1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Każdy ma swój lęk - to mieszanka naszych cech i doświadczeń z dzieciństwa

Każdy ma swój lęk - to mieszanka naszych cech i doświadczeń z dzieciństwa

Lęk istnieje przede wszystkim w twojej głowie - w myślach, fantazjach, obawach, czasami pojawia się w snach, wyłaniając się z czeluści podświadomości. (Fot. iStock)
Lęk istnieje przede wszystkim w twojej głowie - w myślach, fantazjach, obawach, czasami pojawia się w snach, wyłaniając się z czeluści podświadomości. (Fot. iStock)
Dzisiejszy lęk jest jak kula śniegowa, która po drodze zbiera wszystkie małe, pospychane na dnie duszy ,,lęczki” i robi się coraz większa i większa… A nikt nie wie, jak długo potrwa pandemia i na ile życie po niej będzie satysfakcjonujące. To nasila lęk i umacnia strach.

,,Boję się” – od dwóch tygodni właśnie to zdanie najczęściej gości w rozmowach człowieka z człowiekiem. Boimy się wszyscy, bez wyjątku; jedni bardziej, inni mniej, a ci co mówią, że się nie boją, prawdopodobnie boją się najmocniej. Nareszcie, po latach ery ,,świat należy do odważnych” mamy powszechne przyzwolenie na ujawnianie oraz przeżywanie obaw, lęków i niepokojów. I to jest pozytywny aspekt obecnego kryzysu.

Lęk jest jak linie papilarne

Każdy z nas ma swój lęk, niepowtarzalny i nie do podrobienia. To mieszanka typu naszego układu nerwowego, rodzaju więzi z rodziną, zwłaszcza tej nawiązanej we wczesnym dzieciństwie, sposobu w jaki byliśmy wychowywani, przekonań na temat tego, co bezpieczne i czy w ogóle świat jest miejscem przyjaznym, czy raczej groźnym i nieprzewidywalnym. Najmniej jest skutkiem doświadczeń życiowych, bo ile razy i czy w ogóle przydarzyło ci się bać się najbardziej na świecie?

Lęk istnieje przede wszystkim w twojej głowie - w myślach, fantazjach, obawach, czasami pojawia się w snach, wyłaniając się z czeluści podświadomości. Lęk ma wielkie oczy i widzi za dużo; wyolbrzymia niebezpieczeństwo, albo zauważa go tam, gdzie go nie ma. Każe nam uciekać, albo nie pozwala się zbliżać do czegoś, co dla nas ważne. Utrwala reakcje unikania, które często utrudniają codzienne funkcjonowanie.

W pracy z pacjentami lękowymi najważniejsze jest zatrzymać samonakręcającą się spiralę irracjonalnego lęku. Często takim natychmiastowym hamulcem jest zdanie-klucz: ,,Na pewno nie stanie się nic złego”. Dziś to zdanie nie do końca jest prawdziwe. Koronawirus, a właściwie paniczne reakcje sprawiły, że zagrożone zostały nasze pierwsze i drugie prawo biologiczne: przetrwanie jednostki i przetrwanie gatunku. I choć głośno staramy się nie wypowiadać owych złowróżebnych słów, przede wszystkim boimy się utraty zdrowia i życia, boimy się śmierci. 

Nasz mózg, którego głównym zadaniem jest przetrwanie, uruchomił stan najwyższej gotowości, i na straży naszego życia postawił strach. 

Strach i lęk to nie to samo

Strach dotyczy realnej sytuacji i jest decydujący dla przetrwania. Kiedy np. na ulicy atakuje cię pan, który nie ma wobec ciebie pokojowych zamiarów sygnalizatorem zagrożenia jest właśnie strach, który często pojawia się zanim zdasz sobie w pełni sprawę z realności zagrożenia. Ten strach pomaga ci ocalić życie. Powoduje, że twoje ciało wprowadzone zostaje w stan pełnej gotowości. Adrenalina wywołuje przyspieszone bicie serca, wzrost ciśnienia krwi, napięcie mięśni itd. Mózg podejmuje decyzję o walce, ucieczce albo zamarciu. 

Lęk dotyczy sytuacji irracjonalnej i nie jest wywołany realnym zagrożeniem. Dotyczy sytuacji przewidywanej w oparciu o często bezpodstawne przesłanki,  np. szef ostatnio dwa razy nie odpowiedział na moje „dzień dobry”. Myślę więc, że chce mnie zwolnić. Zdarza się, że lęk przejawia się głównie somatycznie np. w postaci wzmożonego napięcia mięśniowego, mrowienia kończyn, zwrotów głowy itp. 

Wirus w koronie sprawił, że strach i lęk funkcjonują ramię w ramię bo w obliczu pandemii strach o przetrwanie ma realne podstawy, ale jeśli te obawy nasilają się i przedłużają w czasie, choć nadal jesteśmy zdrowi i nie ma bezpośredniego zagrożenia życia, strach zamienia się w lęk. A ten nieźle potrafi namieszać w naszym ciele i w naszym funkcjonowaniu.

W stanie strachu nasz mózg działa na najwyższych obrotach, nawet lubi tę adrenalinę, która pozwala mu rozdzielać zadania, zarządzać stresem itp. Ludzie w strachu są w stanie dokonywać heroicznych czynów. Kiedy jednak strach zamieni się w przewlekły lęk, który na dodatek sami nakręcamy, ciało opada z sił i mamy coraz mniej energii do racjonalnego działania.

Rozpoznaj swoje lęki i skonfrontuj się z nimi

Koronawirus jest doskonałym wytwórcą strachu i lęku. Ludzie chorują, umierają, póki co nie ma lekarstwa ani szczepionki. Izolacja, niemożność pracy, odwiedzania bliskich czy podróżowania sprawiają, że czujemy się totalnie bezradni, pozbawieni kontroli, zdetronizowani. Nikt nie wie, jak długo to potrwa i na ile na życie po pandemii będzie satysfakcjonujące. To nasila lęk i umacnia strach. 

U podłoża każdego lęku leży strach przed śmiercią. Aktualna sytuacja jest doskonałą okazją, żeby się z nim skonfrontować. Jeśli masz odwagę powiedzieć na głos: ,,Tak, boję się o swoje zdrowie i swoje życie, a także zdrowie i życie moich bliskich” – odzyskasz swoją moc.

Stań twarzą w twarz ze swoim strachem i wytrwaj w tym stanie spokojnie oddychając. Twój strach osiągnie maksimum (to ten moment kiedy poczujesz, że już dłużej tego nie wytrzymasz) i zacznie opadać. Potem poczujesz zaufanie do świata i przypływ mocnej, ale spokojnej energii. W tym stanie łatwiej będzie ci się zmierzyć z pozostałymi lękami, które z pewnością będą się pojawiać.

  1. Stosuj regułę złotego środka – uświadamiaj sobie czego konkretnie się boisz np. straty pracy albo skutków długotrwałej izolacji. Nie generalizuj lęku, ale także go nie bagatelizuj. W zachowaniu zawsze wybieraj opcje która jest w zgodzie z tobą np. jeśli czujesz, że musisz wyjść z domy, pojechać do lasu bo inaczej zwariujesz – zrób to, oczywiście zachowując środki ostrożności.
  2. Wykorzystaj przesłanie swoich lęków np. lęk pozwoli ci poznać samego siebie, lepiej siebie zrozumieć. Możesz się bać, nawet masz do tego prawo, ale równocześnie się sobie przyglądaj np. jeśli najbardziej boję się izolacji to znaczy, że obecność innych ludzi zapewnia mi poczucie bezpieczeństwa. 
  3. Przyjmij fakt utraty kontroli w sytuacji tak potężnego kryzysu. Stań obok swoich emocji i przyjrzyj się w jaki sposób próbujesz odzyskać choć resztki kontroli. Czy dodatkowa rolka papieru toaletowego rzeczywiście zmniejsza twój lęk?
  4. Wybieraj tylko wiarygodne źródła na temat pandemii. Umów się sam ze sobą, że robisz to tylko raz dziennie a nie co 15 minut.
  5. Nie wstydź się mówić o swoich lękach
  6. Stwórz swoją nową rutynę – nowy plan działania, zgodny z twoim naturalnym rytmem. Wyznacz godziny pracy, przerwy na odpoczynek, czas spędzony z rodziną itp.

Ćwiczenie – Opanuj lęk przed utratą kontroli

Lęk przed utratą kontroli wynika z najbardziej pierwotnego lęk - lęku przed upadkiem – w sensie dosłownym, jak też w przenośni np. lęk przed upadkiem autorytetu.

Rozłóż na ziemi gruby koc albo materac, stań przed nim. Przenieś ciężar ciała na jedną nogę i ugnij ją w kolanie. Drugą stopą delikatnie dotykaj podłogi tak, by utrzymać równowagę. Utrzymuj tę pozycję aż do momentu, kiedy ciało upadnie. Staraj się jak najdłużej wytrwać w tej pozycji po to, by twój upadek nie był kontrolowany. Jeśli twój umysł skupi się na utrzymaniu pozycji, upadek będzie symbolem puszczenia kontroli. Potem pojawi się zaufanie.          

Więcej o tym jak radzić sobie z lękiem i stresem w najnowszej książce Ewy Klepackiej-Gryz.

Kiedy Twoja wrażliwość staje się zaletą Ewa Klepacka-Gryz Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy wszystko, co ważne, można mieć za pieniądze? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

- Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Tak myślimy, skoro nie liczymy na ludzi, ale stawiamy na polisy, lokaty, kredyty. Ale co tak naprawdę możemy mieć za pieniądze, a co tracimy, chcąc za wszystko płacić? No i czym jest kultura daru – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jeśli pieniądze są dla nas najważniejsze, to, jak pisze dr Tim Kasser w „The High Price of Materialism” (Wysokiej cenie materializmu), czeka nas przygnębienie i lęk. A Barry Schwartz, psycholog, twierdzi z kolei, że kupowanie nie daje frajdy, bo męczy koniecznością wyboru. Ale my nie mamy czasu czytać, musimy zarabiać, bo liczą się pieniądze i udane transakcje. Nawet w związkach zaczynamy patrzeć na zysk…
Na szczęście nie wszędzie i nie zawsze da się zamienić relacje międzyludzkie na transakcje finansowe. Ale prawdą jest, że coraz częściej nawet ślub zastępuje coś na kształt umowy spółki, która określa, co każda ze stron powinna dostarczyć, definiuje strategię wzajemnego wspierania karier i osiągania celów, zasady podziału zysków i strat. Brakuje jednak w tej umowie słów o emocjonalnej więzi i wspólnym życiu. I gdy partner wspólnik zostaje w tyle – rozwiązujemy umowę i szukamy lepszego strategicznie inwestora. Budowanie takich relacji/transakcji także z krewnymi, znajomymi, lekarzami, nauczycielami, którzy zaspokajają nasze potrzeby, rychło doprowadzi do tego, że naszym wspólnym doświadczeniem będzie tylko wielka samotność, rozpacz i poczucie bezsensu.

Nie uciekniemy od tego, że potrzebujemy bliskich, bezpiecznych, a także miłosnych związków, by pozostać przy zdrowych zmysłach. Ale wygląda na to, że zanim się w tej sprawie opamiętamy, staniemy się konglomeratem rywalizujących ze sobą, samotnych konsumentów, dla których posiadanie jak największej ilości pieniędzy i jak największej ilości transakcji będzie jedynym celem bytowania na tej planecie.

Z badań psycholożki Kathleen Vohs wynika, że ci, którzy nastawiają się na zarabianie pieniędzy, przestają zwracać uwagę na relacje, nie cenią tego, co nie ma wymiaru materialnego, przekonani o swojej samowystarczalności nie potrzebują ludzi i stają się nieufni.
Rynek i konsumpcjonizm nie działają na rzecz międzyludzkich związków, bo na nich nie można zarobić. Związki więc zanikają, zamieniają się w pseudorelacje uprawiane w sieci internetowej i telefonicznej.

Godzinę temu ktoś mnie zaczepił na ulicy. Nie pamiętałem człowieka. Wiedziałem tylko, że to jakiś dobry znajomy sprzed lat. Gdy w końcu ustaliliśmy, skąd się znamy, zadzwonił mój telefon. Odruchowo odebrałem. Jak wytresowana małpa. Uznałem, że osoba, której akurat w tym momencie gdzieś tam, w innej, nie mojej czasoprzestrzeni przyszło do głowy, żeby do mnie zadzwonić i wcina mi się w niepowtarzalną chwilę mojego realnego życia, jest ważniejsza od kogoś, kogo nie widziałem od lat i z kim właśnie rozmawiam. No i prawie wszyscy tak robimy – ktoś oferuje nam żywy, realny kontakt, rozmowę, a my uciekamy w popłochu, pokazując swoim zachowaniem: „Daj mi spokój, ja tam mam ważniejsze sprawy i ważniejszych ludzi”. Komórki używamy do teleportowania się ze wszystkich niewygodnych – bo wymagających wysiłku wejścia w realny kontakt – sytuacji. Spontaniczne kontakty z ludźmi coraz częściej nas przerażają. Bo nie mamy na nie umowy, paragrafów, zabezpieczeń, bo nie wiemy, co mamy dostarczyć, co ma być nam dostarczone, ile to będzie trwać i jaki jest tego cel. Relacje wirtualne i transakcje są bezpieczniejsze.

Tylko dlatego odbieramy telefon i odpisujemy na mejle?
Starsi już prawie zapomnieli, a wielu młodszych nigdy nie zaznało poruszającego, fascynującego i wspierającego klimatu realnych spotkań z innymi ludźmi. Zamiast pobyć i porozmawiać z tymi, którzy nas otaczają, wchodzimy na Facebooka, żeby sprawdzić, ile dostaliśmy lajków za ostatni wpis. Nie wiemy, że tak budujemy swoją przyszłą samotność. Wirtualne relacje nie wymagają uważności, słuchania, ryzyka wyrażania uczuć na gorąco, refleksu, zdolności do empatii i kompromisu. Nie łączą się z ryzykiem usłyszenia bezpośrednich i krytycznych komentarzy na temat naszych spontanicznych zachowań. Jedynym ryzykiem jest to, że znikniemy z sieci, ale też w sytuacji braku rzeczywistych związków to perspektywa naprawdę przerażająca.

Sieć nie jest też wolna od transakcji.
Na domiar złego można łatwo ulec pokusie sprzedawania sieciowej, nieskrępowanej, wolnej i spontanicznej twórczości i tożsamości. Piszemy atrakcyjnego bloga, wielu go czyta i poleca, więc szybko pojawia się reklamodawca, który chce na stronie umieścić baner. A potem ktoś inny proponuje product placement. Wtedy nasza autentyczność w sieci stanie się kompletną mistyfikacją. Ilu blogerów za pieniądze zachwala jakieś ubrania, restauracje, samochody czy rowery? Komercja rządzi siecią w znacznie większym stopniu, niż nam się zdaje.

Wracając do tego, co można kupić i co chcielibyśmy mieć. Z badań wynika, że za bliskością nie tęsknią ci, którzy mają pieniądze. Oni wolą ubezpieczenia, lokaty i kredyty.
Ci, którzy nie odczuwają tęsknoty za autentycznymi i bliskimi związkami z ludźmi, z pewnością „zamulają się” jakimś erzacem. Im bardziej będziemy bezradni w nawiązywaniu więzi i budowaniu relacji, tym większa będzie nasza potrzeba ubezpieczania się na wszystkie możliwe sposoby i ewentualności. Wiadomo, że rozbudowana rodzina najefektywniej zwiększa poczucie bezpieczeństwa, które jest naszą wrodzoną potrzebą. Ale my takich rodzin nie mamy, nie mamy więc poczucia bezpieczeństwa i dlatego tak wiele reklam odwołuje się do niej, wmawia nam, że potrzebujemy ciągle czegoś nowego dla zapewnienia go sobie.

Najlepszym konsumentem jest więc singiel.
Na to wygląda. Bo człowiek im bardziej samotny, tym bardziej uzależniony od rozmaitych produktów, w tym od produktów ubezpieczeniowych. Realizując się tylko w pracy i w sieci, resztę rzeczy musimy sobie kupić. A więc musimy sobie kupić bezpieczeństwo – w postaci kamer, płotów, drzwi przeciwwłamaniowych i ochroniarzy, a także ubezpieczeń, lokat, kart kredytowych i prawników. Musimy sobie kupić rzeczywisty kontakt z drugim człowiekiem: zrozumienie, dyskrecję, lojalność i wsparcie – w postaci coachingu, mentoringu lub psychoterapii. Iluzję bycia ważnym i obdarzonym szacunkiem możemy nabyć w drogich hotelach i restauracjach. Iluzję przynależności kupujemy, słono płacąc za członkostwo w ekskluzywnych klubach. A iluzję bliskości, zachwytu, oddania, wdzięczności, intymności i miłości – na bogatym rynku usług seksualnych. W Japonii są domy publiczne, w których można sobie kupić dowolny typ relacji seksualnej, w dowolnych przebraniach i dekoracjach. Witająca cię tam osoba jest o wiele bardziej przewidywalna niż współmałżonek, a nawet kochanka. Zawsze powie to, czego zażyczył sobie klient w skrupulatnie opracowanym scenariuszu: że kocha, że tęskni, że nie może żyć bez niego, że pragnie. Bardziej przewidywalny i bezpieczny może być już tylko robot zaprogramowany na zaspokajanie naszych niedojrzałych i neurotycznych potrzeb. I nic nie musimy już z siebie dawać poza opłacaniem rachunków.

Tak konsumowana samotność kosztuje dużo. Więcej niż rodzina i dzieci. Ale mimo że nie zaspokaja ważnych potrzeb, ma dla coraz większej liczby ludzi nieodparty urok. Może dlatego, że zaspokaja naszą wrodzoną potrzebę, którą jest... lenistwo.

A może to postęp? Relacje w sieci, pieniądze na ubezpieczenie. I po co zawracać sobie głowę prawdziwą miłością czy przyjaźnią?
Rynek z pewnością byłby zadowolony. Ale na szczęście ludzie mają świadomość i niezbywalne potrzeby psychiczne. Potrzeby bycia ważnym, wybranym, upragnionym, szanowanym, bezpiecznym i kochanym w realnych związkach nie da się na dłuższą metę oszukać. Tylko do czasu możemy śnić zbiorowy sen konsumpcyjnego spełnienia i bezpieczeństwa. Prędzej czy później nasze niezaspokojone potrzeby nas obudzą. Nawet gdy się ich wyprzemy, to się odezwą w postaci dolegliwości i chorób ciała. A wtedy nie pozostanie nam nic innego, jak kupić sobie robota pielęgniarkę.

Co się dzieje z dziećmi, które patrzą na to, co wyczyniamy?
Jeśli widziały tylko nasze plecy pochylone nad laptopami, to z pewnością nie odczuwają z nami silnej więzi. Młoda, inteligentna, nowoczesna matka powiedziała mi niedawno, że jest entuzjastką maksymalnej ilości dodatkowych zajęć dla dzieci, bo to odciąga je od komputera. W trakcie rozmowy okazało się, że w domu sama spędza wiele godzin przy laptopie, bo to część jej pracy, i nie ma czasu ani pomysłu na robienie czegokolwiek z synkiem. Nawet relacje z dziećmi nabierają charakteru transakcji: „Ja ci opłacam wiele atrakcyjnych zajęć dodatkowych, dostarczam to, co najlepsze na rynku dziecięcych warsztatów rozwojowych, i muszę na to wszystko zarobić. Ty nie zawracaj mi więc głowy. Masz być fajnym dzieckiem, którym się mogę pochwalić i które szybko się uniezależni i zacznie robić karierę”. I nikt już nie pyta o bliskość, miłość, wdzięczność i szczęście.

