1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie skazujmy dzieci na rywalizację. Uczmy je współpracy

Nie skazujmy dzieci na rywalizację. Uczmy je współpracy

Jak wykazali amerykańscy badacze, rywalizacja zabija motywację wewnętrzną: uczę się, rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innych. (fot. iStock)
Jak wykazali amerykańscy badacze, rywalizacja zabija motywację wewnętrzną: uczę się, rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innych. (fot. iStock)
Dlaczego wychowywanie dzieci na „czempionów”, życie ich sukcesami jest tak niebezpieczne? Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, tylko kiedy wygrywa. Również rodzice, nawet jeśli mają najlepsze intencje, niepostrzeżenie wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości jedynie wtedy, gdy osiągnie sukces – mówi psycholożka.

Dlaczego wychowywanie dzieci na „czempionów”, życie ich sukcesami jest tak niebezpieczne? Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, tylko kiedy wygrywa. Również rodzice, nawet jeśli mają najlepsze intencje, niepostrzeżenie wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości jedynie wtedy, gdy osiągnie sukces – mówi psycholożka Dorota Wiśniewska-Juszczak. Współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, więc rodzice wychowują dzieci do rywalizacji. Argumentują: chcemy, aby umiały sobie radzić. Czy to dobra strategia?
Oczywiście, że ważne jest, aby dzieci umiały sobie w życiu radzić. Jednak co to znaczy umieć sobie radzić? Czy oznacza to umiejętność walki z przeciwnościami losu, znoszenia porażek? Czy jednak wygrywanie? A może oznacza to konkretne umiejętności? Od zdefiniowania przez nas pojęcia „radzenia sobie” zależą nasze pomysły na wychowanie…

Często radzenie sobie bywa utożsamiane z osiąganiem sukcesów, rzadziej – z dobrymi relacjami z ludźmi. Dlaczego nie doceniamy relacji?
Dla wielu rodziców sukcesy dzieci, najlepiej spektakularne, są ich sukcesami. A czy spektakularne będzie pochwalenie się: „moja córka jest lubiana w przedszkolu”? Ponieważ myśląc o sobie, koncentrujemy się na skuteczności, to na dzieci również patrzymy z tej perspektywy – żeby miały osiągnięcia, które można zmierzyć, zważyć. Natomiast kwestie związane z cechami wspólnotowymi są niewymierne, dlatego schodzą na drugi plan.

Rodzice często podsycają ducha współzawodnictwa. Czy słusznie? Czy rzeczywiście rywalizacja jest sukcesotwórcza?
Rywalizacja, jak wykazali amerykańscy badacze Deci i Ryan, zabija motywację wewnętrzną: uczę się i rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innej osoby, grupy. Nie jesteśmy jednak w stanie funkcjonować bez porównań. Nawet nie musimy pokazywać dziecku, że na przykład Kasia jest lepsza, ono samo doskonale to widzi. Ale ono może to porównanie odebrać inaczej – że jest gorsze od innych. Myśli wtedy: nie spełniam oczekiwań rodziców, Kasia bardziej by je spełniła. I to jest niebezpieczne. Badacze już w początkach lat 80. wykazali, że skłaniani do rywalizacji uczniowie i studenci mieli gorsze wskaźniki zdrowia psychicznego.

Ale z drugiej strony nie można oszukiwać dziecka, że jest w czymś świetne, skoro nie jest.
Dziecko porównuje się z innymi i na tym też polega budowanie jego tożsamości. Ale wzmacnianie przez nas różnic nie jest potrzebne. Nam się wydaje, że to motywuje, a może być wręcz odwrotnie – może zniechęcić do działania. Trzeba pamiętać, że dzieci są bardzo różne. I może się okazać, że porównując córkę z innymi dziećmi osiągającymi sukcesy na jakimś polu, przeoczyliśmy to pole, na którym ona by się sprawdziła. Nie zauważamy tego, ponieważ koncentrujemy się bardziej na innych dzieciach niż na własnym. Porównujmy osiągnięcia dziecka z jego własnymi wynikami sprzed rozpoczęcia trenowania: kiedyś nie umiałaś skręcać na rowerze, a dziś już to potrafisz.

Córka chce tańczyć, bo koleżanka tańczy, ale córce brakuje talentu. Wyperswadować jej to zajęcie?
Nie można tego zabronić, ale można pomóc jej znaleźć jakiś inny obszar, w którym jest dobra. Ciągłe porównania z koleżanką, w których wypada gorzej, nie wpłyną dobrze na jej samoocenę. Jak pokazują badania, jeżeli w ważnej dla nas dziedzinie ktoś bliski osiąga sukcesy większe niż my, to albo pomniejszamy znaczenie dziedziny, która do tej pory wydawała się dla nas istotna, albo oddalamy się od tej osoby, aby ochronić samoocenę. Wielce prawdopodobne, że przyjaźń dziewczynek bardzo by na tym ucierpiała. Powinniśmy porozmawiać z córką na ten temat. I nawet jeśli w pierwszej chwili się zbuntuje, powie, że nie jesteśmy dla niej autorytetem, to ważna jest sama rozmowa, wysłuchanie, co ona myśli, wyrażenie naszego zdania, z którym gdzieś w głębi duszy jednak dzieci się liczą. W tym konkretnym przypadku możemy także zaproponować, żeby córka opowiadała o sukcesach koleżanki, cieszyła się razem z nią, choć to oczywiście trudne, ale możliwe.

Jednak trudniejsza dla dziecka jest chyba sytuacja odwrotna – kiedy to rodzice stymulują je do czegoś, co jest poza jego zasięgiem.
Badania pokazują, że małe dzieci bardzo łatwo stosują się do naszych instrukcji. Gdy skłaniamy je do rywalizowania, niezwykle szybko przejmują taki sposób funkcjonowania. A rywalizacja zabija wewnętrzną motywację nawet u dzieci czteroletnich. Dopiero dzieci po 12. roku życia potrafią same rozsądzić, czy chcą wchodzić w rywalizację. Natomiast maluchy, stymulowane przez nas do rywalizacji, będą rywalizować. Wynika to z ogromnej potrzeby akceptacji. Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, kiedy wygrywa. Pewnie rodzice tak nie myślą, sądzą tylko, że jeżeli będą dziecko zachęcać do ćwiczeń, pilnować, to ono będzie im potem wdzięczne. Natomiast sami nie wiedzą, kiedy wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości tylko wtedy, gdy osiągnie sukces.

Podsyca to szkoła, która stawia na rywalizację. O tak. Pamiętam zakończenie roku w przedszkolu mojej córki Zosi. Część dzieci dostała nagrody za rysunki, które zwyciężyły w konkursie. Zosia nie była wśród nich. Muszę powiedzieć, że doświadczyłam dwóch rodzajów uczuć. Po pierwsze, pojawiła się emocja, którą szybko chciałam wymazać z pamięci: Szkoda, że moja Zosia nie dostała nagrody. Bo to było miłe dla rodziców usłyszeć nazwisko swojego dziecka wyczytane na uroczystości. Drugie uczucie to rodzaj współczucia, gdy spojrzałam na córkę, której było z tego powodu przykro. Pytała: „a gdzie wisi mój rysunek, dlaczego nie dostałam nagrody?”. A jej rysunek nigdzie nie wisiał. Odpowiadałam wymijająco, bo widziałam, że to dla niej bardzo ważne. To dobre przedszkole, ale nawet w nim, pewnie nieświadomie, pojawiła się rywalizacja.

 
Można przecież powiesić rysunki wszystkich dzieci.
Rzeczywiście w końcu znaleziono sposób, by pokazywać również te nienagrodzone rysunki. Ale za podsycanie rywalizacji odpowiedzialni są w dużym stopniu rodzice, którzy wychowują swoje dzieci na „czempionów”. Oddają je do dobrych szkół jak do korporacji o 8 rano, a odbierają o 18. Wożą na języki, konie, aikido, aby pokazać, że ich dziecko jest najlepsze. Wydają dużo pieniędzy, ale poza tym nie mają żadnych zasług. Bo samo płacenie za zajęcia dzieci jest w gruncie rzeczy łatwe. Taka sytuacja jest podwójnie niebezpieczna, bo po pierwsze, rodzice tracą wpływ na dziecko (przejmuje je szkoła korporacja), i po drugie, zaczynają niepostrzeżenie traktować swoje dziecko przedmiotowo, jako dostarczyciela sukcesów podnoszących ich osobisty prestiż. Ducha rywalizacji podsycamy też, wypytując, jaką ocenę dostał kolega. Nawet jak tego nie skomentujemy, to nasze pytanie jest dla dziecka sygnałem, że przywiązujemy wagę do porównań, do rywalizacji.

Tymczasem tak naprawdę w pracy, poza nielicznymi wyjątkami, istotna jest współpraca. A my do tego nie przygotowujemy.
Niestety, system szkolny stawia na indywidualne osiągnięcia, a więc także na rywalizację. Profesor Czapiński trafnie zauważył, że jeśli Polacy nie zaczną współpracować, to w pewnym momencie nasz kraj przestanie się rozwijać, ponieważ indywidualne osiągnięcia już zdobyliśmy, natomiast sukcesy sportowe w grach zespołowych, budowanie dróg, mostów, kręcenie filmów wymagają pracy zespołowej, a my nie jesteśmy tego nauczeni. Współpracy bowiem trzeba się nauczyć, ona nie jest uwarunkowana genetycznie.

Pewna nauczycielka argumentowała, że zajęcia w grupie się nie sprawdzają, bo i tak pracuje tylko jedna osoba.
Uczenie zespołowe wymaga bardzo dużo pracy ze strony nauczyciela. Kilkanaście lat temu Eliot Aronson zrobił badania, które pokazują, jak współpraca może fantastycznie działać, gdy zastosuje się „system układankowy”. Polega to na tym, że każda osoba uczy się jakiejś części materiału, a potem przekazuje zdobytą wiedzę kolegom. Jeśli kolega nie pozna części, której uczą się pozostali, nie zrozumie całości. Mnie ta metoda sprawdza się od kilku lat w prawie wszystkich grupach, z którymi realizuję seminarium z psychologii społecznej.

A jak uczyć dzieci współpracy w rodzinie?
Bracia i siostry mogą na przykład wspólnie zajmować się dbaniem o porządek. Moi rodzice fantastycznie to wykorzystali. Mam brata i siostrę i każdy z nas był za coś odpowiedzialny. To powodowało, że wzajemnie się pilnowaliśmy, ale gdy czasami ktoś z nas nie mógł czegoś zrobić, umawialiśmy się, że zrobimy to za niego. Po prostu sami się dogadywaliśmy. Bo współpraca polega na tym, że jesteśmy odpowiedzialni za różne rzeczy, ale wspólnie korzystamy z owoców pracy wszystkich. Jesteśmy systemem i musimy dziecku pokazać, że jako rodzina współpracujemy, że do tego systemu każdy coś dokłada, że każdy ma w nim swoją ważną rolę do odegrania i że ten system nie będzie działał, jeżeli zawiedzie choćby jedno ogniwo. Bo to nie chodzi o to, że robimy wszystko razem, ale że każdy zrobi to, co do niego należy. I że taki podział pracy ma wymierne korzyści.

Co dziecko zachęca do takiej wymiany?
Pochwały, a nie porównywanie, że inni robią to lepiej. Mój kolega z katedry dr Konrad Maj odkrył, że do wymiany wiedzy, doświadczeń, do większej współpracy zachęca tzw. nagroda kooperacyjna przyznawana całemu zespołowi. Wyobrażam sobie, że w rodzinie z dwójką dzieci można powiedzieć: „słuchajcie, jak uda nam się w sobotę rano posprzątać dom, to po południu idziemy na lody”. Wszyscy wtedy skorzystamy w takim samym stopniu, a nie że Krzyś dostanie samochód, a Basia lalkę. Natomiast w rywalizacji zawsze ktoś wygrywa, a ktoś inny przegrywa. Są oczywiście dziedziny takie, jak sport, w które wpisana jest rywalizacja. Ale w nauce, pracy, życiu zdecydowanie bardziej sprawdza się współpraca.

Dorota Wiśniewska-Juszczak: psycholog społeczny, adiunkt w Katedrze Psychologii Społecznej i Osobowości SWPS. W pracy naukowej koncentruje się na zagadnieniach związanych z władzą i przywództwem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Budujemy fundamenty. Rozwój niemowlaka - jak go stymulować i wspierać?

Dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości. (Fot. iStock)
Dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości. (Fot. iStock)
Przyszłość świata decyduje się w dziecięcych pokojach, w szczególności w tych zajmowanych przez dzieci w wieku do trzech lat – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Pewien ojciec dwuletniego synka powiedział mi wyraźnie rozczarowany: „Bawię się z synkiem, czytam mu, chodzimy na spacery, a on tego nie doceni, bo niczego nie będzie pamiętał”. Stąd już tylko krok od myślenia, że okres niemowlęctwa jest mało istotny, jeśli chodzi o wychowanie.
Jest dokładnie odwrotnie. Myślenie tego ojca to częsty przejaw rodzicielskiego narcyzmu. Ponieważ okres niemowlęctwa i dzieciństwa do trzeciego roku życia jest dla rodziców wymagający, kosztowny i nierzadko wyczerpujący, więc bardzo by chcieli, żeby dzieci z wdzięcznością pamiętały tę ogromną rodzicielską inwestycję. Ale nie ma powodu do zmartwienia, bo i tak wszystkie doświadczenia naszych dzieci zostaną z ogromną precyzją zapisane w dziecięcej podświadomości. W dodatku wszystko wskazuje na to, że doświadczenie z okresu życia do trzech lat, a także doświadczenia prenatalne i okołoporodowe tworzą w mózgu dziecka pierwotną matrycę poznawczą i emocjonalną decydującą o sposobie postrzegania i interpretowania świata przez całą resztę jego życia.

Dlatego powtarzam od lat, że przyszłość świata decyduje się w dziecięcych pokojach, wykuwa się w relacjach z rodzicami czy opiekunami, a także poprzez pośrednie uczestniczenie w zawiłościach uczuciowych związku rodziców. Dzieci w wieku do trzech lat nabywają niezbędną i fundamentalną wiedzę, coś w rodzaju oprogramowania, umożliwiającą odnalezienie się i przetrwanie w środowisku i systemie rodzinnym, w którym przyszło im się urodzić. Oprogramowanie to charakteryzuje się niezwykłą trwałością właśnie dlatego, że nie zapisuje się na poziomie świadomym. Zostało bowiem zakodowane w podkorowych, prewerbalnych strukturach mózgu, a więc jest praktycznie niedostępne refleksji, a tym bardziej próbom korekty. Dlatego właśnie uznajemy to sformatowanie za naszą prawdziwą tożsamość czy naturę, uważamy, że tacy się narodziliśmy, co obiektywnie jest błędem, ale w subiektywnym odczuciu nie sposób tego zakwestionować.

Co wobec tego jest w tym okresie w wychowaniu najważniejsze?
Nasycenie dziecka troską i miłością. Bezradny noworodek wrzucony w świat potrzebuje poczucia bezpieczeństwa prawie tak samo jak oddechu. A źródłami tego poczucia są troska, bezwarunkowa miłość i zachwyt rodziców. Skala nasycenia w tym okresie poczuciem bezpieczeństwa będzie decydowała o tym, na ile dorosła postać tego niemowlęcia będzie mogła i chciała odważnie kochać, cierpieć, wątpić i szukać, słowem, czy będzie odważnie żyć i ucieleśniać trafną obserwację, że świat należy do odważnych.

Czy dobrze rozumiem: dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości?
Zdecydowanie tak. Prawie wszystko zależy od tego, ile poczucia bezpieczeństwa i oparcia ma w sobie przede wszystkim mama, a w drugiej kolejności także ojciec, i jak w związku z tym rozumieją, na czym polega zapewnienie dziecku bezpieczeństwa. Niestety, większość rodziców ma z tym problem, więc ich troska o dziecko jest często podszyta lękiem, a przez to bywa zdecydowanie nadmierna. W rezultacie zamiast ufności i optymizmu przekazuje się dzieciom przekonanie, że świat jest nieprzyjaznym, niebezpiecznym miejscem.

