1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wartość wsparcia emocjonalnego

Wartość wsparcia emocjonalnego

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nowe badanie dowodzą, że wdowcy, którzy w ciągu czterech do pięciu lat po stracie partnerek weszli w nowy związek, cieszą się lepszym zdrowiem fizycznym i psychicznym.

Naukowcy z Uniwersytetu w Göteborgu przeprowadzili badania na 691 szwedzkich wdowcach. Dotychczasowe badania wskazywały, że wdowy są narażeni na większe ryzyko śmierci i rozwoju poważnych chorób. Do tej pory interesowano się głównie kobietami i obserwowano je w krótkim czasie po owdowieniu. Wyniki najnowszych badań dowodzą, że mężczyźni, których żony zmarły, radzą sobie ze stratą dobrze, jeżeli w ciągu pięciu lat wejdą w związek. Ci, którzy tego nie zrobili częściej zapadali na depresję, dokuczały im lęki, zaburzenia snu i emocjonalne otępienie.

- Nasze badanie jest pierwszym, które pokazuje, że nowy partner minimalizuje ryzyko wystąpienia chorób psychicznych a także fizycznych - mówi Gunnar Steineck. - Badania ujawniają, jak dużą wartość ma wsparcie emocjonalne. Może też być tak, że ci wdowcy, którzy dobrze przeżyli żałobę, uwalniając ból i żal po stracie, są bardziej zainteresowani znalezieniem sobie nowej partnerki.

Źródło: Uniwersytet w Göteborgu

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wstydliwe jelito - jak się wydostać z pułapki psychosomatycznej

Zobacz galerię 4 Zdjęć
O zaburzeniach somatoformicznych mówi się, że to choroby typu „pomocy, nic mi nie jest”. Prawie co trzeci pacjent słyszy od swojego lekarza rodzinnego: „Nic panu nie jest” albo „Jak na razie wszystko w  porządku”. Również w gabinetach wielu lekarzy specjalistów, a przede wszystkim na szpitalnych oddziałach ratunkowych pojawia się masa takich pacjentów.

 

Dr Alexander Kugelstadt, doświadzony lekarz i psychoterapeuty, uważa, że wiele chorób ma więcej niż jedną przyczynę. Kluczem do zdrowia jest zdobycie wiedzy o tym, jak ciało i psychika współpracują. O tym jest jego najnowsza książka 'Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.'. Premiera 14 kwietnia. Dr Alexander Kugelstadt, doświadzony lekarz i psychoterapeuty, uważa, że wiele chorób ma więcej niż jedną przyczynę. Kluczem do zdrowia jest zdobycie wiedzy o tym, jak ciało i psychika współpracują. O tym jest jego najnowsza książka \"Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.\". Premiera 14 kwietnia.

Od lekarza do lekarza 

Takie dolegliwości jak biegunki, bóle brzucha, zaparcia, kaszel, częstoskurcz serca, bezsenność lub wysypka skórna, które lekarz kwituje machnięciem ręki i  uspokaja pacjenta słowami: „Wszystko jest w porządku”, są na dłuższą metę dużym obciążeniem. Efekt uspokajający następujący po stwierdzeniu, że nie występują żadne nieprawidłowości fizjologiczne, przeważnie trwa bardzo krótko. Po tym czasie dolegliwości znów nadszarpują nerwy. Dodatkowo nasuwa się pytanie, czy czasem lekarz czegoś nie przeoczył. Niestety często zdarza się, że subiektywne wrażenie nieprawidłowego funkcjonowania organizmu nie pokrywa się z diagnozą lekarską.

Odrzucenie emocji 

Kiedy osoby z dolegliwościami somatoformicznymi w końcu zjawiają się w moim gabinecie na konsultacjach psychosomatycznych, ponieważ z braku innego wyboru zaczynają dopuszczać do siebie myśl o psychicznych przyczynach swojej choroby, takie spotkanie jest przeważnie bardzo ciekawe. Moje podejście do pacjenta jest zupełnie inne niż podejście specjalistów, którzy stawiając diagnozę, skupiają się na danym narządzie. Oczywiście dokładnie pytam o szczegóły objawów i wymagam przedstawienia badań lekarskich, aby dowiedzieć się, co zostało już zbadane. Nie traktuję osobiście ani wywieranej przez pacjenta presji na postawienie diagnozy i szybkie wyleczenie dolegliwości, ani uczucia rozczarowania, gdy nie mogę zaproponować cudownej tabletki na ozdrowienie. Traktuję to jako część choroby.

Za długotrwałymi objawami kryje się często obrona przed emocjami. Oznacza to, że pierwotną przyczyną objawów były emocje. Bóle powstały wskutek poczucia winy, uczucie zmęczenia wywołał smutek, a biegunki są rezultatem lęków.

Ze względu na to, że emocje i  ich właściwy powód były trudne do zniesienia, elementy psychiczne emocji zostały odrzucone i  przeniesione do obszaru nieświadomości. Reakcje organizmu natomiast pozostały i odwracają naszą uwagę od podstawowego problemu, który tkwi w  sferze psychiki. W związku z tym koncentrujemy się na organizmie lub jego narządach oraz na objawach. W pierwszej chwili taka osoba czuje psychiczną ulgę, wiedząc, że jej problemem są dolegliwości fizjologiczne! Jeszcze większe poczucie ulgi daje jej bieganie od lekarza do lekarza i wyładowywanie w relacji ze specjalistami odrzuconych emocji, takich jak złość lub lęk. Tymczasem z a s a d n i c z o chodzi o coś zupełnie innego, co jest emocjonalnie trudne do strawienia.

