1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Jak świadomość ciała wpływa na naszą samoocenę?

„To, jak nas traktowano, ale i jak nasi opiekunowie traktowali siebie w aspekcie cielesnym – w znacznym stopniu determinuje nasz późniejszy stosunek do własnej fizyczności” – mówi Marzena Barszcz. (Fot. iStock)
– Jestem w sobie, czuję siebie i swoją pełnię – mówi psychoterapeutka Marzena Barszcz. Jej zdaniem powrót do ciała oznacza to, jak odnoszę się do swojego ciała, pokazuje, jak odnoszę się do siebie i do jakiego kontaktu zapraszam innych.

Podobno coraz więcej osób zgłasza się do terapeutów z problemem niskiej samooceny. Czy ma to związek z naszą relacją z ciałem?
Zdarza się, że przychodzą do mnie kobiety, które nie identyfikują się ze swoim ciałem. To znaczy myślą: moje ciało to nie jestem ja. Czasem są w silniejszym zaprzeczeniu: nie chcę, by było mną. To ciało może wymagać opieki, nakarmienia czy podania mu syropu na kaszel, ale to dalej nie jestem ja. Żyjąc w takim rozdzieleniu, możemy czuć się nawet całkiem dobrze. Tak długo, dopóki nie zostaniemy skonfrontowane z czymś, czego nie jesteśmy w stanie kontrolować w swoim ciele, na przykład chorobą. Wtedy przychodzi szok i niedowierzanie, że stan i kondycja ciała tak bardzo wpływają na nasze samopoczucie.

Większość z nas ma jednak poczucie: moje ciało to jestem ja. Tyle że to „ja” jest miejscami nielubiane, a nawet znienawidzone. Atakujemy różne części siebie: cerę, cellulit, za mały biust, za duży biust czy za krótkie nogi. Przyjęłyśmy, że odrzucać siebie za daną cechę jest czymś normalnym. Nie podważamy tego i nie sprawdzamy, czy aby na pewno jest prawdą.

Jak zadbać o ciało, żeby nie traktować go przedmiotowo? To przecież dom dla emocji, a nie przedmiot do oceniania!
Zaczęłabym od uświadomienia sobie, że to, jak odnoszę się do swojego ciała, wprost pokazuje, jak odnoszę się do siebie w innych obszarach i do jakiego kontaktu zapraszam innych.

Wystarczy spojrzeć na dziecko, dla którego ciało jest integralnie związane z tym, co przeżywa, czego potrzebuje, jak się czuje. Patrząc na malucha, nie mamy wątpliwości, kiedy się smuci, kiedy cieszy, a kiedy odczuwa dyskomfort. Mówi o tym do nas nie tylko słowami, ale całym sobą: mimiką twarzy czy tupnięciem nogą. Jednak potem jesteśmy uczeni, że emocje lepiej tłumić i się z nimi chować, dlatego na różne sposoby odcinamy się od swojego ciała. Jako dorośli nie pamiętamy już, czym była naturalna relacja z nim.

Traktowanie swojego ciała zależy od wielu czynników, m.in. tego, w jakiej kulturze żyjemy. Ale też jak wyglądały nasze relacje z rodzicami.
Zgadza się. To, jak nas traktowano, ale i jak nasi opiekunowie traktowali siebie w aspekcie cielesnym – w znacznym stopniu determinuje nasz późniejszy stosunek do własnej fizyczności. Jako dzieci nie mamy rozszczepienia: ciało – ja, dlatego kiedy ktoś stosuje wobec nas przemoc, zawstydza nas poprzez nasze ciało – czujemy, że to, co nas spotyka, dzieje się przez nas. Nasze poczucie własnej wartości zostaje trwale naruszone. Bo skoro ktoś może nas bić czy oceniać, to znaczy, że na to zasługujemy.

Jeśli nas krzywdzono, to później sami mamy łatwość krzywdzenia siebie. Przejawia się to rozmaicie, na przykład poprzez „zaćwiczanie” siebie, nadmiar kontroli w jedzeniu czy samouszkodzenia. Tak nienawidzimy swojego ciała, że musimy je spacyfikować. Albo tak bardzo czujemy, że nie mamy wpływu na swoje życie, że chociaż skontrolujemy i zarządzimy swoim ciałem.

Powrót do ciała oznacza z jednej strony uznanie i przyjęcie doświadczonego bólu, z drugiej – pożegnanie paradygmatu cierpiętniczego na rzecz orientacji ku żywotności, przyjemności, wolności i bezpieczeństwu.

Mam wrażenie, że zwłaszcza kobiece ciała są w naszym społeczeństwie zawstydzane i krytykowane.
Trudno jest nie patrzeć na relację z ciałem współczesnej kobiety bez kontekstu kulturowo-religijnego. Od wieków nasze ciała są stawiane pod pręgierzem wymagań – od estetycznych poczynając, a na macierzyńskich kończąc. Ta podprogowa informacja, że twoje ciało stanowi zagrożenie dla ciebie i innych, tworzy głęboki rozłam w relacji: ja – ciało.

W naszym społeczeństwie nadal istnieje silne przekonanie, że kobiece ciało trzeba kontrolować, bo jest siedliskiem grzechu. Ma być silne i niezawodne. Wszystko to sprawia, że jesteśmy przyzwyczajone do nadużywania siebie, tłumienia emocji i wytrzymywania. Do tego istnieje cała rzesza ekspertów, którzy najlepiej wiedzą, co jest dla nas, kobiet, najlepsze. To niestety jest głęboko zakorzenione w kulturze i religii, w których wzrastamy.

Jeśli jesteśmy ciekawe siebie i chcemy zwrócić się w stronę ciała, przyjrzyjmy się każdej reakcji na ciało – swoje lub innych kobiet – która nas niepokoi czy wzbudza emocje.

Zdarza się też, że nasze ciało w przeszłości zostało nadużyte, przekroczone, wzgardzone, upokorzone czy zdeptane.
Wszystko, czego doświadczyliśmy, jest uwewnętrznioną normą, którą rozpoznajemy i pamiętamy nie tylko z poziomu umysłu, ale też zapisów pozostawionych w postawie. Ktoś podciąga barki do uszu, inny będzie spinał pupę albo spłycał oddech, część z nas będzie się kulić w stresie i mieć nadzieję, że wtedy staje się mniej widoczna. To są sposoby reagowania wypracowane dawno temu, które pozwoliły nam wtedy przetrwać w trudnych momentach. Nie mieliśmy wsparcia, a okoliczności odbierały nam poczucie bezpieczeństwa – musieliśmy więc włączyć tryb przetrwania. Jeżeli włączony alert był czasowy, to byliśmy w stanie się uspokoić i wrócić do równowagi. Natomiast jeśli sytuacja traumatyczna się powtarzała, to alert w ciele stawał się normą. W ten sposób rodzi się chroniczne napięcie mięśniowe.

Na przykład przyjrzyjmy się powracającym bólom głowy, które nie mają żadnej fizycznej przyczyny – warto zadać sobie pytania: czy istnieje jakiś zwiastun bólu? W jakiej sytuacji się on pojawia? Jakie okoliczności mogły wywołać określone emocje? Czy w odpowiedzi nie zacisnęłam zębów albo nie spłyciłam oddechu? Co działo się wcześniej w moim życiu, gdy ciało reagowało w ten sposób?

Dziecko nie wejdzie w konfrontację z przekraczającym jego granice opiekunem. Stłumi swój sprzeciw, nauczy się ukrywać z reakcjami. Te sposoby chronienia się zostaną zapisane w ciele, a podtrzymywane w dorosłości – będą wyczerpywać naszą energię życiową. Dlatego najtrudniej jest uchwycić i rozpoznać ten mechanizm. Może następnym razem, kiedy się zezłościsz, spróbuj zrobić głośne: „oogh” zamiast zaciskać mocno zęby. Zaobserwuj, co wtedy będzie się działo w twoim ciele.

Czy części ciała, których w sobie nie lubimy albo których się wstydzimy, to są właśnie te części, w których zapisały się traumy?
Najczęściej nie lubimy tego, za co byłyśmy odrzucane w rodzinie lub za co inne kobiety w naszym systemie rodzinnym siebie krytykowały. Bywa też, że jesteśmy naznaczone „niechlubnym” podobieństwem do ojca czy babki, i w ten sposób dostajemy informację, że coś w nas, w naszym wyglądzie – jest nie do przyjęcia. Dziewczynka, a potem kobieta nie może przecież lubić siebie za to, czego mama czy tata nie akceptowali...

Z kolei te części ciała, w których niesiemy traumę, zwykle źle traktujemy. Są albo nadmiernie spięte, zaciśnięte, albo wręcz przeciwnie – obudowane tkanką tłuszczową. Mówię teraz o swoich obserwacjach z gabinetu, ale są też badania na ten temat. Wynika z nich na przykład, że kobiety z doświadczeniem nadużycia seksualnego często mają nadwagę lub poważnie rozwiniętą otyłość. Szerzej opisuje to psychiatra Bessel van der Kolk w książce „Strach ucieleśniony. Mózg, umysł i ciało w terapii traumy” czy dziennikarka Morgan Eleanor w „Hormonal. Opowieści o naszym ciele i o tym, dlaczego chcemy być usłyszane”.

Ciało jest jak stale dostępny worek, do którego wkładamy niepomieszczalne w psychice traumatyczne doświadczenia. Tam możemy zamieścić całe zło – i to doświadczone, i to, które odtwarza się wewnątrz nas – i oddalić się od tego, co tak boli; powiedzieć: to nie ja, to moje ciało tego doświadczyło.

Ciało jest zawsze z nami. Na dobre i złe. Czasem atak na nie chroni przed bólem psychicznym, który byłby nie do zniesienia. Ten sposób niejedną z nas ocalił w dzieciństwie, ale dziś – jako dorosłe kobiety – możemy poszukać mniej destrukcyjnych dróg radzenia sobie z trudnymi uczuciami.

Kiedy niedawno oglądałam nowy serial dokumentalny „Natascha Kampusch. Całe życie w więzieniu”, miałam okazję obserwować kogoś w stanie zamrożenia ciała. Ta kobieta spędziła ponad 8 lat w piwnicy, porwana i przetrzymywana przez swojego oprawcę. Mam wrażenie, że mówi całą sobą, twarzą i ciałem: dam radę, przetrwam to! Czy zawsze warto wracać do swojego ciała? Może czasem to niebezpieczne?
Poprzez swoje neurony lustrzane odebrała pani traumę złożoną tej kobiety. Mimo że nie jest już w piwnicy, to jej ciało to nadal pamięta. Co oznaczałby w jej wypadku powrót do ciała? Nie wiem. Najważniejsze jest pytanie, czy dana osoba tego w ogóle chce. Ludzie mają realne powody, żeby odciąć się od swojego ciała. Ale kontakt z nim daje też dostęp do zasobów. One też są do odkrycia, nie tylko sam zapis traumatyczny.

Jak zrobić ten pierwszy krok w kierunku swojego ciała?
Proponowałabym zacząć od poczucia siebie w sobie. Czasem oznacza to, że najpierw poczujesz, jak bardzo siebie nie czujesz. To też jest kontakt ze sobą. Możesz pokierować oddech do miejsca, którego nie czujesz lub które ma jakieś dolegliwości. Czy jesteś w ogóle w stanie oddychać do tej części ciała? Warto zarejestrować, co ci wtedy przychodzi na myśl.

Kiedy będziesz gotowa na kolejny krok, to zachowując stan uważności, połóż tam dłoń i sprawdź, co się dzieje, gdy zaczynasz dotykać siebie. Reakcja może pojawić się z dwóch miejsc. Albo z tego, które dotykasz – bo na przykład poczujesz, jak chowa się do środka albo zaczyna pulsować. Albo ze strony twojej dłoni – bo dotrze do ciebie, że właściwie nie znasz swojego dotyku. Czasem okazuje się, że nie potrafimy dotknąć siebie nietechnicznie. Otwierając się na ten rodzaj doświadczania, zaczynamy prowadzić dialog ze swoim ciałem.

W książce „Psychoterapia przez ciało” pisze pani, że warto sobie czasem powarczeć, potupać.
Warto ożywiać ciało i łączyć się w ten sposób pełniej z emocjami lub je lepiej regulować za jego pośrednictwem. Na przykład dziesięć razy tupnąć, dla pełniejszego poczucia stóp. Załóżmy, że miała pani trudniejszy dzień, wtedy przy tupnięciu warto powiedzieć na głos: „nie!”. I tak kilkanaście razy tupnąć, mówiąc „nie”. Wtedy to uczucie stanie się ucieleśnione. Dzięki temu wzmocnieniu jutro łatwiej będzie postawić pani klarowną granicę innym.

Jeśli jest pani smutna, to zamiast zamykać usta, można je otworzyć i zrobić głośne „uuuaaaa”, zaciągnąć się płaczem jak dziecko i uruchomić swoją przeponę. Pozwolić sobie zaszlochać. To jest codzienna higiena psychosomatyczna.

Można też popatrzeć sobie w oczy w lustrze i powiedzieć: hej, dziewczyno, widzę cię. Czego dzisiaj potrzebujesz? Co mogę dla ciebie zrobić?

W jaki sposób taka świadomość ciała wpływa na naszą samoocenę? Czy wtedy mniej przejmujemy się opinią innych i tym, co na zewnątrz?
Powrót do ciała to stan pod tytułem: „jestem w sobie, czuję siebie i swoją pełnię”. Kiedy tak doświadczam siebie, łatwiej jest mi odczuć, że mam wszystko, czego potrzebuję: siebie. Wtedy pojawia się ten rodzaj jakości – bycia wartościową, niezależnie od tego, co dzieje się na zewnątrz. Wdycha pani powietrze, czuje promienie słońca na twarzy – i czuje pani, że to wystarczy. Bo jeśli mamy oparcie w sobie i w swoim ciele, to może nam brakować wielu rzeczy – pieniędzy czy nawet miłości – a mimo to dalej możemy czuć się wystarczająco dobrą.

Marzena Barszcz w pracy psychoterapeutycznej posługuje się analizą bioenergetyczną Alexandra Lowena. Prowadzi psychoterapię indywidualną i grupową. Jest organizatorką szkolenia psychoterapeutycznego w Analizie Bioenergetycznej w Polsce afiliowanego przez FSBA.

Polecamy książkę: „Psychoterapia przez ciało”, M. Barszcz, wyd. Remedjos

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze