1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy potrafisz zauroczyć się życiem? O sile motywacji

Czy potrafisz zauroczyć się życiem? O sile motywacji

Gdy coś robimy całym sercem, z motywacją nie ma problemu. (Fot. iStock)
Gdy coś robimy całym sercem, z motywacją nie ma problemu. (Fot. iStock)
Dlaczego podejmujemy się jednej czynności, zaniedbując inną? Czemu jednej osobie coś się udaje, a drugiej nie, choć mają te same umiejętności i działają w podobnej sytuacji? Dlaczego pomimo przeciwności wciąż dążymy do celu?

Najwięcej energii i najsilniejszą motywację „do wszystkiego” mają ludzie zauroczeni życiem. Gdy coś robimy całym sercem, z motywacją nie ma problemu. Kiedy coś nam bez przerwy nie wychodzi, zaczynamy powoli popadać w tzw. wyuczoną bezradność. Odbiera ona wiarę w sukces i szacunek dla siebie. Sprawia, że stajemy się bierni.

Tak reagują dwie trzecie ludzi. To demotywacja. Ale istnieje spora grupa, która jest na nią odporna. Jedna trzecia badanych przez psychologów osób oparła się próbom uczynienia ich biernymi – odebrania motywacji. Nie rezygnowali, wciąż podejmowali wysiłek, nie pozwolili odebrać sobie nadziei na sukces.

Co to za grupa? Optymiści! Podczas gdy pesymista mówi: „Nigdy się nie uda i zawsze tak będzie”, optymista twierdzi: „To można zmienić, uda się”. Skłonność do pesymizmu lub optymizmu odbija się na każdej dziedzinie życia. Optymiści mają lepszą motywację nawet do walki z chorobą – badania potwierdzają, że optymistki z rakiem piersi żyją dłużej od pesymistek.

Negatywna, pozytywna

Pierwszą potrzebę działania wyzwala w nas motywacja negatywna, każąca unikać wszystkiego, co zaburza fizyczną lub psychiczną równowagę. Dziecko krzyczy i płacze, gdy jest głodne, jest mu zimno, coś je boli. Z biegiem lat nasze działania stają się bardziej skomplikowane niż krzyk: gdy coś nam grozi zranieniem, uczymy się odsuwać od niebezpieczeństwa, a potem unikać sytuacji, w których mogłoby do niego dojść. W zależności od osobowości i stopnia dojrzałości podejmujemy też różne akcje: ktoś na zranienie reaguje ucieczką, ktoś inny szuka pomocy, następny znosi to spokojnie.

Niezaspokojone podstawowe potrzeby motywują do ekstra wysiłku. Badania wykazały, że studenci lepiej zdawali egzaminy, kiedy mieli puste brzuchy, a głodne sekretarki lepiej pisały na maszynie. Motywacja pozytywna pcha nas ku przyjemności. Mówi: „Brak zaburzeń to za mało”. Pod jej wpływem dziecko chce, by mama je głaskała, a dorosły potrafi przejechać całe miasto, by kupić właśnie to ciastko, które lubi, choć po drodze mijał wiele cukierni. W miarę uczenia się motywacje negatywna i pozytywna zaczynają się łączyć, ich podstawy stają się nierozdzielne (uczymy się, że ucieczka od głodu i przyjemne uczucie sytości to w zasadzie to samo). Motywacja pozytywna stanie się ważną częścią naszego rozwoju: dzięki temu, że polubimy uczucie sytości i czułość matki, rozwiniemy kolejne motywacje: społecznej aprobaty, współistnienia, bezpieczeństwa, panowania nad sytuacją itp.

Zaistnieć w społeczeństwie

Jeśli człowiek nie dostał w dzieciństwie miłości i czułości, najwcześniejsza forma motywacji społecznych nie mogła się rozwinąć, i może on w przyszłości dopuszczać się przestępstw lub innych nieaprobowanych czynów.

Potrzeba bezpieczeństwa motywuje nas, by dostosować się do grupy, w której funkcjonujemy, do przejęcia panujących w niej zwyczajów i wartości. Najpierw rodziny, potem społeczeństwa. W zależności od tych norm będzie kształtować się nasza motywacja. W Anglii mężczyznę zmotywuje do ślubu myśl, że ukochana kobieta mogłaby współżyć z innymi mężczyznami. Inaczej jest z Eskimosami – oni dzielą się swoimi żonami w geście gościnności.

Kolejna społeczna motywacja to potrzeba panowania nad sytuacją. Odgrywa ona tym większą rolę, że odbija się na poczuciu umiejscowienia kontroli. Kiedy mamy poczucie wewnętrznej kontroli (uważamy, że rozwój wypadków zależy od nas), mamy większą motywację, by działać. Przy zewnętrznym poczuciu kontroli (uważamy, że na rozwój wypadków mamy niewielki wpływ) motywacja słabnie (po co się wysilać, skoro nic od nas nie zależy). Ktoś, kto osiągnął kiepską notę na egzaminie i uważa, że to wynik jego zaniedbań, ma większe szanse poprawić stopień. Ale gdy założy, że stopień zależał od nieprzychylnego nastawienia egzaminatora, raczej nie będzie walczyć o lepszą ocenę.

Także przekonanie o własnych zdolnościach będzie dawało lub odbierało motywację. W naszej kulturze wyżej od wysiłku cenione są zdolności, więc kiedy przyczyn porażki upatrujemy w niskich zdolnościach, szybciej rezygnujemy i stawiamy sobie mniej ambitne cele. Wiara we własne zdolności sprawia, że przyczyn porażki szukamy w pechu i braku wysiłku, co pozwala na większą motywację do ponawiania prób.

Więcej nie znaczy lepiej

Konieczność dostosowania poziomu motywacji do poziomu zadania określa tzw. prawo Yerkesa-Dodsona. Mówi ono, że do zadań trudnych lepszy jest niski poziom motywacji. To dlatego, że zbyt duży zapał (za wysoka motywacja) może łatwo „wypalić się” w zderzeniu z trudnością zadania. Natomiast wysoki poziom motywacji sprawia, że łatwe zadania nie wydają się nudne.

I jeszcze jedna zasada: lepiej, żeby stojące przed nami zadanie nie było zbyt trudne (zniechęci nas do wysiłku) ani zbyt łatwe (możemy je zlekceważyć). Co ciekawe – to, czy jest ono łatwe, czy trudne, jest w dużej mierze kwestią uznaniową. Ktoś o niskiej potrzebie osiągnięć okaże więcej wytrwałości, wierząc, że zadanie jest łatwe (choć będzie nierozwiązywalne). Zaś osoby o wysokiej potrzebie osiągnięć nie zmotywuje to, że stojące przed nią zadanie jest łatwe. Trudne doda jej skrzydeł. Czasem potrzeba osiągnięć jest tak silna, że prowadzi do ambicji bycia najlepszym we wszystkim. To frustruje i demotywuje, ponieważ okazuje się zwyczajnie niemożliwe.

Wewnętrznie, zewnętrznie

Motywacja, która pcha nas do działania, może być świadoma lub nie. Najczęściej łączy w sobie oba te motywy. Niepełnosprawny chłopiec, który wybiera się na biegun, działa pod wpływem chęci spełnienia marzenia, ale też kieruje nim potrzeba rywalizacji czy wynagrodzenia za to, że na co dzień czuje się nieprzystosowany. Tych ostatnich motywów może sobie nie uświadamiać. Podobnie kobieta o silnej potrzebie seksualnej, znajdując sobie kochanka, może nazywać przygodną relację miłością. Świadomie kieruje nią poszukiwanie uczucia, nieświadomie – potrzeba seksualna.

Motywacja może być też wewnętrzna i zewnętrzna. Wewnętrzna kieruje nami wtedy, gdy sama czynność sprawia nam przyjemność, np. jedzenie ciastka, zabawa. Zewnętrzną charakteryzuje to, że spodziewamy się jakiejś nagrody, efektu, np. jemy szpinak, bo chcemy być zdrowi. Co ciekawe, nawet największa przyjemność zaczyna być motywowana zewnętrznie, jeśli… stanie się naszą pracą. Gdy pojawia się nagroda, np. ktoś płaci nam za granie w gry komputerowe albo czytanie książek, ulubione dotychczas czynności przestają być tak przyjemne.

Wszechobecny seks

Jedną z najbardziej motywujących do działania potrzeb jest potrzeba seksualna. Występuje niezależnie od deprywacji, to znaczy można uprawiać seks często, a wciąż go pragnąć. Ten rodzaj motywacji łączy potrzeby cielesne ze społecznymi. Bodźca do jej obudzenia może dostarczyć zarówno atrakcyjny partner, jak i samo wspomnienie podniecającej sceny. Popęd seksualny wiąże się bowiem z szeregiem czynności i przedmiotów zastępczych, np. częściami ubrania, obrazkami, opisami. I nie chodzi tu tylko o rozładowanie napięcia seksualnego. Kieruje nami wiele innych czynników: imperatyw przedłużenia gatunku, chęć dominacji, potrzeba panowania nad sytuacją i chęć rywalizacji.

Jak silnie motywuje seks, widać po trudach, jakie sobie zadajemy „w tej sprawie”. Chodzi nie tylko o czas, który poświęcamy, by podobać się płci przeciwnej. Dajemy z siebie więcej. Mężczyzna, choć nie znosi tańczyć, zaprosi na dancing kobietę, na której chce zrobić wrażenie. Kobieta pojedzie do innego miasta, by kupić coś, czym oczaruje mężczyznę. Ale to nie koniec. Potrzeba seksualna potrafi motywować nas do łamania tabu i lęku. W jednym z badań, przeprowadzonych wśród amerykańskich studentów, jedna trzecia przyznała, że posunęliby się do gwałtu, gdyby mieli pewność, że nie zostaną złapani. W innym ponad połowa wyznała, że podczas randki zmuszali kobietę do seksualnych zachowań. Strach przed karą, wychowanie – w obliczu motywacji seksualnej wszystko na chwilę cichło.

Piramida potrzeb

Abraham Maslow, psycholog humanistyczny, w latach 70. przyjrzał się bliżej zagadnieniu motywacji. Obserwując ludzkie zachowania, uznał, że kierują nami dwie motywacje: braku i wzrostu. Ta pierwsza działa wtedy, kiedy coś nam dolega i musimy poświęcić energię na powrót do równowagi. Druga natomiast pcha nas do działania, gdy chodzi o coś więcej niż zaspokojenie deficytu. Pierwszeństwo ma motywacja braku; dopiero gdy wszystko gra na podstawowym poziomie, zaczynamy słuchać podszeptów motywacji wzrostu.

Ułożył tzw. piramidę potrzeb obrazującą ich hierarchię w naszym życiu. U jej podstaw znajdują się potrzeby fizjologiczne (pożywienia, tlenu, seksu), kolejne piętra zajmują: potrzeba bezpieczeństwa (wygody, spokoju), przynależności (więzi, kochania, bycia kochanym), szacunku (zaufania do siebie, poczucia wartości), poznawcze (wiedzy, rozumienia), estetyczne (harmonii i piękna), samorealizacji (posiadania celów, spełnienia swojego potencjału). Na szczycie piramidy znajduje się potrzeba transcendencji – duchowa potrzeba utożsamienia z kosmosem, ale na to piętro docierają nieliczni. Skąd takie, a nie inne usystematyzowanie potrzeb? Maslow uważał, że dopiero zaspokojenie potrzeb na jednym „piętrze” budzi naszą motywację do starań o zaspokojenie kolejnych – oczywiście licząc od dołu. To znaczy, że gdy już nie będziemy głodni, poświęcimy energię na zdobywanie poczucia bezpieczeństwa, a dopiero potem poczujemy motywację, by zadbać o przynależność do grupy itd. Ale zauważył także kilka innych ciekawych zależności. Odkrył, że ludzie działający pod wpływem motywacji wzrostu reagują pozytywnie na wiele niedogodności, np. ból czy głód, jeśli tylko wierzą, że służą one dobrej sprawie. Dlatego alpinista znosi smagające zimno, a głodujący w ramach protestu akceptuje ssanie w żołądku.

Jeśli coś nie tak…

Czy wiedza o motywacji może się przydać? Zauroczonym życiem nie. Ale, jeśli coś idzie nie tak, wówczas można sprawdzić, czy nie zaniedbujemy jakichś swoich podstawowych potrzeb. Jak umiejscawiamy nasze poczucie kontroli? Co z naszą potrzebą osiągnięć? Może warto odkrywać swoje nieświadome motywacje? Można powiedzieć, że bez motywacji nie ma życia. Stawianie sobie pytań dotyczących własnej motywacji może poprawiać jego jakość.

Emocje ściśle wiążą się z motywacją. Wzmacniają i przedłużają jej trwanie. To dlatego, że emocja trwa dłużej niż bodziec. Często, choć sam bodziec do działania już zniknął, emocja sprawia, że wciąż czujemy energię do akcji.

Niemiecki psycholog Kurt Lewin zauważył, że motywuje nas rozbieżność między naszym stanem a np. celem do osiągnięcia, zadaniem czy standardem grupy. Rozbieżność ta sprawia, że pojawia się wewnętrzne napięcie dające nam motywację do osiągnięcia celu, rozwiązania zadania czy wyrównania standardu naszego i grupy. Jednym słowem fakt, że inni „mają lepiej”, może być bardzo motywujący.

Dwa z najsilniej umotywowanych stanów to macierzyństwo i… nałóg. Uzależniony od narkotyków zrobi wszystko, by zdobyć to, co odsunie od niego widmo głodu i da satysfakcję. Gotów jest przekroczyć każdą granicę. Matka jest także gotowa przekraczać granice dla dobra dzieci. W eksperymencie, w którym szczur musiał pokonać kratkę pod napięciem, by wydostać się z pomieszczenia, najszybciej i najwięcej prób podejmowały samice odłączone od młodych. Popęd macierzyński motywował samicę czterokrotnie silniej niż popęd eksploracyjny, czyli potrzeba poznania otoczenia (okazała się silniejsza od głodu).

Motywacja osiągnięć często jest zorientowana „na przyszłość”. Mniejszą rolę odgrywają tu bieżące przyjemności, a większą planowanie. Przykładem są studia: ktoś, kto pragnie być dobrym prawnikiem, będzie unikał prywatek i marnowania czasu, a będzie się uczył przez wiele lat, by osiągnąć cel.

Amerykańscy psychologowie Murray i McClelland stworzyli specjalną technikę, zwaną testem apercepcji tematycznej służącą do odkrywania najważniejszych motywów kierujących naszym działaniem. Badanym osobom pokazuje się obrazki przedstawiające wieloznaczne scenki i prosi o ułożenie związanej z nimi historii. Ponieważ mamy skłonność do projektowania na postaci własnych motywów i potrzeb, z opowieści osoby badanej można wywnioskować, co ją pcha do działania.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Fikcyjny męski świat - jakiego szczęścia szukają mężczyźni?

Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam żyje. (fot. iStock)
Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam żyje. (fot. iStock)
Jeśli marzenia przesłaniają radość z realnego życia, to jest sytuacja alarmująca. Toniemy w fikcji. Oddajemy władzę nad sobą. Tego my, mężczyźni, nie lubimy – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

On mówi, że najbardziej marzy o podróży dookoła świata albo o spędzeniu roku w Aśramie, albo o żeglowaniu po morzach i oceanach. Ona słucha i nie może w to uwierzyć…
Coraz więcej takich par przychodzi po pomoc. Marzyli o wspólnym życiu, często coś już razem zbudowali, mają dzieci, mieszkanie na kredyt, pracują, starają się, a tu nagle mężczyzna tęskni za rajem gdzieś indziej, nie wiadomo gdzie, w każdym razie nie tutaj, nie w tych warunkach. To jest gra w „gdyby nie wy”; gdyby nie te czasy, rodzina, praca, obowiązki, gdyby nie ten kraj, klimat, okoliczności, moje życie byłoby cudowne!

Gdyby nie ta kobieta…
Tak, wszystko jest nieodpowiednie – krajem rządzą idioci, szef i współpracownicy to banda przygłupów. Klimat niesprzyjający. A rodzina? Ci mężczyźni często mówią: „Tylko obowiązek mnie trzyma. Ale tak w ogóle to przegrałem życie”. Albo: „Gdybym wiedział, że to tak będzie wyglądało, trzy razy bym się zastanowił, zanim założyłbym rodzinę”. Mówią to w obecności swoich kobiet, partnerek. Fatalnie! Jak te kobiety mogą się czuć? „Szczęście dla niego jest gdzieś poza mną, poza naszą rodziną”. To rodzi ogromny smutek, cierpienie.

Kobiety biorą odpowiedzialność na siebie: „A więc nie jestem dla niego wystarczająco dobra, ze mną nie może być szczęśliwy”. Czy mężczyźni o tym wiedzą?
Tak, często zapewniają: „To nie ma z tobą nic wspólnego”. W gabinecie psychoterapeuty kobiety płaczą, nie wierzą w te zapewnienia.

Przed czym on ucieka?
Powiedzieć, że przed prawdziwym życiem, to byłoby zbyt trywialne. Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam, w tej fikcji, żyje. O takich właśnie zagrożeniach związanych z ucieczką w świat fikcji traktuje amerykański serial „Czarne lustro”. W pierwszym odcinku nowej serii programista tworzy zaawansowaną grę komputerową. W tej wirtualnej rzeczywistości gra główną rolę. Bardzo szybko staje się ofiarą własnej gry, ponieważ nie może z niej wyjść. Film jest dobrą metaforą, jak łatwo utknąć w wewnętrznej grze umysłu, ponieważ wydaje się taka realistyczna, prawdziwa. Ci mężczyźni, którzy tworzą fikcyjne, idealne światy, mają tendencję do zamykania się w nich, a w końcu pogrążania.

W jaki sposób?
Mężczyznę tak pochłania jego własna wirtualna rzeczywistość, że nie widzi dziecka, które przychodzi i chce na przykład wyciągnąć tatę na spacer. Mówi do dziecka: „Idź z mamą”. Albo synek pokazuje rysunek, ale ojciec jest psychicznie nieobecny, nie odwzajemnia potrzeby kontaktu dziecka, docenienia, miłości.

Słyszę, że coraz więcej młodych mężczyzn marzy o długim odosobnieniu, najlepiej w klasztorze w górach. To także forma ucieczki?
Po powrocie może się okazać, że czujemy się zagubieni, oderwani od realiów. Dlatego wielu współczesnych mistrzów zaleca raczej kilkudniowe odosobnienia i codzienną praktykę jako dużo bardziej użyteczne sposoby wzmacniania motywacji do życia. Dosyć powszechną formą ucieczki jest też funkcjonowanie od urlopu do urlopu albo od weekendu do weekendu.

Pół roku intensywnej pracy w napięciu i stresie po to, aby wyjechać na dwa tygodnie do raju?
A potem okazuje się, że raj wcale nie jest rajem – bo brak, który mamy w sobie, rzutujemy na wszystko wokół; wszystko wydaje się nie takie. Szczęście jest za horyzontem, a horyzont, gdy idziemy w jego kierunku, stale się oddala. Przez pięć dni się mordujemy, w weekend imprezujemy, potem leczymy kaca, a szczęścia i ulgi dalej nie ma.

Nie sposób odpocząć?
Wyjazdy wakacyjne na deskę czy na narty przestają być zdrową formą dbania o siebie, ładowania akumulatorów. Stają się celem samym w sobie, pogonią za czymś, co nieosiągalne. Nam, mężczyznom, brakuje odpowiedniej filozofii życia, wspierającego podejścia do tego, co się wydarza. Filozofia stoików i taoistów byłaby tu bardzo użyteczna. Taoiści mówili, że mędrzec poznaje świat, nie ruszając się z miejsca. Mędrzec to nie starzec z siwą brodą, ale ten, kto odkrył, zrozumiał bezpośrednią ścieżkę do wewnętrznej wolności i szczęścia – ten ktoś może mieć 30 lat. Umie cieszyć się życiem tak mocno jak się da. Uświadomienie sobie, że nie mamy innego życia oprócz tego, które mamy, może być bardzo otrzeźwiające. Skoro tak, bierzemy, co jest!

Szczęście jest stanem wewnętrznym, który zależy od nas. Jak miałoby to wyglądać w praktyce?
Szczęście to sposób percepcji. Wielu mężczyzn zgłasza na przykład wielkie zmęczenie kłótniami polityków, podziałami w rodzinach. Najlepsze, co możemy zrobić, to widzieć, co się dzieje – tak, kłócą się, plotą głupoty – a jednocześnie pytać siebie, czego uczę się z tych obserwacji, jak mogę się do nich odnieść, na co mam wpływ, co zależy ode mnie. Łatwo zauważyć, czego nie chcemy. Czego więc chcemy? Stoicy zwracali uwagę, abyśmy koncentrowali się na tym, co zależy od nas, i podejmowali kroki kształtujące życie w zgodzie z naszymi wartościami. Wyjściowe założenie, że nie mogę żyć tak, jak chcę, ponieważ przeszkadzają mi w tym rodzina, rząd, kraj, ustrój, warunki, jest – już na starcie – pozbawianiem siebie możliwości rozwoju, sprawczości i spełnienia. Oddajemy władzę nad sobą czemuś poza nami. Nieprzyjemne uczucie. Wzmacnia izolację, stany depresyjne, poczucie przegranej, frustrację. Jednak otwarcie na radość wcale nie jest proste. Wywraca świat do góry nogami, a kto to lubi.

W jakim sensie?
Gdy pielęgnujemy przekonanie, że tu jest syf, a gdzieś jest raj (tylko nas tam nie ma), świat wydaje się uporządkowany; wiadomo, czego się trzymać, są ustalone, niepodważalne punkty odniesienia. Teoretycznie wiemy już, że możemy otworzyć się na przeżywanie i doświadczanie radości. Nie możemy jednak tego zrobić, ponieważ jesteśmy uzależnieni od swojego nieszczęścia. Nie w sensie mentalnym – intencjonalnie przecież każdy chce być szczęśliwy. Trudno zmienić wewnętrzny stan, ponieważ utrwalił się w naszych ciałach, w neurologii, w nawykach. Jeśli zaczynamy i kończymy dzień tak samo – z tymi samymi myślami, powtarzanymi przez lata opiniami o świecie, o życiu – wtedy wytwarzamy w sobie identyczne jak dotąd stany psychiczne i emocjonalne. Te stany z kolei sprawiają, że działamy ciągle tak samo, toniemy w nawykowych zachowaniach.

Co może być skutecznym sposobem zmiany?
Tworzenie nowych, zdrowych nawyków. Choćbyśmy sobie w kółko powtarzali: „Niechby się wreszcie coś zmieniło”, nic się nie zmienia, ponieważ ciągle produkujemy tę samą chemię w mózgu i w ciele, która podtrzymuje znany nam stan. Czasem zdarza się coś wstrząsającego, nierzadko dramatycznego, co wybija z rytmu życia i wymusza zmianę. Nie warto jednak na to czekać.

W jaki sposób mężczyzna może zacząć tworzyć nowe, zdrowe nawyki?
Od zrobienia czegoś inaczej – poeksperymentowania, choćby na początku z ciekawości i dla zabawy. Na przykład zamiast porannej kawy pijemy herbatę albo sok owocowy. Zamiast przeglądania codziennej prasy idziemy na spacer, słuchamy muzyki. Dostarczamy sobie pozytywnych bodźców. Na naszą neurobiologię wspaniale działa na przykład kontakt z pięknem, ze sztuką. Wiele dzieł sztuki, obrazów, na które być może nie byłoby nas stać, możemy obejrzeć w Internecie. Chodzenie nago po mieszkaniu i wykonywanie zwykłych czynności, takich jak gotowanie czy sprzątanie, może generować zmianę w neurobiologii, ponieważ przełamuje rutynę. Po prostu od czasu do czasu zróbmy coś innego niż do tej pory. Jeśli lubimy samotność, zaprośmy do siebie znajomych. Jeśli dużo imprezujemy, pobądźmy w samotności. Przełamując stereotypowe zachowania, przebudowujemy sieci neurologiczne w mózgu. My, mężczyźni, lubimy spektakularne zmiany. Tymczasem wielką różnicę czynią małe, codzienne wybory, zmiana nawyków, wspierające interpretacje tego, co się dzieje. Jest jeszcze jeden aspekt naszego tematu: mężczyznom trudno docenić to, czym w istocie gardzą.