Kiedy biegunka jest ulgą dla psychiki

Być może nie spodziewałeś się, że obszar cielesny jest tak ściśle związany z  obszarem psychicznym, a  podział między światem materialnym a niematerialnym istnieje wyłącznie w naszej głowie.

Jeśli zgodnie z najnowszym stanem wiedzy zaakceptujemy jedność emocji i poczucia ciała, wcześniejszych doświadczeń i ich wpływu na zdrowie organizmu, nie zdziwi nas, że większość przyczyn chorób znajduje się w psychice, a napięcia psychiczne objawiają się w ciele i przez ciało.

Pamiętam swoją pacjentkę Denise, młodą kobietę niemającą jeszcze dwudziestu lat, która cierpiała na biegunki. Problem przybrał takie rozmiary, że niekiedy nie spotykała się ze znajomymi z obawy, że w każdej chwili może się jej to przytrafić. Denise odbywała praktyki w pracowni fotograficznej i w pracy często musiała się pilnować, kiedy najlepiej iść do toalety, żeby nic jej nie ominęło. Całkowicie skoncentrowała się na swoich jelitach i próbowała przeciwdziałać dolegliwościom, zmieniając nawet dietę.

Kiedy Denise zjawiła się w moim gabinecie, uzgodniliśmy, że przeprowadzimy diagnostykę psychosomatyczną. Po szczegółowym omówieniu aspektów fizjologicznych i  po wykluczeniu przez gastroenterologa (lekarza zajmującego się chorobami układu pokarmowego) wszelkich infekcji i przewlekłego zapalenia jelit przyjrzeliśmy się życiu Denise. Wraz z rozpoczęciem naszych rozmów przestała w końcu chodzić do kolejnych gastroenterologów i poddawać się następnym kolonoskopiom. Dowiedziałem się, że gdy Denise w wieku osiemnastu lat wyprowadziła się z  domu, nadal była zależna od matki. Matka mówiła, że córka jest bardzo lękliwa. W zasadzie robiła dla niej wszystko, począwszy od gotowania, przez zawożenie jej na spotkania ze znajomymi i odwożenie do domu, aż po wybór najlepszych zajęć i hobby. Dopiero po pewnym czasie okazało się, że Denise, mieszkając teraz w jednopokojowym mieszkaniu i mogąc dowolnie organizować swój czas, jest przeciążona wieloma obowiązkami. Nie dało się ukryć, że czuje się z tym niekomfortowo, ponieważ pozornie sprawiała wrażenie osoby samodzielnej i kompetentnej. Lęk kojarzył się ze wstydem, dlatego objawiał się w dolegliwościach jelitowych. Te objawy dało się łatwo wytłumaczyć, ponieważ Denise, gdy chodziła jeszcze do szkoły, przeżywała trudny czas, a jej reakcją na trudności były bóle brzucha. Wtedy jej matka bardzo się tym martwiła i wciąż zaprowadzała ją do pediatry.

Na tym przykładzie widzimy powtarzający się objaw i jego przyczynę. Biegunka chroni Denise przed trudnymi wyzwaniami, jak na przykład odnalezienie się w środowisku równolatków. Jednocześnie dolegliwości w coraz większym stopniu powodowały, że traciła szansę na nawiązanie kontaktów. Objawy fizjologiczne mogą odciążyć psychikę od napięć, w pierwszej chwili ich funkcja się sprawdza. Na dłuższą metę problem wymyka się jednak spod kontroli, wskutek czego nie pokonujemy dalszych ważnych etapów rozwoju.

 Jak pokonać zaburzenia somatoformiczne 

Zmiana okularów

Jeśli czytasz tę książkę, ponieważ cierpisz na niewyjaśnione dolegliwości fizjologiczne, zrobiłeś już jeden duży krok naprzód. Pierwszym etapem leczenia jest bowiem odrzucenie dotychczasowego wzorca oceny, który przeważnie brzmi tak: „Z moim ciałem jest coś nie tak, muszę iść do lekarza, w  końcu trzeba znaleźć jakąś przyczynę”. Skupienie się na powiązaniach między psychiką a ciałem przynosi efekty, ponieważ na tym etapie zaczynasz spoglądać na swój problem przez zupełnie inne okulary, a to decydująca kwestia.

Zaufanie

Drugi krok to nauczenie się zaufania do innych ludzi. Trzeba mieć zaufanie do lekarzy, którzy mówią ci, że nie widzą objawów poważnej choroby. Choroby typu „pomocy, nic mi nie jest” to przeważnie choroby relacyjne, w  których nasz wyuczony wzorzec relacji przenosimy na ciało lub tam go odtwarzamy. Ów wzorzec jest powiązany z brakiem zaufania. Kiedy się martwimy i krążymy wokół własnych dolegliwości, daleko nam do wiary w to, że organizm sam zrobi, co trzeba. Nic więc dziwnego, że dokładnie ten sam wzorzec przenosimy na kontakt z lekarzem i nie wierzymy mu na sto procent. W pierwszej chwili to całkiem zrozumiałe, ale po konsultacji z trzema specjalistami powiedziałbym: „Już dość”. Oczywiście wyjątki potwierdzają regułę i tak czy inaczej nikt nie zagwarantuje, czy czasem rzeczywiście nie chodzi o jakąś chorobę na tle organicznym.

Zmiana punktu skupienia

Wspominaliśmy już o  tym, że zaburzenia somatoformiczne utrzymują się, jeśli przez cały czas z  troską zagłębiamy się w siebie i przyglądamy się swoim narządom, swojemu ciału, swoim objawom, które odciągają naszą uwagę od trudnych emocji i konfliktów.

W pewnej mierze możemy sami odwrócić ten mechanizm, wykorzystując domowy sposób polegający na poszukaniu sobie jakiegoś zajęcia i poświęceniu się mu. Nie ma dużego znaczenia, czy takie zajęcie służy rozrywce, czy wyższym celom, choć z reguły lepsze efekty przynosi robienie czegoś na rzecz innych. Chodzi o to, żeby skupić się na czymś, co nie jest częścią naszego ego. W ten sposób upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu, ponieważ z zaburzeniami somatoformicznymi często wiąże się obniżone poczucie własnej wartości, czyli poczucie, ile jesteśmy warci i jak bardzo jesteśmy ważni. Działając dla dobra innych, możemy je sobie podwyższyć.

Jeśli choć przez kilka minut uda się nie zajmować się swoimi jelitami, sercem czy bólami pleców, to już duży sukces. Należy wyznaczać sobie realne cele, w innym razie poczujesz się rozczarowany sam sobą. Z mojego doświadczenia wynika, że w dzisiejszych czasach ludzie stawiają sobie zbyt wysokie oczekiwania, choć nie mam pojęcia, jak bywało wcześniej.

Rozmowy z ciałem

Ostatnim środkiem pierwszej pomocy w przypadku chorób typu „pomocy, nic mi nie jest” może być wsłuchanie się w historię, którą opowiada nam ciało, i  zejście z  pola bitwy toczonej z chorobą. Tutaj nie da się zastosować gotowych schematów; powiedzenie „mieć czegoś po dziurki w  nosie” nie oznacza tak po prostu, że czegoś już nie chcemy, lumbago niekoniecznie oznacza, że jesteśmy „człowiekiem bez kręgosłupa”. Takie klasyczne, potoczne przypisywanie pewnych cech jest dzięki swojej prostocie kuszącym wyjaśnieniem. Nie można jednak zapominać, że decydujące znaczenie ma indywidualna historia danej osoby, która jest tłem opowieści przekazywanej przez ciało.

Zastanów się, czy w  twojej rodzinie lub w  środowisku, w którym teraz przebywasz, danemu narządowi przypisuje się jakieś szczególne znaczenie wykraczające poza jego mechaniczno-biologiczną funkcję, jak pompowanie krwi przez serce lub trawienie składników pokarmowych przez jelita. Poza tym pomyśl, jakich sytuacji lub czynności unikasz z powodu swoich objawów i czy nie są to czasami ważne wyzwania życiowe, z którymi do tej pory nie miałeś się odwagi zmierzyć i wymigiwałeś się od nich za pomocą objawów.

Jak się wydostać z pułapki psychosomatycznej

Jeśli masz objawy choroby psychosomatycznej, potrzebujesz lekarza. Dotyczy to także opisywanych tutaj, często niezdiagnozowanych i niesprawiedliwie wyśmiewanych chorób. Powyższe rozważania są dobre na początek, ale rzetelna diagnostyka lekarska i psychosomatyczna, jeśli jest wskazana, w  połączeniu z psychoterapią stanowią najlepsze metody.

'Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.'. Premiera 14 kwietnia. Wydawnictwo Otwarte. \"Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.\". Premiera 14 kwietnia. Wydawnictwo Otwarte.

 

  1. Styl Życia

Kwiatoterapia - szczęście i zdrowie z natury

Kwiaty wpływają zbawiennie na nasze samopoczucie i emocje, a nawet przywracają równowagę psychiczną.(Fot. iStock)
Kwiaty wpływają zbawiennie na nasze samopoczucie i emocje, a nawet przywracają równowagę psychiczną.(Fot. iStock)
Zobacz galerię 18 Zdjęć
Kwiaty cieszą oko, wzbudzają zachwyt, kuszą zapachem oraz są symbolem nadziei i szczęścia. Wiele osób wierzy, że mogą również poprawiać stan zdrowia i wpływać na psychikę.

Według podstawowych założeń kwiatoterapii każda choroba ma początek w negatywnych stanach umysłu człowieka – wewnętrznych konfliktach i lękach. Silne napięcie i stres ograbiają człowieka z zapasów energii życiowej. Organizm przeznacza ją na mobilizowanie mechanizmów obronnych, staje się słabszy, łatwiej poddaje się chorobie, nie starając się z nią walczyć.

Esencje kwiatowe harmonizują negatywne uczucia. Zawierają uzdrawiającą wibrację z najbardziej rozwiniętej części rośliny, czyli kwiatów. Zadaniem esencji kwiatowych nie jest uleczanie, a przeniesienie do organizmu człowieka energii i wibracji z kwiatów, co pomaga w powrocie do emocjonalnej równowagi. Terapia kwiatowa jest częścią medycyny holistycznej. Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. Jest też pomocne w terapii psychologicznej i leczeniu psychiatrycznym. Zmniejsza napięcie, poprawia koncentrację. Stosuje się je dla wzmocnienia pracy nad zmianą postaw życiowych, a nawet w leczeniu otyłości.

Krople esencji kwiatowych mają wpływ na nastroje i na głęboko zakorzenione przyzwyczajenia. Wyróżnia się 38 różnych ekstraktów, z których można skomponować niemal 300 milionów mieszanek, dopasowanych do stanu emocjonalnego każdego pacjenta. Każdy z nich odpowiada określonym stanom psychiki lub cechom charakteru. Można je zażywać pojedynczo lub tworzyć mieszanki, odpowiednio do potrzeb. Jednak by zadziałały, konieczne jest postawienie prawidłowej diagnozy, a potem regularne zażywanie (zwykle 4 krople bezpośrednio na język 4 razy dziennie).

Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. (Fot. iStock) Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. (Fot. iStock)
Popularyzatorem tej metody był brytyjski lekarz i mikrobiolog dr Edward Bach. Szukał on przyczyn chorób swoich pacjentów w ich stanach psychicznych, koncentrował się na osobie, na jej emocjach i stanie psychicznym, a zewnętrzne objawy choroby odkładał na dalszy plan. Kiedy sam czuł się źle, wyruszał na długie spacery na łąki, do lasu, zrywał tam płatki z kwiatów i trzymał je w ręku lub kładł na języku. Zauważył, że przynosi mu to ulgę. Postanowił więc porzucić praktykę lekarską i poświęcić się badaniom nad nową formą terapii – leczeniu za pomocą esencji kwiatowych. Po kilku latach badań stworzył zestawy esencji kwiatowych, które pomagają w leczeniu chorób wynikających z siedmiu rodzajów stanów psychicznych: strachu, niepewności, braku zainteresowania otoczeniem, samotności, nadwrażliwości, zniechęcenia, nadmiernej troskliwości.

Terapia kwiatowa nie ma nic wspólnego z aromaterapią. Tu najważniejsza jest esencja kwiatowa rozcieńczona wodą i alkoholem (lub samą wodą). W leczeniu wykorzystuje się nie wyciąg z rośliny, lecz jej potencjał energetyczny zawarty w wodzie. Najbardziej popularną metodą uzyskania esencji jest metoda termiczna. Świeżo zerwane, dojrzałe kwiaty umieszczamy w szklanej miseczce z wodą źródlaną i wystawiamy na działanie słońca, na około 4–5 godzin. Po pewnym czasie kwiaty oddają wodzie swoją energię. Następnie wodę zlewa się do ciemnej butelki i dodaje się taką samą objętość 40-procentowego alkoholu.

Od wielu lat ekstrakty kwiatowe przygotowuje się w Centrum Doktora Edwarda Bacha TM w Mount Vernon z kwiatów rosnących na terenie Walii. W Polsce od ponad 20 lat istnieje Centrum Terapii Bacha, z siedzibą w Rybniku, które prowadzi sprzedaż internetową i wysyłkę produktów na całą Polskę, zaopatrując klientów indywidualnych, gabinety, apteki i sklepy zielarskie. Spółka organizuje również szkolenia w ramach Międzynarodowego Programu Edukacyjnego Bacha, prowadzone przez licencjonowanego trenera.

Esencje kwiatowe wpływają na nasze emocje, przywracają zaburzoną równowagę psychiczną i poprawiają nastrój. Zapraszamy do naszej galerii - tam poznasz więcej ich leczniczych właściwości. 

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o żalu – karty emocji Katarzyny Miller

Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
To uczucie zwykle ściąga nas w dół i każe ciągle spoglądać w przeszłość, ale można też podejść do niego konstruktywnie. Kiedy żałujemy, wiemy przynajmniej, co było dla nas ważne. Oto kolejna karta emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk. 

Żal...

...pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. Zwykle żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy albo wprost przeciwnie - że właśnie zrobiliśmy. Bliskim bratem żalu jest poczucie winy, dlatego często lubią chodzić razem. Taka para zwykle działa podwójnie dołująco, bo im bardziej zapętlamy się w krytykowaniu siebie, tym bardziej żałujemy. Zwykle tuż po jakimś zdarzeniu najbardziej żałujemy tego, co zrobiliśmy, z perspektywy czasu - bardziej boli nas coś, czego zaniechaliśmy: nie pojechaliśmy w tamtą podróż, nie zagadaliśmy do tamtego chłopaka czy nie spróbowaliśmy jeszcze raz podejść do egzaminu. Paradoksalnie, im mamy większy wachlarz możliwości, tym większe pole do popisu dla żalu. Kiedy niewiele rzeczy zależy od nas, nie mamy do siebie pretensji i nie wyrzucamy sobie po latach własnej opieszałości czy złego wyboru. Można też powiedzieć, że im większa wyobraźnia i skłonność do idealizacji, tym odczuwany żal może być intensywniejszy. Bo przecież nie mamy dowodów na to, jak inaczej potoczyłoby się nasze życie, my tylko projektujemy je we własnej głowie. Odczuwanie żalu zależy więc jedynie od nas. Możemy też czuć żal do kogoś (np. do rodziców), że nie odnosił się do nas tak, jak tego potrzebowaliśmy, za porzucenie, za krzywdzące potraktowanie.

Po co nam to uczucie?

Żal nie musi nas skłaniać do podcinania własnych skrzydeł, a do ich rozwijania. Jest bowiem informacją - otrzymaną od samego siebie - że stać nas na więcej, że mamy w sobie niewykorzystany potencjał. Żal może być konstruktywny, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, o jakiej niespełnionej potrzebie nas informuje. Wtedy łatwiej zmotywować się do tego, by naprawić błędy z przeszłości (oraz unikać ich w przyszłości), a także by zmienić kierunek swojego życia.

Zadania:

  • Czego w życiu najbardziej żałujesz? Poświęć chwilę na zastanowienie się nad tym, a nawet zrobienie listy. To bardzo ważne zadanie, które wcale nie ma na celu zdołowania cię. Kiedy ujrzysz czarno na białym, czego ci żal, dowiesz się, co ma dla ciebie największą wartość. Jeśli najbardziej żałujesz porzucenia studiów artystycznych - to już wiesz, że czujesz się źle, bo nie realizujesz się twórczo w swoim życiu. Dobra wiadomość jest taka, że nawet teraz możesz to zmienić.
  • Jeśli żal jest uczuciem, które nierzadko ci towarzyszy, prawdopodobnie zbyt często wybiegasz myślami w przyszłość albo sięgasz do przyszłości. Za mało jest cię w twojej teraźniejszości, która jest przecież piękna i ważna, głównie dlatego, że dzieje się teraz i nigdy już się nie powtórzy. Pomyśl o wszystkich rzeczach, które obecnie możesz zrobić - od najbardziej prostych, jak zjeść coś dobrego czy pójść na spacer, po te bardziej wymagające, ale przecież też możliwe: powiedzieć komuś, że go kochasz; przeprosić za coś, co kiedyś zrobiłeś. Ćwicz się we wzbudzaniu w sobie uczucia wdzięczności - to skuteczny sposób na przywołanie dobrego samopoczucia.
  • Jedna sprawa, kiedy ogarnia nas żal na myśl o czymś, co nam się nie udało; inna - gdy żałujemy utraty czegoś lub kogoś, na który to fakt nie mieliśmy żadnego wpływu. Jeśli nadal cierpisz z powodu czyjegoś odejścia, śmierci czy wyjazdu; jeśli opłakujesz utracone dzieciństwo czy młodość - jedyną wskazówką będzie praktyka akceptacji i zgody na to, co jest, bo jest.
Więcej w zestawie z książeczką: "Poznaj siebie. Karty emocji", Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep.

  1. Psychologia

Współczesny singiel - jaki jest i czego poszukuje? 

Współczesny singiel to
to mężczyzna, który świadomie wybiera tę drogę. Uważa, że życie w pojedynkę jest lepsze, prostsze i obarczone mniejszą liczbą problemów. (Fot. iStock)
Współczesny singiel to to mężczyzna, który świadomie wybiera tę drogę. Uważa, że życie w pojedynkę jest lepsze, prostsze i obarczone mniejszą liczbą problemów. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Szuka samego siebie czy związku? A może za wysoko stawia poprzeczkę? Albo za mało jest dziś fajnych kobiet, z którymi mógłby stworzyć udaną relację? Wspólnie z terapeutą Robertem Milczarkiem próbujemy ustalić, czy współczesnemu singlowi blisko do dzisiejszej singielki.

Kim jest współczesny singiel? To najczęściej mężczyzna, który świadomie wybiera tę drogę. Uważa, że życie w pojedynkę jest lepsze, prostsze i obarczone mniejszą liczbą problemów. To również mężczyzna, który po wielu próbach stworzenia związku zbudował przekonanie, że nie nadaje się do relacji. Według moich obserwacji z gabinetu takie myślenie najszybciej włączają jednak młode kobiety... Uważają, że to z nimi jest coś nie tak.

Czy mężczyźni również szukają winy w sobie? Mężczyźni raczej zawyżają postrzeganie siebie i swojej wartości, a przyczyny niepowodzenia szukają po drugiej stronie. A że związki trudno jest budować, to nie warto się męczyć, lepiej ułożyć sobie życie w pojedynkę. Potrzeby seksualne i towarzyskie wolą realizować na zasadzie „friends with benefits” lub za pomocą kontaktów nawiązywanych poprzez platformy społecznościowe.

Co zmieniło się w byciu singlem na przestrzeni lat? Myślę, że młodzi ludzie, czyli pokolenie 20+, po prostu nie chcą ryzykować. Pragną mieć pewność. Dlaczego? Bo przenoszą postawę konsumpcyjną na relacje, wybierają sobie partnerkę podobnie jak produkt. Młodzi mężczyźni mają dzisiaj bardzo wysokie oczekiwania i „koszykowe” podejście do kobiet. Wrzucają do koszyka pewną sumę kryteriów, jak w sklepie internetowym, i zaczynają polowanie: ty – nie, a ty – tak. Bez elastycznego podejścia i gotowości na to, żeby się dostroić, poznać, dotrzeć się. Zamiast tego jest szybka ocena wad i zalet. A jeśli partnerka nie spełnia wymogów, relacja kończy się bardzo szybko.

Kiedy tego słucham, to mam wrażenie, że w relacji z kobietami to młodzi mężczyźni rozgrywają dzisiaj karty. Jako terapeuta coraz częściej spotykam tego typu sytuacje. Również z relacji kobiet, które mówią: „poszliśmy na spacer, na kawę, umówiliśmy się drugi raz, a on przestał oddzwaniać albo w ogóle nie odbiera”. Lub: „dochodzi do seksu, a on znika”. Albo słyszę od mężczyzny: „miła, inteligentna, ładna, ale ma za krótkie palce u stóp”. I on nie może na to patrzeć. Cecha fizyczna staje się kluczowym kryterium rezygnacji z pracy nad relacją.

Ale dlaczego tak się dzieje? Chodzi często o nieistotny detal. Ja także rozkładam ręce, gdy to słyszę, jednak towarzyszę mężczyźnie w tym, żeby określił swoje oczekiwania i zastanowił się nad tym, czy są realne. Ten profil psychologiczny cechuje wysoki krytycyzm i oczekiwania względem partnerki, ale bardzo niska autorefleksja na temat tego, jaki jestem. Dużo jest w tym narcystycznej postawy.

Jaka jest tego przyczyna? Nadopiekuńcza matka, która daje synowi wszystko, tak że później partnerka nie jest w stanie jej dorównać? A może zmieniające się role płciowe i to, że kobiety nie stawiają mężczyzn i relacji z nimi jako najważniejszego, co ich wkurza? Jest wiele czynników, które mają na to wpływ. Spotykam mężczyzn, którzy mają bardzo dobre relacje z rodzicami i wzorce do naśladowania... a mimo to ich oczekiwania wobec kobiet i świata są roszczeniowe albo przepełnione lękiem i obawą przed odrzuceniem. Myślę, że kluczowa jest zmiana cywilizacyjna związana z potrzebą szybkiej konsumpcji. Skojarzył mi się teraz Andrzej Rysuje, który stworzył ostatnio taki rysunek: widzimy mężczyznę kiedyś – w postaci rycerza poranionego strzałami, bez nogi, ręki, tak że generalnie ledwo stoi. A na dole napis: „do wesela się zagoi". Tymczasem co robi mężczyzna dzisiaj? Siedzi w kącie i mówi: „boję się”.

Dlaczego mężczyźni czują lęk? Chcą związku, ale bez ryzyka, że może się nie udać. Bo można mieć fajny, empatyczny dom, ale później mierzysz się ze swoją grupą rówieśniczą i zaczyna się to całe ocenianie i kategoryzowanie, używanie uprzedmiotawiającego kobiety języka. Nawet jeśli to tylko bardzo nieudane, godne pożałowania żarty, to powtarzają je, bo chcą przynależeć do jakiejś grupy, z czasem przesiąkają tym wyższościowym podejściem wobec kobiet. Do tego dochodzą jeszcze potrzeba szybkiej gratyfikacji i unikanie rozczarowania oraz napięcia. Nic dziwnego, że trudno jest stworzyć związek, jeśli masz tak wysokie wymagania i minimalną refleksję na swój temat...

Jaki jeszcze jest typ współczesnego singla? To mężczyzna wrażliwy i obiektywnie całkiem fajny, bo aktywny, rozwijający się, ale z dużymi deficytami komunikacyjnymi. Boi się kobiet i tego, że się zmieniły. Boi się także zawstydzenia. Stosuje więc racjonalizację, bo łatwiej jest mu w pozytywny sposób myśleć o sobie i o tym, że jest singlem z wyboru, niż iść na kompromisy. Tutaj przyczyn szukałbym w domu rodzinnym i braku obecnego ojca, który mógłby stanowić wsparcie, poklepałby syna po plecach, poszedł z nim do lasu, wzmocnił męskim pierwiastkiem zdrowej pewności siebie i nauczył, że można się z siebie pośmiać, mieć dystans do siebie.

Wiele singielek twierdzi, że zderzenie swoich oczekiwań i wyobrażeń na temat potencjalnego partnera z rzeczywistością jest najbardziej zabójcze dla relacji. Ten kto ma oczekiwania – szczególnie wysokie i nierealistyczne – doznaje także rozczarowań. Myśmy się nauczyli stawiać te oczekiwania innym ze względu na przemiany cywilizacyjne. Związane z różnymi stylami podejmowania decyzji konsumenckich, ale też przez to ciągłe powtarzanie: „masz prawo, żeby być najlepszą wersją siebie”.

A co w tym złego? Jeśli to przesłanie nie idzie w parze z autorefleksją i umiejętnością akceptacji rozczarowań jako części życia, to jest bardzo szkodliwe. Wytwarza ogromną presję porównywania się i dążenie do ideałów rodem z Instagrama. Obserwuję to w pracy z pacjentami – oczekiwania rosną, a z uznaniem własnych słabości i tolerancją na różnice w relacji jest coraz trudniej. Oczywiście mamy prawo oczekiwać czegoś; sztuką jest umiejętność wyważenia tego, czego chcę od relacji a co sam do niej wnoszę.

Do mojego gabinetu trafiają ludzie właśnie na skutek życia zgodnie z takimi wygórowanymi oczekiwaniami. Single, którzy myślą w ten sposób aż do momentu, gdy zaczynają odczuwać upływ czasu i dochodzą do wniosku, że może jednak dobrze jest się do kogoś w nocy przytulić czy dzielić z kimś swoimi doświadczeniami. Pandemia bardzo mocno wpłynęła na singli, wyłączyła im większość bezpieczników do korzystania z życia: dobra kultury, restauracje, kluby fitness, wspólne wyjścia. Świat przestał im dawać to, czego oczekują.

Nie radzą sobie z samotnością? Samotność uaktywnia w nas różne cechy wynikające z osobowości. Jeżeli ktoś odczuwał lęk przed samotnością, to redukował ten lęk przez częste kontakty z innymi. To jest czasem nieświadome. Taki mężczyzna – dusza towarzystwa, wraca do domu, do łóżka i jest sam, ale miał superdzień, jest pozytywnie naładowany, czuje się szczęśliwy i nabodźcowany. A teraz tego wszystkiego zabrakło. Bo większość czasu spędza z samym sobą. I okazuje się, że to uwydatnia potrzebę bliskości, pokazuje, jak ważny jest drugi człowiek.

To częściej możliwość rozwoju czy kryzysu? Najpierw kryzysu. Taka sytuacja wywołuje raczej wzrost depresji i poczucia osamotnienia. Poziom napięcia jest tak ogromny, że powoduje wypadanie z trybu funkcjonowania, który do tej pory działał. Mężczyzna ma tak wysoki poziom lęku przed samotnością, nieumiejętność bycia ze sobą i potrzebę bliskości, że zaczynają pojawiać się zaburzenia psychosomatyczne. Poczucie pustki, zaburzenia koncentracji uwagi – to pierwsze sygnały kryzysu. Tego, że komuś zostały wyłączone dotychczasowe sposoby regulowania emocji i potrzeb.

Z kolei patrząc na to z perspektywy młodej rodziny z dzieckiem i w lockdownie, można powiedzieć, że single mają chociaż święty spokój... Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Ludzie przemęczeni obecnością wielu osób na małej przestrzeni chcą wolności. A ci, którzy mają wolność, pragną bliskości i kontaktu z człowiekiem. Zawsze będziemy pragnęli czegoś, czego nie mamy.

No i co z tym zrobić? Od tego jest właśnie terapia, żeby odbudować balans między wglądem osobistym a działaniem. Bo istnieje cała masa osób, które analizują i robią głęboki wgląd w siebie, ale później nic z tego nie wynika. Nie ma tego transferu od wiedzy do działania, refleksja nie przechodzi przez ich ciało czy emocje. Są też tacy, którzy działają, ale bez większej refleksji. Terapia tworzy warunki do budowania kontaktu ze sobą.

Na czym polega twoja praca terapeutyczna z singlami? Jeżeli singiel przychodzi na terapię, będąc w kryzysie, najczęściej robi to tuż po wizycie u psychiatry, z rozpoznaniem depresji lub wysokim poziomem lęku. Wtedy zaczynamy pracę nad tym, żeby nauczyć go umiejętności bycia ze sobą.

A jak na współczesnego singla wpływają singielki? Jakie problemy ma singiel z kobietami? Singiel szuka kobiety idealnej. Ma być atrakcyjna fizycznie, inteligentna, mieć pasje. Z drugiej strony ma być zaangażowana w dom i życie rodzinne. Powinna przejawiać aktywność zawodową i nie być zależna od mężczyzny, ale podtrzymywać tradycje. Skills level hard...

To tak jak z kobietami, które szukają „czułego barbarzyńcy”. Tylko kiedy i od kogo ci faceci mieli się tego nauczyć? Tak samo kobiety. Od kogo miały nauczyć się bycia niezależną i samodzielną? Od zależnych od mężów matek? Kobiet z syndromem urobionej po łokcie matki Polki?

Czyli pracujesz z mężczyznami nad tym, by zdali sobie sprawę, że takich kobiet nie ma. A może są? Najpierw mężczyzna musi dojść do jakiegoś rozwojowego wniosku związanego z urealnieniem się, czyli dowiedzieć się, kim jest i w jaki sposób może być odbierany przez kobietę. To nie zawsze są miłe informacje zwrotne. Pracujemy nad tym, jakimi wartościami się kieruje, jakich mężczyzn obserwował w życiu, skąd czerpał wzorce i perspektywę patrzenia na relacje. Nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby facet powiedział mi: „Puknij się, panie psychologu, w głowę. Co ty mi tutaj za herezje opowiadasz?! Ja wiem lepiej i wychodzę...” Powiedziałbym nawet, że mężczyznom, którzy mają takie oczekiwania wobec kobiet, łatwiej jest się otworzyć w rozmowie z męskim psychologiem, zwłaszcza jeśli mogą traktować go jako kumpla lub starszego brata. Nie czują się wtedy oceniani ani krytykowani, a jednocześnie są prowokowani do tego, żeby wytłumaczyć swoje zachowania i sposoby myślenia. Trochę jak humor z męskiej szatni, który wychodzi tylko facetom w kontakcie z innymi facetami. Taki sposób komunikacji mógłby być postrzegany jako wyśmiewanie, a jest drogą dotarcia do mężczyzn.

Co jeszcze robi się na męskich kręgach i terapiach? W serialu „Fleabag” terapeuta wraz z pacjentami tworzą kobiecą kukłę i kierują pod jej adresem różne niewybredne epitety, żeby wypuścić z siebie długo skrywaną złość do kobiet… Świat filmu to wykreowana i przerysowana dla podsycenia dramaturgii rzeczywistość, w gabinecie wygląda to często tak, że mężczyzna opowiada mi o tym, jaki jest fantastyczny, a ja zaczynam wtedy trochę ziewać. Daję mu sygnał: nuda, ciągle mówi pan o sobie, ile te kobiety mogą wytrzymać? To celowa interwencja, konfrontuję go z nim samym, w męski sposób. Dlatego mówię o humorze szatni, bo to, w jaki sposób mężczyźni rozmawiają ze sobą, kobiety często mogą postrzegać nawet jako rodzaj bullyingu czy przemocy. Oczywiście takie interwencje terapeutyczne zawsze wynikają z rozpoznania konstrukcji psychologicznej mężczyzny, z którym pracuję, jego wrażliwości i dopasowania do tego kodu komunikacyjnego.

Badania prof. Paula Dolana pokazują, że niezamężne i bezdzietne kobiety to najszczęśliwsza grupa ludzi na świecie. Podobno cieszymy się z tego, że mamy dzieci, jednak już nie z ich obecności. Poza tym kobiety zamężne w mniejszym stopniu realizują siebie oraz doświadczają więcej negatywnych emocji. Czy z mężczyznami jest inaczej? Czy jednak potrzebują do szczęścia kobiety? Pojawia mi się w głowie teraz taka metafora mężczyzny lwa, którego kobieta drapie po gardle, mierzwi mu grzywę, a on dumny i spełniony wypina lwią pierś. Sam jestem takim facetem, bo uwielbiam przynosić zdobycz do domu i być za to pochwalony. Nie wszyscy mężczyźni są tego świadomi, ale rozpływają się, jeśli tylko mogą dostać jakieś pozytywne wzmocnienie. Poczuć się sprawczy, doceniani przez kobiety, z którymi idą przez życie.

