1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Tomasz Srebnicki: Gdy partner nie chce się żenić

Tomasz Srebnicki: Gdy partner nie chce się żenić

123rf.com
123rf.com
Ty coraz częściej myślisz o pełnej stabilizacji i legalizacji związku, a twój partner cały czas ceni sobie wolność i niezależność? O tym, co zrobić, gdy wizje związku niebezpiecznie się rozmijają, opowiada ekspert SENSu Tomasz Srebnicki – psychoterapeuta poznawczo-behawioralny

− Od około ośmiu lat mieszkam i jestem w związku z partnerem – rozwodnikiem, z którym mam sześcioletniego syna – pisze czytelniczka SENSu, 32-letnia Dagmara. − Różnie się działo przez ten czas, mój wybranek bowiem wracał do córki i byłej żony, z którą i tak mu się nigdy nie układało. U mnie miał zawsze bezpieczną przystań – mam stałe źródło utrzymania, codziennie gotuję obiady. Przy mnie po rozwodzie poukładał sobie na nowo życie, otrzymał awans w pracy, może się realizować... Mimo to zapowiedział, że nigdy się ze mną nie ożeni. Nie chce mnie dopisać do mieszkania, które kupił, mimo że ja mogłabym spłacić jego córkę. Mijają lata, a ja nie wiem, jak zaplanować przyszłość. On nie chce ślubu ze mną, a nasz syn zaczyna o to pytać. Poza tym mam wrażenie, że mój partner szanuje bardziej swoją byłą żonę. Do niej czuje respekt. Twierdzi, że ślub nie daje gwarancji na szczęście w małżeństwie. Owszem, ale chciałabym móc zaplanować choć na najbliższe lata nasze wydatki… A tymczasem ja za swoją pensję kupuję wyżywienie dla naszej trójki (czasem i jego córki, bo u nas bywa), leki, ubrania… On wypłatę ma dwa razy większą, a opłaty o połowę mniejsze, resztę trzyma dla siebie. Żadnych zobowiązań względem rodziny, z którą żyje od ośmiu lat. A może chce wrócić do byłej żony? Nie chce się ze mną ożenić, żeby jej nie było smutno? Proszę o poradę. Chcę mieć męża, który ryzykuje tak jak ja. I za rodziną pójdzie w ogień!

Odpowiedź PSYCHOLOGA: Droga Dagmaro, z twojego listu wnioskuję, że przestała być dla ciebie satysfakcjonująca rola, jaką pełnisz w relacji ze swoim obecnym partnerem. Przez ostatnich kilka lat zgadzałaś się, aby stanowić dla niego bezpieczną bazę, być spokojną i tolerancyjną kobietą, która pozornie nie ma żadnych oczekiwań. Aprobowałaś ograniczoną bliskość w nadziei na to, że w końcu staniecie się partnerami „pełną gębą”. Twój wybranek, jak się domyślam, to osoba z negatywnymi doświadczeniami w bliskich relacjach. Bardzo dobrze czuł się przy kobiecie, która pozwala na to, aby nie musiał ponownie się angażować i pewnie (w jego mniemaniu) znowu doświadczać porażki. Po latach zaczęłaś jednak ujawniać powody, dla których zgadzałaś się na różne „fanaberie” – chęć zacieśnienia relacji poprzez ślub, wspólne mieszkanie, spłacenie córki itd. I tu rodzi się pytanie. Czy twój partner o tym wiedział? Moja intuicja podpowiada mi, że pewnie nie. Myślę, że najwyższy czas nie na ślub czy wspólny kredyt, ale na bardzo poważną rozmowę dotyczącą twoich i jego planów na przyszłość i wspólne odpowiedzenie sobie na pytanie, co dalej. Warto, abyście razem zaakceptowali jego lęk i twoją potrzebę bliższej relacji oraz spróbowali znaleźć drogę do bycia razem w oparciu o siebie, a nie o symbole, takie jak ślub czy kredyt. Pamiętaj, że obrączka na palcu jest ukoronowaniem związku, a nie dowodem na to, że relacja jest bliska i trwała. Być może później przyjdzie czas na wino, świece i pierścionek zaręczynowy – który kupi on, a nie ty – i dlatego, że chce, a nie dlatego, że tego się od niego wymaga. Pozdrawiam i życzę wam powodzenia.

Więcej listów od czytelników znajdziesz w każdym numerze SENSu w rubryce Listy do psychoterapeuty.

Masz problem, z którym nie możesz sobie poradzić? Napisz do naszego eksperta: sens@zwierciadlo.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przepraszanie a psychologia. Czy warto przepraszać niezależnie od sytuacji?

Zarówno nadmierne przepraszanie, jak i domaganie się przeprosin to oznaki naszych wewnętrznych braków. (Fot. Getty Images)
Zarówno nadmierne przepraszanie, jak i domaganie się przeprosin to oznaki naszych wewnętrznych braków. (Fot. Getty Images)
Dobry obyczaj uczy ustępować i naprawiać krzywdy, nawet jeśli nie ma w nich naszej winy, ale ktoś poczuł się urażony. A co podpowiada życiowa praktyka i doświadczenie terapeuty? Doktor Tomasz Srebnicki zwraca uwagę na to, że zarówno nadmierne przepraszanie, jak i domaganie się przeprosin to oznaki naszych wewnętrznych braków.

Jak przyjąć odrzucone przeprosiny? Czy warto przepraszać każdego, nawet gdy czujemy, że na to nie zasługuje?

Zostałam wychowana w przekonaniu, że lepiej ocenić, czy warto przepraszać za nasz czyn, nawet jeśli się nie do końca poczuwa do winy, niż tkwić w uporze i nie przepraszać. To słuszne podejście?
Najlepiej odnieść się do konkretnej sytuacji. Przepraszanie ma bowiem różne warstwy, począwszy od tej wynikającej z zasad savoir-vivre’u, czyli dobrego wychowania, kiedy kogoś przypadkiem potrącimy ramieniem czy się spóźnimy na spotkanie. Ale jak rozumiem nie o to pani chodzi.

Chodzi mi o sytuację, kiedy ktoś ma do nas pretensje, słusznie lub nie. Nasza reakcja może być różna – możemy uznać zasadność i przeprosić. Albo nie uznać zasadności i przeprosić lub nie. O czym świadczą zarówno pretensje innych, jak i nasze reakcje na nie?
Mówimy o sytuacji, w której dochodzi między ludźmi – powiedzmy między nami – do jakiegoś konfliktu. To, co istotne dla tego przykładu, to że jesteśmy wobec siebie w jakiejś zależności – my akurat zawodowej, ale może być to także zależność prywatna. I teraz jedna strona konfliktu nie dąży do rozwiązania sytuacji, tylko chce wzbudzić w drugiej osobie poczucie winy, przekierować odpowiedzialność na jej stronę. Mogą za tym stać różne motywy: na przykład żeby sprawować nad kimś kontrolę lub żeby pokazać, że jest mniej inteligentny czy gorszy... Wtedy druga osoba przeprasza nie dlatego, że czuje taką potrzebę, ale by uniknąć odrzucenia i braku wybaczenia ze strony tego, kto ją obwinia. Przeprasza, nie będąc w zgodzie ze sobą, czyli trochę przeprasza za to, jaka jest.

Mając wybór, czy pozostać w zgodzie ze sobą, czy pozostać w zgodzie z drugą osobą – wybiera to drugie?
Pytanie: co to znaczy pozostać w zgodzie ze sobą? Weźmy sytuację sprzed chwili. Umówiliśmy się dziś w kawiarni na wywiad, pani spóźniła się pięć minut, bo najpierw zajrzała do naleśnikarni, a nie tu, gdzie usiadłem. Przychodzi pani, mówi: „przepraszam” i chce zaczynać wywiad, ale ja pełnym pretensji tonem mówię, że przez panią musiałem czekać. Co więcej, mam ku temu racjonalne podstawy. Ale one są podstawą do przeproszenia według zasad savoir-vivre‘u, co też pani zrobiła. Problem pojawia się wtedy, kiedy domagam się od pani ponownego lub bardziej kajającego się przeproszenia, grożąc odrzuceniem. Na przykład mówię: „Wiesz co, Asiu, naprawdę źle zrobiłaś. Nikt nigdy mnie nie potraktował tak jak ty. Ludzie zawsze przychodzą na wywiady ze mną na czas. Zastanawiam się, czy chcę z wami dalej współpracować“. A ponieważ jesteśmy w sytuacji zależności zawodowej, oznacza to, że dążę do tego, żeby pani mnie przeprosiła, ale wyłącznie po to, by poczuć się ważnym, kontrolującym, wyjątkowym, sprawczym... Natomiast jeżeli pani w to wejdzie i przy okazji jest osobą, która szuka akceptacji u innych, więc zwykle przeprasza pani w sposób nadmiarowy – to pani bardzo się tą sytuacją przejmie i pokaja nawet trochę zbyt przesadnie.

Nadmierne przepraszanie nie jest dobre?
Ktoś kiedyś powiedział, że kiedy przepraszasz pierwszy raz, to robisz to dla kogoś, a jeśli przepraszasz wiele razy, to przepraszasz już dla siebie – by nie poczuć się odrzuconym. I wtedy nie jest istotne, za co właściwie przepraszasz.

Jeśli osoba z potrzebą władzy trafi na kogoś z potrzebą akceptacji...
...wtedy mogą w takim klinczu trzymać się latami.

Jak go przerwać i zwalczyć w sobie potrzebę ciągłego przepraszania?
Jedyne, co może zrobić ktoś zmuszany ciągle do przepraszania, to zacząć się narażać na odrzucenie ze strony osób, które ciągle mu grożą odrzuceniem. Może to być wzorzec wymuszania przeprosin, ale też wymuszania seksu, pieniędzy, różnych rzeczy. Najlepiej zacząć od osób, których odrzucenia się najmniej boję – czyli na przykład od pani w kiosku lub pana na przystanku – i powoli zacząć się narażać na sytuacje, w których nie będą z jakiegoś mojego zachowania zadowoleni, np. nie dam pani dokładnie odliczonej kwoty, nie pomogę panu w sprawdzeniu rozkładu autobusów. Stopniowo można to przenieść na relacje z osobami, na których nam zależy. Oczywiście chodzi o to, by przyjąć jakiś racjonalny parametr tego, czy krzywdzimy kogoś, czy nie. No bo jeśli zacznę praktykować to, o czym mówię, poprzez spóźnianie się na różne spotkania o godzinę, uznając, że nic się nie dzieje, to w ten sposób będę okazywał jednak brak szacunku czy nawet pogardę wobec innych. Natomiast jeżeli dojdzie do sytuacji, że się spóźnię dwie minuty, a ktoś będzie w sposób nadmiarowy zdenerwowany, to mogę sobie zadać pytanie, ile zwykle się ludzie spóźniają i jak zwykle na to reagują. Przeważnie albo mówią: „Przepraszam za spóźnienie“ i przechodzą do innego tematu albo w ogóle ignorują ten fakt. Natomiast jeśli druga osoba cały czas napiera: „To brak szacunku”, to moim zdaniem na ten rodzaj odrzucenia musimy się już narazić. I właśnie nie przepraszać.

Ale jak powinniśmy zatem zareagować, jeśli nie chcemy decydować się na ciągłe przepraszanie?
Możemy na przykład zadać pytanie: „Czego się ode mnie domagasz?”, czyli zdemaskować drugą osobę. Można też opisać to, co robi: „Wiesz co, spóźniłam się dwie minuty, ludzie spóźniają się czasem dwie minuty, ale czuję, że chcesz, żebym wyjątkowo cię za to przeprosiła. Oczywiście, że mogę cię przeprosić, ale nie uważam, bym zrobiła coś, co takich ponawianych co chwila przeprosin wymaga”. Druga osoba może zareagować wybuchem, bo została zdemaskowana. Może też zauważyć absurdalność tej sytuacji lub pomimo zdenerwowania przejść nad tym do porządku dziennego. Najgorszą wersją dalszych wypadków jest wspomniane odrzucenie, czyli kiedy na przykład ja w reakcji na pani spóźnienie mówię: „No nie, to koniec naszej współpracy“. I należy się umieć na to narazić. Najlepiej odwołując się do swoich zasobów.

Co to znaczy?
Może pani powiedzieć sobie: „Na cholerę mi ten Srebnicki! Znam mnóstwo psychologów, którzy mogą robić to, co on. Zachowując się w ten sposób, nie tylko przekracza moje granice, ale jest nieprofesjonalny i niegrzeczny. Po co mi kontakt z takim człowiekiem? Chce zerwać umowę, proszę bardzo, zgłoszę to do naszego działu prawnego, niech z nim to załatwiają”. Naraża się pani na moje odrzucenie, jednocześnie rozpoznając zasoby, jakie pani ma w sytuacji, w której tego odrzucenia zaznała.

Czyli zadaję sobie pytanie: czy to jest taka straszna rzecz być odrzuconym przez kogoś w takiej sytuacji i w taki sposób?
Tylko właśnie osoby, które mają problem z nadmiernym przepraszaniem, najczęściej całą energię wkładają w budowanie jednej–dwóch bliskich relacji. I bardzo boją się potem je stracić. Czyli w pani przypadku mogłoby to być takie myślenie: „Boże, tylko Srebnicki może odpowiadać na listy do SENSu”. Co więcej, ja mogę pani przez lata wcześniej dawać do zrozumienia, że nikt inny do tego się nie nadaje i jeśli ja nie będę odpowiadał na listy, to SENS splajtuje, i to będzie pani wina. Mogę przez lata osaczać panią swoją osobą, by miała pani takie poczucie, że albo ja, albo nikt inny. I jeżeli ma pani lęk przed odrzuceniem, a do tego problemy z kompetencjami, pewnie będzie pani dążyć do tego, by mnie zaspokoić emocjonalnie – czyli będzie pani ciągle przepraszać i ugłaskiwać mnie.

Mówimy teraz o relacji zawodowej, ale bardzo często takie właśnie osaczanie i manipulowanie stosują wobec nas znajomi albo przyjaciele, czy raczej osoby, które uważamy za przyjaciół. Dlatego dobrze jest nie skupiać się na jednej–dwóch relacjach. Nie mówię, by mieć tabuny przyjaciół, bo o dobre przyjaźnie zawsze jest trudno, ale by mieć ciepłe i dobre relacje z ludźmi oraz zasoby techniczne, które pomogą nam poradzić sobie z ewentualnym odrzuceniem, np. koleżankę, u której mogę przenocować, kiedy pokłócę się z partnerem, lub zaoszczędzone pieniądze, gdy postanowię rzucić pracę. W ten sposób budujemy zasoby do tego, by nie musieć przepraszać, jeśli tego nie chcemy.

Po czym rozpoznać nadmierne przepraszanie?
Czyli po czym poznać, że skrzywdziłem, a po czym poznać, że nie skrzywdziłem? Krzywda jest zawsze intencjonalna. Oczywiście można kogoś skrzywdzić przez przypadek, ale to dotyczy zwykle ludzi, których mało znamy. W bliskich relacjach krzywda jest z reguły intencjonalna. A ponieważ ludzie są nieustająco w relacjach, to się nieustająco nawzajem naruszają, bo z reguły w pierwszej kolejności działają we własnym interesie. Przeważnie w 98 proc. bliskich relacji wiemy, kiedy nasze zachowanie sprawi komuś przykrość, i jeśli mimo to je podejmujemy, to trzeba za nie przeprosić. Czyli na przykład ekstremalna sytuacja: ma pani kochanka i spotyka się z nim w ukryciu. I mąż się o tym dowiaduje.

Powinnam przeprosić za to, że mam kochanka?
Nie za fakt posiadania kochanka, tylko za to, że w taki sposób rozwiązała pani problem w relacji z mężem.

A klasyczne faux pas? Niezamierzone, ale krzywdzi.
Jeżeli widzę, że niewinny według mnie żart wpłynął na pogorszenie samopoczucia drugiej osoby, to absolutnie trzeba za to przeprosić, bo te przeprosiny są wyrazem mojej czujności na rozmówcę. Czyli dajmy na to opowiadam dowcip o wisielcu i widzę, że komuś twarz tężeje. Domyślamy się, że ktoś z jego bliskich się powiesił. Mogę wtedy powiedzieć: „Widzę, że pana czymś uraziłem. Absolutnie nie miałem takiej intencji i przepraszam“. Myślę, że te wszystkie nasze problemy wokół tematu „przeprosić czy nie przeprosić?” najczęściej obracają się wokół lojalności i uważności w relacjach międzyludzkich.

A co siedzi w głowach czy sercach osób, które nigdy nie decydują się na przepraszanie? Psychologia jest w stanie uzasadnić takie zachowanie?
Na poziomie klinicznym mogą być to osoby z rysem psychopatycznym, które nie przepraszają, bo nie czują takiej potrzeby. Uważają, że to, co robią, jest absolutnie uzasadnione – nawet jeśli oszukały albo zabiły. Nie mają pewnej struktury poznawczej, która by pozwalała im zdefiniować siebie jako obiekt krzywdzący. Takie osoby, jak powiedziałem, mają zwykle rys psychopatyczny, ale też socjopatyczny lub narcystyczny. Zwykle nie przepraszają, a jeśli już, to robią to fasadowo, czyli w sposób absolutnie manipulacyjny. Na przykład mogę być psychopatą i uwodzić panią po to, by pani wzięła dla mnie kredyt. I nagle widzi mnie pani na ulicy z inną kobietą. Jako psychopata, który nie ma wyrzutów sumienia i chce po prostu pani użyć, rzucę się do przepraszania, łzami nawet zaleję – byle tylko w przyszłości naciągnąć panią na dużą kasę.

Czyli dobre przeprosiny powinny być szczere i adekwatne do sytuacji?
Tak. W szerszym znaczeniu, kulturowo-religijnym – zwłaszcza w naszej tradycji, gdzie przeprosiny są związane z formą spowiedzi, która jest przeproszeniem Boga – ważnym elementem przeprosin jest też mocne postanowienie poprawy. Czyli powinna iść za nimi zmiana w zachowaniu lub czujność wobec błędów, które popełniam, po to, by więcej tego nie robić. Jeśli ktoś stale powtarza te same błędy, to jego przepraszanie ma mało wspólnego z tą częścią „ja”, która może potencjalnie krzywdzić innych. I nie trzeba być psychopatą albo narcyzem, by nie widzieć swojego „ja” krzywdzącego – z reguły ludzie wolą postrzegać siebie w roli tych dobrych. Sporo wysiłku trzeba, by zaakceptować siebie w roli tego, kto nie zawsze jest dobry a nawet – w określonej sytuacji – może być zły.

Kiedy do pana jechałam, w radiu usłyszałam piosenkę, w której pojawiał się refren „Za późno na przeprosiny”. Czy są takie sytuacje? Co musiałoby się stać, by przeprosiny straciły „przydatność do spożycia”? Czy warto przepraszać niezależnie od momentu, w którym wyrządziliśmy krzywdę drugiej stronie?
Przydatnością do spożycia przeprosin jest rozpad relacji. Jeżeli dochodzi do sytuacji, w której przestaję mieć motywację, by dążyć do kontaktu z osobą, którą chcę przeprosić lub która chce, bym ja ją przeprosił – to znaczy, że jest już zdecydowanie za późno. Oczywiście możemy się spotkać i przeprosić za pięć lat, ale nie będzie już powrotu do relacji. Słowo „przepraszam“ zawiera w sobie przekaz: „Wróćmy do stanu sprzed” albo „Nauczymy się czegoś z tego doświadczenia i żyjmy dalej razem“. Jeśli to słowo się nie pojawia lub kiedy dwie strony konfliktu ponad porozumienie przedkładają swoje poczucie skrzywdzenia – i trwa to rok, dwa czy pięć lat – to w sposób naturalny dochodzi do rozpadu relacji.

A co w sytuacjach, kiedy obie strony uważają, że to ta druga powinna przeprosić? Czy – tak jak mawiały mamy, rozsądzając spory – ten, kto ustąpi, jest mądrzejszy?
To są sytuacje, w których trzeba najpierw zadać sobie pytanie: „O co chodzi?”. O co chodzi w tym, że chcę nadal tkwić w roli ofiary? Bo to, o czym pani mówi, to jest tkwietnie w roli ofiary. I przerzucanie się: „Ja jestem bardziej ofiarą”, „Nie, to ja jestem bardziej ofiarą”. I ponownie – może być milion motywacji dla takiego zachowania. Można zadać sobie pytanie: „Dlaczego ja tak bardzo chcę, by ktoś mnie przeprosił?”. Mamy miały rację, mądrzejszy ustąpi, czyli przeprosi. Przeprosi, by nadal być w tej relacji, i po to, by dalej sprawować kontrolę, w czym nie ma nic złego.

Wyobraźmy sobie, że nagle się o coś pokłóciliśmy i oboje jesteśmy obrażeni. Mogę uznać: „Wiem, że ta Olekszyk jest wybuchowa i uparta, ale ponieważ ją lubię – to postawię się w roli tego złego i ja przeproszę“. Przeproszę, ponieważ dużo mnie to nie kosztuje, ponieważ wiem, że nikogo strasznie nie skrzywdziłem, i ponieważ wiem, że chodzi w tym o to, by ta Olekszyk poczuła się ważna. A niech się czuje ważna. Czyli wybieram relację. Ustępując jej, nadal w istocie sprawuję nad tą relacją kontrolę.

Jak to? Nie ja sprawuję?
Nie, pani się tylko wydaje, że sprawuje kontrolę. Na tym polega cała mądrość przeprosin. Ja sprawuję kontrolę nad naszą relacją w tym sensie, że pani samopoczucie jest uzależnione od tego, czy ją przeproszę, czy nie. Dzięki mnie nadal może pani czuć się ważna, natomiast w niczym pani nie pomogłem, jeśli chodzi o pracę nad sobą, moje przeprosiny nie są dla pani rozwojowe.

Czyli przepraszanie jest mądrzejsze niż nieprzepraszanie i niż żądanie przeprosin.
Dokładnie tak. Ale ten mądry, o którym mówimy, ma też swoją wyporność. To, że ja pani teraz ustąpię, nie zwalnia pani z refleksji nad tym, co się stało. Jeśli po raz 55. powtarza pani to samo i nie podejmuje refleksji, czyli znów wylewa mi kieliszek na twarz i robi scenę przy innych, to ja te 54 razy byłem mądrzejszy i nie dotykało mnie zbytnio pani zachowanie, ale ten 55. raz może mi się już nie chcieć być w relacji z osobą, która jest tak niereformowalna.

Są sytuacje, w których można nie przyjąć przeprosin? Co będą oznaczać dla drugiej strony takie odrzucone przeprosiny?
Nieprzyjęcie przeprosin zwykle oznacza: „Nie jestem już zainteresowany relacją z tobą“. Najczęściej jednak oznacza, że wielokrotnie już to robiłeś i straciłem zaufanie do twoich przeprosin albo uważam, że należy mi się coś więcej niż tylko przeprosiny. Ale co to znaczy „nie przyjmuję twoich przeprosin” – w codziennych kontaktach międzyludzkich jest to oczywiście absolutnie kretyńska odpowiedź. Można jednak wyobrazić sobie sytuacje, w których by się nie przyjęło czyichś przeprosin – ja na przykład nie przyjąłbym przeprosin kogoś, kto zabiłby moje dziecko lub mniej ekstremalnie – kogoś, kto mi obsmarował dupę. Jest skala krzywdzenia, poza którą można wprawdzie rozumieć, ale niekoniecznie wybaczać.

A czy warto przepraszać siebie samego? W jakich sytuacjach?
Myślę, że tak. Zwłaszcza za rzeczy, które wynikały z braku akceptacji siebie, czyli na przykład za to, że byłem alkoholikiem albo pracowałem 13 godzin dziennie i zostawiałem dziecko na cały dzień w przedszkolu, bo chciałem spłacić kolejną ratę za superdrogi samochód. Ale znów – to wymaga przyznania, że bywamy też tymi, którzy krzywdzą, w tym wypadku siebie. I trzeba to zaakceptować – walczyć z tym, ale uznać, że zło, tak jak i dobro, w nas jest.

  1. Psychologia

Chcesz stworzyć dobry związek? Uporządkuj rodzinną przeszłość!

Pamiętaj, bilans związku musi być dodatki! Żeby tego dokonać uporządkuj emocje z przeszłości. (fot. iStock)
Pamiętaj, bilans związku musi być dodatki! Żeby tego dokonać uporządkuj emocje z przeszłości. (fot. iStock)
Pierwszym warunkiem udanego związku nie jest miłość, lecz… porządek. Kiedy wyczyścisz wszystkie kąty, miłość będzie miała gdzie zamieszkać.

Odchodzisz z rodzinnego domu ,,na swoje”, z głową nabitą ideałami i postanowieniami. Obiecujesz sobie, że nigdy nie będziesz taka jak twoja matka albo że nie dasz się traktować jak ciotka. Kochasz, a miłość pokona wszystko. Jest gwarancją szczęścia… Nieprawda! Podstawową zasadą udanego związku jest określony porządek. Bowiem dobry związek jest jak idealnie posprzątany pokój. Wszystko i wszyscy mają swoje miejsce, a bilans relacji musi być dodatni. Dostajesz od partnera przynajmniej tyle samo, ile mu dajesz.

Tęsknota za idealną miłością

Kobieta spotyka mężczyznę swojego życia, wierzy, że to na pewno ten jeden jedyny, a ich miłość jest wyjątkowa. Stan zakochania zakłada im na oczy różowe okulary. Mijają lata. Pojawiają się pierwsze wątpliwości. Ona patrzy na partnera i zadaje sobie pytanie: „Jak mogłam być taka ślepa?”, „Gdyby mnie naprawdę kochał, dałby mi to, czego potrzebuję”. On czuje podobnie. Zaczyna się poszukiwanie winnego. Bywa, że jedno z nich z bezradności szuka pociechy poza związkiem. Rodzą się kłótnie, pojawia się widmo rozwodu. Symptomatyczne zdania: „bo ty nigdy”, „bo ty zawsze”. Każde za wszelką cenę próbuje walczyć o swoje szczęście i prawo do miłości. Zamieniają się we wrogów.

Kto zawinił? Pierwotna tęsknota za idealną, bezwarunkową miłością. Taką, jaką dać mogą jedynie rodzice. Ale oni też nie są idealni, choć starają się z całych sił. Kochają dziecko, jak potrafią, ale pewnych rzeczy dać mu nie mogą, bo pewnie też nie dostali ich od swoich rodziców. Dlatego wyruszamy w świat z emocjonalnymi dziurami w sercach i to nie miłość, ale owe deficyty sprawiają, że z tysiąca innych ludzi wybieramy właśnie danego partnera czy partnerkę. Z wiarą, że otrzymamy to, czego nie dostaliśmy od rodziców. Ale ten pociąg już odjechał. W dorosłym życiu możemy otrzymać wiele wspaniałych darów, ale tego, czego zabrakło w dzieciństwie, nie dostaniemy już nigdy. Jak sobie z tym poradzić? Przeprowadzić stosowne porządki.

Półka z rodzicami

Musisz uznać pierwszy i najważniejszy porządek miłości – więź z rodziną, z której pochodzisz. – Chodzi o przyjęcie rodziców, wewnętrzną zgodę na nich, takimi, jacy są, ze wszystkimi zaletami, ale także wadami – mówi Elżbieta Sanigórska, psycholog, psychoterapeutka. – To, kim jesteśmy, wynika w pewnym sensie  z tego, kim są nasi rodzice. Tego, że od nich pochodzimy, nie możemy się wyprzeć. Przyjęcie ich, uszanowanie i akceptacja nie tylko uwolnią od, czasami bolesnej, przeszłości, od wszystkich trudnych spraw, jakie przeżywaliśmy w relacji z nimi, ale też pozwolą zaakceptować siebie i partnera.

Jeśli w twoim związku coś się psuje, przyjrzyj się emocjom, które przeżywasz. Czy są adekwatne do tego, co się dzieje? Czy reagujesz jak osoba dorosła, czy może jak dziecko – nadmiernie intensywnie, nie panując nad emocjami? Lęki i obawy, które ujawniają się w relacji z partnerem, pretensje, oczekiwania, złość czy chęć zranienia go do żywego, to uczucia mające zwykle źródło w relacjach z rodzicami.

Ocalić miłość, to móc powiedzieć: „Szanuję ciebie jako mężczyznę”, „…a ja ciebie jako kobietę, ze wszystkim, co twoje”. Żeby tak się stało, musisz zaakceptować swoich rodziców, a tym samym siebie, swój los, swoje życie.

– Powiedzieć: „Kochana mamo/kochany tato, uznaję ciebie jako moją matkę/mojego ojca i biorę od ciebie życie, jakie mi dałaś/dałeś” – to pierwszy, najważniejszy krok na drodze do udanego związku – tłumaczy Elżbieta Sanigórka. – Musisz przeboleć, odżałować i rozstać się z tym wszystkim, co było trudne w twoich relacjach z rodzicami. A także dostrzec i uznać to, co twoi rodzice ci dali, to, że cię wychowali. Ten krok konfrontuje cię też z własną niedoskonałością. Pozwala zaakceptować w sobie zarówno jasne, jak i ciemne strony.

Inwestycja w prawdziwą relację

Jeśli już zaakceptowałaś swoich rodziców takimi, jacy są, masz teraz szansę na to, by zobaczyć partnera – również takim, jaki jest naprawdę. Nie patrzeć na niego przez pryzmat własnych dziecięcych potrzeb, tęsknot, deficytów. Zaakceptować jego słabości, denerwujące nawyki i przede wszystkim to, że nie może ci dać tego, czego nie ma, nie potrafi lub sam nie dostał. Jesteś w stanie podjąć decyzję, czy ty z tym człowiekiem naprawdę chcesz i możesz być. Co więcej: ustalić porządek w waszej rodzinie, zgodnie z którym relacja twoja i partnera jest najważniejsza, ważniejsza niż ta z rodzicami czy z waszymi dziećmi. Energia partnerów powinna być inwestowana przede wszystkim w związek. To daje siłę do budowania wspólnego życia, do bycia rodzicami, do znoszenia codziennych trudów i do czerpania z tego radości.

Jeśli nie będziecie inwestować w waszą relację partnerską, na przykład staniecie się bardziej rodzicami niż partnerami, spowoduje to zaburzenie równowagi. Ty będziesz żyć w poczuciu rozgoryczenia, że mąż nie zajmuje się dziećmi, on będzie zazdrosny o waszego syna, może zacznie odpowiadać na adorację koleżanki z pracy, a wasza więź się rozluźni. Z lęku przed utratą miłości wzajemne rozczarowania i urazy będziecie zamiatać pod dywan i kłócić się o drobiazgi: porozrzucane po domu skarpetki, okruszki na pościeli czy o to, kto ma wyrzucić śmieci. Być może wtedy zaczniesz snuć spiskową teorię o tym, że to teściowa miesza w waszym związku – nigdy cię nie lubiła i stale wtrąca się w wychowywanie dzieci.

Równanie rodzin

Czyja rodzina lepsza – moja czy twoja? To najczęstszy powód kłótni, zwłaszcza na początku związku. – Ty i twój partner pochodzicie z dwóch różnych światów – tłumaczy Elżbieta Sanigórska. – Tradycje w waszych rodzinach mogą być odmienne i to w każdej kwestii: potraw na wigilijnym stole, wychowywania dzieci, gospodarowania rodzinnym budżetem, spędzania czasu wolnego… I wojna o to, czyje lepsze, się rozkręca.

Co będziemy jeść w naszym domu w Wigilię: barszczyk czy grzybową? – odpowiedź na to pytanie, poszukanie kompromisu, a może stworzenie swojego własnego rytuału – to podstawa udanego związku, szansa na stworzenie autentycznego ,,my”. Walka o przeforsowanie zwyczajów rodziny, którą w sprawach domowych często wygrywa kobieta, niszczy wzajemny szacunek i zagraża więzi pomiędzy partnerami. Zamiast zastanawiać się, jak to pogodzić w taki sposób, by uszanować obydwie rodziny, zamiast dążyć do wspólnych rozwiązań – często szukamy pocieszenia u… mamy i taty.

– Radzenie się rodziców jest OK – mówi Elżbieta Sanigórska. – Jednak związkowi nie służy szukanie poparcia rodziców przeciwko partnerowi. Zatem wysłuchaj rady mamy, ale to ty i partner musicie się dogadać.

Ingerencja babć w wychowywanie wnuków, obowiązek cotygodniowych obiadków u teściowej, wakacje na działce u twoich rodziców? OK. Pod warunkiem, że ty i partner naprawdę tego chcecie, a nie stracie się zaspokoić oczekiwania rodziców. Wigilia przed kominkiem we własnym domu zamiast świątecznej gonitwy od rodziny do rodziny? Czemu nie, jeśli marzycie o tym obydwoje. Zdrowy rozsądek w spełnianiu rodzinnych zobowiązań to podstawa udanego związku. Szczere i wspólnie uzgodnione stanowisko w kwestii, czy i na ile włączamy rodziców w sprawy naszej rodziny, to kolejny punkt na liście spraw do załatwienia.

Rachunki krzywd

Dawanie i branie – kolejne prawo miłości, to baza, która podtrzymuje więź i warunkuje zadowolenie ze związku. – Im więcej dobrego dajemy sobie nawzajem, tym bardziej rośnie bliskość i przywiązanie – mówi Elżbieta Sanigórska. – Bilans zawsze powinien być dodatni – i ty, i partner musicie mieć poczucie, że dostajecie przynajmniej tyle, ile sami dajecie.

I nie chodzi wcale o spektakularne czyny czy drogie prezenty, ale o zwykłą codzienność: czas, uważność, domowe rytuały, czułe gesty i bliskość. W ramach wymiany mieści się także wyrównywanie krzywd, na przykład zdrady.

– Przed wybaczeniem musi nastąpić zadośćuczynienie – mówi psychoterapeutka. – Jeśli to ty czujesz się pokrzywdzona, partner musi uznać twoją krzywdę i wyrazić chęć jej naprawienia. Wtedy ty możesz zażądać czegoś, co będzie wystarczającym zadośćuczynieniem. Tylko wtedy, gdy krzywdy zostaną wyrównane, możecie zacząć odbudowywać związek.

Możesz zażyczyć sobie, żeby partner zrobił albo podarował ci coś, o czym zawsze marzyłaś: wspólny wyjazd, każdy weekend z tobą i dziećmi albo że ma chodzić teraz na wywiadówki i pomagać synowi w lekcjach, żeby ciebie odciążyć.

Wyrównanie krzywdy musi dotyczyć także emocjonalnej strony. Jeśli czujesz się zraniona na przykład jako żona, powiedz partnerowi: „Zraniłeś mnie, to teraz ja się będę starać mniej, a ty musisz starać się bardziej. Przez najbliższe sześć miesięcy nie będę robiła tego wszystkiego, co robiłam jako dobra żona. Od ciebie oczekuję, że będziesz….”. Trzeba powiedzieć to jasno, konkretnie, rzeczowo. I to osoba skrzywdzona ustala, jaka ma być kara, jakie zadośćuczynienie i jak długo to ma trwać. Winny nie może z tym dyskutować.

A kiedy wyznaczony czas minie, a ty poczujesz, że jesteś gotowa mu wybaczyć, oddzielcie przeszłość grubą kreską i nie wracajcie już do tego, co było raniące. Rozmawiajcie o tym, jaki ma być wasz związek, byście nadal chcieli w nim pozostać.

  1. Zwierciadło poleca

Wrześniowy "Sens" z Marleną Dietrich na okładce już w sprzedaży

Ukazanie się wrześniowego SENSu oznacza, że lato wkracza na ostatnią prostą. Proponujemy jednak, by – zamiast żałować, że to już – cieszyć się każdą chwilą.  Czyli? Po prostu być tu i teraz... I czytać SENS, w którym co miesiąc staramy się podpowiedzieć Czytelnikom, jak żyć bardziej świadomie.

„We wrześniowym SENSie przeszłość miesza się z teraźniejszością, a nawet przyszłością. Piszemy o ludziach, którzy swoje serce oddali rekonstrukcjom historycznym, a jednocześnie o jednej ze współczesnych plag – internetowym hejcie. Wygrzebujemy z niepamięci (wcale nie tak odległej) pionierki polskiej informatyki czy gwiazdę sprzed lat (ale jakże wyprzedzającą swoje czasy) Marlenę Dietrich, a kilka stron dalej uderzamy w mit miłości romantycznej, w którym od lat wychowywane są kolejne pokolenia” – pisze redaktor naczelna Joanna Olekszyk w edytorialu.

Na naszą okładkę trafiła tym razem Marlena Dietrich, gwiazda kina i estrady. Utalentowana, konsekwentna, odważna, pożądana ... prowokowała i budziła wielkie emocje. Z Tomaszem Raczkiem rozmawiamy o jej pięciu życiach i pewnej współczesnej aktorce, którą można by nazwać jej intelektualną następczynią. O kim  mowa? Zapraszamy do lektury wywiadu w numerze!

W Temacie Numeru odkrywamy zalety świadomego ograniczania – nie tylko rzeczy, ale i bodźców, powierzchownych znajomość, pożeraczy czasu i energii. W cyklu tekstów pt. „Minimalizm na nowe czasy” przybliżamy doświadczenie tych, którzy minimalizm traktują nie jako kolejną modę, ale narzędzie rozwoju.

Drugi duży blok tematyczny poświęcamy miłości do retro. Skąd w nas zamiłowanie do minionych czasów? Jak wyjaśnia terapeuta, Mateusz Ostrowski, każdy z nas tego czasem potrzebuje. O swojej pasji opowiada rekonstruktorka Marta Veil a prof. Irena Ponikowska dzieli się z Oriną Krajewską profesjonalną wiedzą o leczeniu uzdrowiskowym.

Wspomniany w edytorialu hejt to nie jedyne niebezpieczeństwo związane z rozwojem Internetu. Brak umiaru w korzystaniu z sieci grozi uzależnieniem. Jak nauczyć młodych ludzi zdrowej relacji z technologią Ewa Nowak pyta terapeutę i autora książek Krzysztofa Piersę. 

Jak zwykle, wiele miejsca poświęcamy relacjom. Wspólnie z ekspertami szukamy m.in. odpowiedzi na pytania: Co się kryje pod naszą złością na partnera? Jacy są współcześni ojcowie? Czy związek na odległość może przetrwać?

W numerze także rozmowa z uznanym pilot szybowcowym Sebastianem Kawą, który opowiada o podniebnych falach i niecodziennych lądowiskach, oraz kolejny odcinek filmoterapii Grażyny Torbickiej i Martyny Harland, w którym polecają „Pojedynek na głosy”.

Zanim przyjedzie babie lato, naładujmy wszyscy wewnętrzne baterie! Tego Wam, Drodzy Czytelnicy, i sobie życzymy na ostatniej prostej wakacji.

  1. Styl Życia

Najlepsze wakacje dla ciebie - jak dostosować urlop do naszych potrzeb, osobowości i poziomu zmęczenia?

Dobierz sobie dobry urlop dostosowany do potrzeb, osobowości i poziomu zmęczenia. (Fot. 123rf)
Dobierz sobie dobry urlop dostosowany do potrzeb, osobowości i poziomu zmęczenia. (Fot. 123rf)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Psychologowie pracy grzmią: homo faber potrzebuje pełnych trzech tygodni urlopu, żeby zregenerować siły. Ilość to jedno – jakość drugie. Dobierz sobie dobry urlop dostosowany do potrzeb, osobowości i poziomu zmęczenia.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru magazynu Sens. 

Urlop szyty na miarę

Nie leć na oślep do modnego kurortu, bo tam chcą przyjaciele. Nie jedź po raz kolejny do sprawdzonego od lat, nudnego pensjonatu, bo tam miła pani Zosia dobrze gotuje. Wsłuchaj się w swoje potrzeby – pomyśl, jaka forma wypoczynku pozwoli ci się odprężyć, doładować energię?

Zasady wyboru urlopu

  • Odmień dni. Spędzaj urlop na aktywności zupełnie innej niż ta, którą masz na co dzień. Jeśli twoja praca wymaga siedzenia przed monitorem komputera – nie odpoczywaj, surfując po Internecie. Taki urlop nie przyniesie wytchnienia. Będzie pozornym oderwaniem się od codziennych obowiązków. Zafunduj sobie dużą dawkę świeżego powietrza i ruchu. Natomiast osoby, których codzienna praca wiąże się z wysiłkiem fizycznym, przemieszczaniem się, najlepiej zrelaksują się w hamaku z książką.
  • Spraw sobie przyjemność. Wtedy zarówno ciało, jak i dusza się zrelaksują. Wydzielają się hormony szczęścia, podnosi się poziom serotoniny. Ciało uwalnia się od nagromadzonych stresów, a nawet bólu fizycznego. Niech urlop będzie spełnieniem marzeń!

Klasztorna cisza

Pracujesz na wysokich obrotach, wśród wielu ludzi, z klientami, kontrahentami? A potem resztkami sił próbujesz zadbać wieczorem o rodzinę? Pewnego pięknego dnia poczujesz symptomy wypalenia zawodowego. Spotykasz się ze wszystkimi, ale nie ze sobą! Recepta wakacyjna dla ciebie to długa przerwa – od wszystkiego.

Propozycja urlopu: izolacja w klasztornej celi i spotkanie z samym sobą. W tym wypadku wystarczy tydzień. Jak się okazuje, wcale nie trzeba jechać do aśramy do Indii. Już kilkadziesiąt klasztorów w Polsce przyjmuje zmęczone i przepracowane istoty, oferując wyciszenie i odpoczynek, np. klasztor Kamedułów na krakowskich Bielanach, Benedyktynów w Tyńcu, Franciszkanów w Pińczowie czy pokamedulski klasztor o wdzięcznej nazwie Pustelnia Złotego Lasu w Rytwianach.

Pod gruszą, na plaży

Ach, wyspać się wreszcie, wygrzać, godzinami wpatrywać się w naturę... Czy taki obraz wprowadza cię w błogostan? Jeśli tak, zaplanuj trzytygodniowy wypoczynek. Pierwszy tydzień poświęć na odespanie i relaks, drugi na korzystanie z uroków miejsca, trzeci na ładowanie akumulatorów i regenerację. Nie oczekuj, że natychmiast poczujesz się wakacyjnie. Twój mózg potrzebuje czasu, by przystosować się do upragnionego nicnierobienia. Przez pierwsze dni ciągle będą się kotłować w głowie nieprzetrawione myśli, fragmenty rozmów z zebrań, będziesz sprawdzać komórkę. Nie biczuj się za to, tak musi być, nie wyłączysz przecież swojej głowy ot tak, pstryk!

Skuteczną metodą na okiełznanie mózgu jest ruch, dlatego na początku przeplataj leniuchowanie ze sportem. Wybierz formę aktywności, którą lubisz, nie zmuszaj się do jakichś dyscyplin, tylko dlatego, że akurat są w zasięgu ręki. Nic nie musisz! To najważniejsze hasło dobrego urlopu.

Sztuka i przeszłość

Jeśli należysz do osób skazanych na monotonną pracę – w wakacje obcuj z pięknem, sztuką, z przeszłością. Wybierz urlop w miejscu, gdzie odbywa się festiwal teatralny albo w takim jak Florencja, gdzie można kontemplować renesansowe obrazy i freski na plenerze ceramicznym. Zaspokoisz potrzebę rozwoju osobistego, intelektualnego, manualnego. Codzienność pozostanie gdzieś daleko...

Jeśli uczta ducha cię nie pociąga, jedź tam, gdzie świętem jest każdy posiłek, by delektować się smakiem świeżych lokalnych potraw – do Toskanii. Spowolnione tempo lokalnego życia pozwoli ci delektować się szczegółami, na które na co dzień nie ma czasu. Spowoduje też wzmocnienie więzi z bliskimi. Na nowo przyjrzysz się partnerowi, zaznasz radości wspólnego biesiadowania przy wielkim, suto zastawionym stole...

  1. Psychologia

Energia z kamienia – na czym polega litoterapia?

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Śpiewając, że brylanty są najlepszymi przyjaciółkami kobiety, Marilyn Monroe myślała prawdopodobnie o ich pięknie. Średniowieczna mniszka Hildegarda z Bingen przypisywała im jednak także działanie lecznicze.

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. Najbardziej znana jest dziś praca Hildegardy z Bingen, w której średniowieczna mniszka polecała m.in. szmaragd na atak padaczki czy silne bóle głowy. Historycy przywołują również zapiski Pliniusza Starszego, powstałe w I wieku naszej ery.

Litoterapia, czyli leczenie kamieniami (od lithos – kamień i therapeuo – leczenie, pielęgnacja) opiera się na zasadzie przepływu energii. Kamienie pochodzenia mineralnego zawierają te same pierwiastki co ciało człowieka i mogą uregulować biochemiczny niedobór albo nadmiar w organizmie.

Terapeutyczne działanie kamieni, odrzucane przez medycynę akademicką jako naukowo niepotwierdzone, ma jednak wielu zwolenników. „Dlaczego na przykład korale bledną, gdy osoba je nosząca choruje na niedokrwistość, a odzyskują barwę, gdy wraca do zdrowia?” – pyta prezes polskiej filii światowej federacji medycyny alternatywnej Zbyszko Patyk i zwraca uwagę, że z przeprowadzonych kiedyś badań wynikło, że ułożone wokół głowy kryształy zmieniają zapis encefalogramu.

Mimo niechęci naukowców do litoterapii (która być może wzięła się po części stąd, że sama nazwa powstała w kręgach newage'owskich w latach 70. XX wieku) ma ona jednak wielu praktyków, którzy rozwijają ją jako uzupełnienie medycyny zachodniej.

Jak stosować litoterapię?

Zwolennicy metody radzą, żeby wybrać kamień, który do nas przemówi, i stworzyć własne rytuały z jego udziałem: przytrzymać co rano przez kilka chwil w dłoni czy przykładać do punktów energetycznych na ciele.

Ważna jest również odpowiednia pielęgnacja kamienia, trzeba go czyścić zgodnie ze wskazówkami, czasem w czystej wodzie, w innych przypadkach np. w roztworze soli.

Terapeutyczne znaczenie będzie miało ponadto noszenie biżuterii z wybranym kamieniem czy nawet postawienie go w swoim pokoju.

O kilka wskazówek poprosiliśmy prowadzącą sesję terapii kryształami Alicję Radej (@alicja_radej). Oto, co poleciła na nękające nas często schorzenia fizyczne i psychosomatyczne:

  • na bezsenność: ametyst, celestyn, czaroit, howlit, hematyt, lapis lazuli, sodalit, malachit;
  • na otyłość: czarny onyks, turmalin, kamień księżycowy, cytryn;
  • na wzmacnianie odporności: heliotrop, ametyst, czarny turmalin, zielony kalcyt, karneol, kwarc;
  • na bóle miesiączkowe: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menstruacją: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menopauzą: cytryn, granat, lapis lazuli, perła, kwarc różowy, rubin, heliotrop.

Wszystkie te kamienie są do kupienia w Polsce.

Kamienie lecznicze wg Hildegardy z Bingen

  • szmaragd
  • hiacynt
  • onyks
  • beryl
  • sardoniks
  • szafir
  • sard
  • topaz
  • chryzolit
  • jaspis
  • praz
  • chalcedon
  • chryzopraz
  • karbunkuł
  • ametyst
  • agat
  • diament
  • magnetyt
  • liguriusz
  • kryształ
  • perła rzeczna
  • karneol
  • alabaster
  • wapień