśnie im zawdzięczamy to, że w pewnym momencie zwalniamy. Na przykład mama, która powie: „oj, dziecko, chyba za dużo pracujesz” albo: „popatrz, nie widziałyśmy się już tak dawno”... A ja na to: „Mamo, bardzo chciałabym częściej się z tobą spotykać, ale mam tyle różnych obowiązków...”. I to właśnie trzeba w sobie usłyszeć. I wiedzieć, że zachodzi tutaj typowe zjawisko: mechanizm obronny odrzuca prawdę. Stawiasz przed sobą krzywe zwierciadło, które ci pokazuje rzeczywistość taką, jaką chcesz widzieć.

Ordynator mówi do pielęgniarki: „Pani Haniu, pani dzisiaj znowu w pracy?! Oj, za dużo bierze pani tych dyżurów”. A pani Hania: „Ale ja muszę kupić synowi nowe dżinsy, a córka marzy o deskorolce”, no i koło się zamyka. Bardzo często nie słyszymy, co tak naprawdę sygnalizują nam ludzie, którym na nas zależy. A właśnie poprzez słowa, jakie do nas kierują, możemy rozpoznać własne uczucia. Żeby to jednak zrobić, trzeba siebie znać i siebie słuchać.

I wiedzieć, kiedy zwolnić lub się zatrzymać? Tak. Jeśli ktoś nie umie się zatrzymać, to musi się tego nauczyć. Nie ma innego wyjścia. Tak jak musi nauczyć się angielskiego, gdy chce czytać Faulknera w oryginale. Depresja to odpowiedź duszy – na krzywdę, nadużycie, udrękę, umęczenie, odpowiedź, której nie da się nie usłyszeć. Depresja to nasza nauczycielka, tylko bardzo okrutna, bo przychodzi często wtedy, gdy jesteśmy już wrakiem człowieka, kiedy przypominamy drzewo z wypalonym pniem – kompletnie zużyliśmy życiową energię. Ale dopóki serce bije, dopóty jest szansa na ratunek. Tak więc czasem depresja nam się przydaje, bo gdybyśmy nie mieli takiego ratownika, który łapie nas mocno w kleszcze i nie pozwala zrobić kroku dalej, to pewnie byśmy ten krok zrobili i... runęli w przepaść.

Co z tego, że chciałabym popatrzeć na góry, posłuchać swoich myśli, jak wciąż muszę robić coś innego. Coś zawsze będzie kosztem czegoś. Albo kosztem siebie, albo kosztem tego, co uważam, że muszę. W pewnym momencie trzeba się zatrzymać i tak jak w każdej chorobie powiedzieć: „dziś nie pojadę do pracy, bo mam grypę”.

Jeśli damy sobie prawo, żeby się wyłączyć, zostawić, odwrócić, to poddamy się temu naturalnemu procesowi odzyskiwania siebie. Są ludzie, którzy tego nie umieją lub się boją z czegoś zrezygnować, bo uważają, że im coś przeleci, przepadnie i potem już tego nie złapią, nie odzyskają, np. że ktoś zajmie ich miejsce pracy albo przedsiębiorstwo upadnie, gdy wezmą sobie tydzień wolnego. Właśnie takie osoby najczęściej dopada depresja. A kiedy już je dopadnie, to i tak przecież nie będą mogły wstać z łóżka i pójść do pracy. To wszystko wynika właśnie z naszego wyścigu przez życie. Z tego maratonu trzeba się czasami wyłączyć, niekiedy nawet zaryzykować, że może rzeczywiście ktoś zajmie twoje miejsce, ale wtedy ty ocalisz siebie.

Jak nauczyć się czytać siebie? Wsłuchanie się we własne myśli i uczucia wymaga uwagi. Jeśli poświęcasz ją czemuś innemu, np. pracy, to oczywiście trudno obrócić ją ku sobie. Czytanie siebie następuje w harmonii, w wyciszeniu, skupieniu... – w uspokojeniu systemu nerwowego. Każdy sam musi znaleźć sposób i miejsce, w którym najlepiej siebie słyszy.

Dawniej ludzie siadali sobie co jakiś czas na przyzbie i patrzyli w dal. Wychodzili wieczorną porą pogapić się na rozgwieżdżone niebo. Podczas sprzątania domu ktoś nagle zastygał z miotłą pod brodą i trwał tak przez długą chwilę, zasłuchany we własne myśli. Takie momenty mogą być drogocennym źródłem wyciszenia i refleksji – inaczej nie sposób ich w sobie wzbudzić. Niezadowolenie z życia, które się przeradza w chandrę, przygnębienie, smutek, dół, pogorszenie nastroju – wynika tak naprawdę z tego, jak sami sobie poukładaliśmy w głowie.

  1. Psychologia

Ewa Woydyłło: "Dom, w którym trzy razy dziennie wszyscy głośno się śmieją, nie sprzyja depresji"

By wyjść z depresji, trzeba sie uczyć inaczej myśleć, inaczej żyć, inaczej odnosić do siebie, do innych, do świata. (Ilustracja: iStock)
By wyjść z depresji, trzeba sie uczyć inaczej myśleć, inaczej żyć, inaczej odnosić do siebie, do innych, do świata. (Ilustracja: iStock)
Toniesz w nieszczęściu, rusz się, żeby z tego wyjść. Masz wokół  smutasów i malkontentów, rozejrzyj się za kimś pogodnym, kto cię lubi. Ani ruch, ani otaczanie się życzliwymi ludźmi, nic nie kosztuje. Rozmowa z psycholog Ewą Woydyłło.

Kto choruje na depresje? Każdy może zachorować. Oczywiście po spełnieniu pewnych uwarunkowań. Na przykład, kiedy spotka go nieszczęście - czyjaś śmierć, choroba, losowy przypadek, brak pomocy w bardzo ciężkiej sytuacji życiowej albo bytowej. A sam nie będzie w stanie sobie poradzić, bo na przykład nie ma doświadczenia w radzeniu sobie z trudnościami. Gdy rozpacz, bezradność i bezsilność nie mijają, złe samopoczucie i smutek pogłębiają się i przybierają postać przewlekłą, a człowiek czuje niemoc zajęcia się czymkolwiek i obsesyjnie skupia uwagę na swoim nieszczęściu, taki stan może się przerodzić  w depresję. Każdy jest potencjalnie kandydatem do znalezienia się w takim położeniu.

Można się nauczyć radzenia sobie z trudnościami? To powinien być element mądrego wychowania - przygotowanie dzieci do znoszenia porażek, przykrości i nieszczęść takich jak odrzucenie, choroba czy kalectwo. Dorosły, który towarzyszy dziecku w dorastaniu, powinien być z nim podczas jego „nieszczęść” i problemów. Młody człowiek, mający obok czułą i opiekuńczą osobę, która zawsze, kiedy dzieje się coś złego, troskliwie reaguje – uczy się korzystać z pomocy i wsparcia. Np. jeśli dziecko nadepnie na ostry klocek i płacze to ta troskliwa osoba zajmie się tym - pomasuje nóżkę, odwróci uwagę, albo jeśli to coś poważnego, szybko zorganizuje pomoc. Takie dziecko nauczy się, że jest ktoś, kto mu pomaga. Jeżeli we wczesnych latach życia utrwali się u dziecka negatywne postrzeganie świata, lękliwość i nieufność do ludzi, to może to zaciążyć na całej przyszłości. Rodzice, którzy chcą, żeby ich dziecko stawało się coraz silniejsze, powinni mówić dziecku dużo dobrych rzeczy. Jest to pozytywne wzmocnienie — naukowo zbadana teoria wychowawcza, która kształtuje poczucie wartości i wspiera rozwój dziecka. W praktyce pozytywne wzmocnienie polega m.in. na tym, że chwalisz dziecko za to, co zrobiło dobrze, zwłaszcza za to, co przychodzi mu z trudem. Pozytywne wzmocnienie to czas i uwaga  poświęcone dziecku, by je zmotywować, gdy ma trudności, żeby uwierzyło w siebie. Gdy człowiek uwierzy w siebie to wejdzie na K2 i będzie miał zaufanie do siebie, że każdą trudność obecną i przyszłą zdoła pokonać. Niestety w Polsce ciągle pokutuje model wychowawczy oparty na karaniu, zawstydzaniu, groźbach, trzymaniu w ryzach. A przecież psychologia rozwija się od ponad 100 lat i nauka pokazała, co motywuje człowieka do dobrego działania, co czyni go silnym.

Metodę kija stosujemy również w dorosłym życiu – w pracy, w państwie. Pałka, mandat, kara - to polska metoda współżycia widoczna zwłaszcza ostatnio. W pandemii mogliśmy tego bardzo dosadnie doświadczyć - zwłaszcza przedsiębiorcy. Kolejność szczepionek też jest dobrym przykładem - wiele osób ma prawo się poczuć oszukanym. Z każdej strony mamy narzucony ponury porządek świata. Obyczajowo i religijnie również. Słyszymy: grzech, pokuta, piekło, czyściec. W liturgii pada: „ Panie nie jestem godna.” Jak to? Z racji swojego człowieczeństwa jestem godna. Całe nasze życie społeczne to agar dla depresji, która jest często odpowiedzią na ludzką bezradność. Człowiek czuje się bezsilny, przestaje ufać, ma poczucie, że nikomu na nim nie zależy. To wszystko powoduje erozję dobrostanu człowieka. Dlatego mimo dostatniego poziomu życia ludzie są dzisiaj na krawędzi wytrzymałości psychicznej.

Wielu psychiatrów upatruje źródła depresji w tempie życia i niepohamowanym konsumpcjonizmie. Popkultura i reklama promują rzeczy, za którymi inni ludzie ślepo dążą. Nastała kultura porównywania. Ludzie, zwłaszcza młodzi, zapatrują się na rezydencje celebrytów z sześcioma łazienkami albo egzotyczne wakacje pod palmami - a potem patrzą na swoja rzeczywistość z uczuciem rozczarowania i wstydu. Konsumpcjonizm wynika z systemu wartości. Sposób życia i wartości zależą od domu w jakim człowiek wyrasta, od tego, jakie sprawy są wspólnym tematem, czym rodzina żyje, z czego potrafi się wspólnie cieszyć. Ma to wpływ na to, czy człowiek jest zadowolony ze swojego życia. Jeśli będzie ciągle niezadowolony, jest mu bliżej do depresji.

Zawsze ktoś ma więcej, lepiej, ładniej… Jeszcze przed pandemią byłam zapraszana na wykłady i warsztaty na temat szczęścia. Mówiłam, że szczęścia można się nauczyć, że tylko szczęśliwi mają szczęście itd. Dziś mam jedno zdanie, które wystarczy za cały wykład - „Ciesz się tym co masz, a nie martw się tym, czego nie masz”. Tego warto się nauczyć. Bo tajemnica szczęścia tkwi w tym, aby cieszyć się tym, co mamy.

Ale jak się tego nauczyć? Niech wartością stanie się wspólne wyjście na śnieg, czy rower, kiedy dorośli razem z dziećmi są zadowoleni i uśmiechnięci. Niech ani dzieci ani dorośli nie boją się wyrażania swoich uczuć. Niech jeden na drugiego co chwilę się nie obraża. Niech dom będzie bezpiecznym miejscem, gdzie zarówno dorośli, jak i dzieci, znajdą zawsze pociechę i wsparcie, a nie groźby i ciągłe krytykowanie. Wtedy ludzie — i mali i duzi — nauczą się cieszyć życiem i radzić sobie z problemami.

Wyidealizowany obraz życia, to również oczekiwanie, że będą nas spotykać wyłącznie pozytywne rzeczy. Nie lubimy  porażek, źle znosimy wyboje życiowe. Współczesnemu człowiekowi wydaje się, że ma specjalny immunitet chroniący go przed dotkliwymi przykrościami. Jak długo istnieje ludzkość, życie zawsze było najeżone niebezpieczeństwami - kiedyś nawet większymi niż teraz. Teraz mamy pandemię, której niektórzy nawet nie chcą przyjąć do wiadomości, są nieprzygotowani do tego, że takie rzeczy się zdarzają. A przecież nikt nam nie obiecał, że będzie wszystko dobrze. I słowa dotrzymał. Wielu odrzuca możliwość innego nastroju, stanu ducha, psychiki i ciała. Rozstanie to  koniec świata, ktoś umarł - to po co żyć, wyrzucili nas z pracy- czarna rozpacz. A krok dalej depresja.

Załamanie psychiczne, spadek nastroju, przygnębienie— czy każdy stan osłabionej kondycji psychicznej można nazwać depresją? Definicja depresji w podręczniku psychiatrychcznym „DSM-5 (R) Classification” mówi, że jeżeli zniechęcenie do działania, niechęć do czynienia czegokolwiek - atak bierności, smutku, wycofania, izolowania się trwa ponad dwa tygodnie, dzień w dzień, to są to symptomy depresji. Człowiek coraz gorzej funkcjonuje - nie chce jeść, pić, rozmawiać, wstać z łóżka. To oczywiście jeden z typów depresji, mogą być też inne. Wszystko było normalnie, ale nagle mózg przestał produkować kilka neuroprzekaźników: m.in. serotoninę i dopaminę w proporcjach zapewniających aktywność, energię, zadowolenie, apetyt na jedzenie, seks, zabawę, czyli potrzeby zdrowego człowieka. Kiedy mózg przestaje działać w sposób właściwy, mówimy o chorobie jaką jest depresja. Ale tak zwana wielka depresja stanowi ułamek wszystkich przypadków depresji - około 3 proc. Lekarze i psychoterapeuci są zgodni, że nie sposób jej leczyć inaczej niż farmakologicznie. Z taką depresją nie ma żartów. Ale nie każdy zły stan psychiczny jest depresją. Niepokojem, smutkiem, troską, zmartwieniem trzeba się zająć, a nie podtykać pigułki.

20,7 mln opakowań antydepresantów na receptę kupili Polacy w 2020 r. do połowy grudnia. To ponad milion więcej niż rok wcześniej. Jak człowiek ma powód do zmartwienia, to trzeba mu zaradzić i nie nazywać tego „depresją”. Depresja jest wtedy, gdy nie ma powodu do zmartwienia, a nie chce się żyć. Psychiatra wtedy zwykle wypisuje receptę, nawet jeśli człowiek trafia do niego ze zmartwieniami i smutkami związanymi bardziej z życiowymi problemami i konfliktami wewnętrznymi, niż z endogenną postacią choroby. Rozmaite rodzaje przygnębienia, żałoby i smutku oraz wszelkie stany obniżonego nastroju wrzuca się do jednego worka pod nazwą „depresja” i leczy wyłącznie za pomocą tabletek. A przy okazji często psychiatra przepisuje dodatkowo leki na bezsenność czy poprawę apetytu…

Łatwiej łyknąć pigułkę, niż zmienić szkodliwe przyzwyczajenia, zająć się sobą, iść na psychoterapię. WHO prognozuje, że w 2050 r. co druga osoba będzie chora na depresję - ja uważam, że to są prognozy zrobione przez "Big Pharm” — koncerny farmaceutyczne. Pigułka wydaje się cudownym środkiem, ale człowiekiem w cierpieniu trzeba się zainteresować, dowiedzieć się czegoś o jego życiu. Jaki lekarz ma na to czas? Rzadko można spotkać lekarza, który siadałby przy łóżku pacjenta i rozmawiał.

Mamy teraz alarm dotyczący psychiatrii dziecięcej.  Słysząc to, truchleję, bo psychiatria oznacza leczenie farmakologiczne, a jak młody mózg „zawiesi się” na chemii, to nie wiadomo, czy kiedykolwiek wróci do normalnego funkcjonowania. Mózg poddany działaniu chemii traci stopniowo swoje naturalne sprawności, zamiast je rozwijać. To kwestia etycznej odpowiedzialności specjalistów, a także publicznej edukacji dotyczącej tego, skąd biorą się zmartwienia i cierpienia, jak zmieniają się one w psychiczne zaburzenia, a potem stają się chroniczne, prowadząc do psychicznego inwalidztwa.  Sami pacjenci też często myślą, że lepsza jest recepta na cudowny środek, który sam, bez ich udziału, załatwi problemy.

Bez własnego wysiłku nie da się wyjść z doła? Kiedy masz zły nastrój, zmartwienie, kłopot, nie licz na to, że to samo minie. W takiej sytuacji warto wyobrazić sobie, że stoisz na brzegu grzęzawiska, jak się nie ruszysz i nie wyjdziesz na twardą powierzchnię, to się będziesz w tym coraz głębiej zapadać. Dlatego nie zostawaj tam, zrób krok. Skorzystaj ze środków zaradczych. Jednym z nich jest poszukanie wsparcia. Prowadziłam kiedyś w Instytucie Psychiatrii spotkania otwarte dla uzależnionych i ich rodzin, w których uczestniczyło mnóstwo osób z wieloma innymi problemami. Przychodziły też osoby leczące się na depresję, które mówiły o tym, jak cierpią z powodu nieznośnych skutków ubocznych powodowanych przez lekarstwa. Wcale niemało z nich zaczęło stopniowo wprowadzać zmiany w swoim codziennym życiu, ale też w sposobie myślenia, odżywiania i w ogóle w stylu życia — i okazywało się, że wielu udawało się po pewnym czasie całkowicie odstawić antydepresanty. Konstruktywna i pozytywna rozmowa o problemach pomaga znaleźć wyjście i nie tkwić w tych nieszczęściach.  Jednym z ćwiczeń, jakie zadawałam uczestnikom tamtych czwartkowych spotkań było prowadzenie dzienniczka i zapisywanie każdego dnia przed snem trzech rzeczy, które się tego dnia udały, były miłe i przyjemne — np. zjadłam dobry obiad z przyjaciółmi, wnuczek namalował mi laurkę, ktoś fajny zadzwonił itp. Trzeba było to zapisywać, tylko tyle. Wiele osób przyznawało, że sam fakt notowania pozytywnych zdarzeń, sprawiał, że wchodziło to w nawyk. I nagle te osoby — dawniej wiecznie niezadowolone — teraz robiły i przeżywały mnóstwo dobrych rzeczy w swoim życiu.

„Zdrowie psychiczne jako umiejętność” - tak nazwała Pani jeden z rozdziałów swojej książki „Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją, ale nie w depresji”, tymczasem Polacy nie wiedzą co to jest zdrowie psychiczne.* (*za badaniem kampanii edukacyjnej #NASZAwtymGŁOWA). Co by im Pani konkretnie poradziła w ramach codziennego dbania o zdrowie psychiczne? Wojciech Oczko, lekarz Stefana Batorego, a potem Zygmunta III Wazy, wielki myśliciel, profetyk, humanista, mówił tak: "Nie ma takiej choroby, której by ruch zaszkodził. Nie ma takiego lekarstwa, którego by ruch nie zastąpił.” I ja się z nim zupełnie zgadzam. Pierwszą rzecz, którą należy robić dla zdrowia psychicznego, to dbać o to, żeby mieć odpowiednią dawkę ruchu. To powinno być częścią codziennego dbania o zdrowie. Nieważne czy będziesz biegać, jeździć na rowerze, czy pójdziesz na tańce. Jak najczęściej rezygnuj z auta, komunikacji, windy. Jakakolwiek forma ruchu się liczy.

Jak ruch wpływa na psychikę? To jest działanie logiczne i biologiczne - kiedy się ruszasz, podnosi się tętno, i zwiększa w organizmie zapotrzebowanie na tlen. Jeśli dostarczymy do płuc więcej powietrza, więcej tlenu dociera do mózgu i go odżywia. A dobrze odżywiony mózg produkuje więcej endorfin nazywanych trafnie „hormonami szczęścia”. Wszyscy, którzy biegają, znają fenomen stanu euforycznego, nazywanego runner’s high – euforia biegacza. Ja, kiedy schodzę z kortu po godzinie grania w tenisa, też czuję rodzaj uniesienia – nie tylko dlatego, że tak lubię tenis, ale dlatego, że ruch dostarczył do mojego mózgu zwiększoną porcję tlenu i w moich neuronach mózgowych wystrzeliła szpryca dobrych hormonów. A to w prosty sposób przekłada się na zapał, entuzjazm, chęć śmiechu i działania. Zawsze po takim poranku mam wspaniały dzień. Dzieci, które dużo biegają, bawią się, tarzają po podłodze, głośno się śmieją i są rozradowane. Każdy to może sprawdzić, przekonać się osobiście.

Co jeszcze w codziennym życiu może pozytywnie wpływać na naszą kondycję psychiczną? Drugi człowiek – musi być jednak szczególnym człowiekiem - takim, który pocieszy, rozweseli, wysłucha, pomoże, wesprze. Jeśli masz wokół siebie smutasów, maruderów i malkontentów, ludzi nieszczęśliwych i negatywnych – to raczej nie będą oparciem, lepiej ich unikać. Być może tacy są twoi najbliżsi - rodzice, rodzeństwo. Wówczas lepiej się rozejrzeć i znaleźć kogoś, kto ma pogodne podejście do życia, lubi cię i jest życzliwy. To może być sąsiadka, pani z warzywniaka, koleżanka z pracy - obojętnie kto. Na świecie jest 7,5 miliarda ludzi, na pewno znajdzie się bratnia dusza, która ma dar dodawania nadziei, a nie odbierania jej. I na koniec najlepsza informacja - ani ruch, ani otaczanie się życzliwymi ludźmi, nic nie kosztuje.

Polecamy książkę Ewy Woydyłło „Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją, ale nie w depresji”.