Znam przypadki mężczyzn, którzy byli w relacjach z niezwykle atrakcyjnymi fizycznie i osobowościowo kobietami, które ich emocjonalnie kastrowały. I to zupełnie nieświadomie, po prostu były od nich lepsze, skuteczniejsze zawodowo. Kobiety, które jasno wyrażają oczekiwania, są postrzegane przez mężczyzn często jako agresywne, oceniające i wymuszające różne zachowania, na zasadzie: „No i co tak siedzisz?! Zrób coś”. Dlatego niektórzy mężczyźni wybierają związki z kobietami, które nie są tak atrakcyjne, za to oni właśnie przy nich czują się prawdziwymi mężczyznami, bo mogą się wykazać. Przed mężczyznami jest dużo pracy nad tym, aby nie traktowali silnej kobiety jako zagrożenia umniejszającego ich męskości. Aby potrafili poradzić sobie z przemianami społeczno-kulturowymi i cieszyć się fajnymi, wystarczająco dobrymi relacjami z prawdziwymi kobietami, a nie wyimaginowanym wizerunkiem idealnej partnerki.

Robert Milczarek, psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności psychospołecznych www.robertmilczarek.pl.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o satysfakcji - karty emocji Katarzyny Miller

Satysfakcja to bardzo przyjemne uczucie - z nutką zadowolenia, domieszką dumy, szczyptą triumfu. (Fot. iStock)
Satysfakcja to bardzo przyjemne uczucie - z nutką zadowolenia, domieszką dumy, szczyptą triumfu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Choć lubimy ją odczuwać, nie jest jednak pełnią szczęścia i radości, a jedynie przedsionkiem do nich. Co ciekawe, satysfakcjonować mogą nas zarówno własne osiągnięcia, jak i porażki innych. I nie ma w tym nic złego! I o tym właśnie mówi kolejna karta emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Satysfakcja to...

Bardzo przyjemne uczucie. I smaczne. Z nutką zadowolenia, domieszką dumy, szczyptą triumfu. Czujemy satysfakcję wtedy, kiedy osiągamy coś, na czym nam zależało, co było dla nas ważne i w co włożyliśmy wiele pracy, czasu i energii, a przynajmniej na co mieliśmy chęć. Ale jest w tej potrawie też posmak zawiści, żalu, a nawet złośliwości czy zemsty. Możemy bowiem czerpać zadowolenie z własnych dokonań, ale też z porażek innych – mówi się wtedy o tzw. Schadenfreude, czyli radości z czyjegoś nieszczęścia.

Wśród dobrze urodzonych w ubiegłych wiekach panował zwyczaj „żądania” i „dawania” satysfakcji, czyli zadośćuczynienia za wyrządzoną komuś krzywdę lub obrazę. Miał on zwykle postać pojedynku, podczas którego osoba, która broniła swojego honoru, miała szansę zranić fizycznie osobę, która wcześniej zraniła ją emocjonalnie. Choć dziś pojedynki (na szczęście) wyszły z mody, nadal jednak pozostało w nas pragnienie, by „wyrównać rachunki”. Jeśli więc kogoś, kto nas skrzywdził, spotka coś niedobrego – odczuwamy satysfakcję. To uczucie ze wszech miar ludzkie i naturalne. Nie powinniśmy się za nie winić czy ganić, ale też trzeba mieć świadomość, że nie da się tylko na nim zbudować naszego zadowolenia z życia. O wiele trwalsze pozytywne efekty daje radość z własnych działań i dokonań, wyposaża nas bowiem ona w poczucie sprawstwa.

Satysfakcja, zwłaszcza seksualna, choć bardzo przyjemna i dająca rozkosz także cielesną, to jednak uczucie chwilowe, ulotne. Nie jest tożsama ze szczęściem, choć daje jego przedsmak.

Po co nam to uczucie?

Satysfakcja domyka dzieło, jest zwieńczeniem naszych starań, wysiłków i nadziei. Poprawia nastrój, podbudowuje, dodaje energii i motywacji do dalszego działania. Jest nagrodą za nasz wysiłek i zachętą do podjęcia go na nowo. Powinna pojawiać się naturalnie, kiedy coś nam się udaje lub wychodzi. Jeśli mamy trudność z jej osiągnięciem, może to być oznaka wypalenia, przemęczenia, a także apatii lub depresji. Są też ludzie, którzy odmawiają sobie satysfakcji z chęci ukarania siebie lub w przekonaniu, że na nią nie zasługują – nie jest to jednak dobra praktyka ani zdrowe podejście.

Zadania:

  • Co sprawiło ci ostatnio największą satysfakcję? Przypomnij sobie, jak się wtedy czułeś.
  • Pamiętaj, że poczucie satysfakcji – jak każda przyjemna rzecz – może stać się uzależniające. Zgubne może być zwłaszcza nałogowe poszukiwanie satysfakcji seksualnej, zatracanie się w przyjemności. Dlatego ważne jest, by umieć cieszyć się też stanem bez większych atrakcji i fajerwerków.
  • Jak radzisz sobie z frustracją, czyli efektem braku satysfakcji? Czy trwa ona chwilę, czy może przeradza się w złość lub przygnębienie? Łatwo jest cieszyć się z sukcesów (choć nie wszystkim, oczywiście), trudniej przyjmować porażki.
Więcej w zestawie z książeczką „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło.