1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ile mamy wolności? Ile mamy kontroli?

Ile mamy wolności? Ile mamy kontroli?

Z kwestiami kontroli mierzymy się nieustająco, każdego dnia. Czy mamy jej tyle, by kształtować swoje życie – czy może leży ona głównie w gestii genów? (fot. iStock)
Z kwestiami kontroli mierzymy się nieustająco, każdego dnia. Czy mamy jej tyle, by kształtować swoje życie – czy może leży ona głównie w gestii genów? (fot. iStock)
Gdy rozważamy miejsce, w którym przyszło nam żyć i w którym postawił nas los, oraz mierzymy się z emocjami, jakie to w nas budzi; gdy podejmujemy próby definiowania samych siebie w relacjach zarówno prywatnych, jak i zawodowych, bez przerwy – świadomie lub nie, pozytywnie lub negatywnie – mierzymy się z problemem kontroli – pisze Judith Viorst w książce „Niedoskonała kontrola”.

Rozważania na temat kontroli mogą się wydawać niemal dziwactwem, gdy tak wiele czynników, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych, jest w stanie w jednej chwili pokrzyżować wszelkie plany i marzenia; gdy trzęsienia ziemi, burze śnieżne, plagi i wojny – rozumiane dosłownie i metaforycznie – mogą podważyć nasze najszczersze, najpilniejsze zamiary. Mimo to większość z nas zachowuje się tak, jakbyśmy byli kowalami swego losu, jakby grunt pod naszymi nogami był stabilny niczym skała, jakbyśmy mieli moc wkraczania każdego ranka w życie kształtowane przez nasze potrzeby, wybory, działania i wolę.

Większość z nas funkcjonuje, jakbyśmy byli w posiadaniu rzeczywistej kontroli. Przyjmujemy, rzecz jasna, do wiadomości, że są sprawy na które nie mamy wpływu, takie jak katastrofy naturalne – choć niektórzy podejmują wysiłek ograniczenia ich niszczycielskiego wpływu (…). Jesteśmy też gotowi przyznać, że nie możemy sprawować kontroli nad ruletką życia, choć i tu staramy się czynić pewne kroki zapobiegawcze, na przykład nie będziemy się włóczyć w rejonach, gdzie prawdopodobieństwo ataku chuliganów (nieraz z bronią w ręku) jest całkiem spore. Przyznajemy też, że wydarzenia, które mają miejsce i są poza naszą kontrolą, mogą nas wzbogacić w zdolność odczuwania miłości, zaufania i nadziei – lub nas jej pozbawić, dają nam poczucie dumy z samych siebie, skłaniają do obdarzania troską i współczuciem innych. Jakby tego było mało, przyjmujemy do wiadomości, że codzienne i bardzo sumienne czyszczenie nitką zębów i przyjmowanie przeciwutleniaczy niekoniecznie uchroni przed wizytami u periodontologa czy onkologa.

Jednak jeśli odłożyć na bok choroby przyzębia, nowotwory, uzbrojonych szaleńców i katastrofy serwowane przez matkę naturę, mimo poważnych niedoborów wychowawczych (na przykład z powodu niewłaściwych kompetencji naszych rodziców) czy społecznych nie przestajemy wierzyć, że mamy wystarczająco dużo wolności, by dotrzeć tam, gdzie pragniemy, by stać się tym, kim chcemy. Przekonani o plastyczności nas samych, nieograniczanej przez los, pokładamy wielką nadzieję w samokontroli.

Bazując na tej nadziei, obiecuję sobie, że w ciągu trzech tygodni od jutra skończę projekt, a przed upływem kwietnia zrzucę trzy kilogramy. Poza tym codziennie przygotowuję listę – to mój konik – RZECZY DO ZROBIENIA DANEGO DNIA, święcie przekonana, że przed pójściem do łóżka niemal wszystkie pozycje z niej będą odhaczone. Oczywiście mam też bardziej ambitne plany, takie jak nauczenie się języka francuskiego, wypracowanie umięśnionych ramion czy umiejętności trzymania języka za zębami, gdy bardzo chcę coś powiedzieć, ale wiem, że nie powinnam – choć jeszcze tych celów nie osiągnęłam, wierzę, że są w zasięgu moich możliwości i to tylko kwestia czasu, kiedy je zrealizuję. Przez lata uczono mnie (jak nas wszystkich), że chcieć znaczy móc – z tego właśnie względu wciąż czynimy noworoczne postanowienia i jesteśmy przekonani, że mamy moc sprawczą, że jesteśmy panami sytuacji, nawet jeśli wiele wskazuje na coś wręcz przeciwnego.

Gdy w naszych staraniach stania się tym, kim chcemy być, przychodzi nam doświadczyć niepowodzeń, wciąż pokładamy ufność w naszej plastyczności, wierzymy, że mamy moc zmieniania się – wystarczy odpowiednia dawka determinacji i starań wspartych wiedzą z dostępnych kursów i poradników, które obiecują nauczyć nas, jak…

…zapanować nad gniewem, wagą, kompulsywnymi zakupami, piciem, czasem, stresem, fobiami, …pokonać nieśmiałość, strach przed lataniem, przed intymnością, współuzależnienie, …zyskać dobrą pamięć, męża, żonę, fortunę, spokój umysłu, …poprawić życie seksualne, inteligencję, charakter, mięśnie brzucha, …przejąć kontrolę.

Jednak o jakiej kontroli mowa, skoro badania wskazują na wpływ genów na wszystko – od nieśmiałości po otyłość? O jakiej kontroli mowa, skoro bliźniaki jednojajowe, które zostały rozdzielone i wychowane w różnych domach i środowiskach, wykazują wręcz niepokojąco podobne cechy? O jakiej kontroli mowa, skoro poważni naukowcy donoszą o odkryciu genu „szczęścia”, genu „nerwicy”, genu „poszukiwania nowych doświadczeń” i – a jakże – genu „dobrej matki”*? O jakiej kontroli mowa, skoro niezależnie od tego, jak daleko rzucamy jabłko, ono zawsze zdaje się spadać niedaleko jabłoni?

* Dean Hamer w „Nature Genetics” recenzuje badania sugerujące, że poziom szczęścia w znacznym stopniu jest kwestią dziedziczną, choć wielce prawdopodobne, że rolę odgrywa nie jeden gen „szczęścia”, a więcej genów. Kilkoro naukowców piszących do tego samego periodyku donosi o odkryciu genu powiązanego z neurotyzmem, wewnętrznym napięciem i pesymizmem. Grupa naukowców, również publikująca we wspomnianym periodyku, raportuje o znalezieniu łącznika między genem a cechą skłaniającą do poszukiwania nowości. W „The Washington Post” 1996, July 27, s. A2, ukazał się artykuł Associated Press z następującym fragmentem: „Naukowcy odkryli gen «dobrej matki», zapalnik, który popycha mysią mamę do opieki nad potomstwem. Gdy tego genu brakuje, myszy nie okazują swoim dzieciom żadnego zainteresowania”.

Dodie była pewna, że postąpiła właściwie, oddając po porodzie swojego synka do adopcji. Pragnęła dla niego jak najlepszego życia, a nie była w stanie mu go zapewnić, będąc w związku z Benjym, wolnym duchem, który ostrzegał ją, że nie pozwoli, by jakiś bachor zmusił go do zmiany stylu życia. Trzy lata później Benjy, wyniszczony narkotykami, już nie żył – przedawkował w jednym z zaułków – a Dodie pozostał pełen goryczy żal, że dokonała złego wyboru.

Dwadzieścia pięć lat później odebrała telefon, w którym usłyszała dziwnie znajomy głos młodego mężczyzny twierdzącego, że jest jej synem i chce się z nią spotkać. Dodie, samotna i bezdzietna, przez jakiś czas myślała, że oto otrzymała od losu drugą szansę. Odnalezienie syna było przecież spełnieniem marzeń. Jakby tego było mało, syn okazał się równie urzekający i przystojny jak jego ojciec – niczym młody Marlon Brando. Niestety przypominał go też w innym aspekcie: był narkomanem. Sześć miesięcy potem i on nie żył po przedawkowaniu.

Jaką naukę można wysnuć z tej historii? Czy kluczową rolę odgrywa genetyka? Czy to geny każą nam zachowywać się w określony sposób? A jeśli tak, to ile mamy w sobie wolności?

Genetyka zachowania (inaczej genetyka behawioralna) to dyscyplina, która tchnęła nowe życie w ciągnącą się od lat debatę nad kondycją człowieka i która zasadniczo traktuje o kontroli. Jeżeli rzeczywiście jest tak, że to geny są odpowiedzialne za otyłość, agresję, popadanie w nałogi, głupotę i homoseksualizm, być może trzeba będzie inaczej rozmawiać o takich kwestiach, jak wybór, zmiana, wolna wola i odpowiedzialność. W obliczu niepowodzeń szukanie pocieszenia w myśli, że nie my za nie odpowiadamy, jest bez wątpienia bardzo kuszące. Czyż nie jest przyjemnie uznać, że za naszymi paskudnymi zachowaniami stoją nie wady charakteru, ale DNA? Niektórzy posuną się nawet dalej i przyjmą pozycję „genetycznych ofiar”, niemających żadnego wpływu na to, jakimi uczyniła ich natura. Jednak większości z nas wcale nie odpowiada idea, że jesteśmy tym, co mamy w genach, że definiuje nas jedynie biologia. Większość z nas pozostaje na stanowisku, że wolna wola istnieje i jest naszym udziałem.

„Bo swego losu jestem panem. I kapitanem duszy swojej”. (William Henley, Invictus) „Każdy jest synem swoich czynów”. (Miguel de Cervantes) „Drogi Brutusie (…) jeśliśmy zeszli do nędznej sług roli, to nasza tylko, nie gwiazd naszych wina” . (William Shakespeare, Juliusz Cezar)

Niezupełnie.

Fragment z książki Judith Viorst „Niedoskonała kontrola. Czyli jak całe życie walczymy o władzę: jako dzieci i rodzice, żony i mężowie, kochankowie, pracownicy i w końcu jako zwykli śmiertelnicy”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak odzyskać poczucie wpływu, bezpieczeństwa i dobrostanu?

Grecki filozof Epiktet mówił:„Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. (Fot. iStock)
Grecki filozof Epiktet mówił:„Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. (Fot. iStock)
Czarny łabędź to pojęcie z dziedziny ekonomii. Oznacza zmiany, których nie rozumiemy. Dla wielu z nas takim łabędziem była pandemia, bo pozbawiła nas kontroli nad swoim życiem. A jednak, jak twierdzi coach Piotr Bucki, możemy odzyskać utracone poczucie wpływu i bezpieczeństwa. A nawet poczucie dobrostanu…

Kiedy myślę o szczęściu odczuwanym tu i teraz, to rozumiem to jako adaptację do zmian. Tak zwana sprężystość czy elastyczność to dzisiaj droga do szczęścia? Da się tego nauczyć? Szczęście widzę podobnie jak kilka tysięcy lat temu widział to grecki filozof Epiktet, który mówił: „Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. Dodałbym jeszcze, żeby świadomie kształtować rzeczy, na które ten wpływ mamy. A akurat nad naszą sprężystością, którą w psychologii nazywamy też „rezyliencją”, możemy pracować. Badaczka szczęścia prof. Sonja Lyubomirsky twierdzi, że 50 proc. w naszym kapitale szczęścia to geny, 10 proc. to środowisko, a reszta zależy od nas, od naszego podejścia. W tych 40 proc., które zostały, kluczowe są nasze podejście i sposób postrzegania świata. Nie zakłamywanie rzeczywistości, tylko uznanie jej taką, jaka jest, oraz praca nad tym, co faktycznie możemy w życiu zmienić.

To szczególnie istotne w naszej sytuacji, bo zupełnie nie spodziewaliśmy się tego, co nas spotkało, a co ekonomista Nassim Taleb nazywa „czarnym łabędziem” (chociaż sam Taleb nie zgodziłby się, że koronawirus jest czarnym łabędziem, bo dało się go przewidzieć). Czarne łabędzie to zmiany, których nie rozumiemy. Nagle okazuje się, że wszystko, w co wierzyliśmy i co dawało nam poczucie kontroli oraz poczucie bezpieczeństwa, jest niezwykle kruche. Że nasze rytuały, obyczaje, sposób, w jaki budujemy relacje z ludźmi, nie są trwałe.

Jedni żyją dzisiaj w lęku, co nie daje szczęścia. Drudzy w wyparciu – udają, że nie ma problemu, co już jest odrobinę lepszą strategią, tylko nadal daleko jej do akceptacji rzeczywistości. Jak to bywa w reakcji na szokującą zmianę, przechodzimy przez kolejne etapy: szoku i zaprzeczenia. Dlatego nie dziwię się ludziom, którzy wierzą w teorie spiskowe. Człowiek ma w tym momencie potężną potrzebę wyjaśnienia sobie zjawisk, których nie rozumie. Trudno jest pogodzić się nam z tym, że zarażenie się wirusem i przedostanie patogenu ze zwierzęcia na człowieka jest tak przypadkowe. Stąd pomysły, że to wszystko sprawa reptilian (humanoidalnych gadów – przyp. red.) lub Billa Gatesa. Gdy już mamy jakieś wyjaśnienie, czujemy się z tym bezpiecznie. Tyle że to niczego nie zmieni, ponieważ jest niezgodne z rzeczywistością.

W późniejszym etapie pojawia się mobilizacja i faza przystosowania, która polega na tym, że nadal dobrze funkcjonujemy, jednak nadmiernie czerpiemy z naszych zasobów psychologicznych i fizycznych, bez regeneracji. Dzisiaj weszliśmy już w fazę wyczerpania, chwilowo przerwaną letnim wytchnieniem, która charakteryzuje się całkowitym poddaniem się organizmu. To reakcja na stres.

Jak ta reakcja na stres ma się do naszego poczucia szczęścia? Ta reakcja jest powiązana z tym, że stresują nas rzeczy, na które nie mamy wpływu. Podobnie kiedy mówimy: „znowu jest kiepska pogoda”. Oczywiście można się frustrować złą pogodą (na którą i tak nie mamy wpływu) albo ubrać się odpowiednio – na co wpływ już mamy. Tak samo możemy przygotować się na zmiany i kryzys, które powodują wahnięcia naszego nastroju. Tyle że trzeba się tym zająć wtedy, kiedy jest jeszcze dobrze. Nie możemy wzmacniać kości u osoby, która już ma osteoporozę i jest po pięciu złamaniach, należy to zrobić wcześniej. Oczywiście można powiedzieć, że nigdy nie jest za późno i zawsze można poprawić naszą sprężystość. Ale głównie radziłbym zmienić to nasze podejście: „jakoś to będzie, później się pomyśli”.

To cała ja! Podobną prokrastynację stosowała Scarlett O'Hara w „Przeminęło w wiatrem“, czyli: „pomyślę o tym jutro, na razie jest fajnie, to po co się martwić?”. Tyle że „jakoś to będzie” doprowadziło już do kilku katastrof narodowych. Można to zachować jako rodzaj naszego folkloru, ale wzmocnić o praktykę „dwójmyślenia”. To strategia przebadana i zweryfikowana przez profesor Gabriele Oettingen, badaczkę postaw, takich jak optymizm i pesymizm. Twierdzi ona, że przesadny optymizm nie dopuszcza pełnego obrazu rzeczywistości, tak że cały czas łudzimy się, że wszystko będzie dobrze. Co, brutalnie mówiąc, jest w tym momencie kretyńską postawą. Rzeczywistość nie postępuje jako ciąg przyczynowo-skutkowy, w którym co chwilę wydarza się coś przyjemnego. Wręcz odwrotnie, dlatego zamiast łudzić się, że różne rzeczy się wydarzą, trzeba pomyśleć, co zrobię, gdy jednak tak się nie stanie. Przewidywać również negatywne scenariusze wydarzeń.

Tylko nie chcemy się zamartwiać, kiedy jest nam dobrze. Przewidywałam zimowy nawrót wirusa, dlatego latem na chwilę wróciłam do wcześniejszego trybu życia: spotykałam się z ludźmi, chodziłam do restauracji, podróżowałam. W tamtej chwili byłam tu i teraz, nie w przyszłości. Jasne, wspomnienia są fajne i możemy się nimi pozytywnie ładować. W swoich badaniach prof. Philip Zimbardo pokazał, że ludzie mają obsesję przechowywania swoich wspomnień w postaci historii. Chwil, które stanowią często kilka sekund z naszego życia. To może nam dawać hedonistyczną przyjemność, jednak prawdziwym szczęściem nie jest.

A może dla każdego szczęście co innego znaczy? Chodzi o to, że często uzależniamy swoje szczęście od czynników zewnętrznych. „Będę szczęśliwszy, jeśli... będę zdrowy, chudszy, będę mieć większe mieszkanie, dłuższe włosy, więcej pieniędzy na koncie etc.” To wszystko rzeczy, na które mamy pośrednio wpływ, ale po ich osiągnięciu czujemy jedynie chwilową satysfakcję. Daleko temu do szczęścia, które nie jest stanem, tylko pewnego rodzaju postawą, prowadzącą do dobrostanu i pełnego życia tu i teraz. Szczęście leży pomiędzy tym, co daje nam hedonistyczną przyjemność, a tym, co obiektywnie radosne nie jest, jednak potrafimy dać sobie z tym radę. Dlatego szczęściem nie jest brak choroby ani brak nieszczęścia. Według mnie szczęściem jest raczej umiejętne reagowanie w obliczu tego właśnie nieszczęścia.

A co to znaczy: umiejętnie reagować na nieszczęścia? Zacznijmy może od czynników, które mają znaczący wpływ na nasze poczucie szczęścia. Profesor Martin Seligman ustalił model PERMA, w którym pod każdą literą kryje się jeden czynnik istotny dla szczęścia. Pierwszy to P – czyli pozytywne emocje. Dobre chwile, o których mówiłaś wcześniej, które łączą się z przeżywaniem rzeczywistości, dają nam takie emocje, jak radość, uznanie, komfort, inspiracja, nadzieja, ciekawość. Nadzieja jest jedną z najciekawszych, ale czasem mylimy ją z ułudą, czyli iluzją kontroli i bezpieczeństwa.

Dla mnie szczęście to życie w zgodzie ze sobą. A obecnie średnio mi się to udaje, bo wszystko to, co sprawia mi radość, jest zakazane: podróże, poznawanie nowego, spotkania z ludźmi, życie kulturalne. No i muszę odnaleźć to szczęście w innych rzeczach... Ale czy powiedziałabyś, że jeżeli do końca życia nie będziesz mogła podróżować, to staniesz się nieszczęśliwa? Bo jeśli tak, to znaczy, że ładowałaś sobie próg szczęścia czymś z zewnątrz. Tymczasem możemy mieć potencjał szczęścia na jednym, tym samym poziomie i tylko czasem go trochę podładowywać.

W jednym z badań sprawdzano wpływ wysokiej wygranej na loterii na nasze poczucie szczęścia (P. Brickman, D. Coates, R. Janoff-Bulman Lottery winners and accident victims: is happiness relative?), w porównaniu z grupą kontrolną osób, które przeżyły ciężki wypadek samochodowy kończący się stałym kalectwem. I co się okazało? W jednej i drugiej grupie poziom szczęścia w podobnym czasie wracał do poziomu wyjściowego. Tak samo było u ciebie – potencjał zadowolenia i pozytywnych emocji wzrastał po każdej podróży, jednak po powrocie spadał do tego poziomu co zwykle. Nad swoim potencjałem szczęścia można pracować, ale nie za pomocą czynników zewnętrznych.

Czyli jak? Nie da się przecież zmienić swojego temperamentu. Co, jeśli ktoś jest ekstrawertykiem, napędzają go bodźce, ludzie, pęd, życie w świecie? Teraz jest lepszy czas dla introwertyków. To prawda. Ale można zająć się rzeczami, które dają nam pełne zaangażowanie i wykorzystanie naszej kompetencji, w kierunku szlifowania swojego mistrzostwa. To właśnie drugi element modelu, czyli E – zaangażowanie (engagement). Chodzi o poczucie sprawczości i kontroli tam, gdzie tę kontrolę mamy, w nauce czy pracy. O ile jeszcze tej pracy nie straciliśmy. Jednak zawsze mamy pewną autonomię w doborze środków: jak chciałbym się angażować, w co lub w kogo i w jakie zajęcie? To może być naprawdę wszystko: szybsze pisanie lub czytanie, praca z dziećmi, muzykowanie, lepsze korzystanie z Excela...

Co z kolejnymi czynnikami wpływającymi na szczęście? Dzisiaj bardzo utrudniony jest czynnik R – czyli zaangażowanie w relacje, przebywanie z innymi ludźmi i współpraca. Dlatego nie jestem zwolennikiem sformułowania „dystans społeczny”, który może być odbierany jako oddalenie społeczne, osamotnienie i wykluczenie. Wolałbym mówić „dystans fizyczny”, czyli stoimy od siebie w odległości 1,5 metra, ale nadal jesteśmy w tym razem. Warto pomyśleć, jak mówimy o sobie i otaczającym nas świecie; to ma na nas duży wpływ. Dalej w modelu PERMA jest M – poczucie sensu (meaning) i znaczenie wykonywanych przeze mnie aktywności. Czy to, co robię, ma sens? Zdaję sobie sprawę, że nie we wszystkich zawodach ludzie odnajdują sens, ale mogą spróbować to zrobić. Znam fantastyczną kobietę, która sprząta w mojej wspólnocie mieszkaniowej, i jestem przekonany o tym, że wie, po co to robi.

Można powiedzieć, że to dorabianie ideologii do zwykłej czynności, ale naprawdę łatwiej się coś wykonuje, jeżeli wiadomo, po co się to robi. A nawet najbardziej doniosłe rzeczy trudno zrealizować, jeżeli nie wiemy, jaką częścią tego jesteśmy. Uważam, że to bardzo ważne zadanie dla liderów zespołów przy pracy zdalnej, kiedy pracownicy mają poczucie oddzielności i tracą wgląd w całość projektu.

Trudno dzisiaj stawiać sobie cele, a dzięki temu czujemy się sprawczy. Mam wrażenie, że sytuacja „zamrożenia” nie sprzyja naszemu rozwojowi. Na pewno w kryzysowych momentach lepiej skupiać się na tym, co dziś, nie planować takich rzeczy jak podróż do Brazylii za pół roku. Raczej zastanowić się, jak to będzie, jeśli nie polecę i już teraz zabezpieczyć się na wszelki wypadek, żeby nie wpaść w czarną dziurę. Ostatnie w modelu – A – to osiągnięcia (accomplishment), czyli to, co jest dla mnie ważne i co daje mi satysfakcję. Jeżeli zadbamy o wszystkie elementy modelu, spojrzymy na nie obiektywnie, jak na coś, na co albo mamy wpływ, albo nie mamy, i się z tym pogodzimy – powinniśmy poczuć w życiu coś, co lubię nazywać dobrostanem.

Ale jak zadbać o ten dobrostan w obliczu kryzysu? Ktoś może powiedzieć: „będę szczęśliwy, jeśli moja rodzina będzie zdrowa”. A jeśli ktoś zachoruje, to co wtedy? Nie ma szczęścia? Dobrostan polega na tym, że jestem silny również w obliczu straty i porażki. Ze stratą wiążą się naturalne emocje, jak zaprzeczenie, gniew, frustracja, smutek i rezygnacja. Mamy prawo je odczuwać, co wcale nie wyklucza pełni szczęścia, rozumianego jako dobrostan. Chodzi o budowanie mądrego spokoju w życiu. Czyli o stoicyzm. Dla wielu to brzmi jak bardzo odległa filozofia, ale taka postawa ma dzisiaj sens. Wcale nie wyklucza odczuwania emocji i nie oznacza bezduszności. Po prostu jeśli nie mamy na coś wpływu, to nie jest to dla nas ważne.

Nie mamy problemu z określeniem tego, jak będzie, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Najtrudniej przygotować się na najgorszy scenariusz. Bo nie lubimy myśleć o tym, co złe. W dodatku niektórzy twierdzą, że jeśli będziemy brali pod uwagę to, co najgorsze, to na pewno przyciągniemy to na zasadzie samospełniającego się proroctwa. To bzdura. Nie chodzi o to, żeby siedzieć i się zamartwiać, tylko pomyśleć: czego najbardziej się obawiam i jak mogę się na to przygotować? To ćwiczenie, które stoicy nazywają „prekontemplacją nieszczęścia”. Spisujemy to sobie na kartce, żeby lęk tam został, i rozmyślamy nad tym, co zrobimy, jeśli tak się stanie. Wiem, że na niektórych może to zadziałać paraliżująco. Ale sam pomyślałem ostatnio: „Miałem trzydzieści lat fajnego życia od upadku komunizmu do pandemii. Teraz czekają mnie inne ciekawe rzeczy, tylko będzie trochę trudniej, i wolę się na to przygotować, niż żyć ułudą, że jeszcze wróci stare. A jeśli nawet się mylę, to lepiej przygotować się na to, że jednak może nie wrócić”.

Piotr Bucki, coach, menedżer, strateg, szkoleniowiec, wykładowca. Autor popularnych książek z zakresu psychologii i zarządzania oraz fiszek wspomagających rozwijanie kompetencji komunikacyjnych, np. „Fiszki. Jak znaleźć szczęście”.

  1. Psychologia

Granice wolności w związku - czy związek to alternatywa dla wolności?

Jeśli podchodzimy do naszego partnerstwa w ten sposób, że uważamy, że nieupilnowany partner skorzysta z okazji i wykorzysta swoją wolność w sposób, który nas zrani, to wyrządzamy krzywdę przede wszystkim sobie. (Fot. iStock)
Jeśli podchodzimy do naszego partnerstwa w ten sposób, że uważamy, że nieupilnowany partner skorzysta z okazji i wykorzysta swoją wolność w sposób, który nas zrani, to wyrządzamy krzywdę przede wszystkim sobie. (Fot. iStock)
Czy zauważyliście, że ludzie często myślą o związku jako alternatywie dla wolności? Za deklaracją: „Nigdy nie wyjdę za mąż, nie ożenię się", pod spodem kryje się zazwyczaj strach przed utratą tożsamości, swobody, swobodnego dysponowania swoją osobą.

Otrzymuję czasem maile z pytaniami typu: „Czy można pozwalać parterowi na samotne wyjścia, spotkania z przyjaciółmi, imprezy integracyjne?". Myślę, że ta obawa związana jest z niewłaściwym pojmowaniem partnerstwa, jego istoty i celu, a także samej wolności. Bo nie jest ona wyłącznie możliwością robienia tego, co się nam w danym momencie zachciewa. W życiu, jeśli na czymś nam bardziej zależy, rezygnujemy z czegoś innego. To naturalne. Chodzi więc o to, by działać ze świadomością, że nasza sytuacja życiowa jest kwestią wyboru. To jest wolność.

Zauważcie też, że stosunki damsko-męskie, w tym modele związków, ciągle ewoluują. Kiedyś role były sztywne i z definicji zawierały w sobie wiele ograniczeń. Tego nie wolno, tego nie wypada. Dzisiaj szukamy nowych koncepcji i dróg realizacji siebie, także poprzez partnerstwo. Jednakże wzorce domowe, w których jedna lub obie strony odczuwają brak wolności osobistej, nadal funkcjonują. Kto ma takie doświadczenia z pewnością obawia się ograniczeń lub uważa, że są one niezbędne by związek był dobry.

Problem wolności pojawia się także wtedy, kiedy nasze poczucie wartości jest obniżone oraz kiedy traktujemy związek jak lek na samotność, sposób na dowartościowanie. Pojawia się też wtedy, kiedy czujemy, że nie możemy robić pewnych rzeczy i tłumimy swoje potrzeby z obawy, że okażemy się nie dość dobrzy w roli partnera (a czasem także po to, aby nie dać drugiej stronie prawa do tego, by robiła to samo).

„Beata, moja żona, ma pretensje, gdy chcę robić coś sam, np. pójść na piwo z kolegami z pracy itp. Daje mi do zrozumienia, że ona tego nie robi, bo pierwszeństwo ma rodzina. Dostosowuję się, rzadko korzystam z takich zaproszeń, ale mam wtedy poczucie, że mi nie ufa. Zresztą podejrzliwie wypytuje mnie o wszystko w takich sytuacjach. Czy jeśli spędzę godzinę w innym towarzystwie, to znaczy, że nie kocham rodziny, że jestem nieodpowiedzialny?” pyta Jacek, 32-letni informatyk.

Marysia, 36-letnia redaktorka, również ma obawy dotyczące podobnych kwestii. „Czasem rozmawiam z koleżankami o wyjeździe do SPA na cały weekend. Bez partnera, bez dzieci… ale kończy się na marzeniach, bo szczerze mówiąc, nie wiem, co mój mąż robiłby w tym czasie. A może podrzuciłby dzieci rodzicom i skorzystał z wolności? Moja przyjaciółka w taki sposób odkryła zdradę męża. Klasyka. Wcześniejszy powrót z delegacji. Cieszyła się, że zrobi mu niespodziankę. Ale to on zaskoczył ją. I właśnie się rozwodzą”,  mówi.

Jeśli tak podchodzimy do naszego partnerstwa, czyli uważamy, że nieupilnowany partner skorzysta z okazji i wykorzysta swoją wolność w sposób, który nas zrani, to wyrządzamy krzywdę przede wszystkim sobie. To znaczy, że myślimy: „On/ona jest ze mną tylko dlatego, że tak dobrze go pilnuję?".

Warto też pamiętać, że osoba, którą próbujemy kontrolować, czuje się jak w klatce i rzeczywiście może skorzystać z sytuacji, gdy drzwiczki są niedomknięte...

Jak ustalić granice wolności w związku?

Pierwszym i najważniejszym warunkiem związku, w którym panuje wolność, jest obustronna dobra wola. Wtedy zbudowanie relacji jest naszym wspólnym wyborem, a odpowiedzialność za nią nie jest narzucona. Dobrowolność i odpowiedzialność sprawiają, że nasze obowiązki nie są uciążliwością, ale chęcią, aby związek był dobry i wspierający dla obu stron.

Jeśli kochamy partnera, a on kocha nas i żadne z nas nie próbuje zająć lepszej pozycji, mieć więcej praw czy też większego poczucia bezpieczeństwa kosztem drugiej strony - jesteśmy elastyczni. Wyjście gdzieś samemu, spełnienie swoich potrzeb towarzyskich poza związkiem, uprawianie pasji czy wyjazd integracyjny nie stanowią istotnego problemu. Zakres tych swobód zależy od umowy, możliwości, stylu życia, charakterów i potrzeb.

  1. Psychologia

Katarzyna Miller o „wolności od” i „wolności ku”

W naszej kulturze dość często dochodzi do pomieszania wartości, bezpieczeństwo myli nam się z pułapką i ze zniewoleniem, a wolność – z anarchią i ryzykiem. (Fot. iStock)
W naszej kulturze dość często dochodzi do pomieszania wartości, bezpieczeństwo myli nam się z pułapką i ze zniewoleniem, a wolność – z anarchią i ryzykiem. (Fot. iStock)
Gdy Polacy mówią „wolność”, to na ogół mają na myśli wolność ojczyzny. To, że walczyli, powstawali i że to było takie szlachetne oraz wzniosłe. Tak bardzo, że zapominają o istnieniu także innych wolności. I nie specjalnie je szanują, np. wolność dziecka albo kobiety.

Definicja wolności jest niejednoznaczna, różnie ją rozumiemy. Dobrym na to przykładem są choćby wybory z 1989 roku – dla jednych święto wolności, a dla innych – hańby.

Wolności się raczej boimy, funkcjonuje stereotyp, że jak ktoś jest wolny, to znaczy, że egoista, bo myśli tylko o sobie.

Kiedy miałam trzydzieści parę lat i w najlepsze trwał socjalizm, czułam, że jestem u szczytu życiowej energii i marzyłam o otworzeniu własnego ośrodka leczenia alkoholowego uzależnienia. Wiedziałam, jaki ten ośrodek ma być, jednak to były takie czasy, że nijak nie można tego było zrealizować. Później już nigdy nie miałam takiej energii, nie byłam w stanie podjąć się tak złożonego organizacyjnie zadania. Wtedy zabrakło mi bardzo wolności dla działania, dla przedsiębiorczości. Ograniczał mnie ustrój. W sensie osobistym nie czułam się zniewolona w PRL. Może w dzieciństwie, przez moją matkę, na szczęście wolność dawali mi ojciec i niania, dzięki temu miałam duże poczucie autonomii i z czasem mogłam ją sobie wywalczyć także u matki.

Ważne jest rozróżnienie na „wolność od” i „wolność ku”. Ta pierwsza to hulaj dusza, piekła nie ma, szalejemy, poddajemy się własnym odruchom. Może się to wydawać fajne, bo jest spontaniczne, ale jeśli nie jest poparte doświadczeniem albo zdrowym rozsądkiem, dojrzałością czy uznawaniem mądrych granic, idzie w destrukcję, zatracanie się. Dzieje się tak bardzo często, jeśli młody człowiek czy dziecko nie czują, że stoi za nimi rozsądny dorosły, który ma do nich szacunek. Dziecko podkreśla więc swoją wolność, pozwalając sobie na demonstrację gniewu, pretensji lub rozpaczy, niszcząc co popadnie. Pozbywa się napięcia, zrzucając kłopot na wszystkich wokół. „Wolność od” to jest wolność od ograniczeń. Cenniejsza jest wolność ku czemuś, czyli tak zwana uświadomiona konieczność. Niezbędny kompromis, zgoda na coś, co niekoniecznie nas upaja, ale lepiej, żeby było takie, jak być może, niż żeby miało wcale nie być. Gdy widzimy, że nie zbudujemy niczego, jeśli ktoś będzie wciąż to burzył i niszczył, to musimy się zgodzić na to, żeby powstrzymać burzącego.

Im bardziej jesteśmy indywidualistami, tym bardziej wchodzimy w wolność drugiego człowieka. Mój ulubiony kierunek filozoficzny – utylitaryzm – mówi o tym, że liczy się jak największa suma dobroci dla jak największej liczby ludzi.

Filozof James Mill twierdził, że podstawą życia w społeczeństwie jest umowa społeczna – musimy się ze sobą nawzajem liczyć, żeby jak największej liczbie osób było jak najlepiej.

Bez wątpienia wszyscy podlegamy ograniczeniom wolności. Przykładem takich ograniczeń mogą być Dekalog czy obowiązujące prawo, zgadzamy się na to, bo wiemy, że one gwarantują nam bezpieczeństwo. Trzeba tu znaleźć złoty środek, bo z jednej strony złem jest zakłócanie innym życia, z drugiej – złem jest także ograniczanie wolności. Bez kompromisu co do granic wolności indywidualnej nie ma umowy społecznej, a więc ładu gwarantującego bezpieczeństwo.

W społeczeństwie rezygnujemy z części wolności. Mamy PIT-y, PIN-y, PESEL-e, jesteśmy opisani, inwigilowani, pozwalamy na przechowywanie naszych danych. Zgadzamy się na to, bo w zamian dostajemy właśnie poczucie bezpieczeństwa. Choć w naszej kulturze dość często dochodzi do pomieszania wartości, bezpieczeństwo myli nam się z pułapką i ze zniewoleniem, a wolność – z anarchią i ryzykiem.

Łatwo być zniewolonym przez sektę, ale też przez rodzinę, nałogi, kulturę masową. Młodzi kilkunastoletni ludzie, żeby się odróżnić od rodziny, która ich zniewala, wchodzą w bunt nastolatków. Paradoksalnie jego przejawem jest przynależność do wspólnoty nastolatków, której członkowie upodabniają się, mają taką samą fryzurę, chodzą w podobnych ubraniach. Trudno uwolnić się od dialektyki: indywidualizm – wspólnota, to taka jedność przeciwieństw. Dorastamy, ale musimy przyjąć wartości grupy, do której chcemy należeć. To zaspokaja naszą potrzebę przynależności, bez której trudno żyć. Można byłoby zaryzykować twierdzenie, że jeśli człowiek się rozwija, to wraz z wiekiem powinien stawać się coraz bardziej wolny w swoich poglądach, swojej wiedzy o świecie, o ludziach, o sobie. Coraz bardziej tolerancyjny, spokojny. Zdaje sobie wtedy sprawę, że wolność to prawo do bycia innym niż reszta, do bycia sobą, oraz z tego, że czasem trzeba za to słono zapłacić. Ale warto.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”. 

  1. Psychologia

Rodzicielstwo - od nadmiernej kontroli do jej braku

Jesteśmy w procesie bardzo intensywnych zmian. Rodzice, którzy mają w sobie rodzicielską busolę, dają sobie radę. (Fot. Getty Images)
Jesteśmy w procesie bardzo intensywnych zmian. Rodzice, którzy mają w sobie rodzicielską busolę, dają sobie radę. (Fot. Getty Images)
- Rodzicielstwo jej dzisiaj trudniejsze, bo dzieci i rodzice są bardziej samotni – mówi Zofia Milska-Wrzosińska z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie.

W ciągu ostatnich lat przeszliśmy w wychowaniu drogę od autorytaryzmu do liberalizmu. Od kwoki i tyrana do znużonego rodzica wspomaganego przez rozmaitych zastępców. Standardowy ojciec sprzed pół wieku był wymagający, mało obecny, oczekiwał posłuszeństwa, wzbudzał postrach. Typowa matka była dostępna nieustannie, opiekowała się, koiła i chroniła.

To obowiązywało właściwie od wieków. I dlatego jest w nas mocno obecne. Ale zachodzące przez ostatnich 50 lat zmiany doprowadziły do rozpowszechnienia się nowego modelu: przeciążony rodzic (lub dwoje sprawujących opiekę na zmianę) i korowód opiekunek, trenerów, nauczycieli, a także pracowników ośrodka opieki, kuratorów, psychoterapeutów, lekarzy, księży itp. Kiedyś rodzice byli skłonni brać na siebie bardzo dużą odpowiedzialność za rezultat procesu wychowawczego. Teraz starają się z tej odpowiedzialności odciążyć realnie, czyli szukając pomocy (czasem taki pomocnik, np. niania, całkowicie przejmuje zadania rodzicielskie), i mentalnie, to znaczy są skłonni myśleć, że odpowiedzialności za swoje dzieci w dużym stopniu nie ponoszą, bo niewiele od nich zależy.

Na przestrzeni ostatnich lat pojawiały się różne mody i spektakularne teorie. Wciąż ścierają się dwa przeciwstawne nurty myślowe – od obwiniania rodziców za wszystko do całkowitego zdejmowania z nich odpowiedzialności. W latach 70. i 80. karierę zrobiło pojęcie „schizofrenogenna matka”, bezpodstawnie piętnujące kobiety, których dzieci zachorowały na schizofrenię. W ogóle matka miała być odpowiedzialna za wszystko, w skrajnie bałamutnym ujęciu na przykład za autyzm. Skądinąd szlachetna myśl Alice Miller, żeby wobec dzieci nie stosować przemocy, spowodowała obarczenie winą rodziców za wszystkie okrutne zachowania ich dzieci już jako dorosłych ludzi.

Bo niektórzy rodzice rzeczywiście mieli i mają dużo na sumieniu. Mają olbrzymi wpływ na dzieci, ale nie odpowiadają za wszystko, co złe, zresztą za wszystko dobre też nie. W swoim czasie modna była książka „Toksyczni rodzice” Susan Forward i rzesze czytelników odkrywały zatrucie dokonane przez ich matki i ojców. Pacjent od progu mówił: „Jestem tu, bo miałem toksyczną matkę”. Kilka lat temu, głównie przez Amerykę, przetoczyła się fala, jak się później okazało, na ogół fałszywych wspomnień dotyczących nadużyć seksualnych w dzieciństwie. Rozmaici pseudoterapeuci (później skazywani sądownie) skłaniali pacjentów (głównie kobiety) do przypominania sobie, jak wyglądały ich kontakty z ojcami. Nie możesz nawiązać bliskich relacji z mężczyznami? To musiało zdarzyć się coś niedobrego między tobą a ojcem. Przypominasz coś sobie? „No, pamiętam, jak kiedyś wyszedł z łazienki”. „Tak i co zobaczyłaś?” „No, nie wiem, taki rozchełstany był…” „Aha, czyli wzbudzał w tobie lęk i obrzydzenie? Przypomnij sobie więcej, to ważne. Pamiętasz inne sytuacje?”. Skoro wszystko przez rodziców, szukano dowodów na ich przewiny.

Teraz rodzice nie czują się za nic winni. Mówią: „On taki był od urodzenia, to wrodzone”. To prawda, geny mają wpływ na funkcjonowanie człowieka, ale ograniczony, prawdopodobnie nie większy niż 45 procent. Jednak mamy pokusę, żeby kłopoty tłumaczyć nowo odkrytą chorobą. Kiedyś dzieci były niegrzeczne, teraz mają ADHD, dysleksję, fobię. Coś, co było problemem wychowawczym, uznaje się za chorobę, którą trzeba leczyć. Stawia się przedwczesne diagnozy i daje leki tam, gdzie mamy do czynienia z odwracalnymi skutkami wychowawczej trudności czy porażki. Wolimy mieć w domu pacjenta niż kłopotliwe dziecko, bo pacjenta „ktoś” ma wyleczyć, z problemami dziecka zostajemy sami. Niewątpliwie są dzieci, którym trudniej nauczyć się czytać, innym ciężko przychodzi opanowanie reguł fizyki, posługiwania się mapą, są takie, które unikają publicznego zabierania głosu, niektóre z trudem się koncentrują. To nie zaburzenie, tego nie leczy się proszkami ani szkołą specjalną. Uznawanie normalnych różnic indywidualnych za patologię to sposób na to, żeby nie brać odpowiedzialności, w dźwiganiu której nikt nie pomaga.

Przyczyniają się do tego także spektakularne publikacje. Parę lat temu książka „Geny czy wychowanie?” Judith Rich Harris dowodziła, że wpływ rówieśników jest wielokrotnie ważniejszy niż rodziców. To teza niepoparta żadnymi badaniami, a przy okazji sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem. Bo to, jak dziecko funkcjonuje w środowisku rówieśniczym, w jakie role wchodzi, jakie grupy czy osoby wybiera, jest w dużej mierze zdeterminowane przez wcześniejsze doświadczenia w rodzinie. Rodzice po przeczytaniu czegoś takiego mówią: „Aha, mój syn dostał się w złe środowisko, to koledzy go nauczyli pyskować”. Nie myślą, że za tym stoi proces rozwojowy, że ich dziecko się zmienia, a ich reakcja na to ma wielkie znaczenie.

Odpowiedzialność, nawet nadmierna, brzmi lepiej niż jej brak. Ale i jedno, i drugie może generować patologię. Nadmierna odpowiedzialność wiązała się z nadmierną kontrolą i przemocą. W takich rodzinach rodzice mieli autorytet z definicji i dzieci na ogół nie podważały go w sposób jawny. Dzisiaj rodzice na bycie autorytetem muszą zapracować, i to skądinąd lepsza sytuacja. Ale coraz więcej rodziców nie chce albo nie potrafi być autorytetem, łatwiej im być kumplem czy przyjaciółką.

Dość szybko pojawiły się reakcje na mocno autorytarny model wychowania. Tak, na przełomie lat 60. i 70. powiedziano „dziękujemy” tradycyjnej rodzinie skupionej wokół wymagającego ojca. Znikły ostre normy, kontrola, kary. Współcześni rodzice nie są autorytetami w wielu dziedzinach istotnych dla ich dzieci, bywa, że czują się zagubieni. Kiedyś jedyną przewagą, jaką dziecko miało nad rodzicem, był fakt, że jest młodsze, a więc zapewne zdrowsze, silniejsze, ale na pewno nie radziło sobie lepiej z otaczającym światem, to rodzice je tego uczyli. Współczesny świat zmienia się szybciej, jest wiele obszarów, i to nie tylko natury technologicznej, również kulturowych czy obyczajowych, w których dzieci czują się bardziej kompetentne niż rodzice. Być autorytetem jest trudniej niż kiedyś.

Ale to wciąż możliwe. Pod warunkiem że ten autorytet zupełnie inaczej rozumiemy. I jeśli jesteśmy gotowi opierać go na czymś innym niż na przewadze doświadczenia i wieku. Ale zagubieni rodzice nie zawsze wierzą, że to coś innego mają. Na przykład: 15-letnia córka wybiera się na dyskotekę i wkłada na siebie obcisły gorsecik bez ramiączek kończący się nieco poniżej wzgórka łonowego. Matka wie, że 20 lat temu ona sama nie założyłaby czegoś podobnego, boi się o córkę, która w tym stroju chce spędzić wieczór wśród młodych mężczyzn i alkoholu. Gdyby kierowała się naturalną rodzicielską kompetencją i czuła autorytetem dla córki, powiedziałaby coś w rodzaju: „Wiesz, córeczko, na publiczne imprezy nie powinno się chodzić prawie nago, a już w szczególności w wieku lat 15. Jeśli wybierasz się na dyskotekę, chciałabym poznać kolegów, z którymi idziesz”. Ale jeżeli na przykład rzucił ją mąż, a jej własna matka powtarzała jej: „Co z ciebie za żona, że nie potrafisz chłopa przy sobie utrzymać”, to ona może myśli sobie: „Ja bym tak się nie zachowywała, ale co mi z tego w życiu przyszło? Haruję od świtu do nocy, może źle robiłam, a córka szuka swojej szansy? Czasy się zmieniły, może jestem pruderyjna?”. Gdy rodzic jest niepewny, nie ma oparcia w sobie, łatwiej mu uznać, że nie zna życia i może dziecko wie lepiej.

Podobnie zakładali zwolennicy bezstresowego wychowania. Bezstresowe wychowanie to mit. Żadne wielkie autorytety wychowawcze XX wieku go nie postulowały. Ani niesłusznie obwiniany Benjamin Spock, ani Françoise Dolto, ani Donald Winnicott, ani nasz Janusz Korczak. Walczono o traktowanie dziecka z szacunkiem, ale to nie jest równoznaczne z chronieniem przed każdą frustracją czy niewygodą. Czasami zdaje mi się, że chodzi bardziej o uniknięcie stresu przez rodziców, bo dziecko, które chodzi z pampersem do czwartego roku życia, niekoniecznie w sumie ma mniejszy stres. Rodzice nie mają poczucia winy, bo trening czystości jest męczący. Łatwiej kupić batonik, niż znosić potępiające spojrzenia klientów sklepu na wyrodną matkę tak rozpaczliwie płaczącej słodkiej małej dziewczynki. Prościej dać nastolatkowi pełną swobodę i wszystkie pieniądze, na jakie nas stać, niż znosić jego naburmuszenie albo wielogodzinne dysputy („To chociaż wytłumacz mi, dlaczego nie mogę, bo wszystkim kolegom rodzice pozwalają”). Ale naszą rodzicielską powinnością jest, by dziecko z istoty biologicznej stało się również istotą społeczną.