Jak ratować siebie i swoje dzieci?
Postawić na budowanie relacji – dawać im nasz własny czas i uwagę, a nie czas i uwagę kupione dla nich od innych. Najtrudniejszym testem sukcesu w tej sprawie jest zdolność potomstwa do opieki nad chorymi i starzejącymi się rodzicami. Ale im bardziej zaawansowany technologicznie kraj, tym gorzej dzieci zdają ten test. Tam kultura transakcji najskuteczniej wypiera kulturę relacji. Powstają ogromne luksusowe getta kampusy dla starych ludzi, świetnie obsługiwanych przez fachowców, ale... Ich lokatorów nikt nie odwiedza. Bo dzieci kultury transakcyjnej swoje zobowiązania wobec rodziców realizują w zgodzie z tym, czego się od nich nauczyły: „Organizuję wam opiekę, rehabilitację i warsztaty rozwojowe dla seniorów. Muszę na to zarobić i kontynuować moją karierę. Nie zawracajcie mi więc głowy i bądźcie grzecznymi staruszkami”. Warto pamiętać, że dzieci są jak walizka: co włożysz, to wyjmiesz.

Pieniądze pomagają nam pokonać lęk, samotność. A więc może przytulanie tych, którzy wszystko przeliczają, sprawi, że przestaną myśleć tylko o kasie?
Dobra intuicja. Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje. Stąd coraz większe powodzenie coachingu, mentoringu, treningów interpersonalnych, szkoleń i warsztatów rozwijających miękkie, psychologiczne kompetencje, a także grup terapeutycznych i psychoterapii indywidualnej. Wprawdzie wygląda to na kupowanie relacji, ale dla wielu to konieczny początek uświadomienia sobie prawdziwych potrzeb. Dzięki inwestycji w relacje możemy się obudzić z odrętwienia i poczucia pustki, przypomnieć sobie z całą mocą, że prawdziwe i głębokie związki z ludźmi są naszym największym kapitałem i zabezpieczeniem. Ci, którzy choć raz doświadczyli, że to nasycony uwagą czas spędzany z bliskimi jest największym dobrem, zawsze o tym będą pamiętać.

  1. Zdrowie

Chorzy ozdrowieńcy

Mgła mózgowa to jeden z bardziej dokuczliwych objawów towarzyszących Covid-19.(Fot. iStock)
Mgła mózgowa to jeden z bardziej dokuczliwych objawów towarzyszących Covid-19.(Fot. iStock)
Niektórzy nie czują zapachów i smaków. Inni są osłabieni – tak, że trudno im wejść po schodach. Mają problemy z koncentracją, z ciśnieniem. To mogą być długofalowe skutki przejścia COVID-19. Jak leczyć te dolegliwości? Mówi kardiolog, doktor nauk medycznych Michał Chudzik, twórca poradni zajmującej się pomocą tym, u których choroba pozostawiła ślady.

Często koniec choroby nie jest końcem sprawy. Później – czasem dużo później – mogą pojawić się problemy. Rozmaite.
Widzimy to od początku, bo zajmujemy się tym już prawie rok – że sam etap choroby COVID-19 to jedno, a potem bywa różnie. Bo o ile w pierwszych miesiącach pandemii chorzy mieli dolegliwości pocovidowe od razu po przechorowaniu tego ostrego etapu, to teraz coraz częściej widujemy pacjentów, którzy chorowali w domu, przebieg był lekki albo bardzo lekki, a problemy zaczynały się znacznie później.

Czy jest korelacja między przebiegiem COVID-19 a późniejszymi problemami? Łagodny przebieg – niewielkie dolegliwości?
Jednym z parametrów, którymi posługujemy się w ocenie, jest wysoka temperatura. Jeśli ktoś w warunkach domowych miał powyżej 38 stopni, to jest to istotny czynnik, który wpływa na częstość powikłań zapalnych serca. Innych zależności na razie nie widzimy. Są jednak czynniki, które wpływają na sam przebieg choroby. I tu dużo zależy od stylu życia chorych. Jeśli wcześniej były wysoki cholesterol, intensywna praca, wręcz przepracowanie – to ciężkość przebiegu choroby jest istotnie większa. Bardzo ważny jest sen. Osoby, które późno chodzą spać, nie mają zdrowego snu – a to niezwykle ważny czynnik regenerujący organizm, wzmacniający odporność – będą COVID-19 przechodziły ciężej.
Porównaliśmy osoby, które mają dolegliwości po chorobie, i te, które ich nie mają – u kobiet pojawiają się one częściej. Na płeć nie mamy wpływu, ale na styl życia już tak.

Jakie są podstawowe grupy pocovidowych problemów?
Mamy kilka grup dolegliwości: zespół przewlekłego zmęczenia, tak zwana mgła mózgowa, problemy sercowo-naczyniowe i zaburzenia węchu i smaku. Te ostatnie mogą się długo utrzymywać i bywają kłopotliwe, ale nie stanowią istotnego zagrożenia, jedynie dyskomfort. Natomiast zespół przewlekłego zmęczenia i mgła mózgowa to już znacznie poważniejsze problemy. I nie da się ich zlikwidować za pomocą jednej tabletki. Mgła mózgowa przypomina zespoły otępienne, znamy to z medycyny geriatrycznej. Wpływ na to mają trzy czynniki. Wysokie ciśnienie krwi – staramy się więc je obniżać. Wysoki poziom glukozy – hiperglikemia źle wpływa na krążenie mózgowe. I trzeci aspekt, w sumie miły – życie społeczne, aktywność ruchowo-sportowa, na poziomie rekreacyjnym oczywiście. Te trzy rzeczy ewidentnie ograniczają zespół otępienny, a więc i mgłę mózgową. Ważne też, by umysł ćwiczyć. Stawiać przed nim wyzwania. Uczyć się nowych rzeczy, czytać, rozmawiać z ludźmi.
Mamy aparat z Politechniki Łódzkiej, do tej pory był stosowany do oceny powikłań naczyniowych w cukrzycy i wydolności u sportowców. My teraz wykorzystujemy go, by u pacjentów po COVID-19 ocenić, jakie podłoże ma to zmęczenie – wtedy możemy wybrać drogi regeneracji i rehabilitacji.

A jakie to drogi?
Fizjoterapia tradycyjna. Najpierw więc określamy zdolność do wysiłku. Chory maszeruje po korytarzu sześć minut, patrzymy, ile metrów w tym czasie pokona, jaka jest saturacja, oceniamy, czy wymaga rehabilitacji pulmonologiczno-kardiologicznej, czy to problem zmęczenia, oceniamy siłę mięśniową. To bardzo ważne. Mięśnie słabną szybko. Ale możemy pomóc. W naszej poradni mamy unikalną możliwość rehabilitacji chorych – oddychanie powietrzem o małej i dużej zawartości tlenu. Ono mobilizuje mitochondria do większej produkcji energii. Tak jak u sportowców, którzy jadą wysoko w góry, żeby przed zawodami trenować tam, gdzie jest mało tlenu. My robimy to samo, w sposób kontrolowany.
Zajmowanie się chorym po COVID-19 to sprawa kompleksowa. Czyli dobra dieta, czasem z odpowiednią suplementacją; niekiedy wsparcie psychologa, bo chory musi chcieć powrócić do sprawności, ta sfera jest niezwykle ważna.

Objawy pocovidowe mogą sprzyjać depresji?
Za często używamy słowa „depresja”. Oczywiście zawsze wykonujemy ocenę psychologiczną, bo depresja to poważna sprawa, musi być prowadzone fachowe leczenie psychiatryczne. Ale jeśli jest to tylko podwyższony niepokój, poczucie lęku, które widzimy u większości chorych, wystarczy wsparcie psychologiczne. Już samo wykonanie badań i uświadomienie chorego, że nie ma poważnych powikłań w sercu, płucach, mózgu, może dużo zdziałać. „Okej, jestem zmęczony, słaby, ale po rehabilitacji wrócę do pełni sił”. Badania robimy też po to, żeby pacjentów mobilizować, mówić im: „Teraz dużo zależy od pana czy pani nastawienia, od pracy włożonej w to, by jak najszybciej wrócić do normalnego funkcjonowania, bo da się wrócić”.
Mgła mózgowa to wielki problem. Czasem słuchamy poruszających opowieści ludzi, którym się zawaliło dotychczasowe życie, nie są w stanie pracować, funkcjonować jak wcześniej. To dramaty, bo dotyczą ludzi młodych, średnia wieku naszych pacjentów to 48 lat.

A co z objawami sercowo-naczyniowymi?
Najczęściej dochodzi do dysregulacji ciśnienia: staje się ono bardzo wysokie u 80–90 proc. chorych, u 10 proc. odwrotnie, ciś­nienie się obniża. Cały „urok” COVID-19 polega na tym, że to choroba nieprzewidywalna. U większości pacjentów ciśnienie jest wysokie, co niekorzystnie wpływa na serce, mózg, trzeba to leczyć, na ogół tabletkami. Dla wielu chorych to problem, bo nigdy wcześniej nie przyjmowali żadnych leków. Są osoby, u których nagle pojawia się wysoki cukier, zaczyna się cukrzyca. To dwa czynniki, które mogą powodować mgłę mózgową. Trzeci problem to zmiany zapalne w sercu – stwierdzamy je u 25–30 proc. chorych. A u 6 proc. dochodzi do uszkodzenia serca i to oczywiście także wymaga leczenia kardiologicznego. Mamy nadzieję, że to będą zmiany odwracalne.

Na początku pandemii lekarze mówili o zmianach zwłóknieniowych w płucach, ale jednocześnie twierdzili, że zmiany te się cofają. Czy rzeczywiście tak to wygląda?
Tu precyzyjniej wypowiedzieliby się pulmonolodzy, ale tak, w większości się cofają. Tylko u naprawdę nielicznych pacjentów zostają w postaci utrwalonej.
Natomiast co do serca i nadciśnienia – tego jeszcze nie wiemy, serce wymaga dłuższej obserwacji. Za jakiś czas dopiero będziemy wiedzieli na pewno, czy zmiany się cofają i czy nie spowodowały istotnych komplikacji, jak zaburzenia rytmu. Z dobrych informacji jest ta, że zmiany zapalne, które widzimy w rezonansie, nie powodują groźnych dla zdrowia czy życia zmian rytmu serca. Wykonujemy badania EKG metodą Holtera, widzimy rejestr pracy serca przez dzień i noc, na ogół nic groźnego się nie dzieje. U kilku procent chorych dochodzi jednak do zatrzymania pracy serca na kilka sekund. I ta grupa wymaga stałej obserwacji kardiologicznej, bo przy zmianach zapalnych – wiemy to też z wcześniejszych publikacji i doświadczeń – zdarza się, choć na szczęście rzadko, że taki chory w ciągu kilku lat umiera. Nie możemy dopuścić do tego, żeby ci młodzi ludzie mieli tak poważne problemy.

Kolega po przejściu COVID-19 ma chyba nietypowe objawy: zapalenie żołądka, alergia, obrzęki, bóle stawów. Czy spotyka się pan z takimi komplikacjami?
Tak. Niezbyt często, ale to się zdarza. Te dolegliwości wynikają ze stanu zapalnego organizmu. COVID-19 uruchamia reakcję obronną, czyli cytokiny, które mają bronić przed zapaleniem. Ale te cytokiny również zwiększają proces zapalny w narządach, czyli jeśli ktoś ma utajoną chorobę, ona po przejściu COVID-19 się ujawnia. Niestety, tu nie mamy wielu możliwości terapii poza leczeniem przeciwzapalnym. Ale to leczenie agresywne, bo kiedy wprowadzamy sterydy, nie możemy z góry przewidzieć, czy uzyskamy pełne wyleczenie, czy tylko ustąpienie dolegliwości. Sterydy dają liczne objawy uboczne, więc czasem wycofanie się z terapii i wytłumaczenie choremu, dlaczego to robimy, jest lepsze. Nie mamy tabletki, która trafiłaby precyzyjnie akurat do tej komórki i powstrzymała proces zapalny.

A co z pacjentami, którzy po chorobie czują się tak osłabieni, że nie są w stanie wejść po schodach, pójść na dłuższy spacer, a w ciągu dnia muszą się położyć, bo nie dają rady?
Niestety, to mnie nie dziwi. W czasie COVID-19 często leżeli, aktywność równała się zeru – a wiemy, że mięśnie bardzo szybko zanikają. Nie mamy świadomości, jak szybko, czasem wystarczy tydzień czy dwa… Drugi aspekt – był COVID-19, były masywne procesy mikrozakrzepowe w malutkich naczyniach włosowatych, które doprowadzają krew do komórek mięśniowych. Kiedy komórki nie mają tlenu, nie mogą produkować energii, a jak nie ma energii, to nie ma siły, żeby chodzić czy biegać. My tych zakrzepów nie widzimy. Tu trzeba pracować z chorym, nie otworzymy książki i nie przeczytamy, co robić, bo w książkach tego jeszcze nie ma. Musimy działać, analizować, myśleć, pytać chorego. Tworzymy właściwie własną szkołę.

Czyli pracujecie autorsko, reagujecie na to, co się dzieje?
Tak, dlatego ma sens tworzenie centrum, w którym możemy prowadzić obserwacje, wyciągać wnioski. Jeśli dziesięciu chorych pójdzie do dziesięciu różnych terapeutów, to nikt nie nabierze doświadczenia. Kiedy mamy ich w jednym miejscu, budujemy wiedzę i możemy przekazać ją dalej. A ta wiedza jest ekspercka.
Dysponujemy przyrządami do badań, pomiarów, do fizjo­terapii, pełnym zapleczem do rehabilitacji. To organizacyjnie ogromne przedsięwzięcie. No i mamy ten komfort, że pracujemy z zespołem specjalistów. Nie wszyscy są pod tym samym adresem, ale pulmonologia, reumatologia, neurologia i kardiologia – tak. Współpracujemy też z dermatologami, to bardzo ważne. Bo pojawił się problem wypadania włosów u kobiet po COVID-19.

Nie słyszałam o tym…
Tak, i to są naprawdę dramatyczne sytuacje. Zdarza się, że włosy wychodzą garściami... Jako pierwsi w Polsce z profesor Joanną Narbutt realizujemy program naświetlania niebieskim światłem (Blue Light), które poprawia nastrój, bo to jakby promienie słoneczne. Wydzielają się endorfiny, a to też ogranicza wypadanie włosów. Wydaje się, że ten problem ma podłoże psychiczne. Chorzy odczuwają duży, czasem ekstremalny stres. Lęk. Dermatolodzy dysponują metodami farmakologicznymi, ale często dla pełnego wyleczenia potrzebne jest wsparcie psychiki. Stąd naświetlanie. Powstają dziś placówki uniwersyteckie psycho­dermatologii, czyli zmian skórnych na tle psychicznym. To nie żadne hochsztaplerstwo, ale wiedza naukowa i akademicka. Pokazuje to, w którą stronę idzie medycyna. W każdej specjalności próbujemy dotrzeć do psychiki. Wiele dolegliwości i chorób zaczyna się w mózgu i tą samą drogą trzeba je próbować leczyć.

Znalazłam taki cytat: „Naukowcy ostrzegają przed neurologicznymi powikłaniami po przejściu COVID-19, które występują także po wyleczeniu. Ich zdaniem konsekwencją może być też rozwój choroby Alzheimera”. Czy nie za wcześnie na takie wnioski?
Zmiany takie jak mgła mózgowa to nie jest w medycynie nic nowego. Takie objawy widzimy na 10–15 lat przed pojawieniem się choroby Alzheimera. Określamy je jako łagodne zaburzenia poznawcze. Dlatego kiedy obserwujemy je u pacjentów
po COVID-19, musimy się zastanawiać: cofnie się czy będzie nasilać? Wielu chorych mówi, że czują się, jakby się postarzeli o 10–15 lat. Trzeba za wszelką cenę starać się to zatrzymać. I dlatego tak ważne są te trzy rzeczy, o których już wspominałem: ciśnienie, cukier, aktywność społeczna i fizyczna, sport. Bo udowodniono, że można opóźnić rozwój choroby Alzheimera. Nie mamy na alzheimera tabletki, ale stylem życia możemy wpływać na to, czy i kiedy się rozwinie.
Jeśli po COVID-19 czujemy się źle, nie dramatycznie, ale nie tak jak przed chorobą – mamy czekać, aż przejdzie, czy iść do lekarza?
Takie objawy mogą się utrzymywać do czterech tygodni po zakończeniu choroby. Jeśli to się przedłuża, konieczna jest konsultacja lekarska. Namawiam, żeby z nią nie zwlekać. 

Informacje o programie na stronie: www.stop-covid.pl

Dr n. med. Michał Chudzik, kardiolog z 20-letnim doświadczeniem. Jego zainteresowania to także medycyna przeciwstarzeniowa i stylu życia. Twórca i koordynator programu STOP-COVID – opieki nad chorym po COVID-19.

  1. Seks

Seksualność kobiet wysoko wrażliwych okiem terapeutki Katarzyny Kucewicz

Kobiety wysoko wrażliwe są wyjątkowo czułe na bodźce sensoryczne, co wpływa na jakość ich życia seksualnego. Najbardziej seksualnym zmysłem jest dla nich oczywiście dotyk, w formie przytulania, głaskania, pieszczot. (Fot. iStock)
Kobiety wysoko wrażliwe są wyjątkowo czułe na bodźce sensoryczne, co wpływa na jakość ich życia seksualnego. Najbardziej seksualnym zmysłem jest dla nich oczywiście dotyk, w formie przytulania, głaskania, pieszczot. (Fot. iStock)
Wysoka wrażliwość to z jednej strony olbrzymi potencjał doświadczania zmysłowego, z drugiej – ryzyko, że mocniejszy bodziec wywoła dyskomfort, a nawet ból. Wyjątkowo delikatnej i bogatej seksualności kobiet, które „czują za bardzo”, przyjrzała się psycholożka i psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz.

Kobiety wyjątkowo wrażliwe są wyjątkowo czułe na bodźce sensoryczne, co wpływa na jakość ich życia seksualnego. Najbardziej seksualnym zmysłem jest dla nich oczywiście dotyk, w formie przytulania, głaskania, pieszczot. Dotyk miękkich materiałów, delikatne muśnięcia na przykład karku czy policzka zapewniają im ekscytujące doznania. Bardziej wrażliwy układ nerwowy jest niestety także bardziej podatny na ból, więc mocniejszy dotyk raczej może być dla nich mało przyjemny, a nawet wywoływać dyskomfort. Wrażliwość jednocześnie ułatwia i utrudnia osiąganie satysfakcji seksualnej.

Bogata wyobraźnia

Fantazja kobiet wrażliwych jest przeważnie nieograniczona i bujna. Już jako dziewczynki często lubiły zamykać się we własnej samotni, a jako kobiety dorosłe potrafią wyobrażać sobie ze szczegółami rozbudowane scenariusze erotycznych doznań. Seksualne marzenia kobiet wysoko wrażliwych mogą dotyczyć różnych sytuacji, ale w rzeczywistości preferują one raczej dotyk czuły i namiętny niż szybki i gwałtowny. Związane jest to z sensoryczną wrażliwością ich ciała.

Dla kobiet wrażliwych bardzo istotna w osiągnięciu satysfakcji seksualnej jest sprzyjająca atmosfera. Dlatego seks bez zobowiązań i relacje oparte wyłącznie na seksie są u nich raczej rzadkością. Niektórzy mówią nawet, że wśród kobiet wysoko wrażliwych istnieje duży odsetek demiseksualnych, czyli takich, których orientacja psychoseksualna opiera się na odczuwaniu pociągu erotycznego tylko pod warunkiem, że nawiązana zostanie silna więź emocjonalna. Według badaczy kobiety wrażliwe raczej później przechodzą inicjację seksualną i mają mniej partnerów niż średnia populacji, co potwierdza, że jednorazowe historie miłosne nie znajdują się w kręgu ich zainteresowania.

Gra wstępna? Powinna być długa i subtelna. Czasami może trwać już od rana, przez cały dzień. Raczej delikatna niż gwałtowna i wyuzdana. Na pewno należy zadbać o atmosferę i komfort – tylko zrelaksowana kobieta będzie czerpała z seksu przeszywającą przyjemność. Zwłaszcza jeśli jest wysoko wrażliwa, a tym samym bardzo czuła na bodźce i doznania. Odpowiednio rozluźniony organizm lepiej reaguje na dotyk, a to szczególnie ważne u kobiet z niskim progiem bólu. Skarżą się one często na doświadczanie dyskomfortu przy próbie stosunku genitalnego. Wynika to z napięcia, niedostatecznego nawilżenia pochwy oraz tego, że mocny i raptowny dotyk jest dla nich nieprzyjemny.

W seksie dla WWO (osób wysoko wrażliwych) bardzo ważne są spokój, harmonia i pewność, że nie będzie zbyt wielu dodatkowych stymulacji. Już sam akt seksualny jest mocnym doświadczeniem, angażującym i przejmującym, a orgazm – przeżyciem wręcz mistycznym, nieziemskim. Doktor Elaine Aron, autorka pojęcia wysokiej wrażliwości, w trakcie swoich badań doszła do wniosku, że kobiety wrażliwe mają statystycznie więcej orgazmów niż kobiety niewrażliwe.

Tak zwany szybki numerek, podczas gdy za ścianą biesiadują goście, przebywają rodzice albo dzieci, jest dla wrażliwej kobiety napinający, bo bodźce dźwiękowe rozpraszają całą jej uwagę. To analogiczna sytuacja jak ta w pracy, gdy nie możemy się skupić na zadaniu, bo dookoła tyle się dzieje. Zatem wszelkie niepokojące dźwięki zza ściany, miauczący kot albo świadomość, że ktoś może wejść, raczej nie będą pobudzać osoby wrażliwej – to zbyt duże rozproszenie.

„Jeśli coś wytrąci mnie z rytmu, nie jestem w stanie szybko powrócić do miłosnych uniesień, momentalnie się blokuję. Łagodna muzyka, kadzidełka plus dotyk męża? O nie, to zbyt wiele. Wolę, gdy jest jeden intensywny bodziec” – mówi Nina, 37-letnia nauczycielka angielskiego będąca WWO.

Po seksie wrażliwa kobieta potrzebuje dużo czasu, by dojść do siebie. Seks jest dla niej wyczerpujący nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. Czasami kobiety opowiadają, że po bardzo intensywnym orgazmie wręcz płaczą ze szczęścia, bo tak są poruszone.

Sex-care

Seks jest trudnym tematem do rozmowy dla większości ludzi. To przestrzeń, w której wszyscy w jakimś stopniu jesteśmy wysoce wrażliwi. Nasz układ nerwowy analizuje w trakcie zbliżenia wiele danych, więc łatwo może zostać przeciążony, a tym samym wytrącić nas z miłosnego nastroju, zanim jeszcze zdążymy się „rozkręcić”. Kluczem do tego, by był seks udany i spełniony, wydaje się nawiązanie właściwej, opartej na empatii i wzajemnej trosce komunikacji z partnerem. Oraz, a może przede wszystkim, pełne zaakceptowanie swojego ciała i własnej seksualności. W swojej praktyce seksuologicznej zauważam, że kobiety, pragnąc osiągnąć harmonię w swoim życiu, często zapominają troszczyć się o własną seksualność. W Ameryce taka troska nosi nazwę sex-care. Sex-care to uważność na swoją seksualność, traktowanie jej z taką samą atencją, z jaką podchodzimy do dbania o swoje samopoczucie czy zdrowie fizyczne.

Kobieta wrażliwa dobrze czyta swoje ciało, jest wnikliwa i dostrzega wszelkie niuanse. Nierzadko jednak jest też krytyczna i surowa w przyglądaniu się swoim kształtom. Może krępować ją własna nagość i kobiecość w kontekście seksualnym, bo często nie ma zbyt wielu intensywnych doświadczeń w tej materii, nie jest też oswojona z nagością. Bywa, że krytycznie ocenia wszelkie odstępstwa od ideału, a jeśli w jej życiu zdarzyła się krytyka (w formie przemocy rówieśniczej czy po prostu niewybrednego komentarza rodzica), odnosi się do niej w sytuacjach intymnych, przypomina sobie, zastanawia się, czy dalej te słowa są aktualne. To procesy zachodzące szybko i automatycznie. Nie jest tak, że same je przywołujemy – usłyszana krytyka rzuca swój cień w momentach napięcia, niepewności, sytuacjach, w których obnażamy się i poddajemy ocenie.

Na szczęście czerpanie satysfakcji seksualnej jest kwestią treningu, ćwiczenia, czułego sprawdzania siebie i swoich reakcji. Można taki trening rozpocząć od automasażu, tańca, samotnego poznawania swojej skóry w kąpieli. Dopiero później można spróbować form głęboko duchowych, na przykład tantry.

Fragment książki „Kobiety, które czują za bardzo”, wyd. Rebis. Wszystkie skróty pochodzą od redakcji.

Katarzyna Kucewicz, psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka. Prowadzi Ośrodek Psychoterapii i Coachingu Inner Garden w Warszawie, współpracuje także z Poradnią Zdrowia Psychicznego „Harmonia”. Należy do Polskiej Federacji Psychoterapii. Swoją wiedzą dzieli się na Instagramie: @psycholog_na_insta.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o pogardzie – karty emocji Katarzyny Miller

Pogarda to patrzenie, ale niewidzenie, słyszenie, ale niesłuchanie, czucie, ale nieodczuwanie emocji innych. (Ilustracja: Ada Kujawa)
Pogarda to patrzenie, ale niewidzenie, słyszenie, ale niesłuchanie, czucie, ale nieodczuwanie emocji innych. (Ilustracja: Ada Kujawa)
Nic nas tak nie poniża jak nieliczenie się z naszym zdaniem. Nic tak nie podnosi (we własnych oczach) jak traktowanie innych z góry. Nad tym, skąd bierze się w ludziach pogarda i jak jej przeciwdziałać – zastanawiają się Katarzyna Miller i Joanna Olekszyk, odkrywając kolejną kartę emocji.

Pogarda to…

…patrzenie na innych z wyższością, nieliczenie się z ich zdaniem i jawne okazywanie braku szacunku. To także silna niechęć wobec kogoś lub czegoś, wynikająca z przekonania o jego bezwartościowości. Gardzić oznacza pomiatać kimś, lekceważyć, poniżać go i odtrącać. Ale też odwracać się od potrzeb innych, nie starać się ich zrozumieć. To uczucie podszyte jest obojętnością, brakiem empatii i wiary w to, że ktoś inny jest wartościowy i zasługuje na cokolwiek.

Pogarda to patrzenie, ale niewidzenie, słyszenie, ale niesłuchanie, czucie, ale nieodczuwanie emocji innych. To traktowanie ludzi jak powietrze. Pozwala to podnieść iluzoryczne poczucie własnej wartości przez to, że innych traktuje się jak gorszych od siebie. Pogarda prowadzi zazwyczaj do nienawiści, dyskryminacji i wykluczenia osób czy grup społecznych. Ale zdarza się, że wobec cudzej nikczemności nie można już czuć nic oprócz pogardy. Jeśli jednak człowiek odczuwa pogardę wobec siebie samego, to powinien się za to bardzo przeprosić.

Po co nam to uczucie?

