1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Podział obowiązków w domu źródłem stresu

Podział obowiązków w domu źródłem stresu

123rf.com
123rf.com
Szwedzkie badania wskazują, że kiedy kobiety są odpowiedzialne za większość prac domowych, czują nierówność w relacji z partnerem, a to doprowadza je do negatywnych skutków stresu.

Wyniki badań szwedzkich naukowców potwierdziły wcześniejsze tezy wskazujące, że kobiety cały czas ponoszą większą odpowiedzialność za obowiązki domowe niż mężczyźni. Naukowcy ostrzegają, że postrzeganie równości płci wpływa na stan psychiczny kobiet. Jeśli wykonują one więcej prac domowych, mają poczucie że zajmują niższą pozycję społeczną niż partner. A to powoduje u nich stres. Tylko 10 proc. badanych kobiet powiedziała, że czują się równe mężczyznom i tej grupie nierówny podział obowiązków domowych nie przeszkadzał. Z kolei mężczyźni okazali się bardziej zestresowani, gdy mieli poczucie że ich pozycja społeczno-gospodarcza jest niższa niż partnerek.

Naukowcy wyciągnęli ze swoich poszukiwań następujący wniosek: postrzegane nierówności w relacji może wpływać stres psychiczny, kiedy obowiązki domowe są nierównomiernie rozłożone.

Źródło: Public Library of Science

Czytaj też: Stres w pracy - 3 cechy, które podwyższają jego poziom Stres wyzwala życzliwość? Radzenie sobie ze stresem za pomocą zmysłów

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Praca i partnerstwo – jak sobie radzić, gdy oboje pracujemy z domu? Co pokazują badania?

Wspólna praca pod jednym dachem wymaga nowych rozwiązań. (fot. iStock)
Wspólna praca pod jednym dachem wymaga nowych rozwiązań. (fot. iStock)
Kwarantanna, społeczny dystans, praca zdalna – nowa, zwykle dość trudna rzeczywistość dla większości z nas to skutek epidemii Covid-19. Jedyne, co nam pozostaje, to najczęściej przebywanie w towarzystwie najbliższej rodziny, partnera i domowników. Nigdy wcześniej nie byliśmy zmuszeni do tak intensywnego łączenia pracy z życiem rodzinnym. Dla wielu par to prawdziwe wyzwanie, aby na niewielkiej wspólnej przestrzeni połączyć swoje życia zawodowe z rodzinnymi i domowymi obowiązkami.

Niegdyś praca zdalna traktowana była jako benefit. Jednak, upragnione przez niektórych, przeniesienie życia zawodowego do domu może obfitować w wiele negatywnych skutków. Trudności z rozdzieleniem domowych i zawodowych czynności, które się obecnie pojawiają nie dotyczą nas indywidualnie (chyba, że mówimy o singlach). Przekładają się one coraz bardziej na nasz związek i rodzinę.

Jak w czasie pandemii radzą sobie pary w Polsce? Jak zareagowały na nagłą konieczność pracy zdalnej? Jak radzić sobie skutecznie z tymi nowymi wyzwaniami? – Zjawisku przyjrzał się dokładniej zespół badaczek z Uniwersytetu SWPS. Pierwszą część badań zrealizowano w ramach projektu „Pary w pandemii: radzenie sobie z konfliktami praca-dom i dom-praca w warunkach dystansu społecznego.”

- Okazało się, że z tą nagłą i wymuszoną pracą zdalną wiąże się cały wachlarz psychospołecznych konsekwencji. Z jednej strony badani podkreślali jej korzystne aspekty, jak oszczędzanie czasu związanego z dojazdami do firmy, poczucie mniejszego pośpiechu w ciągu dnia, czy pogłębienie relacji z partnerem lub partnerką. Z drugiej strony okazało się, że praca w firmie ma też sporo korzyści. Naszym rozmówcom brakowało codziennych rytuałów (jak ubieranie i malowanie się do pracy), czy kontaktów „na żywo” ze współpracownikami. Częstym problemem było poczucie ciągłego bycia w pracy i trudności w „odłączeniu się” od niej – podsumowuje dr Anna Studzińska.

Nigdy nie wychodzę z pracy… Konflikty praca-dom

Czego możemy się spodziewać przy połączeniu tych dwóch różnych światów? Otóż, jak zaznaczają autorzy badania „połączenie strefy zawodowej i domowej może prowadzić do pojawienia się lub nasilenia dwóch konfliktów: praca-dom i dom-praca.
  1. Konflikt praca-dom zachodzi, gdy wymagania i napięcia związane z pracą oddziałują na zdolność pracownika do wywiązywania się z obowiązków rodzinnych.
  2. Natomiast konflikt dom-praca odzwierciedla sytuację, w której wymagania związane z życiem rodzinnym ograniczają możliwość wykonywania obowiązków zawodowych.”
W obecnej sytuacji epidemicznej oba te konflikty zwykle się przenikają i jedno zadanie odbywa się kosztem innego. W sytuacji, gdy do obowiązków domowych dodamy jeszcze opiekę nad dziećmi, siłą rzeczy przeważał będzie konflikt dom-praca. W tej grupie badanych stosowanie różnych strategii wymaga albo dużej elastyczności, albo jest zwyczajnie niemożliwe. Rodzice, zamiast zajmować się planowaniem czasu i przestrzeni, po prostu reagują na sytuację na bieżąco.

Z kolei wiele par, nie obarczonych opieką nad dziećmi, wypracowało sobie konkretne modele działania. Ekspertki wskazały tutaj na dwie strategie radzenia sobie z konfliktem między pracą a domem: separacja oraz integracja. W pierwszej grupie badani wyznaczali ostre granice między pracą a domem, co dotyczyło zarówno fizycznego oddzielenia przestrzeni (zaadoptowanie nowej przestrzeni z przeznaczeniem na biuro) jak i psychologicznego rozdzielenia tych obszarów (przykłady? – wyznaczenie stałych godzin pracy i nieprzekraczanie wyznaczonego czasu, czy nawet nierozmawianie na tematy służbowe po zakończeniu służbowych obowiązków). Tymczasem w drugiej grupie, tak zwanych integratorów, oba światy dość płynnie przeplatały się ze sobą. Nie tylko nie przeszkadzał im taki stan rzeczy. Integratorzy doceniali nawet, że mogą planować działania zawodowe w czasie wykonywania obowiązków domowych (np. w trakcie sprzątania, gotowania) lub zrobić sobie przerwę w pracy kiedy tego potrzebują i poświęcić ją na chwilę odpoczynku.

- Wymagania, z którymi musimy radzić sobie na co dzień – zarówno te zawodowe, jak i związane z obowiązkami domowymi – wymagają od nas wysiłku, dlatego wyczerpują nas fizycznie i psychicznie. Wypracowane przez pary strategie to sposoby na redukowanie obciążeń, zarówno wprost, przez zmniejszanie ich natężenia, jak i pośrednio – poprzez dostarczenie zasobów do lepszego radzenia sobie z nimi – tłumaczy dr Ewelina Smoktunowicz.

Jak wygląda domowa „pandemiczna” regeneracja?

Część strategii, które wypracowało sobie wiele par, dotyczyło tego, w jaki sposób skutecznie odpoczywać i regenerować siły. Jak wymieniają psycholożki „sport, kontakt z naturą (gdy pozwalały na to obostrzenia epidemiologiczne) czy hobby były sposobem na relaks, ale również odreagowaniem niepewności wywołanych zmieniającą się rzeczywistością. Podobną funkcję spełniało poszukiwanie wsparcia bliskich lub specjalistów, a także pogłębianie i rozwijanie relacji z partnerem lub partnerką. Częstą praktyką było także redukowanie nadmiaru obowiązków, np.: poprzez robienie zakupów przez Internet, ograniczanie liczby spotkań czy nawet zmniejszenie wymiaru etatu.”

- Kobiety są bardziej obciążone zadaniami w domu niż mężczyźni. Dodatkowo rola pracy w ich życiu jest postrzegana jako mniej centralna. W naszym kolejnym badaniu przyjrzymy się temu, w jaki sposób strategie podziału obowiązków pomagają parom w radzeniu sobie z konfliktami ról, gdy obie osoby pracują z domu. (…) – przewiduje dr Marta Roczniewska.

Źródło: mat. pras. SWPS. na podstawie badań zrealizowanych, w ramach projektu „Pary w pandemii: radzenie sobie z konfliktami praca-dom i dom-praca w warunkach dystansu społecznego. Intensywne badanie podłużne w diadach”, przez dr Martę Roczniewską, dr Ewelinę Smoktunowicz, Ewę Makowską-Tlomak  z Uniwersytetu SWPS oraz dr Annę Studzińską z Akademii Ekonomiczno-Humanistycznej w Warszawie.

  1. Psychologia

Gdy stres przekracza granicę naszych możliwości...

Jak radzić sobie z nadmiarem stresu? Czy na stresogenne sytuacje możemy przygotować się już wcześniej? (fot. iStock)
Jak radzić sobie z nadmiarem stresu? Czy na stresogenne sytuacje możemy przygotować się już wcześniej? (fot. iStock)
Codzienne bodźce są nam potrzebne, żeby wstać z łóżka, wyjść do pracy, ale i spełniać marzenia… chyba że przekroczą granicę naszych możliwości. Jak do tego nie dopuścić – radzi psycholog Dorota Szczygieł.

Stres ma ostatnimi laty bardzo czarny PR. Aż strach zadać pytanie, czy może być też pozytywnym doświadczeniem… Ale stres jako taki jest naszym przyjacielem. Stres, czyli nacisk, jest niezbędny, żebyśmy mogli funkcjonować. Gdybyśmy nie mieli żadnych wyzwań zewnętrznych, toby nam się nie chciało nawet wstać z łóżka, to kwestia dopływu bodźców, stymulacji. Problem zaczyna się wtedy, kiedy obciążenie bodźcami jest zbyt duże. To, kiedy pojawia się ten moment krytyczny, zależy oczywiście od osoby, od tego, jak postrzega daną sytuację: jako wyzwanie czy obciążenie. Duże znaczenie ma także to, jakie mamy zasoby fizyczne, psychiczne oraz wartości, a w związku z tym, czy jesteśmy bardziej pesymistyczni, czy optymistyczni.

Zasadniczo stres to coś w rodzaju psychicznego nacisku, np. myśl: „o 10.00 muszę zadzwonić do klienta”. Stresem są też święta Bożego Narodzenia, nasz ślub czy narodziny dziecka. Wszystkie one są jak najbardziej pozytywnymi zdarzeniami, ale wymagają od nas mobilizacji, gotowości do działania. Są też takie zdarzenia jak choroba, nasza czy partnera, wyjazd dzieci na studia – trudno jednoznacznie powiedzieć, jak dana sytuacja wpłynie na człowieka. Jeśli siła bodźców zewnętrznych przekroczy próg jego wytrzymałości, okaże się destrukcyjna i będziemy ją postrzegali oraz doświadczali jako dystres.

Czyli stres wywołują w nas sytuacje obciążające emocjonalnie, niezależnie od tego, czy dane emocje są pozytywne, czy nie? Tak, ale w zależności od tego, jak sobie z tymi emocjami radzimy, stres może być większy lub mniejszy. Dla jednych publiczne wystąpienie jest tylko mobilizacją, innym na wieść o tym, że mają przemówić do większego grona, miękną kolana. Różnie reagujemy na sytuację krytyki czy kłótni, jedni długo nie mogą się uspokoić, z innych napięcie schodzi od razu. Radzenia sobie ze stresem uczymy się już w dzieciństwie, obserwując bliskich nam dorosłych. Czy wpadają w histerię, czy potrafią przewidzieć pewne sytuacje i zaplanować swoje przyszłe zachowanie. Przecież skoro wiemy, że boimy się wystąpień publicznych, a właśnie takie nas czeka, możemy je sobie „na sucho” przećwiczyć. Powinno uczyć się tego już małe dzieci.

Polacy są zestresowanym narodem? Badania wskazują, że Polacy są mocno obciążeni stresem i jest to związane głównie z ich życiem zawodowym. Organizacja Eurofunds, czyli Europejska Fundacja na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy, przeprowadziła w 2012 roku w 13 krajach europejskich (dodam, że z krajów Europy Centralnej były tylko Polska i Czechy) zakrojone na szeroką skalę badania, z których wynika, że w Polsce warunki pracy są uznawana za najcięższe – chodzi tu głównie o obciążenie godzinowe. Jesteśmy w czołówce w kwestii liczby przepracowanych godzin w tygodniu. Powszechnie występuje u nas zjawisko tzw. wielopracy, czyli pracowania jednocześnie w kilku miejscach, co dla wielu jest koniecznością, ale jednocześnie – zbyt wielkim wyzwaniem. I gdzie tu znaleźć czas na życie prywatne, rodzinę, znajomych?! Do tego dochodzi niepewność pracy i zatrudnienia, którą nie do końca wynagradza nam gratyfikacja finansowa, w związku z tym jeździmy na krótkie, około tygodniowe urlopy, a to zbyt krótki czas, by w pełni odpocząć i naładować uszczuplone całoroczną pracą zasoby. W konsekwencji pojawia się wypalenie zawodowe, depresja, przewlekłe zmęczenie. Zapominamy o aktywności fizycznej i kontakcie z naturą – a one bardzo pomagają w niwelowaniu skutków oddziaływania zbyt dużego stresu. Dopiero tworzy się w Polsce kultura regularnego uprawiania sportu i spędzania czasu na świeżym powietrzu, ideałem by było, gdyby weszło nam to w krew.

Na razie działamy głównie doraźnie? Tak i bierze się to głównie z braku umiejętności przewidywania trudnych sytuacji. Zwykle nie jesteśmy przygotowani na stres i kiedy nadchodzi, spada na nas jak grom z jasnego nieba i wtedy skupiamy się na zapanowaniu nad emocjami, co zabiera całą naszą uwagę i energię. Dlatego stres tak nas wypompowuje. Winne jest tu także wychowanie. Wpaja się nam, że niepokazywanie po sobie, co czujemy, jest dla nas korzystne. I owszem, zwykle warto nie okazywać publicznie wściekłości, niezadowolenia czy dezaprobaty, tyle tylko, że tłumienie wcale nie zmienia tego, co czujemy. Co więcej, wiąże się z większą aktywnością fizjologiczną (przyspieszone bicie serca czy drżenie rąk mogą nas zdradzić, więc wkładamy jeszcze więcej energii w powstrzymanie tych odruchów) i koniecznością ciągłego monitorowania swojego zachowania. A to potworny wysiłek.

Chcemy działać doraźnie? Proszę bardzo! Ale zamiast tłumienia emocji skupmy się na takim przeformułowaniu znaczenia trudnej sytuacji, aby wywoływała w nas jak najmniej niepożądanych emocji. Warto traktować trudne sytuacje jak wyzwania, zdarzenia, dzięki którym mogę się czegoś o sobie dowiedzieć. Zamiast zaciskać zęby podczas rozmowy ze sfrustrowanym klientem, mogę pomyśleć, że jest on po prostu zagubiony, że nie chce mnie obrazić, tylko załatwić swoją sprawę. Jednak podchodzenie z dystansem do trudnych sytuacji nie jest łatwe, ponieważ wymaga dość dobrze rozwiniętych kompetencji emocjonalnych i… wysiłku. I tu czasami koło się zamyka. Skąd czerpać siłę, skoro jesteśmy zmęczeni? Nie obejdzie się bez długofalowych działań. O każdą rzecz, którą posiadamy i którą chcemy się dłużej cieszyć, powinniśmy dbać. I zwykle dbamy. Jeździmy do warsztatu z samochodem, sprzątamy dom. Dlaczego więc nie dbamy o siebie? Ktoś, kto pali papierosy, nie wysypia się, na dodatek jeszcze niewłaściwie odżywia, będzie łakomym kąskiem dla stresu.

Po czym poznać, że stres już nas „napoczął”? Pierwsze negatywne skutki długotrwałego oddziaływania stresu odzwierciedlają się w ciele. Chyba, że odpowiednio je do tego przygotujemy, na przykład aktywnością fizyczną – to doskonały sposób na to, by nauczyć nasze ciało radzić sobie ze zwiększoną presją. Bardzo dobrze działa też relaksacja, możemy wykorzystać do niej różne techniki, od masażu po ćwiczenia oddechowe czy medytację, a na słuchaniu spokojnej muzyki kończąc. Jednak najważniejsze jest rozpoznawanie siebie: co mnie denerwuje, co pobudza, co uspokaja, co relaksuje. Korzystajmy z tego: przewidujmy sytuacje, które mogą być dla nas zbyt stresujące, i stosujmy działające na nas „środki uspokajające”. I uczmy tego swoje dzieci, od najwcześniejszych lat.

Dr Dorota Szczygieł psycholog specjalizująca się w temacie inteligencji emocjonalnej, SWPS Sopot

  1. Psychologia

Kobieta na trudne czasy

Kobiety nadal często mają problem z oddelegowywaniem domowników do domowych obowiązków. (Fot. Getty Images)
Kobiety nadal często mają problem z oddelegowywaniem domowników do domowych obowiązków. (Fot. Getty Images)
Wydawać by się mogło, że nadszedł nasz czas. Znajdujemy się wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ważnego – w szpitalach, domach opieki, usługach, także w polityce. Jednak w Polsce kobiety wysuwa się jako frontmenki przede wszystkim dla ocieplenia wizerunku, poprawy sondaży. A potem najczęściej usuwa w cień. Wykorzystują nas czy dajemy się wykorzystywać? – zastanawia się Ewa Woydyłło-Osiatyńska.

Znowu to samo: przychodzi kryzys, coś się wali, kimś się trzeba zaopiekować i wtedy sięga się po kobiety. Zawsze byłyśmy wystawiane do czarnej roboty, a teraz to się jeszcze nasiliło. Dlaczego dajemy się tak traktować?
Dlatego że kobiety ciągle jeszcze podlegają kulturowej prawidłowości, która polega na tym, że kobieta jest posłuszna. To właśnie posłuszeństwo sprawia, że łatwo się nią posłużyć. Jej to pochlebia, bo zajmuje wysoką pozycję, może w swoim subiektywnym odbiorze pomyśleć, że przejmuje pałeczkę w sztafecie. Ale na ogół w tej sztafecie jest od robienia brudnej roboty. Bo jak przyjdzie do rozdzielania laurów, to bardzo wątpliwe, że będzie mogła liczyć na równą konkurencję. W polityce, prawdę mówiąc, nagradza się wierne służki, ciocie na zawołanie.

Kobiety nie mają czujności?
To strasznie trudne, bo jak się wejdzie do polityki, to się przestaje być indywidualnością, a zaczyna – trybem w systemie. Nie mam o to pretensji do kobiet, bo za nimi nie stoją wieki doświadczeń, tylko kilkadziesiąt lat zaledwie.

Na świecie dochodzą do głosu prawdziwe, nie malowane liderki, jak premierki Norwegii, Islandii czy była premierka Danii. Dlaczego im się udaje, a nam nie?
Jak tak głębiej się nad tym zastanowić, to można zauważyć, że one są w większości ze starej demokracji. Nie w sensie wieku tych krajów, ale w takim znaczeniu, że stare demokracje przeszły proces głębokiego uczłowieczenia. Daję więc sobie pewną nadzieję, że choć nam do tego etapu jeszcze daleko, to prawdopodobnie osiągniemy go za 20 lat, czyli za mniej więcej tyle czasu, ile zajęło to dojrzałym demokracjom. Na razie mamy ewidentne dowody na to, jak nie tyle ułomna, ile karkołomna jest nasza polityka i z całą pewnością jest to wynik nawet nie działalności tych kobiet i tych mężczyzn, tylko faktu, że znajdujemy się na bardzo niskim poziomie rozwoju politycznego, społecznego, kulturowego. Andrzej Leder bardzo trafnie to wyłożył w książce „Prześniona rewolucja”, w dyskursie z nim brał też udział mój mąż Wiktor Osiatyński. Leder zauważył, że jesteśmy dopiero na etapie poszukiwania sposobu poszerzania zakresu zbiorowej dojrzałości. Dlaczego kobiety miałyby być bardziej dojrzałe?

Ale mogłyby wreszcie nie dawać się wykorzystywać. W Polsce cały czas jedną nogą tkwimy w patriarchacie?
Oczywiście, patriarchat u nas nadal ma się dobrze.

Bo?
Bo nie było u nas rewolucji feministycznej, bo nie udało się przewalczyć rzetelnego parytetu. My się ciągle dobijamy, nam jeszcze nawet drzwi nie otworzono, więc ile się da wycisnąć, wyciskamy, ale ta droga dla polskich kobiet jest bardzo wyboista. Oddaje się głos tym, które są podległe, posłuszne, i tym sposobem zamyka się usta wszystkim, mówiąc, że kobiet w życiu publicznym jest dużo. Ale tak jak jakość debaty sejmowej i w ogóle rządzenia jest niska, tak jakość wkładu kobiet też jest niska, nie z ich winy. No bo one na ogół nie przychodzą w tym celu, żeby pomnażać zbiorowe dobro, tylko żeby pomnażać dobro władcy, który pozwolił im usiąść na tym wysokim stołku. Niektóre, jak w syndromie sztokholmskim, bronią oprawcy. Zrobiono z kobiet roboty, które śpiewają melodie, jakie im się gra. I dopóki innej drogi nie ma, dopóty trudno liczyć na wysyp mądrych liderek.

Może zabrakło nam samym przepracowania kobiecej solidarności?
Solidarność to nie jest kwestia przepracowania, tylko kwestia kulturowa. Działają u nas różne mechanizmy, nie tylko antykobiece. Jeden z nich, opisany szeroko przez socjologów, polega na tym, że jak tylko mamy możliwość mieć do kogoś pretensje, to szybko z tej okazji korzystamy. My, Polacy, lubimy mieć pretensje. Oczywiście indywidualnie się różnimy, ale w Polsce bardzo łatwo paść ofiarą złego interpretowania postaw. Bardzo lubimy dowodzić, że ktoś jest głupszy, gorszy, popełnia nadużycia. Lubimy mieć przewagę.

Co nam to daje?
W ten sposób budujemy swoje poczucie wartości. Mówiąc, że ktoś jest zły, manifestujemy, że niby my jesteśmy lepsi. U nas jest dobry do tego klimat. Poza tym na kobiety bardzo łatwo rzucać potwarz, bo one nie są skuteczne w obronie, nie mają autorytetu. Kobieta coś mówi? Toż to nieprawda! Kobietę szalenie łatwo ranić, bo jest niegroźna. A przy okazji bezkosztowo można podbudować sobie poczucie własnej wartości.

Czy jesteśmy na to skazane?
Skazana to może być konkretna osoba, na przykład pielęgniarka, lekarka, której nie da się pomóc, bo ją skrzywdzono, pomawiając o bezduszność, a nie brak możliwości. Widzę, że pani przejęła się takim traktowaniem kobiet, i prawdopodobnie dużo ludzi podobnie reaguje jak pani. To pokazuje, że wykorzystywanie kobiet nie dzieje się całkowicie w próżni, tylko że reakcje na tego typu sytuacje muszą osiągnąć masę krytyczną. To się zbiera, zbiera, pani napisze o tym artykuł, ktoś doktorat i powstanie z tego jakaś świadomość. A jak powstanie świadomość, to coraz więcej osób przyłączy się do takiego myślenia, co może doprowadzić do zmian, podobnych do tych, które spowodowały, że dziewczynki chodzą do szkoły, co jest względnie nowym zjawiskiem. Zaledwie 130 lat temu Maria Skłodowska-Curie, nie dostawszy się na Jagiellonkę, pojechała studiować na Sorbonę. To się wtedy nie mieściło w głowie, a jednak nastąpiło. Kobiety nie potrafią same zadbać o swoje miejsce w świecie.

Jak mają to robić? 

Zacząć trzeba od zmiany prawa. Czy pani wie, że w naszym prawie funkcjonuje taki przepis, że jeżeli dziewczyna poniżej 16. roku życia urodzi dziecko, to nie może być jego prawną matką, no, chyba że chłopak, który zrobił jej to dziecko, się z nią ożeni! Ona może być matką tylko jako czyjaś żona!

Najczęściej prawną matką zostaje jej matka. I takich absurdów jest u nas dużo.
Więc jak zaczniemy zmieniać prawo zgodnie z ideą praw człowieka, to wtedy pozmieniają się też reguły, a ludzie będą musieli zmienić sposób myślenia.

Prawa trzeba jeszcze przestrzegać, a z tym jest u nas różnie.
U nas akurat prawem nikt się nie przejmuje, więc mamy dodatkowy kłopot. Nauczyłam się od Wiktora, że nie ma tak, że kogoś do czegoś przekonam. Przekonać może prawo. Mój mąż przestał pić w Ameryce, bo wiedział, że tam nikt nie przymknie oczu na to, że wykładowca na zajęcia ze studentami przychodzi na rauszu. Pijesz? To nie pracujesz. Proste.

Prawo prawem, ale jest jeszcze to niepisane. Na przykład takie, że ciężar prowadzenia domu cały czas spoczywa na barkach kobiet.
Powiem coś niepopularnego – nie współczuję tym, co ten ciężar dźwigają. Już pora, żeby zaczęły delegować zadania na innych domowników. Jeżeli tego nie robią, to znaczy, że decydują się, że tak ma być, i w głębi duszy prawdopodobnie czerpią z tego korzyści.

Jakie?
Czują się lepsze i tego im nie zabierzemy. Jeżeli kobieta nie potrafi czuć się lepszą inaczej niż tylko wtedy, gdy haruje za kogoś, uważając go za gorszego, to jej wybór. Bo wie pani, wiedza psychologiczna o tym, jak układać relacje, jak dbać o siebie – jest ogromna i łatwo dostępna. Wystarczy wejść do Internetu i wpisać „współpraca w małżeństwie”, i dostaje się tysiące artykułów, książek z całego świata. Jak tej wiedzy kobiety nie biorą, to niech nie narzekają. Nigdy nikogo nie uczyłam na siłę, bo wiem bardzo dobrze – uświadomili mi to mama i nauczyciele – że w uczeniu czy życia, czy dobrych relacji, czy wiersza największą rolę odgrywa udział własny. Myśmy nawet z Wiktorem wymyślili pewne równanie, ono odnosi się do wszystkiego, czego chcemy się nauczyć: liczba punktów za wiedzę pomnożona przez wkład własny.

Załóżmy, że chcemy nauczyć się asertywności, bo to akurat jest potrzebne wielu kobietom. Pomocny jest tu nauczyciel, czy to w formie książki, artykułu, czy terapeuty. Kobieta czyta na przykład, że trzeba dbać o swoje potrzeby, myśli nawet: „Świetny artykuł!”, czyli dajemy 10 punktów za źródło wiedzy. Odkłada artykuł i słyszy, jak mąż znad gazety pyta: „A obiad?”. Zamiast powiedzieć: „Dzisiaj, mój kochany misiu, zjemy kanapki, bo nie miałam siły na robienie obiadu” (albo „czytałam książkę”), biegnie gotować. Czyli wnosi zero wkładu własnego, żeby coś zmienić. Ile jest 10 razy zero?

Zero.
No właśnie. A inna kobieta przeczytała, dajmy na to, w „Płomyczku Katolickim” jedno zdanie, że musi szanować siebie, i pomyślała: „Dzisiaj mam zły dzień, więc powiem domownikom: »Kochani, zróbcie na obiad co chcecie, chętnie dam się zaprosić«”. I jak myśli, tak robi. Czyli choć ten „Płomyczek” dał jej tylko 3 punkty w skali jakości wiedzy, to ona wniosła 10, a 3 razy 10 równa się 30. Czyli nastąpiła u niej zmiana 30-procentowa! Kobiety są przeciążone, zgoda. Czyżby jednak nie wiedziały, co robić? Nie! Im się po prostu nie opłaca czegoś robić.

Nie opłaca?
A tak. Bo jak nic nie zmienią, to będą zawsze mogły powiedzieć: „O jaka ja biedna, jak mi się źle żyje, och, ci mężczyźni, ach, gdyby nie było dzieci” itd.

Trzeba oczywiście podawać kobietom dobre przykłady dbania o siebie, ale czy zastosują je w swoim życiu, zależy tylko od nich. Ta zasada dotyczy także ludzi uzależnionych. Jak kobieta mówi mi, że nie wie, co robić, bo jej mąż pije, to ja odpowiadam: „A czytała pani coś na ten temat, była pani w poradni?”. Ona chce, żebym ja zadbała o to, żeby jej mąż nie pił. A z jakiej racji mam o to dbać? Mogę ją wesprzeć, ale to ona sama musi przekuć to w czyny. Tego nauczyło mnie amerykańskie doświadczenie, tam nikt nie robi za kogoś tego, co ten ktoś może zrobić sam za siebie.

Czasami jedno zdanie może komuś otworzyć oczy.
Zgoda, to zdanie brzmi: „Kobieto, weź odpowiedzialność za swoje życie, powiedz »nie«”. Nadal piszę i pracuję z myślą o kobietach, ale nie ubolewam, że im ciężko. A pani ubolewa. Proszę pojechać do Danii na pół roku, poobserwować Dunki, to pani się z tego wyzwoli. Dunki są z siebie zadowolone, w ogóle nie farbują włosów, ćwiczą, jeżdżą na rowerach, w wieku 60 lat mają kochanków, wiedzą, że ich wartością nie jest to, żeby wyglądać jak modelka. Dunka ma studia albo nie ma, pracuje w sklepie albo na uniwersytecie. Nie robi z siebie cierpiętnicy – nie chce gotować obiadu, to ogłasza to rodzinie i nikt nie ma jej tego za złe. Nie mówię, że wszystko gdzie indziej jest lepsze niż u nas, natomiast są rzeczy, których warto się od innych uczyć.

Czego najbardziej powinna się nauczyć Polka?
Jak czegoś nie chcesz robić, to nie rób, ale wtedy albo będzie niezrobione, albo zorganizujesz zastępstwo. Mam takie powiedzenie, okropnie denerwujące, nawet mnie samą, bo gdy kiedyś ktoś mi je powiedział, to się wściekłam, a brzmi ono: Zawsze znajdujesz się w tym miejscu, w którym chciałaś być.

Kobieta nie chce żyć z przemocowym mężczyzną!
Tak? To dlaczego od niego nie odejdzie? Owszem, jako 11-letnia dziewczynka patrzyła na mamę, ciocię, które nie odchodziły od przemocowych mężczyzn, ale jest już dorosła i może odejść. To się nazywa odpowiedzialność za swoje życie. Koniec z alibi, że ktoś miał złe dzieciństwo. Psychoterapeuci latami trzymają kobiety na terapii, bo miały złe dzieciństwo. A ja mówię: „Proszę wyjąć dowód osobisty i spojrzeć, ile ma pani lat. Więcej niż 13? To co pani dzisiaj zrobi tatuś albo mamusia?”. Za dwa dni dostaję SMS-a: „Eureka, moje życie zależy ode mnie”. Oczywiście, bywają sytuacje patologiczne, gdy potrzebna jest interwencja z zewnątrz, ale w większości przypadków wystarczy własna decyzja, własny wybór.

Trzeba jednak słono za ten wybór zapłacić. Może tej ceny boją się kobiety?
Może, bo za uwolnienie się od roli opiekunki rodu, służącej, wykonawczyni poleceń cena jest taka, że mnie potem za bardzo nie chcą. Wiele kobiet z mojego pokolenia zajmuje się wychowaniem wnuków, a potem narzeka, że są wykończone. Moja mama mawiała: „Gdyby stare kobiety miały zajmować się dziećmi, toby je rodziły”. Koleżanki pytały mamę: „Dlaczego nie pomagasz bardziej Ewuni?”. Mama była ukochaną babcią i mile widzianym gościem, ale żeby wychowywała moje dzieci? W życiu! Tymczasem w Polsce jest dużo niepisanych przepisów na życie kobiet i one bez szemrania je przyjmują, zamiast każdorazowo weryfikować. Mama tak żyła, babcia, ciocia? A ja tak nie chcę. Będę żyć według swojego przepisu.

 

  1. Psychologia

Jak tradycyjny podział prac domowych między kobietami a mężczyznami wpływa na miłość i seks?

"Ludzki umysł zawalony jest starymi, wyświechtanymi stereotypami, trzeba w nim po prostu zrobić porządek. Zanim się zrobi porządek w domu." (fot. iStock)
Skoro w zgranych parach dzielimy się wszystkim, powinno to dotyczyć także tzw. prac domowych. A jednak w XXI wieku nadal to kobieta sprząta, pierze i gotuje, a do tego robi karierę. Czy naprawdę wszyscy jesteśmy zadowoleni z tego tradycyjnego podziału ról? Jak to wpływa na naszą miłość i na seks? Rozmawia Katarzyna Miller z Joanną Olekszyk.

Joasia: Czy mężczyzna z żelazkiem, odkurzaczem albo wilgotną ściereczką do kurzu w dłoni...
Kasia: ...to jeszcze jest facet? Dla mnie tak. Bo najistotniejsze jest, jak on prasuje, odkurza czy sprząta. Jeśli z radością i zadowoleniem, a do tego ma fajne ciałko, które mi się podoba... Dla mnie niebywale sexy jest widok faceta, który gotuje i zmywa. W ogóle facet, który umie coś zrobić, jest niesamowicie męski. Mam na myśli taką inteligencję codzienności: a to zreperuje radio, które się popsuło, a to posprząta, jak coś się stłukło, a to zupkę dosmaczy, jak mu za mdła wyszła... Jest przytomny, obecny, zaangażowany. Pamiętam, jak u mojej koleżanki w Brukseli jej mąż przygotowywał dla gości kolację. Wygonił nas z kuchni i cały dzień tam siedział w jakimś twórczym szale - ogromnie tym urósł w moich oczach. Albo facet, który umie wyczyścić czy wyprać mi plamę z ważnego ciucha. On jest cudotwórcą!

Jak taki czynny udział mężczyzny w pracach domowych przekłada się na zadowolenie ze związku, a może i z pożycia?
Nie na darmo mówią: "Jeśli chcesz zrobić kobiecie dobrze, ogarnij dzieci i posprzątaj mieszkanie". Będzie miała i czas, i ochotę na seks. I jeszcze jej powiedz, jaka jest ważna i jak w domu promieniuje jej obecność. Bo kobiety chcą się czuć ważne i doceniane, a mężczyźni bardzo często dają im to odczuć, kiedy one są wobec nich ciepłe. Ciepła kobieta nie zrzędzi, nie marudzi i nie jest wiecznie zmęczona. Jak to osiągnąć? Nie zwalać jej na głowę całego domu. Proste!

Cieszy mnie, że to mówisz, bo co miesiąc jak bumerang wraca do mnie temat tzw. obowiązków domowych. Badania pokazują, że nic się nie zmieniło.
Kobiety wykonują większość prac domowych, takich jak przygotowywanie posiłków, sprzątanie, pranie czy prasowanie. Cóż, myślę, że kobiety po prostu niechętnie oddają to pole mężczyznom.

Ale oni też się nie kwapią do jego przejęcia. I mają do tego doskonałą wymówkę.
Amerykańskie badanie "Równość, prace domowe i częstotliwość seksualna w małżeństwie", szeroko komentowane w prasie męskiej, dowodziło, że facet w fartuszku jest dla kobiet mniej sexy. Mężczyźni chętnie chwytają się takich wyników badań, bo to ich utwierdza w przekonaniu, że dalej nie muszą poczuwać się do tego, by w domu sprzątać, gotować czy prasować. Najłatwiej jest powtarzać stereotypy, w dodatku takie kołtuńskie jak ten. A przecież kiedy umiesz oporządzić siebie i dom, jesteś bardziej niezależny. Taka sprawność codziennego życia zwiększa zaufanie do siebie i pewność, że zawsze dasz sobie radę, bo zawsze będziesz umiał na siebie zarobić, a to na zmywaku, a to w firmie sprzątającej... I to nie są wcale uwłaczające godności prace, tylko umiejętności potrzebne wszystkim ludziom, kimkolwiek są.

Może sedno tkwi w słowie "uwłaczające"...
Nadal jest społeczne przekonanie, że prace domowe to zajęcia niższego rzędu i dlatego powinny je wykonywać kobiety albo obcokrajowcy. Dlaczego? Bo tam są małe pieniądze. Gdy zaczną być większe, to będą się do nich garnąć także faceci.

Kiedy słyszę, że żona robi w domu wszystko, a mąż nie wie nawet, gdzie są worki na śmieci, to zastanawia mnie, czy ten mężczyzna nie widzi, że staje się życiowym kaleką. Mieszka w domu, o który nie umie zadbać. A skąd, on myśli, że jest baszą, którego trzeba obsługiwać.

Co musiałoby się stać, żeby zmienił swoje podejście?
Paradoksalnie trzeba by zacząć tę zmianę od kobiet, a konkretnie matek, które mają tendencję do wyręczania swoich dzieci, a najczęściej chłopców, oraz partnerów w domowych obowiązkach. Myślę też, że ta zmiana może przyjść dość łagodnie i naturalnie. Młode, wyzwolone kobiety po prostu nie będą już tego robić. Postawią sprawę jasno: "Chcesz mieć czyste majtki, to je sobie wypierz", "Chcesz mieć ładną koszulkę, to sobie ją wyprasuj".

"A może przy okazji też moją...".
Jeśli ci się będzie chciało. Ja też może, jak będzie mi się chciało, coś dla ciebie zrobię, ale niekoniecznie prasowanie. Bo ja pewnych rzeczy w domu nie robię, i już. Poza tym jeśli w pracy gonią mnie terminy i muszę poświęcić więcej czasu jakiemuś projektowi, to chyba jest to ważniejsze niż prasowanie, które może poczekać. I leży sobie niezrobione. Jak mu to przeszkadza, to niech uprasuje. Tylko że w polskich domach to zwykle ona nie wytrzymuje i w końcu robi coś za niego. No bo jak to tak można, żeby było nieposprzątane? Ano można. Kobiety, na swoje nieszczęście, wiecznie widzą skierowane na siebie oko krytyka: mamusi, sąsiadek, Pana Boga czy księdza proboszcza, który łypie groźnie i z wyrzutem: "No jak to tak można?".

Ja sama, kiedy nie mam czasu, to nie sprzątam, i wcale mi to nie przeszkadza. Ale jeśli ktoś ma przyjść, to robi mi się głupio i albo sprzątam jak szalona, albo zaczynam się tłumaczyć. "Przepraszam, ale u mnie taki bałagan". Przestańmy wreszcie mówić ten tekst. Ja wiem, że to szalenie trudna sprawa, bo to zdanie przyswaja się nam osmotycznie już w dzieciństwie. Wchodzi do domu mała Asia, a mamusia u progu krzyczy, żeby zdjęła buty. Ja zawsze wchodzę w butach. Jak się naniesie, to się rozchodzi (śmiech). A potem się to posprząta. U mnie akurat robi to pani, której za to płacimy. Bo sprzątać nie cierpię i powiedziałam sobie i Edkowi, że nie będę. Oczywiście na bieżąco sprzątam coś, co się zabrudziło czy wysypało, natomiast myć podłóg i ścierać kurzów nienawidzę. Za to lubię zmywać naczynia i to co jakiś czas robię. Kiedy mi się zachce.

Przestańmy udręczać się tym, że nie jest posprzątane.
Kobiety mają w sobie strasznego sędziego - Wewnętrzną Perfekcyjną Panią Domu. Swoją drogą przeraża mnie popularność tej postaci. Czy po to pracowałyśmy tyle na rzecz równouprawnienia, by znowu wchodzić w Jej Wysokość Pindzię!? Mówię o pewnym typie kobiety, w którym mieści się też taka Martha Stewart, która w swoich programach pokazuje, jak idealnie ułożyć serwetki, uszyć poszewkę na poduszkę czy zrobić ekstra lambrekin na okno... Wszystko dokładnie według przepisu, a nie "jak mi się chce".

Bo mój dom świadczy o mnie.
Ależ oczywiście - i nic innego o mnie nie świadczy, tylko mój dom. Przy czym mieszka w nim cała rodzina: mąż, dzieci, psy, czasem nawet i dziadkowie. Ale to ja jestem wydelegowana do tego, żeby zajmować się domem, tak było od wieków. Ale dzisiaj? Jeśli kobieta mieszka sama, to rzeczywiście jej dom świadczy o niej, oprócz wielu innych rzeczy, które także o niej świadczą. Natomiast jeśli mieszka z całą rodziną, to ten dom świadczy przecież o nich wszystkich, o czym jakoś lubimy zapominać. Zauważ, że kobiety nie tyle mówią o równym podziale obowiązków, co o pomocy w obowiązkach domowych. "Taki dobry mąż mi się trafił, bo mi dużo pomaga". A on nie powinien pomagać, tylko zwyczajnie robić. Najlepiej by było, żeby wszyscy sobie siedli razem i ustalili, kto czego nienawidzi robić i powiedzieli: "No, dobrze, to nie będziesz tego robić", a jak nikt czegoś nie będzie chciał robić, to trzeba to komuś zlecić za pieniądze.

Cała reszta powinna być podzielona po równo?
To zależy. Jeśli jedna osoba więcej pracuje niż druga, to powinna mniej robić w domu, ale mieć jakiś swój przynależny kawałek zadań. Dzieci również.

Podobno najwięcej kłótni małżeńskich rozgrywa się właśnie o podział obowiązków.
Czyli, wydawałoby się, o pierdołę. Jak tu porównać niezmyte naczynia z nadużytym zaufaniem, zdradą czy sprzeniewierzeniem pieniędzy? A jednak mamy poczucie, że zaangażowanie w dom w jakimś stopniu odzwierciedla zaangażowanie w związek.

 

Więcej w:

  1. Psychologia

Energia z kamienia – na czym polega litoterapia?

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Śpiewając, że brylanty są najlepszymi przyjaciółkami kobiety, Marilyn Monroe myślała prawdopodobnie o ich pięknie. Średniowieczna mniszka Hildegarda z Bingen przypisywała im jednak także działanie lecznicze.

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. Najbardziej znana jest dziś praca Hildegardy z Bingen, w której średniowieczna mniszka polecała m.in. szmaragd na atak padaczki czy silne bóle głowy. Historycy przywołują również zapiski Pliniusza Starszego, powstałe w I wieku naszej ery.

Litoterapia, czyli leczenie kamieniami (od lithos – kamień i therapeuo – leczenie, pielęgnacja) opiera się na zasadzie przepływu energii. Kamienie pochodzenia mineralnego zawierają te same pierwiastki co ciało człowieka i mogą uregulować biochemiczny niedobór albo nadmiar w organizmie.

Terapeutyczne działanie kamieni, odrzucane przez medycynę akademicką jako naukowo niepotwierdzone, ma jednak wielu zwolenników. „Dlaczego na przykład korale bledną, gdy osoba je nosząca choruje na niedokrwistość, a odzyskują barwę, gdy wraca do zdrowia?” – pyta prezes polskiej filii światowej federacji medycyny alternatywnej Zbyszko Patyk i zwraca uwagę, że z przeprowadzonych kiedyś badań wynikło, że ułożone wokół głowy kryształy zmieniają zapis encefalogramu.

Mimo niechęci naukowców do litoterapii (która być może wzięła się po części stąd, że sama nazwa powstała w kręgach newage'owskich w latach 70. XX wieku) ma ona jednak wielu praktyków, którzy rozwijają ją jako uzupełnienie medycyny zachodniej.

Jak stosować litoterapię?

Zwolennicy metody radzą, żeby wybrać kamień, który do nas przemówi, i stworzyć własne rytuały z jego udziałem: przytrzymać co rano przez kilka chwil w dłoni czy przykładać do punktów energetycznych na ciele.

Ważna jest również odpowiednia pielęgnacja kamienia, trzeba go czyścić zgodnie ze wskazówkami, czasem w czystej wodzie, w innych przypadkach np. w roztworze soli.

Terapeutyczne znaczenie będzie miało ponadto noszenie biżuterii z wybranym kamieniem czy nawet postawienie go w swoim pokoju.

O kilka wskazówek poprosiliśmy prowadzącą sesję terapii kryształami Alicję Radej (@alicja_radej). Oto, co poleciła na nękające nas często schorzenia fizyczne i psychosomatyczne:

  • na bezsenność: ametyst, celestyn, czaroit, howlit, hematyt, lapis lazuli, sodalit, malachit;
  • na otyłość: czarny onyks, turmalin, kamień księżycowy, cytryn;
  • na wzmacnianie odporności: heliotrop, ametyst, czarny turmalin, zielony kalcyt, karneol, kwarc;
  • na bóle miesiączkowe: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menstruacją: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menopauzą: cytryn, granat, lapis lazuli, perła, kwarc różowy, rubin, heliotrop.

Wszystkie te kamienie są do kupienia w Polsce.

Kamienie lecznicze wg Hildegardy z Bingen

  • szmaragd
  • hiacynt
  • onyks
  • beryl
  • sardoniks
  • szafir
  • sard
  • topaz
  • chryzolit
  • jaspis
  • praz
  • chalcedon
  • chryzopraz
  • karbunkuł
  • ametyst
  • agat
  • diament
  • magnetyt
  • liguriusz
  • kryształ
  • perła rzeczna
  • karneol
  • alabaster
  • wapień