1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Tomasz Srebnicki: Jakie studia wybrać?

Tomasz Srebnicki: Jakie studia wybrać?

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Rozpoczęcie studiów często wiąże się z wieloma ważnymi decyzjami i życiowymi zmianami. Jak się ich nie bać i nastawić się optymistycznie do tego, co nieznane – radzi ekspert SENSu, Tomasz Srebnicki

Rozpoczęcie studiów często wiąże się z wieloma ważnymi decyzjami i życiowymi zmianami. Jak się ich nie bać i nastawić się optymistycznie do tego, co nieznane – radzi ekspert SENSu, Tomasz Srebnicki – Moją pasją od dwóch lat jest psychologia, lubię czytać magazyny psychologiczne, książki – pisze czytelniczka SENSu, 19-letnia Sylwia. – Lubię rozmawiać z ludźmi i radzić im oraz sama uczyć się od nich nowych rzeczy. Do tej pory myślałam, że studia, na jakie się wybiorę, to będzie właśnie psychologia. Krótko przed składaniem deklaracji na uczelnie zrezygnowałam z tego pomysłu, gdyż nie byłam pewna, czy interesuje mnie ta dziedzina z powodu tzw. powołania, czy raczej dlatego, że samej pomaga mi się kształtować. Za namową rodziny zdałam na filologię, ale nie czuję do tego kierunku zbytniego zapału. Dodatkowo jestem bardzo daleko od rodziny i przyjaciół, widujemy się sporadycznie. Czuję wielką niechęć do tych studiów i zastanawia mnie, z czego ona wynika: czy to kwestia wieku, czy może nie chcę robić czegoś, bo każdy to robi. Tego, że muszę iść na studia, bo każdy idzie. Z drugiej strony bałabym się też na nie nie iść. Kiedyś trudno było mi decydować o sobie, lecz dzięki wielu czynnikom zdałam sobie z tego sprawę i staram się to zmieniać. Niestety, odnośnie studiów mam duży mętlik. Domyślam się, że może mnie tu spotkać wiele dobrego i cennego, ale czy warto coś robić, mimo że jest się niezdecydowanym? Tym bardziej że gryzie mnie sumienie, że rodzice wydają dużo pieniędzy na wynajęcie pokoju i moje wyżywienie, a sytuacja materialna naszej rodziny nie jest łatwa. Mama zachęca, mówi, że to będzie fajna przygoda. A może tak naprawdę podświadomie myślę, że te studia nie dadzą mi wiele, a utracę wszystko, co miałam?

ODPOWIEDŹ PSYCHOLOGA: Sylwio, na początku chciałbym wyrazić wielki podziw dla tego, że zdecydowałaś się nie iść na psychologię po to, aby rozwiązać swoje problemy. Do tego służy psychoterapia, a nie studia, które u osób idących na nie z motywacją poznania siebie stają się nierzadko wielkim rozczarowaniem. Wracając jednak do głównego wątku, wydaje mi się, że twoje wątpliwości są całkowicie uzasadnione w świetle dość znacznej zmiany wiążącej się z rozpoczęciem studiów. Oczywiście, nadajesz jej wiele interpretacji. Często w takich sytuacjach warto odwołać się do racjonalności. Przede wszystkim po to, aby dostrzec, w którym punkcie zaczynają się nasze, często irracjonalne, interpretacje. Zatem: po pierwsze, rozumiem, że twoi przyjaciele i ty jesteście razem tylko dlatego, że mieszkacie blisko, z czego wynika wprost, że wszyscy, którzy mieszkają blisko, są twoimi przyjaciółmi. Po drugie, twoi rodzice są pod bronią zmuszeni do tego, żeby łożyć na twoje utrzymanie, bo inaczej zostaną wywiezieni na roboty na Syberię. Po trzecie, droga do twojego domu i przyjaciół została szczelnie zaminowana w dniu twojego wyjazdu. Podsumowując, twoje obawy są jak najbardziej naturalne, ale pamiętaj, że studiowanie zajmuje ok. 20 proc. życia, a pozostałe 80 to rozwój w innych sferach. Zachęcam cię zatem do dalszego rozwoju, możesz wybrać nawet archeologię śródziemnomorską. To naprawdę nie ma wielkiego znaczenia. Powodzenia!

Więcej listów od czytelników znajdziesz w każdym numerze SENSu w rubryce Listy do psychoterapeuty.

Masz problem, z którym nie możesz sobie poradzić? Napisz do naszego eksperta: sens@zwierciadlo.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Problem z podjęciem decyzji? Najlepszym doradcą jest intuicja

W podejmowaniu decyzji najlepiej sprawdza się połączenie intuicji z analizą. (Fot. iStock)
W podejmowaniu decyzji najlepiej sprawdza się połączenie intuicji z analizą. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Serce czy rozum? Rady znajomych czy lista „za” i „przeciw”? Czym się kierować w podejmowaniu drobnych i większych decyzji? Dr Anna Mazur stawia na połączenie intuicji z analizą.

Przede mną konieczność podjęcia decyzji. Analizuję plusy i minusy różnych rozwiązań i coś postanawiam. To słuszna droga? Według teorii racjonalnej – jak najbardziej, ale w życiu niekoniecznie (śmiech). Podobnie w biznesie. Ważne, ile masz czasu na podjęcie decyzji. Jeśli niewiele, to by postanowić, czy wziąć kredyt mieszkaniowy, nie przeanalizujesz przecież wszystkich danych, bo nie masz do nich dostępu. Rozważysz tylko parę podstawowych opcji.

Nadal obraz jest niepełny. Klasyczna teoria decyzji tego nie przewidywała, dopiero współczesne o tym mówią, że rynek może w krótkim czasie zachować się na nieskończoną ilość sposobów. Świat za dwa dni będzie wyglądał tak jak dziś, ale za tydzień wszystko może się zmienić.

Czyli analiza słabych i mocnych punktów nic nie daje. Załóżmy, że zastanawiam się nad rozwodem. Wiele kobiet przegaduje taki problem z przyjaciółką... No tak, ale w jaki sposób przyjaciółka spojrzy na sprawę? Zdecydowanie pod swoim kątem, przez własne filtry, a nawet sympatię (lub jej brak) do twojego męża. Udzieli porad, które niekoniecznie muszą być dla ciebie dobre. Załóżmy, że sama wyszła za mąż z powodów ekonomicznych i dojdzie do wniosku, że skoro nie opływasz w bogactwo, lepiej się rozwieść. A dla ciebie inne wartości są ważne.

Może więc szukać innych sposobów? Przede wszystkim trzeba mieć dobry wgląd w siebie, bo nie zawsze dobrze wiemy, czego chcemy od życia. Jeśli znamy siebie, to podjęcie decyzji o rozwodzie nie powinno być trudne, choć i tak nie przewidzimy, co się wydarzy później.

Co pozostaje? Intuicja? Ludzie zwykle myślą schematami, w podejściu intuicyjnym chodzi o to, by się od nich oderwać. Potocznie się mówi, by kierować się sercem. Jednak nasze odczucia również mogą być nafaszerowane wartościami społecznymi. To, co mówiła matka i babcia, bierzemy za swoje.

Gdzie więc szukać odpowiedzi? W sobie! Jeśli masz uruchomiony mechanizm samorefleksji, wtedy uzyskasz dla siebie jasne odpowiedzi. Pewnie, że warto słuchać ludzi, bo czasami mogą pokazać rozwiązanie, którego nie wzięłaś pod uwagę. Nie należy go jednak bezkrytycznie przyjmować! Raczej obserwować siebie, jak reagujesz. Załóżmy, że w konkretnej sytuacji pojawia się u ciebie lęk i nie jesteś w stanie go pokonać, więc kierowanie się intuicją okaże się zawodne, bo zwycięży strach.

Reakcja jest szyta na moją miarę? Ona zależy od typu osobowości, ale pozostaje pytanie, czy od dziecka uczymy się konkretnych reakcji, jak chociażby ucieczki, czy reagujemy automatycznie, z poziomu podświadomości.

A reakcji wyuczonych łatwiej się pozbyć? Jeśli zdajesz sobie sprawę, jak reagujesz, i wiesz, że przekazała ci to matka albo ojciec, łatwiej się przeprogramować. Jeżeli reakcja wychodzi z podświadomości, to informacja nie przebija się do świadomości i nie możesz nic z tym zrobić. Pozostaje ci tylko wypytać otoczenie o to, jak się zachowujesz. Załóżmy, że boisz się ryzyka finansowego, a masz podjąć decyzję o kredycie. Obawiasz się, że nie spłacisz, bo możesz stracić pracę. A może warto zaryzykować i pożyczyć pieniądze, mimo lęku?

No właśnie, głos lęku a intuicji, jak je odróżnić? To nie takie łatwe. Jeśli podświadomość masz oczyszczoną i nie widać u ciebie reakcji automatycznych...

To sytuacja idealna! Ale załóżmy, że możliwa. Wtedy możesz świadomie podejmować decyzje. Gdy decyduje osoba lękowa, to intuicja bywa zawodna. Może też nie być czystą intuicją! Bo pytanie, czy zawsze szybka ocena z poziomu podświadomości jest intuicją? Wyobraźmy sobie, że głos wewnętrzny podpowiada mi, żeby nie iść na spotkanie. A może to być zwykły opór i lęk, że na przykład kogoś spotkam? By to rozróżnić, wchodzę w stan relaksu, wyciszam się. Wtedy zadaję sobie jeszcze raz pytanie: iść czy nie iść? Gdy jestem spokojna i pozytywnie nastawiona do życia, reakcje lękowe znikają. Jeśli głos wewnętrzny nadal mi szepcze, żebym została w domu, słucham go. Inną metodą odróżniania lęku od intuicji jest poznanie języka tejże intuicji. W jaki sposób ona do mnie przemawia, jak reaguje ciało, co mi przychodzi do głowy, jakie myśli i emocje. Wtedy od razu wiem, czy to intuicja, czy lęk albo wygodnictwo.

A gdyby zdefiniować intuicję? Niektórzy badacze mówią, że jest to instynkt albo że ona idzie z umysłu podświadomego, ale dzisiejszy rozwój nauki jest ekspresowy i nie postawiłabym znaku równości między informacją płynącą z podświadomości a intuicją. Raczej chodzi o kontakt z nadświadomością, którego na razie nauka nie rozważa. Noblista z dziedziny ekonomii Herbert A. Simon mówił, że intuicja to umiejętność racjonalna, ale tak szybka, że nie rejestrujemy poszczególnych kroków analizy. Tradycyjnie intuicja była związana z poznawaniem świata i angażowano ją do poznawania tego, czego nie dało się zbadać w sposób racjonalny. Dzięki rozwojowi nauki i wprowadzeniu intuicji do zarządzania nieco zmieniła status. Teraz jest uważana za umiejętność praktyczną. Można powiedzieć, że to zdolność błyskawicznego osądu bez racjonalnego analizowania krok po kroku. My wiemy, którą drogą pójść, ale nie wiemy, skąd to wiemy! Zresztą, coraz więcej mówi się o intuicji, bo wiedza racjonalna nie wystarcza, kiedy rzeczywistość jest nieprzewidywalna, brakuje informacji lub jest ich za dużo, a my mamy szybko zadecydować. Logiczna analiza może doprowadzić do sytuacji, w której nie jesteśmy w stanie wybrać żadnego wyjścia, bo np. wszystkie rozwiązania są równie dobre.

I co wtedy? To sytuacja, w której musimy sięgnąć do innych sposobów, jak intuicja właśnie. Możemy patrzeć na nią z różnych punktów widzenia. Często się podkreśla, że intuicja bywa omylna. A czy metoda racjonalna nie bywa omylna? Pewność daje tylko droga dedukcji, lecz na starcie możemy mieć błędne założenia. Coraz częściej okazuje się, że właśnie baza danych nie jest prawdziwa. Można na przykład przyjąć fałszywe założenia o naszej rzeczywistości.

To będzie nasze spojrzenie na rzeczywistość... No tak, a jak zestawimy choćby fizykę klasyczną z kwantową, to mamy dwa inne światy, nieprzystające do siebie rzeczywistości. Posługujemy się cały czas metodami racjonalnymi i dochodzimy do innych wniosków. Fizyka klasyczna mówi, że świat będzie istniał z nami i bez nas, jesteśmy tylko zewnętrznymi obserwatorami. Fizyka kwantowa mówi, że tworzymy ten świat w procesie życia, jesteśmy kreatorami, i zależnie od tego, co stworzymy, tak widzimy świat. Dlatego tak znaczącą rolę odgrywają nasze filtry, wartości. Każda osoba może podjąć inną decyzję, zobaczyć inne rozwiązania.

Chociaż analiza słabo się sprawdza, w naszym świecie wciąż króluje logiczna lewa półkula mózgowa, racjonalizm... Intuicja jest często przeciwstawiana logicznemu myśleniu, tak jak analiza syntezie. Synteza to kojarzenie informacji z różnych dziedzin i łączenie ich w całość. Często stawia się wręcz znak równości między nią a intuicją. Analiza to logiczne wyciąganie wniosków punkt po punkcie. Osoby, które potrafią myśleć syntetycznie, często mają dominującą prawą półkulę, osoby analityczne – lewą. Warto tu dodać, że podział na funkcje prawej i lewej półkuli jest bardziej skomplikowany, niż się do tej pory wydawało naukowcom! Cokolwiek robimy, wymaga to współdziałania obu półkul. Filipiński mistyk Jaime Licauco mówi, że osoby podejmujące decyzje głównie intuicyjnie potrafią w pewnym sensie zawiesić działanie lewej części mózgu i dopuścić do głosu prawą półkulę. Istnieje też hipoteza, że potrzebna jest równowaga obu półkul. Dopiero wtedy możemy w pełni wykorzystać możliwości umysłu. Licauco opublikował test sprawdzający, którą półkulę mamy dominującą. Gdy sam się przetestował, okazało się, że ma równowagę między półkulami. Kiedy zajmował się rynkiem nieruchomości, wchodził do mieszkania i odczuwał energię miejsca. Decydował się na transakcję zależnie od swoich odczuć. Jeśli czuł negatywne emocje, nie kupował.

Tu miał decyzję prostą, a sytuacje złożone? Taka zdolność może nie wystarczyć. Weźmy pod uwagę ludzkie zachowanie, sposób reagowania w określonych sytuacjach, tu potrzebna jest większa baza danych. Myślę, że skuteczniejsze będzie połączenie decyzji intuicyjnych z analitycznymi.

Słyszałam, że osoby intuicyjne zwracają uwagę na reakcje ciała? Jak najbardziej! Wyobrażają sobie, że decyzje są daniami w restauracji, i obserwują reakcje ciała. Jeśli ich odrzuca, to odpowiedź brzmi „nie”, a jeśli czują, że to danie było smaczne, odpowiedź jest na „tak”.

Biznesmeni niechętnie się przyznają do korzystania z intuicji.... Tak, ale to dlatego, że nie ma aprobaty społecznej dla intuicji, dużo się mówi i publikuje na temat tego, że bywa omylna.

A co mówią prywatnie? Twierdzą, że byli przekonani o podejmowaniu decyzji racjonalnych, teoretycznie działali według schematu. Ale na podstawie racjonalnych danych często nie sposób podjąć dobrej decyzji. Zwłaszcza gdy staje się przed nową, niepowtarzalną decyzją, a dostęp do informacji albo czas jest ograniczony. Wtedy ujawnia się intuicja. Biznesmeni nie chcą się jednak przyznawać do zawierzenia intuicji, bo osiągnęli sukces. Wciąż chcemy opierać się na twardych danych, wierząc, że to nam da wiedzę pewną albo chociaż prawdopodobną. Naszą kulturę zdominował rozum, a nie przeczucia. Intuicja kojarzy się z czymś irracjonalnym, szalonym, dlatego menedżerowie boją się, że mogą zostać posądzeni o niekompetencję.

Mówi się, że intuicja to bardziej kobiece narzędzie... To wynika w dużym stopniu z wychowania i tradycji. Kobiety w naszej kulturze częściej rozwijają zdolności prawej półkuli, mężczyźni – lewej, i w efekcie kobiety mają bardziej rozwiniętą intuicję. Dziewczynki częściej uczą się rysować, tańczyć, śpiewać. Tak sytuacja wygląda u przeciętnych ludzi, bo według amerykańskich badań im wyższe stanowisko, tym częstsze korzystanie z intuicji, a na samej górze wciąż jest więcej mężczyzn. Dlatego wydaje mi się, że ideałem będzie zsynchronizowanie obu półkul.

Jak do tego doprowadzić? Są specjalne nagrania muzyczne, są też ćwiczenia oddechowe. Jeśli chodzi o rozwój intuicji, powstało wiele nowych technik, zestawy ćwiczeń jogi, które powodują wejście w odmienny stan świadomości, medytacje, techniki relaksacyjne, także Theta Healing albo Matryca Energetyczna dr. Bartletta. Najnowsze badania, m.in. Richarda Davidsona, potwierdzają w pełni skuteczność takich sposobów. Jeśli kogoś to nie pociąga, może uprawiać sport, on też wyzwala korzystne stany umysłu. Bardzo polecam.

Anna Mazur, doktor nauk ekonomicznych w dziedzinie zarządzania, socjolog i filozof. Specjalizuje się w zarządzaniu wiedzą i intuicją w podejmowaniu decyzji.

  1. Psychologia

Jaką rolę społeczną odgrywasz na co dzień?

Role społeczne składają się z pewnych sugestii co do tego, jak należy się zachowywać w danej sytuacji. (Ilustracja: Getty Images)
Role społeczne składają się z pewnych sugestii co do tego, jak należy się zachowywać w danej sytuacji. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Być matką, ojcem, szefem znaczy dzisiaj kompletnie co innego niż kiedyś. Coraz częściej dzieci decydują, podwładni rządzą. Jak te zmiany tłumaczyć – wyjaśnia Jarosław Kulbat, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS Wydziału Zamiejscowego we Wrocławiu.

Co to znaczy, że odgrywamy jakąś rolę? To znaczy, że zachowujemy się tak, jak tego oczekują ludzie z naszego otoczenia, jak widzi nas społeczeństwo, jak stanowią obowiązujące w danej grupie czy w kulturze normy, które tę grupę czy kulturę konstytuują. Można powiedzieć, że role społeczne składają się z pewnych sugestii co do tego, jak należy się zachowywać w danej sytuacji.

Ale normy się rozluźniają, sugestie wykluczają. Można się pogubić. To prawda. Bywa, że menedżer w stosunku do swoich podwładnych jest bardziej przyjacielem niż zwierzchnikiem. Budując zażyłe stosunki z pracownikami, traktuje bliskość interpersonalną jako szczególny rodzaj zarządzania – trudniej bowiem odmówić wykonania zadania znajomemu szefowi. Z kolei rodzice postrzegają relacje z dziećmi bardziej egalitarnie, to znaczy oddają im część wpływu i kontroli. Pytając małe dzieci o zdanie na jakiś temat, łamią w pewnym sensie dotychczasową konwencję, która bierze się z mądrości ludowej głoszącej, że dzieci i ryby głosu nie mają. Przypisaną sobie rolę przekraczają także ojcowie, angażując się w wychowanie dzieci. Nowoczesny ojciec, który nawiązuje czułą relację z dzieckiem, na pewno wypadł z dotychczasowej roli, która polegała przede wszystkim na dbałości o utrzymanie rodziny.

Jak te zmiany ról tłumaczyć? To zjawisko mnie nie zaskakuje, jest odzwierciedleniem zmiany presji ze strony otoczenia społecznego, zmian cywilizacyjnych, a te są nieuchronne. Warto zwrócić uwagę na wzrost znaczenia nie tylko bezpośredniego otoczenia społecznego, ale także na siłę oddziaływania mediów społecznościowych, które lansują swoje wzorce, swój styl życia.

To zjawisko może niepokoić? Nie widzę w nim szczególnego zagrożenia. Według mnie to naturalny proces, tak było, jest i prawdopodobnie będzie. Proszę zauważyć, że kiedy wchodzę w kontakt z osobą, której rola społeczna jest mi znana, to mogę przewidzieć, jak ta osoba będzie się zachowywała.

No właśnie, po to między innymi są role, żeby zapewnić nam przewidywalność, poczucie bezpieczeństwa. Zgadza się. Jestem nauczycielem akademickim, więc wiem, czego spodziewać się po studentach, a studenci wiedzą, czego się spodziewać po mnie. To ważny aspekt roli. W rolach jest nam wygodnie. Natomiast kiedy przestaje nam być wygodnie, to podejmujemy decyzję, żeby się z roli wyłamać. Z różnych powodów: ideologicznych (bo moje poglądy są niezgodne z założeniami tej roli) albo pragmatycznych (bo to mi się bardziej opłaca), albo wizerunkowych (bo chcę zrobić na kimś wrażenie wyluzowanego). Wyjście z roli może wiązać się z sankcjami społecznymi, bo u podstaw roli społecznej leży mechanizm, który dość dobrze mamy przećwiczony, a mianowicie odrzucanie tych, którzy nie podporządkowują się normom. Wychodząc z roli, podejmujemy więc ryzyko.

Wydaje mi się, że dla dobra dziecka role rodzice – dzieci powinny być jasno określone, a często nie są. Margaret Clark i Judson Mills prowadzili badania wzorców wymiany wśród ludzi pozostających w bliskiej zażyłości. Okazuje się, że charakterystyczne dla tych relacji jest między innymi to, że nie działa w nich reguła wzajemności, którą dobrze ilustruje polskie porzekadło: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Nie mogę powiedzieć dziecku: „Jak ty mnie, tak ja tobie”, bo w bliskich relacjach priorytetem jest zaspokajanie potrzeb drugiej osoby bezwarunkowo. Nie jest tak, że kocham cię, gdy jesteś grzeczny i miły – kocham cię zawsze. Samo wychowanie jest niezwykle złożone, co w praktyce oznacza, że rodzice mogą wychodzić w pewnym zakresie z roli. Pani mówi, że to źle działa na dzieci, a ja uważam, że nie da się jednoznacznie ocenić wielu aspektów tej zamiany ról. Weźmy na przykład dorosłe dzieci mieszkające z rodzicami, które nie weszły w rolę. Albo inne zjawisko (udokumentowane przez amerykańskiego badacza Larry’ego Rosena), które pokazuje, jak współczesne pokolenie nastolatków wypracowuje ze swoimi rodzicami szczególną bliskość: mogą im się zwierzać, liczyć na ich wsparcie. To tylko dwa przykłady złamania konwencji, zgodnie z którą dzieci stopniowo oddalają się od rodziców; tutaj rodzice i dzieci nadal pozostają w bliskości.

Upieram się, że odwracanie porządku, w którym to rodzice są przewodnikami, staje się dla dziecka niekorzystne. Co do zasady tak. Ale można dyskutować nad tym, w jakim wieku dziecko powinno stać się pełnoprawnym udziałowcem podejmowania decyzji.

Matka rozwodzi się z mężem i pyta nastoletnią córkę: „Powiedz mi, co mam robić?”. Córka ma wiedzieć to, czego nie wie dorosły? Konsekwencje tego rozstania poniesie córka, więc matka pyta o jej opinię. Co w tym zdrożnego? Kwestią dyskusyjną jest to, czy głos dziecka ma być rozstrzygający, natomiast samo doświadczenie, że ktoś bliski pyta mnie o ważne dla niego życiowe decyzje, ma charakter kształtujący wizję naszych relacji. Rozumiem pani wątpliwości dotyczące wyjścia rodziców z roli. W skrajnym przypadku mogą doprowadzić do kuriozalnych zachowań. Mam jednak poczucie, że to, iż dzieci stają się uczestnikami podejmowania decyzji przez dorosłych, nie jest złe. Bez wątpienia jesteśmy świadkami dużych zmian.

Niebezpieczeństwo polega na tym, że rodzice abdykują ze swojej roli. Abdykacja jest skrajnym przypadkiem, to sytuacja patologiczna. Natomiast przekraczanie roli nie jest niczym złym. Myślę, że konsekwencje tych zmian będziemy mogli ocenić dopiero wtedy, kiedy współczesne dzieci wychowywane w ten sposób same staną się rodzicami. Pytanie, czy w ogóle zdecydują się na rodzicielstwo. Rezygnacja z bycia rodzicem to dzisiaj życiowy wybór. Ludzie wykazują naturalną tendencję do przekraczania granic, eksperymentowania, i to nie tylko w kontekście ról społecznych. A z eksperymentami jest tak, że niektóre kończą się porażką. W moim przekonaniu wychodzenie rodziców z roli to stosunkowo nowe eksperymenty, nie mamy podstaw, by oceniać ich długofalowe konsekwencje, czyli życie tych dzieci w dorosłości. Moim zdaniem bez wychodzenia z ról, testowania, sprawdzania siebie – niektórzy nazywają to wychodzeniem ze strefy komfortu – nie ma rozwoju, obiektywnego sukcesu, czyli tworzenia czegoś nowego.

Wydaje mi się, że w roli rodzica i dziecka aż tak daleko nie można się posunąć.

A gdzie znajduje się to za daleko? Dziecko wymaga jednak przewidywalnego świata, a to znaczy, że rodzice powinni pozostać w swojej roli.

Ja tego nie kwestionuję, tylko zadaję pytania: Do którego momentu to poczucie bezpieczeństwa góruje nad ciekawością życia, która może manifestować się tym, że dziecko oczekuje, że będzie samo decydowało? Dlaczego sądzimy nastolatków za zbrodnie tak jak dorosłych, a z drugiej strony – w relacjach z rodzicami odmawiamy im prawa do podejmowania decyzji dotyczących ich żywotnych interesów czy choćby informowania o tym, jakie jest ich stanowisko w danej sprawie?

  1. Seks

W łóżku z przyjacielem

Seks z przyjacielem ma plusy – sprawdzone zaufanie do niego. (Fot. Getty Images)
Seks z przyjacielem ma plusy – sprawdzone zaufanie do niego. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Mąż, partner, kochanek? Czy może być też przyjacielem? Czy przyjaźń to kostka lodu dla namiętności, której nie użyjemy do erotycznej zabawy, ale dla otrzeźwienia? A seks z przyjacielem – czy to dobry pomysł? Nie ma prostej odpowiedzi, choć jest masa obiegowych opinii, jak to jest z seksem i przyjaźnią, czy można pomieścić je w jednym łóżku. A jeśli tak, to kiedy i komu to wyjdzie na zdrowie – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Są kobiety, które twierdzą, że aby utrzymać namiętność, trzeba pokazać się partnerowi w pełnym makijażu i seksownej bieliźnie. Nawet kiedy boli je brzuch i biegają do toalety, to wychodzą ze szminką na ustach i w różowych kapciuszkach na obcasie. Mężczyzna, który z tobą żyje i ma nie rozglądać się za innymi, to nie jest przyjaciel, do którego idziesz w starym dresie nieuczesana. Jestem przekonana, że facetów bardziej rajcuje spocona, zachwycona życiem kobieta ze zmarszczkami od śmiechu i w dresie niż idealna lalka, która ani głośniej nie krzyknie, ani nawet oczu mocniej nie zamknie, bo jej się rozmaże makijaż. No bo jak z taką się kochać, skoro ona taka sztywna? Prawda jest taka, że przyjaciółka czy nieprzyjaciółka, kobieta albo kręci mężczyznę, bo jest w jego typie, bo go bierze jej zapach, gesty, spontaniczny śmiech, albo nie bierze. A więc problem z seksem i przyjaźnią nie tkwi w tym, w co jesteśmy ubrane i czy pomalowane. Kobiety mówią, że to dla faceta ten makijaż i peniuary, ale one to robią dla siebie. Z powodu swoich kompleksów i gierek, jakie prowadzą ze swoim mężczyzną, manipulacji, jakie uskuteczniają tymi rekwizytami i maskami. Nie wiem, czy łatwo im się w ogóle przyjaźnić. Takie są sztuczne i upozowane. Tak im zależy, żeby zawsze dobrze wypaść, że raczej potrzebują widowni.

Nie ma przyjaźni z mężczyzną, z którym żyjesz, bo mówienie mu o menstruacji czy długach to zimny prysznic i początek końca. A więc przyjaźń z partnerem życiowym i kochankiem, trzy w jednym, nie jest możliwa? Możliwe jest wszystko, nawet to, co nie śniło się filozofom. Jeśli oboje – i ona, i on – byliby pełni dobrej energii, mieliby rozwinięte i wolne od kompleksów i zakazów libido, gdyby lubili samych siebie i tę drugą połowę, to czemu nie mogliby żyć na zasadzie trzy w jednym? Jest moim zdaniem tylko jeden szkopuł, ale za to dużego kalibru. Otóż jest naprawdę bardzo, ale to bardzo niewielu ludzi, którzy wszystkie sfery życia, a więc i emocje, i intelekt, i libido, mają zrównoważone, harmonijne. Potrzeby i umiejętności także. Bo też aby taki wszechstronny układ był możliwy, ludzie muszą naprawdę umieć porozumiewać się ze sobą. Ale choć ciągle o tym piszemy, to kto tak naprawdę umie słuchać i słyszy?! Trzeba ćwiczyć. A jeszcze trzeba by tu dobrze się rozumieć. Czyli jest to możliwe, ale mało realne.

Jednak albo przyjaźń, albo seks? Tak jest, że jednym udają się w życiu wszystkie możliwe wersje bycia z ludźmi, a innym żadna. A więc są tacy, którzy po seksie z przyjacielem dalej będą przyjaciółmi albo zostaną kochankami, albo pójdą do ołtarza i będą żyli długo i szczęśliwe. Zależy, czego będą chcieli. Ale są i tacy, którzy zawsze zrobią coś nie tak. I pytają: „Czy to się da, żeby przyjaciele uprawiali seks, a nawet byli razem?”. No i co im powiedzieć? Jakąś odpowiedzią jest kultowy film „Kiedy Harry poznał Sally” z Meg Ryan i Billym Crystalem, jeśli ktoś nie widział czy nie pamięta, warto obejrzeć. Bohaterowie byli właśnie kumplami, latami opowiadali sobie o swoich narzeczonych i kochankach, coraz bardziej zmęczeni i zniesmaczeni tym, kogo i jak spotykają w swoim życiu. I po latach dopiero olśniło ich nagle, że przecież to oni sami dobrze do siebie pasują. Przyjrzeli się sobie: „O rany! Jest więc ktoś, kto mnie zna, lubi, akceptuje taką, jaka jestem, takim, jaki jestem!”.

Znam taką parę, oni naprawdę dobrze się mają. Latami się przyjaźnili, nim zdecydowali się zejść. Mają dwoje dzieci, dom. Biegają razem, jedzą zdrową żywność itd. Pasują do siebie z każdej strony. No właśnie, bo i my tak czasem rozglądamy się dookoła siebie i nagle widzimy: „Przecież jest on! Jest ona!”. No, to hop do łóżka. I bywa jak w tym filmie… Bo może być super, bo znamy się, bo lubimy, bo akceptujemy, bo ufamy sobie. Seks z przyjacielem ma plusy – sprawdzone zaufanie do niego. A dla kobiety to duży plus. Bo przyjaciel nie oceni, nie odrzuci, nie obśmieje. On się na mnie zgadza! Na taką właśnie mnie, i najlepiej wie, jaka jestem. Nie grozi takiej parze też, że wyjdzie szydło z worka, nie grozi im to niemiłe zaskoczenie, że jednak on lub ona jest inny, inna, niż się nam wydawało, kiedy pod wpływem urody czy inteligencji wylądowaliśmy w łóżku, a potem we wspólnym życiu. Nie ma takiego ryzyka, bo się znamy jak łyse konie… I jeśli uda nam się zbudować związek, to kiedy będzie po namiętności, zostanie nam bliska relacja, bo jest przyjaźń. Związek przetrwa, bo został zbudowany nie na namiętności. I często ludzie na tym pójściu do łóżka z przyjacielem, którego znali od lat, wygrywali trwały jak opoka związek, w którym oboje się lubią, szanują, znają.

Wariant optymistyczny mamy więc i dla tych, którzy chcą stałego związku z przyjacielem. Jest światełko w tunelu, ale sądząc po twojej minie, niewielkie i daleko. Jest, o ile cenimy nade wszystko spokój, jeśli cenimy i pożądamy tego, by wiedzieć, co będzie jutro rano i w następne ranki. Jeśli cenimy pewność, to trafiony! Ale nawet wówczas jest pewien cień na tym obrazku. W tym wariancie szczęścia we dwoje zazwyczaj seks nie jest zbyt częsty i na pewno nie on klei tę parę. Na początku to może wypalić, bo co prawda znacie się jak bliźniaki jednojajowe, ale oto nagle odsłaniasz się mu w całkiem nowym i nieznanym wydaniu – jako kochanki przecież on cię nie zna. I ty jego jako kochanka też nie. Jesteście więc dla siebie ci sami, ale nie tacy sami. Rodzi się więc ciekawość, a razem z nią pożądanie. Ale potem… Niektóre pary mogą się okazać cudownie dobrane i ucieszyć się, że odkryły także i swoją seksualną kompatybilność, ale większość nie przypadkiem nie zapałała do siebie przedtem pożądaniem, tylko sympatią. By przetrwał seks, trzeba się nagłowić, bo on tak sam z siebie nie zawsze będzie się tobą podniecał, a tobie na jego widok nie będą miękły nogi... Przyjaźń to całkiem inny tryb bycia razem niż ten wariant, jaki mają kochankowie.

Trzeba się nagłowić, by ten ogień między parą przyjaciół podtrzymać, czyli to możliwe. Tylko jak to zrobić? Nie przesadzałabym z wymaganiem aż ognia. Ogień to w ogóle rzecz niepowszechna. Ale jeśli chcesz być pożądana, to pamiętaj, że upragniona dama powinna zachowywać lekki dystans – znikać w swoim pokoju. Przechadzać się czasem do kuchni, i to raczej po szklankę wody niż kubek rosołu. Patrzeć może taka dama czasem niewidzącymi oczami, tak by on przeczuwał, jaka jest tajemnicza, i żeby zapragnął tę jej tajemnicę poznać. Najlepiej, gdyby ona była artystką, która zamyka się w pracowni na dwa tygodnie. I potem nagle pojawia się z całkiem inną energią, tematami, doświadczeniami. Jak nowa. Jeśli nie jest artystką, może jeździć w delegacje. I gdy trzyma w ręce bilet w tamtą stronę, to jako blondynka. A gdy wraca do domu, to już jest brunetką. Blondynkę to on znał na wylot. Lubił i szanował, ale nie pożądał, bo nie widział już w niej nic do odkrycia, do poznania. Ale brunetka to coś nowego! Jak widzisz, żartuję sobie nieco wokół starego jak świat tematu, dotąd nierozwiązanego ani przez praktyków, ani przez naukowców. Bo jeden będzie ją lubił tajemniczą, a inny otwartą, i niby skąd mamy to wiedzieć? Trzeba sprawdzać w praniu, kiedy na nas najgoręcej reaguje. A, i nie chodzi o to, żeby być tylko taką, która jemu się podoba. Bo i sobie, prawda? Zresztą on też powinien być mniej dostępny niż para kapci, które zawsze stoją w przedpokoju. Lepiej gdy ma swoje sprawy i też znika, i pojawia się jak sen złoty. Musi więc być między nimi dystans fizyczny, emocjonalny i czasowy, bo to on rodzi pożądanie. Kiedy jesteśmy wciąż blisko, wciąż razem i tacy sami, to zapomnijmy o seksie...

Trzeba by to szaleństwo kultywować planowo?! No, chyba że ktoś ma takiego hyzia, że mu tak samo wychodzi. Ale wtedy ta druga połowa musi to kupować, a nie myśleć: „O Matko Boska! Nie wiem, co mnie czeka, jak wrócę do domu. Nigdy nie wiadomo, co jej do tego rudego łba strzeli!”. Nie każda zniesie takiego znikającego i podlegającego permanentnej metamorfozie partnera-przyjaciela-kochanka. Niejeden powie: „Dość tego, że wyjeżdża blondynka, a wraca brunetka”. Ha! Ale jeśli ktoś tego nie chce, a lubi seks, to ma kłopot, bo właśnie wytrącenia z normalności generują pożądanie. Przypominam, że jednak ludziom znacznie częściej zależy na bezpieczeństwie.

Trzeba się dobrać, wybacz banał. Ale może gdy jesteśmy przyjaciółmi, to łatwiej nam się dopasować? Ilu masz przyjaciół, których kochasz, ale myślisz: „Gdybym była jego kobietą, to bym mu łeb urwała”? Ale jak się spotykacie raz na dwa tygodnie, to kochasz go bardzo, wszystko rozumiesz, akceptujesz, nie oceniasz. Właśnie! To jest istotna różnica między przyjacielem a partnerem. Przyjaciel daje bezwarunkową miłość i akceptację. Jak jest ci smutno, bo ktoś cię źle potraktował, to przyjaciel pocieszy i zrozumie. Nie będzie pouczał i marudził, że ty znów… Ale jak tobie smutno z powodu partnera-kochanka, którym jest przyjaciel, to robi się pod górkę. Przyjaciel-mąż może wtedy powiedzieć: „Może i jestem wredny, ale ty też nie jesteś miód! Potrafisz walnąć jak łopatą, i to w podbrzusze!”. No i widzisz, czy to nadal jest przyjaźń? Dlatego ja bym powiedziała: jeśli chcesz zachować przyjaciela, to nie właź z nim do łóżka i nie idź pod rękę do urzędu stanu cywilnego.

Czasem jednak nie chodzi o związek, tylko o seks. Czy wtedy warto skorzystać z oferty, jaką daje przyjaciel jako pogotowie seksualne? To niby prostsze, ale niestety, nie jak jesteśmy singlami. Bo wtedy po seksie możemy od razu zacząć o nim myśleć, tęsknić za nim, czekać na niego i oczekiwać, żeby on się zaczął deklarować jako nasz partner. Czyli był blisko, często i bez innych pań. A tymczasem ten przyjaciel-kochanek lubi być sam i dlatego z nikim nie jest. Albo ma inne kobiety i tak też lubi, o czym ty zresztą wiesz, ale zaczynasz coś kombinować, żeby go zmienić, i już po przyjaźni! Zaczynasz za nim latać, czegoś tam oczekiwać, i klops. Żaden facet tego nie lubi. Przyjaźń to, powtórzę: miłość bezwarunkowa, ale raz na jakiś czas. Miłość partnerska to miłość warunkowa, ale za to serwowana cały czas. Inaczej też lubimy być razem z przyjacielem, możesz na przykład pomilczeć w filharmonii, ale w życiu tam nie pójdziesz z ukochanym, bo to nie ta energia. Albo odwrotnie: z mężem pomilczysz w filharmonii, a z przyjacielem szkoda na to czasu, bo trzeba się nagadać. Jest coś, co nazywamy pokrewieństwem dusz. Sprawdzamy się bardziej jako przyjaciele albo jako kochankowie, albo jako partnerzy. Nie zawsze to pokrewieństwo dusz to gwarancja, że uda się inaczej być razem, czyli tak, jak my byśmy sobie życzyli. Dlatego jeśli jeden wariant nie wypali, warto spróbować innego.

  1. Psychologia

Przepraszanie a psychologia. Czy warto przepraszać niezależnie od sytuacji?

Zarówno nadmierne przepraszanie, jak i domaganie się przeprosin to oznaki naszych wewnętrznych braków. (Fot. Getty Images)
Zarówno nadmierne przepraszanie, jak i domaganie się przeprosin to oznaki naszych wewnętrznych braków. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Dobry obyczaj uczy ustępować i naprawiać krzywdy, nawet jeśli nie ma w nich naszej winy, ale ktoś poczuł się urażony. A co podpowiada życiowa praktyka i doświadczenie terapeuty? Doktor Tomasz Srebnicki zwraca uwagę na to, że zarówno nadmierne przepraszanie, jak i domaganie się przeprosin to oznaki naszych wewnętrznych braków.

Jak przyjąć odrzucone przeprosiny? Czy warto przepraszać każdego, nawet gdy czujemy, że na to nie zasługuje?

Zostałam wychowana w przekonaniu, że lepiej ocenić, czy warto przepraszać za nasz czyn, nawet jeśli się nie do końca poczuwa do winy, niż tkwić w uporze i nie przepraszać. To słuszne podejście? Najlepiej odnieść się do konkretnej sytuacji. Przepraszanie ma bowiem różne warstwy, począwszy od tej wynikającej z zasad savoir-vivre’u, czyli dobrego wychowania, kiedy kogoś przypadkiem potrącimy ramieniem czy się spóźnimy na spotkanie. Ale jak rozumiem nie o to pani chodzi.

Chodzi mi o sytuację, kiedy ktoś ma do nas pretensje, słusznie lub nie. Nasza reakcja może być różna – możemy uznać zasadność i przeprosić. Albo nie uznać zasadności i przeprosić lub nie. O czym świadczą zarówno pretensje innych, jak i nasze reakcje na nie? Mówimy o sytuacji, w której dochodzi między ludźmi – powiedzmy między nami – do jakiegoś konfliktu. To, co istotne dla tego przykładu, to że jesteśmy wobec siebie w jakiejś zależności – my akurat zawodowej, ale może być to także zależność prywatna. I teraz jedna strona konfliktu nie dąży do rozwiązania sytuacji, tylko chce wzbudzić w drugiej osobie poczucie winy, przekierować odpowiedzialność na jej stronę. Mogą za tym stać różne motywy: na przykład żeby sprawować nad kimś kontrolę lub żeby pokazać, że jest mniej inteligentny czy gorszy... Wtedy druga osoba przeprasza nie dlatego, że czuje taką potrzebę, ale by uniknąć odrzucenia i braku wybaczenia ze strony tego, kto ją obwinia. Przeprasza, nie będąc w zgodzie ze sobą, czyli trochę przeprasza za to, jaka jest.

Mając wybór, czy pozostać w zgodzie ze sobą, czy pozostać w zgodzie z drugą osobą – wybiera to drugie? Pytanie: co to znaczy pozostać w zgodzie ze sobą? Weźmy sytuację sprzed chwili. Umówiliśmy się dziś w kawiarni na wywiad, pani spóźniła się pięć minut, bo najpierw zajrzała do naleśnikarni, a nie tu, gdzie usiadłem. Przychodzi pani, mówi: „przepraszam” i chce zaczynać wywiad, ale ja pełnym pretensji tonem mówię, że przez panią musiałem czekać. Co więcej, mam ku temu racjonalne podstawy. Ale one są podstawą do przeproszenia według zasad savoir-vivre‘u, co też pani zrobiła. Problem pojawia się wtedy, kiedy domagam się od pani ponownego lub bardziej kajającego się przeproszenia, grożąc odrzuceniem. Na przykład mówię: „Wiesz co, Asiu, naprawdę źle zrobiłaś. Nikt nigdy mnie nie potraktował tak jak ty. Ludzie zawsze przychodzą na wywiady ze mną na czas. Zastanawiam się, czy chcę z wami dalej współpracować“. A ponieważ jesteśmy w sytuacji zależności zawodowej, oznacza to, że dążę do tego, żeby pani mnie przeprosiła, ale wyłącznie po to, by poczuć się ważnym, kontrolującym, wyjątkowym, sprawczym... Natomiast jeżeli pani w to wejdzie i przy okazji jest osobą, która szuka akceptacji u innych, więc zwykle przeprasza pani w sposób nadmiarowy – to pani bardzo się tą sytuacją przejmie i pokaja nawet trochę zbyt przesadnie.

Nadmierne przepraszanie nie jest dobre? Ktoś kiedyś powiedział, że kiedy przepraszasz pierwszy raz, to robisz to dla kogoś, a jeśli przepraszasz wiele razy, to przepraszasz już dla siebie – by nie poczuć się odrzuconym. I wtedy nie jest istotne, za co właściwie przepraszasz.

Jeśli osoba z potrzebą władzy trafi na kogoś z potrzebą akceptacji... ...wtedy mogą w takim klinczu trzymać się latami.

Jak go przerwać i zwalczyć w sobie potrzebę ciągłego przepraszania? Jedyne, co może zrobić ktoś zmuszany ciągle do przepraszania, to zacząć się narażać na odrzucenie ze strony osób, które ciągle mu grożą odrzuceniem. Może to być wzorzec wymuszania przeprosin, ale też wymuszania seksu, pieniędzy, różnych rzeczy. Najlepiej zacząć od osób, których odrzucenia się najmniej boję – czyli na przykład od pani w kiosku lub pana na przystanku – i powoli zacząć się narażać na sytuacje, w których nie będą z jakiegoś mojego zachowania zadowoleni, np. nie dam pani dokładnie odliczonej kwoty, nie pomogę panu w sprawdzeniu rozkładu autobusów. Stopniowo można to przenieść na relacje z osobami, na których nam zależy. Oczywiście chodzi o to, by przyjąć jakiś racjonalny parametr tego, czy krzywdzimy kogoś, czy nie. No bo jeśli zacznę praktykować to, o czym mówię, poprzez spóźnianie się na różne spotkania o godzinę, uznając, że nic się nie dzieje, to w ten sposób będę okazywał jednak brak szacunku czy nawet pogardę wobec innych. Natomiast jeżeli dojdzie do sytuacji, że się spóźnię dwie minuty, a ktoś będzie w sposób nadmiarowy zdenerwowany, to mogę sobie zadać pytanie, ile zwykle się ludzie spóźniają i jak zwykle na to reagują. Przeważnie albo mówią: „Przepraszam za spóźnienie“ i przechodzą do innego tematu albo w ogóle ignorują ten fakt. Natomiast jeśli druga osoba cały czas napiera: „To brak szacunku”, to moim zdaniem na ten rodzaj odrzucenia musimy się już narazić. I właśnie nie przepraszać.

Ale jak powinniśmy zatem zareagować, jeśli nie chcemy decydować się na ciągłe przepraszanie? Możemy na przykład zadać pytanie: „Czego się ode mnie domagasz?”, czyli zdemaskować drugą osobę. Można też opisać to, co robi: „Wiesz co, spóźniłam się dwie minuty, ludzie spóźniają się czasem dwie minuty, ale czuję, że chcesz, żebym wyjątkowo cię za to przeprosiła. Oczywiście, że mogę cię przeprosić, ale nie uważam, bym zrobiła coś, co takich ponawianych co chwila przeprosin wymaga”. Druga osoba może zareagować wybuchem, bo została zdemaskowana. Może też zauważyć absurdalność tej sytuacji lub pomimo zdenerwowania przejść nad tym do porządku dziennego. Najgorszą wersją dalszych wypadków jest wspomniane odrzucenie, czyli kiedy na przykład ja w reakcji na pani spóźnienie mówię: „No nie, to koniec naszej współpracy“. I należy się umieć na to narazić. Najlepiej odwołując się do swoich zasobów.

Co to znaczy? Może pani powiedzieć sobie: „Na cholerę mi ten Srebnicki! Znam mnóstwo psychologów, którzy mogą robić to, co on. Zachowując się w ten sposób, nie tylko przekracza moje granice, ale jest nieprofesjonalny i niegrzeczny. Po co mi kontakt z takim człowiekiem? Chce zerwać umowę, proszę bardzo, zgłoszę to do naszego działu prawnego, niech z nim to załatwiają”. Naraża się pani na moje odrzucenie, jednocześnie rozpoznając zasoby, jakie pani ma w sytuacji, w której tego odrzucenia zaznała.

Czyli zadaję sobie pytanie: czy to jest taka straszna rzecz być odrzuconym przez kogoś w takiej sytuacji i w taki sposób? Tylko właśnie osoby, które mają problem z nadmiernym przepraszaniem, najczęściej całą energię wkładają w budowanie jednej–dwóch bliskich relacji. I bardzo boją się potem je stracić. Czyli w pani przypadku mogłoby to być takie myślenie: „Boże, tylko Srebnicki może odpowiadać na listy do SENSu”. Co więcej, ja mogę pani przez lata wcześniej dawać do zrozumienia, że nikt inny do tego się nie nadaje i jeśli ja nie będę odpowiadał na listy, to SENS splajtuje, i to będzie pani wina. Mogę przez lata osaczać panią swoją osobą, by miała pani takie poczucie, że albo ja, albo nikt inny. I jeżeli ma pani lęk przed odrzuceniem, a do tego problemy z kompetencjami, pewnie będzie pani dążyć do tego, by mnie zaspokoić emocjonalnie – czyli będzie pani ciągle przepraszać i ugłaskiwać mnie.

Mówimy teraz o relacji zawodowej, ale bardzo często takie właśnie osaczanie i manipulowanie stosują wobec nas znajomi albo przyjaciele, czy raczej osoby, które uważamy za przyjaciół. Dlatego dobrze jest nie skupiać się na jednej–dwóch relacjach. Nie mówię, by mieć tabuny przyjaciół, bo o dobre przyjaźnie zawsze jest trudno, ale by mieć ciepłe i dobre relacje z ludźmi oraz zasoby techniczne, które pomogą nam poradzić sobie z ewentualnym odrzuceniem, np. koleżankę, u której mogę przenocować, kiedy pokłócę się z partnerem, lub zaoszczędzone pieniądze, gdy postanowię rzucić pracę. W ten sposób budujemy zasoby do tego, by nie musieć przepraszać, jeśli tego nie chcemy.

Po czym rozpoznać nadmierne przepraszanie? Czyli po czym poznać, że skrzywdziłem, a po czym poznać, że nie skrzywdziłem? Krzywda jest zawsze intencjonalna. Oczywiście można kogoś skrzywdzić przez przypadek, ale to dotyczy zwykle ludzi, których mało znamy. W bliskich relacjach krzywda jest z reguły intencjonalna. A ponieważ ludzie są nieustająco w relacjach, to się nieustająco nawzajem naruszają, bo z reguły w pierwszej kolejności działają we własnym interesie. Przeważnie w 98 proc. bliskich relacji wiemy, kiedy nasze zachowanie sprawi komuś przykrość, i jeśli mimo to je podejmujemy, to trzeba za nie przeprosić. Czyli na przykład ekstremalna sytuacja: ma pani kochanka i spotyka się z nim w ukryciu. I mąż się o tym dowiaduje.

Powinnam przeprosić za to, że mam kochanka? Nie za fakt posiadania kochanka, tylko za to, że w taki sposób rozwiązała pani problem w relacji z mężem.

A klasyczne faux pas? Niezamierzone, ale krzywdzi. Jeżeli widzę, że niewinny według mnie żart wpłynął na pogorszenie samopoczucia drugiej osoby, to absolutnie trzeba za to przeprosić, bo te przeprosiny są wyrazem mojej czujności na rozmówcę. Czyli dajmy na to opowiadam dowcip o wisielcu i widzę, że komuś twarz tężeje. Domyślamy się, że ktoś z jego bliskich się powiesił. Mogę wtedy powiedzieć: „Widzę, że pana czymś uraziłem. Absolutnie nie miałem takiej intencji i przepraszam“. Myślę, że te wszystkie nasze problemy wokół tematu „przeprosić czy nie przeprosić?” najczęściej obracają się wokół lojalności i uważności w relacjach międzyludzkich.

A co siedzi w głowach czy sercach osób, które nigdy nie decydują się na przepraszanie? Psychologia jest w stanie uzasadnić takie zachowanie? Na poziomie klinicznym mogą być to osoby z rysem psychopatycznym, które nie przepraszają, bo nie czują takiej potrzeby. Uważają, że to, co robią, jest absolutnie uzasadnione – nawet jeśli oszukały albo zabiły. Nie mają pewnej struktury poznawczej, która by pozwalała im zdefiniować siebie jako obiekt krzywdzący. Takie osoby, jak powiedziałem, mają zwykle rys psychopatyczny, ale też socjopatyczny lub narcystyczny. Zwykle nie przepraszają, a jeśli już, to robią to fasadowo, czyli w sposób absolutnie manipulacyjny. Na przykład mogę być psychopatą i uwodzić panią po to, by pani wzięła dla mnie kredyt. I nagle widzi mnie pani na ulicy z inną kobietą. Jako psychopata, który nie ma wyrzutów sumienia i chce po prostu pani użyć, rzucę się do przepraszania, łzami nawet zaleję – byle tylko w przyszłości naciągnąć panią na dużą kasę.

Czyli dobre przeprosiny powinny być szczere i adekwatne do sytuacji? Tak. W szerszym znaczeniu, kulturowo-religijnym – zwłaszcza w naszej tradycji, gdzie przeprosiny są związane z formą spowiedzi, która jest przeproszeniem Boga – ważnym elementem przeprosin jest też mocne postanowienie poprawy. Czyli powinna iść za nimi zmiana w zachowaniu lub czujność wobec błędów, które popełniam, po to, by więcej tego nie robić. Jeśli ktoś stale powtarza te same błędy, to jego przepraszanie ma mało wspólnego z tą częścią „ja”, która może potencjalnie krzywdzić innych. I nie trzeba być psychopatą albo narcyzem, by nie widzieć swojego „ja” krzywdzącego – z reguły ludzie wolą postrzegać siebie w roli tych dobrych. Sporo wysiłku trzeba, by zaakceptować siebie w roli tego, kto nie zawsze jest dobry a nawet – w określonej sytuacji – może być zły.

Kiedy do pana jechałam, w radiu usłyszałam piosenkę, w której pojawiał się refren „Za późno na przeprosiny”. Czy są takie sytuacje? Co musiałoby się stać, by przeprosiny straciły „przydatność do spożycia”? Czy warto przepraszać niezależnie od momentu, w którym wyrządziliśmy krzywdę drugiej stronie? Przydatnością do spożycia przeprosin jest rozpad relacji. Jeżeli dochodzi do sytuacji, w której przestaję mieć motywację, by dążyć do kontaktu z osobą, którą chcę przeprosić lub która chce, bym ja ją przeprosił – to znaczy, że jest już zdecydowanie za późno. Oczywiście możemy się spotkać i przeprosić za pięć lat, ale nie będzie już powrotu do relacji. Słowo „przepraszam“ zawiera w sobie przekaz: „Wróćmy do stanu sprzed” albo „Nauczymy się czegoś z tego doświadczenia i żyjmy dalej razem“. Jeśli to słowo się nie pojawia lub kiedy dwie strony konfliktu ponad porozumienie przedkładają swoje poczucie skrzywdzenia – i trwa to rok, dwa czy pięć lat – to w sposób naturalny dochodzi do rozpadu relacji.

A co w sytuacjach, kiedy obie strony uważają, że to ta druga powinna przeprosić? Czy – tak jak mawiały mamy, rozsądzając spory – ten, kto ustąpi, jest mądrzejszy? To są sytuacje, w których trzeba najpierw zadać sobie pytanie: „O co chodzi?”. O co chodzi w tym, że chcę nadal tkwić w roli ofiary? Bo to, o czym pani mówi, to jest tkwietnie w roli ofiary. I przerzucanie się: „Ja jestem bardziej ofiarą”, „Nie, to ja jestem bardziej ofiarą”. I ponownie – może być milion motywacji dla takiego zachowania. Można zadać sobie pytanie: „Dlaczego ja tak bardzo chcę, by ktoś mnie przeprosił?”. Mamy miały rację, mądrzejszy ustąpi, czyli przeprosi. Przeprosi, by nadal być w tej relacji, i po to, by dalej sprawować kontrolę, w czym nie ma nic złego.

Wyobraźmy sobie, że nagle się o coś pokłóciliśmy i oboje jesteśmy obrażeni. Mogę uznać: „Wiem, że ta Olekszyk jest wybuchowa i uparta, ale ponieważ ją lubię – to postawię się w roli tego złego i ja przeproszę“. Przeproszę, ponieważ dużo mnie to nie kosztuje, ponieważ wiem, że nikogo strasznie nie skrzywdziłem, i ponieważ wiem, że chodzi w tym o to, by ta Olekszyk poczuła się ważna. A niech się czuje ważna. Czyli wybieram relację. Ustępując jej, nadal w istocie sprawuję nad tą relacją kontrolę.

Jak to? Nie ja sprawuję? Nie, pani się tylko wydaje, że sprawuje kontrolę. Na tym polega cała mądrość przeprosin. Ja sprawuję kontrolę nad naszą relacją w tym sensie, że pani samopoczucie jest uzależnione od tego, czy ją przeproszę, czy nie. Dzięki mnie nadal może pani czuć się ważna, natomiast w niczym pani nie pomogłem, jeśli chodzi o pracę nad sobą, moje przeprosiny nie są dla pani rozwojowe.

Czyli przepraszanie jest mądrzejsze niż nieprzepraszanie i niż żądanie przeprosin. Dokładnie tak. Ale ten mądry, o którym mówimy, ma też swoją wyporność. To, że ja pani teraz ustąpię, nie zwalnia pani z refleksji nad tym, co się stało. Jeśli po raz 55. powtarza pani to samo i nie podejmuje refleksji, czyli znów wylewa mi kieliszek na twarz i robi scenę przy innych, to ja te 54 razy byłem mądrzejszy i nie dotykało mnie zbytnio pani zachowanie, ale ten 55. raz może mi się już nie chcieć być w relacji z osobą, która jest tak niereformowalna.

Są sytuacje, w których można nie przyjąć przeprosin? Co będą oznaczać dla drugiej strony takie odrzucone przeprosiny? Nieprzyjęcie przeprosin zwykle oznacza: „Nie jestem już zainteresowany relacją z tobą“. Najczęściej jednak oznacza, że wielokrotnie już to robiłeś i straciłem zaufanie do twoich przeprosin albo uważam, że należy mi się coś więcej niż tylko przeprosiny. Ale co to znaczy „nie przyjmuję twoich przeprosin” – w codziennych kontaktach międzyludzkich jest to oczywiście absolutnie kretyńska odpowiedź. Można jednak wyobrazić sobie sytuacje, w których by się nie przyjęło czyichś przeprosin – ja na przykład nie przyjąłbym przeprosin kogoś, kto zabiłby moje dziecko lub mniej ekstremalnie – kogoś, kto mi obsmarował dupę. Jest skala krzywdzenia, poza którą można wprawdzie rozumieć, ale niekoniecznie wybaczać.

A czy warto przepraszać siebie samego? W jakich sytuacjach? Myślę, że tak. Zwłaszcza za rzeczy, które wynikały z braku akceptacji siebie, czyli na przykład za to, że byłem alkoholikiem albo pracowałem 13 godzin dziennie i zostawiałem dziecko na cały dzień w przedszkolu, bo chciałem spłacić kolejną ratę za superdrogi samochód. Ale znów – to wymaga przyznania, że bywamy też tymi, którzy krzywdzą, w tym wypadku siebie. I trzeba to zaakceptować – walczyć z tym, ale uznać, że zło, tak jak i dobro, w nas jest.

  1. Psychologia

Historia waszej przyjaźni to opowieść o tobie

Przekonanie, że przyjaciel to ktoś, kto zna cię jak nikt inny i w każdej chwili może obnażyć wszystkie twoje ciemne strony – to tak naprawdę coś, czego się boimy najbardziej na świecie. Ale to być może także największa zaleta prawdziwej przyjaźni. (Fot. Getty Images)
Przekonanie, że przyjaciel to ktoś, kto zna cię jak nikt inny i w każdej chwili może obnażyć wszystkie twoje ciemne strony – to tak naprawdę coś, czego się boimy najbardziej na świecie. Ale to być może także największa zaleta prawdziwej przyjaźni. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Historia przyjaźni to opowieść o tobie. Czasem jasna i radosna, niekiedy smutna i bolesna. Przyjaciele pojawiają się i znikają, bo ty się zmieniasz i przestaje wam być po drodze. Kim jesteś teraz? Możesz przejrzeć się właśnie w nich.

Pamiętam moją przyjaciółkę z dzieciństwa – Larysę. Zazdrościłam jej imienia. Było takie oryginalne, tajemnicze, podczas gdy moje… takie zwyczajne. Świat Larysy był dla mnie egzotyczną wyspą, pierwszym oknem na świat, tak różnym od świata mojej rodziny. Jej dziadek – znany warszawski szewc – uszył mi pierwsze buty na miarę, do dziś je mam. Jej mama była prawdziwą przyjaciółką, nas – małe dziewczynki – traktowała po partnersku. Pytała, co mamy ochotę zjeść, nigdy nie wchodziła do pokoju bez pukania. W moim domu było inaczej. I starsza siostra nastolatka, która miała chłopaka. Kiedyś przyłapałyśmy ich, jak się całowali, tak „po dorosłemu”. Byłam naprawdę pod wrażeniem. Larysa powiedziała: „Tylko nikomu o tym nie mów”. „Nawet mamie?” – zapytałam. „Jej też nie, bo powie mojej mamie, a mama nakrzyczy na Beatę”. Tego wieczora wróciłam do domu i z przejęcia dostałam gorączki. Miałam 7 lat i pierwszy sekret przed mamą.

Pierwsi przewodnicy

W dzieciństwie przyjaciele są przewodnikami naszego procesu separacyjnego od rodziców. Pokazują, że są ludzie, którzy myślą, czują, żyją inaczej niż mama i tata. Pierwsze noce poza domem, dzielone po raz pierwszy sekrety, pierwsze doświadczenia pokazujące, że świat dzieci jest zupełnie inny niż świat dorosłych. Wspólnie łamane zakazy, psoty wymierzone przeciwko rodzicom, trudne wybory („Wolę pojechać z Agatą na działkę niż z rodzicami na imieniny cioci”) i poczucie, że przyjaciel to ktoś, kto rozumie nas jak nikt inny. Pierwsze przyjaźnie z dzieciństwa zostają w naszych sercach na zawsze, choć często je idealizujemy.

Choćby przekonanie, że z przyjaciółką z piaskownicy, z którą widujecie się raz na kilka lat, nadal łączą cię silne więzy, to w dużym stopniu mit. To prawda, kiedy się spotkacie, potraficie przegadać pół nocy, ale… głównie o przeszłości. „A pamiętasz, jak zgubiłyśmy się na festynie z okazji Dnia Dziecka?”. „Jasne, i twoja mama aż się popłakała ze wściekłości”. „Jak miał na imię ten rudzielec z 5b?”. „Ten, w którym się kochałaś?”. „Wiedziałaś o tym?”. „No jasne, wszyscy wiedzieli”. „Ty małpo, i nic mi nie powiedziałaś?!”. Dawne sekrety czasami wychodzą dopiero po latach. Bywa, że ich odkrycie zaboli, ale z drugiej strony dzięki przyjaciółce możesz wrócić, choć na chwilę, do „tamtej” siebie. Dziś masz wielu innych przyjaciół, takich którzy bardziej pasują do twojego obecnego życia. Te przyjaźnie nie są tak intensywne jak te sprzed lat, bo czasu mniej, wiadomo: mąż, dzieci, praca. A poza tym jesteś dorosła, twoja potrzeba zwierzeń nie jest już tak silna jak w dzieciństwie, nie masz czasu, by żyć problemami swojej przyjaciółki. W razie czego jej pomożesz, w końcu od tego ma się przyjaciół, ale powszechne przekonanie, że przyjaciel to ktoś, kto pójdzie za tobą na koniec świata, to bardziej deklaracja, sposób na uciszenie lęku, wiara, że są wokół ciebie ludzie, na których zawsze możesz liczyć. To opowieść o tobie? Czy może masz inną?

Lubię to!

Wokół ciebie jest dużo przyjaciół „od wszystkiego”? Z Martą uwielbiasz biegać po sklepach, z Izą najchętniej chodzisz do teatru. Monika, tak jak ty, jest typem sowy, potraficie przegadać pół nocy. Z Małgosią byłyście nierozłączne, kiedy zdradził cię partner, ona też ma pecha do facetów. Wiktoria towarzyszyła ci w chorobie. Jest sama, bez rodziny i uwielbia troszczyć się o innych. Ale kiedy wyzdrowiałaś i nie zaprosiłaś jej na grilla, bo ona potrafi wyłącznie gadać o chorobach, obraziła się i przyjaźń się skończyła. To naturalne. Przyjaciele pojawiają się i znikają, bo ty się zmieniasz i przestaje być wam po drodze. Rozluźniasz więzi z przyjaciółką, bo np. przeżywasz miłość, rodzisz dziecko, a ona nadal jest singielką i choć wiesz, że szczerze cieszy się twoim szczęściem, to zaczynacie się od siebie oddalać, jej problemy przestają być twoimi problemami. Przykro ci, że ona cię nie rozumie, a czy ty ją rozumiesz?

Zaczynasz dzień od sprawdzenia na Facebooku, co u kogo słychać? Socjologowie twierdzą, że portale społecznościowe i komunikatory to produkt „przyjaznopodobny”. Publicznie dzielisz się z tysiącem osób swoim szczęściem i nieszczęściem, wirtualnemu przyjacielowi zwierzasz się ze swoich intymności. Kontakt w sieci zastępuje ci prawdziwe relacje, bo tak jest łatwiej, bezpieczniej. Ale czy to jest przyjaźń? Czy zadałaś sobie kiedyś pytanie, czym są dla ciebie te relacje? W jakim celu wysyłasz kolejne wirtualne zaproszenie do znajomego swojego znajomego? Czy naprawdę interesuje cię, o czym myśli osoba, która ma największe grono znajomych na Facebooku? Czy moda na prześciganie się w ilości przyjaciół nie jest wymierzona przeciwko prawdziwej przyjaźni?

Przyjaźń czy kochanie?

Jeszcze jedna historia: przyjaźń pomiędzy kobietą i mężczyzną. Kanwa, na której powstało wiele scenariuszy filmowych. Możliwa, czy prędzej czy później skończy się w łóżku? Czy seks z przyjacielem to bezpieczny przystanek pomiędzy przyjaźnią a prawdziwym związkiem? – to pytania, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi.

Przyjaciel mężczyzna jest bezcennym źródłem informacji o świecie facetów. Zwierzasz mu się ze swoich sekretów i zawsze możesz się wypłakać na silnym, męskim ramieniu. Rozumiecie się bez słów, jak prawdziwi przyjaciele. Ty pomagasz mu dobrać krawat do koszuli, a on w rewanżu naprawia ci samochód. Jesteście siebie coraz bardziej ciekawi. Czasami z tej ciekawości rodzi się coś więcej, przynajmniej jedno z was tak czuje. Rzeczywiście, w relacjach męsko-damskich pomiędzy przyjaźnią a miłością jest bardzo cienka granica. Bywa, że decydujecie się ją przekroczyć. A potem jedno z was budzi się z tego zaczarowanego snu. Przeprasza, wycofuje się albo po prostu ucieka. To jest jeden z trudniejszych momentów przyjaźni. Momentów, które pojawiają się także w relacjach osób tej samej płci.

Bo w autentycznej przyjaźni są chwile, które ludzie dzielą ze sobą prawdziwie i do końca, a potem wracają każde do swojego życia. Dzielenie przyjaźni nie oznacza dzielenia życia.

W przyjaźni są chwile oddalenia, sekretów, rozczarowań, rozstań i powrotów. W dorosłej przyjaźni nieraz musisz wybierać pomiędzy sprawami, potrzebami, oczekiwaniami przyjaciółki a swoją rodziną: partnerem, dzieckiem, rodzicami czy wreszcie tym, co dla ciebie samej najważniejsze. Przyjaciel to ktoś, kto to zrozumie.

Twoje lustro

Autentyczna przyjaźń jest trudna, wymagająca i często bolesna. Dynamika przyjaźni jest podobna do dynamiki relacji miłosnej. Po etapie zauroczenia pojawia się moment odkrywania kart. Okazuje się, że osoba, która wydawała ci się tak bardzo podobna do ciebie, ma też swoje ciemne strony: bywa zazdrosna, nieuczciwa, zaborcza, nielojalna. Zadajesz sobie pytanie: „Jak ja mogłam się z nią przyjaźnić?”. Przychodzi rozczarowanie i cierpienie. To, podobnie jak w miłości, etap zatrzymania i zadania sobie pytania: „Czy jesteśmy gotowi przejść do fazy dojrzałej przyjaźni, która bywa raniąca, czy rozstajemy się i szukamy kolejnej bratniej duszy?”. Przekonanie, że przyjaciel to ktoś, kto zna cię jak nikt inny i jeśli jest uczciwy, obnaży wszystkie twoje ciemne strony, właśnie z przyjaźni i miłości do ciebie – to tak naprawdę coś, czego się boimy najbardziej na świecie. Ale to być może także największa zaleta prawdziwej przyjaźni.

Moi pacjenci często chcą się ze mną zaprzyjaźnić. Jestem do ich wyłącznej dyspozycji przez 50 minut, przynajmniej raz w tygodniu. Cierpliwie słucham, nie przerywając, nie mówię o sobie, nawet jeśli w pacjencie pojawia się ciekawość, by dowiedzieć się czegoś o moim życiu. Rozumiem problemy wspieram, podsuwam metody, które mogą być pomocne w rozwiązywaniu problemów. Nie oceniam, nie krytykuję, nie daję rad. Jednym słowem – idealna przyjaciółka, ale do czasu. Im mniej mnie, tym pacjent ma większą szansę na spotkanie się z samym sobą. Prędzej czy później pojawia się w terapii moment, kiedy staję się dla pacjenta jego lustrem; bez słów obnażam wszystkie jego iluzje, nierealne oczekiwania wobec świata, fakty z życia, którym już dłużej nie da się zaprzeczać. I co najważniejsze, nie mówię, co teraz, bo decyzja należy do pacjenta, nie do mnie. Bywa, że pacjenci w takim momencie przerywają terapię, odchodzą, czasami w poczuciu odrzucenia, rozczarowania czy złości.

Jeśli kiedykolwiek straciłaś przyjaciela – odszedł bez słowa wyjaśnienia, być może to była prawdziwa przyjaźń. Być może ta strata jest najcenniejszą rzeczą, jaką mógł ci dać, bo pozwoli ci skontaktować się z najciemniejszą stroną samej siebie.

Ćwiczenie dla przyjaciół

Usiądźcie naprzeciwko siebie, w ciszy. Patrzcie sobie prosto w oczy, bez słów. Poproś, by przyjaciółka spróbowała odzwierciedlić twój wyraz twarzy, postawę ciała. Uważnie ją obserwuj. Na początku milczenie wyda się trudne. Twoje ciało być może zacznie poruszać się niespokojnie, pojawi się lęk albo złość. Wytrzymaj to. W pewnym momencie poczujesz, że wasza relacja znika, że nieważne jest to, co dzieje się między wami. Zaczniesz wchodzić w kontakt z samą sobą. Poczujesz to, co w tobie. Może pojawią się łzy albo krzyk. Nie tłum niczego, co się w tobie pojawi. Wytrzymaj ten moment tak długo aż poczujesz ogarniający cię spokój. Być może nie uda się za pierwszym razem. Potem zamieńcie się rolami.