Jak wobec tego odróżnić lęk wynikający z rzeczywistej dbałości o bezpieczeństwo, przejawiający się na przykład zawieszaniem kamerki nad łóżeczkiem, żeby zapobiec tak zwanej śmierci łóżeczkowej, od lęku destrukcyjnego dla dziecka?
Na ogół wiemy, kiedy i jak bardzo się boimy. A jeśli z jakichś powodów nie wiemy, to trzeba używać zdrowego rozsądku: zdać sobie sprawę, że marketing wielu niepotrzebnych nam rzeczy oparty jest na wzbudzaniu lęku; dowiadywać się, jak wychowuje się dzieci w innych, mniej bojaźliwych niż nasza kulturach i tradycjach; czytać i słuchać wybitnych nonkonformistów; wyciągać wnioski z własnych doświadczeń; pytać i wątpić, otwierać się na alternatywne systemy myślenia i wartości. No i szukać towarzystwa, które wspiera nasze wątpliwości i eksperymenty.

Czyli kogo?
Innego gatunku rodziców. Takich, którzy są zdecydowanie mniej przestraszeni od nas. Jeśli słyszymy od nich, że nadmiernie przegrzewamy dziecko, że nie trzeba go ładować w śpiwór i przykrywać dwiema kołderkami, bo wystarczy kocyk – to zastanówmy się, czy nie ma w tym jakiejś mądrości. Albo gdy słyszymy od nich, że uczącemu się chodzić dziecku nie trzeba całego domu wykładać gąbką i zakładać kasku oraz ochraniaczy na łokcie i kolana. Dziecko uczy się bezpiecznie poruszać w świecie, niestety, także przez ból, a więc lepiej przygotujemy je do życia, jeśli damy mu okazje uczenia się tego, jak sobie z bólem radzić. Bo naczelnym zadaniem rodziców jest wspieranie dziecka w jego instynktownym dążeniu do autonomii, aby jak najprędzej stało się niezależną istotą, która sama radzi sobie w życiu, także w trudnych warunkach. A to wymaga mądrego umiaru w troszczeniu się o dziecka komfort i bezpieczeństwo. Najlepiej stosować się do świętej zasady: 50 proc. troski i wsparcia oraz 50 proc. wymagań i zaufania do możliwości dziecka.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Jak ten cel osiągnąć? Ważny jest spokój rodziców?
Jeśli nasza troska o dziecko ma silny komponent lękowy, to zainfekujemy je lękiem przed światem i życiem, a także brakiem zaufania we własne możliwości. A wtedy zrezygnuje ze stawania się w pełni samodzielną osobą we wszystkich wymiarach: sprawnościowym, zmysłowym, odpornościowym, emocjonalnym, intelektualnym i duchowym. Aby temu zapobiec i nie skrzywdzić swoich dzieci, trzeba je wychowywać w kontakcie z realnym światem, z całym bogactwem jego możliwych przejawów. A więc oprócz przyjemności także z: gorącem, zimnem, głodem i bólem, z rozpaczą rozstań i strat, a także z goryczą przemijania.

Bo w przeciwnym razie tworzą się w dzieciach neurotyczne mechanizmy zachowania?
Tak. Powtórzmy to jeszcze raz: w okresie od urodzenia do lat trzech trwale instalujemy w dzieciach najważniejsze przekonania o sobie, o ludziach i o świecie. Będą one wystarczająco urealnione, jeśli rodzice dadzą dziecku okazję do radzenia sobie z niedogodnościami, wyzwaniami i zagrożeniami życia. Takie godne uznania postawy rodziców można obserwować w krajach Północy, gdzie – pewnie trochę za sprawą wymagającego klimatu – dzieci od małego hartuje się i usamodzielnia. Uczulam więc polskich rodziców, którzy zapewne sami jako dzieci byli nadmiernie ochraniani i wyręczani, żeby nie przesadzali z tą ochroną, a także z aseptyką i obsesyjną higieną.

Żeby nie bali się kontaktu dziecka z czymś brudnym?
Na przykład. Małe dzieci instynktownie same aplikują sobie taką szczepionkę, wkładając do buzi i liżąc wszystko, co się da, albo jedząc ziemię z doniczek – w ten sposób instalują sobie w przewodzie pokarmowym odpowiednią florę bakteryjną, która też odgrywa ogromną rolę w utrzymywaniu odporności.

Namawiasz do jedzenia ziemi?
To tylko przykład. Ale żadna tragedia się nie stanie, jak dziecko poliże ziemię albo własne palce pobrudzone ziemią, oczywiście, pod warunkiem że nie będzie ona zatruta jakąś substancją chemiczną. Z dzieciństwa zapamiętałem ciekawą w tym kontekście scenę, która miała miejsce w gabinecie słynnego wówczas w Warszawie pediatry, doktora Mroczka. Siedzę z mamą w poczekalni, z gabinetu wychodzi pacjentka z małym dzieckiem na ręku. W drzwiach żegna się z doktorem, a ten mówi: „Zapomniałem odnieść się do tego, że pani synek ma częste kolki”. Po czym wyjmuje z buzi dziecka smoczek, pociera nim gdzieś o podłogę i wkłada dziecku z powrotem do buzi ze słowami: „Teraz już będzie dobrze”.

Chyba przesadził.
Ja też byłem pod wrażeniem. Ale zapewne chciał zademonstrować, jak dzieci organizują sobie autoszczepionki. A przy okazji zaszczepić matce, a tym samym dziecku, zaufanie do otaczającego świata. Bo pozostawanie w harmonii i symbiozie z otaczającym światem jest podstawowym warunkiem ludzkiego zdrowia i szczęścia, a także zdolności do radzenia sobie z wieloma trudnymi wyzwaniami, z którymi życie i świat będą nas nieuchronnie konfrontować. Niestety, większość rodziców postępuje wbrew tej zasadzie. Odbywa się to na przykład tak: Mama idzie z trzyletnim dzieckiem na plac zabaw. W pamięci swojego dzieciństwa ma zapisane rodzicielskie dobre rady i ostrzeżenia rodziców, które – jak sądzi – uratowały jej życie, choć w istocie były to klątwy, które jej kawał życia zmarnowały: „Nie biegaj, bo się przewrócisz i zrobisz sobie krzywdę!”, „Uważaj, bo się pobrudzisz” itd. Mama nie zdaje sobie sprawy, a być może nawet tego nie pamięta, że ta chmura gróźb, którymi była w swoim dzieciństwie otoczona, zapisała się w jej mózgu w postaci zgeneralizowanego przekonania: „Jeśli idąc za swoimi naturalnymi potrzebami, oddalę się od mamy/taty, to groźny świat mnie skrzywdzi, więc moje naturalne potrzeby ruchu i zabawy, a także wielkie pragnienie autonomii są niewłaściwe i niebezpieczne – jestem więc dla siebie samej niebezpieczna”. Łatwo sobie wyobrazić, jaką krzywdę wyrządzamy dziecku, instalując w jego podświadomości naszą chmurę lęku przed światem.

Co robić, żeby tak się jednak nie stało?
Nauczyć się samokrytyki i ignorowania swoich lęków, tak aby nie determinowały naszych zachowań i wyborów. Dzięki temu będziemy w stanie pozwalać dziecku na to, na co nam nie pozwalano. To konieczne, jeśli chcemy, aby miało ono więcej niż my samoakceptacji i wiary w siebie.

Konieczne, ale niełatwe.
No tak. Bo jak przekazać niemowlęciu, że jest najważniejszą istotą na świecie, chociaż nic nie umie, niczego nie osiągnęło, robi w pieluchy, rzyga, nie daje spać po nocach i trzeba się nim bez przerwy zajmować? Jak bezwarunkowo akceptować, kochać i zachwycać się kimś takim? Pamiętajmy jednak, że najbardziej liczy się przekaz pozawerbalny. Jeśli zawiera w sobie spokojny, skoncentrowany i celowy sposób poruszania się, czuły i ciepły dotyk, miękki i zrelaksowany ton głosu, spokojny rytm serca, rozluźnione ciało, miłość, radość i zachwyt w oczach, brak pośpiechu i presji oraz gotowość do obdarowania dziecka dużą ilością nasyconego uwagą czasu – to dziecko będzie na resztę życia wiedziało, że bez względu na trudne okoliczności jest kimś ważnym, zasługującym na szacunek, uznanie, uwagę i miłość.

