1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Edukacja domowa - alternatywa dla szkoły?

Edukacja domowa - alternatywa dla szkoły?

Debora Broda: Są rodziny, którym fajnie się żyje w schemacie, i to jest OK. Edukacja domowa jest dla tych, którzy kochają wolność. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Debora Broda: Są rodziny, którym fajnie się żyje w schemacie, i to jest OK. Edukacja domowa jest dla tych, którzy kochają wolność. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Bez dzwonków, klasówek, wywiadówek, stresu. We własnym pokoju, w parku, na koncercie, wystawie, w podróży. Z rodzicami w roli nauczycieli. Czy ta forma nauczania to antidotum na problemy systemu edukacji?

1 września większość uczniów szykuje galowe stroje na rozpoczęcie roku szkolnego. Ale nie dzieci muzykujących rodziców Debory i Joszka Brodów. Tego dnia cała jedenastka (w tym siedmioro w wieku szkolnym) bierze udział w programie telewizyjnym. Rozmawiamy tuż po nagraniu, w parku.

– Dzieci towarzyszą nam w pracy, we wspólnych wyjazdach. I to też forma nauki – przekonuje Joszko.

Dlaczego po domowemu?

Deborze chodził taki pomysł po głowie od dawna, ale Joszko był sceptyczny. Aż do pamiętnego dnia dziesięć lat temu, kiedy odbierał starszych chłopców ze szkoły. Jasiek jest wtedy w trzeciej klasie podstawówki, Maciek w drugiej. Po braci jedzie z tatą Tomek, siedmiolatek, który cieszy się, że za chwilę też pójdzie do szkoły. „Ty się tak nie ciesz, w szkole będą się śmiać z twoich rysunków” – starsi bracia studzą zapał młodszego.

– Jak Joszko to usłyszał, to się w nim zagotowało – wspomina Debora. – Bo w naszej rodzinie sztuka jest bardzo ważna. To był moment przełomowy. Z dnia na dzień podjęliśmy decyzję, że załatwiamy formalności potrzebne do nauczania domowego.

Jakie? Wniosek do dyrektora szkoły, niekoniecznie rejonowej (po zmianie przepisów – usytuowanej na terenie województwa, w którym dziecko mieszka) i opinię z publicznej poradni psychologiczno-pedagogicznej. A także zobowiązanie, że dziecko raz w roku zda w tej szkole egzaminy z każdego przedmiotu.

Ilona Wrońska i Leszek Lichota, aktorzy, rodzice Kajtka (11 lat) oraz Nataszy (13), planując cztery lata temu półroczną podróż do Stanów, zastanawiali się, co zrobić, żeby dzieci nie straciły roku. I tak dowiedzieli się, że od ponad 20 lat istnieje w Polsce możliwość uczenia w domu.

– Myśleliśmy, że taka forma nauki ograniczy się tylko do wyjazdu, ale jak wróciliśmy do Polski, to dzieci zapytały, czy mogłyby dalej uczyć się z nami. Po namyśle doszliśmy do wniosku, że nasz wolny zawód nam na to pozwala.

Viola Lee, stylistka, projektantka biżuterii, mama 13-letniego Jakuba, dojrzewała do takiej decyzji kilka miesięcy. Jej syn chodził do prywatnej, dwujęzycznej podstawówki. Viola często była wzywana do dyrektora. Powód? Jakub nie chce jeść obiadu o określonej porze. Zrzuca ołówek z ławki, podnosi, znowu zrzuca.

Viola Lee: Nauka bez stresu, bez współzawodnictwa. Wady? Nie widzę żadnych, choć ciągle o nich słyszę. (Fot. Krzysztof Opaliński) Viola Lee: Nauka bez stresu, bez współzawodnictwa. Wady? Nie widzę żadnych, choć ciągle o nich słyszę. (Fot. Krzysztof Opaliński)

– To był jego wyraz buntu przeciwko temu, co się działo w szkole – uważa Viola. – Myślałam, że jakoś się ułoży. Ale poznałam pewną mamę, która razem z mężem postanowiła nie wysyłać córki do tradycyjnej szkoły. Zainspirowała mnie do podjęcia decyzji o nauczaniu domowym. We wrześniu rozpoczęliśmy siódmy rok nauki w tej formie. Kilka razy w roku pytam syna, czy chce chodzić do szkoły. Nie chce.

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, dziennikarka, zanim jej dziesięcioletni syn Julek ze spektrum autyzmu poszedł do szkoły, wiedziała jedno: Szkoły masowe w przypadku takich dzieci zawodzą. Kładzie się w nich nacisk na realizowanie przeładowanego programu, na wyniki, a nie na dobro psychiczne dzieci. Te z problemami bywają dyskryminowane, prześladowane. Dlatego razem z innymi mamami postanowiły same założyć szkołę dla swoich dzieci.

– Zależało nam na tym, żeby przebywały wśród rówieśników, bo to dla nich bardzo ważne, ale też żeby czuły się bezpiecznie. Przystąpiłyśmy do działania bez funduszy, rodzice nie mają przecież prawa do subwencji oświatowej. Ktoś podpowiedział nam, że można zapisać dzieci do edukacji domowej. A to oznaczało, że musimy znaleźć szkołę (zdecydowałyśmy się na prywatną), która obejmie je opieką, bo taki jest wymóg w edukacji domowej. Szkoła, także prywatna, ma prawo do subwencji. Dzięki niej można było zatrudnić kadrę, wynająć lokal i zorganizować nauczanie zgodne z potrzebami naszych dzieci.

Jak nauczać, czyli kosz jest najważniejszy

Katarzyna: – Julek uczy się w szkole, ale w edukacji domowej. Według naszych zasad, bo program dostosowany jest do dzieci, a nie odwrotnie. W szkole nie obowiązuje regulamin, tylko kontrakt z dziećmi. Nauczyciele patrzą, czy dzieci dobrze się czują, jak układają się między nimi relacje. Dużo zajęć odbywa się na świeżym powietrzu, dzieci jeżdżą na wycieczki tramwajami, autobusami, uczą się codziennego życia. Nas nie interesują rankingi, wyniki, tylko rozwój całościowy dziecka, kim ono będzie po opuszczeniu szkoły.

Ilona Wrońska i jej mąż uczą dzieci sami. Ona przedmiotów humanistycznych, przyrodniczych, on – ścisłych. Jedynie angielskiego uczy korepetytorka.

– Oczywiście, musimy sobie odświeżyć wiedzę, czasami się douczyć. Korzystamy z różnych aplikacji, od których roi się w Internecie. Wypracowaliśmy już rytm pracy – dzieci uczą się do 13, kiedy umysł jest najbardziej chłonny. Mieszkamy blisko lasu, więc tam często odbywają się lekcje. Jestem w grupie facebookowej edukatorów domowych, dyskutujemy, co jest dobre, jak coś poprawić. Prowadzę też bloga na ten temat.

Debora przyznaje, że przez pierwszy rok dowiadywała się, czym edukacja nie jest: – Chciałam zrobić szkołę w domu, podzielić czas na lekcje. A potem odkrywałam, że tego się nie da zrobić. I że nie trzeba. Zaczęłam zgłębiać temat i tak dotarłam do retoryki, skończyłam studia na tym kierunku, co bardzo mi pomogło w prowadzeniu edukacji naszych dzieci.

Z niektórymi tematami radzą sobie z mężem sami, do innych wynajmują korepetytorów. Dzieci pomagają sobie nawzajem. Nie ma czegoś takiego, że siedzą ileś godzin przy biurku.

– Dzieci uczą się tam, gdzie mają ochotę, na drzewie na przykład – mówi Debora. – Albo intuicyjnie wybierają zdrową pozycję i czytają, leżąc z nogami do góry. Jak ktoś pyta, jak zaaranżować pokój do edukacji domowej, to odpowiadam: najważniejszym meblem jest kosz. Czyli miejsce, gdzie można wyrzucać wszystkie błędy, pamiętając jednak, że wszystkie są ważne. W tradycyjnej szkole za pomyłki dziecko dostaje złe oceny! U nas się z nich cieszymy, bo już wiemy, nad czym pracować.

Joszko: – Trzeba dawać dziecku szansę na mylenie się. W przeciwnym razie może bać się decyzji, a w konsekwencji wyrośnie na człowieka zamkniętego w pudełku i na pewno nie będzie to herbertowskie pudełko zwane wyobraźnią [śmiech].

Viola: – Kuba w piątej i szóstej klasie miał dziesięć miesięcy wakacji i dwa miesiące nauki po kilka godzin dziennie. Ostatnie trzy lata, bez nagród, kar i presji na oceny, kończył ze świadectwem z czerwonym paskiem. Pomimo że ma zdiagnozowaną głęboką dysleksję i dysgrafię. Dopiero w siódmej klasie wspieraliśmy się kilkoma korepetytorami. Na początku tego roku szkolnego Kuba przejrzał program i oznajmił: „Chciałbym w tym roku inaczej rozplanować naukę. Informatyki i angielskiego nie będę się uczył, bo umiem. Potrzebuję korepetycji tylko z polskiego i historii. Resztę przedmiotów spróbujmy sami ogarnąć. Będę poświęcał na naukę po godzinę, dwie dziennie. Dam radę, nie martw się”.

Co na to eksperci?

Krystyna Starczewska, wieloletnia dyrektorka słynnych szkół społecznych „Bednarska” w Warszawie, ma wątpliwości: – W edukacji ważna jest indywidualizacja nauczania. I edukacja domowa to zapewnia: dzieci mogą pracować w swoim tempie, rozwijać pasje. Ale równie ważne jest to, żeby nauczyły się funkcjonowania społecznego. A tego w nauczaniu domowym brakuje. I nie chodzi tylko o kontakt z rówieśnikami, bo dzieci uczone w domu zapewne nie są pozbawione takich kontaktów, ale przede wszystkim o wspólne działania. Szkoła, do której przynależą dzieci z różnych środowisk, w różnym wieku, daje taką możliwość. Dzieci odpowiadają za społeczność, w której żyją, uczą się współpracy, rozwiązywania konfliktów. Życie rodzinne tego nie zastąpi, bo dom nie daje możliwości pełnego doświadczania życia społecznego. Trzeba nauczyć się współdziałać z ludźmi, którzy rodziną nie są.

Agnieszka Stein, psycholożka, autorka wielu książek na temat wychowania, mama Sergiusza (piętnastoipółletniego, od kilku lat korzysta z nauczania domowego), nie zgadza się z opiniami, że nauczanie domowe pozbawia treningu społecznego.

– Ci, którzy je formułują, mają wyobrażenie, że dziecko cały dzień siedzi przy biurku i wertuje książki. Nic takiego się nie dzieje! Dzieci też chodzą na zajęcia poza domem, uprawiają sporty, młodsze wychodzą z domu z różnych powodów z rodzicami, a starsze – same. Ludzie sądzą, że szkoła jest jedynym źródłem wyzwań, wysiłku. A to nieprawda. Faktem natomiast jest, że niektóre szkoły niszczą dzieci. Gdy dorosły pracuje w firmie, w której jest mobbingowany, to ją zmienia, a nie chodzi tam, licząc, że nauczy go życia. Moim zdaniem szkoła uczy, że trzeba zacisnąć zęby i znieść każdy stres. Jak rodzice mają wyobrażenie, że życie polega na męczeniu się, to po to wysyłają dzieci do szkoły – żeby dowiedziały się, że życie jest ciężkie. Ale nie chodzi o to, żeby namawiać każdego rodzica do edukacji domowej, tylko o to, żeby ci, którzy chcieliby tego spróbować, mieli informację i mogli rozstrzygnąć swoje wątpliwości.

– Czy nauczanie domowe jest dla wszystkich dzieci i rodziców? – pytam.

– Myślę, że dla wszystkich dzieci, ale nie dla wszystkich rodziców.

– Pani jako psycholożce jest łatwiej.

– To prawda. Ale łatwiej dlatego, że pracowałam w szkole, że wiem, na jakiej ściemie jest oparta, jak nie uczy, znam system i było mi dużo prościej podjąć decyzję.

Psycholożka odpiera zarzuty, że nauczanie domowe wiąże się z dużymi obciążeniami rodziców. Jej doświadczenie jest inne: zmiana edukacji syna na domową pozbawiła ją obciążeń. Syn, mając cały rok na zgłębienie różnych tematów, sam powoli wszystko przepracowuje i ona nie musi zatrudniać korepetytorów.

– Mam poczucie, że szkoła na każdym kroku utrudnia naukę, a nie ją ułatwia, ponieważ wiedza systemu edukacji na temat rozwoju człowieka jest archaiczna. Dla mnie podstawową zaletą nauczania domowego jest więc to, że nie utrudnia nauczania. A że angażuje rodziców? Ci, których dzieci uczą się w szkole, też siedzą nad lekcjami, wożą na korepetycje, co zajmuje czasem po kilka godzin dziennie.

Inny zarzut: nauczanie domowe nie uczy dyscypliny.

– Dyscyplina jest potrzebna, gdy nie chcemy czegoś robić – odpowiada psycholożka. – Tymczasem w szkole panuje kult dyscypliny. Dlatego zaletą edukacji domowej jest dla mnie to, że można się wypisać z tego kultu. Egzaminy, owszem, trzeba zdać, ale nikt nie wymaga od dziecka, żeby znało sto procent podstawy programowej. Może wybrać zagadnienia, które je interesują, i na nich się skupić. Myślę, że atmosfera przymusu nie sprzyja rozwojowi dziecka. A kiedy ono ma wybór i może uczyć się po swojemu, to nauka okazuje się dużo ciekawsza, nawet z tych przedmiotów, które nie są mocną stroną dziecka.

Krystyna Starczewska: – Najlepszym rozwiązaniem byłaby dobra szkoła, która by rozwijała zainteresowania dzieci, stawiała na indywidualizację nauczania, kreatywność, uczyła samodzielnego myślenia. Ale także odpowiedzialności za grupę, za wspólnotę. Tego nauczanie domowe dać nie może, jest więc okrojone z ważnych wartości. Nie można na te braki zamykać oczu. Ale przy obecnym chaosie, jaki panuje w edukacji, nauczanie domowe może być ratunkiem. Rodzice powinni jednak zatroszczyć się o ten aspekt życia, jakim jest praca zespołowa. Dobrze, aby dziecko uczone w domu uczestniczyło w jakichś zajęciach w szkole: teatralnych, muzycznych, kółkach zainteresowań. Wtedy edukacja domowa łączyłaby się z treningiem zespołowego działania. I można by zlikwidować ten ewidentny brak w nauczaniu domowym.

Plusy według rodziców

Ilona docenia, że mogą podróżować z dziećmi o każdej porze roku, na dłużej, bez stresu, że zarywają szkołę. Zjeździli już Stany, Kubę, Meksyk, Azję, Australię.

– Ale największym pozytywem jest to, że jako rodzina możemy zacieśniać więzi, to jest coś! Zwłaszcza podczas podróży. Oczywiście, czasami jest trudno, ale dzięki temu nauczyliśmy się siebie, zgraliśmy jako rodzina, sprawdziliśmy w trudnych sytuacjach. Wydaje się, że szkoła powinna uczyć, a często wpędza w kłopoty. Myślę, że im dzieci później zetkną się z pewnymi problemami, jak narkotyki, przemoc, tym łatwiej będzie im sobie z nimi poradzić, bo będą starsze. Co roku pytamy, czy chcą wracać do szkoły. Odpowiadają: „Absolutnie nie”. Katarzyna: – Plusy? Przede wszystkim to, że mamy szkołę, której całkowicie ufamy, że nasze dziecko jest tam szczęśliwe. Że nie musi doświadczać tego, czego doświadczają dzieci ze spektrum autyzmu w szkołach: wyśmiewania, dręczenia, niszczenia tylko dlatego, że na przykład machają rękami. I tego wszystkiego dorośli nie widzą albo nie chcą widzieć! Mówi się, że dzieci ze spektrum są zamknięte. A nasz Julek ma kolegów, lubią się, nocują u siebie nawzajem. Świetnie radzi sobie też z nauką, z egzaminami. Kiedy decydowaliśmy się na nauczanie domowe, marzyło nam się, żeby nasze dzieci chciały się uczyć, a nie musiały. I to marzenie się spełniło.

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin: Program dostosowany jest do dzieci, nie odwrotnie. Nas interesuje całościowy rozwój, nie rankingi. (Fot. Krzysztof Opaliński) Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin: Program dostosowany jest do dzieci, nie odwrotnie. Nas interesuje całościowy rozwój, nie rankingi. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Viola jednym tchem wylicza zalety edukacji domowej: – Bez stresu, współzawodnictwa, codziennego porannego wstawania, niezapowiedzianych kartkówek. Dużo czasu dla siebie, na pasje, na wyjazdy, na spotkania z tymi znajomymi, z którymi chce się spotykać, a nie ze szkolnego przydziału. Wady? – Nie widzę żadnych, choć ciągle o nich słyszę! Dla mnie najważniejsze jest to, że Kuba jest szczęśliwym, otwartym, samodzielnym chłopcem.

Debora za największy plus edukacji domowej uważa więzi, które jej rodzina może zacieśniać dzięki temu, że dużo czasu spędza razem. Inna zaleta – uwolnienie umysłów dzieci.  – Dziecko rodzi się w Polsce z wyrokiem edukacyjnym. Od 1 września do końca czerwca, od szóstego do 18. roku życia myśli dziecka są pozbawione wolności, bo muszą być zajęte przez większość czasu podstawą programową, nawet w domu. Trudno wygenerować siły na szukanie siebie, swoich zainteresowań. Edukacja domowa to zmienia. W naszym przypadku istotne są też względy logistyczne: mamy siedmioro dzieci w wieku szkolnym, więc mielibyśmy na przykład siedem wywiadówek naraz.

Joszko gra na wielu instrumentach, śpiewa. Debora pisze piosenki, scenariusze programów telewizyjnych i radiowych, produkuje płyty, reżyseruje teledyski. Edukacja domowa pozwala im nie tylko łączyć pracę z nauką dzieci, ale przede wszystkim pozwala dzieciom uczyć się poprzez sztukę, co – jak podkreśla Debora – rozwija prawą półkulę mózgową odpowiedzialną za twórczość, kreatywność, syntezę. Dzieci brały na przykład udział w nagrywaniu piosenek pomocnych w nauce polskiego dla cudzoziemców. Była w nich mowa o regułach gramatycznych, sławnych Polakach, górach, krainach.

– Uczyły się podstawy programowej śpiewająco – śmieje się tata. I dodaje: – Namówiły nas, żebyśmy założyli zespół złożony z nas, Brodów. I właśnie go tworzymy, nagraliśmy już dwa teledyski. Otwieramy też Szkołę z Lasu, czyli warsztaty muzyczne, na których inspirujemy poprzez sztukę. To są owoce edukacji domowej: coś, co można stworzyć razem. „Razem” to dla nas ważne słowo.

Debora: – Rodziny prowadzące nauczanie domowe są mniejszością edukacyjną. Może dlatego w Polsce panuje homeschoolingofobia – ludzie nie rozumieją idei tej formy nauczania, uważają, że robimy dzieciom krzywdę, że będą źle funkcjonować w społeczeństwie. Są rodziny, którym fajnie się żyje w schemacie, i to jest OK. Edukacja domowa jest dla tych, którzy kochają wolność.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Praca to nie wszystko – mężczyźni poszukują duchowości

Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
W czasie cywilizacyjnego kryzysu wielu mężczyzn orientuje się, że poświęcili bezwolnie wiele lat życia sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły. Intensywnie poszukują więc zgodnej z ich potrzebami życiowej ścieżki. To dobry kierunek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Przyjaciel powiedział mi, że traci firmę, musi sprzedać dom. Dodał, że pokonał go COVID-19, ale to i tak jego wina, bo powinien lepiej się zabezpieczyć. Czy mężczyźni zawsze biorą winę na siebie, gdy tracą firmę?
Tak, bo mają nieomal zapisaną w genach odpowiedzialność za materialne i finansowe bezpieczeństwo rodziny. Mają też wpisany w męski przekaz międzypokoleniowy wyścig samców, którego wynik ustawia ich w męskiej hierarchii w zależności od poziomu, na którym żyją, prestiżu, władzy i wpływu. Najgorsza pozycja, jaką mogą zająć w tym wyścigu, to „nieudacznik”; a gdy przyczyny klęski są obiektywne, to „pechowiec”. Reguły męskiego rykowiska są twarde i bezwzględne. Nieudacznicy i pechowcy nie mają szans na względy atrakcyjnej kobiety. A jeśli zdobyli ją wcześniej, to teraz czują, że zawiedli. No i tak zapewne czuje się dziś twój przyjaciel, podobnie jak tysiące innych mężczyzn w podobnej sytuacji.

Ale przecież mamy pandemię...
Pozornie sytuacja pandemiczna jest dla mężczyzn prestiżowo łatwiejsza, bo jest obiektywną przyczyną katastrofy wielu firm. Nikt też nie mógł takiej sytuacji przewidzieć ani nie jest w stanie jej dalszego rozwoju kontrolować. Trudno więc się czuć odpowiedzialnym za to, że pojawił się ten wirus i że wiele firm nie może sprzedawać tego, co do tej pory sprzedawało. Ale część mężczyzn i tak nie potrafi się z tej odpowiedzialności zwolnić, bo ich poczucie wartości, szacunku dla siebie, a nawet sens istnienia opierają się w ogromnej mierze na pracy. Od początku istnienia naszego gatunku mężczyzna – prócz płodzenia dzieci – był niezbędny do polowania, ciężkiej pracy i do walki z wrogiem. Tak więc nie ma się co dziwić, że na tym odwiecznym powołaniu nadbudowało się uniwersalne poczucie męskiej tożsamości i wartości. Patrząc z tego punktu widzenia, łatwo zrozumieć, dlaczego ostatnie 30 lat rozwoju technologii, emancypacji kobiet i przemian obyczajowych spowodowało wśród mężczyzn powszechną tożsamościową katastrofę, kompensowaną równie powszechną eksplozją patriarchalnego konserwatyzmu i szowinizmu.

Pracować mogą maszyny, a walczyć – drony czy już wkrótce roboty. Mamy też sztuczne zapłodnienie...
Właśnie. Pomijając coraz większe męskie kłopoty z płodnością, to nawet odwieczny wzorzec mężczyzny – dostarczyciela żywności, pieniędzy i innych dóbr potrzebnych do tego, aby rodzina bezpiecznie funkcjonowała, również zanika, bowiem kobiety coraz lepiej sobie radzą z zarabianiem na siebie i na dzieci. Mało tego, mężczyznom obecnie tylko się wydaje, że w ostrej rywalizacji zdobywają atrakcyjne kobiety. Dziś to raczej kobiety wybierają coraz rzadsze okazy płodnych, odpowiedzialnych i gwarantujących bezpieczeństwo mężczyzn.

Z tych wszystkich powodów mężczyzna tracący firmę, którą stworzył, w swoich własnych oczach traci wszystko. Zachowanie stałego i obfitego źródła dochodów nadal spełnia podstawowe kryteria tradycyjnego męskiego wzorca. Dziś w bardzo wielu męskich sercach i głowach kłębią się autodestrukcyjne uczucia i myśli, a szczególnie groźnymi czyni je tradycyjny scenariusz męskiej roli podpowiadający tak zwane honorowe wyjście – czyli samobójstwo. Zaznaczmy jednak, że współczesne samobójstwo niekoniecznie oznacza pozbawienie siebie życia. Może równie dobrze przybrać inną autoagresywną formę: depresję, ciężką chorobę somatyczną, wpadnięcie w nałóg, katastrofę wizerunkową lub katastrofę sumienia w postaci zejścia na drogę przestępczą.

Mój przyjaciel boi się, że żona od niego odejdzie, jeśli on sprzeda dom i nie będzie miał tyle pieniędzy, ile do tej pory…
Dotykamy tu kolejnego składnika męskiego stereotypu, zgodnie z którym mężczyzna kobietę zdobywa, porywa lub kupuje, nie zważając na jej uczucia ani wolę. W konsekwencji więc nie może liczyć z jej strony na stabilizującą związek miłość czy choćby przywiązanie, a tym samym na wierność czy lojalność. Ten stereotyp z góry zakłada, że kobieta prowadzi z partnerem wyrachowaną grę o zapewnienie sobie bezpieczeństwa i przetrwania. Może więc w każdej chwili go opuścić, gdy jakiś inny mężczyzna zaoferuje w tych sprawach więcej pewności.

Warto zauważyć, że wspomniany stereotyp do dziś znajduje potwierdzenie w faktach, bowiem tysiąclecia patriarchalnego zniewolenia i niedostateczna obecność ojców w wychowaniu dziewczynek pozostawiły w zbiorowej świadomości kobiet trwałe przekonanie, że na miłość zdobywcy nie ma co liczyć. A w konsekwencji nie wolno angażować serca w relację z nim. Z tych powodów wiele męsko-damskich związków ma nadal charakter transakcji: seks, obsługa i ewentualnie dzieci – w zamian za bezpieczeństwo i odpowiednio wysoki poziom życia. W tej sytuacji mężczyzna zdobywca słusznie boi się, że straci żonę, gdy nie będzie go stać na spłacanie rat i odsetek od ustalonej pierwotnie ceny.

Czyli pod tym zdobywcą ukrywa się chłopiec, który nie czuje się kochany. Myśli, że musi dać mamie – a teraz partnerce – kwiatek, żeby go kochała.
Przekonanie większości mężczyzn, że za uznanie i lojalność kobiety trzeba zapłacić i zasłużyć na nie ciężką pracą, bywa często uzasadnione. Kobieta, która chce mieć dzieci i rodzinę, nie wybierze na partnera faceta bez pracy, aspiracji i pomysłu na życie. Dla takiej kobiety priorytetem jest bezpieczeństwo dzieci, a wysokość uposażenia kandydata i jego zdolność do pracy w ogromnej mierze to gwarantują. Jeśli więc mężczyzna nie oferuje nadziei na materialne bezpieczeństwo, to może być dla kobiety jedynie dodatkiem, obiektem przemijającego zachwytu i ewentualnie źródłem zmysłowej przyjemności, ale nie mężem ani ojcem wspólnych dzieci.

Czyli mężczyźni muszą inwestować swoje siły w pracę, bo inaczej nie znajdą kobiety? Nie przesadzasz trochę?
Kobietę może znajdą, ale nie będzie to odpowiedzialna, długo­letnia partnerka do współwychowywania dzieci i założenia rodziny. Takie kobiety z całą pewnością pominą leniwych, pechowców i nieudaczników w swoich zasadniczych życiowych wyborach. Bezpieczeństwo dla kobiet w takich sprawach bywa najważniejsze. Często ważniejsze niż romantyczna miłość. Mówię to oczywiście na podstawie własnych obserwacji.

A dla mężczyzny? Co jest ważniejsze? Miłość czy praca?
To zależy od tego, w jaki sposób uformowało mężczyznę jego dzieciństwo. Jeśli matka w okresie do czterech lat nie dała synowi miłości bezwarunkowej, a potem nagradzała go czułością wyłącznie za osiągnięcia – a na dodatek syn widział, że ten sam schemat działa w związku rodziców – to gdy dorośnie, będzie nadmiernie, a nawet obsesyjnie poświęcał się pracy, nieświadomie rujnując zarówno siebie, jak i więź z partnerką.

Mój inny przyjaciel pracuje w korporacji, zarabia dużo, ale chciałby mieć więcej czasu na rozwój wewnętrzny. Tymczasem nie ma, bo dzieci i dom. No i ostatnio poprosił mnie o numer telefonu do jakiegoś psychiatry…
W czasie cywilizacyjnego kryzysu, w którym coraz bardziej się pogrążamy, wielu mężczyzn orientuje się, że bezwolnie poświęcili wiele lat życia, potu, łez i krwi sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły, a jednocześnie widzi, że systemowa rzeczywistość staje się coraz mniej przewidywalna. Z tych dwóch powodów coraz więcej mężczyzn intensywnie poszukuje teraz bardziej autonomicznej i zgodnej z ich prawdziwymi wartościami i potrzebami życiowej ścieżki. Staje się to dziś potrzebą wielu milionów mężczyzn na świecie, a także bardzo wielu kobiet. Bo nasze gatunkowe, megalomańskie przekonanie o tym, że jesteśmy w stanie podporządkować sobie przyrodę, okazuje się iluzją o katastrofalnych skutkach. A to każe nam dostrzec, że poświęcanie życia egoistycznej pogoni za bezpieczeństwem, przyjemnością i statusem, kosztem przyrody i życia innych gatunków zamieszkujących naszą planetę, jest w istocie autodestrukcją.

W związku z tym coraz więcej ludzi dochodzi do jeszcze jednego ważnego wniosku. Mianowicie zdają sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać.

Jest jakaś specjalna męska duchowość odkrywana w czasach takich jak dziś?
My, mężczyźni, często mamy zamknięte serca, więc nasza duchowość jest jednostronnie racjonalna, teoretyczna – staje się intelektualnym konstruktem, a nie żywym przeżyciem doznawanym z chwili na chwilę. Aby więc doświadczyć żywej duchowości, musimy otworzyć serca na miłość, empatię, współodczuwanie i troskę, czyli na to, co stereotypowo uznawane jest nadal za atrybuty kobiecości. To samo w sobie nie jest łatwe, a dodatkowo wymaga odwagi skonfrontowania się z wypartym, skumulowanym bólem własnego serca i sumienia, przed którymi od wieków uciekamy.

Jeśli mężczyzna odkrywa, że źle inwestuje czas i energię, pracując tam, gdzie pracuje, to jak to może wpłynąć na jego życie?
Rozwój duchowy – czy choćby podążanie za swoimi prawdziwymi potrzebami – z reguły wymaga radykalnej zmiany kierunku i stylu życia, co łączy się często z obniżeniem poziomu materialnej egzystencji. Ale kryzys temu sprzyja, bo tak zwana normalność już nie wróci. Świat, w którym zaczynamy żyć, będzie nas coraz bardziej skłaniał do minimalizmu, zmniejszania kosztów, do prostoty i ograniczenia rozpasanej, obsesyjnej konsumpcji. Bo przecież nie wymaga to nadzwyczajnej przenikliwości, by dostrzec, że także ideologia permanentnego wzrostu gospodarczego okazała się nader szkodliwą iluzją.

Mężczyźni w pandemii mogą przejść duchową przemianę?
I przechodzą. Nie tylko tę wymuszoną, spowodowaną obiektywnymi trudnościami i zablokowaniem przez pandemię perspektywy dalszej kariery i rozwoju. Coraz częściej obserwuję transformacje całkowicie dobrowolne, wynikające z pogłębionej refleksji nad sobą i swoim życiem. Bywają to przemiany naprawdę spektakularne. Na przykład: młody prawnik z własną dobrze prosperującą kancelarią i perspektywą rozwoju zdał sobie sprawę, że to, co robi, jest niezgodne z jego głębokimi potrzebami i aspiracjami. W rezultacie w ciągu dwóch lat zlikwidował biuro, zrezygnował z bardzo dobrych dochodów i cały swój potencjał zaangażował w proekologiczne akcje społeczne. Inny przykład: korporacyjny menedżer, przez lata ślepo i całkowicie oddany pracy, odkrył, że to jest niezgodne z jego prawdziwymi potrzebami i wartościami, i postanowił zająć się stolarką i ciesielstwem.

Co może zrobić mężczyzna, żeby się nie zabić, kiedy straci wszystko?
W takiej sytuacji pomaga perspektywa duchowa, czyli świadomość swojej prawdziwej tożsamości, a tym samym wartości. Innymi słowy, dostrzeżenie wartości życia jako takiego – i że nasze życie jest tylko jednym z niezliczonych jego przejawów. Z tym nieodzownie wiąże się świadomość postrzegania procesu życia jako nieustannej zmiany, a także tego, że nasze przemijanie jest naturalnym i oczywistym elementem tej wiecznej przemiany. Trzeba więc przestać marudzić i włączyć się na całego w ten proces – poddawać się zmianie i cieszyć się nią, zamiast chwytać się tego, co nieuchronnie przemija.

Ale co powiemy kobietom, które nie akceptują obniżenia standardu życia i oczekują od mężczyzn, żeby nadal zapewniali im wygodę i luksusy?
W takiej sytuacji mężczyzna powinien się zastanowić, czy naprawdę chce poświęcić swój czas, swoją przyszłość, swoje prawdziwe potrzeby, cele i aspiracje dla kobiety, która go zwyczajnie nie kocha. Z kolei kochające partnerki, które często mają tendencję do lekceważenia skali problemu, jakim dla mężczyzny jest utrata pracy i statusu, powinny pamiętać, że deficyt ich empatii w tej sprawie wynika być może stąd, iż dla części kobiet zdolnych do rodzenia dzieci macierzyństwo w naturalny i zasłużony sposób staje się wystarczającym sensem ich życia. Pozbawieni takiej możliwości mężczyźni są więc niejako skazani na poszukiwanie sensu ich życia w pracy, kreatywności, twórczości, budowaniu, dostarczaniu, a także w bronieniu i walce.
Warto chyba przypomnieć w tym miejscu to, co wiele razy już mówiłem: aby w dobie kryzysu i transformacji uratować mężczyzn, musimy wszyscy zapomnieć o społecznych stereotypach płci, bo dzięki temu będziemy mogli myśleć i zachowywać się w zgodzie z okolicznościami. Wtedy dopiero mężczyzna tracący pracę i skonfrontowany z koniecznością podjęcia zadań nadal pracującej żony nie będzie tego traktował jako wstydu i degradacji, lecz bycie w domu uzna za wyzwanie uruchamiające jego zasoby kreatywności, zaradności, siły oraz zdolności do zabawy. Wtedy nic złego mu się nie stanie, a wszyscy w rodzinie na tym zyskają.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Czym jest wolność w pracy i jak radzić sobie z jej ograniczaniem?

Pracownikowi już w chwili zatrudnienia wręcza się zakres obowiązków, uprawnień i kompetencji. Wie, o czym może decydować sam, w jakich obszarach swobodnie się poruszać, w zgodzie z własnym kręgosłupem moralnym. To jest właśnie wolność, na którą powinniśmy móc liczyć w pracy. (Fot. iStock)
Pracownikowi już w chwili zatrudnienia wręcza się zakres obowiązków, uprawnień i kompetencji. Wie, o czym może decydować sam, w jakich obszarach swobodnie się poruszać, w zgodzie z własnym kręgosłupem moralnym. To jest właśnie wolność, na którą powinniśmy móc liczyć w pracy. (Fot. iStock)
- Kryzys sprawił, że w wielu firmach wrócił dawny stosunek do pracownika: „Nie podoba ci się? Droga wolna, na twoje miejsce czeka dziesięciu chętnych” - mówi socjolożka Agnieszka Gawkowska w rozmowie o wolności w pracy i sposobach radzenia sobie z jej ograniczaniem.

Czy ograniczenie wolności musi być czymś złym? Pewna ilość norm w pracy nam przecież służy.
Owszem. W latach 90. nie było dokładnie wiadomo, co w pracy można, a czego nie, według jakich wytycznych mamy pracować, do kiedy działamy na własną rękę, a z jaką sprawą trzeba iść do szefa. Jeśli ktoś podjął złą decyzję, nie było rozmowy o przekroczeniu kompetencji, bo nikt nie wiedział, jakie są. Wtedy przełożony był wszechmogący: tylko on ustalał, co jest dobre, a co złe i odpowiednio za to wynagradzał lub karał. Pracownik nie wiedział, w jakich granicach się poruszać.

Ale to się zmieniło: pracownikowi już w chwili zatrudnienia wręcza się zakres obowiązków, uprawnień i kompetencji. Wie, o czym może decydować sam, w jakich obszarach swobodnie się poruszać, w zgodzie z własnym kręgosłupem moralnym. To jest właśnie wolność, na którą powinniśmy móc liczyć w pracy.

Ale często nie możemy. Odnoszę wrażenie, że pod tym względem niewiele zmieniło się od lat 90.
To prawda. W dodatku kryzys sprawił, że w wielu firmach wrócił dawny stosunek do pracownika: „Nie podoba ci się? Droga wolna, na twoje miejsce czeka dziesięciu chętnych”. A do tego obecni pracodawcy mają nowe narzędzia kontroli, więc teraz mogą ograniczać naszą wolność w bardziej wyrafinowany sposób.

Jakie to narzędzia?
Do nakładania kar, na które pozwala kodeks pracy, doszedł mobbing emocjonalny i psychologiczny, a także odmowa niektórych świadczeń. Zamiast ufać, że pracownicy jak najlepiej wypełnią swoje obowiązki, szefowie montują w służbowych samochodach GPS, zakładają podsłuchy na służbowe telefony, kontrolują skrzynki mailowe i przeglądane w internecie strony, a w biurach korzystają z systemu monitoringu. Ograniczaniem wolności, często ostatnio stosowanym, jest też niewypłacanie wynagrodzeń na czas lub wcale, wymuszanie pracy po godzinach, obowiązkowe delegowanie na wyjazdy integracyjne czy dyskryminacja kobiet – przed podpisaniem umowy o pracę żąda się zaświadczenia, że nie jest w ciąży lub deklaracji, że jej nie planuje. To niezgodne z prawem, ale jednak się zdarza i to wcale nie tak rzadko.

Co robić, kiedy pracodawca żąda ode mnie takiej deklaracji? Walczyć czy uciekać jak najdalej?
Trzeba mieć świadomość, że to nie tylko ograniczenie wolności, ale wręcz gwałt na niej. I lepiej przemyśleć, czy warto podjąć pracę w takiej firmie, bo to kiepsko wróży. Mamy prawo podejrzewać, że jeśli zajdziemy w ciążę, pracodawca nie zwolni nas wprawdzie w czasie jej trwania czy podczas urlopu macierzyńskiego – bo chroni nas prawo – ale najprawdopodobniej zaraz po jego zakończeniu. Jest to też sygnał braku zaufania i zapowiedź, że w przyszłości szef również zechce na wszystko wpływać i nie pozwoli na swobodny rozwój zawodowy.

W małych zespołach kontrola nie jest z reguły tak duża. Ludzie są zazwyczaj zgrani, skuteczni w działaniach i nie trzeba im cały czas patrzeć na ręce.
Ale zdarza się, że szef ma złe doświadczenia z pracy z poprzednim zespołem albo po prostu ma taki charakter i – mimo zgranego zespołu – wpada na pomysł instalowania narzędzi kontroli. Pracownicy nie mają na to większego wpływu.

A nie zasłużyliśmy na to? W czasie pracy bywamy dość niesubordynowani i beztroscy – serfujemy po internecie, dzwonimy do znajomych i rodziny…
To prawda, ale warto pamiętać, że im bardziej się nas kontroluje, tym bardziej szukamy sposobu, by się tej kontroli przeciwstawić – niekoniecznie racjonalnie. W Polsce można to trochę tłumaczyć uwarunkowaniami historycznymi. Poza tym kontrola powoduje, że bunt i niechęć do pracodawcy narastają. Fajny, zgrany zespół zrozumie, dlaczego są wprowadzane ograniczenia, ale jeśli ekipa jest liczna, pracująca do tej pory w innych warunkach, zacznie się buntować. W efekcie szef wraca do punktu wyjścia: choć firma jest pełna ludzi, nie ma chętnych do pracy, nie ma się na kim oprzeć. Powinien wtedy postawić sobie pytanie: „Czy rzeczywiście chcę mieć pod sobą rzeszę bezwolnych robotów?”. Szef musi pamiętać, że kiedy robot się zużyje, trzeba będzie włożyć sporo pieniędzy w jego serwisowanie lub wymianę części. A jak nastąpi awaria kilku robotów naraz, będzie jeszcze większy kłopot, bo inne roboty zrobią tylko tyle, ile muszą, nic więcej.

Z jednej strony jesteśmy bardziej kontrolowani z drugiej dostajemy polecenia, których wykonanie albo sposób ich realizacji nie zgadza się z naszym systemem wartości. Chcemy powiedzieć „nie”, lecz boimy się utraty pracy.
Zawsze możemy powiedzieć „nie”. Ale nie wystarczy: „nie, bo nie” – musimy zaproponować inne rozwiązanie. Sposób wykonania zadania nie jest dla pracodawcy tak ważny, jak efekty. Jeśli przedstawimy mu własną koncepcję, powinien się zgodzić. Bo szefom w gruncie rzeczy też zależy na tym, by pracownicy mieli o firmie dobre zdanie. Tym bardziej, że w dobie internetu czarny PR rozchodzi się błyskawicznie.

A jeśli szef despota w żaden sposób nie jest otwarty na dyskusję? Zdarzają się przecież i tacy…
Wówczas są dwa wyjścia: albo mimo to ryzykujemy rozmowę, albo godzimy się z sytuacją – ale już świadomie. Bo chociaż firma jest nie najlepiej zarządzana, to sama praca może być dla nas interesująca, dobrze płatna, rozwijająca... Najważniejsze, żeby mieć punkt odniesienia, dokładnie rozumieć, co tu robimy i dlaczego się na to godzimy.

Jeśli z powodu szefa cierpi cały zespół, może warto wyznaczyć rzecznika praw pracownika?
Świetny pomysł. Najlepiej, gdyby to była osoba, która ma z szefem dobry kontakt i mocną pozycję w firmie. Niech idzie w naszym imieniu z kilkoma gotowymi rozwiązaniami, żeby szef miał z czego wybierać. W ten sposób unikamy roszczeniowej postawy i sprawiamy wrażenie solidnych pracowników, którzy przemyśleli problem i dobro firmy naprawdę leży im na sercu.

A jeśli w rażący sposób ograniczana jest w zespole tylko nasza wolność? Czy wtedy też warto pokusić się o rozmowę z szefem?
Jak najbardziej. I również wszystko z góry przemyśleć, przygotować. Przede wszystkim wyciszyć emocje, żeby się nie rozpłakać, bo to może wzbudzić różne reakcje, włącznie z oskarżeniem o próbę manipulacji. Mówiąc o problemie, trzeba przenieść ciężar z tego, jak ja się z tym czuję, na to, jak się to przekłada na efektywność mojej pracy. Możemy wcześniej spisać sobie argumenty na kartce, żeby podczas rozmowy nie pogubić się czy nie odpłynąć w dygresjach. Tylko obustronny szacunek pozwoli nam na budowanie wolności w taki sposób, aby nie godziła w niczyje uczucia i interesy.

Kto może nam pomóc w walce o zachowanie wolności i godności w miejscu pracy?
Może nas wesprzeć wiele instytucji pozarządowych, np. Centrum Praw Kobiet czy Fundacja Promocji Kobiet. Przy uniwersytetach działają prawnicy udzielający bezpłatnych porad.

A co, jeśli nasza wolność do bycia sobą ograniczana jest nie przez szefa, ale przez współpracowników? Na Zachodzie, zawierając umowę o pracę, podpisuje się jeszcze jeden dokument – zobowiązanie do niedyskryminowania współpracowników ze względu na orientację seksualną, wyznanie, pochodzenie czy wyznawane poglądy.
W Polsce to nie jest tylko problem pracy. Nasze społeczeństwo nie jest tolerancyjne w stosunku do żadnej inności. To efekt braku edukacji i dobrego przykładu ze strony osób mających olbrzymi wpływ na nasz światopogląd – polityków, ludzi mediów... Dlaczego mielibyśmy być wolni w pracy, jeśli nie jesteśmy gdzie indziej? Przyznawanie się do bycia innym jest u nas politycznie niepoprawne. Z drugiej strony, konieczność udawania od 9 rano do 17 kogoś, kim się nie jest, może być nie do zniesienia. Problem rodzi się też, gdy „ujawnimy się” i spotkamy z ostracyzmem współpracowników, a także szefa, który zamiast nas chronić, przyłącza się do zespołu. To olbrzymi bagaż do udźwignięcia. Jeśli więc chcemy zachować godność i szacunek dla samego siebie, ale też otoczenia, jedynym wyjściem jest zmiana pracy.

  1. Psychologia

Trójczynnikowa koncepcja miłości

W intymności chodzi o poznanie, siebie i partnera. To pełne zaufanie co do tego kim jest partner, co robi i co czuje. Intymność to także bliskość i codzienna troska o to, by druga strona czuła się dobrze. (Fot. iStock)
W intymności chodzi o poznanie, siebie i partnera. To pełne zaufanie co do tego kim jest partner, co robi i co czuje. Intymność to także bliskość i codzienna troska o to, by druga strona czuła się dobrze. (Fot. iStock)
Miłość, niby wszyscy wiemy, co oznacza. Ale czy zapytana/y o definicję masz na pewno gotową odpowiedź? No właśnie…

Pod koniec lat osiemdziesiątych amerykański psycholog, Robert Sternberg, podjął to wyzwanie i postanowił rozłożyć na czynniki pierwsze „magiczne” i używane każdego dnia przez miliony ludzi na całym świecie, pojęcie. W ten sposób powstała Trójczynnikowa Koncepcja Miłości. Sternberg uznał bowiem, że „pełna” miłość składa się z trzech niezbędnych elementów: intymności, namiętności oraz zobowiązania. Jednak furtkę zostawił uchyloną przekonując, że każdy z tych składników jest plastyczny, i to wyłącznie od partnerów, pary zależy czy zdecydujemy się poszczególne elementy pielęgnować, rozwijać.

Intymnie

W intymności chodzi o poznanie, siebie i partnera. To pełne zaufanie co do tego kim jest partner, co robi i co czuje. Intymność to także bliskość i codzienna troska o to, by druga strona czuła się dobrze. To sytuacja, kiedy z automatu uśmiechamy się, gdy śmieje się nasz partner i smucimy, gdy widzimy, że jemu jest źle. To chęć wyjaśniania nieporozumień, potrzeba pojednania po kłótni oraz wzajemne wspieranie się i zwierzanie. To twój partner jest pierwszą osobą, której opowiadasz, co czujesz, czy co cię spotkało. To właśnie intymność. Na początku związku bardzo powoli rośnie, ale opada jeszcze wolniej, zatem zwykle towarzyszy nam przez większość czasu trwania relacji. A kiedy wygasa, przy chęci i gotowości obu stron, można obudzić ją na nowo.

Namiętnie

Z definicji to: wysoka intensywność związana z pożądaniem o podłożu seksualnym lub romantycznym. Stała, silna tendencja do poszukiwania jedności fizycznej i/lub emocjonalnej z drugą, ukochaną osobą.

Na namiętność istotnie składa się pragnienie bliskości fizycznej z drugą osobą, podniecenie, ale to nie wszystko. To także rozmaite pozytywne uczucia, które towarzyszą związkowi na co dzień: zachwyt, wzruszenie, radość, ale również te negatywne: lęk, zazdrość, czy dojmująca tęsknota. To właśnie namiętność wyzwala w nas fantazje dotyczące partnera. O ile intymność pojawia się w związku powoli i powoli opada, dynamika namiętności jest zupełnie inna: na początku gwałtownie rośnie, szybko osiąga szczyt, ale równie szybko opada. Specjaliści przekonują, że mniej więcej po dwóch latach trwania związku nie ma już mowy o tym, by namiętność była na poziomie z początku związku. Jednak to naturalne i samo w sobie nie zagraża trwałości relacji.

Zobowiązująco

W tym przypadku szczególnie ważna jest nasza… praca! Chęć utrzymania stałości związku i poczucie odpowiedzialności za niego. To stałe wykazywanie zainteresowania, by przezwyciężać przeciwności, które przynosi los. Chodzi o świadomie ukierunkowane działania i myśli, których celem jest przekształcenie romansu w prawdziwy, trwały związek, chęć dbania o niego, pielęgnowania go. Zobowiązanie musi trwać „na dobre i na złe”. Wielu ekspertów przekonuje, że to właśnie ten składnik tworzy fundament teorii Sternberga. Bowiem wysoki poziom zobowiązania (nawet u jednego z partnerów) jest w stanie utrzymać związek na „odpowiednim” poziomie satysfakcji (oczywiście przez jakiś czas, bo pożądanym stanem jest poczucie zobowiązania obu stron). Dynamika zobowiązania jest inna niż te związane z intymnością i namiętnością. Poziom zobowiązania na początku rośnie powoli, następnie wraz z rozwojem relacji przyspiesza, aż w końcu osiąga stabilność i zwykle zachowuje ją już do końca związku.

Na podstawie wyników badań przeprowadzonych przez Uniwersytet Santiago de Compostela, pod kierownictwem Roberta Sternberga stwierdzono, że i kobiety i mężczyźni przede wszystkom cenią w relacji intymności! To ona okazała się dla badanych najcenniejszym składnikiem związku.

Jeśli chodzi o namiętność, większość z par biorących udział w badaniu stwierdziło, że trudno jest im znaleźć pełną harmonię w tym obszarze relacji: albo mężczyźni potrzebują więcej tej składowej, a kobiety mniej lub odwrotnie. Zdecydowana większość twierdziła również, że pasja (namiętność) zanika wraz z upływem czasu. Brak symetrii dotyczy także ostatniego składnika, czyli zobowiązania. Sternberg sugeruje, że to zazwyczaj kobiety oczekują, potrzebują wyższego poziomu zaangażowania, mężczyźni raczej starają się, by ten element nie rósł.

7 sposobów na miłość

Miłość to nie tylko uczucie łączące kochanków, partnerów. Miłość także może mieć bardzo różne oblicza. I tak, na podstawie Trójczynnikowej Teorii Miłości Sternberg proponuje ideę, zgodnie z którą istnieje siedem dość jasno określonych „sposobów” na miłość:

1.Miłość w związku

Występuje ona wtedy, gdy istnieje mocne uczucie intymności między dwojgiem ludzi, ale nie ma w niej pasji i zaangażowania. Ta forma miłości jest charakterystyczna dla relacji między przyjaciółmi. Zazwyczaj są to bardzo trwałe relacje.

2. Krótkotrwały romans

W tym przypadku pojawia się namiętność, ale nie ma intymności oraz zobowiązania. Jest to charakterystyczne zjawisko dla tak zwanej „miłości od pierwszego wejrzenia”, zwykle to relacje krótkie i raczej płytkie.

3. Pusta miłość

Mówimy o niej wtedy, gdy nie ma już ani intymności, ani namiętności, a relacja opiera się na bardzo wysokim poziomie zaangażowania (zobowiązania) obu stron. Często to opis związku, który już bardzo długo.

4. Romantyczna miłość

W romantycznej miłości występuje mnóstwo namiętności oraz intymności, ale nie ma w niej zobowiązania. To coś na kształt „bujania w obłokach”, jest uczucie, ale nie ma rzeczywistej chęci stawiania wspólnie czoła problemom, które niesie życie.

5. Miłość społeczna

Ten rodzaj miłości pełen jest intymności i zaangażowania, ale nie ma w nim namiętności. Obie osoby cieszą się swoim wzajemnym towarzystwem i zdecydowały się utrzymać związek, pomimo braku jakiegokolwiek pożądania seksualnego czy romantycznych epizodów. Jest to typowa forma miłości panująca wśród przyjaciół czy bardzo dojrzałych par.

6.Głupia miłość

W relacjach tego typu dużo jest namiętności i silnego zaangażowania, ale brakuje intymności. Decyzja pozostania razem wynika przede wszystkim z pożądania seksualnego i romantyczności, a nie z chęci wzajemnego wspierania się i ufania sobie. Taki rodzaj relacji budują zwykle osoby, które cechują się wysokim stopniem niepewności i zależności od innych.

7. Miłość wytrawna

Stanowi ona „idealny” model miłości, w której wszystkie trzy składniki obecne są mniej więcej w równych proporcjach. Jest tutaj i namiętność, i intymność, a także zaangażowanie. Sternberg tłumaczy jednak, że ten rodzaj miłości jest… rzadkością.

  1. Psychologia

Czas na zatrzymanie. Luksus, fanaberia czy potrzeba?

Pozostawiając za sobą na chwilę swoją codzienną rzeczywistość, rutynę, przyzwyczajenia – możemy łatwiej usłyszeć siebie. (Fot. iStock)
Pozostawiając za sobą na chwilę swoją codzienną rzeczywistość, rutynę, przyzwyczajenia – możemy łatwiej usłyszeć siebie. (Fot. iStock)
Zatrzymaj się, pomyśl, poczuj, odkryj sens, znajdź swoją misję, stwórz wizję... Jesteśmy zachęcani do zatrzymania się, zadawania sobie niewygodnych pytań i dzięki temu poznawaniu siebie. Po co przeszukiwać wnętrza naszych osobowości? Czy to moda, czy prawdziwa potrzeba?

Zatrzymaj się, pomyśl, poczuj – słyszymy, czytamy w wypowiedziach coachów, trenerów, psychoterapeutów czyli osób zajmujących się rozwojem osobistym. Jesteśmy zachęcani do wyjazdów w miejsca odosobnienia w kontakcie z naturą, podróży vision quest, medytacji, zadawania sobie często niewygodnych pytań: „kim jestem?”, „jaki jest sen moich działań?”. Po co mamy to robić? Po co mamy przeszukiwać wnętrza naszych osobowości, czyli – potocznie mówiąc: „grzebać w sobie”? Czy to moda, czy prawdziwa potrzeba?

Nie każdy tego potrzebuje i też nie na każdym etapie życia jest to niezbędne. Jeżeli zebrałeś już dość wiedzy i każda dodatkowa informacja przepełnia cię jak przysłowiowa herbata filiżankę – działaj. Ale może nie masz nawet czasu napełnić taczek, z którymi biegasz, nie wiedząc, co budujesz, komu i po co – zatrzymaj się. A może od dłuższego czasu leżysz na kanapie i nie sprawia ci to już przyjemności – zadaj sobie pytanie: co dalej?

Ale tak naprawdę, nic nie musisz zmieniać. Może twoją misją życiową jest właśnie bieganie z tą taczką. Może twoje leżenie na tej kanapie ma swój sens. Może nie potrzebujesz niczego więcej wiedzieć - wiesz, co robisz i co jest dla ciebie dobre. Ale jeżeli odczuwasz dyskomfort, to może warto się zatrzymać i sprawdzić, czy nie leżysz w objęciach wroga lub nie biegasz na jego usługi.

Jest czas na zadawanie pytań, czas na odpowiedzi, czas na działanie i czas na odpoczynek. Ale zbyt długie przebywanie tylko w jednym z tych okresów kończy się dyskomfortem, zniechęceniem, wypaleniem zawodowym lub nawet depresją - i wtedy może warto zatrzymać się i zadać sobie kilka ważnych pytań.

Kto jest wrogiem, a kto sprzymierzeńcem?

Carlos Castaneda, amerykański antropolog, wskazał czterech wrogów człowieka wiedzy: strach, jasność umysłu, moc, starość. Można na nich spojrzeć również jako na wrogów lub przyjaciół naszego rozwoju. Na podobnej zasadzie jak nasze cechy, które w niektórych sytuacjach mogą być naszymi zaletami, a w innych – wadami. Coś co w danej sytuacji jest dla nas sprzymierzeńcem, za chwilę może zmienić się we wroga. I odwrotnie. Przyjrzyjmy się więc bliżej sposobom ich działania.

Strach

Dzisiejszy świat oferuje nam ciągle nowinki. Można powiedzieć, że zmiana goni zmianę. Wychodzenie ze strefy komfortu pomału staje się codziennością. Naszą biologiczną reakcją na to, co nieznane, odziedziczoną po praprzodkach jest strach, bo kiedyś wiązało się to często z zagrożeniem życia. Odziedziczyliśmy więc w prezencie trzy reakcje: ucieczka, zastygnięcie lub walkę. To nas chroni przed nowym, innym, nieznanym, czyli tym, co narusza nasze dotychczasowe przekonania i związane z nimi poczucie bezpieczeństwa. Wolimy więc zaprzeczyć, wycofać się odmówić, ośmieszyć. Ale strach i tak jest z nami, a to są jego strategie, których celem jest – odciąć nas od wiedzy. I dlatego strach jest jednym z największych wrogów człowieka i tym samym pierwszym do pokonania na naszej ścieżce rozwoju. Sposobem na pokonanie go jest zyskanie świadomości: poszukiwanie informacji, zdobycie wiedzy na dany temat, poznanie punktów widzenia innych osób.

Jeżeli jesteś w tym miejscu, zadaj sobie pytania: Czym jest ta nowa sytuacja? Jak inni ją widzą? Na ile ta sytuacja jest zagrożeniem, a na ile szansą? Jaki mam wybór?

Gdy nieznane zostaje poznane, a nowe oswojone i zaprzyjaźnione z nami – strach znika.

Świadomość

Mamy już więc niezbędną wiedzę i własne zdanie na temat nowej sytuacji. Zyskujemy coraz większą pewność siebie, zaczynamy dzielić się naszą wiedzą z innymi. Ludzie słuchają nas z zainteresowaniem. Zaczynamy mieć poczucie omnipotencji, jesteśmy traktowani jako eksperci, coraz częściej widzą nas w roli lidera. Jeżeli jednak pozostajemy dłużej na etapie „gadającego guru”, nie tylko inni, ale też my sami wkrótce nie będziemy już chcieli siebie słuchać. Utkniemy w świecie naszych racji, poglądów, zaniedbując potrzebę sprawczości. Zaczniemy mieć wątpliwości, do głosu dojdzie krytyk podważający nasze kompetencje. Ratunkiem z tej sytuacji jest moc osobista i działanie.

Jeżeli jesteś w tym miejscu, zadaj sobie pytania: Jak chcę skorzystać z mojej wiedzy? Jakie są moje mocne strony? Jakie działania dają mi poczucie sensu? Co jest moją mocą osobistą?

Gdy mamy gotowość do działania, znika stagnacja, pojawiają się możliwości, propozycje.

Moc osobista

Mając wiedzę i kontakt z osobistą mocą, działamy, tworzymy w świecie nowe projekty. Rozwijamy się, inspirujemy innych, włączając ich do wspólnych działań. Świat nam na to odpowiada różnymi gratyfikacjami – finansami, uznaniem, awansem. Nabieramy poczucia, że nasze możliwości są nieograniczone, chcemy sięgać po kolejne wyzwania. Wiemy już jak to zrobić żeby osiągnąć sukces i osiągamy kolejny. Po pewnym czasie stajemy się cynicznym Midasem – wszystko jesteśmy w stanie przemienić w złoto. Co tracimy? Często poczucie wyższego sensu, bliskie relacje. Pojawia się poczucie pustki, którego nie jest w stanie wypełnić kolejna „zabawka”. Wyzwolenie często przychodzi w postaci zmęczenia, choroby, kryzysu albo jeszcze innej sytuacji, która zmusza nas do zatrzymania się, do konfrontacji ze swoją słabością, ze świadomością, że wszystko ma swój koniec, że nasze zasoby i nasz czas jest ograniczony. Zaczynamy nas coraz częściej myśleć o starości.

Jeżeli jesteś w tym miejscu, zadaj sobie pytania: Jaki świat chce zostawić moim dzieciom? Jakie były kiedyś moje marzenia? W co wierzę? Co chciałbym usłyszeć od bliskich na moje 80. urodziny? na własnym pogrzebie? Jaki jest w ogóle sens życia? Dokąd zmierza moje życie?

Starość

Mam na myśli starość nie tyle metrykalną co stan kontaktu ze swoją starością, a właściwie ze starszyzną w sobie. Czas, kiedy mamy za sobą już wiele osiągnięć, doświadczeń. Kiedy nie ogranicza nas strach, nie dajemy się uwieść władzy. Mamy świadomość swojej mocy i używamy jej rozważnie, w sprawach ważnych. Problemem jest zmęczenie i zniechęcenie. Szukanie odpowiedzi na wielkie pytania przytłacza nas niejednoznacznością i ambiwalencją, czujemy się wobec nich mali. Kanapa i ciepły kocyk ciągną coraz bardziej, szczególnie gdy mamy komfort finansowy. Można zasnąć, odejść, zniknąć…

Na szczęście budzi nas nasz przyjaciel strach! I tak ten cykl toczy się mniej lub bardziej dla nas świadomie.

Zadaj sobie pytania: Czy opisane tutaj sytuacje są ci znane? Ile cyklów jest już za tobą? Kto jest twoim największym wrogiem? Kto jest twoim sprzymierzeńcem? W której sytuacji bywasz najczęściej? W której jesteś teraz?

Powrót do natury

Samotność, post, modlitwa, medytacja i kontakt z naturą - to nieodłączne elementy rytuałów szamańskich ale też religijnych, które przez wieki towarzyszyły człowiekowi. Jeśli coś było dobre i potrzebne człowiekowi kiedyś, to może również teraz? Czy tak bardzo zmieniły się nasze potrzeby? A może wręcz przeciwnie, zostały te same, a my żyjemy w jeszcze trudniejszych warunkach, w odcięciu od natury i naszych biologicznych potrzeb. Spopularyzowana pod angielską nazwą metoda vision quest wywodzi się z tradycji indiańskiej, obecnie często jest elementem rozwoju osobistego (psychoterapia, coaching) w postaci różnych form warsztatów, medytacji, odosobnień w kontakcie z naturą, w celu uzyskania intuicyjnych odpowiedzi na pytania o sens, cel. Frank Grant światowej sławy praktyk w nurcie Wilderness & Adventure Therapy, zapytany o to jak głęboka jest praca metodą Vision Quest odpowiada: „Taka, na jaką jesteś gotowy”.

Pielgrzym również decyduje się na odosobnienie, nie tyle od ludzi, co od świata, jaki zna na co dzień, w którym nie ma zbyt wiele okazji i czasu na duchowe poszukiwania. Pielgrzymowanie z każdy krokiem oddala od tego, czym wypełniona jest nasza codzienność. Na drugi plan schodzi dom, rodzina, praca, obowiązki, najważniejsze staje się miejsce, do którego zmierzamy. Jest to jednocześnie intymna podróż w głąb siebie.

Pozostawiając za sobą na chwilę swoją codzienną rzeczywistość, rutynę, przyzwyczajenia – możemy łatwiej usłyszeć siebie. W naturze, której jesteśmy jednym z elementów, łatwiej jest szukać odpowiedzi na podstawowe pytania: „kim jestem?”, „jaki jest sens mojego istnienia?”.

Czas dla siebie – strata czy zysk?

Mówimy: „czas jest luksusem”, „najcenniejszą walutą jest czas”, tylko nikt nie wie, jaki jest dokładnie stan jego konta.

Może warto więc zastanowić się, na co go wydajemy, a może rozdajemy? Czy żyjesz na kredyt, rozrzutnie – na wszystko masz czas. A może oszczędzasz - odkładasz czas na ważne dla siebie sprawy na później. Może mówisz: „tracę czas na zatrzymywanie się”? A może właśnie wtedy go odzyskujesz?

Jak pisała Wisława Szymborska”: „Żyjemy dłużej ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami. Podróżujemy szybciej, częściej, dalej choć zamiast wspomnień przywozimy slajdy”.

Autorka jest coachem i właścicielką „Domu Pod Aniołami”, w którym z dala od zgiełku miasta towarzyszy osobom, które potrzebują się zatrzymać, spotkać ze sobą i znaleźć odpowiedzi na ważne dla siebie pytania.

  1. Psychologia

Objawy depresji u mężczyzn – dlaczego trudno im prosić o pomoc?

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dobie współczesnych przemian gospodarczych, kulturowych i społecznych Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) alarmuje, że na zaburzenia związane z depresją cierpi ok. 350 mln ludzi na świecie. Depresja staje się powoli jedną z cywilizacyjnych chorób, która dotyka zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Mężczyznom jednak trudniej przyznać się, że sobie z czymś nie radzą i zaakceptować własne słabości. Jak wygląda depresja mężczyzn z perspektywy metody Gestalt? - wyjaśnia psychoterapeuta Krzysztof Pawłuszko.

Niestety, pomimo wielu doniesień świadomość społeczna dotycząca depresji i możliwości jej leczenia jest wciąż niewielka. Moje doświadczenie pracy jako terapeuty pokazuje, że zwykle ludzie szukają informacji lub pomocy dopiero w momencie, kiedy oni sami lub ich bliscy zaczynają cierpieć z powodu depresji. Często jest to już głęboki stan powodujący trudności w codziennym funkcjonowaniu i pełnieniu ról społecznych. Wówczas chcą jak najszybciej pozbyć się problemu i wrócić do normalnego trybu życia.

W pracy terapeutycznej z klientami doświadczającymi depresji wielokrotnie miałem wrażenie, że traktują siebie jak samochód, a mnie jak mechanika, oczekując szybkiej naprawy lub recepty na to, jak sami mogą siebie naprawić. Jest to przykład pokazujący, jak bardzo ludzie nie chcą mieć styczności z tym problemem. Dotyczy to w dużej mierze mężczyzn, którym bardzo trudno przyznać się do własnych trudności i sięgnąć po pomoc. A wynika to wyraźnie z kontekstu kulturowo – społecznego.

Od dziecka chłopcom narzucane są zasady i normy (w podejściu Gestalt zwane introjektami), mające na celu przygotowanie do życia w dorosłości. Główny nacisk jest w nich położony na rozwój sfery racjonalnej. Chłopiec ma być przecież w przyszłości głową rodziny. Sfera emocjonalna i cielesna jest przez rodziców skutecznie blokowana, pomijana lub zawstydzana. Chłopcom nie wypada płakać, złościć się czy smucić (choć powoli to się zmienia). Tym bardziej przeżywać różne popędy cielesne (np. seksualność, agresję), ponieważ wykraczają wtedy poza granice ustalonych norm i są niegrzeczni.

Dziecko, żeby przyswoić i wyrobić się w realizacji tego rodzaju przekazu kulturowo – społecznego, jest zmuszone usztywnić swoją naturalną ekspresję oraz odciąć się od sfer, które nie są mile widziane. W konsekwencji rozwija mechaniczny sposób obchodzenia się ze sobą, który później kontrolowany jest przez racjonalność. Kojarzę to z zainstalowanym oprogramowaniem komputerowym, które dba, by komputer sprawnie i bez zarzutu spełniał swoje funkcje. Analogicznie jest z głową mężczyzny skoncentrowanego w tym kontekście na realizacji szeregu ról, norm, obowiązków, zadań i celów - jak maszyna.

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny. Jest to bardzo częste doświadczenie mężczyzn zgłaszających się na terapię. Siła przekazu kulturowo – społecznego jest wówczas tak duża, że pogłębia proces utraty równowagi. Zwykle mężczyźni nie są tego procesu świadomi.

Doświadczają trudnych do wyjaśnienia objawów. Na poziomie racjonalnym: problemów z pamięcią i koncentracją. Na poziomie cielesnym: zmęczenia, bólu głowy, ciągłego stanu napięcia i stresu. Na poziomie emocjonalnym: obniżonego nastroju, drażliwości, stanu złości i zdenerwowania, braku odczuwania przyjemności i zainteresowania. Na poziomie codziennych zachowań: trudności z zasypianiem, aktywnością seksualną, codzienną aktywnością i pełnieniem ról społecznych. Na poziomie społecznym: chęcią wycofania się z kontaktów i ukrycia. Czasem wymienionym objawom towarzyszą choroby somatyczne wynikające z wieloletniego tłumienia emocji. Są to m.in. choroby układu sercowo - naczyniowego, układu odpornościowego, pokarmowego, dolegliwości bólowe w różnych obszarach ciała.

Bardzo często mężczyźni łączą te objawy z trudnościami lub niepowodzeniami w pracy, zbyt długo trwającym przeciążeniem zawodowym, brakiem możliwości wzięcia urlopu, nie rozwiązanym konfliktem w relacji partnerskiej czy prowadzeniem niezdrowego trybu życia. Poszukują wówczas różnych sposobów poradzenia sobie z sytuacją lub jej odreagowania. W tym celu sięgają po alkohol, leki przeciwbólowe i nasenne, narkotyki, hazard, internet, gry komputerowe, sporty ekstremalne czy siłownię. W rezultacie pogłębiają swój stan i dochodzą po pewnym czasie do tzw. ściany. Nie wiedzą, co i w jaki sposób mogłoby im pomóc. Niektórzy mężczyźni, pomimo wstydu i oporu, przyznają się sami przed sobą, że potrzebują pomocy. Zazwyczaj wtedy decydują się również sięgnąć po pomoc innych ludzi, w tym pomoc terapeutyczną.

W terapii Gestalt depresja nie jest traktowana jako objaw, którego trzeba się za wszelką cenę pozbyć np. za pomocą leków czy technik terapeutycznych. Depresja jest postrzegana jak czubek góry lodowej widoczny nad powierzchnią wody. Pod powierzchnią znajduje się jej większa część (sedno problemu), powodująca stan depresji. Część, o której myślę, składa się z różnych czynników. Jeśli pomijamy te czynniki i skupiamy się na redukcji objawów choroby, w konsekwencji doprowadzamy do jej nawrotu w przyszłości.

Koncepcja Gestalt proponuje inną drogę, ktora polega na spotkaniu z tym, co pod powierzchnią i uświadomieniu sobie czynników powodujących depresję. Jest to proces wymagający czasu i zaufania, że przyniesie oczekiwane rezultaty. Wsparcie farmakologiczne jest wówczas zwykle działaniem wspierającym ten proces - ze względu na jego intensywność i głębokość. W trakcie terapii szokujący dla klientów jest paradoks, że doświadczenie depresji ich ratuje. Nigdy wcześniej nie pozwoliliby sobie na zatrzymanie się i zweryfikowanie, czy ich dotychczasowy sposób funkcjonowania jest zdrowy. Depresja jest tym wydarzeniem, które odsłania fakt odcięcia się od siebie i twórczego przystosowania, żeby sprostać wymaganiom kulturowo - społecznym. Ukazuje szereg sztywnych schematów postępowania, reagowania i myślenia oraz rozwinięte mechanizmy obronne różnego rodzaju.

Klient odkrywa w terapii, że depresja jest jego nieświadomą odpowiedzią manifestującą, że dłużej w dotychczasowy sposób nie może i nie chce funkcjonować, ponieważ jest to dla niego destrukcyjne. Zaczyna również odkrywać swoje prawdziwe Ja, rozwijać świadomość własnej emocjonalności i procesów cielesnych, stopniowo odzyskiwać równowagę oraz bardziej świadomie decydować, w jaki sposób chce funkcjonować. Przy tym uczy się w codziennych sprawach sięgać po wsparcie innych ludzi, nie postrzegając tych sytuacji jako wyraz słabości czy osobistej porażki.

Terapia Gestalt jest więc zupełnie innym spojrzeniem na problem depresji. Nie tylko tej doświadczanej przez mężczyzn, ale także kobiety. Stwarza możliwość świadomego przejścia procesu depresji oraz trwałego rozwiązania tego problemu.

Krzysztof Pawłuszko, certyfikowany psychoterapeuta i trener w Instytucie Terapii Gestalt, European Association for Gestalt Therapy, European Association for Psychotherapy oraz Polskim Towarzystwie Psychoterapii Gestalt. Jest również psychoterapeutą szkoleniowym terapeutów będących w procesie szkolenia w nurcie Gestalt.