„Mam się cieszyć tym przegranym życiem?”.
To, oczywiście, trudne do przyjęcia. Dlatego dobrze zacząć od obserwowania uczucia pogardy – do kraju, warunków, obowiązków. Gdy zaczynamy przyglądać się, czym pogarda jest, z czego wynika, do czego prowadzi, czym owocuje, być może uznamy, że nie chcemy już tego doświadczać. Że to od nas zależy, jak przeżywamy życie. Że w naszej mocy jest odzyskać władzę nad sobą, ten męski raj.

  1. Psychologia

Chcesz uporać się z lękiem? – Przestań walczyć z życiem

Lęk często bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały (fot. iStock)
Lęk często bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały (fot. iStock)
Co najskuteczniej oddala nas od lęku? Bycie. Samo uczestniczenie w chwili obecnej. Filozof Marcin Fabjański twierdzi, że można nauczyć się tej trudnej sztuki – poprzez medytację i zmianę przekonań. Ale praca nigdy się nie kończy!

Zdaniem Marcina Fabjańskiego, filozofa i nauczyciela medytacji, lęk bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały. Całkowicie przewidywalny, bo zależny od nas, zachowujący się grzecznie, pod naszą kontrolą. – Wtedy czujemy się bezpiecznie. Ale świat stały nie istnieje, ze swojej natury jest zmienny. Zatem lepszą strategią jest zaniechanie buntu przeciwko własnemu doświadczeniu i dostrojenie się do procesu, który jest w nas i wokół nas – mówi.

Jego książka „Zaufaj życiu. Nie zakochuj się w przelatującym wróblu” traktuje o tym, jak medytować i badać proces życia. – Jest pełna osobistych opowieści z klasztorów Wschodu i miast Zachodu, gdzie metodami Buddy i Epikteta toczyłem boje z własną neurozą i głupotą, by przekonać się, że jeśli walczysz z życiem – przegrasz – opowiada. Jego zdaniem życiowe kłopoty wynikają z tego, że upieramy się, że ma być tak, jak my chcemy. To ego jest takie uparte. Stanowi opór przeciwko życiu. Istnieje jako pewnego rodzaju przekłamanie rzeczywistości. Z lęku zamrażamy rzeczywistość i żyjemy w opowieściach umysłu, które nie są prawdą. Żyjemy uczepieni jakiegoś scenariusza. Walczymy, męczymy się i napinamy, żeby obraz naszego życia był właśnie taki. A może lepiej z wewnętrznym spokojem poddać się nurtowi życia, zmianom, których nie da się uniknąć? To dynamiczny proces, wieczna niespodzianka. Problem polega na tym, że to właśnie niespodzianek najbardziej się lękamy.

Oblicza neurozy

W przyjrzeniu się lękom pomocna jest teoria neurozy niemieckiej psychiatry i psychoanalityczki Karen Horney, na którą powołuje się w swojej książce Marcin Fabjański. Według niej są trzy rodzaje reakcji na rzeczywistość, które oddzielają nas od spontanicznego przeżywania rzeczywistości, i sprawiają, że tworzymy neurotyczne strategie wymyślonych światów. Te neurotyczne ruchy to: „do”, „od” i „obok” życia.

Strategia „do” może polegać na ulokowaniu całego szczęścia w związku lub w karierze zawodowej. W tym przypadku wydaje nam się, że coś zewnętrznego ukoi nasz lęk. – Jest to ścieżka przepychania się z życiem, żeby coś mieć, coś trwałego – mówi Marcin Fabjański. – Prędzej czy później tego pożądanego kogoś lub czegoś zabraknie. Wtedy cały świat się rozpada, a lęk się nasila, zapętla.

Strategia „od” jest zarówno ucieczką od problemów, jak i budowaniem tożsamości na kontrze wobec czegoś. – Widać to wyraźnie choćby na przykładzie życia politycznego – mówi Marcin Fabjański. To nie tylko niezdrowe, ale i sztuczne. Odcinanie się od świata powoduje większe cierpienie.

Strategia „obok” oznacza udawanie, że jestem niezależny, bo żyję w swoim świecie, a wszystko, co znajduje się poza nim, nie ma tak naprawdę znaczenia. – Ta strategia jest jednym z niebezpieczeństw ludzi, którzy chcą medytować. Bierze się z niezrozumienia, czym jest medytacja. Bo jest ona czymś dokładnie odwrotnym: konfrontacją z życiem, nie ucieczką. Otwarciem się na samo życie, a nie tylko na opowieść o nim – tłumaczy.

Neuroza polega na tym, że się w nią niemal religijnie wierzy. I to uniemożliwia rozwój potencjału człowieka. Nie żyjemy pełnią swoich możliwości, tylko idziemy wąską ścieżką urojeń: że świat jest niebezpieczny, a ludzie źli. Że przestępczość wzrasta, a w jedzeniu jest sama chemia. Nic dziwnego, że czujemy wypalenie, brak sensu życia, nudę.

Fałszywe opowieści

– Kobiety, które przychodzą do mnie na warsztaty, często żyją opowieścią pod tytułem „jestem złą matką”. Zakłada ona, że istnieje wzorzec dobrej matki, która kocha swoje dziecko zawsze i bezwarunkowo. Ale ten wzorzec jest kompletnie nierealny, niemający nic wspólnego z procesem życia. Kiedy przychodzi chwila, w której kobieta złości się na dziecko, budzi się w niej poczucie winy, bo obraz matki, wokół którego zbudowała tożsamość, się sypie. A gdy coś ważnego ulega zniszczeniu, budzi się lęk – mówi Marcin Fabjański.

Kiedy w jakiś sposób się określamy, ta tożsamość staje się źródłem cierpienia. – Na przykład uznaję, że jestem człowiekiem sukcesu. Co się stanie, kiedy poniosę porażkę? –pyta filozof. – To uderzy bezpośrednio we mnie. A kiedy mam trochę szerszy obraz, kiedy rozumiem, że życie rządzi się swoimi prawami i charakteryzuje je zmienność, a ja jestem czymś znacznie szerszym niż myśl o sukcesie, to w chwili niepowodzenia nie wpadam w depresję, nie zaczynam się bać.

Często ludzie po poniesieniu porażki robią wszystko, żeby odbudować dawne status quo, podnieść z ruin tożsamość. Silna potrzeba natychmiastowego sukcesu uderza w nasze morale. Tymczasem i buddyści, i antyczni mędrcy nauczają, że poczucie własnej wartości powinno wypływać jedynie z powodu tego, że jest się człowiekiem. Dlatego, gdy nie udaje ci się być tym, kim zawsze pragnęłaś być, pomyśl, że może tak właśnie chciało życie, że może jego scenariusz jest lepszy niż twój. Nie bój się zaufać w mądrość świata, tak naprawdę tylko to nam pozostaje na tej ziemi. Wierzyć, że jest dla nas jakaś rola do spełnienia.

Rezygnacja z „moje”

Jak dotrzeć do prawdy o życiu? Są tacy, którzy latami siedzą w Himalajach, by to zrobić, a my byśmy chcieli na skróty, w jeden weekend.

Fabjański zaznacza, że podstawą dostrojenia się do procesu życia jest obserwacja samego siebie i swoich wyobrażeń. Uważność na to, jakie mamy oczekiwania wobec rzeczywistości, jaki według nas ma być świat oraz inni ludzie. Pomaga bycie świadomym tego wszystkiego, co się dzieje w naszych myślach i w ciele. Kiedy wszechświat nie spełnia naszych oczekiwań, pojawiają się napięcia, duszności, bóle.

– Obserwacja siebie i życia jest potrzebna, aby mieć podstawy do sformułowania realnego celu. Proces życia nie jest obietnicą szczęścia, tylko zaproszeniem, żeby otworzyć się na to, co się dzieje, zamiast na to, co sobie wyobrażamy – tłumaczy.

A gdy się dzieje źle? W tym momencie dochodzimy do pierwszej konstatacji, że nie jesteśmy szczęśliwi, bo nie dzieje się tak, jak chcemy. A życie z konieczności składa się z takich chwil, w których nie czujemy się tylko szczęśliwi. Dlaczego mamy być zawsze zadowoleni? Dzięki pogłębianiu praktyki filozoficznej szczęście możemy czerpać ze spokoju i nie mylić go z ekscytacją, jaką odczuwamy, gdy staje się coś, o czym marzyliśmy.

Według Fabjańskiego bez praktyki medytacyjnej nie jesteśmy w stanie podążyć za procesem życia: –  Istota medytacji to odzwyczajenie naszych mózgów od wizji, które nam wtłoczono. Zwrócenie uwagi na to, że jest jeszcze coś takiego jak samo życie. W zauważeniu życia przeszkadzają myśli, które tworzą opowieści. Medytacja ich nie wyeliminuje, ale sprawi, że rzadziej będą nas uwodzić.

Kolejny sposób na opanowanie źródła lęków? Rezygnacja ze słów: „ja”, „mój”, „moje”. – Te słowa zamrażają życie. Na przykład mówimy: „mój samochód”. Co w tym samochodzie naprawdę jest mojego oprócz pewnego aktu prawnego? I oprócz moich emocji, które są w ten samochód wpakowane? Bo kiedy ktoś go zadraśnie, będę cierpieć. Tak naprawdę on jest swój, jest częścią danego środowiska, za 100 lat nie będzie już go w takiej postaci – zauważa Fabjański.

„Mój”, „moje” to jedne z urojeń. Trening odzwyczajania się od tych słów możemy zacząć w momencie, gdy stłucze nam się „mój” ulubiony kubek. Potem przechodzimy do bardziej zaawansowanych elementów treningu, na przykład „mojego” dziecka, w końcu „mojego” ciała. Czy ono jest moje? Może raczej należy do przyrody? A świadomość? Też nie jest nasza. W ten sposób dochodzimy do ostatecznego buddyjskiego punktu widzenia, że nie ma nic, co można by nazwać „moim” albo „mną”. To jest ten najbardziej radykalny stopień rozumienia rzeczywistości. Wtedy brak lub strata przestają tak przeszkadzać, bo rozumiemy, że nie możemy utracić czegoś, czego nigdy nie mieliśmy. Przestajemy się bać sytuacji, kiedy zostaniemy z pustymi rękami.

Dlatego, idąc za Markiem Aureliuszem, Marcin Fabjański ostrzega: nie zakochuj się we wróblu, bo on już odleciał. Widok ćwierkającego wróbelka przynosić nam może radość. Co się stanie, gdy uleci ona wraz z nim? Trening stoicki dąży do tego, żeby poczucie radości wiążące się ze spokojnym stanem umysłu nie było zależne od tego, czy akurat patrzymy na wróbla, czy też nie. – W treningu medytacyjnym w jakimś stopniu się to osiąga – mówi Fabjański. – Można doprowadzić do takiego stanu psychofizycznego, w którym nie jest się już uzależnionym od tego, co się dzieje na zewnątrz. Można odczuwać rodzaj szczęścia także wtedy, kiedy zewnętrzne warunki są ogólnie niekorzystne.

Można też być spokojnym w momencie niepewności. Bo niepewność bierze się z wewnętrznych mechanizmów, ze sposobu myślenia o sytuacji. Najlepsza metoda, żeby nie cierpieć przez poczucie niepewności, to zaakceptowanie faktu, że wszystko jest niepewne. Stoicy szukali poczucia spokoju w zrozumieniu, że wszystko ciągle się zmienia. Żadna strategia, ani ta, która zakłada, że za pięć lat zostanę dyrektorem holdingu, ani ta o domu wypełnionym głosami trójki dzieci, nie uwolni nas od lęku ani nie zapewni szczęścia. Szczęście bezpieczniej jest budować na spokoju płynącym z bycia w chwili obecnej. Wtedy mamy je natychmiast.

Ekspert: dr Marcin Fabjański filozof, nauczyciel medytacji, twórca szkoły dostrojenia się do procesu życia, dziennikarz, autor wielu książek („Zaufaj życiu. Nie zakochuj się w przelatującym wróblu”, PWN 2014, najnowsza to „Uwolnij się! Dobre życie według siedmiu filozofów-terapeutów”, Znak 2020).

  1. Styl Życia

Nie bój sie zmian

Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. (Fot. iStock)
Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. (Fot. iStock)
Zmiany pojawiają się zwykle w najmniej spodziewanym momencie. Są jak znajomi, którzy zaskakują cię wizytą, kiedy chcesz iść spać. Dlatego spokojnie nastaw wodę na herbatę, a zanim się zagotuje, będziesz wiedziała, co robić.

Wiosna, koniec studiów, 18. czy 40. urodziny – to momenty, które jednoznacznie kojarzymy ze zmianą, z końcem czegoś starego i początkiem nowego i, jak chcemy wierzyć, lepszego. Nieuchronne, ale konieczne zamknięcie jednego etapu, po to, by móc rozpocząć drugi. Często nie rozumiemy jednak zmian, jakich doświadczamy.

Nie widzimy sensu w tym, że zwalniają nas z pracy albo że partner decyduje się na rozstanie. Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. Być może obecna sytuacja życiowa przestała służyć naszemu rozwojowi. I właśnie dlatego los stawia przed nami nowe wyzwanie. Oczywiście, boimy się utraty tego wszystkiego, do czego się przyzwyczailiśmy: np. miejsca pracy czy długoletniej relacji. Aby zminimalizować poziom strachu, warto krok po kroku i z uważnością rozszerzać perspektywę widzenia całej sytuacji. Zwłaszcza, że zwykle to, co na początku wydaje się trudne, przestaje takie być, kiedy poziom adrenaliny się obniży i zaczniemy patrzeć na nową sytuację bez silnych emocji.

Zmiany to oznaka postępu. Jeśli właśnie ich doświadczasz, to znaczy, że przechodzisz teraz przyspieszony kurs rozwoju osobistego. Sęk w tym, że zwykle wolimy święty spokój od karuzeli zdarzeń, która zmusza do działania. Opieramy się zmianom, a czasami nawet udajemy, że ich nie widzimy. Dotyczy to szczególnie takich sytuacji, kiedy nie chcemy się przyznać, że np. praca od lat odbiera nam radość życia, a w związku od dawna nie doświadczamy miłości i zrozumienia. Zmiana odbywa się zatem pod powierzchnią codziennego życia, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu…

Przyzwyczajenie do życia w tym samym miejscu, w tej samej pracy i z tym samym partnerem zawęża perspektywę widzenia. Czasami z lęku przed wzięciem życia we własne ręce wolimy trwać w iluzji, że możemy być szczęśliwi tylko w takim układzie, w jakim jesteśmy. Zużywamy więc mnóstwo energii na podtrzymywanie status quo. Ale jeśli jakaś część ciebie bardzo pragnie zmiany, będzie ci za wszelką cenę dawała o tym znać. Możesz odczuwać apatię, a niekiedy frustrację i złość. Możesz zazdrościć znajomym, że powodzi im się w życiu lepiej niż tobie. Możesz zaczytywać się w książkach z wartką akcją i marzyć o wielkich podróżach. Pytanie tylko, czy robisz coś, aby przekuć marzenia w rzeczywistość.

Otwarcie na zmiany

Warto wysłuchać głosu tej części siebie, która potrzebuje zmian. Zamiast na siłę ratować tonący statek i tkwić w starym schemacie, dobrze jest zapytać samej siebie: „Czego tak naprawdę pragnę i co mogę zrobić, aby zacząć realizować swoje marzenia?”. Statek musi zatonąć, aby na horyzoncie mogło pojawić się coś innego. Albo abyśmy mogli w ogóle to zobaczyć. Dlatego zamiast zużywać energię życiową na wtłaczanie życia w stare koleiny, sprawdź, co się stanie, jeśli po prosu pozwolisz zmianie się dopełnić. Życie nie przebiega jak długa, pozioma linia. Jest jak ocean, czasem spokojny, a czasami burzliwy. Fale to wyzwania, które dają ci możliwość dalszego rozwoju. Pomyśl o tym, jak twoje życie może się przeobrazić, jeśli każdą zmianę będziesz witać z uważnością, bez oceniania, czy jest dobra, czy zła. Zarówno tę, której doświadczasz niespodziewanie, jak i tę, która zachodzi niepostrzeżenie, pod osłoną codziennego życia. Każda zmiana to ruch energii, a ruch to impuls życia. Płyń więc z nurtem rzeki, a nie pod prąd. Kiedy płyniesz z nurtem, zmiany nie muszą być trudne do przeprowadzenia. Wręcz przeciwnie, otworzą cię na ocean nowych możliwości.

Ćwiczenie

Weź kartkę papieru i wypisz wszystkie kroki, jakie powinnaś podjąć, aby jak najlepiej przygotować się do przeprowadzenia zmiany. Podkreśl pięć najważniejszych, od których powinnaś zacząć. Wypisz również wszystkie znajome osoby, które przechodziły podobną zmianę i mogą pomóc ci się z nią oswoić. Skontaktuj się z trzema z nich i zaproponuj spotkanie. Rozmowa może ci pomóc w lepszym oswojeniu się z życiową zmianą.

Twórcza wizualizacja

Wyobraź sobie, że przenosisz się teraz na piękną plażę. To szczególne miejsce – tu spotkasz się z tym aspektem siebie, który jest bardzo kreatywny i posiada narzędzia do harmonijnego przeprowadzania zmian. Wyobraź sobie, że możesz teraz zadać mu wszystkie potrzebne pytania i poprosić o wskazówki. Możesz też zapytać, czy mógłby przekazać ci jakiś symbol, który pomoże ci aktywizować własną moc (może to być np. kamień lub pióro). Po wykonaniu ćwiczenia zapisz wszystkie wskazówki i postaraj się znaleźć realny kamień, pióro lub cokolwiek innego, co możesz utożsamić z tym aspektem siebie, by przypominał ci o tym, że moc i odwaga są w tobie.

Powiedz sobie, że…

Jeśli doświadczasz zmiany, spróbuj uwierzyć, że masz w sobie wszystkie narzędzia potrzebne do tego, by znaleźć się w nowej sytuacji i dać sobie ze wszystkim radę. Wewnętrzna moc aktywizuje się w sytuacjach, które określamy jako wyzwania. Zmiana może zatem zmotywować do obudzenia uśpionych dotąd potencjałów. Każdy koniec jest zapowiedzią początku. Kiedy coś się kończy, co innego się rozpoczyna. Jest jeszcze moment „pomiędzy”, w którym asymilujemy zmianę i zbieramy potrzebną energię. Ten czas nie musi być tylko trudny i stresujący, jest również ciekawy i rozwojowy. Pamiętaj o tym!

  1. Materiał partnera

O drodze, która prowadzi do „Ósmego kontynentu“  

Mariusz Szeib - autor książki „Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu”, wyd. BookEdit (Fot. archiwum autora, materiały prasowe)
Mariusz Szeib - autor książki „Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu”, wyd. BookEdit (Fot. archiwum autora, materiały prasowe)
Dlaczego bieganie pomaga nam odkryć życiową misję i osiągnąć więcej niż założone cele? Książka „Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu. Historie prawdziwe” to pozycja dla każdego, kto biega, oraz wszystkich tych, którzy marzą by żyć pełnią życia.

“Każdy ma w swoich rękach latarkę z korbką, a w niej tyle światła, ile sam nakręci ” – to życiowe motto dr. Mariusza Szeib, biznesmena, filantropa i maratończyka. Jego przygoda z wielokilometrowymi biegami zaczęła się od szukania wyzwań w związku z 50. urodzinami. W swojej książce udowadnia, że – zgodnie z chińskim przysłowiem, które mówi, że podróż o długości 1000 mil zaczyna się od pierwszego kroku – bieganie zaczyna się od pierwszego pokonanego dystansu. W bieganiu chodzi jednak o coś więcej niż pokonywanie kolejnych kilometrów. Bieganie to nie tylko praca mięśni, to stan umysłu. „Poprzez nieustanne pokonywanie siebie nasz wysiłek zaczyna stopniowo przemieniać się w potężny oręż. Dzięki determinacji i spalaniu w sobie podczas biegu tego, co negatywne zaczynamy coraz lepiej radzić sobie z problemami. Rośnie w nas równocześnie chęć dzielenia się tą siłą z otoczeniem. Stopniowo rodzi się w nas „Ósmy kontynent” – mówi Mariusz Szeib.

Towarzysząc autorowi w biegach na siedmiu kontynentach, m.in. na Antarktydzie, Syberii, zamarzniętej tafli Bajkału, Murze Chińskim, Mount Evereście, Saharze czy Wyspach Wielkanocnych, przyglądając się mu, jak pokonuje trudy i czemu musi sprostać, możemy dowiedzieć się wiele o sobie. „To bite cztery godziny, podczas których można głęboko zajrzeć w głąb swojej duszy. Jest czas na przemyślenia i refleksje”.

Książka łączy w sobie emocje i dokumentaryzm charakterystyczny dla dobrego, wciągającego reportażu jak i refleksje i wskazówki, które znamy z podręczników liderów biznesu i działaczy społecznych. Atutem publikacji są zebrane w drugiej części książki relacje i doświadczenia nietuzinkowych postaci i autorytetów ze świata sportu i polityki, jak Jerzy Skarżyński, czy prof. Leszek Balcerowicz. Przedmowę do książki napisał Jacek Santorski.

Leszek Balcerowicz – O wyczynowym sporcie często mówi się, że kształtuje charakter. Myślę, że jest odwrotnie. To ludzie wytrwali, ambitni i systematyczni uprawiają sport wyczynowy. Michael Clinton – Pamiętaj, że najważniejsze jest właśnie żyć w zgodzie ze sobą. Lara Kruikskamp – Nie pozwól na to, by jakiekolwiek ograniczenia górowały nad twoimi ambicjami! Michał Walczewski – Prawdziwe szczęście osiąga się wtedy, gdy niewiele jest w stanie ci je odebrać. Nieukończony maraton nie może mnie unieszczęśliwić. Robert Celiński – Bieganie otworzyło mnie również na świat. Bez moich maratońskich celów pewnie nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że postawię stopę na Antarktydzie, a tym bardziej, że wygram tam maraton. Joe Findaro – Parę dni po maratonie Boston wyglądał jak strefa wojenna. Pełno telewizyjnych furgonetek, dziennikarze na każdym rogu. Marek Śliwka – Biegać dzisiaj każdy może, trochę lepiej lub gorzej. Jerzy Skarżyński – Rachunek prawdopodobieństwa mówi jednoznacznie – łatwiej mi było wygrać samochód w walce, niż wylosować go w loterii na mecie. Ignacio Bravo – Nigdy nie wiesz, jak bardzo jesteś silny, dopóki nie masz innego wyjścia niż biec.  

„Ósmy kontynent” to książka dla każdego, kto biega, czy chciałby zacząć biegać, ale przede wszystkim dla tych, którzy marzą by żyć pełnią życia, tak w obszarze zawodowym, jak i osobistym. Ta książka nie dotyczy bowiem tylko biegania. Przed Czytelnikiem otwiera możliwości odkrycia Ósmego kontynentu – marzeń, celów, pasji i talentów. To być może najważniejszy i wciąż najmniej odkryty kontynent, który zdobyć może każdy z nas.

O autorze: dr Mariusz Szeib – Prezes Zarządu Texet Poland Sp. z o.o., inżynier automatyk, doktor nauk ekonomicznych. Ukończył MBA, British Institute of Management (Londyn, Glasgow). Twórca kilku firm działających w sektorze B2B i B2C. Członek największej organizacji humanitarnej na świecie Lions Clubs. W wieku 50 lat zaczął biegać. Przebiegł 24 maratony na 7 kontynentach. Twórca biegów charytatywnych Freedom Charity Run oraz organizator kilkunastu akcji charytatywnych w Polsce i na świecie. Prywatnie ojciec trzech córek i dziadek sześciorga wnucząt.

„Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu”, Mariusz Szeib, wydawca: BookEdit, ISBN 9788395918902, cena: 49,90 zł, oprawa miękka ze skrzydełkami, format: 145 x 210 mm, liczba stron: 354, data premiery: 13 stycznia 2021 r. „Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu”, Mariusz Szeib, wydawca: BookEdit, ISBN 9788395918902, cena: 49,90 zł, oprawa miękka ze skrzydełkami, format: 145 x 210 mm, liczba stron: 354, data premiery: 13 stycznia 2021 r.

Freedom Charity Run 2021: część pieniędzy ze sprzedaży książki zostanie przeznaczona na cel charytatywny Freedom Charity Run 2021 – w połowie na pomoc dla dzieci z porażeniem mózgowym z Ośrodka Ortopedyczno-Rehabilitacyjnego szpitala Klinicznego im. W. Degi w Poznaniu, Centrum Technologicznego Wspomagania Rehabilitacji.

  1. Psychologia

Chcesz dokonać trwałych zmian? Poznaj psychiczne mechanizmy, które tobą kierują

Postanowienia noworoczne wielu osobom przywodzą na myśl szereg porażek. Czy warto sobie cokolwiek planować, skoro tak trudno jest później wytrwać w tych postanowieniach? Niestety, często wierzymy w wiele mitów na temat zmian i brakuje nam podstawowej wiedzy psychologicznej... (fot. iStock)
Postanowienia noworoczne wielu osobom przywodzą na myśl szereg porażek. Czy warto sobie cokolwiek planować, skoro tak trudno jest później wytrwać w tych postanowieniach? Niestety, często wierzymy w wiele mitów na temat zmian i brakuje nam podstawowej wiedzy psychologicznej... (fot. iStock)
Marzą nam się zmiany na lepsze, planujemy kolejne przedsięwzięcia, wyrobienie sobie nowych, zdrowszych nawyków. Tymczasem, gdy naszych postanowień nie umiemy skutecznie realizować, fundujemy sobie poważny spadek nastroju. Od czego zależy nasza motywacja i powodzenie? Co warto wiedzieć o swoich mechanizmach psychologicznych, zanim zdecydujemy się na wprowadzanie zmian w życie? – wyjaśnia dr Ewa Jarczewska-Gerc z Uniwersytetu SWPS, psycholożka społeczna i trenerka biznesu.

Czy zależy nam na zmianie, która przyjdzie z zewnątrz, czy na tym, żeby zmienić siebie? Jak podkreśla dr Ewa Jarczewska-Gerc: „Chcę się zmienić”, a „chcę zmiany” to dwa różne stwierdzenia. Okazuje się, że najczęściej zależy nam na odmianie życia, ale bez ponoszenia kosztów i wysiłku związanego z tym procesem.

Nie wszyscy też działamy tak samo, kiedy już zdecydujemy, że chcemy coś zmienić. Jedni z nas kochają rewolucje i przewracają całe swoje życie do góry nogami, inni wolą dochodzić do celu krok po kroku. I okazuje się, że czasem wystarczy jedna zmiana, która zadziała jak efekt domina. – Jeden dobry nawyk, jeden mały krok jest w stanie uruchomić pozytywne zmiany w innych obszarach. Z badań wynika, że osoby, które zaczynają ćwiczyć, mają lepszy nastrój, dbają o zdrowe odżywianie, rzadziej tracą nad sobą panowanie, przestają palić, krócej oglądają telewizję, lepiej śpią, poprawiają jakość relacji z bliskimi, a nawet częściej myją zęby – wymienia psycholożka.

Kiedy jest czas na zmianę? Skąd mieć pewność, że trzeba coś zmienić?

Nie zawsze mamy świadomość, że obraliśmy w życiu niewłaściwy kurs. Skąd możemy wiedzieć, że przyszedł czas na to, aby zmienić nasze cele, założenia, nasze działanie albo, że my sami powinniśmy się zmienić?

Dr Ewa Jarczewska-Gerc: To wcale nie jest takie łatwe, aczkolwiek źródeł jest kilka. Po pierwsze - nasze „wnętrze”. Nasz nastrój, nasze emocje mogą nam podpowiadać, że coś jest nie tak… Możemy czuć pewien dyskomfort, czuć, że coś nas uwiera, coś nie idzie po naszej myśli. Gdy pojawiają się negatywne emocje – one są taką sugestią, że nasze plany, założenia być może nie idą tak jak chcieliśmy, jak sobie zaplanowaliśmy. Dlatego często negatywne emocje są taką czerwoną flagą mówiącą uważaj, bo chyba nie idziesz w takim kierunku, w jakim chciałeś.

Drugie źródło to są oczywiście inni ludzie. Nasi bliscy często znają nas lepiej niż my sami siebie. Mogą nam zwrócić uwagę na pewne rzeczy (popatrz, ten kierunek, w którym zmierzasz, nie jest dobry dla ciebie; możesz mieć z tego powodu negatywne konsekwencje). Nie zawsze muszą to być bliskie osoby, czasem obcy ludzie są dla nas źródłem informacji na temat tego, że być może droga, którą obraliśmy nie jest właściwa i powinniśmy się zmienić. A czy czeka nas zmiana… to już jest zupełnie inna sprawa.

Czy chcieć znaczy móc? W jakie mity wierzymy?

Wielu ludziom towarzyszy błędne przekonanie, że samo pragnienie celu jest wystarczające do jego osiągnięcia. I choć dobrze wiedzą, że bez włożenia pracy w jego realizację nie osiągną wiele, trzymają się swojej „wiary”. –Ciekawe, że my głównie wierzymy w to, że to chęci są tym czynnikiem, który poprowadzi do zmiany – komentuje psycholożka – Mówi się nawet, że chcieć to móc. I o ile zgadzam się z tym stwierdzeniem, to nie zawsze tak się dzieje. Ludzie mówią „ale ja bardzo chcę się zmienić”, albo „ja bardzo chcę zmiany” – i tutaj właśnie wprowadzę to rozróżnienie, że my z jednej strony chcemy zmiany, ale nie chcemy się zmieniać. Chcemy, żeby zmiana przyszła sama z siebie, żeby ona na nas spadła, spłynęła z nieba niczym manna… Natomiast zmienianie siebie wymaga już wysiłku. Dlatego też często nie podejmujemy działania, albo szybko rezygnujemy, bo okazuje się, że droga do tego upragnionego celu nie jest tak przyjemna jak sam cel, sam wynik. W związku z tym nie tylko chęci są nam potrzebne, ale także pewna umiejętność samodyscyplinowania się, umiejętność panowania nad swoimi pokusami, umiejętność wytrwałego i konsekwentnego realizowania swojego działania, czyli tzw. czynnik wolicjonalny, jak go nazywamy w psychologii, który oznacza, że nie tylko chcemy się zmienić, ale mamy siłę do tego, żeby zmiany dokonać.

Zanim jednak przystąpimy do działania, w pierwszej kolejności należy skonkretyzować cel. Postanowienia w rodzaju „będę zdrowo się odżywiać”, „będę uczyć się nowego języka”, „będę ćwiczyć” – są nie tylko ogólne, ale też formułowane przyszłościowo. Dlatego dr Jarczewska-Gerc poleca stworzenie tzw. intencji implementacyjnej, która jest formułowana w postaci implikacji: jeśli wydarzy się sytuacja x to ja robię y, czyli np. „jak tylko wrócę po pracy do domu to idę biegać”. Stosując ten bardzo prosty zabieg psychologiczny, polegający na konkretyzacji celu, określamy kiedy i gdzie zamierzamy wcielać w życie to, co sobie zaplanowaliśmy. Nasz cel przestaje być „mglistym” założeniem i staje się jasny, konkretny, inaczej też działa na psychikę.

Droga do celu

To, co warto mieć na uwadze to fakt, że od samego celu ważniejsza jest droga, która do niego prowadzi – ona właśnie świadczy o naszej skuteczności. Nie warto skupiać się od razu na wymarzonym sukcesie, ale zaplanować plan realizacji, zgodny z tym, co jest dla nas naprawdę ważne. Jak radzi psycholożka: - To, co może nam pomóc, to skupienie się na procesie dążenia do celu. Wyobrażanie sobie kolejnych kroków działania, które muszą być podjęte, aby uzyskać wymarzony efekt sprawia, że zaczynamy dostrzegać wzajemne powiązania pomiędzy poszczególnymi etapami działania, formułując w ten sposób spójny plan akcji. Dostrzegamy także przeszkody, które mogą się pojawić i utrudnić nam dążenia, dzięki czemu jesteśmy w stanie przygotować „plan B”. To właśnie droga prowadząca nas do upragnionego celu jest kluczem do sukcesu, który staje się wówczas miłym „produktem ubocznym” naszej efektywności.

Dwa procesy zarządzania sobą, które zawsze powinniśmy mieć na uwadze

Mamy już jasno określony cel, który chcemy osiągnąć. Opracowaliśmy plan działania. Jednak, gdy zbliża się moment, w którym musimy włożyć trochę wysiłku, żeby realizację celu rozpocząć, albo musimy przemóc „niechcenie”, żeby go kontynuować, zaczynamy szukać wymówek… Dlaczego tak się dzieje?

– Dzieje się tak dlatego, że możemy wyróżnić dwa rodzaje procesów zarządzania sobą. Pierwszy rodzaj procesów to tak zwane procesy samoregulacyjne. Polegają one na tym, że koncentrujemy się wokół podnoszenia swojego dobrostanu, swojego samopoczucia, swojego nastroju, czyli mówiąc ogólnie: sprawiamy sobie przyjemność. Drugi rodzaj procesów zarządzania sobą to procesy samokontrolne. One polegają na tym, że gdy postawię sobie cel to ja się siebie nie pytam „czy ja mam ochotę ten cel dzisiaj wdrażać?” – tylko ja go po prostu wdrażam. Procesy samokontrolne koncentrują się wokół zdyscyplinowania się na tyle, aby pociągnąć realizację celu, czyli po prostu: tworzymy plan działania i zaczynamy go wcielać w życie. – podsumowuje dr Ewa Jarczewska-Gerc i dodaje: Ktoś mógłby powiedzieć „no dobrze, ale ja wolę się samoregulować i trzeba też mieć trochę przyjemności od życia”. Tylko problem polega na tym, że kiedy ta równowaga zostanie zachwiana w kierunku tych procesów samoregulacyjnych to na końcu tej drogi nasz nastrój ucierpi. Dlaczego? – Dlatego, że jeżeli my każdego dnia będziemy wracać do domu i nie będziemy realizować faktycznie swojego celu (jak bieganie po pracy), tylko położymy się na kanapie, zaczniemy objadać się lodami i oglądać telewizję… po godzinie przyjdzie lekki dołek. Bo znowu nie byliśmy skuteczni! Znowu nie zrobiliśmy tego, co sobie założyliśmy! Tylko leżymy i tyjemy. I tak naprawdę nasz nastrój zaczynie spadać. Rośnie nam wtedy napięcie i mamy coraz mniej energii. Ale jeśli, mimo wszystko, zmobilizujemy się i pójdziemy pobiegać, to być może na początku odczujemy pewien dyskomfort (bo to jest jednak wyjście poza strefę swojego komfortu: musimy założyć ubrania, wyjść na dwój, pada śnieg, deszcz, jest zimno itd.), ale po chwili zacznie działać fizjologia, czyli zaczną wydzielać się endorfiny, które spowodują, że odczujemy przyjemność… przede wszystkim jednak to, że dotrzymaliśmy sobie słowa, spowoduje, że będziemy dumni z siebie. Myślimy sobie wówczas „teraz to ja już mogę wszystko, dlatego, że pokonałam swoje słabości.”

Zmaganie się z celem oznacza zmaganie się z własnymi słabościami, pokonywanie samego siebie.
Jeżeli nam uda się to zrobić - jest to bezcenne. Daje nam nie tylko doskonałe samopoczucie, ale także wysoką samoocenę, która będzie stabilna. Będziemy wiedzieć, że nawet drobne niepowodzenia nie są w stanie zachwiać naszym poczuciem wartości, ponieważ jesteśmy skuteczni: gdy sobie cel postawimy to konsekwentnie go realizujemy, dążymy do jego osiągnięcia – i to sprawia, że na końcu drogi nasz nastrój będzie bardzo dobry.

Jak utrzymać motywację na odpowiednim poziomie? Uważaj na krytyczny punkt „trzech miesięcy”

Załóżmy, że weszliśmy na drogę do celu. Udało nam się zacząć. Codziennie realizujemy kolejne postanowienia. Jednak po jakimś czasie nasz entuzjazm opada, żar się wypala i znowu dążenie do celu staje się trudne. – Dzieje się tak dlatego, że na początku , po przekroczeniu naszego psychologicznego rubikonu, gdy powiemy sobie „dobrze, kości zostały zrucone, przekraczam most, most zostaje spalony, nie mam już innego wyjścia i wchodzę w to”, siły w polu psychologicznym, które pchają nas do zmiany są bardzo mocne. My ich nie widzimy, ale to są siły psychologiczne, emocjonalne, motywacyjne, które nas pchają do tego, żeby działanie znalazło swój finał, żeby się domknęło (dążymy do domknięcia struktury). Jednak, po jakimś czasie, te siły po prostu się rozpraszają. Tej energii do działania jest nieco mniej i to jest absolutnie naturalne. Problem polega na tym, co my robimy z tym dalej. Mówi się, że trzy miesiące to jest taki okres, w którym wykształca się pewien nawyk, a więc możemy uznać, że potem zmiana będzie już trwała. – tłumaczy dr Jarczewska-Gerc.

– Warto tu jednak zwrócić uwagę na badania dotyczące zmiany diety (brały w nim udział kobiety chcące spożywać więcej warzyw i owoców w swojej diecie), które zostały przeprowadzone przez znaną badaczkę Gabriele Oettingen i Petera Gollwitzer’a (znane nazwisko w świecie badań nad motywacją). To badanie trwało 24 miesiące. I co się okazało? - Osoby, które zostały wyposażone w warsztat umiejętności, które mają podtrzymać zmianę działania, czyli zmianę stylu życia, były na końcu tej drogi, po tych 24 miesiącach, zdecydowanie bardziej skuteczne, niż ci, którzy tylko sobie postanowili, że takiej zmiany dokonają. I co ciekawe: „rozjazd” między badanymi pojawił się dopiero po trzech miesiącach.

Trzy miesiące to jest taki okres, po którym albo będziemy potrafili podtrzymać swoje działanie, albo nie widząc, że jest to dość zdradliwy moment, ulegniemy różnym pokusom. To jest czas, kiedy nam się wydaje, że już nie zejdziemy z obranego kursu, bo minęły aż trzy miesiące… Bądźmy jednak czujni – to może być właśnie ten moment, kiedy nastąpi rozproszenie sił i nie podtrzymamy swojego działania.

Kto ciężko przechodzi porażki?

Może się zdarzyć, że pomimo naszych starań i wysiłków ponosimy jednak porażkę. Jak się do niej odnieść w zdrowy sposób? Dlaczego jedni stają się po upadkach silniejsi, a inni tracą poczucie sensu?

Carol Dweck, amerykańska psycholożka, profesor Stanford University, w swojej pracy naukowej analizuje koncepcje, które mają ludzie w odniesieniu do siebie, i których używają do kształtowania siebie i kierowania swoim zachowaniem. W swoich badaniach porusza m.in. temat przyczyny, która stoi za tym, że jedni ludzie po porażkach się podnoszą, rozwijają, a drudzy załamują. Jak się okazuje, czynnikiem, który odgrywa tu znaczącą rolę jest przekonanie o zmienności lub o stałości naszej osobowości, naszych zdolności, naszej inteligencji. Niektórzy po prostu wierzą w to, że człowiek jest stały i się nie zmienia.

– Jeżeli jesteśmy przekonani o tym, że już się ukonstytuowaliśmy i że jesteśmy stali w naszej osobowości, w naszych przekonaniach, naszych postawach (co oczywiście jest tylko pozorne, bo nic nie jest bardziej pewnego niż zmiana), to takie przekonanie powoduje, że porażka jest dowodem na to, że jesteśmy beznadziejni. Bo skoro ja jestem jakaś, określona, i działam, a nagle okazuje się, że droga, którą szłam nie przyniosła mi zamierzonego efektu, to znaczy, że jestem do niczego. A skoro moje postawy są stałe - to znaczy, że ja nie mogę się zmienić. To znaczy, że sytuacja jest beznadziejna i nie ma nadziei na lepsze jutro. – podsumowuje dr Jarczewska-Gerc. – W momencie, kiedy wierzymy w zmianę (co jest bliższe prawdzie), wierzymy w to, że zawsze istnieje nadzieja i szansa na to, że możemy się zmienić, wówczas, niezależnie od tego czy tak jest w istocie, czy nie (czynnik obiektywny jest mniej ważny jeżeli w to wierzymy), możemy potraktować porażkę jako okoliczność do tego, żeby tej zmiany dokonać. Traktujemy wówczas niepowodzenia jako informację zwrotną, mówiącą nam o tym, że kierunek, jaki wybraliśmy, czy być może środki - po prostu nie zostały dobrane we właściwy sposób.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc, zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi. 

Źródło: materiały prasowe SWPS