1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zdrada - czy da się na nią spojrzeć bez uprzedzeń? Pytamy Katarzynę Miller

Zdrada - czy da się na nią spojrzeć bez uprzedzeń? Pytamy Katarzynę Miller

Według psychoterapeutki Katarzyny Miller, zdrada to postawienie na swoje pragnienia, potrzeby, braki, deficyty i danie sobie nareszcie prawa do czegoś. (Fot. iStock)
Według psychoterapeutki Katarzyny Miller, zdrada to postawienie na swoje pragnienia, potrzeby, braki, deficyty i danie sobie nareszcie prawa do czegoś. (Fot. iStock)
To postawienie na swoje pragnienia, potrzeby, braki, deficyty... To czasem danie sobie nareszcie prawa do czegoś. Psychoterapeutka Katarzyna Miller pyta, czy umiemy spojrzeć na zdradę właśnie tak – bez uprzedzeń, inaczej.

Dlaczego nie lubisz słowa "zdrada"?
Uważam, że to bardzo mocne słowo, używane – nawet bardziej teraz niż kiedyś – zbyt często, pochopnie i w dodatku nieadekwatnie do sytuacji. Oczywiście jeśli z kimś jesteś długo i mu ufasz, to czymś strasznym jest, gdy się dowiadujesz, że ten ktoś był w tym samym czasie w związku z kimś innym albo że ma gdzieś dziecko, dwa domy czy pozaciągał kredyty i teraz nie macie pieniędzy. To wszystko są sytuacje, w których nagle orientujesz się, że nie możesz mu ufać bezgranicznie. Albo czuć się totalnie bezpiecznie, no, chyba że to bezpieczeństwo znajdziesz w sobie, ale wtedy i tak nie będzie ono totalne. Ostatnio od wielu osób słyszę o zdradach, których dopuszczają się przyjaciele albo wieloletni wspólnicy biznesowi – nie liczą się z drugim człowiekiem, okradają, oszukują, narażają drugą stronę na duże nieprzyjemności...

I chcesz powiedzieć, że w tym wypadku zdrada to za mocne słowo?
Wprost przeciwnie. W tych wypadkach jest całkowicie adekwatne do przewiny. Natomiast stosowanie go w odniesieniu do sytuacji, w której mój partner się z kimś przespał lub kogoś pocałował, podczas gdy życie jest pełne innych, o wiele gorszych zdrad – jest po prostu niewspółmierne. Nie podoba mi się też, że tzw. niewierność małżeńską lub partnerską wybija się do tego stopnia, że kiedy słyszymy „zdrada”, to myślimy tylko o seksie. Powiem nawet więcej, mnie to oburza. Bo to nie jest wcale najgorsze, co może nam zrobić drugi człowiek. Jednocześnie zgadzam się, że są związki bardzo namiętne, w których sam fakt, że druga osoba te cudowne słowa, gesty czy dotyki zaniosła gdzie indziej – powoduje wielki ból. Jedna dziewczyna na mojej grupie powiedziała, że to taki ból, jakby ktoś wykroił serce. Innych boli całe ciało. Ale jak wspólnik okrada, to przecież też ciało boli. W dodatku on okradł, zniknął i już nie wróci, tymczasem mąż czy żona przespali się z kimś innym, ale wrócili i chcą być z tobą – nie ma tu więc czego porównywać. Czasem mówią jeszcze: „Było mi ostatnio smutno i samotnie, nie umiałam czy nie umiałem się do ciebie dobić, brakowało mi bliskości, a pojawił się ktoś, kto obsypał mnie tym, na co czekałam czy czekałem od ciebie, więc to wzięłam, wziąłem. Ale już nie chcę”.

Niektórzy mówią, że nie wiedzą, jak do tego doszło...
Że samo się zrobiło. Że nie chcieli. Może i rzeczywiście nie chcieli, ale stało się dlatego, że byli gotowi.

Zdradzamy, bo…? Czegoś nam brakuje? Z ciekawości? Bo wybieramy siebie zamiast drugiej osoby?
Zdradzamy, bośmy od dziecka byli zdradzani, i już. To jest naprawdę najważniejsza przyczyna. Tylko ludzie jej nie rozumieją. To dla nich za proste, za krótkie, nic nie znaczy. A znaczy strasznie dużo! Zdradzają nas wszyscy: rodzice, rodzina, nauczyciele, sąsiedzi, państwo...

Jak zdradzają na przykład?
Zacznijmy od rodziców: coś nam obiecują, ale tego nie robią. Albo słyszymy, że mówią coś innego do jednej osoby, a coś innego do drugiej. Zdradzają też nasze tajemnice. Choćby taka ważna rzecz jak liścik miłosny kilkuletniej dziewczynki, który mama pokazuje ze śmiechem sąsiadce, bo znalazła go pod poduszką. To jest w ogóle strasznie częste, że dorośli wyśmiewają intymność dzieci. Robią sobie jaja, a dziecko w środku drętwieje. Czuje się odarte ze swojej suwerenności, inności, z poczucia bezpieczeństwa... Cha, cha, cha, bo nasza Ania ma narzeczonego.

Ania uczy się, że tak można? Że to element życia?
Ona wyrasta w świecie, w którym nie dostaje narzędzi potrzebnych do zrozumienia tego, co się wokół dzieje. Za to dostaje strategie, które sprawiają jej i innym ból. Uczy się, że jej uczucia są nieważne, ale cudze też nie. Jeżeli się więc zdarzy w jej życiu sytuacja, że będzie odczuwała dużą pokusę albo w jej przyjaźni z kimś pojawi się element zazdrości, niechęci czy zawodu – to ona tego nie oczyści i nie wyjaśni, tylko zrobi komuś świństwo. Na przykład odejdzie bez wytłumaczenia – to jedno z wielu świństw, jakie sobie wyrządzamy.

I to nagminnie. Na portalach randkowych prawdziwą plagą jest tzw. ghosting – ktoś, z kim chodzisz na randki, nagle zrywa kontakt, przestaje się odzywać, umawiać, nie podając przy tym żadnego powodu.
Bo ludzie nie potrafią mówić o tym, co się w nich dzieje, czemu jest im źle, czego im brakuje – a jeśli już nawet sobie powiedzą, to nie wiedzą, jak to sobie dać, skąd wziąć, a może poprosić.

A może zdrada to jest pójście właśnie za takim instynktem? Nie mam, a potrzebuję, to sobie wezmę.
Tylko żeby mieć w sobie wykształcony czysty instynkt, bez naleciałości psychopatii, trzeba być niezniszczonym dzieckiem. A my wszyscy jesteśmy poniszczeni. Zgadza się, w zdradzie jest coś w rodzaju słynnego Sienkiewiczowskiego „Kali ukraść – dobrze. Kalemu ukraść – źle”. Zdrada może być też odreagowaniem przykrych uczuć, z którymi nie wiemy za bardzo co zrobić, na przykład złości. Ale przede wszystkim – o czym piszę w książce „Kup kochance męża kwiaty” – człowiek zdradza z myślą o sobie, nie o tej drugiej osobie. My to naprawdę robimy dla siebie. Czyli na przykład do tej pory więcej było w naszym związku myślenia „my”, ale teraz jest jedynie „ty“ albo „ja”, w dodatku ciągle się kłócimy, omijamy albo w ogóle zawiesiliśmy komunikację na kołku, mamy tylko coraz więcej obowiązków, które nas męczą, a nie cieszą.

Czyli zdrada to postawienie na siebie...
Na siebie, swoje pragnienia, potrzeby, braki, deficyty... To czasem danie sobie nareszcie prawa do czegoś. Bardzo często ludzie w związku zachowują się zgodnie z tym okropnym stereotypem: „nigdzie nie pójdę i nic nie zrobię bez ciebie”. A potem są zdziwieni: gdzie ta nagroda? Nikt nie jest mi wdzięczny, nikt mnie nie szanuje, nie powie: „skoro ty mi dajesz to, to ja w zamian dam ci tamto“, tylko jeszcze im ciągle mało... No a ktoś inny uważa, że jestem cudna, a przynajmniej mu się podobam.

Niektórzy mówią, że zdradzili, by poczuć, że żyją.
Ludzie bardzo często docierają w życiu do momentu tytułem: „I to już wszystko?!” Już nic więcej mnie nie spotka? Będę tylko wte i wewte jeździł do pracy, gdyż trzeba spłacać kredyty i dzieciom nowe ubrania kupić, bo ze starych już dawno wyrosły, w dodatku nikt mi za to dobrego słowa nie powie, w pracy już wyżej nie podskoczę – tylko się pochlastać. I jeśli wtedy jakiś miły pan się uśmiecha – albo miła pani – i mówi: „Boże, jaka z pani kobieta! Dawno kogoś takiego nie spotkałem”, to przecież jest balsam na serce, miód po prostu.

Czasem wcale nie żałujemy, że zdradziliśmy. I wcale nie chcemy za to przepraszać, bo czujemy, że zrobiliśmy coś w zgodzie ze sobą. Nawet jeśli nazywane jest to zdradą.
Powiem tak: po moich grupach mogę stwierdzić, że to właśnie te ciekawsze kobitki sięgają po kochanków.

Ciekawsze siebie czy świata?
W ogóle ciekawsze od reszty. Bardziej niezależne, ceniące sobie doświadczenie, bardziej ufające samym sobie, dające sobie więcej praw i mające więcej radości z życia. Mają kochanków i czasami bardzo z tego korzystają. Ostatecznie zostają z kochankiem albo z mężem, albo z obydwoma, i też jest dobrze.

Nazywa się je wyzwolonymi. Albo puszczalskimi…
Stereotyp moralny, jeśli jest jak taka kłoda, z której nic nie wynika, a tylko cię przytrzaskuje – to nie jest żadne rozwiązanie na życie. Stereotyp głosi: nie wolno czegoś robić, bo to brzydko. Albo: bo jesteś wtedy złym człowiekiem. A cóż złego w tym, że potrzebuję miłości i jej szukam?! Oczywiście raczej potrzebuję miłości do samej siebie niż do kogoś innego, ale skoro nie znajduję jej w moim związku... Czasem to, że prosisz, nikogo nie rusza, dopiero zdrada coś zmienia.

Zdrada wyłamuje nas ze schematu, stereotypu?
Tak. Choć bywa też ugrzęźnięciem w stereotypie. Znam niejednego faceta, którego ojciec bez przerwy chodził na baby, a jego mama tu pochlipała, tu się obraziła, a tu machnęła ręką – ale nic z tym nie zrobiła. Więc on ma taki wzór i taki stereotyp. Przy czym jeszcze koledzy mówią: „A co ty się żoną przejmujesz, zobacz, ile towaru chodzi po ulicy”. Dla tego mężczyzny przekroczeniem stereotypu byłoby poczucie, że ktoś może mieć dla niego wartość. I że tym kimś może być jego żona na przykład. Polata za innymi kobietami i może spyta sam siebie: „Czego ja szukam? Przecież mam to wszystko w domu”.

Opowiem ci o mojej ulubionej parze, którą spotkałam kiedyś na terapii. Najpierw zaczął mąż. Mówi: „Nie chciałem jej zdradzać. Do niczego mi to nie było potrzebne. Tylko co miałem robić, skoro ona przestała chcieć ze mną wyjeżdżać, wychodzić, robić wspólnie ciekawe rzeczy? Leżała tylko i czytała. Więc kiedy jeżdżąc samotnie po świecie, spotkałem kobietę, która nie tylko była ciekawa świata, ale i mnie, to zacząłem się zastanawiać: a może powinienem z tą moją żoną się rozstać? Tylko że ją kocham...”. Wrócił  któregoś razu do domu i powiedział żonie, że jest taka pani, z którą jest mu dobrze i że on chyba chce z nią być. Żona się wściekła, wygoniła go z sypialni, ale w nocy z tej złości nie mogła usnąć, przewracała się tylko z boku na bok, i nagle ją oświeciło: „Boże, co ja robię?! Czy mam zamiar go oddać? Przecież to jest mój facet, kocham go i chcę. Ma rację, byłam leniwa i na nic nie miałam ochoty. Odsunęłam się od niego”. Po czym poszła do jego pokoju i spędzili ze sobą cudowną noc. Od tej pory już nie chcieli się rozstawać. Następnego dnia on zadzwonił do kochanki, powiedział: „Bardzo ci dziękuję za wszystko, było mi z tobą cudownie, ale to ją kocham i z nią chcę być“.

Jak ona to przyjęła?
A kto ją tam wie! Pewnie zgrzytała zębami, że straciła takiego fajnego faceta. Zawsze mówię moim babeczkom: „żona ma dużo więcej możliwości, argumentów i atutów”, zwłaszcza jeśli to było małżeństwo z namiętności. Dom, często i dzieci, wspólne wspomnienia, szmat czasu wspólnie spędzonego. To ogromny kapitał. Poza tym to jest jego baba, a on jest jej chłopem. Po prostu. Ale nie, kobiety będą się upierać, że wszedł innej do łóżka, to już jest koniec. Ale czego koniec? Chyba ich złudzeń na temat tego, że można wszystko zaplanować i być kogoś w 100 procentach pewnym. Przecież my sami siebie nie możemy być pewni, co dopiero drugiego człowieka. Takie podejście świadczy o nieumiejętności wzniesienia się ponad błahostki i zobaczenia o wiele ważniejszych rzeczy.

Znam kilka osób, które nie tylko nigdy nie wybaczyły zdrady partnerowi, ale też nigdy się nie pogodziły z tym, że do tej zdrady w ogóle doszło. Tak jakby w ich świecie to się nie mieściło.
No bo się nie mieści! W ich świecie. Złożonym z czterech cegieł, ułożonych w kwadrat. Jak ktoś ma tak ułożony świat, to prędzej czy później z tej lub z tamtej strony coś mu grzmotnie.

Są zdrady, które mają na celu skrzywdzenie lub ukaranie drugiej osoby. Są też takie, którymi sabotujemy nasz związek, bo boimy się bliskości. Niekiedy zdrada  jest świństwem, a innym razem – tak uważam – aktem odwagi albo rozpaczy.
Zgadzam się. Czasem zdradzamy, by wstrząsnąć naszym związkiem, by dać sobie prawo do innego życia. I może się okazać, że słusznie zrobiliśmy, bo nasz partner okazał się dupkiem, a partnerka ma nas w dupie, ale możemy też przekonać się, że to świetny facet czy genialna kobieta, a my ich w ten sposób bardzo zraniliśmy. Ale przecież możemy powiedzieć: „mój błąd, przepraszam”. Albo: „nie przepraszam i wcale nie żałuję, bo przynajmniej teraz wiem, że zależy mi na tym związku, że i tak ciebie wolę”. „A nie przeszło ci przez myśl, że w ten sposób mnie stracisz?”. „Ale ja czułam, że i tak ciebie tracę”.

Zdrada zdradzie nierówna. Ale na pewno nie powinna nas przerażać ani brzydzić, bo to rzecz ludzka.
Jedna rzecz brzydzi mnie niezmiernie. I jest niestety bardzo powszechna. Mówię tu o całych tabunach mężczyzn, którzy żenią się po to, by mieć w domu babę, wikt i opierunek, a poza domem chodzić na dziewczyny, ile będą chcieli i kiedy będą chcieli. To nie jest problem zdrady, tylko totalnej niedojrzałości i roszczeniowości, ale też przemocy męskiej wobec kobiet i patriarchatu. Bo jego żona jest tylko jego, a wszystkie inne są ogólnodostępne.

