1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Marta Niedźwiecka: „Dziś kobieta może uznać, że nie goli łydek, nie rodzi dzieci, i koniec”

Marta Niedźwiecka, psycholożka i sex coachka (Fot. Weronika Ławniczak)
„Jestem ostrożna w doradzaniu, w jaki sposób odnaleźć drogę do swojego ciała, dlatego że mam dużą obawę przed emancypacją, która wynika z przymusu: »Bo w gazecie piszą, że mam ćwiczyć orgazm, no to ja ćwiczę«. To nie jest żadna emancypacja. Emancypacja musi zabierać w sobie element wyboru!” – mówi Marta Niedźwiecka, psycholożka i sex coachka.

Od kilkunastu lat wszystkie rozmowy z ekspertami – seksuologami, coachami, psychoterapeutami – dotyczące kobiecej seksualności prowadziły do tego samego smutnego wniosku – kobiety wychowywane na grzeczne i posłuszne nie znają swoich potrzeb, nie mają kontaktu ze swoim ciałem, są od niego odcięte. Ale jednocześnie od lat wiele też się mówi i robi, by kobiety wyszły z tego „cienia”. Widać jakieś efekty? Czy coś się wreszcie zmieniło?
Wciąż jeszcze krótko żyjemy w nowej rzeczywistości, trzeba pamiętać, że kobiety w takim systemie opresji trwały kilka tysięcy lat, a my przecież kontestujemy to podejście dopiero od końca lat 60. W Polsce jeszcze krócej, bo od lat 90. Ale odpowiadając na Pani pytanie wprost powiem: tak, zmieniło się. I sądzę, że punkt, w którym dziś jesteśmy, to wielkie zwycięstwo, jeśli uwzględnimy tak długą i niezdrową przeszłość.
Zmian jest bardzo dużo, oczywiście nie jest tak, że one toczą się bezboleśnie i że wszystkie zmierzają w jednym, progresywnym kierunku. To, co dzieję się teraz w Polsce, choćby w kwestii praw reprodukcyjnych, jest na przykład trendem regresyjnym. Jest spora grupa ludzi, którzy zdecydowanie chcą zawrócenia z tej drogi do nowoczesności. Ale trendy emancypacyjne, na szczęście, tak się już ukorzeniły, że nie ma łatwego powrotu do przeszłości.

Czym przejawiają się te zmiany?
Zmienia się powszechna opowieść o seksualności, kobiecości, ciele. Powstają książki, poradniki, podcasty, ale też warsztaty, kręgi kobiet i różne inne przestrzenie zajmujące się tymi kwestiami. Zmienia się sposób mówienia, my coraz częściej same się organizujemy i rozmawiamy, żeby sprawdzić, co jest za zasłoną tabu. Oczywiście jest to ograniczone klasowo, bo ten ruch wciąż częściej dotyczy dużych miast, ale powoli wykracza poza wielkomiejskie bańki.
Obserwuję młode dziewczyny i widzę, że dorastają w coraz bardziej świadomy sposób, mówiąc obrazowo – coraz mniej kitu można im wcisnąć. I to jest bardzo budujące. One nie kupią już opowieści o „standardowej” roli kobiety, opowieści o podziale kobiecej populacji na „czyste matki” i „nieczyste ladacznice”. Nadal zmagają się z typowymi pytaniami, które każda osoba żeńska musi sobie zdać (kto decyduje o moim ciele, do czego ono służy itp.), ale zadają je z innego miejsca.

Jak konkretnie zmienił się na przykład nasz stosunek do ciała?
Upowszechnia się zrozumienie, że to, co uważałyśmy za „normalne” względem ciała, jest presją kultury, jest zwyczajnie niezdrowe. Niektóre przejawy tego rozumienia są dość dyskusyjne, np. kobiety w sieci wykłócają się, czy golić poszczególne części ciała, czy też nie, albo spierają o sensowność katowania się dietami. Jednak ważne jest, że pod taką polaryzacją mamy już istniejącą dyskusję o tym, co jest „normalne”, a co nie; że jeszcze niedawno uznawałyśmy wzory wyglądu czy zachowania za święte, poza dyskusją. Po prostu się dostosowywałyśmy. Dziś przynajmniej możemy się wobec tych przymusów zbuntować i dokonać samookreślenia, nie wierzyć w to, że jeśli nie będziemy gładki, młode i idealnie piękne, to nikt nas nie będzie chciał.

Mój „ulubiony” wątek: „…bo żaden mężczyzna nie będzie cię chciał…”
Terroryzowanie kobiet odrzuceniem seksualnym albo przemocą na tle seksualnym ma długą tradycję, jest istotnym elementem systemu nacisków. Jeśli nie będziesz zachowywać się skromnie, to czeka cię kara – nikt cię nie będzie chciał albo spotkasz na swojej drodze agresora, który cię wykorzysta. To przekaz, który często córki dostają od matek zamiast rzeczowej edukacji seksualnej. Kolejnym polem sporu o podobnej wadze jest założenie, że kobieta ma rodzić dzieci, w końcu „do tego została stworzona”. My już wiemy, że jesteśmy stworzone do wielu rzeczy, a decyzja, czy rodzić i na jakich zasadach, jest nasza. Trzydzieści lat temu taka konkluzja byłaby dużo trudniejsza. Obecnie decyzji o nierodzeniu sprzyjają: niepewność co do losów klimatu, obawy społeczne i finansowe, a także bardzo adekwatne pytania kobiet o to, kim są i jaka jest ich rola w życiu.

To jest pytanie, które przede wszystkim pozostawia wreszcie wybór…
Coraz więcej z nas rozumie, że nie ma takiego obowiązku. Jest też coraz więcej możliwości wyboru tego, w jaki sposób realizujemy swoją kobiecość i podchodzimy do swojej cielesności. Od wyretuszowanych zdjęć przez siwe włosy albo życie w pojedynkę. Wiem, że nic z tego, co mówię, nie jest powszechne, ale liczba tych zjawisk rośnie.
Najważniejsze są pytania dotyczące tego, jaki jest związek pomiędzy cielesnością kobiety a jej tożsamością! Do tej pory to wszystko było oczywiste – ciało kobiety miało być atrakcyjne, dostępne, płodne, było podporządkowane kategorii efektywności. Dziś kobieta może uznać, że nie goli łydek, nie rodzi dzieci, i koniec. I nie będzie już jedna jedyna. Po pierwsze, jest nas coraz więcej, więc mamy poczucie wspólnotowości, która daje ogromną siłę. Po drugie, argumenty przeciwko emancypacji kobiet słabną z każdą dekadą.

Czyli przestajemy czuć się przeznaczone do rodzenia dzieci oraz do tego, że mamy się podobać.
Tak, w starym „porządku” to były nasze dwie zasadnicze role – obiekt seksualny i reproduktorka. Dlatego w pewnym momencie głośniej dyskutowano o romansie Marii Skłodowskiej-Curie niż o jej wkładzie w światową naukę. Dziś kobieta jest wiceprezydentką Stanów Zjednoczonych i prawdopodobnie gdyby ktoś zadał jej pytanie, moje ulubione zresztą: jak łączy macierzyństwo z byciem kobietą na eksponowanym stanowisku – zostałby wygwizdany, bo to zagadnienie z innej epoki. Bardzo przyjemna jest możliwość obserwowania, jak niektóre kwestie dotyczące kobiet przechodzą do lamusa. Kiedyś urlop macierzyński był oczywistością – no bo czyje jest to dziecko? Kobieta je urodziła, więc ona się nim zajmuje. Dziś urlop tacierzyński jest coraz bardziej popularny, a pracuje się nad tym, by był obligatoryjny, bo rozumiemy, że dziecko zwykle ma jednak dwoje rodziców.

Te wszystkie zmiany, o których rozmawiamy, przekładają się także, jak rozumiem, na nasze podejście do seksu. Ono też się zmienia?
To, o czym rozmawiamy, to jest jedna, spójna całość. Kobieta, która ma poczucie bezpieczeństwa wokół reprodukcji, wokół swojej cielesności, tożsamości, nie będzie musiała pielęgnować w sobie lęków związanych z byciem porzuconą, zgwałconą, nadużytą, wykorzystaną, z zostaniem samotną matką czy zajściem w niepożądaną ciążę, a co za tym idzie – jej stosunek do seksu będzie zupełnie inny. Miejsce lęku zajmują w takich warunkach otwartość, ciekawość, chęć czerpania przyjemności.

I to jest właśnie zasadniczy powód reglamentowania dostępu do seksualności dla kobiet przez dawną kulturę. Świadome swojej seksualności kobiety są pełne mocy. I nie chodzi wcale o to, z kim idą do łóżka, ale o to, że jeśli mają władzę nad swoim ciałem i nie są wplątane w tę opresyjną sieć: „wolno/nie wolno”, „matka/ladacznica” itd. – stają się niezwykle potężną siłą.

Którą nie da się sterować…
To jest sedno. Dlatego trzeba było kiedyś zaszczepić w nas ten lęk. A my teraz, pomału, się z niego wyzwalamy. Pojawiają się w nas, tak jak wspomniałam, otwartość, ciekawość, chęć czerpania radości z seksu, ale też chęć uczenia się siebie i tego, jak realizowana seksualność nam najbardziej pasuje. Bo dla jednych najlepsza będzie seksualność połączona z duchowością, dla innych połączona z obrzędowością, rytuałami. Będą kobiety, które powiedzą, że najważniejsza w seksie jest dla nich swoboda, spełnianie swoich upodobań, na przykład w licznych romansach; kolejna powie – seks tak, ale przede wszystkim chcę być matką, jeszcze inna, że dla niej seks ściśle łączy się z miłością itd. Im większa otwartość, tym większa możliwość wyboru. Najważniejszy jest jednak ten kierunek – żeby seksualność realizować na własnych warunkach. Do tego niezbędna jest emancypacja. Każda z nas może po nią sięgnąć.