I stres jest w tym niezbędny? W psychologii nazywa się to umiejętnością odraczania gratyfikacji impulsów. Noworodek musi natychmiast dostać jeść, zrobić siusiu, czyli nie ma możliwości odroczenia gratyfikacji. W toku procesu wychowawczego uczy się, że w życiu czasem trzeba poczekać na rozładowanie, czasem zasłużyć. Co gorsza, bywa, że gratyfikacja jest w ogóle niemożliwa.

Teraz chcemy mieć wszystko natychmiast. Natychmiastową gratyfikację chcą mieć i dzieci, i rodzice. Chcę teraz posłuchać muzyki, mówi ojciec, i ty mi nie przeszkadzaj. A czterolatek teraz chce bawić się nowym samochodzikiem, który warczy. I kłócą się, kto ma odroczyć gratyfikację.

Współcześni rodzice bombardowani są różnymi teoriami, radami, czasem wzajemnie się wykluczającymi. I wędrują od ściany do ściany. Nie ma prostych przepisów. Nikt nie zdejmie z rodziców odpowiedzialności za wychowanie dziecka, ale to nie oznacza, że dziecko jest ich własnością. Skrajne teorie – że od nas wszystko zależy albo że nic – są nieprawdziwe i mało pomocne. 55 lat temu było jasne, co jest misją kobiety – macierzyństwo. Ponieważ taki pogląd był powszechny, kobietom psychologicznie łatwiej było te misję spełniać, chociaż dla wielu z nich ograniczenie życia do obsługi męża i dzieci było ciężkie. Teraz kobiety są ekonomicznie i społecznie bardziej niezależne, rozwód stał się społecznie i kulturowo możliwy.

Mężczyźni bardziej angażują się teraz w rodzicielstwo. Często wychodzi im to świetnie. Ale to początek procesu, więc dopiero się uczymy. Na przykład: mężczyzna ma być matką bis, czyli że powinien robić wszystko tak samo jak ona. Ponieważ jednak nią nie jest, te same obowiązki wypełnia inaczej, co czasem dla matki oznacza gorzej. A przecież jest inną osobą, nie „małym pomocnikiem mamusi”, ma prawo robić po swojemu, bo wtedy wniesie coś własnego, powie: „Czas na naukę jazdy na rowerze”, choć matka będzie mówiła: „za wcześnie”.

Rodzicielstwo jest dzisiaj trudniejsze? Mało jest obecnie rodzin wielopokoleniowych, coraz więcej jedynaków, którzy mają dwa domy i są samotni, bo nie tworzą klanów, w których trenuje się różne społeczne umiejętności. Rodzice też są coraz bardziej samotni. Wcześniej rodzili się i umierali w tym samym miejscu, teraz się przemieszczają, emigrują. Dzieci nie mają już stabilnych punktów odniesienia. To wszystko nie ułatwia wychowania.

Dokąd zatem zmierzamy? Nie uważam, żeby działo się coś szczególnie złego. Jesteśmy w procesie bardzo intensywnych zmian. Rodzice, którzy mają w sobie rodzicielską busolę, dają sobie radę. Nie radzą sobie natomiast ludzie, którym 50 lat temu też byłoby trudno, tyle że wtedy znajdowali oparcie w rodzinie i społeczności, dziś trzeba dla nich wypracować inne formy pomocy.

  1. Psychologia

Stąd do wolności

(Fot. Getty Images)
(Fot. Getty Images)
Czym jest w istocie wolność, której tak potrzebujemy? Dlaczego za najcięższą karę uważamy jej pozbawienie? Rozmawiamy z Katarzyną Miller i Wojciechem Eichelbergerem.

Skąd się bierze w człowieku potrzeba wolności? K.M.: To jedna z najważniejszych ludzkich potrzeb. Bierze się z tego, że człowiek chce się czuć wyraźnie oddzielony, a nie zlany ze wszystkimi, i chce o sobie decydować. Ale potrzeba wolności nie jest jednorodna. Człowiek może chcieć być wolny od czegoś, ale też chcieć wolności ku czemuś. To podstawowa różnica, która wiąże się z dojrzewaniem, rozwojem świadomości. Bo dziecku i młodemu człowiekowi wolność kojarzy się zwykle z tym, że wolno mu robić, co tylko zechce. Dorosły, czyli rodzic, decyduje, a więc może puścić na podwórko albo nie czy np. zabronić pójścia na imprezę. Dzieci chcą więc być dorosłe, bo im się wydaje, że dorosłym wszystko wolno. I bardzo się dziwią, gdy zaczynają dorastać i dociera do nich, że to nieprawda.

W.E.: Wolność to robienie tego, co nakazuje nam i na co pozwala nasza wolna wola. Ale z wolnością jest jak z miłością – ma bardzo wiele twarzy. Wolność to wewnętrzny nakaz zmierzania do ideału, do którego możemy się tylko przybliżać – a on nam ciągle ucieka jak oddalający się horyzont. Mędrcy i mistrzowie twierdzą, że osiągnięcie wolności możliwe jest jedynie na planie duchowym i mistycznym. Bycie całkowicie wolnym od wszelkich uwarunkowań i ograniczeń związanych z naszą egzystencją w istocie oznacza rozpoznanie siebie jako istoty duchowej. Zanim to ostatecznie zrozumiemy, nasza potrzeba wolności przejawiać się będzie na tysiące sposobów, szukając wciąż nowych obszarów i możliwości wyrażania. Ileż tego jest? Mamy potrzebę wolności decydowania o sobie, poruszania się, działania...

Wolności słowa, ekspresji... K.M.: Wolności myśli, tworzenia, wyboru...

W.E.: Mamy również potrzebę wolności jako społeczności i narody. Mamy potrzebę wolności od lęku, cierpienia, chorób, śmierci, wolności od ciała i jego ograniczeń, od starzenia się i przemijania. A nawet potrzebę wolności od Boga i Szatana. W tym wszystkim zdaje się wyrażać jakaś pamięć i tęsknota duszy. Tęsknota za powrotem do przeczuwanego, pierwotnego, naturalnego stanu wolności całkowitej.

K.M.: To wyrywanie się nie bierze się ze świadomości celu. No bo do czego miałaby niby służyć ta totalna wolność, co z nią robić? Tymczasem człowiek nienawidzi być spętany nawet na poziomie ciała: kiedy ktoś cię złapie i trzyma w uścisku, zaczniesz się wyrywać. Zwierzęta też to mają. Cała historia ludzkości jest wydobywaniem się ogromnych mas ludzkich z niewoli. Naród spod niewoli innego narodu, rasa rasy. Z drugiej strony mamy też umiejętność dostosowania się do braku wolności. To pozwala przetrwać i do owej wolności dążyć.

W.E.: To druga strona medalu. Oprócz dążenia do wolności mamy też lęk przed wolnością. Wtedy, trwając w iluzji, że ku niej dążymy, w istocie uciekamy przed nią.

Ciekawe jest też to, że sami chcemy wolności, ale innych potrafimy tej wolności pozbawić. K.M.: Tylko człowiek, który sam w głębi duszy nie czuje się wolny ani wartościowy, będzie niewolił innych. Z lęku. To dobrze widać w parach. Jeśli któreś z partnerów ogranicza wolność drugiego, oznacza to, że nie czuje się pewnie, boi się, że ten drugi wykorzysta w jakiś sposób ową wolność, zdradzi albo sobie pójdzie, albo zdominuje z kolei jego.

W.E.: Dlatego jeszcze jednym nieosiągalnym ideałem jest tzw. wolny związek. Zbitka pojęciowa, która stanowi sprzeczność samą w sobie. Każdy związek zakłada bowiem decyzję o dobrowolnej utracie części wolności. Paradoksalnie – świadoma i dobrowolna decyzja o wyrzeczeniu się jakiegoś obszaru wolności jest wyrazem wewnętrznej wolności.