To są fundamenty, na których dziecko może budować dalsze życie?
Tak. O dwóch filarach już mówiliśmy: bezpieczeństwie i poczuciu własnej wartości. Jest też trzeci bardzo ważny filar – szacunek dla granic ciała, przestrzeni życiowej i strefy intymnej dziecka. Dziecko w wieku do lat trzech nie ma możliwości zaprotestowania, gdy naruszamy granice jego ciała. A przecież na tym etapie życia dorośli nieustannie kontaktują się z dzieckiem poprzez jego ciało: karmią, myją, pielęgnują, podnoszą, kładą, ubierają, rozbierają itd. Część z tych czynności – stosownie do stanu umysłu i emocji rodziców – robiona jest w pośpiechu, pod presją, a nawet w gniewie, bez zwracania uwagi na opór i płacz dziecka, przez co niebezpiecznie graniczy z przemocą. Szczególnie zmuszanie do jedzenia, pośpieszne ubieranie i rozbieranie, a także wszelkie zabiegi pielęgnacyjno-higieniczno-diagnostyczne często naruszają granice dziecka i na przyszłość uczą ulegania przemocy lub też niechęci i obawy przed bliższym kontaktem z innymi ludźmi. Tak więc nie wolno dziecka traktować, jakby było przedmiotem! Nie wolno też negatywnie oceniać wszelkich przejawów zainteresowania dziecka własnym ciałem. To bardzo ważna sfera jego rozwoju. Przez dotykanie siebie i sprawdzanie, jak to ciało funkcjonuje i reaguje, dziecko z wolna czyni to ciało własnym, poznaje je i zaprzyjaźnia się z nim, a od tego w dużym stopniu zależy to, czy stosunek przyszłego dorosłego do własnego ciała będzie pozytywny, czy wrogi. Nie trzeba chyba dodawać, jak wielkie znaczenie ma to dla jakości całego życia.

Kiedyś uważano, że noworodek nie czuje bólu, więc można poddawać go zabiegom medycznym bez znieczulenia.
Mam wrażenie, że takie podejście tu i ówdzie nadal pokutuje. Przejawia się na przykład w zmuszaniu dziecka do przedwczesnego kontrolowania zwieraczy i siadania na nocniku, w głodzeniu niemowlaka przy okazji karmienia na godziny, w pozostawianiu go samego w ciemnym pokoju i niereagowaniu na płacz, bo jak się wypłacze, to dobrze zaśnie itp. Na szczęście psychologia dziecięca już dawno odrzuciła i napiętnowała tę tradycję wychowawczą, zwaną szkołą pruską, która doprowadziła do wychowania kilku pokoleń ludzi sfrustrowanych, upokorzonych, o niskim poczuciu wartości. Ich wyparta, skumulowana agresja i potrzeba kompensacji przez wywyższenie stworzyły psychologiczne podglebie szaleństwa drugiej wojny światowej. Dobrze więc pamiętać, że tylko dzieci traktowane z szacunkiem i miłością będą w swoim dorosłym życiu odruchowo zdolne do traktowania innych z szacunkiem i miłością. W ten sposób właśnie losy świata decydują się w dziecięcych łóżeczkach i pokojach.

Małe dziecko budzi czułość. Nawet obcy ludzie chcą je całować, często w usta. To dość bezrefleksyjne naruszanie jego granic, nie uważasz?
Racja. Bawienie się dzieckiem, tulenie na siłę zaburza jego poczucie bezpieczeństwa i autonomii. Nasze własne potrzeby emocjonalne związane z naszym bólem załatwiajmy między dorosłymi, a nie między nami a dziećmi. Ta zasada powinna zresztą obowiązywać przez cały okres wychowywania. Przytulanie dziecka przez mamę i tatę jest oczywiście bardzo ważne, ale powinniśmy być wyczuleni na sygnały, które wysyła niemowlę, odwracając głowę, prężąc się, odpychając lub płacząc. Jeśli tego nie zauważymy albo to zignorujemy i na przykład przyciągniemy dziecko do siebie, wbrew jego woli i chęci, to zainstalujemy w jego psychice skłonność do ulegania przemocy ze strony innych ludzi.

Może przekraczanie granic w tym obszarze bierze się z opacznie rozumianego praktykowania bliskości?
Bliskość tak, ale nigdy na siłę. W wyrażaniu miłości do dziecka też trzeba zachować umiar, wykazać się wrażliwością na wysyłane przez niego sygnały, na jego rytm kontaktu i wycofania. Uważność rodziców na granice dziecka decyduje o tym, czy będzie ono umiało w dorosłym życiu słuchać swojego organizmu i rozumieć, o co mu chodzi. 

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Rodzic i jego oczekiwania, czyli jak zbudować prawdziwą relację z dzieckiem

Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości i aktywnego słuchania. (Fot. iStock)
Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości i aktywnego słuchania. (Fot. iStock)
Często jeszcze przed narodzinami dziecka układamy sobie idealny plan wychowawczy. Problem, że w tym planowaniu jest mało miejsca na potrzeby… dziecka. Jak więc zbudować prawdziwą relację?

Na jednej z warszawskich ulic młoda kobieta szarpie rozhisteryzowanego, 4-, 5-letniego chłopca. To jego mama. Oboje głośno krzyczą. Ostatecznie chłopiec siada na środku chodnika, bije pięściami mamusię, która próbuje go podnieść. Mijają ich podejrzliwie zerkający przechodnie. Przerażona kobieta bezradnie rozgląda się wokół i cicho prosi chłopca żeby wstał. Założę się, że przed narodzinami synka nie tak wyobrażała sobie relacje z dzieckiem. Co więc się stało?

W ostatnich latach nasze rodzicielskie plany bywają coraz bardziej szczegółowe: planujemy, kiedy zajdziemy w ciążę, jak będzie przebiegał poród, z ilu tygodni urlopu macierzyńskiego lub tacierzyńskiego skorzystamy. Układamy sobie w głowie obraz relacji z dzieckiem, nosimy w głowie cały szereg obietnic składanych.. samym sobie, które brzmią jak zaklęcia i zwykle zaczynają się od słów „nigdy” albo „zawsze”. Na przykład „NIGDY nie poniżę swojego dziecka publicznie, tak jak mnie poniżano; NIGDY nie będę go z nikim porównywał; ZAWSZE będę spokojnie i łagodnie rozwiązywała wszelkie spory; ZAWSZE przytulę dziecko, nawet jak będę zła".

Z czasem zaczynamy coraz bardziej koncentrować się na tym wszystkim, co wydarzyło się kiedyś. Po to, by nie zdarzyło się (NIGDY WIĘCEJ!) w naszej rodzinie. Sam fakt urodzenia się dzieci w jakiś magiczny sposób przenosi nas do dzieciństwa: przypominamy sobie różne sytuacje. Porównujemy się z niemowlęciem, przeciwstawiamy własne metody wychowawcze metodom rodziców. Gdy utykamy w trudnych wspomnieniach z dzieciństwa, okazuje się, że zamiast być w prawdziwym kontakcie z dzieckiem i realizować jego potrzeby, próbujemy zaspokajać swoje własne dziecięce niespełnienia, braki miłości, młodzieńczy bunt, żądając od wszystkich uwagi, miłości itd, czyli tego wszystkiego, czego kiedyś nie dostaliśmy. Koncentracja na tym niewiele ma jednak wspólnego z aktualnymi potrzebami naszego dziecka. Brnąc dalej tą ścieżką, stajemy się RODZICEM REAKTYWNYM, który przez większość swego rodzicielskiego czasu jest w reakcji na coś, co pochodzi z jego wewnętrznego świata, co powstało w przeszłości jako skutek smutku, zaniedbania, braku prawdziwej miłości i troski. To tu należy szukać źródeł bezradności albo niewłaściwie używanej siły i władzy w stosunku do własnych dzieci. Dlaczego 35-letni dorosły mężczyzna albo kobieta  czuje się bezradna  wobec 4-latka i jego histerii? Czego się przestraszyli? W jaką rolę bezwiednie wpadli?

Rodzic reaktywny to ktoś, kto nie ma prawdziwego kontaktu ze swoim dzieckiem, bo zbyt często bywa w kontakcie ze swoim wewnętrznym światem. Toczy wewnętrzny dialog, krótko mówiąc: nie ma go, jest nieobecny w relacji z dzieckiem i wcale nie z nadmiaru pracy. Jakiekolwiek wydarzenie choć trochę przypominające „tamtą” trudność wtrąca go z powrotem w jego wewnętrzny nierozwiązany od lat problem. I nie ma znaczenia, że sytuacja jest nieco inna - gwałtownie reagujące dziecko przypomina dorosłej kobiecie gwałtowną siłę, której kiedyś używano wobec niej. Kobieta nie może sobie z tym poradzić poradzić. Niepocieszone, przestraszone Wewnętrzne Dziecko w niej odzywa się znów. Zamiast krótkim komunikatem postawić granice, a potem z uwagą i miłością dopytać, co tak zirytowało malca, matka kuli się w sobie i cicho prosi malca, by „nie robił kłopotu”. Jeśli pozwolimy sobie zapaść się w przeszłości, zareagować tak jak w przeszłości, stajemy się nieobecni w relacji. Nie ma nas-rodziców w prawdziwej relacji z dziećmi. Wraca skrzywdzone dziecko, poniżany nastolatek, wyśmiewany publicznie i samotny.

Nawiązując do Analizy Transakcyjnej Berne’a, można powiedzieć, że to nie Dorosły albo Rodzic rozwiązuje problem z dzieckiem, ale zranione Wewnętrzne Dziecko usiłuje wyplątać się z bolesnej sytuacji. I nie jest to żadne zaburzenie, lecz zwykłe braki w komunikacji z drugim człowiekiem. Małym, nieświadomym, bezbronnym! To nieobecność w relacji tu i teraz, powszechna w nieuważnym, a czasem nieświadomym byciu w różnych rolach.

To także pewna forma zdrady wobec naszych dzieci. Bo zdrada w stosunku do dziecka to nie tylko jego odrzucenie. To także spłodzenie go (a tym samym obietnica składana dziecku i światu - bycia Rodzicem), a potem uporczywe, nieświadome trwanie w roli ofiary, Piotrusia Pana lub Księżniczki, gdy potrzebny jest pełnokrwisty świadomy swojej roli Rodzic.

Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości. Jak zadbać o świadome bycie w roli rodzica, o aktywne słuchanie, a świadomą komunikację z naszymi ukochanymi dziećmi?

  1. Wyjdź z wymiaru nigdy-zawsze, ten wymiar zwykle jest nierealny, a tobie (tak jak każdemu) zdarzą się wpadki.
  2. Rozeznaj się w swoich zasobach rodzicielskich. Zobacz, czym dysponujesz: jaki wzorzec dominuje w twojej komunikacji z dzieckiem?
  3. Dowiedz się jakie masz rangi, kim jesteś, jak używasz siły i wrażliwości w relacji z dziećmi?
  4. Jakie postaci (spersonifikowane wzorce osobowości) funkcjonują w twoim wewnętrznym świecie, kiedy i w jakim celu posługujesz się nimi, jakie masz trudności, by ich użyć w relacji z dzieckiem
  5. Dowiedz się, jaki jest twój mit życiowy, twój mit relacji z dzieckiem oraz twój rodzicielski mit, poszukaj ich w swoich snach, marzeniach o relacji ze swoim dzieckiem. Odkryj, czym dysponujesz, jaki jest twój jasny i mroczny sen wokół relacji z dzieckiem
  6. Dowiedz się, na czym polega prawdziwa żywa relacja, aktywne słuchanie, bycie w relacji, a czym wychodzenie z relacji. Naucz się używać całego spektrum różnych swoich cech i jakości z tym związanych, by móc w pełni świadomie być ze swoim dzieckiem, stawiać granice i otwarcie komunikować swoje uczucia.
Dorota Biały, psychoterapeutka i coach w Instytucie Psychologii Procesu, pracuje w Ośrodku Poza Centrum w Warszawie.

  1. Psychologia

Jak przygotować dziecko do samodzielnego życia?

Wejście w dorosłość to kluczowy moment dojrzewania – jeśli nie opuści domu, nie ma szans zmierzyć się z dorosłością i samodzielnym życiem. (Fot. iStock)
Wejście w dorosłość to kluczowy moment dojrzewania – jeśli nie opuści domu, nie ma szans zmierzyć się z dorosłością i samodzielnym życiem. (Fot. iStock)
Podobno to rodzice, nie dzieci, coraz częściej mają problem z odcięciem pępowiny. Jak przygotować się na wyfrunięcie młodych z gniazda? Na przykład skupiając się na przygotowaniu stosownego „posagu”. – Ale tak, by był dla nich podporą, a nie balastem – mówi psychoterapeutka Joanna Wróblewska.

Kiedy kończy się dzieciństwo?
W naszej kulturze przyjęło się myśleć, że wejście w dorosłość to albo moment, kiedy dziecko zdaje maturę i wychodzi z domu, albo gdy kończy studia i „rusza w świat”, ma pierwszą pracę, zarabia pierwsze pieniądze.

Dla dziecka jest to kluczowy moment dojrzewania – jeśli nie opuści domu, nie ma szans zmierzyć się z dorosłością i samodzielnym życiem. Dla rodziców bywa jednak trudny, ponieważ wiąże się z olbrzymią zmianą w całym systemie rodzinnym. Pozwolenie dziecku na odejście to wysoki próg do przejścia, zwłaszcza że dzisiejsi rodzice mają tendencję do chronienia dzieci przed całym światem, przed wszystkim złymi rzeczami, które mogą im się przytrafić. Bardzo ingerują w kontakty rówieśnicze, ale także w to, jak dziecko funkcjonuje w szkole. Chcą zadbać o to wszystko, z czym kiedyś młodzież radziła sobie świetnie sama.

Takie zachowania rodziców wynikają z chęci chronienia dzieci czy chodzi także o wyposażenie ich w jakiś kapitał?
Kapitał, w jaki wyposaża się dziecko, zależy od wartości wyznawanych w rodzinie i od tego, co rodzina postrzega jako ważne i przydatne. W niektórych domach najistotniejszy jest aspekt materialny, ważne jest, aby dziecko miało mieszkanie, samochód czy zabezpieczenie finansowe na start. W innych rodzinach z kolei nacisk położony jest na to, aby dobrze przygotować dziecko do wykonywania pracy, która będzie użyteczna dla innych. Jeszcze gdzie indziej najważniejsze będzie wykształcenie, stąd moim zdaniem zabieganie rodziców o wysokie oceny w szkole, dostęp do prestiżowego liceum postrzegany jest jako zapewnienie dobrego startu w dorosłość.

Czy taki kapitał może stać się balastem?
Czasem rodziny wyposażają dzieci w jakiś zawód, bo od pokoleń wszyscy w rodzinie są na przykład lekarzami czy adwokatami. I pojawia się presja, żeby syn czy córka także podążali tą drogą. Wtedy może to być balastem, bo nie każdy młody człowiek musi chcieć kontynuować rodzinną tradycję. Gdy dziecko nie wpisuje się w kanon, może to być trudne dla obu stron.

Ale kapitał będzie wartością, jeśli będą to zasoby, nie tylko materialne, z którymi dziecko będzie mogło zrobić to, co zechce?
Każdy „posag” jest cenny. Nawet ciężkie doświadczenia, z którymi w dorosłym życiu możemy się zmierzyć, będą nas rozwijać. Zatem trudne relacje, oczekiwania rodziców pozwalają nam dookreślać się jako dorosłym ludziom. „Posag” może być dwojaki. Można go postrzegać materialnie – jako mieszkanie, samochód, pieniądze, ale zawsze jest też ta część niematerialna, czyli to, jak nauczyliśmy się postępować w trudnych sytuacjach i wchodzić w relacje. To wszystko ma wpływ na to, jak poradzimy sobie w życiu.

W amerykańskich filmach widzimy, że rodzice w miarę możliwości dają dzieciom wykształcenie, ale potem młodzi opuszczają rodzinny dom. W Polsce odcinanie pępowiny trwa dużo dłużej.
Są właściwie dwa sposoby radzenia sobie z odchodzeniem dziecka. Jeden jest bardziej naturalny: gdy dziecko wyjeżdża do szkoły czy na studia. Drugi polega na przeciąganiu momentu wychodzenia z domu. Trwa to wtedy w nieskończoność – nawet gdy dziecko założy własną rodzinę i ma własne dzieci, rodzice są wciąż na podorędziu i często ingerują w jego życie, mówią: „Tego nie rób! Źle się zachowujesz!”. Im samym trudno jest przeciąć pępowinę.

To nadopiekuńczość czy przekonanie, że dzieci mają obowiązek „spłacić dług” wobec rodziców?
Wielu rodzicom wydaje się, że wychowują dzieci dla siebie, a tak naprawdę my wszyscy wychowujemy dzieci dla świata. To, jakich wyborów będą dokonywać, i jak będą zachowywać się jako dorośli, to ich suwerenna decyzja. Jeżeli stworzymy z nimi dobre relacje we wczesnej młodości i okresie dorastania, to same z siebie będą dzwonić do rodziców, by spędzić z nimi czas, dowiedzieć się, co słychać. Wychowywanie dzieci w duchu, że mają one jakiś obowiązek, sprowadza relacje na niewłaściwe tory – rodzice czegoś oczekują, a dzieci próbują uciekać od tych oczekiwań.

Jak wytłumaczyć dziecku, że „posag” ma nie być dla niego obciążeniem? Niektórzy rodzice starają się wyposażyć dzieci na starcie w pieniądze, mieszkanie, firmę…
Jeżeli przekazujemy dziecku jakieś wartości materialne, a czasami – co zdarza się już przecież także w Polsce – są to duże i dobrze prosperujące przedsiębiorstwa, to warto zadbać, by nie zostało przygniecione ciężarem, sprawdzić, czy faktycznie ono tego chce, oraz przygotować je do przejęcia tego majątku. A jeśli dajemy dziecku na przykład mieszkanie, to nie mówmy mu, jak ma je urządzić. Bo jeśli rodzic zawsze wie lepiej, to dziecko nie jest w stanie sprawdzić się jako dorosły człowiek, poznać konsekwencji swoich wyborów. Jeśli coś dajemy, to dajmy to naprawdę, na własność, pozwólmy dziecku tą własnością zarządzać. Okażmy mu zaufanie, przecież wiemy, jak je wychowaliśmy!

  1. Psychologia

Wychowanie - jak wyznaczać granice i docierać do źródeł problemów?

Pierwszy etap w życiu niemowlęcia powinien upływać pod znakiem bezustannej bliskości z matką. Potem jednak, w miarę jak dziecko odkrywa świat, słuszną postawą jest stopniowe wyznaczanie granic: tu kończy się mama, a tu zaczyna córka czy syn. (Fot. iStock)
Pierwszy etap w życiu niemowlęcia powinien upływać pod znakiem bezustannej bliskości z matką. Potem jednak, w miarę jak dziecko odkrywa świat, słuszną postawą jest stopniowe wyznaczanie granic: tu kończy się mama, a tu zaczyna córka czy syn. (Fot. iStock)
Czy wychowywanie dziecka zawsze musi przypominać szkołę przetrwania? Jak nie pozwolić wejść sobie na głowę? W jaki sposób wyznaczać granice? Gdzie szukać źródeł problemów? Psychiatra Robin Skynner w książce „Żyć w rodzinie i przetrwać” daje wskazówki i stawia zaskakujące tezy.

1. To nie geny decydują o podobieństwie, ale deficyty

Zdarza ci się zrobić grymas typowy dla twojej mamy lub usłyszeć: „z ciebie to wykapana babcia!”? Tak, to prawda, masz w sobie wiele cech krewnych, ale nie jest to kwestia genetyki, tylko nawyków przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Według Robina Skynnera nastawienia i sposoby reagowania, które dominują w danej rodzinie, są tak silne, że przejmują je nawet adoptowane dzieci czy psy. Co więcej, okazuje się, że dobierając się w pary, szukamy ludzi przypominających nam krewnych, czyli przejawiających podobne do naszych wzorce zachowań. W ten sposób, tworząc nową rodzinę, w pewnym sensie znów odtwarzamy własną. I tu tkwi szkopuł: otóż każda rodzina ma specyficzny sposób traktowania emocji, czyli jedne uważa za „dobre” i te otwarcie wyraża, a inne uważa za „złe” i te chowa – jak to określa Skynner – za kurtynę. Najciekawsze jest to, że dobieramy się właśnie na podstawie rzeczy schowanych za ową kurtyną. Czyli jeśli w twojej rodzinie wszyscy mieli problem z wyrażaniem złości, oczywiście starannie ukryty, najprawdopodobniej ty również go masz i zwiążesz się z mężczyzną, któremu też jest on nieobcy – bo zna go z własnego domu. Dobra wiadomość jest taka, że oboje możecie uświadomić sobie, co trzymacie za kurtyną i i zacząć z tym pracować.

2. Jeśli rodzice ci czegoś nie przekazali, to dlatego, że sami tego nie dostali

W rozwoju każdego człowieka występują określone etapy. Są jak kolejne lekcje, które trzeba odrobić, jeśli chce się uzyskać świadectwo dojrzałości. Zdarza się jednak, że pewne lekcje przegapiamy i są to zwykle te, które przegapili też nasi rodzice. Opuszczony etap będzie „wracał” do nas dotąd, aż go przepracujemy. Na przykład jeśli w okresie dorastania nie otrzymałaś od rodziców solidnej dawki miłości połączonej z dyscypliną, możesz mieć problem z akceptowaniem autorytetów oraz szefowaniem innym. Dlaczego rodzice nie dali ci tego, co powinni? Bo sami tego nie dostali od swoich rodziców, więc skąd mieli wiedzieć, że trzeba. Ale każdą lekcję można odrobić w dorosłym życiu.

3. Najszczęśliwsze małżeństwa nie boją się swoich wad

Każda krytyka trochę boli? Nieprawda! Według Robina Skynnera boli tylko ta, która dotyka rzeczy schowanych za kurtyną. Bo wtedy godzi w mniemanie o sobie. Jeśli zdajesz sobie sprawę z własnych wad, to nie denerwuje cię, jeśli bliska osoba je wytknie. Tacy ludzie tworzą najszczęśliwsze małżeństwa. Świadomość tę mogli zyskać w zdrowej i kochającej się rodzinie lub wypracować na drodze pracy wewnętrznej. Z kolei najbardziej destrukcyjne związki tworzą partnerzy, którzy tak dużo rzeczy chowają za kurtyną, i jest to dla nich tak przerażające, że obydwoje starają się utrzymać ją szczelnie zasłoniętą. Na co dzień nieustannie walczą ze sobą, ale mimo to nie potrafią się rozstać.

4. Najpierw trzeba dawać dziecku dużo bliskości, a potem je od siebie odsuwać

Pierwszy etap w życiu niemowlęcia powinien upływać pod znakiem bezustannej bliskości z matką. Potem jednak, w miarę jak dziecko odkrywa świat, słuszną postawą jest stopniowe wyznaczanie granic: tu kończy się mama, a tu zaczyna córka czy syn. – Niemowlę musi przekonać się, co jest wewnątrz, a co na zewnątrz jego osoby. Inaczej mówiąc, musi określić, co jest nim, a co nie jest. I na początek z wielu praktycznych względów to, co „nie jest nim”, to jego mama – pisze Skynner. Dlatego dobrze jest, jeśli w późniejszym rozwoju dziecka matka nie zawsze będzie od razu biegła do jego łóżeczka czy z prędkością światła reagowała na prośby i nalegania. Odrobina frustracji jest dla malucha dobra, bo uczy go radzenia sobie z trudnymi emocjami. Co nie zmienia faktu, że stały i bliski kontakt z matką jest podstawą właściwego rozwoju dziecka w pierwszych etapach życia.

5. Bajki pozwalają maluchom radzić sobie z dziecięcą gwałtownością

Dlaczego bajki dla najmłodszych często są tak okrutne? Dlaczego zaludniają je tłumnie wstrętne kobiety: wiedźmy, czarownice, macochy, złe siostry (no, może poza matkami chrzestnymi)? Te historie tak fascynują dzieci, bo – zdaniem Skynnera – odpowiadają przeżywanym przez nie fantazjom i projekcjom. Kilkulatki zaczynają oprócz miłości do matki odczuwać także złość, a czasem nienawiść. Ale jak można być złym na mamę?! Gdyby nie bajki, w których mogą dać ujście tym nowym, niepokojącym uczuciom i np. bezkarnie nienawidzić inną kobietę – wiedźmę, od razu schowałyby je za kurtynę. Bajki są dla dzieci wentylem bezpieczeństwa: im częściej będą mogły oczyścić się z trudnych uczuć, tym rzadziej będą je okazywać.

6. Pluszowy miś – ważny element dorastania

– Miś to „obiekt przejściowy”, czyli przedmiot, który pozwala dziecku przejść od stanu, w którym nie może długo wytrzymać bez wsparcia emocjonalnego dostarczanego przez matkę, do sytuacji, gdy może zacząć przyjmować je od innych ludzi – pisze Skynner. Gdy matki nie ma w pobliżu, przytulenie do pluszaka pozwala przywołać z pamięci jej dotyk i bliskość. Poza tym maluch, zajmując się swoim misiem, dowiaduje się wielu rzeczy o sobie. Zwykle każe mu „grać” siebie, podczas gdy on sam „staje się” matką misia. Mówi do niego, karmi, tłumaczy, żeby się nie bał… W ten sposób uczy się tego, co jest obowiązkiem matki, a co – dziecka, co jeszcze silniej wyznacza granicę pomiędzy nimi.

7. Wyraźne zakazy sprzyjają rozwojowi dziecka

To nieprawda, że wyrozumiali, wyluzowani rodzice to gwarancja lepszego rozwoju dzieci. Jest dokładnie przeciwnie. Według Skynnera, jeśli rodzice stawiają wyraźne ograniczenia, a zarazem nie przestają dawać dziecku wsparcia emocjonalnego, może ono wypróbować swoją siłę i nauczyć się stopniowo nad nią panować. Jeśli mama i tata nie stawiają wymagań, to jedyną rzeczą, jaka zostaje dzieciom, jest nieustanne sprawdzanie, gdzie są granice. Czyli: im mniej stanowczy dorośli, tym bardziej nieznośne latorośle! Ale uwaga: granice powinny być stawiane na zasadzie pokazania rozsądnej kary za złe zachowanie: „Nie rób tego, bo nie dostaniesz deseru”, a nigdy na zasadzie szantażu emocjonalnego: „Nie rób tego, bo mamie będzie przykro”.

8. Zdrowe rodziny są oparte na partnerstwie rodziców, dysfunkcyjne – na władzy matki

To jedna z najbardziej kontrowersyjnych teorii psychiatry. Sam długo się przed nią wzbraniał, ale doświadczenie wskazywało na jedno: w najzdrowszych rodzinach władza podzielona jest równo pomiędzy dwoje rodziców, w pozostałych przypadkach, gdy jedno z rodziców miałoby zostać szefem, to lepiej, by był nim ojciec, a nie matka. Zdecydowana postawa ojca, który powinien „wkroczyć na scenę”, gdy dziecko dorasta, to podstawa właściwego rozwoju malucha. Po pierwsze, tata wprowadza rządy silnej ręki, w kontraście do mamy, która pozostaje troskliwa i opiekuńcza. Poza tym ojciec ma jeszcze jedną ważną rolę do odegrania: odzyskać żonę, czyli stać się w pewnym sensie rywalem dla malucha. To ważny etap także dla rozwoju seksualności dziecka. Przekaz: „Rodzice się kochają i czasem chcą spędzać czas tylko ze sobą, w  swoim intymnym świecie” to impuls do tego, by miłości, akceptacji i spełnienia zaczęło szukać też w świecie zewnętrznym. Jest to najistotniejsze w tzw. fazie edypalnej, gdy dziecko zaczyna pożądać rodzica przeciwnej płci, czyli mniej więcej w wieku sześciu lat.

9. Lepiej mieć więcej niż jedno dziecko

Maluch, który ma rodzeństwo, uczy się obcowania w grupie i zdrowej rywalizacji. Poznaje zazdrość, uczucie często chowane za kurtynę, i powoli się z nią oswaja. Wprawia się też w zawieraniu kompromisów. Poza tym rodzice, którzy mają więcej niż jedno dziecko, rozkładają swoją opiekuńczość, troskę i przywiązanie na więcej niż jedną osobę. Jedynakowi trudniej się od nich uwolnić i uniezależnić.

10. Rodzice powinni przede wszystkim być rodzicami

Nastolatki nie tolerują przekraczania granic pomiędzy tym, co właściwe dla dorosłych, a co dla młodych. Dlatego tak źle reagują na to, gdy mama przychodzi na imprezę szkolną w seksownych dżinsach i obcisłej bluzce. Mama powinna się ubierać i zachowywać jak mama. Nie jak koleżanka czy siostra. Ona reprezentuje to, co rodzicielskie, tym samym dając dzieciom punkt odniesienia, wobec którego mogą określić siebie. Dlatego – według Skynnera – rodzice powinni obstawać przy swoich poglądach, nawet jeśli usłyszą, że są „wapniakami”, a usłyszą na pewno. I bardzo dobrze! Taka kolej rzeczy.

  1. Psychologia

Mądre wychowanie - czyli jakie?

Zadaniem rodzica jest wychować samodzielną, niezależną jednostkę. Taką, która poradzi sobie w świecie. (Fot. iStock)
Zadaniem rodzica jest wychować samodzielną, niezależną jednostkę. Taką, która poradzi sobie w świecie. (Fot. iStock)
Nie chodzi o to, by dać dziecku to, czego sami nie dostaliśmy. Ani o to, by chronić przed złem całego świata. To o co chodzi w rodzicielstwie? Wyjaśnia psycholog dr Magdalena Śniegulka.

Coraz więcej par odkłada na później decyzję o powiększeniu rodziny. Chcą skupić się na rozwoju zawodowym, życiowych przyjemnościach. Mówią: „To nie jest dobry czas na dziecko”, ale czy kiedykolwiek będzie?
Nigdy nie ma dobrego momentu na dziecko. Ale też pary, o których pani mówi, nie stanowią większości. Nadal jest sporo osób, które zostają rodzicami stosunkowo wcześnie, tak jak zrobili to ich rodzice i rodzice ich rodziców. Na pewno coraz więcej wiemy o dzieciach i dzieciństwie oraz potrzebach tego okresu. I jest w nas większa gotowość na zaspokajanie tych potrzeb. A to może być trudnym, obciążającym wyzwaniem. Poza tym nasze społeczeństwo staje się coraz bogatsze, a w związku z tym poszerza się oferta skierowana do osób, które chcą, jak to się mówi, korzystać z życia.

Powiedzmy, że jestem młodą kobietą na progu dorosłego życia. Zwykle jeszcze na tzw. dorobku, nie na wszystko mogącą sobie pozwolić. I stoję przed dylematem: czy decydować się na dziecko, które nie tylko zahamuje mój awans zawodowy, ale też któremu nie będę mogła zapewnić tego, co chciałabym? A chciałabym wiele. Dlaczego? Bo jako dziecko łaknęłam dóbr, które nie były dostępne i teraz chciałabym to wynagrodzić mojemu dziecku. Tylko, że ono do szczęścia nie potrzebuje aż tylu rzeczy. Tak naprawdę ono potrzebuje głównie mnie.

Stąd przekonanie, że nie mogę sobie pozwolić na dziecko, dopóki nie będę mogła zapewnić mu dostatniego życia?
Właśnie. Odstraszająca może być także świadomość tego, że dziecko potrzebuje uwagi. Jeśli jesteśmy na fali wznoszącej, zadowoleni ze swojego życia, to może nam być bardzo trudno to przerwać i poświęcić się dla dziecka.

Czy tacy „spóźnieni” rodzice będą mieli potem inne podejście do wychowania niż ci, którzy nie zwlekali i zrobili to „na spontanie”?
Na pewno, ale ja bym wolała unikać wartościowania. Jest wiele czynników, które wpływają na to, jakimi będziemy rodzicami. Znam wiele badań na temat tego, jaki wpływ na przyszłe życie ma to, czy byliśmy jedynakami czy też pierwszym lub drugim z rodzeństwa. Wiele z nich wykazuje, że tak naprawdę kluczowa jest dojrzałość rodziców. Wtedy zarówno bycie jedynakiem, jak i piątym dzieckiem z rzędu jest zasobem, nie ograniczeniem. Dojrzałość to podstawa i nie zależy ona od wieku czy tego, na jakim etapie życia jesteśmy. Dojrzałość ułatwia zachowanie dystansu i wyhamowanie ciągot do bycia rodzicem idealnym. Dojrzałość daje wolność i zrozumienie, że naprawdę nie muszę aż tak wiele, jak mi się wydaje.

To, co jest niepokojące, to sytuacja, w której mamy dziecko, czas i pieniądze, żeby je wychować, ale jednocześnie jest w nas wiele niepewności i lęku, więc skupiamy się na usuwaniu wszelkich niedogodności i przeszkód spod nóg dziecka. Wydaje nam się, że zawsze musimy być w stanie pełnej gotowości, że musimy być gwarantem szczęśliwego dzieciństwa. To może być potwornie męczące i dla rodzica, i dla dziecka. Nie na tym polega nasza rola.

A na czym polega?
Zadaniem rodzica jest wychować samodzielną, niezależną jednostkę. Taką, która poradzi sobie w świecie. Bo przecież nie wiemy, jak długo będzie nam dane uczestniczyć w życiu dziecka, czy nas nie zabraknie, a może samo wcześnie wyjdzie z domu. Dlatego od momentu porodu powinniśmy pamiętać, że dziecko nie jest naszą własnością, lecz osobnym bytem. To bardzo trudne zadanie, ale daje też rodzicowi wolność i poczucie „ja też jestem ważny”. Jednak to się nie uda bez akceptacji siebie.

Jakie sprawy trzeba w sobie „pozałatwiać”, żeby przygotować się dobrze do roli rodzica?
Pojawienie się dziecka to dobry moment, żeby zastanowić się nad tym, jaką jestem osobą, jakie rzeczy są dla mnie ważne, jakie wartości. Czego będę uczyć moje dziecko? Jak będę je wprowadzać w świat? Ile siły mam w sobie, żeby z tym światem się zmierzyć? Co w ogóle sądzę o świecie?

Ważne jest też to, jaki mamy stosunek do własnego dzieciństwa. Czasem obserwuję pewną postawę u dorosłych, którą można wyrazić słowami: „Taka jestem, bo takich miałam rodziców”. Tak może powiedzieć dziecko, dorosły powinien już rozumieć pewne mechanizmy i mówić raczej na przykład: „Jest mi trudno wyrażać emocje, ale mogę się tego nauczyć”. Miejmy świadomość, że jakkolwiek nasi rodzice nie byli wolni od błędów, to jednak chcieli dla nas dobrze. Bardzo rzadko spotyka się rodzica, który robi dziecku celowo krzywdę, większość chce jak najlepiej. Jedni myślą, że najlepiej to znaczy wyznaczać granice, inni, że należy być przyjacielem, a jeszcze inni, że trzymać dzieci na dystans. Która metoda jest najlepsza? To zależy od dziecka. Bo nasze dziecko to nie my. System wychowawczy, który byłby najlepszy dla nas, jemu może nie posłużyć. Niektóre dzieci są łatwe i przyjemne, uśmiechają się od małego, bardzo szybko odnajdują się w kontekście społecznym, internalizują normy i zasady, są wrażliwe… Inne potrzebują dużo czasu, żeby się tego nauczyć, a na dodatek mają taki temperament, że reagują złością w sytuacjach dla nas neutralnych. Każde z tych dzieci potrzebuje zupełnie innego wzmocnienia, ale każde potrzebuje też akceptacji.

Wielu rodziców jest przekonanych, że dzieci same sobie nie poradzą bez ich ciągłego wsparcia.
Chciałabym, żeby współcześni rodzice pozbyli się tej napinki. Żeby potrafili zobaczyć w sobie zasoby, które będą stanowiły dla dziecka oparcie. Żeby byli też gotowi dziecko pooglądać. Nie kierować nim, nie sugerować mu dróg, tylko wspierać w kroczeniu tymi, które samo wybierze. I pozwólmy dziecku być dzieckiem, pozwólmy mu „marnować” czas. Rodzice, którzy boją się, że dziecko sobie nie poradzi, zwykle nie dają mu żadnych możliwości, żeby się nauczyło dawać sobie radę. Bo jak się uczymy najlepiej? Na własnych błędach!

Jakie są największe wyzwania dla współczesnego rodzicielstwa? Media? Świat wirtualny?
Myślę, że w każde rodzicielstwo jest wpisane zadanie zmierzenia się z postępem cywilizacyjnym, odnalezienia się w nowym świecie, by potem przeprowadzić przez niego nasze dziecko. Wyjątkowe dla naszych czasów jest to, że młodsze pokolenia są bardziej kompetentne i uzdolnione w kwestii nowych technologii. Dlatego największym wyzwaniem współczesnych rodziców jest umieć słuchać dziecka i przyznać, że w pewnych sprawach to ono jest ekspertem. I nie przesadzajmy z czarnym PR-em. Dostępność Internetu ma wiele pozytywnych aspektów – obecnie można w nim znaleźć w sekundę informację na każdy temat, kiedyś dostęp do takiej wiedzy był utrudniony. Przy umiejętnym pokierowaniu Internet może zachęcić nasze dzieci do pogłębiania wiedzy. Dlatego nie narzekajmy na wirtualny świat, bo nie ma co stawać w poprzek postępowi. Jeszcze sto lat temu wprowadzenie elektryczności uznawano za straszne zagrożenie.

Są rodzice, którzy jednak starają się stawać w poprzek.
Ale wtedy wychowują swoje dzieci pod kloszem, z dala od realnego świata, tak jakby Internet, telewizja i gry nie istniały. Przecież wszyscy żyjemy w jakiejś społeczności, nie jesteśmy samotną wyspą. Jeśli dziecko w domu nie styka się z grami czy światem wirtualnym, większego szoku poznawczego dozna, gdy dorośnie i dopiero wtedy pozna zakazany owoc. Poza tym poczuje się wykluczone, jeśli w szkole co chwila będzie słyszało o nowych grach czy filmach. Zrobimy mu większą przysługę, jeśli nauczymy korzystać z nowych technologii w sposób krytyczny. Sama znam kilkulatki, które oglądają reklamy i mówią: „Ale bzdury chcą nam wcisnąć”.

W jakim stopniu dzieci świadczą o nas? A w jakim tylko o sobie?
To strasznie trudne pytanie. Bo dzieci są różne, po prostu. Jedne są ciche, dobre, wrażliwe i utalentowane, inne trudne, wybuchowe, powolniejsze. Z tych pierwszych łatwo być dumnym i przyjemnie jest podbijać sobie samopoczucie myślą, że to dzięki nam taki fajny egzemplarz dostał świat. Ale są też sytuacje, w których trudno być dumnym ze swojego dziecko. Zwłaszcza jeśli ma jakieś dysfunkcje, np. ADHD czy kłopot z przystosowaniem się do pewnych form. Znam rodziców, i bardzo ich za to podziwiam, którzy są niezwykle dumni z wysiłku, jakie ich dziecko wkłada w to, by sobie poradzić z tymi dysfunkcjami. Prawda jest taka, że dzieci prócz nas wychowuje świat. Oczywiście rola rodzica jest nieoceniona, ale to, kim się staje dziecko, to już wyłącznie jego zasługa. Na pewno możemy być dumni z tego, że na różnych etapach jesteśmy z dzieckiem i pokazujemy mu pewne narzędzia, a ono korzysta z nich w dobry lub mniej mądry sposób. Myślę, że można być też dumnym z tego, że dziecko nie jest mną, że jest inne, samodzielne.

Dr Magdalena Śniegulska psycholog, dydaktyk ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.