1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Sekret sukcesu tkwi w tym, aby stworzyć swoją rutynę i się jej trzymać

Sekret sukcesu tkwi w tym, aby stworzyć swoją rutynę i się jej trzymać

„Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy. Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem” – stwierdził filozoficznie Arystoteles. (Fot. iStock)
„Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy. Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem” – stwierdził filozoficznie Arystoteles. (Fot. iStock)
Podobno ludzie sukcesu wstają o szóstej rano, niektórzy nawet jeszcze wcześniej. Wiadomo, kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Ale na szczęście daje też tym, którzy lubią się zwyczajnie wyspać – uspokaja psycholożka Hanna Samson na przykładzie trzech przyjaciółek i swoim własnym. Bo sekret powodzenia tkwi w tym, by stworzyć swoją rutynę, złapać własny rytm - i się go trzymać. 

Moja przyjaciółka jest znaną pisarką, więc nie będę wymieniać jej nazwiska, skoro chcę opowiedzieć o jej sprawach osobistych, a zaszyła się w takiej głuszy, że nie mam jak nawiązać z nią kontaktu, żeby zapytać o zgodę. Ale nawet gdy przyjeżdża do w Warszawie, ten kontakt nie jest łatwy, chyba że zna się reguły gry. Bo przyjaciółka do szesnastej nie odbiera telefonów, nie czyta SMS-sów ani nawet najbardziej rozpaczliwych wiadomości na Messengerze, jest odłączona od świata i możesz dzwonić i dzwonić, aby się dowiedzieć, że osoba, do której dzwonisz, znajduje się poza zasięgiem. Możesz się złościć i obrażać, ale nie ma o co, bo po południu do ciebie zadzwoni, żeby opowiedzieć, jak jej poszło. Co? Oczywiście pisanie, które traktuje poważnie jak pracę w korporacji, tyle że zdalną, co dziś już nie dziwi.

Pisze codziennie od rana do wspomnianej czwartej po południu, ale rano nie jest tak jasno określone jak koniec, bo budzi się, o której się budzi, zwykle między ósmą a dziewiątą, a czasem później. Nie zaczyna od ćwiczeń fizycznych ani nawet od posłania łóżka, nie kąpie się, tylko robi kawę i siada do pisania, potem w jakiejś przerwie na myślenie zje śniadanie, umyje zęby, ale to wszystko jest jej czas na pisanie, choć nie zawsze od razu ma efekty. Czasem siedzi przed ekranem laptopa i nic nie przychodzi jej do głowy. Albo przychodzi coś, co za godzinę lub dwie bez żalu kasuje, bo popłynęła nie tam, gdzie chciała lub nie takim stylem. No czasem po prostu jej nie idzie, brak natchnienia, opór materii, niejasność tego, dokąd chce dojść, ale i tak siedzi przez oznaczony czas i rozpracowuje, o co chodzi. Niekiedy po kilku tygodniach wszystko, co napisała, trafia do kosza, czasem z trzydziestu stron zostają dwie, ale to tylko zagrzewa ją do pracy, a nie zniechęca. W końcu zawsze pisze coś dobrego i może celebrować sukces, ale szybko wraca do codziennej rutyny i do szesnastej zapomnij, że masz przyjaciółkę.

Wszyscy jesteśmy nawykami

„Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy. Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem”
...stwierdził filozoficznie Arystoteles, a moja przyjaciółka to świetny dowód na to. Jest pisarką, która dzień po dniu dąży do doskonałości i zawsze ją osiąga. Jest nastawiona na sukces, ale już samo dążenie do niego ją bawi. Lubi pisać, walczyć z oporem słów, budować zdania, które zaskakują. Kocha tę swoją rutynę, oddaje jej się ciągle z entuzjazmem, złości się, gdy pojawiają się jakieś przeszkody i nie może pracować. Cieszy się samym procesem pisania, to pewnie dzięki temu jest konsekwentna, cierpliwa, wytrwała, a właśnie takie cechy zwiększają szanse na sukces. Ale nie myślcie sobie, że nie zajmuje jej nic poza pisaniem! Po pracy włącza się zachłannie do świata, nadrabia zaległości w newsach i kontaktach społecznych, bywa, ogląda, spotyka się.

A skoro już zaczęłam od przyjaciółki i lubię być sprawiedliwa, to opowiem wam jeszcze o drugiej, która dla odmiany jest malarką, po latach pracy w korporacji wyprowadziła się ze swoim partnerem z miasta i prowadzi życie, jakie chce. Ale nie musi sobie codziennie odpowiadać na pytanie, co dziś chciałaby robić, bo już dawno wypracowała rutynę, która strukturalizuje jej życie i którą kocha. Ona, tak jak inni ludzie sukcesu, wstaje o szóstej rano i wychodzi na spacer z psem, a że mieszka w cudownych okolicznościach przyrody i na odludziu, to ten spacer jest wielką przyjemnością i trwa zwykle godzinę, nawet jesienią czy w zimie, bo rzecz rozgrywa się na Suwalszczyźnie i tam zawsze jest pięknie.

W czasach pracy w korporacji również wstawała o tej porze i przez godzinę malowała, dopiero potem wpadała w wir. A teraz jest na emeryturze i może sobie iść na długi spacer. Po powrocie pies je, a ona robi sobie śniadanie i czyta newsy, i wie wszystko, co dzieje się na świecie, choć mieszka poza. Gdy po śniadaniu pije kawę, z góry schodzi jej partner z drugim psem, który śpi dłużej od swojego brata, bo razem z panem mają inną rutynę. Chwilę rozmawiają, a gdy on wraca ze spaceru, ona jest już na górze w swojej pracowni. Włącza muzykę i dwie godziny maluje. Więcej nie daje rady, bo to ciężka praca i po tych dwóch godzinach jest wykończona, maluje duże obrazy i piękne, więc tylko przez dwie godziny, ale codziennie. Ma poczucie, że dzień bez malowania, który czasem musi się zdarzyć, to duża strata, bo wyrywa ją z rytmu i od nowa musi wchodzić w proces, który kocha i jest dla niej ważniejszy od sukcesu.

Osobowa nie pośpieszna

„Sukces to suma niewielkiego wysiłku powtarzanego z dnia na dzień”
...przekonywał pisarz Robert Collier i rutyna mojej przyjaciółki to potwierdza. Bo choć nie skupia się ona na sukcesie i maluje gdzieś na końcu świata, to jednak ludzie znają jej obrazy, co jakiś czas organizowane są wystawy jej prac i nie brakuje chętnych, żeby je kupić, choć jej kariera nie jest taka, na jaką zasługuje. Może dopiero po śmierci zyska sławę, co uchroni ją przed zmianą stylu życia. Sama mam w domu jej dwa obrazy i codziennie się nimi zachwycam, bo te obrazy są inne niż wszystkie. Chętnie bym wam opowiedziała, co moja przyjaciółka robi po malowaniu, bo cały jej dzień ma jasną strukturę i wiadomo, co po czym nastąpi, ale mam jeszcze jedną przyjaciółkę, więc sprawiedliwie też o niej opowiem.

Moja trzecia przyjaciółka nie jest artystką, lecz właścicielką firmy wydawniczej, więc wprowadzi nam trochę różnorodności. Jej firma odniosła wielki sukces, który można przeliczyć na wielkie pieniądze, więc jest kobietą sukcesu w powszechnym rozumieniu, ale nie tylko o pieniądze tu chodzi. Moja przyjaciółka mogłaby już nie pracować, bo osiągnęła wiek emerytalny, ale nadal pracuje, bo kocha to, co robi, a w jej nawykach niewiele się zmieniło od czasu założenia firmy. Nawet w burzliwych początkach własnej działalności miała tę samą rutynę co dzisiaj, nigdy nie znosiła pośpiechu i przez całe życie udawało jej się przed nim uchronić.

Czy to możliwe? Przecież wszyscy mamy tyle samo czasu, a jak się ma firmę i dwoje dzieci, to wiadomo, że trzeba się spieszyć. A moja przyjaciółka nie dała się wkręcić w pęd świata i funkcjonuje po swojemu. Wstaje zwykle o siódmej, bo tak się budzi i najpierw w łóżku wykonuje ćwiczenia na kręgosłup, a potem ćwiczy dalej przez pół godziny. Prysznic, śniadanie, kawa, no wiadomo, ale potem zaskoczenie, bo przez godzinę czyta książkę. Inni miotają się między łazienką a kuchnią, w końcu w panice wybiegają z domu, a ona siedzi i czyta i jest najbardziej oczytaną osobą, jaką znam. Dzieci są już dorosłe, więc nie musi ich wyprawiać do szkoły, ale gdy były małe, też czytała, bo lubi to robić i dzięki temu chce lepiej rozumieć świat. Po lekturze idzie spacerem do pracy – 15 minut. W pracy zaczyna od kawy i przeglądu wiadomości, wszyscy wiedzą, że nie należy jej przeszkadzać, od jedenastej zajmuje się sprawami firmy.

Czy pracownicy nie złoszczą się, że jest niedostępna, jeśli mają do niej sprawy? Może się kiedyś złościli, ale wszyscy już wiedzą, że moja przyjaciółka „jest osobowa, a nie pośpieszna”, jak sama mówi o sobie i żadna siła nie zmusi jej do zmiany przyzwyczajeń, które jej służą. Wokół wszyscy gonią, a ona jest spokojna, wyluzowana i robi wszystko, co zrobić warto, o czym dobitnie świadczy sukces firmy. Aha, i ma jeszcze jedno drobne dziwactwo. Uwielbia kontakt z ludźmi, ale każdego dnia przynajmniej przez godzinę chce pobyć sama: zebrać myśli, zrobić plany. Przez tę godzinę resetuje się, a potem znów jest gotowa do kontaktu.

Miara sukcesu

„Najpierw tworzymy sami swoje nawyki, potem nawyki tworzą nas”
...napisał XVII-wieczny poeta John Dryden i miał rację. Nasze życie i to, kim jesteśmy, zależy w dużym stopniu od nawyków. Od tych, które nas wzmacniają i zbliżają do naszych celów, ale i od tych, które nas osłabiają i utrudniają nam stanie się tym, kim chcemy być. Dlatego warto rozpoznawać złe nawyki i zmieniać je na takie, które nam służą. Zwykle rozpoznanie jest proste, ale trzeba uważać, żeby nie wylać dziecka z kąpielą.

Kiedyś martwiłam się, że marnuję poranki. Co prawda wstawałam wcześnie, ale nic z tego nie wynikało. Wiedziałam, że inni w tym czasie ćwiczą, medytują, czytają, piszą, gotują obiad na dwa dni, planują, sprzątają, robią makijaż, obmyślają strategię działania, a ja… bawiłam się z psami, jakby ten cały wyścig szczurów mnie nie dotyczył. W końcu zapytałam znajomą psychoterapeutkę, co ze mną jest nie tak. Czemu marnuję godzinę na zabawę, zamiast zabrać się energicznie za życie? A ona spytała, czy lubię te swoje poranki.

– Jasne, to najprzyjemniejsza część dnia – odpowiedziałam. – To czemu byś miała sobie to odbierać? – zauważyła. I odtąd już nie myślę, że marnuję czas, ale że bez stresu zaczynam dzień i zbieram siły, a psy także mają z tego radość.

Mam też oczywiście złe nawyki, którymi nie zamierzam się chwalić, ale niektóre udało mi się zmienić. Z powodu pandemii przestałam chodzić na zajęcia sportowe, w ogóle mało wychodziłam z domu, stawałam się coraz bardziej zasiedziała i czułam się jak purchawka. I długo nad tym bolałam, aż w końcu zaczęłam ćwiczyć. Sama. Powoli. Stopniowo, bo tak naprawdę mi się nie chciało. Najpierw tylko witałam słońce, potem wprowadzałam nowe ćwiczenia, aż zaczęłam to lubić i dziś jest to moja rutyna. Czy zbliża mnie do sukcesu? Zależy, jak go rozumieć, ale na pewno jestem bardziej zadowolona z siebie i lepiej się czuję.

Moje przyjaciółki mają na koncie realne sukcesy. Ale gdyby nie miały, to też chciałabym o nich napisać, bo tym, co mnie w nich zachwyca, jest zadowolenie z siebie i z życia. To nie są jakieś szczęściary. Mają różne problemy, ale żyją tak, jak chcą, dzięki wypracowanej rutynie. A czy zadowolenie z każdego dnia nie jest wystarczającą miarą sukcesu?

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Czy wczesnego wstawania można się nauczyć?

Osoby, które wcześnie wstają są szczęśliwsze, spokojniejsze, zdrowsze i szczuplejsze. (Fot. Getty Images)
Osoby, które wcześnie wstają są szczęśliwsze, spokojniejsze, zdrowsze i szczuplejsze. (Fot. Getty Images)
Szczęśliwsze, spokojniejsze, zdrowsze i szczuplejsze. Takie są według naukowców osoby, które wcześnie wstają. Czy można się tego nauczyć?

Skowronek czy sowa? Jak pewnie słyszałaś, to, o jakiej porze dnia najlepiej funkcjonujesz, nie do końca zależy od ciebie. Decyduje o tym twój chronotyp. Osoby o chronotypie porannym wstają same między 6.00 a 7.00 rano, a poranek to ich ulubiona pora dnia. Chronotyp wieczorny reprezentują ci, którzy kładą się spać po północy, a rano trudno jest im wstać bez budzika. Czują się niewyspani, nieprzytomni.

– Pobudka o wschodzie słońca według propagatorów i praktyków wczesnego wstawania jest korzystna dla naszego zdrowia – przyznaje Joanna Boj, psycholog, szkoleniowiec i blogerka. – Nie bez powodu jogini i inni mądrzy ludzie wstają skoro świt – organizm jest wtedy w najlepszej formie, wkoło cisza i spokój, sprzyjające skupieniu. Sama zrobiłam nawet wiele podejść do tego, by wytrenować mój organizm do wczesnego wstawania, ale bez efektu – dodaje. I jeśli tylko nie ma ważnych spraw, zamiast wstać o 8.00, przewraca się na drugi bok. – Często przychodzi do mnie o tej porze pies, też zaspany, z zamiarem nielegalnego dospania obok na łóżku. Przytulam go i po raz kolejny pogrążam się w krainie snów. W końcu budzę się o 10.00 bez budzika, rześka, radosna i pełna energii. Może gdybym zastosowała wszystkie superefektywne, behawioralno-poznawczo-enelpowskie techniki, byłabym w stanie wstawać o 6.00 rano. Ale po co?

Skowronki mają lepiej

Naukowcy pewnie odpowiedzieliby Joannie: bo będziesz zdrowsza i szczęśliwsza! Zarówno psychofizjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Wanda Ciarkowska, która przebadała 10 tys. Polaków, jak i dr Joerg Huber z Roehampton University, który przebadał 1068 Brytyjczyków, potwierdzają, że rytm poranny jest dla człowieka bardziej korzystny.

Osoby z chronotypem wieczornym mają wyższy poziom lęku, częściej zapadają na depresje i sięgają po używki; bywa, że mają kłopoty ze znalezieniem pracy, ponieważ ciężej jest im sprostać wymaganiom systematyczności i uporządkowania. Dużo łatwiej przychodzi to tzw. skowronkom. Huber twierdzi, że ci, którzy zaczynają dzień przed 7.00 rano, szybciej się organizują, bardziej spełniają się w pracy i na ogół mają niższą masę ciała niż ci, którzy uwielbiają wylegiwać się w łóżku (m.in. dlatego, że zjadają śniadanie, zanim wyjdą z domu). No i mają więcej energii! Dobra wiadomość jest taka, że porannego wstawania można się nauczyć. Hmmm… Łatwo powiedzieć. Komu się chce dobrowolnie wystawiać nos spod ciepłej kołdry i wyruszać w szary, zimny, nieprzyjemny świat?

Kwestia treningu

Choć sprawa może wydawać się niemożliwa, to ci, którzy wytrenowali wczesne wstawanie, przekonują, że nie jest to takie trudne.

Steve Pavlina, mówca motywacyjny i przewodnik rozwoju osobistego, sam miał kiedyś problem ze wstawaniem. By się ze wszystkim wyrobić, siedział po nocach, a potem wstawał niewyspany i zmęczony nawet po 8 czy 10 godzinach snu. Brakowało mu energii i czasu na najważniejsze, bo jego własne, sprawy. Potrzebował więcej czasu, ale nie wiedział, skąd go wziąć.

Pavlina twierdzi, że 8 godzin snu nie jest uniwersalną normą, zazwyczaj nie potrzebujemy tyle czasu, by naprawdę wypocząć. Nie jest też, według niego, zasadne, by chodzić spać o stałej porze, bo nasz naturalny dobowy rytm jest różny i może się wahać nawet każdego dnia. Metodą prób i błędów wypracował zasadę najbardziej optymalną dla siebie – po prostu chodzi spać wyłącznie wtedy, gdy jest senny, niezależnie od pory. Dzięki temu wstaje codziennie, przez 7 dni w tygodniu, o 5.00 rano i przekonuje, że to kwestia zmiany podejścia i treningu. Dla niego największą motywacją było to, by mieć więcej czasu na sprawy bardziej interesujące niż spanie. Policzmy: już samo wstawanie wcześniej 30 minut dziennie daje 182,5 godziny w roku!

– O 6.30, po prysznicu i śniadaniu, jestem już przy biurku, gotowy do pracy – mówi Pavlina. – O 17.00 kończę i jadę odebrać córkę ze szkoły. Pozostały czas, czyli kilka godzin popołudnia i wieczoru, mam dla siebie. Czuję się, jakbym dostawał codziennie superpremię, a  zyskany czas poświęcam na zajęcia, na które wcześniej nie miałem już energii.

Co dobrego mnie dziś czeka?

Samodyscyplina i motywacja – co za okropne, zniechęcające słowa! Wcale nie. Dobra motywacja buduje dyscyplinę, a dyscyplina, zwłaszcza gdy się ją rozwija, prowadzi do osiągania celów – które z początku mogą wydawać się trudne, ale w miarę czasu stają się wręcz banalnie proste. Jeśli jednak tej motywacji i dyscypliny nie ma, osiągnięcie jakiegokolwiek celu staje się prawie niemożliwe.

Od czego więc zacząć…? Może od zmiany sposobu myślenia? Psychologowie mówią: „czego się spodziewasz, to właśnie dostaniesz”. – Jeśli lubisz swoją pracę, jeśli wiesz, że kolejnego dnia czeka cię jakaś ekscytująca podróż czy niespodzianka, to wstajesz wcześniej – uważa dr Tomasz Sobierajski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Najczęściej wylegujemy się dłużej w łóżku, bo chcemy uciec od szarej, niedobrej rzeczywistości do bezpiecznej krainy snu. Ale może ta rzeczywistość nie jest wcale taka złowroga, tylko nie umiemy inaczej na nią spojrzeć?

– Żeby przełamać niechęć do wczesnego wstawania i konfrontacji ze światem, zacznij od praktyki wdzięczności – radzi Ingrid Dahl, trenerka i psycholog. – Codziennie, przez trzy tygodnie, zadawaj sobie co rano pytania: „Co dobrego dziś mnie czeka?”, „Co wspaniałego może się wydarzyć?”, „Za co jestem wdzięczna?”.

To mogą być całkiem proste, ale niedoceniane dotąd rzeczy czy zdarzenia: „Jestem wdzięczna, że widzę śnieg za oknem”, „Dziś Kasia poświęci mi dwie godziny ze swojego życia, bo chce wypić ze mną herbatę i pogadać”, „W drodze do pracy mogę spotkać miłość mojego życia”. Każdy z nas ma wiele powodów do bycia zadowolonym, wystarczy tylko ich dobrze poszukać.

– Po takiej praktyce poczujesz, że możesz osiągnąć wszystko! – przekonuje Ingrid Dahl. – I rzeczywiście tak będzie. Nauczysz się patrzeć na swoje życie nie jako ciąg zadań do wykonania danego dnia – co może zniechęcać do  wstania z łóżka – ale cudownych zdarzeń, które już dziś cię czekają.

By sobie to ułatwić, możesz powiesić karteczkę z pytaniami na lustrze w łazience i rozmyślać nad nimi podczas mycia zębów. Albo umieścić je na ekranie komputera – niech pojawiają się od razu, za każdym razem, gdy go włączasz. Z czasem zaczniesz dostrzegać coraz więcej pozytywnych zdarzeń w swoim życiu i inaczej patrzeć na świat.

Ranne wstawanie ma ogromne plusy: mamy więcej czasu dla siebie, na rzeczy, które lubimy robić, dla bliskich, dla przyjaciół – wylicza dr Sobierajski. – Dzień jest dłuższy i przez to mamy większą szansę na dostarczenie sobie pozytywnych wrażeń. Mnie najłatwiej wstaje się, gdy jestem na wakacjach. Dzień zaczynam już o 7.00 porannym joggingiem. Lubię patrzeć, jak budzi się przyroda, miasto czy plaża. To daje mi energię na cały dzień.

Ale co zrobić, gdy do wakacji daleko, a za oknems szaruga? Najlepiej spokojnie zacząć dzień. Nie włączać radia, telewizora ani komputera przez pierwsze 20–30 minut, niech choć przez chwilę nie atakują najświeższe newsy, które rzadko kiedy mają pozytywny ładunek emocjonalny (umysł jest rano wyjątkowo otwarty i wszystko chłonie jak gąbka). Dobrze jest wypić wodę z miodem lub poranną kawę, delektując się jej smakiem, oraz włączyć ulubioną muzykę. Wsłuchać się w siebie.

Nie zaszkodzi też zmienić, na bardziej łagodną, melodię budzika – niech nie wdziera się agresywnym dźwiękiem do twojej świadomości. Spokojna, mniej nerwowa pobudka nadaje łagodny rytm całemu dniu, sprawia, że wieczorem łatwiej będzie ci zasnąć, a sny będą bardziej kolorowe.

Byle do emerytury

A jeśli, mimo prób, nie zamieniasz się z sowy w skowronka? Masz teraz żyć z poczuciem winy, że marnujesz czas na spanie, a w perspektywie czeka cię depresja? Czy tylko wczesne wstawanie nadaje życiu sens?

Joanna Boj uważa, że jeśli czujesz się szczęśliwa ze swoim późnym wstawaniem, nie ma co tego zmieniać. – Owszem, trochę mną targają wyrzuty sumienia, bo mam poczucie, że społecznie cenione jest bycie skowronkiem, a tych, co śpią dłużej, nazywa się – czasem pieszczotliwie, ale z reguły trochę lekceważąco – „śpiochami” – przyznaje. – Jest we mnie taka część, wyszkolona społecznie, kulturowo i rodzinnie, która nie akceptuje wylegiwania się rano w łóżku. Muszę z nią pogadać i rozwiązać ten wewnętrzny konflikt. Ale wszystkim, którzy mogą sobie na to pozwolić, radzę spać, ile wlezie, i pozbyć się ewentualnych wyrzutów sumienia.

Na pocieszenie dla tych, którzy jednak nie mogą sobie wybaczyć bycia sową miast skowronkiem, naukowcy mają jeszcze jedną dobrą wiadomość. Chronotyp człowieka nie jest stały i w ciągu życia się zmienia. Mało które dzieci są sowami – zwykle budzą się skoro świt, a jeszcze w wieku 14–15 lat większość z nich  entuzjastycznie wstaje do szkoły na wczesne godziny poranne. Za to już 16-latkowie, jak za dotknięciem magicznej różdżki, przestawiają się na tryb wieczorny. Typowymi sowami są studenci – nocne życie to niemalże jeden z ich obowiązków! Z kolei już po 65. roku życia praktycznie wszyscy stają się skowronkami. Przynajmniej więc na emeryturze będziemy szczęśliwi!

Sposoby na wczesną pobudkę

  1. Kładź się spać wtedy, gdy jesteś senna, ale wstawaj zawsze o tej samej godzinie, np. o 7.00. Także w wolne dni. Chodzi o wyrobienie nawyku. Po dwóch–trzech tygodniach będziesz wstawać o stałej porze bez problemu i zyskasz o wiele więcej czasu dla siebie. Uwaga: trzeba tu rozróżnić senność od zmęczenia. Jak je rozpoznać? Zmęczenie, zamiast pomagać, zwykle raczej nie pozwala zasnąć. Senność przejawia się zaś tym, że np. nie jesteś w stanie przeczytać kilku zdań książki bez utraty koncentracji.
  2. Przed snem unikaj kawy, czekolady i czerwonego wina. Te produkty zaburzają pracę jelit podczas snu.
  3. Medytuj, módl się, kładź się spać szczęśliwa albo przynajmniej zadowolona. Wycisz umysł, w nocy i tak nie rozwiążesz wszystkich problemów! Nie zaśniesz też łatwo, jeśli pokłóciłaś się z partnerem lub inną osobą, na której ci zależy. Także jeśli pracujesz do późna – bo twój umysł jest wciąż zajęty.
  4. Kładź się do łóżka i wstawaj z poczuciem wdzięczności za to, że żyjesz. Budda uczył, by za każdym razem, gdy idziemy spać, kłaść się z przekonaniem, że to ostatni dzień naszego życia, i budzić się z tym samym przekonaniem. Zamiast mówić rano: „Ojej, znów poniedziałek” czy „Znów jest tyle do zrobienia”, ciesz się, że masz przed sobą nowy dzień. I sensownie go wykorzystaj!
  5. Wstawaj od razu po usłyszeniu budzika. Nie próbuj nawet prowadzić wewnętrznego monologu o korzyściach, jakie by ci dało jeszcze kilka minut w łóżku. To się nigdy nie kończy na kilku minutach! Wyłącz budzik, przeciągnij się i jak najprędzej usiądź na łóżku. Nie negocjuj sama ze sobą!
  6. Niech rano czeka cię coś miłego. Z zupełnie innym nastawieniem wstajemy, gdy czekają nas trudne czy uciążliwe obowiązki, a inaczej, gdy szykuje się jakaś przyjemność. Jeśli nic takiego nie masz w perspektywie, sama zaplanuj jakąś miłą czynność w ciągu dnia lub najlepiej od razu, jak tylko wstaniesz.

  1. Psychologia

Mój wewnętrzny hamulec. Autosabotaż

Autosabotaż jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. (Ilustracja: iStock)
Autosabotaż jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. (Ilustracja: iStock)
Jak przestać się bawić w chowanego z samym sobą? Dobrze jest poznać stosowane przez siebie wzorce autosabotażu, a potem je rozbroić – radzi Beata Kaczyńska, psychoterapeutka, coach.

Każdy z nas jest autosabotażystą?
Każdy z nas autosabotażystą bywa. Autosabotaż to postawa związana z brakiem gotowości do odkrycia i do przeżycia prawdy o sobie. Zatrzymuje nas w procesie dokonywania zmian, ale jednocześnie jest ciekawym źródłem informacji na temat tego, kim tak naprawdę jesteśmy, czego pragniemy i czego się obawiamy. Jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. Kącikiem oka widzimy w lustrze skrawek postaci, ale coś zatrzymuje nas przed tym, by spojrzeć tej postaci prosto w oczy.

Jak zatem autosabotaż może wyglądać w praktyce?
„Poradniki nie działają” – to jedna z najbardziej popularnych strategii autosabotażowych. Ludzie kupują mądre książki i nawet je czytają, a potem nie potrafią ukryć rozczarowania tym, że nic w ich życiu się nie zmieniło. Lektura nie przyniosła oczekiwanego objawienia i natychmiastowej rewolucji. Wniosek może być tylko jeden: „Poradniki nie działają”.

Mają rację?
Mają i nie mają – jak to w autosabotażu. Sama książka, nawet najmądrzejsza, niczego nie zmieni, jeśli jej czytelnicy nie zabiorą się do realnej pracy nad tym, co chcieliby przepracować, zmienić, odkryć. Jeśli nie wykonają żadnego ćwiczenia z książki, jeśli zrobią je raz pomimo zalecenia regularnych powtórzeń, jeśli pominą znaczące, a niewygodne fragmenty, bo wieje z nich nudą, jeśli – choćby i krytycznie – nie przedyskutują zawartych w niej tez. Jeszcze inni autosabotażyści wiecznie szukają właściwego specjalisty. Są ludzie, którzy testują niezliczone adresy i nazwiska, cały czas nie mogąc trafić na tego jedynego, właściwego terapeutę czy coacha. Swego czasu usłyszałam od pewnej pani na konsultacji, że „na zdjęciu wyglądałam poważniej”. Nie zdecydowała się na pracę ze mną i nie zdziwiło mnie to, gdyż w międzyczasie opowiedziała mi, że jestem jedną z wielu specjalistek, które sprawdza – z innymi nie było chemii, ktoś miał za małe doświadczenie, a ktoś inny za duże i wydawał się już wypalony. Ktoś jeszcze inny miał ponury gabinet. To przypadek skrajny, ale niemało jest osób uważających: „To specjalista odpowiada za to, że nie potrafię nad sobą pracować”.

Ukrywają świadomie prawdę o sobie?
Jest taki rodzaj działania przeciwko sobie, który ja nazywam autosabotażową maligną. Wielokrotnie zdarzało mi się podczas sesji coachingowych, że klient odkrył coś głębokiego, miał prawdziwą iluminację. Widziałam, że jest ewidentnie poruszony tym, co się pojawiło w jego świadomości. Po czym na następnym spotkaniu... nie pamiętał, co się stało, lub całkowicie zbagatelizował znaczenie tego odkrycia i moc przeżycia.

Dlaczego?
Ludzie wypierają i deprecjonują odkrycie prawdy o sobie, bo trudno im przyjąć, że to, co do tej pory robili, nie jest ani na jotę zgodne z ich potrzebami, wartościami. Co więcej – radykalna zmiana ścieżki prywatnej czy zawodowej wymagałaby zapewne nakładów wysiłku i rozmaitych starań, a to już nie brzmi miło. Dlatego często słyszę: „Owszem, wydawało mi się, że to ciekawe, ale po zastanowieniu wiem, że ta nowo odkryta droga też nie jest moja”. Kolejny obszar autosabotażu – a mówię o nim z pewną ostrożnością, ale też odpowiedzialnością – to tzw. depresja. Depresja, oprócz tego, że jest bardzo poważną chorobą, stała się „wycieruchem” w coachingowych i psychologicznych gabinetach. Ludzie mylą stany smutku, przygnębienia, lęku, niepokoju, nudy, ociężałości czy znużenia – naturalne w różnych momentach życia – z rzeczywistą depresją. „Chyba mam depresję” – to dla niektórych – i w niektórych kręgach towarzyskich – niezwykle atrakcyjna wymówka.

Załatwiają tym zdaniem wiele różnych trudnych spraw.
Nawet takich jak pójście do psychiatry i ustalenie konkretnej diagnozy. Mówią sobie: „W moim stanie? Co ja załatwię? Nic”. I nawet jeżeli jednak uda im się trafić do specjalisty, z reguły po jakimś czasie odstawiają leki albo wręcz w ogóle nie zaczynają ich brać. Często słyszę to zdanie w momencie, gdy trafiają do mnie klienci w życiowych kryzysach i przestraszeni sytuacją, w której się znaleźli, naciągają na głowę woal „pseudodepresji”. Do worka z takim logo wrzucają całe swoje przeżywanie i jednocześnie własną gotowość do mierzenia się z kłopotami. Oto są usprawiedliwieni. Na razie nie muszą nic robić. A potem się zobaczy. Są też tacy autosabotażyści, którzy ciągle przychodzą do coacha z tym samym problemem. W kółko mówią o tym samym. Każde ich odkrycie na swój temat nie jest dość dobre, inspirujące, nie dość sycące i trafne. Ciągle obrabiane jest to samo poletko. Bo w istocie wcale nie o nie chodzi.

A o co?
O coś kompletnie innego, często sami nie wiedzą o co.

Na przykład mówią o swojej pracy, a prawdziwy problem dotyczy związku?
Tak. Albo na odwrót. Bywa też, że nieustanne „mówienie o” jest substytutem działania. Gdy snujemy wizje i opowieści, „rozpracowujemy” swoje wątpliwości, zaczynamy czuć, że żyjemy. Kłopot w tym, że wraz z końcem rozmowy energia się ulatnia, a my budzimy się wciąż w tym samym miejscu. Są też osoby, które mają tendencje do niekończących się analiz. Przywołują bardzo bogate argumentacje dla uzasadnienia różnych swoich stanów, przyczyn, kłopotów. Nie przekłada się to ani na zmianę, ani na podniesienie jakości życia czy likwidację dylematów i poprawienie swojej sytuacji. Bywa niezwykle uwodzące intelektualnie, ale jest w gruncie rzeczy jałowe.

„Jestem gruba, brzydka i nic mi się nigdy nie uda” – do której grupy autosabotażu zaliczyłaby pani to zdanie?
To raczej nawyk myślowy, przekonanie sabotujące rozwój. Jeśli wierzymy takiej myśli, przepis na rozpacz gotowy. Tymczasem warto pamiętać, że każda myśl jest „produktem” naszej głowy i jako taka może być zweryfikowana i zmieniona. Czy może to być przykład autosabotażu? Pewnie tak, jeśli pomimo wiedzy o tym, jak działają przekonania, nadal utrzymujemy w naszej głowie taką myśl i uporczywie się nią zadręczamy. Akurat uroda, waga oraz bycie obiektem czyichś westchnień to obszary, w których opisach często dokonujemy rozmaitych lingwistycznych nadużyć. Zamiast powiedzieć: „Ważę tyle i tyle”, mówimy: „Jestem gruba” – i powód do zmartwień gotowy. Używając takiej obraźliwej narracji, umacniamy w sobie bezradność, podtrzymujemy nieużyteczną iluzję niezmienialności: wszak skoro taka JESTEM, to nic z tym zrobić się nie da. Tu diabeł tkwi w słówkach.

Jeśli ktoś pomyśli: „Wprawdzie nie jestem teraz zadowolona ze swojego wyglądu, ale bardzo chcę nad sobą popracować” – to autosabotaż w tym miejscu się kończy. Często dotarcie choćby do takiego punktu wymaga dużej pracy nad sobą.
We wprowadzaniu zmian, moim zdaniem, przeszkadzają różne przekonania, skrypty życiowe w stylu: „Kobiety mają w życiu ciężko i nic na to nie poradzisz”. Te przekonania są jak lejce, które hamują naszą ciekawość, nasz pęd do odkryć i eksperymentowania. Na przykład: „Taka stara baba jak ja nie będzie zaczynała wszystkiego od początku”. Przyjmując, że zaczynanie od początku jest jednak możliwe, trzeba przyznać, że coś nie wyszło, może nawet doświadczyć związanego z tym dyskomfortu. Kolejnym schematem ograniczającym jest przekonanie: „Jestem ofiarą”. Bywa, że kobiety, które tak o sobie myślą, wybierają na przyjaciółki takie osoby, na tle których zawsze będą prezentowały się źle (zwłaszcza że nieświadomie dołożą wszelkich starań, aby tak właśnie było). Zakochują się w nieosiągalnych mężczyznach (np. takich, którzy są w szczęśliwych związkach), żeby potwierdzić po raz kolejny, iż nie im pisane jest szczęście w życiu. Uczestniczą w niezliczonych grupach rozwojowych i szukają rozmaitych kobiecych wspólnot w nadziei, że ktoś je w końcu zrozumie i odczaruje, że z zewnątrz przyjdzie docenienie i wybawienie. Tymczasem ten wzorzec istnienia nie daje spodziewanych efektów, bo dać ich nie może.

A kiedy przestaje być użyteczny?
Kiedy człowiek zaczyna się w swoim nieszczęściu rozsmakowywać, a nie próbuje z niego wyjść. Kiedy uparcie odmawia wzięcia odpowiedzialności za zmianę siebie i swojego życia.

Czy autosabotaż jest zły?
Ani zły, ani dobry. On po prostu jest swojego rodzaju mechanizmem doświadczanym przez każdego z nas w sytuacjach, które definiujemy jako trudne. Obiektywnie wcale nie muszą takie być, ale ponieważ np. mamy z nimi do czynienia po raz pierwszy w życiu, wydają się nie do przejścia. Bardzo często autosabotaże są utrwalonym wzorcem reagowania na daną sytuację, np. osoba reagowała w dzieciństwie unikaniem kłótni, bo to ją chroniło przed cierpieniem. Dlatego w dorosłym życiu dalej tak robi, chociaż takim funkcjonowaniem podstawia sobie nogę: wycofuje się, zamiast walczyć o siebie.

Jak rozpoznać, który autosabotaż jest moim ulubionym?
Autosabotaż się powtarza, jest nawykiem. Dzięki temu daje szansę, żebyśmy go sobie uświadomili. I skorzystali z mądrości, którą niesie, zadając sobie bardzo proste pytania: po co mi taki sposób zachowania się? O jakich moich potrzebach mnie informuje? Co w taki sposób chcę uzyskać, a czego unikam? Bądźmy zatem uważnymi obserwatorami siebie samych: czy powtarzają się w naszym życiu jakieś nieprzyjemne, nieużyteczne dla nas sytuacje? Jakie? Jak to robimy, że po raz kolejny nie osiągnęliśmy upragnionego rezultatu? Czy się tradycyjnie wycofujemy, czy szarżujemy? A może mamy jeszcze inny patent na gwarantowaną porażkę? Dopóki nie zechcemy przystanąć i wytrząsnąć tego autosabotażowego kamyczka z buta, dopóty żyjemy z poczuciem dyskomfortu.

Jak obserwować swoje myślenie, żeby wychwycić momenty autosabotażu?
Można spisywać myśli, zwłaszcza w sytuacji, kiedy doświadczamy cierpienia. Zapytać: co wtedy myślę o sobie, świecie i ludziach? Które z tych myśli są dla mnie użyteczne, a które nie? Kluczowe w każdej sytuacji jest to, żeby przynajmniej dać sobie szansę na pomyślenie: „To, że tak o sobie myślę, wcale nie jest tożsame z tym, kim jestem”. Twoje myśli nie są faktami. Jeśli tak myślisz o sobie, równie dobrze możesz pomyśleć inaczej. Często łapiemy się na samooszukiwaniach, na kłamstewkach, które mówimy do siebie. Jeżeli głębiej się nad tym zastanowimy, wiemy, że tak naprawdę nie lubimy tej Maryli, z którą się kolegujemy, albo złości nas Marian, o którym sobie wymyśliłyśmy, że będzie naszym mężem, bo ma dobry zawód. Wiemy podskórnie, że to nie tędy droga.

Czy zrozumienie mechanizmów autosabotażu pomoże nam się zmienić?
Niekoniecznie. Trafiają do mnie osoby, które mówią: „Wiem, jak funkcjonuję, czy to jest zmienialne?”. W części zapewne tak. Natomiast nie bądźmy wobec siebie zbyt surowi i nie obwiniajmy się za używanie autosabotaży. Proponuję wyrobić w sobie nawyk empatii dla samego siebie, czułości wobec swojej słabości, braku gotowości, lęku przed zmianą. I zwyczaj rozbawiania się swoją osobą. Żeby nie traktować siebie tak śmiertelnie serio. Te wszystkie autosabotaże to przecież czasem niezły ubaw. Wystarczy wyobrazić sobie, jak siedzimy w okopie, w szyszaku, z witkami brzozy przyczepionymi do kołnierza tylko po to, by się przed samym sobą schować. Jeśli zechcemy z takim dystansem na siebie spojrzeć – możemy wówczas poczuć, że oto nadeszła pora z naszego ulubionego okopu wyjść. Powiedzieć sobie: „Boję się, ale wyłażę”. I naprawdę zacząć żyć inaczej.

Beata Kaczyńska: master coach, psycholog, trener w Szkole Coachingu Wings. Prowadzi zarówno coachingi biznesowe, jak i coachingi życiowej zmiany. Nauczyciel i superwizor innych trenerów i coachów.

  1. Styl Życia

Jakie nawyki mają ludzie sukcesu?

Droga do sukcesu nie jest ciemnym tunelem prowadzącym do konkretnego celu, a raczej otwartą ścieżką biegnącą wśród pól i lasów. (Fot. iStock)
Droga do sukcesu nie jest ciemnym tunelem prowadzącym do konkretnego celu, a raczej otwartą ścieżką biegnącą wśród pól i lasów. (Fot. iStock)
Do sukcesu prowadzą różne drogi, ale ludzi, którzy go odnieśli, coś łączy. Na przykład zaczynają dzień od załatwienia najważniejszych spraw. Nie trzymają się kurczowo swoich planów, nie tracąc zarazem z pola widzenia swojego celu. Czego jeszcze możesz się od nich nauczyć?

Od czego zależy sukces? Większość z nas może bez trudu wyrecytować własną listę niezbędnych czynników. Zazwyczaj trafiają na nią talent, inteligencja, wytrwałość, pracowitość, dobrze zdefiniowany cel, pewność siebie, cenne znajomości oraz łut szczęścia. Rzadko myślimy o tym, że ludzie, których podziwiamy, mają też odpowiednio ustawiony autopilot, czyli zestaw dobrych nawyków. To one pozwalają oszczędzić czas i zasoby silnej woli, które wcale nie są niewyczerpalne. Wreszcie, takie rutynowe zachowania pozwalają obniżyć codzienny poziom stresu, a więc także dostrzegać okazje, których inni nie widzą. Oto pięć nawyków, które mogą cię wspomóc w drodze do osiągania celów.

1. Najpierw najważniejsze

Zanim większość z nas wstanie z łóżka, ludzie postrzegani jako ci, którzy osiągnęli sukces, zdążą już wykonać kawał dobrej roboty: przebiegną kilka kilometrów, pobawią się z dzieckiem (bo dla maluchów świt to najlepsza pora na aktywne życie), napiszą fragment książki – zrobią coś, co ma dla nich duże znaczenie. Ale nie chodzi o to, by pracować więcej i spać mniej, lecz o nawyk poświęcania czasu na to, co jest ważne (a nie pilne), zanim świat się o nas upomni. Często rzeczywiście oznacza to przestawienie budzika na wcześniejszą godzinę (wtedy jednak trzeba ten czas na sen odzyskać, drzemiąc po południu lub kładąc się wcześniej), ale czasem wystarczy na przykład przesunąć „internetową prasówkę” na porę po lunchu i rozpocząć dzień od tego, co rzeczywiście ma znaczenie.

2. Potęga poranków

Specjalistka zarządzania czasem, Laura Vanderkam w książce „Co ludzie sukcesu robią przed śniadaniem” (wyd. Helion) pisze: „Kiedy zmienisz poranki, zmienisz całe swoje życie”. Namawia, by dobrze wykorzystać czas, kiedy masz jeszcze dość silnej woli i nikt ci nie przeszkadza – nawet własny umysł, który w środku dnia często straszy: „Za chwilę zadzwoni szef z zadaniem na wczoraj” czy marudzi: „Muszę w końcu odpisać na tego e-maila”. Vanderkam radzi, by poranki przeznaczyć na to, co nie jest obowiązkowe i teoretycznie mogłoby być wykonane w innych porach dnia, ale wymaga wewnętrznej motywacji i regularnie wykonywane przynosi długotrwałe pozytywne efekty. To taka aktywność, z której możesz dziś zrezygnować bez obaw przed natychmiastowymi konsekwencjami, ale jeśli zrezygnujesz z niej także jutro i pojutrze, wkrótce możesz obudzić się z poczuciem, że wprawdzie wykonujesz wszystkie swoje zadania, ale stoisz w miejscu. Może być to nauka nowego języka, archiwizowanie dokumentów, utrzymywanie porządku na biurku czy chociażby uaktualnianie swojego CV.

3. Planowanie z głową

Wybór rytuałów, którymi mają zostać wypełnione poranki, to oczywiście sprawa indywidualna, ale samo planowanie – to już powszechny nawyk ludzi sukcesu. Nie ma on jednak nic wspólnego z bezrefleksyjnym sporządzaniem kolejnych list z zadaniami do odhaczenia. Chodzi o planowanie z sensem. Dziennikarz Charles Duhigg w książce „Mądrzej, szybciej, lepiej” (wyd. PWN) opisuje fabrykę silników odrzutowych, która znalazła się na skraju bankructwa, mimo że jej pracownicy skrupulatnie wypełniali swoje obowiązki i pracowali według planu. Czyli – jak każą podręczniki zarządzania – dzielili dojście do celu na małe zadania, ustalali termin ich realizacji i go dotrzymywali. Okazało się jednak, że wykreślanie tego, co już zostało zrobione, sprawiało im tak dużą przyjemność, że chętniej wypełniali listy drobiazgami, które szybko da się zrobić, zamiast zastanowić się, czy to, co robią, w ogóle ma sens. A jak mawiał Peter Drucker, ekspert od zarządzania: „Nie ma nic bardziej bezsensownego niż efektywna praca nad zadaniem, którego w ogóle nie powinno się wykonywać”.

Warto zatem zadbać o to, żeby planować uważnie, czyli znaleźć chwilę, by spojrzeć na swój dzień z dalszej perspektywy, zastanowić się nad tym, gdzie jesteśmy, czemu warto poświęcić nadchodzące godziny i czy to, co planujemy, w jakikolwiek sposób przybliża nas do realizacji dalekosiężnych celów.

4. Kalendarz zamiast listy zadań

Jeszcze jedna ważna rzecz dotycząca list zadań. Kevin Kruse, przedsiębiorca i mówca motywacyjny, w książce „15 tajemnic zarządzania czasem. O czym wiedzą ludzie sukcesu?” (wyd. Helion) nazywa je „dręczącymi listami życzeniowymi”. Ostrzega, że zakłócają spokój i dekoncentrują. Przez nie trudno skupić się na tym, co robimy, bo wciąż myślimy o tym, czego jeszcze nie zrobiliśmy. Dlatego Kruse radzi zastąpić listy „rzeczy do zrobienia” kalendarzem, w którym będziemy „blokować” czas na konkretne czynności, np. od 14.00 do 14.30 – obiad w stołówce, od 16.00 do 16.30 – przemyślenie koncepcji prezentacji, od 18.00 do 19.00 – odrabianie z dziećmi lekcji. Już sama czynność rezerwowania czasu pomaga obniżyć poziom stresu, bo pytanie „Kiedy ja to zrobię?!” znika.

Kevin Kruse zachęca, by wpisać do kalendarza wszystko (kwadrans, który zamierzasz spędzić na Facebooku, też) i dodatkowo wstawiać bufory wolnego czasu. Nie na wypadek awarii (gdyby spotkanie się przeciągnęło lub klient się spóźnił), tylko aby „wpuścić” trochę powietrza, zebrać myśli, dać sobie przestrzeń na refleksję nad tym, co się wokół dzieje.

5. Bycie uważnym

Skoro już jesteśmy przy chwili refleksji, psycholog i trener biznesu, dr Paweł Fortuna, przekonuje, że jednym z ważniejszych nawyków prowadzących do sukcesu, jest uważność.

– Życie mówi do nas głosem cichym, oczekując pokory i uważności. Daje nam różne sugestie, które ja nazywam „zarodkami egzystencjalnymi” – stwierdza. Sekret polega na tym, by je zauważyć. Jako przykład takiego zarodka Fortuna przytacza własną historię. Odebrał telefon. Nie znał numeru, z którego dzwoniono. – Dzwonił mój dawny student. Mówił, że jeżdżąc autostopem, poznał Łukasza Bożyckiego, znanego fotografa przyrody, który ma jakiś problem związany z prawami autorskimi. Zgodziłem się pomóc mu i spotkałem się z Łukaszem. W pewnym momencie zapytał, czy zwróciłem uwagę na to, w jaki sposób sikorka, którą właśnie obserwował, ostrzegła inne ptaki przed kotem. Podałem przykład podobnego zachowania u ludzi. Zaczęliśmy szukać kolejnych analogii i jeszcze podczas tego samego spotkania postanowiliśmy napisać wspólnie książkę.

Tak powstała „Animal Rationale”, która przyniosła Pawłowi Fortunie i Łukaszowi Bożyckiemu m.in. Nagrodę Teofrasta dla najlepszej książki psychologicznej oraz własną audycję radiową.

Bo droga do sukcesu nie jest ciemnym tunelem prowadzącym do konkretnego celu, a raczej otwartą ścieżką biegnącą wśród pól i lasów. Idąc nią, z grubsza wiesz, dokąd chcesz dotrzeć, ale jednocześnie powinieneś być czujny i otwarty na nowe możliwości. Paradoksalnie to osobom nadmiernie skupionym na zadaniu bywa trudniej osiągnąć sukces. – Jeśli mają obiecaną sztabkę złota kilometr przed sobą, często nie zauważają kopalni diamentów po drodze – stwierdza Paweł Fortuna. Przy czym zaznacza, że dostrzeżenie życiowej szansy to nie wszystko. – Ważna jest jeszcze pozytywna reakcja na propozycje, jakie daje nam życie. Reakcja podyktowana chociażby ciekawością „co z tego wyniknie?”. Może nic, a może tylko tym razem nic, a następnym… Dlatego warto kształtować w sobie nawyk akceptacji, mówienia „tak” nieoczekiwanym propozycjom. Możesz zacząć od zgody na naszą propozycję zastanowienia się nad tym, które nawyki rzeczywiście ci służą.

Zwyczaje i nawyki znanych ludzi

Nawet najbardziej zaskakujące nawyki mogą wspierać. Poznaj niebanalne zwyczaje wielkich artystów i poszukaj w nich inspiracji dla siebie:

Truman Capote, pisarz Miał wyraźną awersję do piątków – w te dni nigdy niczego ani nie zaczynał, ani nie kończył. Tworzył tylko na leżąco, zwykle popijając kawę i paląc papierosy (pilnował, by w popielniczce znajdowały się maksymalnie trzy niedopałki).

Woody Allen, reżyser Podobno kiedy podczas rozmyślania nad nowym filmem wpada w niemoc twórczą, bierze prysznic. Potrafi stać pod gorącym strumieniem przez 40 minut i rozmyślać o fabule. Uważa, że to bardzo inspirujące.

Charles Dickens, pisarz Dbał o to, by zawsze spać z twarzą zwróconą na północ. Kiedy więc udawał się w podróż, zabierał ze sobą kompas. Twierdził, że ten zwyczaj zapewnia mu niewyczerpaną kreatywność.

Piotr Czajkowski, kompozytor Uważał, że to spacery wyzwalają w nim moc twórczą, więc dwugodzinna przechadzka była żelaznym punktem jego dnia. Ze strachu przed negatywnymi konsekwencjami nie chciał skracać jej nawet o minutę.

Friedrich Schiller, poeta Twierdził, że natchnienie zawdzięcza gnijącym jabłkom i zawsze trzymał ich zapas w szufladzie. Zwykle tworzył w nocy, więc często podczas pisania trzymał nogi w lodowatej wodzie, by zachować trzeźwość umysłu i nie zasnąć.

Aleksander Dumas, pisarz Dla każdego gatunku twórczości miał przeznaczony inny kolor tuszu: niebieski dla powieści, żółty dla wierszy i różowy dla artykułów.

  1. Zdrowie

Grzechy młodości. Jak mogą wpłynąć na twoje zdrowie za kilkanaście lat?

Ważne jest, by dbać i zaspokajać potrzeby naszego organizmu niezależnie od wieku. (Fot. iStock)
Ważne jest, by dbać i zaspokajać potrzeby naszego organizmu niezależnie od wieku. (Fot. iStock)
To, jak żyjesz dziś, buduje podstawę twego zdrowia za kilka, a nawet kilkadziesiąt lat. Nie dosypiasz, chodzisz tygodniami z katarem, jesz w pośpiechu – oj, niefajną będziesz staruszką!

Wiadomo: każdy marzy, aby dożyć setki. Pytanie tylko, w jakim stanie będzie wtedy nasze ciało. Kiedy masz dwadzieścia kilka lat, wydaje ci się, że jesteś niezniszczalna. Chcesz smakować życie, a nie kierować się rozsądkiem. I nie robisz problemu z drobiazgów, jak przeziębienie czy zmęczenie. Znajomi powiedzą: żyjesz pełnią życia! Co widzą lekarze? Lekceważysz potrzeby swego organizmu.

Wyśpię się później

„Szkoda życia na sen” – to hasło brzmi dobrze, ale… – Jeśli zaniedbujemy wypoczynek, układ nerwowy jest stale pobudzany, nie ma możliwości wyłączenia się i regeneracji – mówi Magdalena Rybner, specjalistka medycyny rodzinnej.

Kilka nieprzespanych nocy to jeszcze nie koniec świata, ale jeśli długofalowo forsujesz organizm i nie pozwalasz mu na zwolnienie tempa, zmuszasz układ nerwowy do nadmiernego wysiłku. – Pierwszą oznaką kłopotów są zaburzenia snu i czuwania: nie możemy zasnąć w nocy, a w dzień odczuwamy senność i ucinamy sobie drzemki – mówi dr Rybner. – Później może pojawić się zespół przewlekłego zmęczenia, charakteryzujący się zaburzeniami nastroju, ogólnym spadkiem energii. Kolejny etap to nerwice, które często wymagają wieloletniego leczenia.

Przewlekłe zmęczenie jest też przyczyną spadku odporności. O wiele łatwiej złapać wtedy nie tylko „banalną” infekcję, ale też poważniejszą chorobę, która naprawdę odbije się na zdrowiu – wiele schorzeń układowych, jak choćby niszcząca tarczycę choroba Hashimoto, może zaczynać się od przewlekłego stresu i zmęczenia.

Rada? Codziennie wypoczywaj. Choć przez godzinę wycisz się, poczytaj książkę, utnij sobie drzemkę, idź na spokojny spacer. I śpij przynajmniej 7–8 godzin na dobę. To lepiej stawia na nogi niż litr mocnej kawy.

Co mi tam grypa!

– Kiedy jesteśmy młodzi, uważamy, że nasz organizm z większością infekcji sam powinien sobie poradzić – ubolewa dr Rybner. – Lekceważymy drobne i większe dolegliwości, bierzemy leki znoszące objawy choroby i idziemy do pracy czy na zabawę. Nie dbamy też o profilaktykę, skoro, jak obiecują reklamy, tak łatwo można się pozbyć objawów przeziębienia.

Niestety, nie jest prawdą, że na anginę czy grypę umierają tylko staruszkowie. Grypa może dawać poważne powikłania zdrowotne także u młodej osoby. Dlatego podstawą powinno być szczepienie przed okresem zimowym. Nawet jeśli grypa nas wtedy dopadnie, to przejdziemy ją łagodnie i bez komplikacji. – A podczas choroby nie szarżujmy, tyko połóżmy się do łóżka, nawet jeśli to tylko zwykłe przeziębienie – radzi dr Rybner. – Szkodliwość drobnych infekcji nie polega na tym, że zabijają chorego, a na tym, że się rozprzestrzeniają: choroba zaczyna się w drogach oddechowych, potem zarazki z krwią wędrują w głąb organizmu i np. osiedlają w stawach czy nerkach, powodując kolejną chorobę.

Niedoleczona angina jest uważana za jedną z najczęstszych przyczyn zapalenia stawów czy mięśnia sercowego. Dlatego, gdy chorujesz – choruj. I zawsze lecz się do końca, niedoleczone infekcje mogą być równie groźne, co te całkiem zlekceważone.

Szpilki są super, ale…

Na to, czy kiedyś będziesz mogła się sprawnie poruszać i czy nie będą nękać cię bóle kręgosłupa albo bioder, mają – obok diety – duży wpływ dwa nawyki. Pierwszy to noszenie wysokich obcasów. Szpilki są takie kobiece… I jak się w nich wygląda! Ale jeśli masz zwyczaj noszenia ich codziennie, możesz narobić sobie szkody. – Szpilki nie dają stopie solidnego podparcia, są więc często przyczyną kontuzji stawu skokowego – ostrzega dr Rybner. – Noszenie ich może też powodować podłużne lub poprzeczne płaskostopie, ponieważ stopa musi włożyć sporo wysiłku w utrzymanie kontaktu z ziemią i nie układa się w naturalny sposób. Jeśli do wysokich obcasów dodamy wąskie noski butów, możemy dorobić się halluksów, które nie tylko deformują stopę i brzydko wyglądają, ale też są przyczyną bólu i dyskomfortu.

To jeszcze nie wszystko. Złe ustawienie stóp to większe obciążenie kolan – a kobiece kolana są inaczej ukształtowane od męskich: bardziej narażone na kontuzje i szybciej się „zużywają”. Złe ustawienie, kontuzje lub zwyrodnienia stawów kolanowych to nierówne obciążenie stawów biodrowych, co powoduje ich szybsze zużycie – a ich ustawienie z kolei przekłada się na sposób, w jaki „nosimy” kręgosłup.

– Dodajmy jeszcze, że kiedy masz na stopach szpilki, wymuszasz na kręgosłupie nieanatomiczne wygięcie. To męczy utrzymujące go mięśnie i może w efekcie powodować zmiany zwyrodnieniowe w obrębie kręgów – dodaje dr Rybner.

Dlatego nie noś szpilek na co dzień. Najzdrowszy obcas ma nie więcej niż 3 cm. Ćwicz też stopy, spacerując boso po piasku, trawie, miękkich dywanach – to zmusza do pracy mięśnie stóp. A kiedy będą silniejsze, lepiej wytrzymają mękę w bucie do nieba.

Trzeba mieć plecy

Zwróć też uwagę na kolejny groźny dla kości nawyk: siedzący tryb życia i małą aktywność fizyczną. Fajnie jest wieczorami powylegiwać się na kanapie, ale długie przesiadywanie dziś może być przyczyną dyskopatii i zwyrodnienia stawów w przyszłości. Jeśli przez cały dzień siedziałaś (przed komputerem albo za biurkiem, a potem w samochodzie), twój kręgosłup jest bardzo zmęczony.

– Siedząc, najbardziej go obciążamy – bardziej, niż kiedy stoimy lub leżymy – wyjaśnia dr Rybner. – Kręgi wtedy z największą siłą naciskają na kręgi. Bezruch powoduje, że wiotczeją podtrzymujące kręgosłup mięśnie, a bez silnego gorsetu mięśniowego nie może on poprawnie funkcjonować. To wszystko prowadzi bardzo szybko do zmian zwyrodnieniowych w obrębie kręgosłupa, które w przyszłości mogą być źródłem sporego bólu.

Kręgosłup w ogóle najlepiej czuje się w ruchu, do tego stworzyła go natura. Ruch jest dobry dla kości – wszystkich, nie tylko tych w plecach. Każda forma aktywności, która obciąża kości, sprawia, że stają się bardziej gęste. To bardzo ważne, zwłaszcza do trzydziestki – wtedy tworzysz swój „kostny kapitał”. W każdym wieku jednak powinnaś się regularnie gimnastykować, bo – choć brzmi to jak banał nad banały – sport to zdrowie. Naprawdę!

  1. Styl Życia

Edyta Herbuś o radości z kontaktu z naturą i psim coachowaniu

Edyta Herbuś (fot. archiwum prywatne)
Edyta Herbuś (fot. archiwum prywatne)
Mimo światowej pandemii przyroda żyje swoim rytmem. Czy to nauczy nas wreszcie, że zdrowiej jest żyć z nią w symbiozie? O radości z kontaktu z naturą i psim coachowaniu opowiada Edyta Herbuś. 

Wychowałam się u dziadków na wsi, jako dziewczynka co roku sadziłam nasiona, z których najpierw wyrastały rośliny, a potem pojawiały się na nich kwiaty i owoce. Nie zapomnę, z jaką radością zjadałam pierwsze własne pomidory, dynie czy truskawki! Robiłyśmy też z babcią soki i dżemy. W spiżarni zawsze czekało w słoikach mnóstwo kolorowych smakołyków do herbaty i na kanapkę zimą. Już w dzieciństwie poznałam dobroczynne właściwości ziół. To, że do herbaty dodaje się świeżą miętę, a do zupy pomidorowej – bazylię, albo że napar z pokrzywy wzmacnia odporność – było dla mnie oczywistością. Do dziś kuruję się naturalnie, rezygnując z chemicznych leków.

Niedawno nauczyłam się o roślinach i ich możliwościach jeszcze więcej. Odkryłam naturalne olejki eteryczne! Do kąpieli najchętniej używam geranium i dzikiej pomarańczy firmy Decodo. W domu do specjalnych szyszek zapachowych wkraplam paczulę. W trosce o odporność używam specjalnie skomponowanej mieszanki olejków: miętowego, eukaliptusowego, cynamonowego i z drzewa herbacianego. Ten ostatni dodaję też do toniku do twarzy – działa oczyszczająco i przeciwbakteryjnie. Stworzyłam kampanię „7 grzechów z ziołami”, której puentą stał się właśnie aspekt ekologiczny: wcieliłam się w postać rozgniewanej planety, która krzyczy o ratunek.

Tuwim, Stokrotka i joga

Dzisiaj większość czasu spędzam w mieście, ale to natura i zwierzęta pomagają mi zawsze wracać do harmonii. Mam dwa psiaki: Tuwima i Stokrotkę. Stokrotka jest drobniutkim białym maltańczykiem, a Tuwim to wilczurowaty, dostojny czarny kawaler. Każdą wolną chwilę spędzamy razem na spacerach i bieganiu po lesie. A przy okazji zbieram w lesie śmieci... Trudno zgadnąć, kto z nas ma większą radochę z tych wypadów. To dla mnie naturalne, że udomowione przez ludzi zwierzęta są od nas zależne, więc mamy obowiązek się nimi opiekować. Angażuję się w akcje, które mogą zmienić życie zwierzaków na lepsze. Przede wszystkim zachęcam do adopcji psów oraz wspieram schroniska. Sama zaadoptowałam Tuwima. Zwierzęta uwrażliwiają i pomagają zachować równowagę, od moich psiaków nieraz dostałam „reprymendę” za zbyt długie gapienie się w komórkę.

Wewnętrzną harmonię oraz łączność między ciałem a duszą pomaga mi też trzymać joga. Wierzę, że każdy organizm ma zdolność samouzdrawiania i kiedy ćwiczę – stwarzam mu do tego warunki. Najbardziej lubię ashtangę. Jest bardzo dynamiczna i po godzinie treningu mam energię na cały dzień.

Przyczyna i skutek

Segreguję śmieci, oszczędzam wodę i światło, rezygnuję z plastiku na rzecz lnianych toreb. Nie kupuję worków na śmieci, zamiast tego używam papierowych toreb sklepowych lub takich, w których dostaję prezenty. Często jeżdżę rowerem. I nawet na planie nie korzystam z jednorazowych kubków czy sztućców, jeśli trzeba, przynoszę własne.

Czuję odpowiedzialność za wszystko, co tworzę. Rozumiem zasadę przyczyny i skutku. Jest mi źle ze świadomością fatalnej kondycji naszej planety i ponieważ jest to efektem działalności człowieka, czuję się za to współodpowiedzialna.

Edyta Herbuś, tancerka, aktorka, promotorka zdrowego stylu życia. Jest ambasadorką ekologicznych ziół do uprawy domowej „Baziółka” oraz Dnia Jogi w Polsce.