Izabela Nowakowska-Teofilak - Chcesz lepiej zrozumieć siebie? Terapeutka: Odkryj historię, którą opowiadasz sobie od lat
00:00
16:05
Każdy z nas jest opowieścią. Skąd wzięły się treści, które się na nią składają? Ile w niej stwierdzeń zasłyszanych i przyjętych jako nasze, choć właściwie się nimi nie zgadzamy? Jak rozpoznać te bezrefleksyjne zapożyczenia i zamienić na własną narrację? Na te pytania i nie tylko – odpowiada psychoterapeutka dr Agnieszka Kozak.
- Dr Agnieszka Kozak, autorka książki „W poszukiwaniu siebie. Każdy ma swoją opowieść do odkrycia” mówi o tym, czym jest i jak działa opowieść terapeutyczna.
- Choć opowieści często towarzyszą nam w dzieciństwie, potem równie często je tracimy, wracając do nich, jak zauważa ekspertka, około 50. roku życia.
- Terapeutycznej sile opowieści warto jednak zaufać wcześniej. Historie i metafory pozwalają bezpiecznie przyglądać się trudnym doświadczeniom.
- Opowieści terapeutyczne mogą pomóc zrozumieć własne emocje, decyzje.
Artykuł pochodzi z miesięcznika „Sens” 01/26.
Izabela Nowakowska-Teofilak: Kiedy pani odkryła, że opowieść może mieć terapeutyczną moc – że odpowiednio skonstruowana narracja pozwala ludziom spojrzeć na siebie z innej perspektywy, dotrzeć do źródeł swoich problemów?
Dr Agnieszka Kozak: Powiedziałabym raczej, że opowieści pozwalają nam dotrzeć do istoty swojej skuteczności i mocy sprawczej. Odkryłam to, będąc wolontariuszką w domu dziecka, w którym przebywały dzieci z ośrodka pomocy społecznej, z bardzo przemocowych domów. Większość z nich nie mogła liczyć na adopcję, ponieważ ich sytuacja życiowa z różnych względów była nieuregulowana. Kiedy tam trafiłam, okazało się, że dużo dzieci ma problemy z zasypianiem i częstym wybudzaniem przez koszmary nocne. Było tam bardzo dużo lęku.
Zapytano mnie, czy jestem w stanie coś z tym zrobić, i wtedy profesor Stanisława Tucholska, wybitna psycholożka, podpowiedziała mi: zacznij opowiadać im bajki niedokończone i pytaj, co ich zdaniem główny bohater mógł zrobić, żeby sobie poradzić w danej sytuacji.
To, co się działo podczas tych opowieści, było niezwykłe, bo dzieci czasem już w połowie bajki przejmowały inicjatywę i mówiły: ja wiem, co on czuje, dlaczego tak się boi! Pięknie robiły projekcje, metafory pomagały im w utożsamieniu się z bohaterem. Z jednej strony były lustrem, a z drugiej – pozwalały spojrzeć na trudności z boku. Gdy słuchały opowieści o niesprawiedliwościach, najpierw rodziły się w nich złość i pytania, czemu ktoś, kto tego doświadcza, na to pozwala. Odkrycie, że to historia o nich, pozwalało im się połączyć z tą niezgodą, z cierpieniem. I to było uwalniające. Kiedy dzieci przejmowały dokończenie opowiadania, okazywało się, że ich lęk się obniżał, u wielu z nich koszmary nocne ustały, odkrywały moc sprawczą w sobie.
Wtedy pierwszy raz zobaczyłam, że ta metoda naprawdę działa, a dziś wiem, że opowieści mogą być też doskonałym obejściem tak zwanego oporu terapeutycznego również u dorosłych ukrywających swój ból, cierpienie, lęki i bezsilności. Metafora pozwala nam to wszystko dostrzec z bezpiecznej perspektywy. Wiele osób, które przeczytały moją książkę, mówiło mi, że przy piątym opowiadaniu miały nadzieję, że już szóste ich nie będzie dotyczyć, a jednak zawsze znajdowali coś dla siebie. Wielowymiarowość odpowiedzi pokazuje, jak bardzo uniwersalne problemy w sobie niesiemy.
Wydaje się, że dla dzieci odkrywanie świata poprzez różnego rodzaju opowieści jest czymś naturalnym, ale kiedy jesteśmy już dorośli, coraz trudniej nam zanurzyć się w świat metafor, oczekujemy raczej konkretów, tracimy opowieść.
Tak, ale tylko na pewien czas. Tracimy opowieść, bo kiedy idziemy do szkoły, słyszymy na przykład, że nie ma różowych słoni, że to, co nierealne, nie jest akceptowane. Kiedy próbujemy pracować z wyobraźnią, dorośli każą nam przestać zajmować się głupotami i zejść na ziemię. Mamy mówić konkretnie, odpowiadać szybko i w punkt. Ale kiedy zbliżamy się do pięćdziesiątki i zaczynamy szukać sensu, nadziei na uratowanie siebie i świata, wracamy do opowiadań, odkrywamy na nowo ich moc, bo wiemy już, że kolejne pieniądze na koncie nie dają bezpieczeństwa.
Nasza wyobraźnia ma naprawdę niezwykłą moc, bo przecież my wszyscy myślimy obrazami. Każdy z nas może sobie w umyśle wykreować jakiś sensoryczny obraz bezpiecznego siebie albo takiego miejsca, które jest kojące.
Dzięki badaniom z zakresu neurobiologii wiemy, że jeżeli trudno nam wykonać jakiś ruch, wystarczy wyobrazić sobie, że to robimy, a wtedy nasz system nerwowy i ciało zaczną się mobilizować do działania. Wiemy też, że uczucia są pochodną tego, co myślimy, a zatem zmiana myślenia, czyli obrazu siebie i świata w głowie, będzie zmieniała też nasze uczucia, a w konsekwencji również zachowania.
To dlatego metafory często docierają do nas szybciej i głębiej niż logiczne argumenty?
Te drugie uderzają w naszą tożsamość, w poczucie bezpieczeństwa, którego bardzo potrzebujemy w zmianie obrazu siebie. Tymczasem opowieści i metafory tworzą komfortowe miejsce przeżywania, przyglądania się z wielu różnych stron sobie czy danej sytuacji.
Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego tyle osób idzie do kina, żeby obejrzeć najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego „Dom dobry”. I myślę, że część z nich, oglądając historię kogoś innego, chce sprawdzić, czy przypadkiem sami nie są ofiarami przemocy, a to jest bezpieczny sposób konfrontacji z prawdą, bo odbiorca sam decyduje, czy utożsamia się z danym obrazem, czy też nie.
Gdyby ktoś powiedział takiej osobie wprost: jesteś ofiarą przemocy i się na to zgadzasz, to musiałaby się do tego przyznać niezależnie od siebie, czyli wziąć tę diagnozę z zewnątrz, nie z wewnątrz. A przecież czasem trudno nawet samemu sobie powiedzieć prawdę.
Ostatnio 50-letnia kobieta napisała mi, że dopiero teraz ma odwagę się przyznać, iż większość swojego życia spędziła w narcystycznym związku, i najbardziej zasmuca ją to, co zrobiła swoim dzieciom. Przez te wszystkie lata była jednak przekonana, że działała w dobrej wierze, bo chciała utrzymać rodzinę. To pokazuje, jak bardzo chcemy chronić obraz siebie jako tych rozsądnych, pomocnych i jak bardzo opowieść, którą sobie opowiadamy, nas tworzy, ale też kreuje jakąś wizję świata, relacji, tego, co nam wolno, a czego nie.
Można więc powiedzieć, że wszyscy funkcjonujemy w jakiejś wewnętrznej narracji?
Ja bym powiedziała bardziej dosadnie, wszyscy jesteśmy uwięzieni w opowieściach, dlatego najpierw potrzebujemy odkryć historię, którą w sobie nosimy, w której jesteśmy zamknięci, a potem zobaczyć, co nam w tej historii pasuje, a co jednak nie. Jakie ta opowieść przynosi mi korzyści, a jakie straty?
Na przykład opowieść, która mnie ukształtowała, to historia wzorowej uczennicy. Kiedy mówię o wzorowej uczennicy, natychmiast widzę swoją szkołę. Warto sobie w takich momentach zadać pytanie, co mnie karmi w tym obrazie, a co mi już nie służy.
Jeśli czytam książkę, gazetę albo słucham podcastu i jakiś fragment tekstu szczególnie mnie poruszy, dobrze zastanowić się, o czym on mi przypomina. Opowieści, które nas przyciągają, podobnie jak sny, są odbiciem naszych lęków lub pragnień.
Tylko czy ktoś, kto myśli raczej analitycznie, jest w stanie odnaleźć się w takiej metaforycznej opowieści?
Uważam, że każdy może się odnaleźć w opowieści, pod warunkiem że w ogóle szuka jakiejś wiedzy o sobie, bo to jest kluczowe. Nie bez kozery podtytuł mojej najnowszej książki brzmi: „Każdy ma swoją opowieść do odkrycia”.
Znajduje się w niej między innymi opowiadanie „Kryształ” dotyczące osobowości narcystycznej, które napisałam dla swojego dobrego znajomego. Nie powiedziałam mu oczywiście, że to on tak naprawdę jest głównym bohaterem tej historii, poprosiłam go tylko o jej przeczytanie. Kiedy spotkaliśmy się po jakimś czasie i zapytałam, jak odnalazł się w tej opowieści, odpowiedział: chyba nie myślisz, że to jest o mnie, a jeśli tak, to absolutnie się z tym nie zgadzam. Dopiero miesiąc później przyznał, że to opowiadanie strasznie go zdenerwowało, kiedy jednak zagłębił się w fabułę, trudno mu było zaprzeczyć przed samym sobą, że to opowieść o nim. Zapytałam więc, dlaczego nie chciał być ze mną szczery na początku. Wytłumaczył, że przeraził go hejt, który się teraz na narcyzów wylewa, nie chciał takiej łatki. Potrzebował czasu, żeby oswoić się z myślą, że jest w nim coś, co go przeraża.
Czasami więc jakaś historia, obraz, metafora musi popracować w głowie i w ciele, poczekać na to, aż się z nią oswoimy i będziemy gotowi ją przyjąć.
Wcześniej czy później wszyscy jednak do tego dojrzewamy, bo przecież składamy się z opowieści jako ludzie, więc są one dla nas czymś bardzo naturalnym. Ukształtowały nas zarówno historie, które sami sobie tworzyliśmy, jak i te, które opowiadali nam inni, dlatego dotarcie do nich, wsłuchanie się w nie, prowadzi do głębszego zrozumienia. Właśnie tym zajmujemy się podczas psychoterapii, odkrywamy kluczowe dla danej osoby opowieści. Co mi opowiadano o mnie i o świecie, kiedy byłam dzieckiem? Co mi opowiadano o historii mojej rodziny? O kobietach? O blondynkach? Aby się lepiej zrozumieć, muszę najpierw odkryć to, że ja w ogóle mam w głowie takie historie. Kolejnym krokiem jest natomiast odkrycie tego, jaką historię chcesz o sobie teraz opowiadać, jaką siebie chcesz stworzyć słowami. I to jest najtrudniejszy moment, bo my wciąż zbyt słabo wierzymy, że to, co o sobie mówimy, powoduje, że tworzymy pewną rzeczywistość, która się w tę opowieść wpisuje.
Czym terapeutyczne opowieści różnią się od historii, które tylko ładnie brzmią?
Przede wszystkim ich istotą jest opowiedzenie o problemie, a nie o człowieku. Kiedy piszę dla kogoś opowieść, to chcę mu opowiedzieć, jak czuję to, co się z nim dzieje. I naprawdę do momentu, dopóki nie położę palców na klawiaturze komputera, nie wiem, kto lub co będzie głównym bohaterem.
Dopiero kiedy pozwalam sobie poczuć, co jest istotą problemu, czego dany człowiek nie widzi i co chcę mu pokazać, opowiadanie zaczyna pięknie się tworzyć, pojawiają się postaci, narracja, ta historia żyje, a potem dotyka do głębi tego, kto się w niej odnajduje.
Wracam teraz do warsztatów, na których wybitna nauczycielka powiedziała ważne zdanie, że potrzebujemy poczuć ból, bo ma on dla nas ważną informację. Ładne historie nie zbliżą nas do istoty, bo nie ma życia, które byłoby tylko łatwe i przyjemne. Żeby wyleczyć ranę, trzeba ją oczyścić, a to zazwyczaj nie jest komfortowe. Aby się uleczyć, trzeba więc spotkać się z bólem i choć może on na początku wywołać złość czy frustrację, to tylko dowód na to, że coś w nas porusza do głębi. Jeżeli coś tak na nas działa, zawsze jest to informacja, że jakaś część nas wymaga zaopiekowania.
A czy my sami jesteśmy w stanie napisać dla siebie terapeutyczną opowieść?
Myślę, że jesteśmy w stanie to zrobić, ale wymaga to jednak pogłębionego kontaktu ze sobą.
Jest taka piękna metoda pracy przez ciało i ruch Anny Halprin, która zaprasza ludzi do tego, żeby najpierw skontaktowali się ze sobą i zobaczyli, jaki ruch się w nich pojawia. Potem robią z tego rysunek, a następnie piszą do niego słowa, z których tworzą opowiadanie.
I powstają naprawdę niesamowite historie. Dlatego w pracy w gabinecie z pacjentami czasami pytam ich o ważne dla nich słowa. Jeden z pacjentów powiedział „żaglowiec”, po czym sam zaczął snuć historię, że ów żaglowiec stał w porcie i myślał, że jest bezużyteczny. Był stworzony do przemierzania oceanów, ale przez wielką kotwicę, która go trzymała w miejscu nie mógł się ruszyć. To w gruncie rzeczy była historia o nim samym, bo oddał on swoją wolność za poczucie bezpieczeństwa. Sam sobie to opowiedział, ja tylko to spisałam, a potem długo na tej historii pracowaliśmy.
A czy tymi historiami możemy estetyzować realne problemy? Przekłamywać rzeczywistość?
Myślę, że każdy tworzy sobie opowieści na podstawie danych, które posiada, ale one nie zawsze są pełne. Nawet chat czasami kłamie, a choć to wiemy, wciąż korzystamy z jego pomocy.
Podobnie działa nasz mózg, dlatego uważam, że potrzebujemy drugiego człowieka, który będzie pomagał nam obiektywizować nas samych. Ważne jednak, by robił to poprzez odzwierciedlanie i pytanie z ciekawością, a nie mówienie, co mamy robić. Sama doświadczyłam tego kilka godzin temu. Przyjechałam na weekendowe warsztaty do Wrocławia, choć źle się czułam. Zajęcia kończyły się o 18:30, a później czekała mnie sześciogodzinna podróż samochodem. Choć byłam uczestniczką, a nie prowadzącą, w mojej głowie jakoś nie pojawiła się myśl, by wyjść wcześniej.
Tymczasem w ciągu dnia podszedł do mnie znajomy i powiedział: „Widzę, że źle się czujesz, i chciałem cię tylko zapytać, czy musisz zostać do końca warsztatów? Czy mogłabyś jakoś zadbać o siebie inaczej?”. Wtedy do mnie dotarło, że mogę wyjechać jeszcze za dnia i zamiast być w domu o drugiej nad ranem, dotrzeć na miejsce o 21:30.
Te dwa otwarte pytania pomogły mi znaleźć drzwi, których sama nie widziałam. I pewnie sama bym ich nie dostrzegła. Wtedy opowiedziałabym mu historię o tym, dlaczego muszę. Każde zamknięte pytanie, z ukrytą tezą, trzyma nas w pułapce historii, którą znamy. A wyobrażam sobie inny scenariusz – znajomy mógł o nic nie pytać, tylko próbować wcisnąć mi swoją historię o tym, że powinnam czym prędzej wracać i zająć się swoim zdrowiem. Może bym ją nawet kupiła, ale potem żałowałabym, że coś mnie ominęło. I mamy kolejną opowieść. Możemy więc wpadać z jednej metafory w drugą, jak matrioszki. Dlatego tak ważne jest, by dać sobie przestrzeń na zastanowienie, która z tych opowieści jest naprawdę nasza.
Agnieszka Kozak, dr nauk społecznych, psycholożka, psychoterapeutka, wykładowczyni, autorka i współautorka książek. W pracy łączy podejście psychodynamiczne z pracą z ciałem, odwołuje się również do metody psychodramy oraz do podejścia NVC; agnieszkakozak.pl