K.M.: Ludzie chcą być blisko siebie, być szczęśliwi. Ale zapominają, że by być szczęśliwi, nie mogą się czuć do czegoś zmuszani. On się złości, bo ona chodzi gdzieś z koleżankami czy na zajęcia, ona się niepokoi i złości, kiedy on wychodzi z kumplami... W jakiejkolwiek bylibyśmy większej całości niż „ja”, dostajemy poczucie bezpieczeństwa, jakieś korzyści, ale tracimy część wolności. To nieuniknione. To cena tego, że jesteśmy częścią owej większej całości.

Państwa na przykład. Państwo pozbawia obywateli olbrzymiej części wolności. Decyduje za nich w wielu sprawach, wymaga za pomocą praw podporządkowania się mu. W zamian daje mnóstwo rzeczy. Przynależność, bezpieczeństwo, to, że kogoś obchodzimy, że jesteśmy potrzebni, okupujemy cząstką wolności osobistej.

W.E.: Chcemy wolności seksualnej, obyczajowej, politycznej, wolności demonstracji, wolności światopoglądowej, poruszania się, wolnego czasu. To wszystko w mniejszym lub większym stopniu potrafimy sobie w końcu wywalczyć. Znacznie trudniej przychodzi nam uzyskać wolność wewnętrzną, np. wolność od negatywnych myśli, ocen i emocji, od agresji, lęku, chciwości, podejrzliwości – ale tym bardziej takiej wolności pragniemy. Stąd rosnące powodzenie  psychoterapii i wielu innych metod wewnętrznego rozwoju. Wszystkie one obiecują ludziom choć odrobinę więcej wolności.

Pracując nad sobą, stopniowo uwalniamy się od własnych ograniczeń, uwikłań. W.E.: Pewien mądry filozof zauważył, że wolnością jest zdolność do akceptacji konieczności, czyli tego, czego nie jesteśmy w stanie zmienić. Ta świadomość pojawia się, gdy zaczynamy wewnętrznie dojrzewać i dzięki temu odkrywać wolność ku.

K.M.: Dlatego wolność od i wolność ku to zupełnie inne kategorie. Już samo zadanie sobie pytania: Po co mi ta wolność i ku czemu ma mnie prowadzić?, jest olbrzymim krokiem w stronę dojrzałości.

W.E.: Bo niedojrzałe, obsesyjne dążenie do wolności od z czasem staje się nowym zniewoleniem. Życie, które jest ucieczką przed odpowiedzialnością, jest jednocześnie ucieczką przed wolnością i staje się iluzją wolności – koszmarem. Abyśmy mogli iść do przodu, musimy się z tego otrząsnąć i zastanowić, co jest dla nas naprawdę ważne i ku czemu chcemy zmierzać.

 
To jest prawdziwy akt wolności. K.M.: I dojrzałości. Pojawia się świadomość, że nie można mieć wszystkiego.

W.E.: Możemy być tylko i aż tym, kim jesteśmy. Z godnością, najlepiej jak się da, rozgrywać karty, które los nam przeznaczył.

Jest jeszcze samobójstwo... K.M.: I wiele osób mówi, że to właśnie utrzymuje ich przy życiu – świadomość, że mogą życie skończyć. A więc decydują się tego nie robić. To też może być punkt wyjścia do wolności i akceptacji życia.

W.E.: Z takiego samego życia jeden człowiek może czerpać poczucie zniewolenia, a drugi poczucie wolności. Moją ulubioną definicją wolności jest:

Wolność to możliwość wyboru.
Dopóki mamy wybór, jesteśmy wolni. Większość z nas nie zdaje sobie jednak sprawy, że wybór mamy zawsze. Proponuję ćwiczenie: podziel kartkę papieru na trzy kolumny. W pierwszą wpisz rzeczy, które w życiu robić musisz, w drugą rzeczy, które robić chcesz. A teraz sprawdź, które z tych rzeczy da się przenieść do kolumny trzeciej, zatytułowanej „Wybierasz, decydujesz się”. Jeśli zrobić to naprawdę uczciwie, okaże się, że niemal wszystko da się tam przenieść. Bo niewiele jest spraw, które pozostają poza naszym wyborem. Dzisiaj możemy zmienić kraj, obywatelstwo, wyznanie, wygląd, a nawet płeć...

Uczucie zniewolenia prawie zawsze jest iluzją, którą sami kreujemy po to, by nie brać odpowiedzialności za siebie i swoje życie. Łatwiej nam się czuć zniewoloną lub buntującą się ofiarą niż kimś wolnym. Jak powiedział pewien mistrz życia: „Biegamy dokoła ogłoszeniowego słupa i krzyczymy: "Wypuście mnie stąd!”.

Nie jesteśmy wolni, bo nie wybieramy tego, że jesteśmy wolni? W.E.: Wolimy czuć się dziećmi i przenosić na okoliczności naszego dorosłego życia uczucia przeżywane niegdyś w relacjach z rodzicami, ze szkołą i innymi instytucjami dziecięcego zniewolenia. Przenosimy to nawet na relację z Bogiem. W ten sposób nie dorastamy. Jakiś czas temu wraz z François Nailem i Pierre’em Forthomme’em napisałem książkę pt. „Quest”. Opisujemy w niej drogę, którą każdy musi przejść w każdym poszukiwaniu – również w poszukiwaniu siebie – jeśli ma być ono szczere i owocne. Wędrówka składa się z ośmiu etapów, a jej końcem jest oczywiście… wolność. A cieniem, przeciwieństwem wolności jest obsesja.

K.M.: Warto pamiętać, że nawet gdy nie podejmujesz decyzji, pozornie nie wybierasz, to też jest jakiś wybór. I wielu ludzi dopiero kiedy wreszcie zda sobie z tego sprawę, rusza z miejsca.

W.E.: Ale ta świadomość trudno się przebija, bo wiąże się z przyjęciem odpowiedzialności. Ktoś np. mówi: „Jestem zniewolony, bo mam żonę, dzieci, muszę na nie pracować. Nienawidzę tej pracy i tej żony, i tych dzieci. Ale nie mam wyboru”. To automanipulacja. Wybór jest. Można wyjść po papierosy i nie wrócić, zmienić tożsamość, uciec... Ten ktoś nie korzysta z tej możliwości, bo tak wybiera. Bo coś mu w środku nie pozwala tak zrobić: sumienie, przyzwoitość, przywiązanie... A czyje to jest? Jego. Więc nie powinien udawać przed sobą, że musi, lecz uznać, że w istocie tak wybiera. Z chwilą gdy to zrozumie, przestanie się czuć zniewolony. Zaakceptuje swoją własną, wewnętrzną konieczność.

K.M.: Ludzie się tego uczą. To jest tak jak z jazdą samochodem. Każdy jedzie swoim pasem ruchu i dzięki temu wszyscy sprawnie się poruszają. Aż tu nagle jeden musi pod prąd albo jakoś obok, bo tak chce... To, co przy okazji zrobi sobie i innym, nie ma nic wspólnego z wolnością. Jest tylko niszczeniem.

Stąd jest to słynne zdanie, że moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innego człowieka. K.M.: Ale może być też tak, że człowiek w terapii uzmysławia sobie, że uwewnętrznił coś, co nie jest jego. Może się wtedy z tym rozstać.

Jeden kierunek jest taki, jak powiedział Wojtek: Uznaję, że wybrałem, respektuję swój wybór, w ramach niego działam. I te dzieci, żonę, i pracę, i ten tryb życia. Inny może powiedzieć: Rety, dotarło do mnie, że to wszystko nie moje, tylko mojego tatusia albo babci. Mogę więc powiedzieć: nie chcę. Oddaję babci, co babcine, tacie, co jego, i od tej chwili idę swoją drogą. Zaczynam się pytać siebie: gdzie moje? I to jest właśnie droga do wolności. Uwalniasz się ku sobie prawdziwej. Zaczynasz widzieć, co jest twoje, a co ci wciśnięto z dobrodziejstwem inwentarza. Zaczynasz świadomie kreować swoje życie.