1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Ewa Woydyłło: „Alkoholizm jest jak grzyb, pleni się bez dostępu światła, w mrocznych rodzinnych zakamarkach”

Ewa Woydyłło-Osiatyńska (Fot. Maksymilian Rigamonti/Forum)
Ewa Woydyłło-Osiatyńska (Fot. Maksymilian Rigamonti/Forum)
„Do największych dramatów dochodzi, gdy wokół problemu alkoholowego panuje zmowa milczenia. Nie pomoże wtedy najmądrzejszy psycholog ani lekarz, ani żaden cudotwórca. Destrukcji alkoholowej w rodzinie nie powstrzymają same ofiary usiłujące walczyć z alkoholikiem samotnie. Współuzależnienie rozkwita w czterech ścianach bez świadków. Lub, wcale nierzadko, gdy świadkowie są, ale chowają głowę w piasek i umywają ręce” – pisze psycholożka i terapeutka Ewa Woydyłło-Osiatyńska w swojej książce „Rak duszy. O alkoholizmie”. Publikujemy jej fragment.

Fragment książki „Rak duszy. O alkoholizmie” Ewy Woydyłło-Osiatyńskiej, Wydawnictwo Literackie

Mieszkanie pod jednym dachem z kimś pijącym dużo i często – ryzykownie, szkodliwie, nieodpowiedzialnie – nie może być bezpieczne i spokojne. Wiedzą to wszyscy, którzy poznali takie życie. Jest ich wśród nas znacznie więcej, niż chcą przyznawać najśmielsze statystyki. Prawdopodobnie połowę lub więcej tych nadmiernie pijących nie objęłaby medyczna klasyfikacja diagnostyczna określająca „uzależnienie alkoholowe”. Co z tego? Fakt, że nie zostaliby uznani za „alkoholików”, tylko za „pijaków”, jest faktem czysto symbolicznym. Jego znaczenie przekładałoby się, i w życiu faktycznie tak jest, na niekwalifikowanie takich osób do leczenia. W praktyce oznacza to, że placówki terapii alkoholizmu nie zajmują się tymi osobami, dlatego mogą one dalej pić nadmiernie i ryzykownie. Przynajmniej do czasu, aż „wskoczą” w widełki wskaźników choroby alkoholowej ICD10.

Sprawdźmy, jakie są, według Światowej Organizacji Zdrowia, symptomy alkoholizmu:

1. Silna potrzeba picia, głód alkoholu ustępujący dopiero po napiciu się;

2. Utrata kontroli co do ilości i częstotliwości picia;

3. Fizjologiczne objawy zespołu abstynenckiego, tzw. kace z dolegliwościami żołądkowymi, poceniem się, drażliwością, lękami, prowadzące do „klinowania”;

4. Wzrost tolerancji na alkohol powodujący zwiększanie ilości w celu osiągnięcia efektu, jaki wcześniej zapewniała mniejsza dawka;

5. Częste upijanie się, picie „ciągami”, czyli nieprzerwanie przez kilka lub więcej dni;

6. Spadek zainteresowań i zaangażowania w życie rodzinne na rzecz spędzania coraz większej ilości czasu z alkoholem;

7. Picie mimo ewidentnych szkód, postanowień i obietnic, a także wbrew zaleceniom lekarzy.

Wystarczy rozpoznać u siebie (lub u kogoś) trzy objawy, by stwierdzić, że prawdopodobnie mamy do czynienia z uzależnieniem. Myślę, że trzy ostatnie punkty musiałoby zaznaczyć nie kilkanaście procent pijących (jak szacunkowo określa się u nas liczbę uzależnionych), lecz co najmniej połowa, w tym kilka procent dzieci już w gimnazjach, o licealistach i studentach nie wspominając. Kryteriom tym odpowiada mnóstwo szacownych obywateli, a wśród nich kobiety i mężczyźni znani z pierwszych stron gazet, okładek kolorowych pism i billboardów. Każdy z nich ma rodzinę. Każdy przyprawia swych bliskich – dorosłych i dzieci – o niepokój, lęk, wstyd, złość, upokorzenie, rozczarowanie, odrazę, a jednocześnie gotowość poświęcenia, pomocy, ratunku. Po co silić się na obrazowe przedstawianie ewentualnych dramatów rodzinnych powodowanych przez pijaństwo? Wystarczy uważnie przeczytać listę kryteriów diagnostycznych, by domyślić się, co przeżywają rodzice, żony i mężowie oraz dzieci, małe i duże, gdy ich ukochany o n lub ukochana o n a wybiera sobie alkohol za ważniejszego od nich towarzysza życia. Wstyd. Rozpacz. Bezsilność. To przeżywają bliscy alkoholików. To samo przeżywają bliscy pijaków. Różnicę może widzą lekarze, rodziny nie. W jednym i drugim przypadku cała rodzina choruje z powodu alkoholu.

Znajoma sędzia z Lublina powiedziała mi kiedyś, że przez dziesięć lat nie prowadziła ani jednej sprawy rozwodowej, w której alkohol nie byłby przyczyną rozpadu więzi między małżonkami. Zapytajmy nauczycieli, jak im się pracuje z uczniami z rodzin alkoholowych. Pójdźmy do opieki społecznej i zobaczmy, kto stanowi ich klientelę. Zajrzyjmy do raportów policyjnych rejestrujących wypadki drogowe spowodowane przez pijanych kierowców. Dwóch danych niestety łatwo nie ustalimy: kosztów medycznych obciążających zarówno konta pacjentów, jak i współuzależnionych członków ich rodzin, chorujących na ponad sześćdziesiąt chorób, do których przyczynia się nadużywanie alkoholu, oraz strat ekonomicznych, jakie ponosi gospodarka z powodu obniżonej efektywności pracy, częstych nieobecności oraz wysokiej migracji pracowników nadużywających alkoholu.

O ironio, wszystko to dotyczy kraju, w którym leczenie alkoholików (a także ich rodzin) jest bezpłatne i znajduje się na najwyższym światowym poziomie. Nasi specjaliści uczą kolegów w ponad dwudziestu innych krajach, skąd po kilkadziesiąt osób rocznie przyjeżdża do Polski, żeby naocznie przekonać się, jak wspaniale pracują tutaj poradnie i ośrodki (nawet w więzieniach!) i odbyć w nich praktyki i staże.

Woła to o pomstę do nieba czy nie?

W każdym razie mamy do czynienia z horrendalnym absurdem.

Interwencja

Dużo było wcześniej mowy o perfidnej naturze alkoholizmu z jego nieodłącznymi deformacjami pijackiej osobowości, zaprzeczaniem i innymi obronnymi reakcjami, z powodu których metodą rozmowy, perswazji, błagań ani nawet gróźb nie sposób nikogo skłonić do zmiany. Nie tylko jednak sam sprzeciw osoby z problemem jest przeszkodą. Opór przed zmianą stawiają również współuzależnieni: matki i ojcowie, współmałżonkowie, inni krewni, znajomi i sąsiedzi, współpracownicy i zwierzchnicy.

Mimo że często są udręczeni i, delikatnie mówiąc, zdegustowani i niczego bardziej nie pragną jak tego, by gehenna alkoholowa się skończyła, to wcale niełatwo do nich dotrzeć. A raczej – aby to oni dotarli tam, gdzie czeka na nich pomoc. Pomoc zresztą inna niż ta, której najbardziej pragną. Chcą jednego: żeby bliska osoba przestała tak dużo pić. Tego jednak nikt im nie zapewni. Można natomiast im pomóc, na przykład w programach dla współuzależnionych lub w Al-Anon. Każdy, kto skorzysta z tych możliwości, uzyska wsparcie i w rezultacie poprawi jakość swego życia. Chociaż sam alkoholik niekoniecznie od razu pójdzie się leczyć. Ale z drugiej strony, może kiedyś tak się stanie.

Interwencja przerywa rozwój choroby wcześniej, zanim alkoholik sam spadnie na dno. To odkrycie amerykańskich specjalistów – że nie trzeba czekać z założonymi rękami, aż alkoholik znajdzie się na „swoim dnie”, stanowi wielki wkład profesjonalistów w dziedzinę pomocy uzależnionym, a przez to także ich rodzinom.

Pomysł interwencji zrodził się z uświadomienia, iż uzależnienie to taki diabelski węzeł psychologicznych i fizjologicznych uwarunkowań, którego nikt z dobrej woli i dla świętego spokoju nie jest w stanie sam rozsupłać. Może to zrobić z pomocą innych i pod odpowiednim naciskiem, czując respekt dla swej godności, a nie pogardę oraz ludzką troskę, nie odrzucenie.

Ocalić najbliższych

Alkoholizm jest jak grzyb, pleni się bez dostępu światła, w mrocznych rodzinnych zakamarkach. W pełnym świetle alkoholizm nie ma dobrych warunków rozwoju. Ukrywanie go natomiast takie warunki stwarza.

Do największych dramatów dochodzi, gdy wokół problemu alkoholowego panuje zmowa milczenia. Nie pomoże wtedy najmądrzejszy psycholog ani lekarz, ani żaden cudotwórca. Destrukcji alkoholowej w rodzinie nie powstrzymają same ofiary usiłujące walczyć z alkoholikiem samotnie. Współuzależnienie rozkwita w czterech ścianach bez świadków. Lub, wcale nierzadko, gdy świadkowie są, ale chowają głowę w piasek i umywają ręce.

Tak zachowali się znajomi i krewni wobec próśb i apeli żony prominentnego adwokata. Jego najbliżsi współpracownicy – prawnik ten jest szefem zespołu – dbając o swoje zarobki, trzymali jego stronę. Osoby z dalszej rodziny też wolały nic nie widzieć, aby nie utracić względów (i świadczeń). Pan ten bowiem umiał kupić sobie bezkarność i pobłażliwość. Tylko biedna żona żyła w pijackim piekle codziennie, bała się o siebie i dzieci, biegała od psychologa do psychiatry, wzywała policję, chodziła na obdukcję, by w końcu doczekać się rozwodu. Jednego z tych rozwodów, jakie musiała mieć na myśli wspomniana sędzia sądu rodzinnego z Lublina. Wobec tego chorego „ze świecznika” nie sposób było przeprowadzić żadnej interwencji. Rozbił już jedną rodzinę, rozbije zapewne każdą następną, jaką założy, trwając dalej w nałogowym zakłamaniu. Chyba że będzie miał szczęście i znajdzie się w jego otoczeniu ktoś, komu będzie zależało na uratowaniu człowieka i przy okazji na ocaleniu rodziny.

Wiele rodzin zawdzięcza ocalenie takim właśnie ludziom. Nie zawsze odbywa się to symetrycznie i najpierw pomoc działa wobec współuzależnionych, a dopiero potem osoba uzależniona rozpoczyna swój powrót do zdrowia. Scenariusze bywają rozmaite. Profesjonalistom wszystkie wydają się mniej lub bardziej „typowe”, natomiast uzależnionym i współuzależnionym – zawsze niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. Niech tak zostanie. Rozpatrujmy ten temat właśnie tak, jakby za każdym razem rodzina zmagająca się z problemem alkoholowym była pierwszą taką rodziną na świecie. Strach, wstyd, poczucie winy, upokorzenie i zmartwienia zawsze bolą i niepokoją indywidualnie. Zresztą nad cierpieniem i zmartwieniami nie ma sensu się rozwodzić. Kto je poznał, to poznał. Kto nie, niech nie poznaje. Lepiej mówić o ocaleniu i powrocie do zdrowia, pokazując, jak wejść na tę drogę, a potem, jak z niej nie zboczyć albo znowu się nie cofnąć.

Na początku drogi do wyzdrowienia bliscy alkoholika, załóżmy, że już niepijącego, zawsze są obolali. Zawsze boją się o jutro, ponieważ żywo pamiętają okropne wczoraj. Życie ich wszystkich, choć pokiereszowane, może się jednak naprawić. Ale czy może być kiedykolwiek szczęśliwe? Niektórzy z nas wiedzą już, że może.

Ci, którzy już nie piją, nieustannie pytają sponsorów w AA i swoich terapeutów, jak naprawić wyrządzone krzywdy, zadośćuczynić, spłacić długi przeszłości. Wielu się to udaje zadziwiająco szybko. Dzieje się tak, gdy w domu wciąż przy nich stoi kochająca mimo wszystko rodzina. Niektórym jednak się nie udaje. Ich trzeźwość nie pomaga uciszyć echa dawnych burz. Niekiedy bliscy owszem, kochają, ale wciąż cierpią z powodu doznawanej przez lata przemocy, upokorzeń, krzywd i zdrad.

Zamykają się w potrzasku wciąż bolącej urazy, która nie pozwala im odzyskać równowagi i zaufania. Krzywda żyje w nich, jakby była smokiem o wiecznie odrastających głowach. W takim domu nie ma spokoju. Alkoholik zadręczany jest żądaniem zmiany tego, czego nie może zmienić, czyli przeszłości i swych dawnych występków. Niewybaczone winy utrudniają trzeźwienie alkoholikowi oraz wyzdrowienie współuzależnionym. Wyzdrowieniu najlepiej służy klimat zgody i pojednania, do którego zdolni są jedynie ludzie wolni od ciężaru zadanych i doznanych krzywd.

Polecamy: „Rak duszy. O alkoholizmie” Ewa Woydyłło-Osiatyńska, Wydawnictwo Literackie (Fot. materiały prasowe) Polecamy: „Rak duszy. O alkoholizmie” Ewa Woydyłło-Osiatyńska, Wydawnictwo Literackie (Fot. materiały prasowe)
Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze