Izabela Nowakowska-Teofilak - Rola artysty dzisiaj – od mediów społecznościowych po codzienność
00:00
20:13
W czasach powszechnego dostępu do Internetu słowo „artysta” spowszedniało, ale i straciło swój dotychczasowy sens. Zatem kim właściwie są współcześni artyści? I czy każdy może dołączyć do tego grona? Pytamy designerkę dr Martę Płonkę, prorektorkę ASP we Wrocławiu.
- Współczesne pojęcie „artysty” uległo spłaszczeniu i demokratyzacji dzięki Internetowi i mediom społecznościowym, które pozwalają twórcom budować własną tożsamość artystyczną.
- Artysta dziś to nie tylko twórca dzieł, lecz także narrator epoki, który porusza innych niezależnie od formy wyrazu – od murali po TikToka.
- Sztuka nie jest już wyłącznie materialnym obiektem, lecz relacją i procesem komunikacji, a jej wartość mierzy odbiór i emocje, jakie wywołuje.
- Formalne wykształcenie artystyczne nie jest jedyną drogą do bycia artystą – liczy się otwartość, eksperyment, konsekwencja i odwaga w realizacji własnych pomysłów.
- Twórczość jest stanem świadomości, nie zawodem; nawet przerwy w tworzeniu nie odbierają artystycznej tożsamości, a współczesny artysta może tworzyć „po godzinach” i wplatać sztukę w codzienne życie.
Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 06/25.
Izabela Nowakowska-Teofilak: Mam wrażenie, że nadużywamy określenia „artysta”. A może Internet i media społecznościowe stały się dla wielu uzdolnionych ludzi trampoliną i pozwoliły dostrzec ich dzieła, i stąd taki urodzaj artystów?
Marta Płonka: Myślę, że oba te stwierdzenia są prawdziwe i jest to niewątpliwie znakiem naszych czasów. Żyjemy w momencie przeciążenia obrazami i komunikatami, ale też w erze radykalnej dostępności do narzędzi twórczych, do odbiorców, do platform. Internet z jednej strony spłaszczył pojęcie „artysty”, bo każdy może się nim nazwać, ale z drugiej – uczynił sztukę bardziej demokratyczną niż kiedykolwiek wcześniej. Nie musimy już czekać, aż ktoś nas odkryje, możemy mówić własnym głosem, budować tożsamość artystyczną oddolnie, organicznie. Weźmy choćby ilustratorkę Olę Jasionowską, której styl, oparty na prostocie i symbolu, przeszedł drogę od Internetu do miejskiego krajobrazu Warszawy.
Może więc słowo „artysta” wymaga dziś redefinicji?
Cytując Juwala Noacha Harariego, żyjemy dziś w świecie opartym na narracjach, a media społecznościowe są największym polem do ich kreowania. Artyści stają się dziś nie tylko twórcami, lecz także narratorami epoki. To wielka zmiana, która daje ogromną wolność, ale też wymaga świadomości, bo nie chodzi tu już tylko o formę, ale też o wpływ, o intencję, o to, co chcemy poprzez sztukę powiedzieć i do kogo.
Współcześnie artysta to niekoniecznie ktoś, kto ma coś do pokazania, ale ktoś, kto ma coś do powiedzenia i robi to tak, by dotknąć innych, a to, czy wykorzystuje do tego instalacje, ilustracje, muzykę, TikToka lub mural, nie ma żadnego znaczenia.
Właśnie dlatego słowa „artysta” nie da się już zamknąć w jednej definicji.
Ale w słowniku wciąż czytamy, że artysta „to osoba tworząca przedmioty materialne lub utwory niematerialne mające cechy dzieła sztuki”. Taka definicja rodzi jednak pytanie, czym w czasach Internetu jest dzieło sztuki. Kto decyduje o tym, że dany przedmiot czy utwór należy do tej kategorii?
To pytanie staje się centralne dla współczesnego myślenia o twórczości, bo jeśli mamy dziś mówić o sztuce, musimy najpierw przyznać, że nie da się jej już zamknąć w żadnych ramach. Współcześnie sztuka to nie przedmiot, ale relacja. To, co kiedyś określały instytucje, dziś coraz częściej definiujemy sami poprzez emocje, odbiór, interpretację.
Jak pisze wspomniany już Harari, ludzkość tworzy narracje, by zrozumieć siebie i świat. A dzieło sztuki jest właśnie taką narracją, nie skończonym obiektem, ale procesem komunikacji. Dla mnie to nie tyle efekt pracy, ile moment spotkania. O tym, co jest sztuką, coraz częściej decyduje to, czy coś nas poruszyło, zatrzymało, zmusiło do myślenia.
We Wrocławiu takie rozumienie sztuki widać wyraźnie. To miasto zawsze miało w sobie coś eksperymentalnego – od awangardy Grotowskiego po punkowy LUXUS. Ale dziś te eksperymenty schodzą na poziom codzienności. Wystarczy spojrzeć na Kolorowe Podwórka na Nadodrzu. Ta z pozoru dziecięca inicjatywa w rzeczywistości jest ogromnym, wspólnotowym projektem artystycznym bez galerii, biletów, bez kuratora, a jednak każdy, kto tam był, wie, że dzieje się tam coś prawdziwego. To miejsce, gdzie sztuka nie jest oderwana od życia, a wyrasta z niego. Powstaje z potrzeby wyrażenia siebie, uczynienia przestrzeni bardziej ludzką, wspólną, zrozumiałą.
A z drugiej strony mamy młodych twórców, którzy pracują klasycznymi technikami – ołówek, tusz, farba – ale swoje prace pokazują najpierw na Instagramie czy w formie cyfrowych kolaży. I to działa, budzi reakcje, łączy ludzi, bywa terapeutyczne. Współcześnie dzieło sztuki nie musi być trwałe, akademickie ani spektakularne. Wystarczy, że jest prawdziwe i rezonuje.
Skoro dzieło sztuki stało się pojęciem względnym, rozumiem, że bycie artystą także jest dziś subiektywne?
Tak, i to jest z jednej strony piękne, ale z drugiej – może być frustrujące. Artysta to nie zawód jak lekarz czy architekt, to tożsamość, którą się czuje, a nie tylko zdobywa. I jak każda tożsamość może być postrzegana inaczej przez różne osoby. Jedni będą widzieli artystkę w dziewczynie, która maluje na ścianie opuszczonego budynku. Inni uznają artystę tylko wtedy, gdy ma dyplom i wystawę w dużej instytucji.
Ale sztuka nie działa jak certy kat, działa jak impuls. Jeśli coś we mnie porusza, jeśli mówi o świecie w sposób, który do mnie trafia, to znaczy, że mam do czynienia z artystą.
Współcześnie jednak często obserwuję pewien paradoks: znam absolwentów uczelni artystycznych, którzy długo nie czują się „wystarczająco artystami”, bo brakuje im uznania instytucji. I znam też wielu twórców bez formalnego wykształcenia, którzy działają odważnie, publicznie, z pełnym przekonaniem i ich prace trafiają do ludzi. Czy zatem ktoś ma prawo odbierać im tę tożsamość?
W sztuce istnieje pojęcie „społecznej legitymizacji”, czyli tego, że ktoś staje się artystą, gdy inni go tak postrzegają. Przykład? Banksy, artysta, którego przez lata nikt nie znał z imienia, a mimo to jego prace zmieniały sposób, w jaki rozumiemy przestrzeń publiczną.
Dla mnie artysta to ktoś, kto próbuje uchwycić coś nieuchwytnego – i przekazać to innym. Może robi to intuicyjnie, może formalnie – ale jeśli to tra a, zostaje z nami, to znaczy, że działa. Myślę, że to dobrze, że artysta nie musi dziś spełniać jednego kryterium. W świecie pełnym złożoności artysta może być równie dobrze poetką ulicy, twórcą cyfrowych kolaży, osobą tworzącą ceramiczne formy w ciszy własnej pracowni. I każdy z nich będzie autentyczny.
Pablo Picasso powiedział: „Wszystkie dzieci rodzą się artystami, sztuka polega na tym, by pozostać nimi do końca życia”. Z tej wypowiedzi wynika, że aby być artystą, nie trzeba posiadać ani żadnej wiedzy, ani żadnych technicznych umiejętności, trzeba się po prostu z tym „czymś” urodzić. To prawda? Czy faktycznie nie jest potrzebny żaden fundament? Wystarczy wyobraźnia, nieszablonowe spojrzenie na otaczający nas świat i unikatowa forma ekspresji?
To jedno z najbardziej prowokujących stwierdzeń Picassa, bo z jednej strony wyzwala od wszelkich reguł, a z drugiej – stawia pytanie o fundamenty twórczości, i jak to często bywa, odpowiedź leży gdzieś pośrodku. Sztuka to nie tylko technika, lecz także wewnętrzny impuls, który jednak wymaga jakiegoś rodzaju narzędzi, by wyjść na świat. Zgadzam się z Picassem, że dzieci są naturalnymi artystami, nie boją się eksperymentować, bawić się formą, nie stawiają granic wyobraźni. To jest to „coś”, o czym mówi Picasso. Ale to „coś” można rozwijać.
Twórczość nie jest tylko wrodzonym talentem, jest także efektem pracy, przemyśleń, poszukiwań. Nie wystarczy wyobraźnia, by być artystą, trzeba także odwagi, by ją realizować. I tu dochodzimy do kolejnej kwestii: techniki i wiedzy.
Bez nich tworzyć nie sposób?
We współczesnym świecie sztuka nie jest jedynie umiejętnością, ale procesem odkrywania, na który składają się zarówno techniczne narzędzia, jak i otwarte, wrażliwe spojrzenie na rzeczywistość. Weźmy na przykład twórczość Fridy Kahlo, dla której malowanie było nie tylko wyrazem osobistych przeżyć, lecz także elementem ogromnej odwagi twórczej. Nie miała wykształcenia artystycznego, ale potrafiła stworzyć coś unikalnego, połączyła technikę z własną wyobraźnią. Młodzi twórcy często zaczynają od „czegoś”, mają pomysły, mają wolność w sercu, ale potem muszą sięgnąć po warsztat, by te pomysły przełożyć na formę, która ma siłę.
A co z tymi, którzy uczą się sami?
Dzisiejszy tak zwany artysta samouk to ktoś, kto wciąż podważa tradycyjne wyobrażenie o „technikach” i „kandydaturze na artystę”. Dobrym przykładem są młodzi twórcy, którzy nie kończą akademii, ale tworzą kolektywy artystyczne, w których nie ma miejsca na hierarchię wiedzy – liczą się otwartość, eksperyment i chęć dzielenia się z innymi.
Tworzą bez skrępowania, a ich sztuka, choć czasem na pozór chaotyczna, ma ogromną siłę oddziaływania.
W takim kontekście słowa Picassa nabierają głębszego sensu: sztuka to powrót do prostoty, do dziecięcej odwagi w wyrażaniu siebie. Sztuka nie jest tylko techniką, lecz także procesem odkrywania siebie. I nie ma tu jednej recepty, nie chodzi o to, by być geniuszem, ale by mieć odwagę być sobą. Ostatecznie to właśnie ta odwaga decyduje o jakości dzieła.
Czyli teoretycznie każdy twórca może stać się artystą?
To jedno z tych pytań, na które nie da się odpowiedzieć zero-jedynkowo, bo dotyka ono istoty twórczego potencjału, który nie zawsze jest spektakularny, ale często tkwi w codzienności, wrażliwości, wyobraźni. Znam wielu twórców, którzy zaczynali od rzemiosła – od ceramiki, sitodruku, stolarki artystycznej – a dziś budują własny język, który ma cechy sztuki. Nie świadczy to jednak o żadnej regule.
Z każdego człowieka można wydobyć głos, ale nie każdy musi nim śpiewać. Artysta to ktoś, kto wybiera, by mówić głośno. A rzemieślnik to ktoś, kto mówi precyzyjnie. Czasem te drogi się spotykają i wtedy bez wątpienia rodzi się magia. Nie wierzę jednak w to, że każdy musi być artystą, uważam natomiast, że wszyscy mamy w sobie możliwość ekspresji i że świat byłby lepszy, gdyby więcej ludzi umiało z niej korzystać.
Wielu artystów przyznaje, że celowo i świadomie nie ukończyli żadnej szkoły artystycznej, bo nie chcieli być wciskani w narzucane odgórnie ramy. Czy nie tracą jednak przez to czegoś ważnego? Prawda jest taka, że uczelnia artystyczna może być zarówno przestrzenią rozkwitu, jak i ograniczenia. Wszystko zależy od tego, kto uczy, w jakim duchu, z jaką otwartością. W teorii uczelnia powinna być miejscem wolności twórczej, eksperymentu i wymiany myśli. W praktyce bywa różnie.
Są pracownie, które inspirują, wspierają, podają narzędzia i zostawiają przestrzeń na indywidualność. Ale są też takie, które jeszcze funkcjonują w duchu hierarchii, rywalizacji i oceniania zgodnie z niewidzialnym kanonem.
Dla młodego artysty uczelnia to często pierwsze miejsce, gdzie jego twórczość zostaje skonfrontowana z opinią z zewnątrz.
To chyba jeden z najważniejszych momentów?
To może być bardzo budujące, ale i bardzo destrukcyjne, jeśli prowadzi do zamykania się w schematach. Dlatego tak ważne jest, by uczelnia nie była miejscem „formowania”, tylko „towarzyszenia w procesie”. We Wrocławiu na ASP są pracownie, które bardzo mądrze wspierają rozwój – na przykład te, które łączą klasyczne techniki z nowymi mediami, które pozwalają studentom działać interdyscyplinarnie, wychodzić w miasto, wchodzić w interakcję ze społeczeństwem. Ale nie zmienia to faktu, że niektóre osoby dopiero po ukończeniu studiów „odzyskują głos”, bo czują się wolne od ocen i oczekiwań. A więc nie ma jednej drogi.
Bycie samoukiem nie wyklucza bycia artystą, tak jak dyplom nie gwarantuje głębi twórczości.
Liczą się postawa, konsekwencja, gotowość do ciągłego zadawania pytań. Ale dobrze prowadzona uczelnia może być nie tylko szkołą sztuki – może być szkołą odwagi. Podobnie jak laboratorium powinna być miejscem, gdzie można się pomylić, pobrudzić, zaryzykować. Jeśli jest tylko miejscem oceny i stylu, to znaczy, że nie uczy sztuki, tylko reprodukcji.
Jakiej więc zmiany tu potrzeba?
Uważam, że nasz system kształcenia artystycznego ma ogromny potencjał, ale wymaga przemyślanej ewolucji. Nie chodzi o rewolucję, ale o realne otwarcie się na współczesność, interdyscyplinarność, różnorodność ścieżek twórczych – i odwagę w redefinicji tego, czym jest edukacja artystyczna w XXI wieku.
Z perspektywy wykładowczyni, ale też osoby wciąż aktywnej zawodowo, widzę, jak bardzo studenci potrzebują rozmowy, a nie instrukcji. Potrzebują krytycznego wsparcia, ale nie oceny.
Potrzebują nauczycieli, którzy nie są wyroczniami, ale partnerami w refleksji. Wreszcie system powinien poważnie potraktować kwestię zdrowia psychicznego młodych twórców. Na szczęście obserwuję, że coraz częściej podejmowane są inicjatywy w tym kierunku. Presja na oryginalność, nieustanne porównywanie się, niewidzialne konkurencje – to wszystko osłabia, zamiast wzmacniać. A przecież edukacja artystyczna ma służyć budowaniu głosu, nie jego tłumieniu.
A czy można być artystą po godzinach, na pół etatu? Lubimy sobie wyobrażać, że to ludzie, którzy żyją tym, co robią. Dziś jednak bywa różnie.
To pytanie w swojej prostocie jest bardzo głębokie – bo dotyczy tożsamości, nie tylko zawodu. Artystą się nie bywa, artystą się jest. Ale to wcale nie oznacza, że trzeba tworzyć 24/7, żyć w pracowni i spać na palecie malarskiej. To znaczy raczej, że świat ogląda się przez twórczy filtr, nawet wtedy, gdy się gotuje, idzie do pracy biurowej albo wychowuje dzieci. Dla mnie najcenniejsi artyści to ci, którzy nie oddzielają twórczości od życia, tylko wplatają ją w codzienność.
Można pracować na etacie i wieczorami pisać wiersze, można być rodzicem i równocześnie robić rzeźby z dziećmi. Można tworzyć tylko raz na jakiś czas, ale robić to z głębi. Sztuka nie zna godzin pracy. Zna stany świadomości.
Znam wiele osób, które pracują w instytucjach kultury, w edukacji, w IT – a po godzinach tworzą komiksy, fotografie, instalacje. Ich twórczość nie jest mniej prawdziwa tylko dlatego, że nie jest ich „pełnoetatowym zawodem”. Czasem bycie artystą „po godzinach” daje większą wolność, bo nie trzeba podporządkowywać się oczekiwaniom rynku czy środowiska. Z drugiej strony są osoby, które rzeczywiście żyją ze sztuki i z niej tworzą cały swój świat. I to też jest w porządku. Bycie artystą to nie wybór trybu pracy, tylko postawy wobec świata. Artysta to ktoś, kto nie przechodzi obojętnie, kto widzi i czuje więcej. I nieważne, czy robi to rano, po pracy, czy raz w roku.
Choć jestem dziennikarką od ponad 20 lat, wciąż jeszcze czasami się zastanawiam: a co jeśli pewnego dnia okaże się, że nie jestem w stanie niczego napisać? Myślę, że artyści miewają podobne obawy. Czy można stracić wenę? To „coś”, co czyni człowieka artystą?
Czy twórczość to stan trwały, czy może coś ulotnego, kruchego, podatnego na znikanie?
Moim zdaniem artysta nie przestaje nim być, nawet jeśli nie tworzy przez jakiś czas. Bo to nie jest tylko zawód czy działalność, to sposób bycia w świecie, sposób czucia i zadawania pytań.
Oczywiście, zdarzają się momenty ciszy, kryzysy twórcze, wypalenie, zwątpienie, zmiany życiowe, ale to nie znaczy, że znika tożsamość. Czasem ten moment wycofania jest niezbędny, żeby zyskać nową perspektywę, wrócić mocniej, inaczej. Wena nie jest czymś stałym, jest jak fala: odpływa i przypływa. Ale jeśli ktoś raz poczuł, że potrafi widzieć inaczej, tworzyć z intencją, poruszać, to ta zdolność nie znika, tylko czasem potrzebuje ciszy, żeby się odrodzić. Znam wiele takich historii. Twórców, którzy zamilkli na kilka lat, by zająć się rodziną, zdrowiem, zwyczajnym życiem, a potem wracali z nowym językiem. Czasem już nie do galerii, ale do osobistych form, dzienników wizualnych, małych rzeźb, działań wspólnotowych, wciąż jednak była w tym ta sama jakość, prawdziwość, uważność, potrzeba wyrazu.
Z drugiej strony są też osoby, które tworzyły intensywnie, a potem ten impuls w nich wygasł. I to też jest w porządku, bo być artystą to nie obowiązek, ale dar, który przychodzi wtedy, kiedy jesteśmy gotowi. Twórczość nie jest liniowa, jest jak rytm oddechu, czasem głęboki, czasem niemal niewidoczny. Ale dopóki jest ciekawość, jest też potencjał do stworzenia czegoś nowego.
Marta Płonka – dr hab. sztuki, projektantka, profesorka i prorektorka Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Zajmuje się projektowaniem komunikacji wizualnej, łącząc działalność akademicką z praktyką wdrożeniową i ekspercką.