1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. 5 pomysłów, by mieć pozytywny obraz własnego ciała

5 pomysłów, by mieć pozytywny obraz własnego ciała

To ważne, żeby akceptować, lubić, kochać własne ciało. Bez ściemniania. Chodzi o to, żeby nosić w sobie pozytywny wizerunek ciała takim, jakie ono jest w rzeczywistości. Taką umiejętność można w sobie wykształcić.

Owszem, niełatwo w dowolnej chwili móc cieszyć się swoim wyglądem. Jednak Joyce Marter, psychoterapeutka z Chicago, specjalistka właśnie od wizerunku, ma dla nas 5 podpowiedzi, jak to w sobie wyćwiczyć.

1. Ucisz swojego wewnętrznego krytyka

Każdy go ma, ale każdy innego. Są wśród krytyków straszni złośliwcy, tacy którzy szydzą, wrzeszczą, wtykają w nasze ciała bolesne szpile. Masz małe oczy, grube uda, zbyt puchate włosy, komunikują na różne sposoby w najmniej spodziewanych momentach, sprawiając, że życie staje się szare. Na szczęście według Marter można odłączyć się od tych destrukcyjnych myśli. W jaki sposób? Najpierw należy je usłyszeć. Potem zastanowić się z jakich „prawdziwych” ust już je usłyszeliśmy. Mama? Tata? Nauczycielka? Wredna kuzynka? Wreszcie mąż? Zauważ teraz, że to nie ty sobie to mówisz, tylko ktoś z zewnątrz. A ty masz wybór, czy chcesz tego słuchać, czy nie. Nie polemizuj z krytyką, nie walcz, tylko uświadom sobie, że to nie twoje. A teraz wykreuj swoje myśli na temat swojego ciała, które zastąpią ci głos krytyka. Niech będzie w nich dużo ciepła od ciebie dla ciebie.

2. Otaczaj się pozytywnymi wiadomościami i ludźmi

Naprawdę możesz wybrać, co i kto składa się na twoje życie. Jeśli sąsiadka zgryźliwie zauważa oponkę na twoim brzuchu, po uprzejmym dzień dobry, wycofaj się do swoich spraw. Jeśli kolega z pracy, odwiedzając cię w twoim domu, mówi ci że masz na sobie brzydką sukienkę, więcej go nie zapraszaj. I tak dalej. Przez moment może się wokół ciebie zrobić pusto i w związku z tym trochę smutno i strasznie. Wykorzystaj jednak ten czas na to, żeby zadbać o siebie. Medytuj, zapisz się na tańce, chodź na spacery, zmień dietę na bardziej sprzyjającą, poczytaj zaległości.

3. Zidentyfikuj własnych bohaterów piękna

„Idealnie piękni” ludzie patrzą nas nas z bilbordów czy telewizyjnych reklam. Oni mogą denerwować i z ich wszędobylskością raczej nie wygrasz. Ale można poradzić sobie z nimi innym sposobem. Skieruj uwagę gdzie indziej. Zastanów się, kogo i za co szanujesz. I niech twoim kryterium nie będą powszechne kanony piękna, tylko szlachetność, kreatywność, wynalazczość, coś, co cenisz u ludzi. Niech oni będą twoim punktem odniesienia. Właśnie to, co znajdziesz w nich, w sobie rozwijaj. Bo skoro widzisz to w nich, te same skarby kryjesz w swoim wnętrzu. Im lepiej siebie poznasz, poszerzysz swoją osobowość o nieużywane aspekty, tym skuteczniej pokochasz siebie całą. Razem z cerą mieszaną.

4. Dbaj o siebie jak o swoje własne dziecko

Na pozytywny obraz ciała, głosi Marter, składają się nie tylko dobre myśli o sobie, także opieka na nim. Bo co za miłość do ciała, jeśli o nie nie dbamy. Dlatego dostarczaj swojemu ciału dostateczną ilość snu, ruchu, odpowiedniego pożywienia. To podstawa. 5. Następnie ciesz się przyjemnościami

Pomyśl, ile rozkoszy możesz dostarczyć swojemu ciału. Propozycje: masaż, kąpiel w wodzie pachnącej lawendowym olejkiem, hydromasaż, wiatr we włosach, satynowa pościel, mięciutki szlafrok o poranku, dużo fajnego seksu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zaprogramuj się na pozytywne myślenie

Czy pozytywne myślenie to coś, czego można się nauczyć? Otóż tak! Kluczem do tego są nasze myślowe nawyki. (fot. iStock)
Czy pozytywne myślenie to coś, czego można się nauczyć? Otóż tak! Kluczem do tego są nasze myślowe nawyki. (fot. iStock)
Jak mawia psycholog pozytywna, prof. Sonja Lubomirsky, szczęście to jeden z najlepszych prezentów, jakie możesz sprawić sobie i bliskim. Musisz jednak uwierzyć w to, że na nie zasługujesz, i podjąć świadome starania. Kluczowa będzie nauka pozytywności. Chcesz podjąć się tego wyzwania i przestawić na pozytywne myślenie?

Od kilku lat mam własny poranny rytuał. Tuż po przebudzeniu, zanim otworzę oczy, obserwuję swój oddech i bicie serca. Głowa jest jeszcze w sennym świecie, oddech spokojny: równomierny wdech i wydech, serce bije miarowo. W takiej chwili czuję (nie tylko myślę), że świat jest bezpieczny, a życie może być radosną przygodą. Powtarzam w myślach, że wszystko, co mnie dziś spotka, będzie dla mnie dobre. I świadomie staram się ten optymistyczny nastrój zachować przez cały dzień.

Pozytywne myślenie: test szklanki

My, Polacy, uwielbiamy narzekać, snuć pesymistyczne wizje, odczytywać intencje innych ludzi, martwić się na zapas. Ci, którzy spróbowali praktyki pozytywnego myślenia, często czują się rozczarowani. Bo głowa zadaniowo koncentruje się na przekonaniu, że świat jest przyjazny i bezpieczny, a przekorne ciało czuje lęk, złość i rozczarowanie. Zdaniem Bruce’a Liptona, lekarza cytologa, autora książki „Biologia przekonań”, samo pozytywne myślenie zdaje się psu na budę, a ci z nas, którzy zawiedli się na programowaniu głowy na pozytywy, czują się jeszcze bardziej osłabieni, przestraszeni i rozczarowani, ponieważ myślą, że ich sytuacja jest beznadziejna, a oni sami do końca życia będą widzieć szklankę do połowy pustą. Bo tak naprawdę chodzi nie o pozytywne myślenie, tylko o pozytywne nastawienie. Jeśli więc chcesz zaprogramować się na pozytywne nastawienie, musisz zrozumieć współzależność pomiędzy świadomością i podświadomością.

Umysł świadomy jest kreatywny, to on generuje pozytywne i negatywne myśli, ale jego wydolność jest ograniczona. Nie jesteś w stanie świadomie zauważyć wszystkich bodźców, które docierają do ciebie ze świata i z wnętrza twojego organizmu. Za to umysł podświadomy odbiera wszystko. Ale jest nawykowcem: reaguje na zasadzie bodziec–reakcja i w oparciu o stare doświadczenia, a także informacje, które dostajemy od ludzi dla nas ważnych, tworzy scenariusze (najczęściej pesymistyczne) i odgrywa je w nieskończoność.

Wyobraź sobie, że przydarza ci się jakaś sytuacja, która wywołuje strach, np. ktoś stojący blisko ciebie w autobusie próbuje wyjąć ci portfel z torebki. Co prawda udaje ci się w porę zauważyć zamiary złodzieja, ale strach przed kradzieżą w autobusie twój umysł podświadomy zapisuje jako zagrażające doświadczenie. Jeśli na dodatek ktoś z twoich bliskich został w ten sposób okradziony, w głowie zapisuje ci się scenariusz groźby kradzieży. W miarę upływu czasu lęk przed złodziejami generalizuje się na wiele innych sytuacji. Nawet jeśli „z głowy” zaprogramujesz się na pozytywne myślenie, a wychodząc z domu, będziesz powtarzać: „Jestem bezpieczna” – prawdopodobnie większość sytuacji (np. kiedy znajdziesz się w tłumie) będzie budzić twoją nadmierną ostrożność. Trudno wtedy o dobry nastrój.

Tego typu własne doświadczenia, a także doświadczenia znanych ci ludzi plus tysiące mało optymistycznych informacji ze świata tworzą twoje przekonania, choćby takie, że życie wymaga bezustannej ostrożności, że każdy cię może oszukać, że bycie optymistą to czysta naiwność. Nic dziwnego, że zwykle widzisz szklankę do połowy pustą (pesymizm) a ci, którzy cię przekonują, że dla nich szklanka jest do połowy napełniona wodą (optymizm), wydają ci się naiwniakami.

Jednym ze sposobów, by zmienić nastawienie do świata, jest po prostu zmiana przekonań. Lipton twierdzi, że to właśnie przekonania, a nie geny kontrolują biologię; programują nasze zdrowie, nastawienie do świata i życie.

Zmień swoje nawyki i wejdź w pozytywne myślenie

Nawyk to podświadoma reakcja na określony bodziec, czyli coś, co robisz, nie zdając sobie z tego sprawy, jak prowadzenie samochodu, mycie zębów czy kulenie się w sobie w reakcji na głośny hałas. Nawyk to reakcja z ciała, a nie z głowy. Psycholodzy behawioralni twierdzą, że wprowadzenie w życie nawyku i utrwalenie go trwa około 30 dni. Doskonale! Wychodzi równy miesiąc. Co oznacza, że w ciągu roku możesz zmienić aż 12 nawyków pesymistycznego reagowania na świat na pozytywne. Poza tym jest szansa, że gdyby udało ci się wprowadzić wiele pozytywnych nawyków, te negatywne wyeliminują się drogą naturalnej selekcji. Dlatego zachęcam cię, byś w tym roku opracowała swój pozytywny kalendarz na 2021 rok.

Zacznij od określenia, w których sferach życia jesteś największą pesymistką (praca, życie osobiste, relacje). Potem skup się na wprowadzaniu pozytywnych zmian.

  1. Psychologia

Piersi - drogocenna i wrażliwa część kobiecego ciała. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Dorosłe kobiety tak samo jak mężczyźni pragną kontaktu z kobiecą piersią, tylko z powodów obyczajowo-religijnych boją się do tego przyznać – nawet same przed sobą. (Fot. iStock)
Dorosłe kobiety tak samo jak mężczyźni pragną kontaktu z kobiecą piersią, tylko z powodów obyczajowo-religijnych boją się do tego przyznać – nawet same przed sobą. (Fot. iStock)
Rozmowy o ciele kobiety bez słowa o piersiach?! Piersi mogą nam dużo powiedzieć o stosunku ich właścicielki do kobiecości. Przez pryzmat kobiecych piersi można wiele się dowiedzieć o świecie, w którym żyjemy. W reklamach, na filmach, w Internecie, w teledyskach, na plaży spotkamy je całkiem nagie. Czy więc są jeszcze wyzwaniem, wabikiem, owocem zakazanym – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Piersi nie są problemem, brak piersi owszem, mówi moja przyjaciółka. Za małe piersi to dla większości kobiet dyskomfort. Mówiąca te słowa też chętnie kupowałaby stanik o rozmiar większy...
Kobiety mają rozmaity stosunek do swoich piersi, zwłaszcza te dorastające. Dla wielu jest to długo oczekiwany dar natury: „Nareszcie!”. Dla innych nieszczęście: „O rany! Już się zaczyna! Ratunku!”. Stosunek do własnych piersi zależy od tego, jaki wzorzec kobiecego losu zapisał się w świadomości dorastającej dziewczyny, czyli czego się wcześniej o nim dowiedziała. A przekaz rzadko bywa zachęcający. Większość dorosłych kobiet przytłacza dziewczynki swoją martyrologią. Robią to zapewne w dobrej wierze, chcąc przygotować córki czy wnuczki na trudy kobiecego życia. Nie zdają sobie sprawy z tego, że jednocześnie zobowiązują je do nieświadomego naśladownictwa. Stąd częste negatywne reakcje wielu dziewczynek na ich rozkwitające piersi. Tym bardziej zrozumiałe, że z powodu zwiększającej się ilości niefermentowanej soi w wielu produktach spożywczych pokwitanie ciągle przyspiesza. W efekcie nawet dziesięcioletnie dziewczynki miewają dzisiaj piersi i miesiączkę. Oczywiście, ich rozwój mentalny i emocjonalny za tym nie nadąża. I tak po świecie biega coraz więcej dziewczynek opakowanych w kobiece ciała, niewiedzących, jak radzić sobie z naporem własnych seksualnych zainteresowań, a tym bardziej z pożądliwością dorosłych, acz niedojrzałych mężczyzn.

Piersi nie są więc sygnałem, że dziewczyna jest już gotowa do rozpoczęcia życia seksualnego?
Chyba nigdy tak nie było. Piersi rozwijają się powoli i początki tego procesu nie mają nic wspólnego z dojrzałością seksualną. Ta sytuacja wręcz krzyczy o dojrzałą edukację  seksualną w szkołach i mediach. Nasza ogólnonarodowa hipokryzja i schizofrenia w tej sprawie powoduje coraz więcej szkód. Bo młodzież masowo nadrabia brak rzetelnej wiedzy o seksualności człowieka pseudoedukacją internetowo-pornograficzną i lekturą pisemek dla nastolatek zachęcających do jak najszybszej seksualnej inicjacji. Są więc też kulturowe powody przedwczesnej inicjacji, wszechobecna agitacja i propaganda seksualności. Co za tym idzie, noszenie piersi dla dorastających kobiet coraz rzadziej jest okazją do odczuwania przypisanej im dumy i godności. Kultura wymusza na przebranych w kobiece ciała dzieciach jak najszybsze przeistaczanie się w obiekt pożądania, a także podmiot ryzykownej gry na seksualnej giełdzie. Większość młodzieży czuje się w tym totalnie zagubiona.

Kiedy jesteśmy już dorosłe, piersi nam nie przeszkadzają, odwrotnie, zazwyczaj chcemy je powiększać, podnosić itd.
Potem jest i śmieszno, i straszno, bo kobiece piersi osiągnęły status i znaczenie niespotykanego w dziejach fetyszu seksualnego. Właściwie tylko z tego jednego punktu widzenia patrzy się teraz na nie. Stąd zanikająca w Polsce – i nie tylko w Polsce – akceptacja widoku karmiącej matki.

Przecież wszędzie pełno gołych kobiecych piersi – na każdym niemal billboardzie.
Właśnie o tym mówię. Decyduje kontekst pokazywania piersi. Widok kobiecej piersi w jej naturalnej, karmiącej roli zostaje uznany za estetycznie nie do przyjęcia, a co więcej, często za niemoralny i godzący w dobre obyczaje. Tylko aspekt seksualny jest dopuszczalny i aprobowany. Dla mnie, pamiętającego powojenny baby boom, gdy trudno było znaleźć miejsce, w którym nie byłoby piersi, a parki, skwery, tramwaje, autobusy i kawiarnie pachniały kobiecym mlekiem – to szokujący obrót sprawy. Wtedy piersi nie były jednak seksualnym fetyszem, nie występowały w reklamach. Może nie trzeba było zachęcać mężczyzn do prokreacji, więc piersi zostały zwolnione z roli przedmiotu pożądania. A może podaż towarów nie nadążała za popytem, więc piersi nie były niezbędne jako zachęta do kupowania cementu, cegieł, blach?

Może to sexy, kiedy blondyna leży nie na masce ekskluzywnego auta, ale na koparce czy na elementach ze stali nierdzewnej?
Mężczyzna zawsze zwróci uwagę na widok kobiecych piersi, ust, nóg czy pośladków. To prosty, atawistyczny odruch orientacyjny, dający szansę na sukces prokreacyjny – nie wolno mężczyzn za to potępiać. Biologicznie zorientowana antropologia nie pozostawia w tej sprawie żadnych wątpliwości. Jedna z jej teorii mówi, że piersi spełniają funkcję skutecznego wabika dla mężczyzn, bo tak naprawdę symbolizują pośladki. Uniesione wysoko i prawie całkowicie widoczne w śmiałym dekolcie, w połączeniu z karminowymi wargami kojarzą się mężczyznom jednoznacznie z zachętą seksualną. Należę do wyjątków w tej sprawie. W dzieciństwie napatrzyłem się na ciężko pracujące matczyne piersi, a potem jako ojciec towarzyszyłem żonie w trudzie karmienia itd. Pewnie dlatego piersi nie są dla mnie fetyszem, a przede wszystkim drogocenną i wrażliwą częścią kobiecego ciała – budzącą odruch troski i opieki. Ale i zachwytu. Uważam więc, że kobiety powinny wiedzieć, jak przez niektórych mężczyzn mogą być odebrane ich upiększające zabiegi – push-up i malowanie ust karminem. Nie można wykluczyć, że eksponowanie piersi ma zachęcić coraz mniej seksualnie wydolnych, przepracowanych lub rozleniwionych samców do większej aktywności, a przynajmniej podnieść im nieco poziom testosteronu i utrzymywać w stanie zachwytu i rywalizacji, co mężczyznom dobrze robi. Pewnie dlatego karmiące piersi zostały usunięte z publicznej sceny.

Także bezwzględny zakaz publicznego pokazywania sutka utrzymujący się w USA z uporem godnym lepszej sprawy doskonale wpisuje się w tę strategię. Gdy kilka lat temu siostra Michaela Jacksona prowokacyjnie pokazała sutek na koncercie, została powszechnie potępiona.

Jeden mały odsłonięty sutek obnażył wielką amerykańską hipokryzję.
To prawda. Ale z punktu widzenia proponowanej przeze mnie tezy wszystko trzyma się kupy, a raczej sutka. Bo przecież pośladki nie mają sutka. Więc sutek w tym zasadniczo przeszkadza, bo kieruje uwagę męskiej publiczności ku karmieniu i macierzyństwu zamiast ku seksualności. Z punktu widzenia klasycznej, dynamicznej psychologii i psychoterapii relacja z piersią jest jedną z najważniejszych w ludzkim życiu. Tworzy zręby naszego charakteru. Bo pierś to pierwszy obiekt w życiu każdego z nas, z jakim wchodzimy w relację.

Pierś jako całkiem samodzielny i oddzielny obiekt?
Tak, bo niemowlę nie widzi całej matki, więc dla niego pierś jest matką. Dlatego to, w jaki sposób układa się nasza relacja z piersią matki, wpływa na kształtowanie się naszych relacji z ludźmi w życiu dorosłym. Jeśli pierś jest chętna, ciepła, niezawodna, cierpliwa, zrelaksowana i szczodra, to mamy szansę wyrosnąć na osobę otwartą, ufną i optymistyczną. Jeśli skąpi, wycofuje się, jest niecierpliwa, napięta i zdystansowana, to pozostanie w nas niedosyt i zarazem niewiara w jego zaspokojenie, napięcie i lęk. Możemy też odczuwać wieczne pragnienie ciepła, bezpieczeństwa, pokarmu, a także seksu.

Czyli to, z jakimi emocjami byliśmy karmieni w niemowlęctwie przez matkę, wpływa na całe nasze życie?
Ta zależność ujawnia się i często potwierdza w trakcie psychoterapii. Ale wracając do roli i przeznaczenia piersi, z punktu widzenia niemowlęcia jej najważniejszym elementem jest sutek. To z niego wypływa słodkie, niezbędne do życia mleko gwarantujące możliwość przeżycia. Nic dziwnego, że pierś się ogromnej większości ludzi jak najlepiej kojarzy i wzbudza ciepłe uczucia, a potem, gdy już nie potrzebujemy od niej mleka, przekształca się w obiekt erotycznego pożądania. Zjawisko to nie dotyczy bynajmniej tylko mężczyzn. Wyjaśniła mi to znajoma psychoterapeutka lesbijka: „Dorosłe kobiety tak samo jak mężczyźni pragną kontaktu z kobiecą piersią, tylko z powodów obyczajowo-religijnych boją się do tego przyznać – nawet same przed sobą. To, że się nam tego zabrania, jest rażącym przejawem seksistowskiej dyskryminacji kobiet”. Nie znalazłem powodów, aby nie przyznać jej racji.

Jakoś mi piersi do pieszczenia nie brakuje. Może dlatego, że mam własne, i jakby mnie coś naszło, zawsze mogę siebie podotykać.
Słyszałem kilka razy od kolegów na poły żartobliwe oświadczenie, że gdyby mieli piersi, toby się nimi bawili. Ale panowie z jeszcze jednego powodu mają lepszą relację z kobiecą piersią. Otóż z wielu badań wynika, że matki dłużej i chętniej karmią piersią synów niż córki. Matki chłopców – szczególnie te samotne – potrafią przedłużać karmienie nawet do trzech lat. W rezultacie samodzielny, biegający i gadający szkrab traktuje matkę jak automat z napojami. Kilka razy byłem świadkiem takiej sytuacji: na towarzyskiej imprezie w ogrodzie trzylatek podbiega do zaangażowanej w rozmowę z grupą osób matki, podciąga jej bluzkę i z okrzykiem: „Dawaj cyca”, zaczyna ją ssać. A matka, nie przerywając rozmowy, udostępnia się swojemu synkowi na żądanie, tak jakby był niemowlęciem. Nie zdaje sobie sprawy, że uczy tak syna nieliczenia się z granicami kobiety, a także roszczeniowej, uprzedmiotawiającej postawy wobec kobiet.

Wszystko to razem źle wróży jego przyszłym związkom. Tacy duzi chłopcy w przebraniu mężczyzn grasują potem wśród kobiet na zasadzie: „Mam teraz potrzebę i ty mi ją natychmiast zaspokój”.

I dziwić się, że kobiety czują się mniej ważne od mężczyzn, skoro widzą od dziecka, że oni są faworyzowani.
No właśnie. Pewnie dlatego nie słyszałem o trzyletniej ani nawet dwuletniej córeczce, która podbiegałaby do matki, podnosiła jej bluzkę i krzyczała: „Dawaj cyca!”. Prawdę mówiąc, nie wiem, jak by takie wychowanie wpływało na charakter dziewczynki. Być może uprzywilejowane traktowanie chłopców stanowi trzon psychologiczny patriarchalnej dominacji i męskiej tendencji do urządzania się na tym świecie kosztem kobiet. Gdyby tak było, to ważnym elementem zmiany w kierunku pełnej emancypacji stałaby się zmiana nastawienia matek do karmienia piersią swoich córek.

Czy nasza psychika wypowiada się przez rozmiar biustu? Czy te kobiety z większymi piersiami są bardziej kobiecie, czy tylko za takie uważane?
Nie tylko geny i ewolucja wpływają na wielkość piersi. Także psychika kobiety ma w tej sprawie dużo do powiedzenia. Np. dziewczynka zagrożona nadużyciem seksualnym w rodzinie lub nadużywana potrafi zahamować cały swój rozwój seksualny – w tym wzrost piersi – by zmniejszyć swoją atrakcyjność seksualną w oczach tego, który ją wykorzystuje lub potencjalnie może to zrobić. Są też inne powody, dla których dziewczynki mogą chcieć jak najdłużej pozostać dziewczynkami i uniknąć w ten sposób presji seksualnej mężczyzn. Blokują wtedy psychicznie nie tylko rozwój piersi, ale również miesiączkowanie. Dodajmy tylko, że umysł dziewczynki podświadomie może też działać w drugą stronę i powiększać piersi u dziewczynek żyjących w poczuciu, że nie są kochane przez ojców. Na zasadzie: „Skoro mnie nie kochasz, to przynajmniej mnie pragnij”. Bywa też, że dorosłe już kobiety, które są wojowniczkami jak mityczne Amazonki, symbolicznie pozbawiają się jednej piersi, czyli połowy swojej kobiecości. W skrócie – ich ciało zaczyna produkować więcej męskich hormonów, co prowadzi m.in. do problemów z zajściem w ciążę, a więc rezygnacji z macierzyństwa. Jak widać, piersi ciągle odgrywają kluczową rolę w kobiecych strategiach znajdowania sobie miejsca, pozycji i roli w nadal męskim świecie.

  1. Psychologia

Jakie mamy korzyści z lubienia siebie?

Gdy lubimy siebie, żyje nam się po prostu lżej. (fot. iStock)
Gdy lubimy siebie, żyje nam się po prostu lżej. (fot. iStock)
Samoocena jest niezwykle ważnym aspektem w życiu każdej osoby. Ma wpływ na adekwatną ocenę swoich osiągnięć, ocenę relacji i bliskich związków. Sprawia, że w określony sposób postrzegamy swoją przyszłość. Ponadto, jeśli samoocena jest wysoka, z odpowiednim zapałem kształtujemy dzięki niej swój rozwój - zaznacza Izabela Jąderek, psycholożka, seksuolożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS.

Kiedy zastanawiamy się nad tym rozwojem, zwykle skupiamy się na tematach dotyczących akceptacji swojego ciała, osiągnięcia sukcesów, stania się bardziej pewnym siebie. Tymczasem, wszystkie te elementy i ich realizacja zależne są od tego, w jakim stopniu lubimy siebie.

Łatwo jest się zagubić, kiedy media, rodzina, otoczenie mają czasem zupełnie inną wizję tego, jacy powinniśmy być. Kreowanie wizji wyrozumiałego partnera, skromnej córki czy syna, namiętnego kochanka/ kochanki – wedle wizji, którą ktoś przygotował, skutkuje porównywaniem się, poczuciem bycia niewystarczająco dobrym i odbiegającym od narzuconego kanonu piękna i sukcesu.

Czasem, gdy jesteśmy tak bardzo skupieni na swoich niedoskonałościach, zapominamy o tym, że aby dać coś innym, najpierw trzeba samemu to mieć. Innymi słowy, aby dać komuś na przykład poczucie bezpieczeństwa, trzeba najpierw samemu czuć się ze sobą dobrze. Dlatego zalet lubienia siebie jest bez liku:

  • to wzrost akceptacji siebie,
  • większe poczucie niezależności od innych,
  • samodzielność i samopoznanie,
  • a co za tym idzie - większa umiejętność życia zgodnie ze swoimi wartościami.

Poczucie własnej wartości

Wzrost poczucia własnej wartości to większa otwartość na siebie. A to z kolei poszerza dostęp do swoich myśli i uczuć, dając ich lepsze zrozumienie. To również umiejętność reagowania i szukania rozwiązań w adekwatny sposób do danej sytuacji czy problemu. Carl Rogers, główny przedstawiciel psychoterapii humanistycznej, twierdził, że ludzie, którzy troszczą się o siebie i rozumieją własne potrzeby, są bardziej twórczy, pomocni, a także bardziej przyjaźnie nastawieni wobec innych.

Naszą negatywną samoocenę można nazwać w dwójnasób. Albo, idąc przykładem pychodynamicznym, nazwiemy ją karzącym superego, które ocenia każdą naszą aktywność, lub też - wewnętrznym krytykiem, który występuje przy codziennych działaniach i wiele z nich kwestionuje i neguje.

Krytyk pełni trzy role:

  • Wewnętrzny wpływa na nasze własne przekonania, myśli, uczucia.
  • Zewnętrzny - przypisuje komuś własne obawy, postawy i uczucia.
  • Trzecia rola jest akurat pozytywna, bo krytyk wskazuje nasze błędy, zachęca do pracy i samodoskonalenia.
Krytyk sprawia jednak, że niezwykle trudno jest pokochać samego siebie. Za każdym razem przypomina nam, jak bardzo jesteśmy niedoskonali.

Zatem zamiast na pytanie, jak polubić samego siebie, warto poszukać odpowiedzi na inne pytanie:

Czego w sobie pokochać nie potrafię?

Nie da się wszystkiego zmienić od razu. Tak jak nie da się zjeść dużego ciasta na raz – ale można je jeść po kawałku. Podobnie jest ze strachem przed działaniem, przed oceną ze strony innych. Nie da się pokonać go od razu, bo jest bardzo mocno zakorzeniony. Sekret leży w tym, by cały czas poszerzać swoją strefę komfortu i zaczynać robić rzeczy małe, po to, aby coraz bardziej móc je oswoić, aż staną się one dla ciebie czymś zupełnie naturalnym.

Źródło: strefapsyche.swps.pl; psycholożka Izabela Jąderek.

  1. Zdrowie

Trzymiesięczny trening na piękne ciało i... silną psychikę

Trening, który proponujemy godzi ćwiczenia fizyczne z pracą nad poczuciem własnej wartości. (Fot. Getty Images)
Trening, który proponujemy godzi ćwiczenia fizyczne z pracą nad poczuciem własnej wartości. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Żeby mieć płaski brzuch? Wejść w sukienkę w rozmiarze S? Błąd! Twoim celem nie powinna być praca nad jednym elementem, lecz zadbanie o całą maszynę, jaką jest twój organizm. Czas rozpocząć trzymiesięczny trening, który nie tylko zbuduje piękne ciało, ale też wzmocni psychikę.

Na swojej drodze zawodowej bardzo często spotykam kobiety, które wkładają dużo energii w to, żeby pracować nad wyglądem zewnętrznym – ćwiczą kolejne partie mięśni po to, aby wymodelować sylwetkę i uzyskać idealne proporcje. Zdrowe, jędrne ciało jest oczywiście ważne. Zauważyłem jednak, że to, na co najbardziej zwracam uwagę u kobiet, to wcale nie szczupła figura, a raczej energia i siła witalna – a co się z tym wiąże, pewność siebie, opanowanie, inteligencja emocjonalna. Kobieta w moich oczach jest piękna wtedy, gdy jest świadoma siebie. Ta obserwacja stała się dla mnie inspiracją do ułożenia treningu, który będzie stanowił receptę na to, jak połączyć piękno zewnętrzne z siłą wewnętrzną, czyli pogodzi ćwiczenia fizyczne z pracą nad poczuciem własnej wartości.

Steruj swoją maszyną

Poczucie własnej wartości jest podstawową potrzebą człowieka. Czym ono jest? Tak naprawdę to przyznanie sobie prawa do tego, żeby być szczęśliwym. Zaakceptowanie siebie takim, jakim jestem tu i teraz, uświadomienie sobie mocnych i słabych stron i podjęcie pracy nad doskonaleniem siebie. Bo kluczowe w wyznaczaniu planów treningowych wcale nie jest to, żeby na końcu móc porównać efekt „przed” i „po”, ale to, żeby skupić się na samej drodze, którą przebyliśmy. Ta droga od podjęcia decyzji i wyznaczenia celu do jego osiągnięcia stanowi świetną okazję do lepszego poznania siebie, podjęcia refleksji nad tym, jaki jestem, popracowania nad własnymi słabościami, przyjrzenia się sobie w procesie zmiany. Bo nie jest istotny tylko efekt końcowy, ale też to, żeby dokonać trwałych zmian w sobie, żeby po osiągnięciu np. upragnionej sylwetki umieć ten efekt utrzymać, a nie zaraz wracać do dawnych nawyków.

Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego tak wiele osób po przejściu spektakularnej metamorfozy szybko wraca do punktu wyjścia? Przyczyną zazwyczaj jest wyznaczenie niewłaściwego celu – nie powinno nim być to, żeby schudnąć, np. przed ważnym wyjściem, ale to, żeby w ogóle zadbać o siebie, poznać swoje ciało, mechanizmy jego działania, nauczyć się zarządzać swoją maszyną, czyli umieć sterować samym sobą.

6 filarów własnej wartości

Swój program treningowy oparłem na sześciu filarach poczucia własnej wartości, które wyodrębnił kanadyjski psychoterapeuta i pisarz Nathaniel Branden. Są to:

1. samoświadomość 2. samoakceptacja 3. prawość 4. asertywność 5. dążenie do celu 6. odpowiedzialność.

W każdym miesiącu będziemy pracować nad dwoma z nich. Zaczniemy od samoświadomości i samoakceptacji. Połączenie tych dwóch rzeczy w treningu, czyli: jestem tu, gdzie jestem; taka, jaka jestem, oraz jestem własnym sprzymierzeńcem i wiem, że chcę się rozwijać – powoduje, że wchodzisz w zupełnie nowy świat – wiesz, po co ćwiczysz, i jesteś nastawiona na długoterminowe cele, a nie na osiągnięcie chwilowego efektu.

I filar – samoświadomość

Aby ją wzmocnić, podczas treningu ciała skupimy się na mięśniach brzucha, grzbietu i mięśniach korowych, które odpowiadają za naszą stabilizację (z ang. core stability), koordynację ruchową, postawę i chód. Mięśnie korowe ćwiczy się świadomie – nie wykonujemy zwykłych skłonów brzucha, tylko skupiamy się na napięciu właściwych partii. Żeby to zrobić, musisz się otworzyć, a żeby się otworzyć, musisz mieć samoświadomość, a to z kolei wymaga treningu uważności. Poczucia, że robisz to tu i teraz, umysłu, który myśli i który się koncentruje, który jest obecny. To jest otwarcie się na to, że chcesz tego dokonać. Przy tym treningu na mięśnie głębokie brzucha jednocześnie rozwijasz swoją samoświadomość.

II filar – samoakceptacja

Czyli podanie sobie ręki, przekaz: „ja jestem swoim sprzymierzeńcem, jestem też gotowa, żeby doznawać nowych emocji, nowych wyzwań”. I to można też potrenować – np. mówiąc sobie: „akceptuję na dzień dzisiejszy to, że czegoś nie umiem, nie oceniam się, że jestem słaba, ale jestem gotowa do tego, żeby sprostać zadaniu, czyli… (dajmy na to rozwinąć mięśnie brzucha, mieć wąską talię itp.), jestem gotowa na te zmiany”. Czyli zdajesz sobie sprawę ze swoich niedociągnięć, ale nie karcisz się za to i to cię nie hamuje.

Zobacz drugi odcinek serii „Trzymiesięczny trening” – o radzeniu sobie z wymówkami:

Ćwiczenia na ciało

Ćwiczenie 1. Mięśnie grzbietu 

Pozycja wyjściowa: połóż się na brzuchu, ramiona wyciągnij przed siebie. Ruch: jednoczesny wznos rąk i nóg w górę oraz powrót do pozycji wyjściowej.

Fot. Jacek Heliasz Fot. Jacek Heliasz

Ćwiczenie 2. Mięśnie brzucha

Pozycja wyjściowa: podpór bokiem na prawej ręce, ręka lewa w górę. Ruch: rotacja tułowia, tak aby lewa ręka skrzyżowała się z prawą, i powrót do pozycji wyjściowej, potem zmiana ręki.

Fot. Jacek Heliasz Fot. Jacek Heliasz

Ćwiczenie 3. Waga

Pozycja wyjściowa: lekki rozkrok. Ruch: opad tułowia z jednoczesnym wymachem lewej nogi w tył i dotknięciem lewą ręką prawej stopy – powrót do pozycji wyjściowej i na drugą stronę.

Fot. Jacek Heliasz Fot. Jacek Heliasz

OPIS: Trening AMRAP - 15, tyle powtórzeń, ile jesteś w stanie wykonać przez 15 minut.

ĆW. 1. – 5 powtórzeń na stronę ĆW. 2. – 10 powtórzeń na stronę ĆW. 3. – 15 powtórzeń na stronę. Czyli w skrócie: 5, 10, 15.

Zadanie polega na powtarzaniu tej sekwencji przez 15 minut i liczeniu, ile serii udało nam się zrobić (jedna seria to wykonanie 3 ćwiczeń). Zapisz wynik i po 2 tygodniach powtórz trening, aby zobaczyć progres.

Ćwiczenia na umysł

Ćwiczenie 1. Napisz ogłoszenie, w którym reklamujesz się jako przyjaciółkę. Możesz użyć do tego ok. 30 słów. Napisz to w taki sposób, żeby było jasne, dlaczego właśnie ty, a nie ktoś inny, będzie najlepszą przyjaciółką.

Ćwiczenie 2. Rozbierz się do bielizny i stań przed lustrem. Przypatrz się sobie uważnie. Następnie wykonaj trzy kroki:

  1. Napisz, co ci się w sobie podoba,
  2. Napisz, co ci się w sobie nie podoba,
  3. Napisz, jakie korzyści wynikają z tych cech, których w sobie nie akceptujesz.
Zobacz trzeci odcinek serii „Trzymiesięczny trening” – o tym jak sport kształtuje charakter:

  1. Psychologia

Kobiety często utożsamiają swoje ciało z wyglądem

Wiele kobiet patrząc na ciało tylko zewnętrznie, nie wsłuchuje się w jego potrzeby. (fot. iStock)
Wiele kobiet patrząc na ciało tylko zewnętrznie, nie wsłuchuje się w jego potrzeby. (fot. iStock)
Wiadomo, że nasza kultura uprzedmiotawia kobiety. Ale żebyśmy same to sobie robiły? A robimy! Przynajmniej część z nas na hasło: „ciało” odpowiada: „wygląd”. Obraz w lustrze przesłania nam to, co dzięki ciału przeżywamy.

Nie wiedziałam, że bywa z nami tak źle, aż do niedawnych warsztatów, na których przyglądałyśmy się temu, jak to jest być kobietą i czy można nią być inaczej. W zamierzeniach miałyśmy wyjść poza stereotypy i dać sobie prawo do własnego sposobu istnienia. I dać takie prawo innym kobietom. Wszystko szło dobrze, aż w pewnym momencie zaproponowałam rozmowę o ciele. Grupa już nieźle się znała, więc taki osobisty temat nie wydał mi się za trudny. Uczestniczki dobrały się w pary i każda z nich przez kilka minut mówiła o swoim ciele. Mogła mówić wszystko, co przyjdzie jej do głowy. I wszystkim przyszło do głowy to samo! Wygląd i jego odstępstwa od ideału.

Kobiety opowiadały sobie o tym, co im się nie podoba w ich ciele, co ukrywają, a z czego są zadowolone i jak to zmieniało się w czasie. A potem usiadłyśmy w kręgu i dzieliłyśmy się tym, co wydarzyło się w parach. Jedne narzekały na zbyt mały biust, inne z kolei na zbyt duży, szczególnie w wieku dojrzewania było to dotkliwe. Jedne jako nastolatki były zbyt chude, inne zbyt grube, jedne mają za proste włosy, innym bez sensu się kręcą, bo rzadko jest tak, żeby było dobrze. We wszystkich parach okazało się, że z wiekiem nasze niedoskonałości są mniej dolegliwe, jakoś udaje nam się z nimi pogodzić, co było optymistycznym akcentem w tej lawinie zarzutów i zażaleń pod adresem ciała. No i tyle.

Niemożliwe, myślałam, słuchając tych relacji ze spotkań w parach. Przecież któraś musiała powiedzieć o tym, jak ciało jej służy, że lubi swoją sprawność, że lubi dotyk, że lubi zmęczenie po wysiłku, no takie normalne sprawy i drobne przyjemności płynące z ciała. Czekałam, że któraś powie o tym, że ma do ciała zaufanie albo że sprawia jej ono problemy i to ją martwi albo złości. A tu nic. Jakby ciało było ciałem obcym, na które patrzymy z zewnątrz. Przedmiotem, który spełnia jakieś wymogi estetyczne albo nie, a nie nami.

To jak to jest? To po cholerę nam to ciało? Żeby wyglądać? Nic dziwnego, że mamy kompleksy i trudno nam lubić siebie, bo przecież ciała nie są doskonałe. Może nawet nie po to są, żeby były? W intymnych rozmowach w parach kobiety przyjęły perspektywę obserwatorek – nie wzięły pod uwagę własnych doznań, jakby one były nieistotne. Ważne jest dla nas to, co widać – ciało jako przedmiot prezentacji. Ani słowa o naszej sile, sprawności, zdrowiu, wytrzymałości, zdolności działania. Ani słowa o radości z ruchu, jedzenia, seksu. Czyżbyśmy tego nie doświadczały?

– I to już? – zapytałam bezradnie, gdy ostatnia osoba skończyła mówić.

– Niczego wam tu nie brakuje?

Dziewczyny patrzyły zdziwione.

I co im miałam powiedzieć?

– A gdybyście były mężczyznami? Wyobraźcie sobie, co wtedy byście mówiły o swoim ciele.

Tą sytuacją kobiety nieźle się bawią. Rozsiadły się swobodnie, poklepują po brzuchach i udach, są rozluźnione i zadowolone.

– Lubię swój duży brzuch – mówi jedna.

– Każdy ptaszek ma swój daszek – dopowiada druga i grupa wybucha śmiechem.

Jeden za drugim padają żarty, z których wynika, że mężczyźni akceptują swoje ciała i są z nich zadowoleni.

– I to już? – znów zapytałam bezradnie, gdy żarty ucichły.

Zapadła cisza.

– No pewnie oni też mają kompleksy, na przykład jak są za niscy – zastanawia się jedna.

– Albo jak mają odstające uszy – dopowiada druga.

Patrzą na mnie wyczekująco, czy uznam to za prawidłową odpowiedź. I po co ja im zaproponowałam tę rozmowę o ciele? To miał być tylko krótki przerywnik pozwalający zbliżyć się do siebie samych i siebie nawzajem, a teraz muszę w to brnąć dalej i nie wiadomo, czy coś z tego wyniknie, bo te kobiety zdają się być bezcielesne!

– A jeśli ci mężczyźni uprawiają jakiś sport, to powiedzieliby o tym w takich rozmowach?

– No! Chwaliliby się swoimi osiągnięciami!

– A myślicie, że oni lubią grać w piłkę czy w tenisa? Że lubią swoją siłę i sprawność? Że lubią się zmęczyć? Że lubią prysznic po treningu i napić się wody i...

– Chyba tak – przerywa mi któraś.

– A wy nie?

– Ja lubię się ruszać – mówi jedna. – I lubię się zmęczyć.

– Ja lubię tańczyć – dołącza druga.

Uff! A jednak mają ciało, dzięki któremu czują, a nie tylko wyglądają! Szybko okazuje się, że lubią się przeciągać i pić kawę, że lubią ćwiczyć, że lubią swoją sprawność, lubią dotyk, cierpią, gdy są chore, okazuje się, że lubią jeździć na rowerze, umieją stać na głowie lub zrobić szpagat i są z tego dumne. W końcu otworzyły wielki worek z doznaniami, których doświadczamy dzięki ciału.

– A seks? Też bywa źródłem przyjemności? – drążę dalej, bo ciągle mi mało.

Konsternacja.

– Ja już nie pamiętam, jak to jest – mówi w końcu jedna, inne też ledwie pamiętają, tylko niektóre przytakują, że seks może być źródłem rozkoszy.

Ach! Wpuścić tu Joannę Keszkę z jej zestawem wibratorów i innych gadżetów dla kobiet! Znacie jej książkę „Grzeczna to już byłam. Kobiecy przewodnik po seksie”? Warto przeczytać. Od dawna podziwiam odwagę autorki. Mówi otwarcie o kobiecej seksualności. O tym, że mamy prawo do orgazmu! Niby wszystkie o tym wiemy, ale jak cieszyć się seksem, gdy najważniejszy jest wygląd i to, co pomyślą o nas inni? Chętnie bym zawołała za Joanną Keszką: „Drogie siostry, pora uwolnić swój orgazmiczny potencjał!”. Albo przytoczyła jej złotą myśl, jedną z wielu równie zabawnych: „Mam wibrator i nie zawaham się go użyć!”. Ale trochę się wstydzę, bo przecież jestem kobietą. I nie wiem, co pomyślałyby o mnie uczestniczki? O matko! Ta grupa wpędza mnie w stereotypy, z których miałyśmy się przecież wyzwalać!

Włączam muzykę i proponuję taniec Afrodyty. Na początku jest nieco sztywno, ale potem…

Dziewczyny czują radość z kontaktu z ciałem. Mówią o tym, za co są mu wdzięczne. Doceniają, jak świetnie im służy. I może to jest w ciele najważniejsze?

– A wygląd? – pytam jeszcze dla porządku.

– Chrzanić wygląd! – wykrzykuje jedna, a inne podchwytują bojowy okrzyk.

Artykuł archiwalny