A przecież mówi się też, że jak w domu jest obiad i seks, to on nigdy nie zdradzi.
To są tak zwane mądrości narodu. Mądre i słuszne, jeśli dobrze je odczytujemy, a nie bezmyślnie traktujemy jak szablon, w który mamy się wpasować. Jeśli lubisz gotować, to mu gotuj. Robiąc to, co lubimy, stajemy się fascynującymi ludźmi. Jeśli lubisz seks, to znaczy, że lubisz siebie, nic dziwnego, że on z chęcią wraca do ciebie do domu. Nie lubisz? Można oczywiście spytać, czemu on cię nie obudził na tyle, byś spróbowała polubić? Ale – i tu kłania się inna mądrość narodu – po co ona ma być obudzona? Będzie szukała u innych.

Zdrada to jeden koniec. Drugi to wierność. Pytanie: czemu wierni chcemy pozostać?
Wierność na pewno nie powinna być ubezwłasnowolnieniem. Na przykład pojawia się nurt czekania z seksem do ślubu. Osobiście nie zazdroszczę, bo kiedy ludzie tłumią przez dłuższy czas libido, to mogą mieć potem problem z jego wznieceniem. Ale jeśli im taka abstynencja seksualna jest potrzebna i oboje się w tej kwestii dogadują, bo taka jest ich hierarchia wartości, to są szczęśliwi. Są wierni sobie i swojej idei czy też dogmatom. Ja akurat nigdy tego nie pragnęłam, bo uważam, że życie ma się nijak do dogmatów.

No dobrze, ale jeśli mówimy, że ona jest wierna jemu, to myślimy, że nie tylko uprawia seks z nim jednym, ale też staje w jego obronie, gdy ktoś go krytykuje.
A jeśli zgadza się z tym, kto go krytykuje?

To wyraża swoje zdanie.
I wtedy jest wierna komu?

Sobie. Ale jednocześnie nie występuje przeciwko partnerowi.
I dlatego w sądzie karnym małżonkowie mają prawo odmówić składania zeznań, jeżeli mogłoby to zaszkodzić drugiej stronie. Na zasadzie: „wiem, ale nic nie powiem”.

Czyli wierni powinniśmy być samym sobie, a wobec tych, których kochamy – lojalni. Będę go wspierała, będę o niego walczyła i stawała w jego obronie, jeśli... nie będzie krzywdził siebie, mnie lub innych.
I to sobie trzeba wyraźnie powiedzieć. Nie wolno stawać za kimś wbrew sobie i swoim wartościom. I czy to wtedy jest zdrada tego kogoś? Czy on ma prawo czuć się zdradzony?

Jeśli czuję się zdradzona i bardzo cierpię z tego powodu, to znaczy, że obudził się we mnie ból, który noszę w sobie od dawna?
Dokładnie to chcę powiedzieć. Boli nas tak bardzo nie dlatego, że ktoś nas tak zranił, tylko że już tyle razy wcześniej byliśmy zdradzeni. I że sami siebie też zdradziliśmy nieraz.

A może w życiu trzeba i zdradzić, i być zdradzonym?
W życiu wszystko trzeba. Oczywiście nie wszystko się przerobi, bo się nie zdąży, ale im więcej się zmieści, tym lepiej. Choć nie chodzi też o to, by upychać na siłę. Dobrze się nażyć, a potem sobie odpocząć, a potem znów się nażyć i znów sobie odpocząć… W tym nażyciu się jest bardzo dużo dobrego, zdarzają się tam łzy i rozczarowania, ale też olśnienia i przygody. No chyba że ktoś się bardzo stara, by nigdy nie zboczyć z tej samej drogi między domem i pracą. Może i czuje się wtedy bezpiecznie, ale czy jest szczęśliwy?

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Kup kochance męża kwiaty” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kto trzyma kasę w waszym związku?

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Związek partnerski to także model finansowy. Jego kształt świadczy o relacji ludzi. A kłótnia o pieniądze to tak naprawdę kłótnia o uczucia – twierdzi coach Beata Markowska.

Kobietom zarzuca się, że są materialistkami. Z drugiej strony to one rodzą i wychowują dzieci, więc chcą, by partner otoczył rodzinę opieką, zapewnił przetrwanie. Czysta biologia.
I ten model w dużej mierze jest realizowany! Mężczyznom to na ogół nie przeszkadza, póki czują się panami domu, kobietom też – póki są paniami domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnice postrzegania kwestii finansowych zaczynają parę dzielić. Bo jemu się np. nie podoba, że ona za dużo wydaje albo ona uważa, że on próbuje ją stłamsić. To jest jeden model społeczny – ale jest i drugi. Realizowany zwłaszcza w dużych miastach – to „równouprawnienie”, czyli sytuacja, w której obie osoby zarabiają.

No tak, ale jak wynika z badań, gros obowiązków w domu i tak spada na kobietę, nawet gdy zarabia i współfinansuje dom. Ma więc dwa etaty, ale ten domowy – nieopłacany.
Otóż to. Jeśli ona też zaopatruje dom w wartości materialne, to powstaje problem, kto ma ten dom „obsługiwać”, tworzyć ciepłą, przyjazną atmosferę, otaczać opieką dzieci. To jest zajęcie, „etat”, którym współczesna kobieta chciałaby podzielić się z mężem. Pytanie, czy mężczyźni są gotowi na tę zmianę i czy potrafią przejąć tę funkcję? Nie jest to problem, z którym mierzą się związki na poziomie indywidualnym, ale fragment większej całości, systemu. Jeśli kobiety nie zrezygnują z polowań na mamuta, to potrzebny będzie nowy model, adekwatny do zmian społecznych. Wątpię, by wrócił czas patriarchatu, w którym role były jasno określone i odpowiednio przydzielone. Transformacja jest nieuchronna.

Jest jeszcze trzeci model – związki, w których to kobieta zarabia więcej, a nawet takie, że tylko ona pracuje i utrzymuje męża i dzieci.
Ten model może, choć nie musi, rodzić szereg konfliktów w relacjach. Gdy mężczyzna mniej zarabia, może czuć się upokorzony przez kobietę, jego męskość (tak to może odczuwać) zostaje podważona. Jeśli jeszcze na dodatek będzie miał wrażenie, że jego kobieta go nie podziwia, nie adoruje – może go to skłonić do szukania rekompensaty poza związkiem. Zapragnie kogoś, kto się nim zachwyci.

A jeśli nie poszuka nowej wybranki, to w stosunku do tej stałej może być złośliwy, niemiły, żeby jakoś wyrównać tę stratę i poczuć się lepiej…
To prawda. Skoro ona ma wyższą rangę społeczną, on będzie chciał w relacji upokorzyć ją, umniejszyć, pokazać, że na czymś się nie zna, że jest gorsza. Zamiast podskoczyć do jej poziomu, ściągnie ją do swojego. To typowa metoda radzenia sobie z kompleksami.

A co sądzisz o takim podejściu, że żadne z partnerów nie jest ekonomicznie zależne od drugiego? To podobno prawdziwe partnerstwo. Ludzie są ze sobą dlatego, że chcą, a nie dlatego, że boją się zostać sami.
Moim zdaniem wtedy jest to pewien układ, nie związek. Każdy jest panem i władcą w swoim państwie. Możemy się czasem spotkać, nawet możemy mieszkać razem, współfinansować różne przedsięwzięcia, ale gdzieś postawione są granice do własnego świata każdego z partnerów. Najczęściej nieprzekraczalne. Tymczasem w związku chodzi o to, aby z rozmysłem stworzyć wspólną przestrzeń. Jeśli jej brak lub jest ona marginalizowana, zdominowana przez części odrębne każdego z partnerów, wówczas trudno mówić o związku. Bardziej o transakcji, umowie.

Rozwód to prawdziwy sprawdzian wiedzy o partnerze i jego stosunku do pieniędzy. Dawni małżonkowie potrafią toczyć boje nawet o sztućce, kołdry i telewizory! Walczą o podział majątku, alimenty dla siebie i dzieci, nie przebierając w środkach. Dlaczego?
Pieniądze mogą być narzędziem zemsty na partnerze czy partnerce, odwetem za to, że zabiera marzenia o relacji, z którą się pragnęło z nim czy z nią stworzyć. I nie ma znaczenia, kto podejmuje decyzję o rozstaniu. Zawsze winna jest ta druga strona. Nie ma też znaczenia, czy realizacja tego marzenia była blisko, czy i tak nie udałoby się nam go osiągnąć. Nawet jeśli małżeństwo nie było idealne, a obraz rodziny daleki od tego z reklamy, to na poziomie marzeń działa wiara, że tak. Gdy mydlana bańka pryska, otwiera się pole do popisu dla Wewnętrznego Krytyka. Sala sądowa staje się zatem areną, na której odgrywamy się za doznane upokorzenia, te realne lub domniemane, za utracone marzenia i brak wiary w siebie.

Czy spisanie przedślubnej intercyzy jest dobrym rozwiązaniem? Zabezpiecza przed spodziewaną krzywdą?
Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia, a co za tym idzie, lęki związane z byciem wykorzystanym, intercyza będzie dobrym rozwiązaniem. Ale przed lękami się nie ucieknie. Będą się mnożyć, mutować. Rzeka pełna lęków czasem wzbiera i nawet jeśli jakiś fragment naszego życia zostanie ochroniony wałami przeciwpowodziowymi (w tym przypadku intercyzą), to żywioł i tak znajdzie inny, słabszy fragment życia, żeby zaatakować.

Dlaczego boimy się być choćby trochę zależni? Przecież po to właśnie jesteśmy razem, żeby się wspierać, pomagać sobie, a nie wykorzystywać czy krzywdzić.
Oparcie w partnerze, zaufanie jest podstawą dobrego związku. Z tym że jest różnica między byciem dopełnianym przez drugą osobę, a poczuciem zależności i obawą, że bez partnera sobie nie poradzę. Także finansowo. Z zupełnie innego miejsca tworzą się związki, gdzie każda ze stron jest spełnioną osobą, dającą sobie radę w życiu, potrafiącą się utrzymać, na której poczucie niezależności nie wpłynie fakt, że parter odejdzie, bo ona już tej niezależności doświadczyła i odnajdzie się w świecie. A z zupełnie innego, gdy ta druga osoba ma nam coś dać. Coś, czego sami nie mamy, na przykład bogactwo. Staje się wówczas protezą nieużywanych, czasem wypartych, kompetencji życiowych.

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. A kwestie finansowe to taki sam temat jak inne, choć traktowane są niekiedy bardziej intymnie niż seks. Jeśli stanowią dla partnerów problem, trzeba go rozwiązać. I sprawdzić, jakie prawdziwe obawy za sobą niosą (strach przed odrzuceniem, lęk o przyszłość, brak zaufania itd.). Szczerze ze sobą o tym rozmawiać, zamiast zamiatać pod dywan, konstruując tym samym bombę z opóźnionym zapłonem.

  1. Kuchnia

Madina Mazaliewa – wojowniczka gotuje

Madina Mazaliewa z Czeczenii w Polsce znalazła dom i przyjaciół, a także pracę, którą kocha. (Fot. Marta Rybicka)
Madina Mazaliewa z Czeczenii w Polsce znalazła dom i przyjaciół, a także pracę, którą kocha. (Fot. Marta Rybicka)
Przeżyła dwie wojny czeczeńskie i jedną domową. Tę ostatnią wygrała. ocaliła rodzinę. W Polsce znalazła dom i przyjaciół. A także zawód, który jest jednocześnie jej pasją. Gotuje czeczeńskie potrawy w tradycyjnej i nowoczesnej odsłonie, gra w teatrze. Jest wspaniałą matką i silną kobietą. Poznajcie Madinę Mazaliewą i jej kuchnię.

Madina robi bułeczki. – To bułeczki wegetariańskie. Ciasto składa się z mąki i wody z dodatkiem kefiru i odrobiny sody oczyszczonej. Mają nadzienie z duszonej kapusty, duszonej krótko, musi być al dente. Rzucam te placuszki na gorący olej, dosłownie na chwilkę. Przygotowuje się je tuż przed podaniem na stół. Trzeba je jeść od razu po zdjęciu z patelni, złociste i chrupiące – opowiada.

Kamil, reżyser filmu o Madinie (o tym za chwilę), który dokumentuje całe to gotowanie, próbuje bułeczkę. – Wspaniała – recenzuje.

Co Madina przyrządza na co dzień? – Czeczeńskie potrawy. Dzieci lubią je najbardziej – uśmiecha się. – Na przykład żiżik gałnysz: malutkie kluseczki, gałuszki, a do tego mięso. Może być jagnięcina, wołowina, kurczak. Bulion wlewa się do miseczki, dodaje czosnek, w tym macza się gałuszki i je z mięsem. Albo płow. Wschodnia potrawa, trochę jak pilaw, taki robił jej tata Ałhazur. Bo Madina ma własne przepisy. Rodzinne. Barszcz wegański robi według receptury Mamy Zabu. I choć to już siedem lat, jak mama nie żyje, Madina zawsze, kiedy stawia na stół barszcz, czuje jej obecność.

Co prawda zawsze ma wrażenie, że takiego barszczu jak ona jednak zrobić nie potrafi... Według jej przepisu Madina piecze też tort miodowy. Właśnie skończyła. Wygląda wspaniale. Madina, krojąc go, śpiewa modlitwę – w imię Allaha miłościwego i miłosiernego.

Kolejnym daniem będą manty. Pierożki z grzybowym nadzieniem i cieniutkim ciastem. Gotowane są na parze, w naczyniu zwanym mantowarką. Przyjechało w ślad za Madiną z Czeczenii. Z Czeczenii, z której uciekła, by ratować dzieci. Oprócz dwóch wojen czeczeńskich miała 12 lat wojny domowej.

Wojna Madiny

Pierwsza była, kiedy Madina miała pójść do piątej klasy. Nie poszła. Jej ojciec stwierdził, że woli mieć córkę niewykształconą, ale żywą. Rosyjscy żołnierze wkładali do zabawek materiały wybuchowe. Dziecko brało misia – a ten wybuchał mu w rękach. Ale była też wojna w domu. Mąż Madiny, sadysta i nałogowiec, pił, ćpał. Zabierał Madinie dzieci, nie po to, żeby z nimi być, ale żeby ich matce dokuczyć. Wyjechał kiedyś do Saratowa i zamknął pięcioletniego Edelbieka samego w domu. Madinę zaalarmowali sąsiedzi, przyjechała ze swoim ojcem. Chłopiec był przerażony. I tak wygłodzony, że pochłonął całą kurę.

Prawem Kaukazu jest, że dzieci należą do ojca i jego rodziny. On decyduje o wszystkim. O życiu i śmierci. Madina nie wiedziała, co robić. Postanowiła spróbować podstępu. Ubłagała męża, żeby wyjechali razem. Może w Europie znajdzie siłę na pozbycie się nałogów? Może jest jeszcze dla nich szansa?

Marina Hulia, działaczka społeczna, poznała Madinę na dworcu w Brześciu. Tam koczowała rodzina Mazaliewych, czekając na zgodę na wjazd do Polski. Spali na twardych dworcowych ławkach. Czasem rodzice kilka dni nie jedli, żeby starczyło dla dzieci. Ale byli razem. I, paradoksalnie, Madina wspomina ten czas dobrze. Bo byli wtedy rodziną. On nie ćpał. A dzieci chodziły do cudownej szkoły stworzonej przez Marinę na dworcu w Brześciu. Za 16. próbą udało im się wjechać do Polski. Zamieszkali w ośrodku w Dębaku. Ale wtedy było już tylko gorzej i gorzej. Mąż Madiny znalazł sobie koleżków do picia i ćpania. Wyprowadzili się z rodziną z ośrodka, trwała procedura starania się o status uchodźcy, przysługiwał im ekwiwalent – 2100 złotych na pięć osób. Opłacali tym mieszkanie. – Pojechaliśmy z Mariną na Dni Radości do Krakowa – opowiada Madina. – Cudowna wycieczka w rozśpiewanym autobusie, odwiedziliśmy park dinozaurów, Energylandię, wracaliśmy szczęśliwi. I okazało się, że pieniądze nie przyszły. Wybrałam się do urzędu sprawdzić, co się stało. Podczas naszej nieobecności mąż odebrał całą sumę i ją przepił. Zostaliśmy bez grosza. Z nieopłaconym mieszkaniem.

Stało się wtedy jasne, że Madina ma siłę, której sama u siebie nie podejrzewała. Wezwała policję, opowiedziała, co się stało. Policjantka szepnęła jej, że niewiele mogą zrobić, ale wyprowadzą go i nastraszą. – Rozumiem panią, ja też jestem matką… Męża Madiny w końcu deportowano, a rodzina dostała ochronę ze względów humanitarnych.

Międzynarodowy parter

Przyszedł jeszcze jeden trudny moment. Właścicielka mieszkania, które Madina wynajmowała w Brwinowie, postanowiła je sprzedać. Wtedy Kasia i Maciek Stuhrowie zrobili rodzinną naradę. Stwierdzili, że ich dom jest na tyle duży, że znajdzie się w nim miejsce dla Madiny i dzieci. Maciek śmieje się, że górę mają polską, dół czeczeński, a parter międzynarodowy. Mieszkają razem już osiem miesięcy. Na parterze spotykają się też dwie różne kuchnie. Maciek uwielbia Madiny pierogi z ziemniakami, wszyscy zajadają się też jej tortem miodowym.

Znali się już od jakiegoś czasu. Też dzięki Marinie Hulii. Na organizowaną przez nią wigilię dla osób, które pomagają uchodźcom, przyszła Kasia Błażejewska-Stuhr. Długo rozmawiały, Kasia chciała włączyć się w akcję „Weekendowe dziecko”. Polskie rodziny brały na weekend czeczeńskie dzieci. I tak Edelbiek trafił do domu Kasi i Maćka. Zaczął bywać tam częściej, a kiedy cała jego rodzina potrzebowała wsparcia, właśnie u Stuhrów je znalazła.

Madina rozwinęła tu swój talent kulinarny. Gotuje, współpracuje z kooperatywą grochowską, zamówienia płyną rzeką. Została też bohaterką książki Mariny Hulii i Moniki Głuskiej-Durenkamp „Dzieci z dworca Brześć”. I spektaklu teatralnego „Popytka” w reżyserii Weroniki Fibich. Grały tam cztery kobiety: Madina, Heda, Milana i Marina. Przedstawienie pokazywane było między innymi na festiwalu Malta w Poznaniu. Akurat zadzwoniła do Madiny jej ciotka z Czeczenii. – Co porabiasz? – zapytała. – Pracuję. – A gdzie? Madina na to: – W teatrze. – Jako sprzątaczka? – pyta ciotka. – Nie, jako aktorka!

Madina napisała też na konkurs piękną bajkę. O czeczeńskiej dziewczynce, której mama była biedna i nie miała ładnej sukienki. Dziewczynka poszła do dziadka w góry. Dziadek obiecał jej, że jeśli pomoże mu zbierać miód, będzie mogła go sprzedać i kupić mamie sukienkę. Dziewczynka zrobiła to, choć bardzo bała się pszczół. A na targu pan, który usłyszał całą historię, kupił od razu cały miód. Bajka trochę o Mamie Zabu, trochę o samej Madinie, trochę o Czeczenii, gdzie szczyty zaśnieżonych gór sięgają nieba.

Przygotowywany jest film o Madinie – „Wszyscy wszystko zjedli” w reżyserii Kamila Witkowskiego („Zwierciadło” i „Sens” są patronami medialnymi tego dokumentu). Niedługo ukaże się książka „Kuchnia Madiny”. Będą tam nie tylko przepisy kulinarne, lecz także historia życia tej silnej kobiety, wspaniałej matki, znakomitej kucharki. Która gra w teatrze, gotuje, układa bajki, a przede wszystkim ma duszę wojowniczki.

  1. Psychologia

Nowa znajomość – po czym poznać, że facet jest w porządku?

Choć na pierwszej randce trudno ocenić intencje drugiej osoby, warto zwrócić uwagę na pewne zachowania, które nie rokują dobrze dla tej znajomości. (Fot. iStock)
Choć na pierwszej randce trudno ocenić intencje drugiej osoby, warto zwrócić uwagę na pewne zachowania, które nie rokują dobrze dla tej znajomości. (Fot. iStock)
Oczywiście ta lista nie zagwarantuje ci rozpoznania intencji faceta. Wielu mężczyzn umie bardzo dobrze udawać na pierwszych randkach, doskonale wiedzą, co powiedzieć, ciężko więc poznać oznaki ich podrywu. Niektórzy mężczyźni wiedzą, że kobiety są żądne uwagi i słów, więc żeby zdobyć kobietę dają to wszystko, a potem, gdy już osiągną cel, zamieniają się w chamów. O tym też pamiętaj!

Czasami niepozorny facet jest bardziej autentyczny niż ten, który na pierwszej randce obsypał cię kwiatami, obietnicami i powiedział, że jesteś wyjątkową kobietą. Dobre rzeczy mają w sobie aspekt spokoju, a oznaki podrywu faceta nie zawsze są tak oczywiste, jak ci się wydaje.

Jak mężczyzna sprawdza kobietę? Uczciwy facet będzie chciał cię bardziej poznać zanim będzie chciał z tobą być. Na pewno nie daj się namówić na pomaganie facetowi i wyciąganie go z jakiś problemów, które "tylko ty możesz rozwiązać". To prawie zawsze jest znak, że trzeba wrócić samej do domu i wykasować numer z komórki.

Nie ulegaj też przesądom w drugą stronę, że wszyscy faceci są tacy sami, że zawsze kłamią, zawsze oszukują i że chcą tylko jednego. Jest sporo rozsądnych, uczciwych chłopaków i czym będziesz bardziej radosna, spokojna i świadoma, tym większą masz szansę ich spotkać! Jeśli cierpisz i czekasz na ratunek z męskiej strony, to raczej na pewno będziesz cierpieć jeszcze dłużej. Zauważ, że najdroższe i najładniejsze prezenty dostają ci, którzy są bogaci.

Jak rozpoznać intencje faceta?

  • Czujesz się przy nim swobodnie i bezpiecznie
  • Uśmiechasz się dużo w czasie rozmowy,
  • On słucha tego, co mówisz,
  • Nie używa wulgarnych słów,
  • Nie proponuje od razu seksu,
  • Mówi dobrze o swojej mamie,
  • Nie opowiada o byłych dziewczynach i nie mówi o nich źle,
  • Nie upija się na randkach ani nie proponuje innych środków odurzających,
  • Jest uczciwy w odpowiedziach, niezależnie czy to jest dla ciebie to, co najbardziej chciałabyś usłyszeć,
  • Patrzy na ciebie z pożądaniem, ale nie prawi ci bez przerwy komplementów,
  • Nie obarcza cię swoimi problemami natury emocjonalnej lub finansowej,
  • Nie robi wszystkiego, czego chcesz - ma swoje zdanie i swoje granice,
  • Nie rzuca obietnic bez pokrycia,
  • Odnosi się do tego, co mówisz - komentuje to,
  • Wypytuje o ciebie, co lubisz, jaka jesteś,
  • Jest cierpliwy i spokojny.

Więcej na temat relacji z mężczyznami i tego, jak rozpoznać ich intencje w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, Wydawnictwo Zwierciadło.

  1. Psychologia

Kiedy rozstanie, kiedy praca nad sobą? – Poczekaj, zanim uciekniesz od partnera

Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Jeśli wierzyłaś, że ten związek będzie inny, ale znów wszystko zaczyna się psuć… Jeśli twój partner cię zdradził, oszukał lub zawiódł… – Nie rozstanie jest ci potrzebne, ale praca nad sobą – mówi terapeutka Eva-Maria Zurhorst, która po latach rozczarowań w związkach dała sobie szansę na szczęście.

Do mało której sprawy przywiązujemy taką wagę, jak do tego, z kim dzielimy życie. Nasz partner powinien spełniać określone kryteria, zarówno w kwestii charakteru, wyglądu, jak i zainteresowań. Kiedy w związku dzieje się źle lub kiedy z kimś się rozstajemy, tłumaczymy to tym, że widocznie nie był to ten właściwy. Tymczasem niemiecka terapeutka Eva-Maria Zurhorst stawia rewolucyjną tezę: „Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz” (tak brzmi także tytuł jej książki).

To hasło może budzić zdziwienie. No bo jak to „nieważne z kim się zwiążesz”? Przecież to ma być ktoś wyjątkowy! Żadnej przypadkowości, czysta magia! Zgoda, tyle że pewien rodzaj magii działa zawsze: przyciągnęliście się, bo wiele was łączy. Bo w waszym spotkaniu jest ogromny potencjał rozwoju dla obojga. Sęk w tym, że – zamiast dostrzec ten potencjał – skupiasz się na trudnościach, które po jakimś czasie wypływają (a wypływają zawsze) i stwierdzasz: „To nie działa”. Eva-Maria Zurhorst wie o tym jak nikt inny. Zawsze szukała tego jedynego. Wchodziła w relacje i szybko z nich wychodziła. „Moje serce nie znało spokoju. Bardzo chciałam zostać, oddać się bez reszty, ale coś gnało mnie dalej – od jednych uciekałam z obawy, że mnie opuszczą, od innych – że zostanę stłamszona”. A potem nastąpiły w jej życiu kolejno: niespodziewana ciąża, nieplanowany ślub i nieudane próby dopasowania się do drugiego człowieka. Po dwóch latach uznała, że jej małżeństwo jest „mieszczańskim muzeum nudy” i że „właściwie nic nas nie łączy”. Kłócili się, mijali, walczyli, nawiązywali potajemne romanse, a jednak wciąż byli razem – nie wiadomo właściwie, co ich do siebie ciągnęło. Może to uczucie głębokiej wewnętrznej więzi, które pojawia się, gdy dochodzisz do granicy wytrzymałości... Eva-Maria zaczęła podejrzewać, że może w związku chodzi o coś innego niż o tę „właściwą osobę”. Zaczynają się więc z mężem komunikować. Przyglądać się światu drugiej osoby. Jest w tym coraz mniej strachu i oporu. Coraz więcej ciekawości. Fakt, otwierają się rany, wylewają żale. Ale, jak zauważa w książce, „mówiąc o tym, jak bardzo jesteśmy od siebie oddaleni, zbliżamy się”. Wreszcie trafiła na seminarium słynnego terapeuty Chucka Spezzana. Słuchała i płakała. Bo wreszcie zrozumiała, że wszystkie problemy w związku sprowadzają się do miłości własnej. Że każdy problem w relacji to zachęta do zajęcia się własnym wnętrzem, własnym zadawnionym bólem i wypartymi emocjami. Że większość rozwodów jest zbyteczna, a rozstanie nie jest rozwiązaniem, raczej zwłoką w uzdrawianiu. Nierozwiązany problem wróci w innej konfiguracji – z kolejnym partnerem. Zmienił się jej stosunek do pracy terapeutycznej i do męża – zaczęli sprawiać wrażenie świeżo zakochanej pary.

Zajrzyj pod sukienkę

Pamiętasz Bridget Jones, przygotowującą się do pierwszej randki z Danielem Cleverem? W jednej ręce trzyma podniecające koronkowe figi, w drugiej wielkie „majtasy” w cielistym kolorze, opinające brzuch i pośladki. Co za wybór! Powiedzmy, że górę wezmą majtasy: sylwetka uzyska zgrabniejszy kształt, ale kiedy dojdzie do łóżkowej sceny, mężczyzna może się przerazić i zrazić. A zatem figi? Tyle że te nie zakryją wałków tłuszczu, a skoro będą one widoczne to – kto wie – może w ogóle nie dojdzie do zbliżenia? Stosunki intymne są bezlitosne: odkrywają nasze najbardziej wstydliwe tajemnice. Im bardziej pozwalamy się komuś zbliżyć, tym mniej pozostaje miejsca na kontrolę. Im bardziej się otwieramy, tym łatwiej nas dotknąć. Wychodzą urazy, niepewność, bezradność i wszelkie możliwe dziwactwa. Bronimy się, uciekamy. Złościmy i atakujemy. Obrażamy i zamykamy. „Druga osoba tylko zagląda pod sukienkę” – tłumaczy Eva-Maria Zurhorst. – „Wałki tłuszczu już tam są. Dla dobra naszego związku musimy zatem sami sobie uczciwie zajrzeć pod sukienkę i nauczyć się akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy”. Autorka „Kochaj siebie...” pisze o mechanizmie projekcji i o tym, że partner jest naszym lustrem. Ujrzysz w nim swoje niespełnione potrzeby, opory i blokady, a przede wszystkim rozdarcie między tęsknotami a lękami. Jak możesz oczekiwać od niego czegoś, czego nie zamierzasz sobie dać? Wierzyć w to, że zapewni ci dobre samopoczucie, szacunek i zaufanie do siebie, których ci brakuje? „Od tego, kogo spotkasz, zawsze spotykasz tylko siebie” – twierdzi Eva-Maria Zurhorst. „I dlatego – zgodnie z moim doświadczeniem – możesz spokojnie zostać z tym partnerem, z którym jesteś, choć jeden Bóg wie, jak niemiły jest dla ciebie ten stan”. Partnerzy mają tę niezwykłą umiejętność, że szybko i precyzyjnie wdeptują w te miejsca, które bolą nas najbardziej. Dlatego czasem tak szczerze ich nie cierpimy. Odsuwamy się, odpychamy. A przecież nie są przyczyną naszych problemów, tylko wyzwalaczem. „Dzięki partnerowi możemy zidentyfikować (i pożegnać) nasze demony” – przypomina terapeutka. I zapewnia, że jeśli życie jest szkołą, to relacja partnerska elitarnym uniwersytetem. „Tutaj zdajesz najtrudniejsze egzaminy, tu możesz się nauczyć najwięcej, najbardziej urosnąć i najwięcej otrzymać” – mówi. Największa nagroda, a jednocześnie cel i sens relacji? Doprowadzić do równowagi wewnętrznej. Jak? Skupiając się na sobie. Weź głęboki oddech i zanurz się w tym, czego w sobie nie lubisz, czego się boisz, brzydzisz. Czego być może nie chcesz nawet zobaczyć. Zamiast oburzać się na kogoś, kto wydobywa to na powierzchnię, pochyl się nad tym, zbadaj. Uznaj za swoje. „Jest tylko jedna droga do prawdziwego uzdrowienia, autentycznego powodzenia w związku partnerskim” – utrzymuje terapeutka. – „Przyglądajmy się odważnie naszym własnym mrocznym stronom. Nie potrzeba do tego lat psychoterapii ani męczącej autoanalizy. Prawdziwa bliskość z partnerem i szczera wewnętrzna gotowość poznania prawdy wystarczą”.

Mój kochanek, moja tęsknota

Jak często podejmowałaś próbę zmienienia partnera? Mówiłaś: „Albo przestanie to robić (bałaganić, zapominać o ważnych rocznicach, żartować sobie z poważnych spraw), albo z nami koniec”? A zastanowiłaś się kiedyś, co tak naprawdę kryje się pod twoją złością, że znów tak się zachował? Jakie lęki to zachowanie w tobie uruchamia? Jakie tęsknoty? Dlaczego nie możesz na to patrzeć, słuchać tego? Dlaczego to takie straszne i całkiem nie do zaakceptowania? Co kiedyś odrzuciłaś, uznałaś za kłopotliwe i niepotrzebne, a on uparcie ci o tym przypomina? Może chodzi o swobodę bycia, beztroskę, lekkość (a nie o bałaganiarstwo czy brak szacunku)? Cokolwiek to jest, zrób dla tego miejsce, przyjmij z powrotem. Na tym właśnie polega dążenie do pełni. Nie na ćwiczeniu się w doskonałości! Raczej w otwartości na innych. „Bez niej” – uważa Zurhorst – „padamy ofiarami własnych ponadludzkich wymagań wobec siebie. Im mniej dążymy do doskonałości, tym bardziej łagodzimy nasze oceny i osądy innych ludzi”. I wszystkim jest łatwiej.

Zwłaszcza że związek przechodzi różne fazy, a każda przynosi określone szanse i wyzwania. Jest czas pokoju i czas kłótni. Czas namiętności i czas oziębłości. Zbliżenia i oddalenia... Rada Zurhorst na czas głębokiego kryzysu? Pamiętać o prawdziwym potencjale związku, czyli o tym, co było możliwe w fazie zakochania: „Wszystko to, krok po kroku, może pojawić się między ludźmi nawet po dziesiątkach lat, jeśli ruszą w drogę ku uzdrowieniu. U celu będzie miało jednak zupełnie inną głębię i prawdziwość niż na początku wędrówki”.

A zdrada? Co, jeśli i z nią przyjdzie nam się zmierzyć? Cóż, wiedz, że trójkąty łączy jedno: lęk przed bliskością. Jeśli zostałaś zdradzona, prawdopodobnie od początku nie byłaś „zagnieżdżona” w związku, tkwiłaś na jego obrzeżach, nie potrafiłaś zobowiązać się wobec partnera, oddać mu się w pełni. Zdaniem terapeutki zdradzany tak naprawdę zdradza sam siebie, „Nie opowiadając się zdecydowanie za niczym, kto zastyga w wielkich i teoretycznych oczekiwania wobec partnera i związku”. A jeśli to ty nawiązujesz romans, będąc w relacji? Pomyśl o kochanku jak o swojej tęsknocie, jak o niezaspokojonych częściach, fantazjach. Co to jest? Byłabyś w stanie powiedzieć o tym swojemu partnerowi? I jeszcze jedno, zobowiąż się do połączenia serca i seksualności. Może zamykasz się, nie czujesz spełnienia w seksie. „Wystarczy, jeśli odczuwasz tęsknotę za lepszą drogą” – zapewnia Eva-Maria Zurhorst. Jeśli potrafisz pokazać partnerowi swoją prawdę – złość, wrażliwość, opór, zgorzknienie, rozczarowanie... Nie rezygnuj. Podejmij decyzję o tym, że przyjmiesz bezwarunkowo partnera. A przede wszystkim siebie samą. I jak najczęściej patrzcie sobie w oczy. Mówcie o tym, co czujecie, o doznaniach fizycznych. Obserwuj siebie, pozwól oddechowi się pogłębić. Coś wreszcie odpuści, rozpuści się...

Kiedy piszę te słowa, z głośnika mojego radia wydobywają się słowa piosenki, która zapewnia uparcie (bo to refren!), że miłość rani. Nie, miłość nie rani. Miłość otwiera stare rany. I pomaga je uzdrowić.

Dwa sposoby na naprawę związku

Radykalna konwersacja – strategia Evy-Marii Zurhorst

To nic innego, jak gotowość dzielenia najgłębszych myśli i uczuć. Bez gier i uników. Przy poszanowaniu lęków i różnic. Uwierz, że prawda uzdrawia. Jak by to było, gdybyś przyjrzała się swojej relacji z otwartością i ciekawością, tak jakbyś patrzyła na nią po raz pierwszy w życiu? Zobaczysz tam wszystko: jak bardzo kochasz (albo nie kochasz) siebie. Czego się boisz. Przed czym wzbraniasz. Co jest twoją największą bolączką. Bo niewiele jest spraw ważniejszych niż twój związek. Jest on „najciekawszym poletkiem eksperymentalnym, sferą odkrywania samego siebie; możesz tam pokazać się drugiemu człowiekowi, najuczciwiej jak się da” – mówi terapeutka.

Wierz, że już to masz – strategia Chucka Spezzana

Terapeuta, zanim zrozumiał sekrety związków, często zmieniał kobiety. Zauważył, że każda kolejna ucieleśniała cechę, której brakowało mu w poprzedniej partnerce. A potem odkrywał w tej nowej inny brak i znów zaczynał poszukiwania... Wreszcie zmienił strategię: postanowił skupiać całą uwagę na tym, czego mu brakowało, wierząc, że znajdzie to w aktualnej relacji. Teraz oficjalnie zaleca to parom: daj partnerowi całą swoją miłość, uwagę i ciekawość. Przez 14 dni koncentruj się na jakości, za którą tęsknisz. Uwierz, że twój partner ją posiada… a on ją wtedy rozwinie.

Eva-Maria Zurhorst, terapeutka par. Wraz z mężem Wolframem Zurhorstem są szczęśliwym małżeństwem od ponad 20 lat, mają na koncie kilkanaście książek, w których przekonują, że partnerstwa można się nauczyć.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Toksyny zatruwające radość z seksu – skąd się biorą i jak bronić się przed ich wpływem

Mając pełną akceptację siebie i partnera, możemy się kochać całą noc – ale też tylko kwadrans. Nie musimy się z nikim ścigać. (Fot. iStock)
Mając pełną akceptację siebie i partnera, możemy się kochać całą noc – ale też tylko kwadrans. Nie musimy się z nikim ścigać. (Fot. iStock)
Zdrada, niespełnienie w związku, poczucie winy lub krzywdy to toksyny, które zatruwają radość z seksu. Coach Maciej Bennewicz pokazuje, skąd się biorą i jak się bronić przed ich wpływem.

Seks może być trujący?
Relacje intymne często bywają niesłychanie trudne, skomplikowane i obciążone różnymi toksynami. I wynika z nich wiele kłopotów. Kluczowa jest tu koncepcja trzech elementów miłości według prof. Bogdana Wojciszke: intymności, namiętności i zaangażowania. Jeśli któregoś z tych czynników brakuje lub gdy są zakłócone, to powstają dysproporcje, które nazwiemy właśnie toksynami.

Jakie toksyny mogą powstać z zaburzenia harmonii tych czynników?
Na przykład zdrada. Jest jedną z najbardziej zabójczych trucizn. W naszej obyczajowości lojalność i zaufanie wobec partnera są niesłychanie ważne. Zdrada to absolutne ich naruszenie. Powoduje zburzenie jednego z podstawowych filarów relacji erotycznej i miłosnej: intymności. Do zdrady dochodzi najczęściej wtedy, kiedy między partnerami szwankują intymność i namiętność, a zostaje zaangażowanie. Mają wspólny kredyt, dom, dziecko, nie myślą o zakończeniu związku. Ale stracili już nadzieję na znalezienie w ramionach bliskiej osoby tego, czego potrzebują, więc szukają namiętności i intymności na zewnątrz. To naturalny odruch, bo każdy pragnie zaspokoić wszystkie trzy potrzeby.

Inna toksyna to oziębłość – emocjonalna bądź seksualna, czyli różna gradacja odrzucania partnera. Zwykle robimy to podświadomie, by ukarać drugą osobę.

Czyli manipulujemy seksem?
Używanie seksualności w celu zmanipulowania drugiej osoby to silna trucizna. Częściej jest stosowana przez kobiety, potwierdzają to zresztą badania, m.in. prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza. Kobieta mówi np.: „Będzie seks, jak skosisz trawę. Nie skosiłeś, nie masz na co liczyć”. Kiedy seks staje się monetą przetargową, ona przestaje czerpać z niego przyjemność, a on – satysfakcję. Oboje mogą nawet mieć orgazm, ale jednocześnie na głębszym poziomie pojawia się poczucie, że nie o to chodziło. I coraz rzadziej im się chce, bo po co powtarzać doświadczenie, które jest rozczarowujące? Poza tym wrażenie, nawet podświadome, że jest się manipulowanym, zabija lojalność, nieskrępowanie, odwagę.

A mężczyźni? Nie manipulują seksem?
Też manipulują i robią to w celu zamanifestowania lub uzyskania władzy. To także zatruwa i pozbawia seks jego naturalnego sensu. Ale mężczyźni robią to rzadziej, bo generalnie mają poczucie, że mogą sobie pozwolić na pełną ekspresję swojej seksualności, także bez zobowiązań. Poza tym mają większą łatwość oddzielania różnych ról: kochanka, partnera, szefa czy kolegi. I nawet jeśli w roli kochanka czasem manipulują, to jako partnerzy wciąż czują się w porządku. Kobiety są tu w gorszej sytuacji: ich seksualność jest silnie zidentyfikowana z ich „ja” i spleciona z różnymi społecznymi rolami. I tu dochodzimy do kolejnej trucizny: wpływu środowiska.

Czyli szeregu przekonań zaburzających czerpanie przyjemności z seksu?
Od otoczenia, w którym dorastamy, dostajemy komplet dość sztywnych skryptów myślowych typu: „tego nie rób, tamtego nie wypada, tego nie wolno”, które nierzadko dotyczą właśnie strefy seksualnej. Ponieważ najbardziej restrykcyjne są wobec kobiet, to często właśnie u nich są przyczyną hamowania libido. Negatywny wzorzec często utrwalają pierwsze doświadczenia seksualne, a potem nieudane pożycie małżeńskie: gdy zmienia się w rutynowe, automatyczne i przez to niesatysfakcjonujące. Paradoksalnie to właśnie taki seks staje się dla kobiety strefą komfortu: zachowania seksualne są przewidywalne, a więc bezpieczne, rezygnacja ze swojego szczęścia wydaje się właściwą drogą życiową. Ale najważniejsze jest to, że one same nie wiedzą, czego mogłyby się spodziewać po seksie.

Mężczyźnie jest łatwiej, jego ku przyjemności pcha biologia. A kobieta, jeśli sama nie poszuka, nie spróbuje – nie ma szans na takie doznania. Dlatego tak ważne jest poznawanie własnego ciała, pozwalanie sobie na myślenie o seksie i niekarcenie się za „brudne” myśli. I rozmowa o seksie, łóżkowa komunikacja.
Nie warto kupować wibratorów czy kulek gejszy, póki nie nauczymy się komunikować z partnerem. Bez komunikacji nie ma udanego seksu. Im więcej partnerzy ze sobą rozmawiają i informują o swoich potrzebach, tym lepszymi kochankami się stają. Tymczasem u nas rozmowa o seksie wciąż jest czymś kłopotliwym, o „tych sprawach” się po prostu nie mówi. Przekaz edukacyjny jest fikcją. Panuje hipokryzja. A seksualność to dialog dwojga ludzi. Ale z rozmową będzie ciężko, jeśli nie pokonamy kolejnej toksyny: sposobu myślenia o płci. Szczególnie ważne jest, by myśleć o własnej płci, że jest OK. I stwierdzić: „twoja płeć także jest OK”. Wszystkie inne obrazy płci, które własną płeć przedstawiają jako niedostatecznie dobrą, a tę drugą jako obcą, wnoszą w związek stereotypy silnie zakłócające seksualność.

A czy toksyną jest patriarchalna kultura?
Jak najbardziej, i ma poważne konsekwencje: dosłownie wywraca naszą seksualność do góry nogami. Właściwe zachodniej kulturze myślenie jest obciążone maskulinizmem, patriarchalizmem i wszystkimi grzechami męskości. Objawem tego jest współczesna popkultura, w której seksualność jest skierowana do mężczyzn, a kobieta, jej uroda, ciało i wdzięk, są towarem. Ona ma być uwodzicielką, wabiącą, intrygującą i przyciągającą mężczyznę. A to jest zupełnie sprzeczne z dynamiką gry miłosnej i intymności. Mężczyźni szybciej i łatwiej się podniecają, dochodzą do pełnej rozkoszy i rozładowania. Kobiety, aby się podniecić, potrzebują dużo więcej czasu, bodźców, elementów gry miłosnej i zachęty. A zatem, by w sypialni było dobrze, powinno być odwrotnie: to mężczyźni mają wabić, nęcić i uwodzić, starać się, budować nastrój – a kobiety ulegać. I wszyscy będą zadowoleni.

O, to raczej mało popularne podejście.
Owszem, to teza pod prąd zakorzenionym wzorcom i nawykom kulturowym – a często nawet samym kobietom, które uwewnętrzniły rolę uwodzicielek. Ale to prawda: psychoseksualnie i biologicznie mężczyźni są znacznie prostsi, nawet ich układ nerwowy jest mniej złożony. Kobieta jest bardziej skomplikowana, jej układ nerwowy jest podatniejszy na emocjonalność, odczuwanie niuansów. I to na nią powinny być nakierowane starania w sferze erotyki. Może wtedy byłoby mniej kolejnej toksyny: ciemnej triady, jaką jest krzywda, wina i „krzywdowina”.

Dwie pierwsze rozumiem, ale ta trzecia?
„Krzywdowina” to sytuacja, gdy wobec jednej osoby ma się poczucie jednocześnie winy i krzywdy. Na przykład on myśli: „Za mało dbam o swoją żonę. Ostatni raz pomyślałem o niej czule tydzień temu, a w łóżku też myślę raczej o sobie. Mam poczucie winy, że się nią nie zajmuję. Ale ona też o mnie nie dba. Powiedziała, że jestem wredny. Nie zauważyła moich czułych gestów i nie zrobiła mi kanapek do pracy”. Ta toksyna powoduje, że jesteśmy ze sobą blisko, ale tak jakbyśmy byli skrępowani drutem kolczastym – każdy ruch powoduje ból. I żaden ruch nie jest dobry, bo może być zinterpretowany jako kolejna krzywda lub wina.

I co tu zrobić?
Coaching podpowiada: dopóki opierasz swoje relacje na strukturze ciemnej triady, zwalniasz się z odpowiedzialności. Przestajesz więc mieć wpływ na swoje życie seksualne. Pozwalasz, by się przydarzało, nie masz wpływu na jakość, ilość ani na to, co z niego wynika. Trzeba odejść od nieustannego porównywania, co kto zrobił czy powiedział. Za to pielęgnować świadomość, że w relacji jesteśmy współzależni. Bo oboje coś wnosimy do związku. W niektórych obszarach się spotykamy i jest nam cudownie, ale są obszary, w których idziemy osobnymi drogami. I tak też jest dobrze. Razem dajemy sobie nową jakość, ale się nie „pożeramy” nawzajem. Związek jest wspólną decyzją. Kiedy mamy tego świadomość, nie ma miejsca na krzywdę czy winę.

Taka dojrzałość pozwala się wyzwolić spod dyktatu sprawności seksualnej. Nie musimy się z niczym mierzyć, z niczym ścigać – z żadnym wzorcem czy wytyczną. Mając pełną akceptację siebie samych i partnera, możemy się kochać całą noc – ale też kwadrans, jeśli chcemy. A kiedy nie mamy już nic do udowodnienia, każde doświadczenia jest po prostu dobre.

Maciej Bennewicz, coach, trener, pisarz, autor licznych poradników, m.in. książki „Seks trujący, seks doskonały”.