Pozwala zwiększyć poczucie własnej wartości – wtedy, gdy mamy je bardzo niskie – podnieść prestiż, dodać sobie znaczenia. Oddziela od prawdziwych emocji, przez co ułatwia manipulowanie innymi i używanie ich do swoich celów, a także manipulowanie sobą. Często zakrywa zaniżone poczucie własnej wartości, ale pozwala też czasem wiedzieć, kogo należy omijać szerokim łukiem.

Zadania:

  • Zastanów się, jak mocne jest twoje poczucie własnej wartości i czy potrzebujesz poniżać innych, aby je podnieść?
  • Jeśli w głębi czujesz się gorszy od innych, pomyśl, skąd to przekonanie. Zastanów się, co pozwoli ci je zmienić?
  • Jak to jest, kiedy empatycznie, całym sobą jesteś w relacji (słuchasz, widzisz, czujesz)? Spróbuj znaleźć się na chwilę w skórze drugiego człowieka i przekonaj się, jak po tym eksperymencie zmieni się wasza relacja.

Więcej w zestawie z książeczką „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło.

  1. Psychologia

Miłosne IQ – do stworzenia dobrego związku nie wystarczą same uczucia

Czy rozum idzie w parze z miłością? Jak najbardziej! Inteligencja jest nam niezbędna w miłosnych związkach. (Fot. iStock)
Czy rozum idzie w parze z miłością? Jak najbardziej! Inteligencja jest nam niezbędna w miłosnych związkach. (Fot. iStock)
Bystry umysł i uczuciowość są potrzebne, by wieść szczęśliwe życie we dwójkę. Już dwa wieki temu powiedziała to Jane Austen, autorka powieści opisujących życie angielskiej klasy wyższej. Dzisiaj psychologowie mówią o inteligencji miłosnej. Co to oznacza? Być zuchwałym i nieugiętym, ale również delikatnym i wrażliwym. Czy można się tego nauczyć? Tak.

Szkoda, że umiejętności radzenia sobie z emocjami nie uczymy się w szkole. Nie mamy profesorów od empatii, nie chodzimy na lekcje aktywnego słuchania, nie mówiąc już o wykładach z kochania siebie i akceptacji tego, że nieustannie się zmieniamy. Wiedzę o tym, jak żyć w związku, najczęściej wynosimy z domu rodzinnego i najczęściej z jego ograniczeniami. Tak naprawdę nasza edukacja na temat miłości jest mierna. Ktoś może powiedzieć - wystarczy kochać. Otóż to za mało. Zdaniem znanego amerykańskiego psychoterapeuty Johna Valentisa, specjalizującego się w zagadnieniach związków, w miłości postępujemy jak głupcy. W stanie zakochania decyzję, by z kimś być, podejmujemy z poziomu jedynie serca i bodźców erotycznych. Umysłem i ciałem rządzą wówczas hormony, odpowiedzialne za przedłużenie gatunku. Nawet, gdy uda ci się spotkać bratnią duszę, wiele obiecująca relacja, pełna wspólnych marzeń i szerokich perspektyw, może się skończyć, jeśli nie dysponujesz emocjonalnym know-how. Im więcej miłosnego IQ wniesiesz w swoje życie, tym bardziej silny i znaczący będzie twój związek, tym mniej doznasz bólu i rozczarowań.

Miłość według Valentisa to trójwymiarowa konstrukcja złożona z myśli, emocji i fizycznego pożądania. Składnik intelektualny obejmuje nasze ogólne wyobrażenia o związkach, obraz własnej osoby (w kontekście intymności), oczekiwania wobec partnera. Na tym poziomie posługujemy się rozumem. Tak, on w miłości jest niezbędny. Dzięki uważnemu przyglądaniu się sobie i partnerowi, umiemy zajrzeć pod powierzchnię spraw. Umiejętność zaglądania za fasadę - czy jest nią maska urody, urok pieniędzy czy też fascynująca praca - by dostrzec za nią prawdę o człowieku, to jedna z kwalifikacji osoby inteligentnej w miłości. Być może tego właśnie najtrudniej nauczyć się w związkach.

Składnik emocjonalny to między innymi styl nawiązywania i zrywania więzi uczuciowych. Także lęki związane miłością, bliskością i jej utratą. Emocje przydają głębi i znaczenia temu, czego chcemy. Popychają nas do działania, każą nam się śmiać, wyciskają z oczu łzy. O ile posłużymy się nimi inteligentnie, powiedzą nam co jest dla nas dobre, podszepną niezbędne zmiany. Emocje czynią nas ludźmi.

Składnik fizyczny to erotyczny aspekt związku. Poziom wzajemnego zaangażowania i umiejętność wyrażania pożądania w atmosferze troski i szacunku do drugiej osoby. Jeśli pożądanie ogarnia nas za sprawą uczuć, gotowi jesteśmy na każdy wysiłek, by osiągnąć spełnienie. By pozbyć się wreszcie napięcia między naszymi pragnieniami, a tym co mamy. John Valentis inteligencją miłosną nazywa zbiór postaw i zachowań z tych trzech poziomów. Udowadnia, że można się ich nauczyć. To one uczynią twój związek satysfakcjonującym i wzbogacającym. Dzięki pracy nad inteligencją miłosną, lepiej zrozumiesz kim jesteś i kim są inni. Twoje uczucia staną się intensywniejsze, miłość bardziej bezwarunkowa.

Aby mądrze postępować w związku, trzeba między innymi:

  • umieć rozpoznawać, rozumieć i akceptować własne stany emocjonalne oraz sterować nimi,
  • z empatią podchodzić do nastrojów i uczuć partnera oraz całej jego osobowości,
  • czuć się pod względem emocjonalnym równie komfortowo w kontakcie z partnerem, jak i sobą samym,
  • świadomie kształtować swoje umiejętności komunikacyjne,
  • myśleć i działać odważnie i prostolinijnie,
  • być zuchwałym i nieugiętym, ale również delikatnym i wrażliwym,
  • być szczerym i autentycznym, postępować zgodnie z tym, co myślisz i czujesz,
  • wyeliminować powierzchowne emocje, impulsywne reakcje, ponieważ z uczuciami nie mają one wiele wspólnego.

John Valentis obiecuje, że dzięki inteligencji miłosnej stajesz się bardziej sobą, nie grasz komedii, wyzbywasz się fałszywych pretensji. Twoje życie nabiera celu i sensu, zyskujesz poczucie wartości i godności. Związek osób inteligentnych w miłości cechuje elastyczność, naturalność i spontaniczność. Kobieta i mężczyzna nie trzymają się ściśle sztywnych reguł, ustalających zachowanie każdej strony. Nie przypisują stereotypowych ról płciowych. Ich postawy zmieniają się, lecz jednocześnie zdają sobie oni sprawę z różnic między sobą.

Na podstawie książki „Inteligencja miłosna. Bądź umiejętny w miłości i seksie”, Mary i John Valentis, wyd. Jacek Santorski & Co