1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Depresja nastolatków a relacje społeczne

Depresja nastolatków a relacje społeczne

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Nastolatki, które cierpią na depresję, są bardziej narażone na problemy w relacjach z rówieśnikami, dowodzą badania przeprowadzone na Arizona State University.

Naukowcy zbadali 486 dzieci, uczniów klas IV – VI. - Nasze badania pokazały, że depresja wiąże się z negatywnymi relacjami z rówieśnikami – powiedziała Karen Kochel z Arizona State University. - Okazało się, że dzieci po epizodzie depresji są bardziej narażone na zastraszanie i brak akceptacji w szkolnym środowisku. Tymczasem posiadanie pozytywnych relacji z rówieśnikami jest niezbędne w celu prawidłowego rozwoju takich aspektów życia, jak przystosowanie społeczne, czyli umiejętność radzenia sobie w relacjach z ludźmi. Dlatego właśnie szkoła jest najlepszym miejscem, w którym diagnozuje się depresję i jej skutki. W warunkach domowych nie można obserwować relacji z innymi dziećmi. Badaliśmy relacje dzieci z rówieśnikami i wiedzę rodziców na ten temat. Okazało się, że rodzice niewiele o tym wiedzą. Dlatego konieczna jest współpraca nauczycieli z rodzicami.

Źródło: Arizona State University

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak rozpoznać depresję? Rozmowa z psycholog Ewą Woydyłło

Rozpoznanie depresji to proces, w którym należy skonfrontować swoje obniżone samopoczucie z realiami, jakich samemu można zbyt dobrze nie widzieć, bo siedzi się w środku. (Fot. iStock)
Rozpoznanie depresji to proces, w którym należy skonfrontować swoje obniżone samopoczucie z realiami, jakich samemu można zbyt dobrze nie widzieć, bo siedzi się w środku. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
„To nie fanaberia, lecz ciężka choroba. Gdy się pogłębi, może doprowadzić do takiego stanu, w którym targniesz się na własne życie. Długotrwała depresja prowadzi albo do unicestwienia, albo do rezygnacji z życia. W normalnym życiu człowiek się rozwija, a w depresji – zwija” – mówi psycholog Ewa Woydyłło. 

Wczoraj byłam smutna i zła na cały świat. Czy to początek depresji? Gorszy nastrój, smutek, żal, złość i rozczarowanie jakimiś sprawami z naszego życia zwykliśmy nazywać depresją, choć wcale nią nie są. Huśtawka nastrojów to codzienność. Jeśli ktoś oczekuje, że zawsze będzie tak, jak w czasie ośmiu minut noworocznej nocy, kiedy fajerwerki strzelają do nieba – to oczywiście jest w błędzie. Tak nie będzie. Więc jeśli przez moment nie widzisz fajerwerków, to nie znaczy, że masz depresję. Depresją staje się takie samopoczucie, z powodu którego nie możesz robić tego, co musisz – nie wstajesz z łóżka, nie myjesz się, nic nie jesz albo – jesz bez przerwy.

Ale spadek nastroju to chyba już jakiś symptom? Złe samopoczucie, zniechęcenie do pracy, brak ochoty na seks, apatia, izolacja od ludzi, myślenie tylko o sobie, a zwłaszcza o jakiejś sprawie, która jest przygnębiająca, np. rozwód, choroba lub śmierć bliskiej osoby – to wszystko są symptomy depresji. Moment, kiedy zamieniają się w chorobę, jest bardzo trudno uchwytny albo wręcz nieuchwytny. Psychiatria tę jednostkę chorobową definiuje następująco: jeśli przez co najmniej dwa tygodnie bez ewidentnego powodu człowiekowi odechciewa się żyć, to znaczy, że popadł w głęboką depresję. Niby nic się nie stało, a ktoś po prostu w pewnym momencie przestaje funkcjonować, wycofuje się z życia. Bywa, że matka w takim stanie nawet nie karmi swojego nowo narodzonego dziecka.

Czasami zdajemy sobie sprawę z tego, co jest przyczyną naszej depresji, a czasami tylko tak nam się wydaje. Nieraz mówimy: „to dlatego, że moja córka wyprowadziła się z domu”. Ale przecież wiadomo było, że jak dziecko dorośnie, to pewnego dnia z tego domu się wyprowadzi. Jeśli wyjechało na studia, to rodzic powinien się cieszyć, nie smucić. No i okazuje się, że u podłoża takiego głębokiego zniechęcenia do życia nie leży bynajmniej syndrom opuszczonego gniazda, lecz na przykład złe relacje małżeńskie albo od lat zanikająca więź z życiowym partnerem. Winę zwalamy na dziecko, chociaż źródło tkwi gdzie indziej: oto matka zostaje w domu z człowiekiem, którego od dawna nie kocha i który jej nie kocha. To przykład na to, jak głęboko trzeba szukać przyczyn depresji.

 
Czy ktoś może mi w tym pomóc? Oczywiście, najlepiej od razu porozmawiać z kimś o tym, co czujesz. Trzeba rozejrzeć się za osobą, którą obchodzisz, bo nie ma sensu zwierzać się komuś, kto cię nie zna lub nie lubi. Rozpoznanie depresji to proces, w którym należy skonfrontować swoje obniżone samopoczucie z realiami, jakich samemu można zbyt dobrze nie widzieć, bo siedzi się w środku. Dopiero ktoś z boku powie: „Zaraz, zaraz, ale o co ci właściwie chodzi? Przecież twoja córka wyjechała, bo się zakochała. To chyba fajnie, nie? Czy wolałabyś, żeby się nie zakochała?”.

A jeśli w swoim otoczeniu nie znajdujesz osoby, której na tobie zależy, z którą chcesz podzielić się swoim smutkiem, opowiedzieć o nim – to zacznij czytać książki na temat depresji. Czyli gdy zauważysz pogorszenie samopoczucia, to od razu, nie czekając aż zapadniesz się głęboko w grzęzawisko, zastosuj zwykłe ludzkie sposoby: zadzwoń do przyjaciółki, zrób coś, co sprawi ci przyjemność... – popraw sobie zły nastrój.

A jeśli od przyjaciółki usłyszę: „nie przesadzaj, weź się w garść, nie użalaj się nad sobą”? Wtedy zgłoś się do psychiatry. To fantastycznie, że żyjemy w czasach, w których mamy tylu specjalistów. Kiedy boli ząb, idziemy do dentysty. Kiedy się przewrócimy i złamiemy nogę, idziemy do ortopedy. Kiedy nie możemy nauczyć się francuskiego, idziemy na kurs. Tak samo jest ze stanem psychicznym – jeśli sobie nie radzimy i nikt bliski nie potrafi nam pomóc, to zwracamy się do fachowca od depresji. A takim jest psychiatra. Nie psycholog, pedagog czy ksiądz, tylko psychiatra. Jedynie on potrafi majstrować przy naszych stanach emocjonalnych i ma do tego odpowiednie narzędzia.

Jednak większość ludzi uważa, że smutek minie, że sami się z tego stanu wydźwigną. Mogą się wydźwignąć ze smutku i żalu, ale nie z depresji. Żal to stan emocjonalny, który przeżywamy częściej niż nam się wydaje, np. pod wpływem muzyki, która nasuwa przykre wspomnienie. Mogę być w gorszym nastroju, bo się nie wyspałam, bo boli mnie głowa... – to codzienność. Ale czy z tego powodu przestaję jeść śniadanie, nie myję zębów, kładę się na kanapie i bezmyślnie patrzę w sufit? Owszem, jestem smutna, przygnębiona jakimś zmartwieniem, troską, przeżywam trudne zdarzenie, ale mimo to robię obiad, sprzątam, czytam książkę, wychodzę z psem na spacer... chociaż nie w pełni entuzjazmu, ale działam. A w depresji absolutnie nic nie robię. To nie fanaberia, lecz ciężka choroba. Gdy się pogłębi, może doprowadzić do takiego stanu, w którym targniesz się na własne życie. Długotrwała depresja prowadzi albo do unicestwienia, albo do rezygnacji z życia. W normalnym życiu człowiek się rozwija, a w depresji – zwija.

Czyli długotrwały smutek może przejść w depresję? Jeśli pewnych stanów się nie powstrzyma, to owszem, mogą zamienić się w depresję. To trochę tak, jak z alkoholem. Jeśli ktoś pije, ale nie nadużywa, to nie upija się. Ale jeżeli ktoś raz się upije, a potem – pomimo że to było dla niego przykre – upije się znowu, to zaczyna ostro zmierzać do uzależnienia. Podobnie jest z depresją: jeśli z powodu złego humoru przestajesz robić to, na czym ci zależy, co jest dla ciebie ważne, to potraktuj go jako sygnał ostrzegawczy, bo to może być początek depresji.

Jak zastopować jej rozwój? Nie koncentruj się na złych doświadczeniach i nie generuj wokół nich czarnych myśli. To pogarsza samopoczucie. Na dworze piękna słoneczna pogoda, a ty leżysz w łóżku i jeszcze zasłaniasz okna – w ten sposób uciekasz od normalnego życia! Myśl o tym, co masz, a nie o tym, czego ci brakuje.

Aby uniknąć zagrożeń związanych z ewentualnością wystąpienia tej, nawet sytuacyjnej, depresji, która przychodzi z powodu życia, a nie z powodu funkcjonowania mózgu – trzeba także zadbać o to, by mieć wokół siebie grono ludzi, którym na tobie zależy, ludzi, którzy – jak będzie ci trudno czy źle – zechcą nie tyle nawet ci pomóc, ile wysłuchać, czasami przyjechać i na przykład ochrzanić syna, który źle się do ciebie odnosi, albo zabrać cię do siebie, by było ci mniej smutno. Dobrze też mieć np. ciocię, która nie będzie pouczać, krytykować, oceniać, tylko zrobi szarlotkę, rozśmieszy, zaprosi przyjaciółki i zagracie w brydża... po prostu zajmie się tobą. Jeśli ktoś ma kogoś takiego, to mu mniej grozi depresja!

I może sprawa najważniejsza: nasz nastrój i samopoczucie zależą w dużym stopniu od tego, jaki styl życia preferujemy, jaki mamy system wartości, co jest dla nas w życiu ważne... Trzeba odwrócić uwagę od depresji, a zająć się tym, by życie uczynić sensownym, produktywnym i satysfakcjonującym. Wtedy stany depresyjne mają szansę mijać bardzo szybko. Ludzie, którzy są wciąż czymś nakręceni, rzadko zapadają na depresję.

Warto przeczytać:

Mark Williams, John Teasdale, Zindel Segal, Jon Kabat-Zinn, „Świadomą drogą przez depresję. Wolność od chronicznego cierpienia”, Wydawnictwo Czarna Owca 2009; David D. Burns, „Radość życia, czyli jak zwyciężyć depresję. Terapia zaburzeń nastroju”, Wydawnictwo Zysk i S-ka 2010; Arnold A. Lazarus, Clifford N. Lazarus, Allen Fay, „Jak nie wpaść w depresję – 40 szkodliwych przesądów, które zatruwają nam życie”, Wydawnictwo WAM 2005. 

  1. Zdrowie

Choroby psychosomatyczne - znak naszych czasów

Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Przychodzi pacjent do lekarza i mówi, że boli. Tymczasem w badaniach czysto. Teoretycznie wszystko w porządku. A on cierpi. Idzie więc do kolejnego specjalisty. Znowu nic. Czasem trwa to latami. Dr Ewa Kempisty-Jeznach widziała wiele takich przypadków. Bo właściwa diagnoza brzmi: choroba psychosomatyczna. Znak naszych czasów.

Czy choroby psychosomatyczne to będzie epidemia XXI wieku? Tak. Jestem o tym przekonana. Piszę o tym od dawna, widzę w moim gabinecie, jak problem narasta. Do chorób cywilizacyjnych, jak: nadciśnienie, otyłość, cukrzyca, wywołanych przez niszczenie środowiska, przez to, czym oddychamy, co jemy – dołączają właśnie choroby psychosomatyczne.

Jaka jest tego przyczyna? W dużym skrócie… Dolina Krzemowa. Człowiek w ciągu 25 lat musiał opanować cyfryzację, sztuczną inteligencję, wyzwania cały czas rosną, tempo jest olbrzymie. Zbyt duże. Do czasów XVIII-wiecznej rewolucji przemysłowej ludzkość żyła w trybie slow. Zmiany zachodziły, rzecz jasna, ale na tyle wolno, że byliśmy się w stanie do nich przystosować. Jednak rewolucja cyfrowa ostatnich 25 lat spowodowała, że zmiany już nie idą wolnym krokiem, ale pędzą. Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. Internet, telefony, e-maile, komunikatory, nieustanne życie w równoległych rzeczywistościach – realnej i wirtualnej – powodują, że nie nadążamy. Stres jest za duży. Mózg jeszcze daje radę, ale ciało mówi: „nie”.

I w jaki sposób ciało może zamanifestować ten swój „sprzeciw”? Na co skarżą się chorzy, z którymi ma pani do czynienia? Objawy alergii – zarówno na skórze, jak i w drogach oddechowych. Szumy w uszach, zawroty głowy, zaburzenia pamięci i koncentracji. Problemy z sercem: kardiomiopatia stresowa, czyli zespół Prinzmetala, do złudzenia przypominający zawał. Zaburzenia pracy hormonów – a to miewa przeróżne konsekwencje. Zaburzenia pracy woreczka żółciowego, problemy z jelitem drażliwym, prostatą, pęcherzem moczowym. Choroby autoimmunologiczne. I wiele więcej.

Jaki jest mechanizm powstawania takich chorób? Największym wrogiem człowieka jest stres. Dziś ludzie nie dają już sobie z nim rady. Przekroczyliśmy poziom, w którym jesteśmy w stanie stres opanować, zaczynamy uciekać w ciało – oczywiście podświadomie, nie mamy na to żadnego wpływu. Najczęściej choroba „lokuje się” w najsłabszym organie. Najsłabszym u nas albo w poprzednich pokoleniach. Jeśli mama chorowała na astmę czy alergię, my, gdy się bardzo zestresujemy, będziemy reagowali kaszlem. Albo: mama miała kamicę woreczka żółciowego. To się dziedziczy w linii żeńskiej. I teraz ta mama ma syna – on na kamicę nie cierpi, ale przy stresie reaguje problemami z woreczkiem żółciowym, czyli dostaje dyskinezy, zaburzeń pracy dróg żółciowych. Słaby organ – tu uderza psychosomatyka. Inny przykład: jeśli mieliśmy chorobę wrzodową żołądka i dwunastnicy czy częste zapalenia pęcherza, to kiedy się denerwujemy, latamy co pięć minut siusiu albo pojawiają się problemy z żołądkiem, z nadkwasotą, choć nie mamy wrzodów. W gastroskopii nic nie wychodzi, a jednak reagujemy żołądkiem, bo on nie jest już anatomicznie idealny. Często pojawia się kilka objawów niepasujących do siebie: ma pani bóle mięśni przykręgosłupowych i biega często siusiu. Różne organy strajkują w różnym czasie, chodzimy po lekarzach, robimy badania, nic nie wychodzi. To nie hipochondria, która jest rozmyślnym szukaniem chorób. My wcale nie chcemy być chorzy, to nasze ciało wymyka się nam spod kontroli. Nie mamy nad tym panowania. Ludzie mdleją z nerwów, mają bóle, szumy w uszach, ataki padaczkowe, które wcale padaczką nie są.

I co się dzieje z pacjentem, który cierpi, chodzi od lekarza do lekarza, a żaden nie stwierdza choroby? Każdy mówi: „Wszystko jest w porządku”. Tacy pacjenci odbywają turystykę lekarską. Chory na przykład ma bóle w prawym podbrzuszu. Badania, USG, rezonans; gastrolog, urolog – i każdy mówi: „Tu nic nie ma”. Tylko że bóle są. Pacjent myśli: „Oni się nie znają”. Idzie do kolejnych specjalistów, ci sprawdzają, może jelito drażliwe, może borelioza, choroby z autoagresji – ale nie. A boli cały czas. Ciało stres z codziennego dnia w korporacji przerzuca na jakiś organ. Na 100 moich pacjentów dziś 80 to chorzy psychosomatycznie. To oczywiście moja własna statystyka, a ja leczę specyficzną grupę: ludzi wyzwań. Ale takich przecież jest coraz więcej. Robiących kariery w korporacji, codziennie ścigających się w wyścigu o osiągnięcia, wyniki, targety, chcących być „zwierzętami alfa”.

Z drugiej strony coraz więcej mówi się o znaczeniu zdrowego życia, relaksu, aktywności fizycznej, prawidłowej diety. Mamy wiedzę, mamy świadomość – nie przekłada się to na nasze życie i na zdrowie? No właśnie nie do końca. Mamy świadomość, ale wiele spraw traktujemy zadaniowo. Zdrowe odżywianie? Zadanie do wykonania. Aktywność fizyczna? Kolejne. A to generuje stres. Stworzyłam swój własny system pięciu S. Cztery z tych S są pozytywne: sport, sposób odżywiania, sen i seks. A jeden negatywny – stres. Te cztery pierwsze pomagają w radzeniu sobie z piątym: sport rozładowuje napięcie, wyzwala hormony szczęścia, czyli endorfiny; sen regeneruje organizm; właściwy sposób odżywiania to budulec dla organizmu, siła, lepsza przemiana materii. Ale nam trzeba czegoś jeszcze – techniki wyciszania. Dopiero ona poradzi sobie ze stresem. A o tym wciąż za mało się mówi. Gdy pani powie: „Jestem joginką”, to nadal dziwnie na panią patrzą. Jakiś New Age, jakieś medytacje… Lepiej pójść na siłownię albo pobiegać. A najlepiej trenować triatlon. Wcale nie najlepiej! Wyścigi, zawody, konkurencja – to wszystko oznacza stres. A to przed nim właśnie mamy się bronić. Na szczęście już mindfulness zaczyna być przyjmowany ze zrozumieniem, wiele osób z tych technik korzysta. Ale joga jest ciągle zbyt „spirytualna”. Techniki wyciszenia to podstawa, to nas czeka w XXI wieku. Widzę to u moich pacjentów, spotykam się z tym w pracy na co dzień. Ale to trudne, lekarz tego pani nie przepisze, bo widzi tylko choroby organiczne.

I nie ma dla pacjenta czasu. Tak, to kolejna sprawa. Ale przede wszystkim, moim zdaniem, problemem jest kształcenie lekarzy. Na studiach uczymy, jak leczyć organikę. Lekarze starszego pokolenia nie poszli z przemianami, dalej nie widzą tej ewolucji, która się na naszych oczach dokonuje. I tak uczą młodych, którzy są automatycznie nastawieni na choroby organiczne.

Bo to jest proste. Zapisują pigułkę i załatwione. Druga rzecz to właśnie brak czasu dla pacjenta. Dlaczego takie wzięcie w krajach zachodnich mają homeopaci czy specjaliści medycyny alternatywnej? Na całym świecie służba zdrowia jest niewydolna, wszędzie panuje zasada: „szybko, następny proszę”. I naturopaci w takiej sytuacji wchodzą w rolę lekarzy. Mają czas, zajmą się, dadzą poczucie, że wysłuchali, że się zaopiekowali…

Może sprawę załatwi psychiatra albo psycholog? Też nie dadzą rady. Pierwszy zapisze antydepresant, drugi zachęci do gadania, analizowania – a to nie wystarczy, trzeba samemu nad sobą pracować. I tu mamy lukę w leczeniu pacjenta. Bo trzeba leczyć i ciało, i duszę – ale nie pigułkami, a zmianą stylu życia. A lekarze – i rodzinni, i specjaliści – do prowadzenia takich pacjentów nie są przygotowani. Medycyna robi postępy, ale nie może być tak, że będziemy wrzucać do komputera dane, a on wypluje zalecenia. Lekarz musi mieć empatię.

Musi nastąpić zmiana systemu kształcenia? Tak. Trzeba go poszerzyć. Powinien być na medycynie, najlepiej na szóstym roku, dział poświęcony nawet nie psychologii, ale chorobom psychosomatycznym właśnie. Niechby tam uczyli i psychologowie, i lekarze, którzy mają w takich przypadkach doświadczenie. Którzy to widzą w gabinetach. I którzy coś z tym robią, a nie wypychają pacjenta na kolejne badania do specjalistów. Trzeba popracować ładnych parę lat, żeby odróżnić, gdzie się kończy organika, a zaczyna psychosomatyka. A leczenie takich dolegliwości nie jest proste, bo pacjenci najpierw muszą uwierzyć, że ich problem na tym właśnie polega. Muszą to sobie ułożyć w głowie. To się nie dzieje od razu. Trzeba czasem kilku wizyt, cierpliwości, tłumaczeń, żeby przekonać. A kiedy pacjent już uwierzy, to jest połowa sukcesu. Bez tego z kolei nie ma mowy o wyleczeniu. Bo chory będzie cały czas pielgrzymował po lekarzach i szukał „prawdziwej choroby”.

Mówi się teraz coraz głośniej, że trzeba na człowieka patrzeć holistycznie, widzieć go „w całości”. To z jednej strony. Bo jest i druga – coraz bardziej postępująca w medycynie specjalizacja. Czy to się da pogodzić? Trudno. I nie tylko u nas, także na Zachodzie wcale to nie idzie szybko. Kiedy wyjechałam wiele lat temu z Polski do Niemiec, pracowałam jako Facharzt für Allgemeinmedizin, czyli lekarz chorób ogólnych. W Polsce nie ma takiej specjalizacji, a szkoda. My mamy lekarzy rodzinnych. Ale w nich nie inwestujemy. A taki lekarz to powinien być omnibus. Lekarz medycyny ogólnej na Zachodzie sam wykonuje USG brzucha i tarczycy, robi testy alergiczne, badania przeciwrakowe i wiele badań, które w Polsce zlecają specjaliści. A przecież lekarz rodzinny to ktoś, kto ma wiedzę w każdej dziedzinie medycyny i potrafi to połączyć w całość. Zna też doskonale swojego pacjenta. W Polsce, mam wrażenie, lekarz rodzinny traktowany jest jak „gorszy”. To tragedia dla lekarzy, ale przede wszystkim dla pacjentów. Właśnie ci lekarze powinni świetnie zarabiać, dla nich powinno się organizować kongresy, inwestować w ich wykształcenie – bo oni są najważniejsi i najbliżsi pacjentowi. Oni go widzą najczęściej, oni go najlepiej znają, często zresztą nie tylko jego, ale i jego rodzinę, historię, jego tryb życia. Do nich pacjent ma zaufanie, jest więź, zbudowana relacja. Specjalistę pacjent widzi tylko dwa, trzy razy w roku, przy okazji zlecenia badań czy kontroli. Gdyby lekarz rodzinny miał większe uprawnienia, mógł zlecać więcej badań, to 80 proc. skierowań do specjalistów w ogóle nie byłoby potrzebnych. Odciążylibyśmy służbę zdrowia, która leży na łopatkach. Oszczędzilibyśmy jako system pieniądze, a pacjent oszczędziłby czas i nerwy. To lekarz rodzinny ma największe szanse rozpoznać coś, co się wymyka diagnozie. Czyli chorobę psychosomatyczną. I jeśli on słyszy, że panią boli serce, to nie będzie robił od początku całej diagnostyki, bo wie z pani historii dużo. A tak to się dzieje, kiedy wyląduje pani u specjalisty. To nonsens.

Jak powinno wyglądać leczenie chorób psychosomatycznych? Często kłopot jest już na samym początku – lekarz nie umie przekonać pacjenta co do diagnozy. A dalej – nakłonić do zmian w życiu. Pacjenci też mają w głowach stereotypy. Kiedy mówię takiemu samcowi alfa: „Proszę iść na jogę”, to patrzy na mnie co najmniej dziwnie. „Joga? To przecież nie dla mnie”. Trzeba umieć do takiej osoby dotrzeć. Zaproponować jej metody alternatywne, techniki wyciszenia, jak: mindfulness, tai-chi czy może medytacje.

A jaką rolę w leczeniu czy w ogóle w naszym życiu gra system pięciu S? Każde z tych czterech pozytywnych S jest ważne. Ale muszą „działać” razem. Spójrzmy na nie po kolei. Sport. Podczas stosunku seksualnego, ale i uprawiania sportu produkowany jest hormon szczęścia – endorfina, czyli wewnętrzna morfina. Zmniejszająca ból i wprawiająca nas w błogostan. Sprawia, że stres ma mniejszy wpływ na nasz mózg, bo zalewa go pozytywnymi hormonami i związanymi z nimi emocjami. Każdy sportowiec zna uczucie zadowolenia po zakończonej aktywności fizycznej. Sport działa jak afrodyzjak i uzależnia, podwyższając poziom endorfin oraz testosteronu. Co daje siłę do zmagania się ze stresorami zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Choć ekstremalne sporty, takie jak choćby triathlon, podwyższają w początkowej fazie poziomy adrenaliny i testosteronu, to w późniejszej powodują wzrost poziomu hormonu stresu kortyzolu i spadek wolnego testosteronu odpowiedzialnego za radość i spokój psychiczny. Dalej: sen. Ważny jest sen regularny, 7-8 godzin, ale też nie więcej. Badania naukowe wskazują, że dziewięciogodzinny sen powoduje spadek poziomu hormonów płciowych – zarówno testosteronu, jak i estrogenów. Badania prof. Dietera Riemanna, kierownika Kliniki Psychologii i Psychoterapii Uniwersytetu we Fryburgu, pokazują, że kobiety śpią gorzej niż mężczyźni, dlatego ryzyko zachorowania na depresję jest w ich przypadku dwukrotnie większe. W stresie spadek serotoniny – hormonu szczęścia – prowadzi do spadku produkcji hormonu snu (melatoniny), co utrudnia wejście w głęboką fazę snu. Trzeba przestrzegać zasad higieny snu: unikać drzemek w ciągu dnia, zadbać o odpowiednie oświetlenie w sypialni, w łóżku wyłącznie spać, a nie pracować na laptopie, przeglądać Internet czy oglądać filmy. Unikać późnego chodzenia spać, spożywania ciężkich i obfitych posiłków i picia alkoholu przed snem. Kolejny jest seks. Wspaniała forma zwiększania produkcji hormonów, i to nie tylko płciowych, ale przede wszystkich hormonów szczęścia i miłości, takich jak oksytocyna, która wyzwala potrzebę bliskości i silne przywiązanie kochających się ludzi. Podczas seksu produkujemy także fenyloetylo­aminę – zwiększającą ilość energii, a jednocześnie ograniczającą odczuwanie zmęczenia, podnoszącą też poziom dopaminy, wpływając pozytywnie na motywację i uczucie pewności siebie w walce ze stresem. Serotonina produkowana podczas aktu miłosnego zwana jest hormonem szczęścia. Na końcu sposób odżywiania. Musi być zrównoważony, logiczny, odpowiedni dla danej płci i indywidualnych potrzeb. Z kolei one powinny uwzględniać stan zdrowia, o którym świadczą m.in. wynikach badania krwi i badań obrazowych. Nie kierujmy się wskazaniami paramedycznych „cudownych” aparatów, których skuteczność nie została potwierdzona przez badania naukowe, ani modnymi dietami.

To cztery pozytywne S. I przeciwstawione jest im jedno: stres. Stres, którego my już nawet nie widzimy. Pytam moich pacjentów, menedżerów z korporacji, jak oceniają swój poziom stresu w skali 1–10. Mówią: 5, a ja widzę, że 12… Wbudowali stres w swoje życie, już tego nie zauważają, już im się wydaje, że tak ma być, że to normalne, nie czują, że dawno przekroczyli barierę.

Czyli poza zadbaniem o cztery S musimy znaleźć swoją własną drogę wyciszania, rozładowania emocji? Tak. To konieczne. Jest joga, mindfulness, medytacje. Ale też adaptogeny. Mamy wiele substancji roślinnych o właściwościach adaptogennych: żeń-szeń chiński i syberyjski, cytryniec chiński, różeniec górski, szczodrak krokoszowaty, ashwagandhę, reishi, cordyceps sinensis, nazywany himalajską viagrą, nasz rodzimy ostropest plamisty i wiele wiele innych… Według definicji adaptogeny muszą spełniać trzy warunki. Być nietoksyczne dla odbiorcy, wykazywać szerokie spektrum działania i uodparniać organizm poprzez szerokie działanie fizyczne i biochemiczne, wreszcie powinny wykazywać właściwości normalizujące, tonizujące. Adaptogeny nie poskromią stresu, ale wspierając organizm – m.in. wątrobę, układ krążenia i układ odpornościowy – pomogą znosić przewlekły stres dużo lepiej. Czasami mówi się wręcz o budowaniu „zapasów energii adaptogenicznej” – silniejszy organizm lepiej sobie radzi. Jak ma pani wysoki kortyzol, powiedzmy 350, i pobierze ashwagandę trzy miesiące, to poziom kortyzolu spadnie pani na 250.

Czy lekarze, pani koledzy, potwierdzają pani obserwacje dotyczące narastającego problemu chorób psychosomatycznych, czy mówią: przesadzasz? Lekarze, tak jak już mówiłam, koncentrują się raczej na chorobach organicznych, a kiedy podejrzewają, że problem jest związany z psychiką, wysyłają pacjenta do psychiatry albo psychologa. I na nich przerzucają odpowiedzialność. Tymczasem sam psycholog nie pomoże, musi mieć wsparcie lekarza. A psychiatra leczy depresję. Tabletką. Nie ma ogniw pośrednich, które są konieczne. Nikt nie mówi o technikach wyciszenia, o adaptogenach, o hormonach. A o tym trzeba mówić. I dopiero kiedy wyczerpie się te wszystkie możliwości, kiedy okaże się, że nic już nie działa, powinno się sięgać po antydepresanty. Zadbajmy o siebie. Zwłaszcza teraz, kiedy jest trudniej niż kiedykolwiek, bo na „zwykły” stres nałożyła się pandemia, często lęk o byt, o zdrowie, nawet życie. COVID-19 pokazał, że wisieliśmy na cienkiej nitce, która łatwo może pęknąć. 

Dr Ewa Kempisty-Jeznach, jedyny w Polsce lekarz medycyny męskiej z międzynarodowym certyfikatem, kierownik medyczny Kliniki Medycyny Wellness w szpitalu Medicover. Autorka książek, między innymi „Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne” (wyd. Prószyński i S-ka).

  1. Psychologia

Gdy rozpada się męski świat – o samobójstwach mężczyzn mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko

Ludzie decydujący się na samobójstwo  zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. (fot. iStock)
Ludzie decydujący się na samobójstwo zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Są mężczyźni, którzy poświęcają się tylko pracy. Albo tylko rodzinie. Gdy tracą to, co jest dla nich wszystkim, tracą wszystko. Załamują się. Dochodzą do wniosku, że nie mają już po co żyć. Wtedy samobójstwo może wydawać się furtką, wyzwoleniem – mówi Benedykt Peczko.

35-letni mężczyzna z kręgu moich znajomych kilka miesięcy temu popełnił samobójstwo. Pozostajemy w szoku: wspaniała żona, trójka zdrowych dzieci, najmłodsze półtoraroczne, warunki do życia całkiem znośne, a on po prostu rezygnuje. Z pewnością łatwiej zrozumieć kogoś, kto doznał dojmującej straty, na przykład porzucenia przez bliską osobę, zdrady, popadł w pętlę kredytową, zbankrutował. Chociaż i w takich przypadkach trudno mówić o braku perspektyw życiowych. Perspektywy zawsze są, tylko czasami tracimy dostęp do własnej energii, siły, woli życia, pasji, kreatywności. Zapominamy o bogatym zapleczu, które posiadamy w postaci życzliwych ludzi, współpracowników, organizacji, które mogłyby pomóc przejść przez kryzysowy okres.

Porozmawiajmy o tych niepojętych dla obserwatorów z zewnątrz decyzjach osób, które teoretycznie mają wszystko. Wielu mężczyzn identyfikuje się głównie ze swoją pracą, z osiągnięciami. Gdy po okresie burzliwej kariery przestają awansować, a co gorsze, spadają w dół w hierarchii korporacyjnej, ciężko to znoszą. Załamują się: „mam dość”, „niech to się wreszcie skończy”, „nie będę się dłużej męczył, to i tak nie ma sensu”. Ale znałem też mężczyzn, którzy poświęcili się rodzinie. Gdy przyszedł kryzys, żona odeszła albo umarła, ci mężczyźni załamywali się, niektórzy popełnili samobójstwo. Ponieważ rodzina była dla nich wszystkim, stracili wszystko. Gdy tracą pracę, która jest wszystkim, także tracą wszystko.

Role, które pełnimy, to nie „wszystko”? Różnorodność, inwestowanie energii i uwagi w różne obszary życia w jakimś sensie nas chroni. Dobrze, by tych obszarów było jak najwięcej: dom, rodzina, praca, przyjaźnie, realizacja pasji, zainteresowań, aktywność społeczna, charytatywna. Gdy kruszy się czy zapada jeden filar, pozostałe podtrzymują sklepienie życia. Gorzej, gdy sklepienie spoczywa na jednym filarze, który właśnie się załamuje. Wtedy można pomyśleć, że zmarnowaliśmy mnóstwo czasu na to, by inwestować w coś, co teraz tracimy bezpowrotnie. Zapomnieliśmy o sobie, zaniedbaliśmy siebie w sensie rozległych relacji ze światem. Wielu mężczyzn nie zadaje sobie ważnego pytania: „po co ja to robię?”. Gdy pytam ich o to, mówią: „bo tak się robi”, „bo trzeba”, „bo mężczyzna powinien”. Boją się pytania, po co żyją, niezależnie od swojej rodziny czy pracy. Dla wielu tego typu refleksja stanowi gigantyczne wyzwanie. Budują poczucie wartości siebie i swojego życia poprzez różne zewnętrzne czynniki. Gdy odkrywają ich nietrwałość, załamują się, dochodzą do wniosku, że nie ma tu co robić, nie ma po co żyć. Skoro nie ma po co żyć, najlepiej zakończyć tę farsę. Wtedy samobójstwo może wydawać się furtką, wyzwoleniem.

Myśli samobójcze – to częsty temat na sesjach psychoterapeutycznych? Coraz częściej na psychoterapię przychodzą mężczyźni, którzy bardzo wiele osiągnęli i nagle przed czterdziestką ni stąd, ni zowąd, czują się wyczerpani, osamotnieni i zaczynają przebąkiwać o samobójstwie. Jeśli są w stanie zwrócić się o pomoc, mają szansę odkryć, że to, co robili do tej pory, nie jest jeszcze tym, o co chodzi w ich życiu. Mogą na przykład odkryć, że przez 20 lat realizowali nie swoją ścieżkę zawodową, ale tę, którą wybrali dla nich rodzice. Pojawia się myśl o zmarnowanych latach młodości na kształcenie się w kierunku, którego od początku nie lubili, a potem zmarnowanych latach realizowania nie swoich wartości. Jeśli podporządkowujemy się oczekiwaniom i celom narzucanym z zewnątrz, wtedy sprzeniewierzamy się własnej unikalności, żyjemy w wewnętrznym konflikcie. Wewnętrzny konflikt osłabia, prowadzi do głębokiego smutku, niechęci i przygnębienia.

Jest taka wspaniała metafora trawy przebijającej przez asfalt. Siły życia są potężne. Możemy wyobrazić sobie trawę, która w pewnym momencie natrafia na gruby beton i nie może się przebić, zaczyna umierać, siły życia odpływają. Betonem są tu silnie zablokowane głębokie potrzeby realizacji własnej unikalności. Zalewamy kolejne warstwy betonu, mówiąc sobie: muszę, powinienem, trzeba, należy, nie mam wyjścia, nie mam wyboru, takie jest życie, trzeba zacisnąć zęby, trzeba ciągnąć ten kierat. Inna sprawa to dziecięce traumy.

Zrozpaczeni chłopcy w ciałach dorosłych mężczyzn. Zdarza się – wcale nierzadko – że mężczyźni 40-, 50-letni wciąż borykają się z dziecięcymi traumami, zranieniami i frustracjami, nawet gdy są prezesami w korporacjach czy bankach. W gabinecie psychoterapeuty na kolejnych sesjach płaczą, mierząc się z dziecięcym bólem. Przeszłe traumy dotyczące relacji z mamą czy ojcem zapadły głęboko i ciągle istnieją na nieświadomym poziomie. Mężczyzna nie jest w stanie ucieszyć się tym, co osiągnął, nie widzi tego, co ma. Nie jest w stanie odnaleźć poczucia satysfakcji, celu i sensu. Nosi stary bagaż, który wysysa z niego energię. Czuje smutek i rozpacz. Jednak najczęściej nie rozumie dlaczego. Aby uciec od tego bólu, może zacząć myśleć o zakończeniu życia. Okazuje się, że przed rozpaczą wewnętrznego dziecka nie chroni żaden sukces, uznanie czy zadowolenie innych. Ono potrzebuje czegoś innego, domknięcia dawnej sytuacji, zaspokojenia potrzeb innego rodzaju – poczucia bezpieczeństwa, akceptacji. Mężczyzna myśli: skoro osiągnięcia nie mają dla mnie aż takiej wartości, nie czuję ich smaku, w dalszym ciągu jestem w rozpaczy, to co mogłoby mi pomóc? Jeśli życiowe powodzenie nie jest w stanie ukoić mojego smutku, to co go ukoi? Chyba już nic. Więc po co żyć? Po co się męczyć? Jaki to ma sens?

Deficyty z dzieciństwa odcinają od wewnętrznych zasobów. Dziecko poszukuje tego, czego nie dostało. Dorosły tkwi w dziecięcej roli. Co to może znaczyć w realnym życiu mężczyzny? Na przykład tkwi w roli opiekuna swojej mamy. Nie może dać mamie tego, czego ona oczekuje, ponieważ dziecko nie jest w stanie tego zrobić, nie może zastąpić ojca ani rodziców mamy. To jest ponad siły dziecka. Ale to powoduje dodatkową rozpacz; mama taka biedna, cierpiąca, a ja bezradny. To samo może dotyczyć relacji z ojcem. Jeśli mężczyzna nie dostał wsparcia od ojca w najtrudniejszych chwilach dzieciństwa czy młodości, czuł się opuszczony, w dorosłym życiu wewnętrzne dziecko nie czuje się pewnie. Przewodniczący rady nadzorczej w wielkiej korporacji może mieć poczucie, że jest nie na swoim miejscu. Siły życia, wzrostu, rozwoju są krępowane przez stare więzy i łańcuchy.

Jon Kabat-Zinn w książce „Świadomą drogą przez depresję” pisze, że istnieje taka część nas – świadomość – która jest w stanie objąć każde cierpienie. Ludzie decydujący się na samobójstwo nie mają dostępu do tej części i nie wierzą w nią. Zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. Chodzi tu o świadomość, że coś we mnie pozwoliło mi przeżyć do dzisiaj. Siły życia sprawiły, że z zapłodnionego jaja przeszliśmy wszystkie fazy rozwojowe i doszliśmy do miejsca, w którym jesteśmy. Po drodze wykonaliśmy niezliczoną ilość zadań, opanowaliśmy nieprawdopodobnie wiele umiejętności, zdobyliśmy mnóstwo doświadczeń, rozwinęliśmy wiedzę, mądrość, poznaliśmy różne sposoby radzenia sobie. Ileż problemów musieliśmy rozwiązać, żeby znaleźć się tutaj! To jest bogactwo, o którym zapominamy; skarb, z którego możemy czerpać. Wielu mężczyznom wydaje się, że prawdziwy sukces to ten lansowany w mediach, a nie doświadczenie, mądrość, wewnętrzne zasoby.

Jak je docenić? Poprzez trenowanie się w radości z drobiazgów. Delektowanie się prostymi rzeczami. Niekoniecznie tym, że po raz kolejny awansowałem. To oczywiście powód do radości i satysfakcji, ale nie jedyny. Im więcej źródeł radości życia, tym mniejsze prawdopodobieństwo myśli samobójczych, nawet w stanach ostrego kryzysu. Odkrywanie pasji, czegoś, co nas cieszyło, gdy byliśmy dziećmi, młodymi ludźmi, pozwala odzyskać bawiącego się chłopca. Mam wrażenie, że my, mężczyźni, Kyzjesteśmy zbyt poważni.

Jak wygląda interwencja psychoterapeutyczna? Gdy mężczyzna mówi, że chciałby zakończyć życie… Taki komunikat jest dla mnie sygnałem, że nie chce dłużej żyć tak, jak do tej pory. Pytam wtedy o to, jak chciałbyś żyć? To daje możliwość spojrzenia na takie aspekty istnienia, o których do tej pory nie myślał. Gdy mówi: „nie chce mi się żyć”, dokonuje gigantycznej generalizacji. Pytam: co potrzebowałbyś zmienić, żeby ci się chciało? Jakie warunki muszą być spełnione? Co możesz zrobić ze swojej strony, żeby je spełnić? Kto mógłby w tym pomóc? Jakich środków potrzebujesz? To są pytania na ścieżce zmiany. Przekierowujemy uwagę z dylematu „być albo nie być” na „jeśli nie chcę czegoś, czego chcę w zamian i jak to osiągnąć?”. Trudno natychmiast przejść od tendencji samobójczych do radości życia. Dużo łatwiej zmienić zachowanie, zaplanować małe kroki, ale wykonalne. Proszę też, aby mężczyzna wyobraził sobie wystarczająco dobre życie, nie idealne, ale wystarczająco dobre. Nie bierzemy od razu rozmachu na wielkie rzeczy: szczęście, radość, spełnienie. Skupiamy się na drobiazgach. Jakie minimalne zmiany musiałyby się dokonać, żeby zaczęło mi się chcieć?

Próby samobójcze bliskich generują mnóstwo poczucia winy w systemach, w których żyjemy. Jak słyszałam, trudno się z tego wydostać. Jeśli ktoś postanawia się zabić, nic i nikt go nie powstrzyma. Możemy brać odpowiedzialność tylko za nasze zachowanie. To nieprawda, że „on zabił się przez nią”, że „to ona wpędziła go do grobu”. Oczywiście określone zachowania mogą tworzyć warunki do tego, żeby ktoś zaczął myśleć o samobójstwie, jednak nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co zrobi druga osoba.

„Nie mogę tego zrobić bliskim”. Wydaje się, że to dobra motywacja, aby dać życiu kolejną szansę. Gdy więc pojawiają się myśli o zakończeniu życia… …pozwolić sobie ochłonąć. A potem przynajmniej raz spotkać się z kimś, z kim moglibyśmy porozmawiać. To może być psychoterapeuta, ale też przyjaciel, ktoś bliski, do kogo mamy zaufanie i o kim wiemy, że wysłucha, nie dając od razu dobrych rad. Często jedna rozmowa powoduje, że zaczynamy dostrzegać w swojej sytuacji takie aspekty, które wcześniej umykały uwadze.

Przeszkodą może być przekonanie wielu mężczyzn, że powinni poradzić sobie sami. „Mężczyzna nie dyskutuje o swoich problemach”. Nieprawda, zawsze dyskutuje, tylko ze sobą. Najczęściej robi to nieświadomie i w taki sposób, który go nie wzmacnia. „Jeżeli sam sobie nie pomogę, nikt mi nie pomoże.” U mężczyzn to powszechne. Mają rację: tylko oni są w stanie sobie pomóc. Jeśli sięgają po pomoc, stwarzają odpowiednie środowisko do tego, by mogli pomóc sobie sami. To najlepsza decyzja.

  1. Zdrowie

Dystymia - lenistwo czy choroba?

Dystymia objawia się niezadowoleniem, ciągłym zmęczeniem, brakiem motywacji do działania i wiary w siebie. Życie nie cieszy i wydaje się pozbawione sensu. (Fot. iStock)
Dystymia objawia się niezadowoleniem, ciągłym zmęczeniem, brakiem motywacji do działania i wiary w siebie. Życie nie cieszy i wydaje się pozbawione sensu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Dystymia to przewlekła, łagodniejsza postać depresji, rodzaj nerwicy, która nie pozwala cieszyć się życiem. Jak ją rozpoznać i leczyć, radzi psycholożka Sylwia Woronowicz. 

Podobno ta choroba dotyka około 3 proc. społeczeństwa. To dużo, zważywszy, że niewiele osób o niej słyszało. To prawda. O dystymii prawie się nie mówi. Poza tym to wciąż choroba nie do końca poznana, trudna do zdiagnozowania. Myślę, że ludzi cierpiących z jej powodu może być nawet więcej, tyle że rzadko trafiają do specjalisty. I na tym właśnie polega ich tragedia. Cierpią, ale jakoś funkcjonują, więc są przekonani, że „po prostu tak mają”. Spełniają role społeczne, znajdują jakieś miejsce do mieszkania i pracowania, jakiś związek. Tyle że wszystko wydaje im się pozorne, jakby w środku nie było treści. Nie doświadczają tego emocjonalnego rezonansu, który sprawia, że człowiek czuje radość. Wyglądają, jakby żyli, ale nie do końca zdawali sobie z tego sprawę. Emocje, których doświadczają, też są jakieś blade... Kiedy przychodzi do mnie pacjent z dystymią, to nie rozpacza, tylko raczej się skarży – słowem, tonem głosu, całym ciałem.

Jak dokładnie wygląda życie z dystymią? Proszę sobie wyobrazić, że wciąż jest pani niezadowolona, zmęczona, brakuje pani motywacji do działania i wiary w siebie. Życie nie cieszy i wydaje się pozbawione sensu. Ma pani poczucie pustki wewnętrznej. Otoczenie zarzuca pani lenistwo, pesymizm, każe po prostu zabrać się do roboty, zrobić coś ze sobą, wziąć w garść. A pani nie ma siły i czuje się z tego powodu winna. Ten stan trwa dość długo. Może nawet całe życie.

Jeśli w końcu okaże się, że wszystko to objawy choroby, którą można leczyć, a nie pani wina, to może pani poczuć dużą ulgę. Oczywiście, sposób funkcjonowania mógł pogłębić dystymię, ale to nie jest tak, że cierpi pani na własną prośbę, jak często wmawiają dystymikom bliscy.

Jak dochodzi do tego, że pacjent do pani trafia? Najczęściej z dwóch powodów. Albo nastąpiło pogłębienie depresyjne, czyli na dystymię nałożyła się pełnoobjawowa depresja, co nie należy do rzadkości, albo pacjent, zwykle osoba około trzydziestki, właśnie zrobił bilans życiowy i doszedł do wniosku, że takie życie nie ma jednak sensu.

A to nie jest powszechne, że bilans życia sporządzany w okolicach trzydziestki rzadko jest zadowalający? Powszechne. Ale nie każde niezadowolenie z dotychczasowego życia świadczy o chorobie. Dla życiorysu osób z dystymią charakterystyczne jest to, że one często bardzo się starały, naprawdę chciały coś osiągnąć, ale jakoś nie szło. Tak jakby dodawały gazu w samochodzie, ale nie były w stanie wprawić go w ruch. Często okazuje się, że ich historia toczy się dobrze do jakiegoś momentu, a potem następuje wyhamowanie. W rezultacie ktoś, kto w młodości bardzo dobrze się zapowiadał, niewiele osiągnął.

Oj, mam wrażenie, że gdybyśmy zrobiły sondę, to prawie całe nasze społeczeństwo odnalazłoby się wśród tych dobrze zapowiadających się, którym życie pokrzyżowało plany. Nie wiem, jak jest z całym społeczeństwem. Ja mogę się wypowiadać jedynie na temat moich pacjentów. I taki życiowy zwrot na niekorzyść zawsze zwraca moją uwagę.

Pytam, bo zaczynam się zastanawiać, czy ta dystymia nie jest przypadkiem taką furtką, czymś, na co łatwo można zrzucić winę za wszystkie swoje błędy. Czy można być po prostu leniwym, lekkomyślnym, mało ambitnym..., czy też wszystko da się chorobowo wytłumaczyć? Oczywiście, że można być po prostu leniwym, lekkomyślnym i mało ambitnym. I oczywiście są osoby, które mają ten niekorzystny bilans życia dlatego, że czegoś nie zrobiły, że im się rzeczywiście nie chciało, nie postarały się, zaniechały, popełniły ewidentny błąd, ale nie o takich teraz mówię.

Żeby zdiagnozować dystymię, trzeba stwierdzić co najmniej dwa objawy, które utrzymują się nie krócej niż dwa lata. Niekiedy jest ich więcej. Nie pojawiają się wszystkie naraz, ale w miarę upływu czasu dołączają kolejne. Charakterystyczne są na przykład zaburzenia snu – klasyczny objaw wszystkich zaburzeń depresyjnych. Albo sen jest bardzo długi, a mimo to nieefektywny, albo zbyt krótki. Z tym związane jest często nadużywanie alkoholu, który ma pomóc zasnąć. Pacjenci mówią: „to tylko jeden kieliszek wina albo piwo wieczorem”. Jeśli jednak alkohol pojawia się codziennie lub prawie codziennie, to już jest go bardzo dużo. Tworzy się taka maska alkoholowa, która przykrywa toczący się pod spodem proces depresyjny. Do tego dochodzą zaburzenia łaknienia. Osoby z dystymią jedzą albo zbyt mało, albo zbyt dużo, a i tak wciąż są głodne.

Jeśli objawy utrzymują się bardzo długo, to jak pacjenci mają zauważyć zmianę? Ja na przykład nie pamiętam, ile jadłam trzy lata temu. No właśnie. Samemu rzeczywiście trudno to prześledzić. Potrzebne jest odzwierciedlenie. Czasem zwróci uwagę znajomy, czasem dopiero psychoterapueta pomoże spojrzeć z dystansu. Ja na początku przeprowadzam głęboki wywiad na temat całego życia pacjenta. Potem robię dla niego podsumowanie, tak, że „otrzymuje” całe życie w pigułce. Wtedy okazuje się, że był jednak jakiś moment, kiedy wszystko zaczęło się zmieniać na niekorzyść, kiedy czynności, które wcześniej sprawiały radość, jak np. czytanie książek czy spotkania ze znajomymi, stały się równie atrakcyjne jak obieranie ziemniaków. Świat zaczął jawić się jako pusty i nudny, tak, że dziś nie ma większego znaczenia, czy się żyje, czy nie. Niektórzy pacjenci określają to „takim nieżyciem”.

Jakie są przyczyny dystymii? Prawdopodobnie, bo zdania na ten temat są podzielone, w człowieku istnieje pewna predyspozycja genetyczna lub biologiczna. To znaczy, że dystymia czeka na okazję, żeby się ujawnić. Dzieje się tak np. na skutek niepomyślnych okoliczności – straty pracy, porzucenia, utraty bliskiej osoby itp. Objawy pojawiają się też często w okresie wczesnej dorosłości, kiedy wchodzimy w nowe role społeczne. To oczywiście naturalne, że kryzys na pewien czas obniża nastrój, jednak w dystymii zaczyna się powolny zjazd w dół. Nie ma powrotu do równowagi. To, czy choroba się ujawni, zależy też od tego, czy w człowieku nie ma wewnętrznego konfliktu.

Jak się ją leczy? Najlepsza jest dwutorowa ścieżka – leki antydepresyjne i psychoterapia. Leki stwarzają człowiekowi warunki, by dzięki psychoterapii mógł zrobić krok na przód. Zawsze ostrzegam pacjenta, że jeśli leczenia farmakologicznego nie wesprze zmianami nawyków, to wróci do punktu wyjścia. Tylko w nielicznych przypadkach dzieje się tak, że bez świadomej pracy mechanizm zmian sam się uruchomi. Zdarza się, że pacjent bierze leki i czeka, aż się coś wydarzy. Delektuje się tym lepszym stanem. A powinien inwestować.

Czyli? Najpierw musi zaobserwować, jakie jego zachowania pogłębiają dystymię, a jakie nie. Z pomocą psychoterapeuty to nie jest takie trudne. Bardzo szybko pacjenci są w stanie odpowiedzieć na moje prowokacyjne pytanie: „co by pani zrobiła, by gorzej się poczuć?”. Bez zająknięcia recytują całą listę zachowań. To znaczy, że mają już świadomość swoich wyborów. Mogą zacząć zastępować złe wzorce dobrymi, a nie mówić: „obudziłam się rano w fatalnym nastroju i tak mi zostało do wieczora” – bo już wiedzą, co zrobić, żeby ten nastrój sobie poprawić. Korzystne zachowania i reakcje trzeba jednak powtarzać wielokrotnie, zanim staną się automatyczne. I to rzeczywiście jest trudne.

Słyszałam, że dystymię leczy się o wiele trudniej niż depresję. Tak, bo osoba z depresją czuje się gorzej, więc bardziej chce ten stan zmienić. Chora na dystymię ma mniejszą motywację. Myśli: „tyle przeżyłam i jakoś żyję, może kiepskie to życie, ale jakoś się toczy”. Niby chce coś zmienić, ale kiedy napotyka jakieś trudności, często zaraz chce się wycofywać. Mówi: „właściwie to jest w porządku, może rzadko spotykam się z ludźmi i moja praca nie jest taka interesująca...”.

...ale przynajmniej jest praca. Właśnie, więc zostawmy ten problem, przyklepmy go, bo zmiany są trudne, wyczerpują energię.

Jakie są szanse na szczęśliwe zakończenie? Dosyć duże, pod warunkiem, że z dystymią nie współistnieją inne zaburzenia. Wielokrotnie byłam świadkiem, jak pacjenci po terapii zmieniali się nie do poznania. Inna była nawet ich postawa, mowa ciała, język, jakiego używali. Opowiadali, co zrobili, nazywali swoje uczucia, używali takich zwrotów jak „postanowiłem”, co wcześniej było nie do pomyślenia, bo w dystymii podejmowanie decyzji jest bardzo trudne. Sami też byli w stanie dostrzec zmianę. Czasem dopiero wtedy przypominali sobie, że kiedyś już był w ich życiu czas, kiedy czuli się dobrze

Sylwia Woronowicz psycholożka i psychoterapeutka. 

  1. Psychologia

Nie mów nigdy „to koniec!”. Pielęgnowanie negatywnych myśli niszczy i odbiera sens życia

W każdej sytuacji należy sobie powtarzać: „Cokolwiek mi jeszcze zostało, to zrobię z tego coś pięknego i dobrego”. Piękno i dobro to antyczne wartości, o których dziś prawie nie pamiętamy. (Fot. iStock)
W każdej sytuacji należy sobie powtarzać: „Cokolwiek mi jeszcze zostało, to zrobię z tego coś pięknego i dobrego”. Piękno i dobro to antyczne wartości, o których dziś prawie nie pamiętamy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Przewlekła choroba, kalectwo mogą odebrać wiarę w sens życia. Jak mimo bólu odnaleźć uśmiech i pogodę ducha. Rozmowa z psycholog Ewą Woydyłło.

Artykuł z archiwalnego numeru magazynu „Sens.” Przypominamy go w lutym – Miesiącu Walki z Depresją.

„Czujemy się tak, jak myślimy” – zgodnie podkreślają psychologowie. Co to znaczy? Myśli nas prowadzą. Jeśli pomyślę, że mam 70 lat i oznacza to koniec mojego życia, to jutro z łóżka nie wstanę. A mogę też inaczej: „Rzeczywiście mam już trochę lat, ale jeszcze potrafię się uczyć, troszczyć o innych, o siebie, cieszyć życiem, podróżami, książkami, koncertami...”. Więc absolutnie prawdą jest, że przeżywamy to, co podpowiedzą nam własne myśli.

Ale co ma powiedzieć osoba, która dowiaduje się, że ma nowotwór lub po wypadku staje się kaleką? Negatywne myśli u takich osób są naturalne, lecz nie powinny być długo pielęgnowane, bo niszczą, odbierają sens życia. Trzeba jak najszybciej zamienić je na inne. Na przykład zamiast: „nie będę mógł chodzić, więc moje życie się skończyło”, pomyśleć o jakiejś innej sprawie, włączyć telewizor i obejrzeć program, z którego się dowiesz, czym jest np. czarna dziura. Nie mówię, że masz złą myśl zamienić na dobrą: „nie będę mógł chodzić, fajnie...” – nie! Tylko na inną. Bo jeśli pozostaniesz przy tej złej, to ona może zmienić się w dręczącą obsesję. Nie znaczy też, że masz zagłuszyć w sobie ból, rozpacz, cierpienie, upijając się na przykład do nieprzytomności.

Nieuleczalna choroba czy kalectwo to przeciwnik wagi ciężkiej i walka z nim musi być niezwykle trudna. Człowiek ma powody, by się zapaść... Ma nawet prawo do zapadnięcia się. Nie używałabym jednak słowa „walka” – zamiast walczyć, lepiej rozwiązywać problem. Tak więc osoba przytłoczona przerażeniem może sobie powiedzieć: „to koniec”, ale wtedy podda się czarnowidztwu, które odbierze jej chęć do życia. Lepiej szukać sposobów, które pomogą jej zmienić ten tor myślenia.

Życie cały czas płynie ruchem jednostajnie posuwistym wzdłuż jakiejś osi – godzinę temu byliśmy w tym punkcie, a teraz jesteśmy już tu. W pewnej chwili dotyka kogoś nieszczęście, które wywołuje szok – to naturalna reakcja, ale – podkreślmy to jeszcze raz – nie wolno pozostać w tym miejscu, trzeba iść dalej, choćby po to, żeby nie wpaść w depresję.

Stan beznadziei i lęk przed przyszłością przychodzą jednak zwykle nieco później, w fazie długotrwałego zmagania się z chorobą... Racja. Gdy dowiadujemy się, że wykryto u nas lub kogoś bliskiego ciężką chorobę, jesteśmy w stanie szoku. Wydzielają się wtedy endorfiny i adrenalina, które pomagają zmobilizować się i stawić czoła nagłemu zagrożeniu. Jeśli np. czegoś się bardzo wystraszymy, to potrafimy uciekać z olimpijską wręcz prędkością. Dużo bardziej groźny stan pojawia potem, kiedy uświadomimy sobie w pełni to, co się stało – wtedy już nie działa adrenalina. „Zawalił mi się świat. Ziemia usunęła mi się spod nóg” – mówią ludzie, którzy uświadomili sobie bezmiar nieszczęścia. I to jest normalne, trzeba przez to przejść, by drobiazgowo i realistycznie ocenić sytuację. Jeśli mamy poradzić sobie z chorobą czy kalectwem, z wielką stratą lub szkodą, to musimy zdać sobie sprawę z tego, co tak naprawdę się wydarzyło, rozważyć cały ogrom cierpienia – tak jak w sklepie, który okradziono, trzeba zrobić remanent, by się dowiedzieć, czego brak i zastanowić się, w jaki sposób wyrównać straty. Zdarzają się nieszczęścia, które tylko w pierwszej chwili wydają się niepowetowane, a gdy porównamy je do doświadczeń innych osób czy kataklizmów, jakie co chwila dotykają jakąś część świata, okażą się naprawdę błahe. Ale nawet w największych nieszczęściach potrzebna jest perspektywa i wiara w pozytywną zmianę, którą najlepiej osobiście zaplanować i urzeczywistnić, nie czekając, by los zrobił to za nas.

Czy osoba cierpiąca może taką szansę dostrzec sama? To może być trudne. Ale obok jest przecież lekarz, pielęgniarka, mama, przyjaciółka, siostra... A jeśli się zdarzy ktoś, kto nie ma tego kręgu najbliższego wsparcia, to nie powinien czekać, tylko rozejrzeć się i taki system wsparcia sobie stworzyć. Jedynie dzieci tego nie potrafią, bo one jeszcze nie umieją zatroszczyć się o siebie, nimi muszą opiekować się dorośli.

Na ponure myśli jest jedna rada: postaraj się z kimś o tym porozmawiać. Możesz zadzwonić do znajomego lub zapytać sąsiadkę: „Pani Marysiu, czy mogłabym u pani wypić herbatę? Muszę się pani wyżalić. Wie pani, co się stało?...”. Jeśli druga osoba nie znajdzie dla ciebie czasu, to zastukaj do kolejnych drzwi. Ktoś w końcu dostrzeże twój smutek i zapyta: „Co ci jest? Czy coś się stało?”. Pocieszające jest to, że w większości trudnych życiowych sytuacji znajdują się ludzie, na których można liczyć.

A jeśli ktoś zamknie się w sobie ze swoim problemem? To jest czasami dramat bliskich ludzi, którzy stoją obok z wyciągniętymi do pomocy rękami, a osoba cierpiąca zamyka się niczym ostryga i nie chce ich do siebie dopuścić.

Co wtedy robić? Przede wszystkim trzeba zachęcić taką osobę do wyjścia z izolacji. Jest na to wiele sposobów: można ją zapraszać do siebie lub odwiedzać, proponować wspólne wyjście na spacer, do kina, na zakupy... Dość nieskuteczne i niewskazane jest mówienie: „weź się w garść”, bo jeśli ktoś jest w depresji, to właśnie tego nie potrafi zrobić. Lepiej zapytać: „Co mogłabym dla ciebie zrobić, jak ci pomóc?”. Albo przyjść i powiedzieć: „Słuchaj, nie mogę patrzeć na ten bałagan. Chodź, posprzątamy razem. Gdzie trzymasz odkurzacz? Przyniosłam karton – włóż do niego te stare gazety, a ja go wyniosę”. Można też spytać: „Czy masz jakieś pieniądze? Mogę pójść z tobą do banku...”. Albo zaproponować: „Ufarbuję ci włosy. Jaką chcesz farbę? A może zmienimy ci fryzurę?”.

Nie każ tej osobie niczego robić samej i nie zachowuj się jak prokurator, tylko wspieraj i mobilizuj do działania. Ale jedno trzeba sobie uświadomić: nad drugim człowiekiem nie masz kontroli, w najlepszym razie niektórzy ludzie potrafią mieć kontrolę nad samym sobą. Założenie, że jeśli coś zrobisz, to dana osoba przestanie się smucić, jest wchodzeniem w rolę Pana Boga. Możesz stanąć na rzęsach, a ona powie: „Nie chcę pomocy, ja chcę umrzeć”. I wtedy co? Kto będzie temu winien – lekarz, bliscy? Chyba nie. Człowiek ma wolną wolę i sam decyduje o swoim życiu. Co jakiś czas świat wzburzają tragiczne wypadki, np. słyszymy: „Lekarz wypisał pacjentkę ze szpitala, a ona po wyjściu popełniła samobójstwo”. A czy można kogoś siłą zmusić, by cieszył się życiem?

Osobom ciężko dotkniętym przez los okazujemy dużo zrozumienia i współczucia. Czy to prawidłowe zachowanie? Tak, należy okazywać współczucie, ale nie litość. To zasadnicza różnica. Jeśli okazuję komuś współczucie, to znaczy, że wierzę, iż sobie poradzi, a jeśli litość – to uważam, że sobie nie poradzi. Czasami mam do czynienia z osobami, które uważają, że jak ktoś jest chory i biedny, to otoczeniu nie wypada się uśmiechać. Powstaje supeł, który trudno rozwiązać. Oczywiście, nie można zachowywać się jak klaun albo udawać, że się nie dostrzega powagi sytuacji. Natomiast przygnębienie, zły nastrój, łzy – raczej nikomu nie pomogą.

Kiedy moja mama, już umierająca, leżała w szpitalu, lekarz powiedział do mnie: „Proszę, niech pani przychodzi jak najczęściej i będzie przy mamie jak najdłużej. Ale przed wejściem do jej pokoju niech pani poprosi pielęgniarkę o środki uspokajające, żeby przy mamie nie płakać i nie przelewać na nią swego bólu i rozpaczy”. To był mądry lekarz. Pamiętam, że przywoziłam codziennie gazetę, siadałam i zaczynałam od prasówki, wtedy głównie z działu sportowego, bo odbywały się piłkarskie mistrzostwa Europy, a mama była fanką piłki nożnej. Rozbawiałam ją różnymi opowiastkami, choć zupełnie nie było mi do śmiechu. Płakałam, ale dopiero po wyjściu.

Rodzice pewnego chłopca, u którego w wieku 18 lat pojawiły się nagle ataki epilepsji, sami wpadli w depresję – z bezsilności, bezradności, z poczucia winy, że nie potrafią „zdjąć” z syna tej choroby... Widok cierpienia kochanej osoby, której nie można pomóc – jest wielkim dramatem. Bardzo współczuję tym rodzicom. Jeśli chcą dać swemu synowi wsparcie, to sami powinni być mocni. Jeśli chcą mu choć trochę poprawić samopoczucie, to sami muszą zadbać o ufność i nadzieję. Jeśli chcą dać mu wiarę w wyzdrowienie, to sami muszą w to wierzyć. Jeżeli tego nie potrafią, to mogliby porozmawiać z psychoterapeutą, który pomoże im poradzić sobie z tym nieszczęściem.

Drugiemu człowiekowi możesz dać tylko to, co sam masz. Chcąc komuś pomagać, trzeba zadbać o własne zdrowie psychiczne – pogodę ducha, energię, gotowość działania i umiejętność wsparcia. Dlatego ktokolwiek opiekuje się osobą chorą, nie może pozwolić sobie na depresję.

Z tym wiąże się jeszcze coś: ludzie chorzy, widząc, jak bardzo ich bliscy to przeżywają, martwią się o nich i obciążają siebie winą za ból i trudy, jakich im przysparzają. Jednym i drugim to bardzo szkodzi. Dlatego bliskim, którzy opiekują się chorym, powinni pomagać specjaliści.

Jak wygląda taka pomoc? Psycholog w takiej sytuacji skupia się na uwolnieniu od poczucia winy, ułatwieniu pogodzenia się z trudnym położeniem. Pokazuje, że mogło być gorzej i że to, co się stało, to jeszcze nie koniec świata. Obcięło komuś jedną nogę, a mogło obie. Stracił wzrok, ale ma słuch. Nie ma wzroku i słuchu, ale ma dwie sprawne ręce... Trzeba się tylko zastanowić, jak wykorzystać swój potencjał i dostępne zasoby. Co z tym, co zostało, można w życiu zrobić dobrego. Ograniczenia nie muszą odbierać uśmiechu i zdolności przeżywania radości życia. Mam niewidomą znajomą, która po powrocie ze Stanów z zachwytem mówiła: „Ile ja tam wspaniałych rzeczy zobaczyłam!”.

Amerykański rysownik, John Callahan, został sparaliżowany w wyniku wypadku samochodowego. Wpadł w depresję i alkoholizm, ale po kilku latach zaczął trzymać ołówek pomiędzy rękoma, którymi z trudem poruszał, i tworzyć pełne humoru historie obrazkowe dotyczące niepełnosprawności. Zdobył nimi ogromną popularność. Dobry przykład. Kluczem do zdrowia psychicznego jest akceptacja tego, co nas spotyka. Ona przynosi spokój. Każda szamotanina, niezgoda na coś, jest bezowocnym zużyciem energii. Trochę szkoda, że Callahan zapłacił za swoje odrodzenie epizodem depresyjno-alkoholowym. Bo to nie zawsze dobrze się kończy…

Może czasem trzeba sięgnąć dna, by mieć od czego się odbić? Na cmentarzach jest sporo grobów ludzi, którzy sięgnęli dna. Dlatego nikomu nie pozwalajmy, by tego próbował. Trzeba starać się jak najlepiej przeżyć każdą sekundę życia. Dbajmy świadomie o jakość naszego życia – mamy je tylko jedno. W każdej sytuacji należy sobie powtarzać: „Cokolwiek mi jeszcze zostało, to zrobię z tego coś pięknego i dobrego”. Piękno i dobro to antyczne wartości, o których dziś prawie nie pamiętamy. Jeżeli człowiek stara się je pomnażać, to dba o siebie i o innych, buduje, a nie niszczy. Tak pojmuję sens życia.