Robimy to na miarę naszych możliwości, warunków. Powiedziałyśmy już, że niestety element klasowości nie jest tu bez znaczenia… Załóżmy, że naszą rozmowę czyta teraz kobieta, która nie ma możliwości wzięcia udziału w żadnych warsztatach albo tego robić nie chce, nie należy też do żadnego kręgu kobiet, ale czuje, że chce w sobie ten schemat z lamusa przełamać. Co może być początkiem tego procesu?
Nie rozpiszę teraz uniwersalnego planu działania. Im dłużej pracuję z kobietami, tym bardziej jestem pewna, że dużo ważniejsze niż powiedzenie: „Słuchaj podcastów Niedźwieckej”, jest powiedzenie: „Odważ się poszukać swojej własnej drogi”. Bo jeżeli kobieta odnajdzie w sobie potrzebę emancypacji, to znajdzie swój sposób. I on powinien być JEJ sposobem. To jest ważne, bo to gwarantuje trwałość tego procesu, determinuje jego siłę. Jedna z nas będzie szukać przez intelektualne lektury, inna przez tantrę. Czyli rada będzie taka: sprawdź, co cię w tym obszarze ciekawi, do czego cię ciągnie, a potem pójdź za tym.

Jestem ostrożna w doradzaniu, w jaki sposób odnaleźć drogę do własnego ciała, dlatego że mam dużą obawę przed emancypacją, która wynika z przymusu: „Bo w gazecie piszą, że mam ćwiczyć orgazm, no to ja ćwiczę”. To nie jest żadna emancypacja. Emancypacja musi zabierać w sobie element wyboru!

Kobiety opowiadają, że droga, która je poprowadziła do spotkania, pierwszego prawdziwego spotkania ze swoim ciałem, to był na przykład taniec. I ten efekt wcale nie był zamierzony, to po prostu miały być lekcje tańca, czy to z instruktorem, czy w domu z Internetem. I stało się… coś się w nich, w ich stosunku do ciała przełamało. Poproszę o więcej przykładów.
Wszystko, dosłownie wszystko, może stać się tym wyzwalaczem. U mnie było nim na przykład nurkowanie. To może być każda forma ruchu, masaże, oczywiście praktyki seksualne, ale też praktyki oddechowe, ale także twórczość artystyczna, która ma w sobie element przetwarzania emocji poprzez ciało – można przecież malować obraz i bardzo silnie ciałem rezonować z tym procesem. Macierzyństwo może być taką drogą, bieganie może być taką drogą. Wszystko. Jestem pewna, że gdzieś na świecie jest kobieta, która przy rąbaniu drewna po raz pierwszy poczuła swoją miednicę w całości! Wspinaczka wysokogórska, jazda na rowerze – świadomie przeżywany ruch kontaktuje nas z ciałem. Wystarczy specjalnie nie przeszkadzać, a to samo pójdzie…

Proszę mi wierzyć, cokolwiek oprócz siedzenia na kanapie, przed komputerem czy rzeźnickich ćwiczeń, które mają za zadanie odchudzić, ujarzmić ciało.

Marta Niedźwiecka poprowadzi wykład „Przyczajony tygrys, ukryty smok oraz czarne węże – lęk, stres i trauma” podczas kameralnego festiwalu pracy z ciałem MOVE ON CAMP Więcej: moveoncamp.pl

(Fot. Weronika Ławniczak)

MoveOn Camp (2-5 czerwca, Kołatek, Mazury) - pierwszy w Polsce kameralny festiwal pracy z ciałem. Osią spotkania jest ruch, duchowość ciała oraz potęga wyrażania siebie. Starannie dobrane warsztaty poprowadzą inspirujący praktycy i nauczyciele, pracujący rozmaitymi metodami: medytacją w ruchu, gaga, improwizacją kontaktową, Body-Mind Centering, podejściem Laban/Bartenieff Movement. Wśród prowadzących znaleźli się tacy nauczyciele, tancerze, choreografowie i praktycy pracy z ciałem, jak: Adam Barley, Anna Sierpowska, Iwona Olszowska, Tomek Eichelberger, Aga Sokołowska, Zosia i Dawid Rzepeccy, Grzegorz Pawłowski czy Łukasz Jakóbiak.
Ideą spotkania jest również integracja osób o podobnym światopoglądzie i zainteresowaniach, tworzenie wspólnoty ludzi, którym bliski jest samorozwój, świadomość, ruch i uważność oraz są gotowi, by poprzez pracę z ciałem otworzyć się na zmiany w swoim życiu.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze